Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 374 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zjadanie zwierząt - Jonathan Safran Foer

Zjadanie zwierząt sprawiło, że zmieniłam sposób, w jaki jem.
Dałam tę książkę wszystkim, których kocham.
Natalie Portman

 

Jeśli znajdą się osoby, których nie przekona sugestywny sposób, w jaki Foer opisuje okropieństwa przemysłowej hodowli zwierząt, to znaczy, że są nieczułe albo głuche na głos rozsądku. Albo i jedno, i drugie.
J.M. Coetzee

 

Gdy Jonathanowi Safranowi Foerowi urodził się syn, chciał się dowiedzieć, jak powinien go karmić i czym naprawdę jest mięso. Skąd pochodzi? Jak się je produkuje? Jak traktowane są zwierzęta i czy to ważne? Jak Zjadanie zwierząt wpływa na gospodarkę, społeczeństwo i środowisko? Wyniki tego śledztwa sprawiły, że stanął twarzą w twarz z rzeczywistością, której jako obywatel nie mógł zignorować, a jako pisarz nie mógł przemilczeć.

 

Książka przetłumaczona na 37 języków!
Ponad milion sprzedanych egzemplarzy!

 

Najlepsi dziennikarze i aktywiści praw zwierząt – a także Jezus, Gandhi, Pitagoras, Arystoteles, John Locke i Immanuel Kant – zmagali się z pytaniem o to, czy zabijanie zwierząt na mięso jest etyczne. Dzięki tej niezwykle dociekliwej książce Foer dołącza do nich. Zjadanie zwierząt nie nawołuje jednak do przejścia na wegetarianizm. Ta książka to apel o świadomość i odpowiedzialność.
„Los Angeles Times”

 

Zjadanie zwierząt jest wyjątkowe, ponieważ wegetarianin Foer pozwala farmerom i aktywistom mówić we własnym imieniu. Do zjadaczy mięsa odnosi się z dużą empatią, a jego poczucie humoru słodzi gorzką rzeczywistość.
„The Oprah Magazine”


Foer przekonuje, że ludzi określają ich wyrzeczenia. Wegetarianizm wymaga rezygnacji z przyjemności prawdziwych i niezastępowalnych niczym innym. Autor ma na tyle dużo odwagi, że nie wstydzi się wymagać tego poświęcenia od swoich czytelników.
„The New Yorker”


To, że za każdym razem, gdy jem befsztyk, zastanawiam się nad tym, czy nie jestem hipokrytą, to wielki sukces autora. W książce pisze: „Musimy odnaleźć miejsce na mięso w debacie publicznej, tak samo jak znaleźliśmy je na naszych talerzach”. Po lekturze trudno się z nim nie zgodzić.

„San Francisco Chronicle”

 

Jonathan Safran Foer (1977) – jeden z najciekawszych współczesnych pisarzy amerykańskich, autor kilku bestsellerów. Na podstawie jego powieści Wszystko jest iluminacją (2008) Liev Schreiber nakręcił w film, w którym główną rolę zagrał Elijah Wood. W 2011 roku zekranizowano jego kolejną książkę Strasznie głośno, niesamowicie blisko.

 

Opinie o ebooku Zjadanie zwierząt - Jonathan Safran Foer

Fragment ebooka Zjadanie zwierząt - Jonathan Safran Foer

Jonathan Safran Foer

Zjadanie zwierząt

przełożyła Dominika Dymińska

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt

Tytuł oryginału: Eating Animals

Warszawa 2013

Copyright © by Jonathan Safran Foer, 2013

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2013

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-63855-31-4

Przekład: Dominika Dymińska

Redakcja: Jakub Bożek

Korekta: Magdalena Szroeder

Indeks: Katarzyna Janus, Jaś Kapela, Aleksandra Toeplitz

Ilustracja na okładce: Anna Pluta

Opracowanie graficzne, skład: Katarzyna Błahuta

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p.

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Supported by a grant from the Open Society Foundations.

Książka ukazuje się przy wsparciu Open Society Foundations.

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w siedzibie głównej Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16, Warszawa), Świetlicy KP w Łodzi (ul. Piotrkowska 101), Świetlicy KP w Trójmieście (Nowe Ogrody 35, Gdańsk), Świetlicy KP w Cieszynie (ul. Zamkowa 1) oraz księgarni internetowej KP (www.sklep.krytykapolityczna.pl), a w cenie detalicznej w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

dla Sama i Eleanor, zaufanych przewodników

OPOWIEŚCI

Amerykanie jedzą tylko 25 procent produktów nadających się do spożycia1.

Owoce drzewa rodzinnego

Kiedy byłem mały, weekendy spędzałem zwykle u babci. W każdy piątkowy wieczór, gdy pojawiałem się u niej, podnosiła mnie i dusiła w uścisku. Robiła to samo w każde niedzielne popołudnie, zanim wyruszyłem w drogę powrotną. Dopiero parę lat później zrozumiałem, że w ten sposób mnie ważyła.

Babcia przetrwała wojnę, bo jadła resztki wyrzucone przez innych ludzi. Gnijące ziemniaki, skrawki skóry i kawałki mięsa, które nie zostały dokładnie oddzielone od kości. Dlatego nie obchodziło jej, czy podczas kolorowania wychodzę za linię. Najważniejsze było równe wycinanie kuponów. Gdy podczas hotelowych śniadań ładowaliśmy na talerz, ile wlezie, babcia robiła górę kanapek, które zawijała w serwetki i chowała na później. To właśnie ona nauczyła mnie, że z jednej torebki herbaty można zrobić tyle filiżanek, ile akurat trzeba podać, i że każda część jabłka jest jadalna. Nie chodziło o pieniądze (większość kuponów była na produkty, których babcia nigdy nie kupowała). Nie chodziło też o zdrowie (błagała mnie, żebym pił colę).

Podczas rodzinnych obiadów babcia nigdy nie siadała z nami przy stole, nawet kiedy nie było nic do zrobienia. Jeśli nie trzeba było mieszać zupy, przykrywać garnków ani pilnować piekarnika, siedziała w kuchni jak strażnik (albo więzień) w swojej wieży. Wydawało mi się wtedy, że babcia najada się gotowaniem.

W czasach wojny babcia jadła po to, żeby przetrwać. Dzięki niej pięćdziesiąt lat później mogliśmy jeść dla przyjemności. Kupowaliśmy dla kaprysu, nasze szafki były pełne smakołyków i niepotrzebnych produktów, których – bez mrugnięcia okiem – pozbywaliśmy się, kiedy mijała ich data ważności. To było beztroskie jedzenie. Babcia jednak nigdy nie otrząsnęła się z traumy.

W dzieciństwie mój brat i ja uważaliśmy naszą babcię za najlepszą kucharkę na świecie. Powtarzaliśmy jej to za każdym razem, kiedy zaczynaliśmy i kiedy kończyliśmy posiłek. Mówiliśmy: „Jesteś najlepszą kucharką na świecie”. Chociaż już wtedy byliśmy wystarczająco rozsądni, żeby podejrzewać, że najlepsza kucharka na świecie powinna znać więcej niż jeden przepis (na kurczaka z marchewką) i że najlepsze dania na świecie powinny mieć więcej niż dwa składniki.

Dlaczego jednak nie wątpiliśmy, kiedy mówiła, że ciemne jedzenie jest zdrowsze od jasnego, albo że najwięcej wartości odżywczych jest w skórce? (Babcia robiła nam kanapki z piętek pumpernikla). Uczyła nas, że zwierzęta większe od ludzi są dla nas bardzo dobre, mniejsze niż my też są dla nas dobre, a ryby (które nie są zwierzętami) są dla nas raczej dobre, podobnie jak tuńczyk (który nie jest rybą). Tak samo warzywa, owoce, ciasta, ciasteczka i gazowane napoje. Żadne jedzenie nie jest złe. Tłuszcz jest zdrowy zawsze, pod każdą postacią i w każdej ilości. Cukier jest bardzo zdrowy. Im grubsze jest dziecko, tym zdrowsze. Szczególnie jeśli to chłopiec. Lunch to nie jeden posiłek, ale trzy. O 11:00, 12:30 i 15:00. Powinno się być wiecznie głodnym.

Właściwie możliwe, że jej kurczak z marchewką faktycznie był najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek jadłem. I nie chodziło tu o przygotowanie ani o smak. Jedzenie babci było pyszne, bo wierzyliśmy, że takie jest. Wierzyliśmy w jej gotowanie bardziej niż w Boga. Jej umiejętności kulinarne należały do rodzinnych legend, podobnie jak przebiegłość dziadka, którego nigdy nie poznałem, albo jedyna małżeńska kłótnia moich rodziców. Pielęgnowaliśmy te historie, bo były częścią nas. Częścią rodziny, która kłóciła się mądrze, a spory rozwiązywała rozsądnie. Rodziny, którą łączyła miłość do babcinego jedzenia.

Być może żył kiedyś człowiek, którego życie było tak dobre, że nie dało się nic o nim opowiedzieć. O babci można było opowiedzieć więcej niż o kimkolwiek mi znanym. O jej przedziwnym dzieciństwie, o balansowaniu na granicy życia i śmierci, o ogromnych stratach, które poniosła, o imigracji i przystosowaniu. Nasza rodzina nigdy nie poruszała tych tematów, ale ja mam zamiar opowiedzieć o tym wszystkim moim dzieciom. Nigdy nie myśleliśmy o babci jako bohaterce albo jak o kimś, kto przetrwał. Dla nas była najlepszą kucharką na świecie.

Może jej historia była za trudna, by ją opowiedzieć. A może babcia sama wybrała dla siebie tę historię, tak by widziano ją jako karmicielkę, a nie tylko jako kobietę, która przetrwała wojnę. A może przetrwała wojnę dlatego, że była karmicielką? Historia jej stosunku do jedzenia zawierała w sobie wszystkie inne historie. Jedzenie nie było dla niej tylko jedzeniem. Było terrorem, godnością, wdzięcznością, zemstą, radością, upokorzeniem, religią, historią i, oczywiście, miłością. To tak jakby owoce, które ciągle nam podtykała, dojrzały na złamanych gałęziach naszego drzewa rodzinnego.

Kolejna szansa

Kiedy dowiedziałem się, że będę ojcem, obudziły się we mnie dziwne instynkty. Zacząłem dbać o porządek. Wymieniałem żarówki, myłem okna i wypełniałem papiery. Zmieniłem szkła w okularach i kupiłem tuzin par białych skarpetek, na dachu samochodu zamontowałem bagażnik, a w środku kratę. Zrobiłem pierwsze od pięciu lat badania lekarskie. I postanowiłem napisać książkę o zjadaniu zwierząt.

Powodem wyruszenia w drogę, której końcem jest ta książka, było ojcostwo. Przygotowania do tej drogi trwały jednak od lat. Kiedy miałem dwa lata, uwielbiałem bajki o zwierzętach. Kiedy miałem cztery lata, kopnąłem psa, którego kuzyn zostawił nam na czas swojego wyjazdu. Tata powiedział mi wtedy, że nie kopie się zwierząt. Kiedy miałem siedem lat, pogrążyłem się w żałobie po śmierci mojej złotej rybki. Dowiedziałem się, że tata spuścił ją w toalecie. Powiedziałem wtedy tacie, że nie spuszcza się zwierząt w toalecie. Kiedy miałem dziewięć lat, opiekowała się mną niania, która twierdziła, że nigdy nie skrzywdziłaby żadnego stworzenia. Tak przynajmniej mówiła, kiedy pytałem ją, czemu nie je obiadu razem ze mną i moim starszym bratem:

– Nigdy nie skrzywdziłabym żadnego stworzenia.

– Nie skrzywdziłabyś? – spytałem.

– Wiesz, że kurczak to kurczak?

Brat posłał mi spojrzenie, które oznaczało mniej więcej: „Jakim cudem mama i tata powierzyli tej idiotce opiekę nad swoimi ukochanymi dziećmi?”.

Być może chciała przekonać nas do wegetarianizmu, ale nie jestem tego pewien. Była bardzo młoda, możliwe więc, że brakowało jej hamulców. W końcu nie wszyscy wegetarianie są neofitami, choć faktycznie rozmowy o mięsie bywają trudne. Ona po prostu dzieliła się z nami tym, czego się dowiedziała, nie robiąc z tego dramatu.

Za każdym razem, gdy dochodziło do tej rozmowy, mój brat i ja patrzyliśmy na siebie z ustami pełnymi biednego kurczaka, a nasze spojrzenia mówiły: „Jakim cudem nigdy nie przyszło mi to do głowy i jak to możliwe, że nikt wcześniej mi o tym nie powiedział?”. Odłożyłem wtedy widelec. Frank jadł dalej. Możliwe, że właśnie teraz je kurczaka.

Słowa opiekunki wydawały mi się sensowne nie tylko dlatego, że brzmiały prawdziwie, ale też dlatego, że przypominały mi, jak rodzice uczyli mnie postępować w sytuacjach, które nie miały związku z jedzeniem. Nie wolno krzywdzić członków rodziny. Nie wolno krzywdzić znajomych ani nieznajomych. Nie wolno niszczyć nawet mebli. Fakt, że nie dodałem do tej listy zwierząt, musiał być po prostu zaniedbaniem. Nie były przecież żadnym wyjątkiem. Zaniedbanie to czyniło mnie dzieckiem obojętnym na los żywych stworzeń. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, postanowiłem zmienić moje życie.

Nie udało się. Mój zapał, z którym początkowo ostentacyjnie się obnosiłem, z czasem przygasł, a po kilku latach nic z niego nie zostało. Słowa opiekunki wciąż brzmiały w mojej głowie, ale nie były już tak wyraźne. Przecież nikogo ani niczego nie krzywdziłem. Przecież miałem dobre zamiary. Przecież byłem tego wszystkiego świadomy. Podajcie kurczaka, umieram z głodu.

Mark Twain twierdził, że rzucanie palenia jest śmiesznie łatwe i że wie to, bo sam rzucał już tysiące razy. Wegetarianizm też jest łatwy. W liceum przechodziłem na niego wielokrotnie. Szukałem sprawy, z którą mógłbym się zidentyfikować, podobnie jak moi rówieśnicy. Tożsamość przychodziła wtedy bez wysiłku. Chciałem umieścić hasło promujące wegetarianizm na samochodzie mojej mamy, planowałem zorganizować kiermasz na rzecz zwierząt w czasie długiej przerwy, szukając przy tym okazji, by z bliska przyjrzeć się piersiom aktywistek. (I wciąż uważałem, że nie wolno krzywdzić zwierząt). Nie oznacza to, że nie jadłem mięsa. Owszem, nie jadłem przy ludziach. W domu bywało różnie. Przed kolacją ojciec często pytał: „Czego nie będziesz jadł tym razem?”.

Na studiach jadałem mięso bardziej regularnie. Wciąż miałem wiele wątpliwości, ale wyrzucałem je z głowy. Nie miałem wrażenia, aby moja postawa względem jedzenia stanowiła wówczas o moim „ja”. Ludzie wokół mnie nie wiedzieli o moich dylematach ani o wegetariańskiej przeszłości, więc nie groziło mi oskarżenie o hipokryzję ani lawina pytań o powód zmiany diety. Poza tym na kampusie wegetarianizm był popularny, co dodatkowo mnie do niego zniechęcało. W końcu ludzie nie wrzucają drobnych do czapki ulicznego muzyka, jeśli monety już się w niej nie mieszczą.

Pod koniec drugiego roku jako specjalizację wybrałem filozofię i zacząłem uprawiać tzw. myślenie. Wtedy znów przeszedłem na wegetarianizm. Celowe zapominanie o dylematach związanych z jedzeniem mięsa, które pojawiały się przy każdym kęsie, przeszkadzało mi w kształtowaniu umysłu. Uważałem, że przekonania powinny mieć odzwierciedlenie w życiu. Nietrudno chyba sobie wyobrazić, jak bardzo irytującym człowiekiem wtedy byłem.

Kiedy skończyłem studia, znów zacząłem jeść mięso. Każde i w każdej ilości. Jadłem przez dwa lata. Dlaczego? Bo mi smakowało. I dlatego, że od przekonań ważniejsze są ludzkie historie. Powtarzałem więc w głowie historię z morałem, z którego wynikało, że samemu sobie też trzeba przebaczać.

Potem umówiono mnie na randkę w ciemno z kobietą, która została moją żoną. Co ciekawe, już po kilku tygodniach od naszego pierwszego spotkania zaczęliśmy rozmawiać o małżeństwie i o wegetarianizmie.

Historia jej dylematów związanych z mięsem była bardzo podobna do mojej. Jej przekonania kłóciły się z wyborami, których dokonywała. Przeczucie, że robi coś złego, mieszało się w niej z zakłopotaniem spowodowanym złożonością problemu i ze zrozumieniem dla ludzkiej niedoskonałości. Intuicja mówiła jej to samo co mnie, ale ten głos okazywał się niewystarczająco silny.

Ludzie biorą ślub z różnych powodów. Nas do podjęcia tej decyzji zachęciła potrzeba rozpoczęcia od nowa. Zerwanie z przeszłością jest charakterystyczne dla kultury żydowskiej. Najlepszy przykład to rzucanie kieliszków za siebie po wzniesieniu pierwszego weselnego toastu. Co się stało, to się nie odstanie, trzeba zacząć od nowa. Trzeba próbować żyć lepiej. Trzeba próbować być lepszym.

Brzmi świetnie, tylko co to znaczy być lepszym? Miałem na to kiedyś tysiące pomysłów (nauka języków obcych, ćwiczenie cierpliwości, skupienie na pracy), ale podjąłem zbyt dużo prób, by móc jeszcze wierzyć w obietnice składane samemu sobie. Miałem też tysiące sposobów na ulepszenie naszej relacji, ale okazało się, że się co do nich nie zgadzamy. Czasami wydaje się, że wszystko jest możliwe, chwilę później jednak okazuje się, że to się tylko wydaje.

Zjadanie zwierząt, czyli problem, z którym oboje się zmagaliśmy, był dobrym punktem wyjścia. Wiele nas w tej kwestii łączyło. Nasze zaręczyny zbiegły się w czasie z naszym przejściem na wegetarianizm.

Kolacja weselna oczywiście nie była wegetariańska. Byliśmy przekonani, że powinniśmy nakarmić naszych gości porządnie, czyli białkiem zwierzęcym. W końcu wielu z nich jechało setki kilometrów, by dotrzeć na nasz ślub. (Ciężko nadążyć za tą logiką, co?). Podczas miesiąca miodowego w Japonii jedliśmy ryby. No bo co innego można jeść w Japonii? Na stole w naszym wspólnym domu od czasu do czasu pojawiały się burgery, rosół, steki z tuńczyka albo wędzony łosoś. Ale tylko od czasu do czasu. Tylko kiedy mieliśmy na nie ochotę.

I tyle. Uważałem, że to było zupełnie w porządku. Przestrzegaliśmy diety opartej na skrupulatnej niekonsekwencji. Bo dlaczego jedzenie miałoby się różnić od innych sfer życia? Byliśmy szczerymi ludźmi, którym zdarzało się skłamać, dobrymi przyjaciółmi, którym zdarzało się zachować nie fair. Wegetarianami, którym zdarzało się zjeść kawałek mięsa.

Nie jestem nawet pewien, czy moje wątpliwości były czymś więcej niż tylko wspomnieniami z dzieciństwa. Nie wiedziałem, czym faktycznie były zwierzęta, nie miałem też pojęcia, jak były hodowane i zabijane. Nie starałem się właściwie dowiedzieć o żadnej z tych rzeczy. W związku z tym wszystkim nie czułem się do końca dobrze.

Potem zdecydowaliśmy się na dziecko, ale to już inna historia, wymagająca innej narracji. Pół godziny po narodzinach mojego syna wyszedłem do poczekalni, by przekazać wszystkim dobrą wiadomość.

– Powiedziałeś on! Czyli to chłopiec?

– Jak go nazwiecie?

– Do kogo jest podobny?

– Opowiadaj!

Odpowiedziałem na te pytania tak szybko jak mogłem i zaszyłem się w kącie, by zadzwonić do babci.

– Babciu – powiedziałem – urodził nam się syn.

Babcia odebrała po pierwszym sygnale, co znaczyło, że musiała czekać na telefon. Było parę minut po północy. Może właśnie wycinała kupony? Może przygotowywała kurczaka z marchewką dla kogoś na później? Nigdy wcześniej nie słyszałem ani nie widziałem jej płaczącej, ale tym razem wydusiła przez łzy: „Ile waży?”.

Parę dni po powrocie ze szpitala do domu wysłałem mojemu przyjacielowi list, w którym opisałem moje pierwsze wrażenia związane z ojcostwem. Do listu dołączyłem zdjęcie syna. Odpowiedział: „Wszystko jest znów możliwe”. Nie dało się napisać nic bardziej trafnego. Mogliśmy opowiadać nasze historie ponownie, tylko że lepiej. Mogliśmy też opowiadać zupełnie inne historie. Świat dostał u nas kolejną szansę.

Zjadanie zwierząt

Możliwe, że pierwszą potrzebą mojego syna, którą wyrażał, jeszcze zanim nauczył się myśleć i mówić, była potrzeba jedzenia. Kilka sekund po narodzinach już ssał pierś matki. Patrzyłem na niego z fascynacją, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Po prostu wiedział, co robić. Ewolucja wyposażyła go w tę umiejętność, podobnie jak zakodowała rytm w jego maleńkim serduszku albo nauczyła jego płuca, jak oddychać.

Ta fascynacja była pierwszą taką w moim życiu, ale czułem, że czegoś podobnego musiało doświadczyć każde pokolenie. Moi rodzice obserwujący mnie podczas ssania mleka, moja babcia obserwująca moją matkę podczas karmienia piersią, moi pradziadkowie obserwujący moją babcię… Mój syn musiał ssać mleko matki tak samo, jak robili to nasi przodkowie, którzy żyli w jaskiniach.

Życie mojego syna dopiero co się rozpoczęło, kiedy postanowiłem napisać tę książkę. Już wtedy wszystko, co robił, miało jakiś związek z jedzeniem. Ssanie mleka, spanie po karmieniu, drażliwość w porze karmienia, wypluwanie mleka. Kiedy skończę pisać, będzie już w stanie prowadzić w miarę skomplikowane rozmowy. Z czasem nauczy się karmić nie tylko jedzeniem, ale też historiami, które mu towarzyszą.

Karmienie dziecka jest zasadniczo inne od karmienia samego siebie. Jest poważniejsze. Jest inne dlatego, że ważny jest wybór produktów (w grę wchodzą zdrowie dziecka i przyjemność z jedzenia), i dlatego, że ważne są historie serwowane razem z posiłkami. Te historie wiążą członków naszej rodziny i wiążą naszą rodzinę z innymi. Opowieści o jedzeniu to opowieści o nas – o naszej historii i wyznawanych przez nas wartościach. Żydowskie tradycje pielęgnowane przez moich bliskich nauczyły mnie, że jedzenie ma dwie funkcje – dostarcza składników odżywczych i pomaga pamiętać. Jedzenie i opowieści są nierozłączne. Łzy są w końcu solanką, miód to nie tylko słodki smak, ale też przyjemność, maca to chleb smutku.

Na świecie są tysiące produktów, więc fakt, że spożywamy tylko wybrane, wymaga kilku słów wyjaśnienia. Trzeba by wytłumaczyć, dlaczego natka pietruszki służy jako dekoracja talerza, dlaczego pasty nie podaje się na śniadanie, czemu jemy skrzydełka, a nie na przykład oczy, czemu wybieramy wołowinę, a nie mięso psów. Opowieści ustalają zasady.

Ta opowieść nie powstała na potrzeby książki. Po prostu chciałem dowiedzieć się, czym naprawdę jest mięso. Skąd pochodzi? Jak się je produkuje? Jak traktowane są zwierzęta i czy to naprawdę ważne? Jak jedzenie zwierząt wpływa na gospodarkę, społeczeństwo i środowisko? Jako rodzic stanąłem twarzą w twarz z rzeczywistością, której jako obywatel nie mogłem zignorować, a jako pisarz nie mogłem przemilczeć. Ale konfrontacja z tą rzeczywistością a odpowiedzialne pisanie o niej to dwie różne sprawy.

Chciałem podejść do tego problemu holistycznie. Mimo że ponad 99 procent zwierząt przeznaczonych na mięso jest hodowanych na fermach przemysłowych, które będę opisywał w dalszej części tej książki, to pozostały 1 procent również ma duże znaczenie2. Fakt, że parę rozdziałów poświęciłem domowym hodowlom, wskazuje na to, jak ważne i jednocześnie nieważne są te hodowle. Ich istnienie po prostu potwierdza regułę.

Muszę przyznać (i stracić przy tym wiarygodność już na 16 stronie), że zanim zabrałem się do analizy faktów, zakładałem, że nie dowiem się niczego nowego. Inni sądzili podobnie. Prawie za każdym razem, gdy mówiłem, że piszę książkę o zjadaniu zwierząt, zakładano, że będzie ona dotyczyła wegetarianizmu. Pokutuje przekonanie, że przyglądanie się warunkom chowu przemysłowego skłania do przejścia na wegetarianizm. (A ty co pomyślałeś po przeczytaniu tytułu tej książki?)

Ja też założyłem, że moja książka będzie traktować o wegetarianizmie. Ale stało się inaczej. Na pewno warto byłoby napisać książkę o wegetarianizmie, ale ja tego nie zrobiłem.

Przemysłowy chów zwierząt rzeźnych to skomplikowana sprawa. Stworzenia różnią się od siebie, podobnie jak różnią się gatunki, fermy, rolnicy i ci, którzy te stworzenia jedzą. Mając przed sobą całe stosy analiz, wywiady, teksty, relacje z pierwszej ręki, o których musiałem w końcu zacząć myśleć poważnie, zadałem sobie pytanie, czy w ogóle da się napisać coś sensownego o tak zróżnicowanej praktyce. A może nie ma czegoś takiego jak „mięso”. Może jest po prostu konkretne zwierzę, z konkretnej fermy, zabite w konkretnej rzeźni, zjedzone przez konkretną osobę, a sytuacje te są tak różne, że nie można ich połączyć w całość.

Jedzenie zwierząt należy do tej samej grupy tematów co aborcja. Nie da się ustalić najważniejszych faktów. Kiedy płód staje się człowiekiem? Co naprawdę przeżywa zwierzę w rzeźni? Dlatego tematy te są tak niewygodne. Śliskie i niepokojące. Jedno pytanie wywołuje kolejne. Często zdarza się, że bronisz stanowiska, które okazuje się bardziej skrajne niż to, w co wierzysz. Lub co gorsza, nie bronisz żadnego stanowiska, bo żadne cię nie przekonuje.

Mamy problem z odróżnieniem tego, co jest, od tego, co się wydaje. Zbyt często spory o jedzenie zwierząt zamieniają się w dyskusje o gustach. A kiedy pojawiają się fakty (tyle wieprzowiny zjadamy, tyle namorzyn zostało zniszczonych przez rozwój akwakultury, tak zabija się krowy), pojawia się kwestia tego, co powinniśmy z nimi zrobić. Czy powinniśmy się kierować kryterium etycznym? Społecznym? Prawnym? A może wystarczyłoby zwiększenie zainteresowania konsumentów tą sprawą?

Ta książka to wynik skrupulatnej analizy ogromnej ilości danych i nie ma w niej ani śladu przekłamania. Korzystałem z najbardziej wiarygodnych dostępnych statystyk (najczęściej ze źródeł rządowych lub akademickich po opracowaniu) i zatrudniłem dwóch specjalistów, by je zweryfikowali. Mimo to wciąż uważam ją za opowieść. Fakty są ważne, ale to nie one odpowiadają za znaczenie. Szczególnie gdy są podporządkowane językowi. Co dokładnie znaczy reakcja na ból u kurczaka? Czy w ogóle oznacza ból? Co to jest ból? Nieważne, ile dowiemy się o fizjologii bólu, o jego trwałości, objawach i tak dalej, żadna z tych rzeczy nie powie nam nic konkretnego. Natomiast wplatając fakty w historię współczucia i władzy, w świat rzeczywisty i w świat naszych wyobrażeń, można zacząć sensownie opowiadać o jedzeniu zwierząt.

Składamy się z opowieści. Mam na myśli te sobotnie popołudnia u babci: ja i pumpernikiel w żarzącym się opiekaczu, sycząca lodówka pokryta rodzinnymi fotografiami. Pomiędzy kęsami pumpernikla a kolejnymi łykami coli babcia opowiadała mi o swojej ucieczce z Europy, o tym, co musiała jeść, i o tym, czego nigdy nie wzięłaby do ust. To była historia jej życia. Kiedy zaczynała od „Słuchaj”, wiedziałem, że to będzie ważna lekcja, nawet jeśli nie do końca ją zrozumiem.

Teraz rozumiem na pewno. I chociaż opowiadam w zupełnie inny sposób, próbuję przekazać to, czego się nauczyłem, mojemu synowi. Ta książka jest próbą.

To fakt, że co roku w Ameryce dziesięć miliardów zwierząt idzie na rzeź. To fakt, że zabijanie zwierząt bezpośrednio wpływa na środowisko i wiąże się z takimi zjawiskami jak głód na świecie czy ingerencja w bioróżnorodność. Wciąż jednak pozostaje kwestia zależności tych faktów od naszego postrzegania siebie i innych. Nie jesteśmy tylko narratorami tej opowieści, jesteśmy samą opowieścią.

Jeśli wychowam syna na wegetarianina, prawdopodobnie nigdy nie spróbuje popisowego dania swojej prababci, nie będzie potrafił przyjąć tego wyjątkowego wyznania miłości ukrytego w jej potrawach, może nawet nigdy nie pomyśli o niej jak o najlepszej kucharce na świecie. Opowieść jej życia, opowieść tworząca rdzeń mojej rodziny, będzie musiała się zmienić.

Pierwsze słowa, które babcia wypowiedziała po ujrzeniu wnuka, brzmiały: „To moja zemsta”. Ze wszystkich słów, które mogła powiedzieć, wybrała właśnie te. A może to te słowa wybrały właśnie ją.

Słuchaj

Nie byliśmy bogaci, ale też niczego nam nie brakowało. W czwartki piekliśmy chleb, bułki i chałkę. Wystarczało nam tego na cały tydzień. W piątki robiliśmy naleśniki. W szabat jedliśmy kurczaka i zupę z kluskami. Chodziliśmy do rzeźnika prosić o tłuste mięso. Im więcej tłuszczu, tym lepiej. Odwrotnie niż teraz. Zawsze było u nas mleko i ser, chociaż nie mieliśmy lodówki. Nie było tak wielu warzyw, ale nie było też na co narzekać. Byliśmy szczęśliwi. Nie wyobrażaliśmy sobie lepszego życia. Teraz nie docenia się rzeczy, które ma się na co dzień. My wtedy też nie docenialiśmy tego, co mieliśmy. Potem wszystko się zmieniło. Wojna była piekłem. Zostaliśmy z niczym. Odeszłam od rodziny. Żyłam w ukryciu. Dzień i noc w ukryciu. Niemcy czaili się wszędzie. Każdy nieostrożny krok mógł skończyć się śmiercią. Wiecznie brakowało jedzenia. Byłam coraz słabsza z głodu, nie chodzi tylko o to, że została ze mnie skóra i kości. Wszystko mnie bolało, z trudem się poruszałam. Byłam za słaba, żeby jeść ze śmietnika. Jadłam więc resztki. To, czego inni nie mogli przełknąć. Nie wybrzydzałam. Jadłam rzeczy, o których nie jestem w stanie opowiadać.

Nawet w najgorszym okresie zdarzało mi się trafić na dobrych ludzi. Ktoś nauczył mnie wiązać mankiety spodni tak, by móc napełniać nogawki skradzionymi ziemniakami. Przeszłam wiele kilometrów z nogawkami pełnymi ziemniaków. W końcu nigdy nie było wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna okazja, by zdobyć jedzenie. Ktoś dał mi kiedyś trochę ryżu. Poszłam na targ i wymieniłam go na mydło. Mydło później wymieniłam na fasolę. Żeby przetrwać, trzeba było mieć intuicję i trochę szczęścia.

Najgorzej było pod koniec. Najwięcej ludzi zginęło właśnie wtedy. Każdy dzień mógł być ostatnim. Raz jakiś rosyjski chłop przyniósł mi z domu kawałek mięsa, gdy zobaczył, w jakim jestem stanie.

– Uratował ci życie.

– Nie zjadłam tego mięsa.

– Jak to?

– To była wieprzowina. Nie zjadłabym wieprzowiny.

– Czemu?

– Jak możesz pytać czemu?

– Bo jest nieczysta?

– Oczywiście.

– Ale przecież chodziło o twoje życie.

– Jeśli nic się nie liczy, nie ma sensu ratować czegokolwiek.

1 Na podstawie danych zawartych w François Couplan, James Duke, The Encyclopedia of Edible Plants of North America, Keats Publishing 1998; Ken Fern, Plants For a Future: Edible Medicinal and Useful Plants for a Healthier World, Permanent Publications 2000.

2 To moje własne obliczenia oparte na bieżących statystykach. Na mięso hoduje się znacznie więcej kurczaków niż jakichkolwiek innych zwierząt i właściwie wszystkie te ptaki trzyma się na fermach przemysłowych. Podaję tu procent zwierząt hodowanych w zakładach chowu przemysłowego dla każdej z gałęzi przemysłu:

kurczaki hodowane na mięso: 99,94 procent (dane z 2007 roku opublikowane przez EPA)

kury nioski: 96,57 procent (dane z 2007 roku opublikowane przez EPA)

indyki: 97,43 procent (dane z 2007 roku opublikowane przez EPA)

świnie: 95,41 procent (dane z 2007 roku opublikowane przez EPA)

krowy hodowane na mięso: 78,2 procent (raport NASS)

krowy mleczne: 60,16 procent (dane z 2007 roku opublikowane przez EPA).

WSZYSTKO ALBO NIC, ALBO COŚ JESZCZE INNEGO

Niektóre żyłki wędkarskie wykorzystywane w przemyśle osiągają długość 75 km. To tyle, ile wynosi odległość od poziomu morza do kosmosu.

1.George

Nie lubiłem zwierząt przez pierwszych 26 lat mojego życia. Uważałem, że sprawiają same kłopoty, brudzą, nie da się z nimi porozumieć, są niepokojąco nieprzewidywalne i przede wszystkim zwyczajnie niepotrzebne. Szczególnie nie lubiłem psów. Możliwe, że było to częściowo spowodowane strachem przed nimi, który odziedziczyłem po mamie, która z kolei odziedziczyła go po babci. W dzieciństwie, gdy odwiedzałem kolegów, prosiłem ich, by zamykali swoje psy w innych pokojach. Gdy spacerowałem po parku, na widok czworonoga bez smyczy dostawałem ataku histerii i tata musiał brać mnie na barana. Nie oglądałem też programów telewizyjnych, w których pojawiały się psy. W ogóle nie rozumiałem i nie lubiłem ludzi, którzy lubili te zwierzęta. Byłem nawet z tego powodu odrobinę uprzedzony do niewidomych.

Aż nagle pewnego dnia stałem się miłośnikiem psów.

George pojawiła się zupełnie niespodziewanie. Nigdy nawet nie myśleliśmy z żoną o psie, nie wspominając o rozglądaniu się za jakimś. (W końcu nie lubiłem psów). Przełom nastąpił w pewną sobotę. Przechadzaliśmy się właśnie Siódmą Aleją na Brooklynie, gdy natknęliśmy się na czarnego szczeniaczka. Spał na krawężniku zwinięty w kłębek. Na jego obroży widniał napis: „Przygarnij mnie”. Nie wierzę w przeznaczenie ani miłość od pierwszego wejrzenia, ale nie mogłem nie zakochać się w tym stworzeniu. Przygarnięcie psa było wówczas ostatnią rzeczą, jakiej ktokolwiek mógł się po mnie spodziewać, ale takiego pięknego szczeniaka po prostu nie dało się zignorować.

Oczywiście ludzie doceniają piękno także u rzeczy bez mokrych nosów. Ale miłość do zwierząt to coś wyjątkowego. Duże i małe, krótkowłose i kudłate, sapiące bernardyny, kaszlące mopsy, pomarszczone shar-pei i wiecznie smutne bassety – każda rasa psów ma swoich wielbicieli. Miłośnicy ptaków wychodzą w lodowate poranki, by przedzierać się przez krzaki i obserwować upierzone obiekty swojego zainteresowania. Miłośnicy kotów okazują im uczucia o wiele bardziej intensywnie – dzięki Bogu – niż większości ludzi. W książkach dla dzieci roi się od królików, myszy, niedźwiedzi i innych gąsienic, nie wspominając o pająkach, świerszczach i aligatorach. Nie bez powodu wszyscy mieliśmy kiedyś pluszowe zwierzątka, a nie na przykład pluszowe kamienie. I chociaż kolekcjoner znaczków pocztowych nazywa swoje hobby miłością, to uczucie zupełnie inne od miłości do zwierząt.

Wzięliśmy szczeniątko do domu. Wziąłem je, a raczej ją, na ręce. Kiedy stwierdziłem, że nie ma zamiaru pozbawić mnie któregoś z palców, nasza relacja awansowała na poziom karmienia z ręki. Potem pozwoliłem jej polizać moją dłoń. A potem twarz. Sam też dałem jej buzi. Od tamtej pory kocham wszystkie psy i tak będzie już zawsze.

63 procent amerykańskich rodzin ma w domu przynajmniej jedno zwierzę1. To naprawdę dużo, szczególnie że trzymanie zwierząt domowych zaczęło zyskiwać popularność stosunkowo niedawno – wraz z powstaniem klasy średniej2. Być może stało się tak, ponieważ urbanizacja pozbawiła człowieka innych możliwości kontaktu z żywymi stworzeniami. A może po prostu posiadanie zwierzęcia świadczyło o nie najgorszym statusie materialnym właściciela (Amerykanie wydają rocznie 34 miliardy dolarów na utrzymanie swoich pupili3). Oksfordzki historyk Sir Keith Thomas, którego publikacja Man and the Natural World zalicza się do współczesnego kanonu, pisze: „Fakt, że przedstawiciele miejskiej klasy średniej coraz częściej trzymają zwierzęta domowe, wiąże się ze zmianą priorytetów społecznych i ekonomicznych. Dzięki temu ludzie doszli do wniosku, że zwierzęta to inteligentne istoty, które najprawdopodobniej mają własną osobowość i charakter, co z kolei pozwoliło przygotować w zbiorowej świadomości grunt pod przekonanie, że relacje ludzi i – przynajmniej niektórych – zwierząt powinny być podporządkowane regułom moralnym”4.

Skłamałbym, gdybym stwierdził, że moja relacja z George pozwoliła mi odkryć zwierzęcą inteligencję. Nigdy nie wiedziałem, o co jej chodzi, chyba że chodziło o zaspokojenie podstawowych potrzeb. (Chociaż byłem pewien, że często chodzi jej o coś innego niż podstawowe potrzeby). Jej rozumność zaskakuje mnie równie często jak jej bezmyślność. W ogóle więcej nas dzieli niż łączy.

George nie należy do typu oszołomów skoncentrowanych tylko na miłości pana i miłości do pana. Właściwie przez większość czasu jest wrzodem na tyłku. Zjada moje buty i zabawki syna, jest psychopatyczną morderczynią wiewiórek, ochota na szaloną zabawę nachodzi ją akurat, kiedy przychodzą goście, ma nieprawdopodobny talent do pojawiania się w polu obiektywu dokładnie, gdy błyska flesz, rzuca się na chłopców jeżdżących na deskorolkach i na chasydów, upokarza kobiety w czasie menstruacji (i jest koszmarem chasydek podczas okresu), wykopuje dopiero co posadzone rośliny, niszczy dopiero co kupione przedmioty, nadgryza dopiero co przygotowane dania i od czasu do czasu sra na środku pokoju w ramach zemsty (za co?).

Komunikacja, walka o dojście do porozumienia i zmagania z zależnością potrzeb jednej strony od drugiej – to była konfrontacja z czymś, a raczej z kimś, zupełnie ode mnie odmiennym. George reaguje na niektóre słowa (znacznie większa jest liczba tych, które ignoruje), ale to nie na słowach opiera się nasza relacja. Ona myśli i czuje. Czasem wydaje mi się, że ją rozumiem. To jak z patrzeniem na zdjęcie – wiadomo, co widać, ale nie wiadomo, o co chodzi. Ona pewnie też patrzy na mnie w ten sposób.

Na przykład wczoraj czytałem książkę, kiedy nagle zauważyłem, że George siedzi w kącie i wpatruje się we mnie.

– Skąd się tu wzięłaś? – spytałem. Spuściła wzrok i poczłapała do przedpokoju – wyglądała jakby jej sylwetka wypełniła się próżnią, która wessała ciepło domowego ogniska. Choć nasze relacje są bardziej regularne niż z większością osób, które znam, wciąż potrafi mnie zaskoczyć. Mimo bliskości jej inność nie przestaje mnie przerażać. Od momentu pojawienia się dziecka moje obawy stały się silniejsze. Moja wiara w to, że nie zaatakuje niemowlęcia, nie była żadną gwarancją.

O różnicach między nami można by napisać książkę, ale George podobnie jak ja boi się bólu, wybiera przyjemności, potrzebuje nie tylko jedzenia i zabawy, ale przede wszystkim towarzystwa. Każde z nas postrzega świat w zupełnie inny i w zupełnie wyjątkowy sposób.

Nie zjadłbym George, bo to mój pies. Ale dlaczego miałbym nie zjeść jakiegoś innego psa? A właściwie – dlaczego miałbym nie jeść psów, skoro jem inne zwierzęta?

Zjadanie psów

Mimo że w 44 stanach prawo nie zakazuje spożycia psiego mięsa, zjedzenie „najlepszego przyjaciela człowieka” zostałoby uznane za czyn niewybaczalny, podobnie jak zjedzenie człowieka. Nawet najbardziej zapaleni mięsożercy nie tknęliby psa. Znany głównie z telewizji Gordon Ramsay, któremu zdarza się też być kucharzem, potrafi dość nonszalancko obchodzić się ze zwierzętami, by wzbudzić trochę więcej zainteresowania. Nawet u niego jednak nie zobaczycie szczeniaka wyglądającego z garnka. I chociaż stwierdził, że posadziłby swoje dziecko na krześle elektrycznym, gdyby przeszło na wegetarianizm, zastanawiam się, co by powiedział, gdyby jego dziecko upolowało czworonożną maskotkę rodziny5.

Psy są wspaniałe i pod wieloma względami wyjątkowe. I bardzo mądre. Świnie też są mądre i też czują. Nie potrafią wprawdzie wskakiwać do bagażnika, ale potrafią aportować, bawić się, psocić i odwzajemniać uczucia. Dlaczego więc zamiast karmić je pieczenią, nadziewamy ją na ruszt?

Francuzi, którzy kochają psy, jedzą czasem konie.

Hiszpanie, którzy kochają konie, jedzą czasem krowy.

Hindusi, którzy czczą krowy, jedzą czasem psy6.

Słowa George’a Orwella (z Folwarku zwierzęcego), chociaż napisane w innym kontekście, też pasują tutaj: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych”. Ta wybiórcza miłość nie jest prawem natury. Bierze się z naszych wyobrażeń o naturze.

Kto ma rację? Dlaczego usunęliśmy psie mięso z jadłospisu? Mięsożerca selektywny stwierdziłby:

Nie zjada się zwierząt, które są naszymi przyjaciółmi.

Ale przecież nie wszędzie na świecie psy występują w takiej roli. A co z ludźmi, którzy nie mają zwierząt? Czy mamy wobec tego prawo oburzać się, jeśli na kolację upieką pieska?

No dobrze, więc:

Nie zjada się zwierząt wyjątkowo mądrych.

Jeśli chodzi o psy, to na pewno uznałyby to za komplement. A co z krowami, świniami, kurczakami i niektórymi mieszkańcami oceanów? Co z upośledzonymi ludźmi?

Z jakiegoś powodu niektóre rzeczy zawsze były i będą tematami tabu – nie baw się ogniem, nie całuj się z siostrą, nie jedz zwierząt, które mieszkają z tobą w domu. Z punktu widzenia ewolucji niektóre rzeczy zwyczajnie nam szkodzą.

Ale spożywanie psiego mięsa nie jest i nigdy nie było zakazane w wielu miejscach na świecie. Nie stanowi też zagrożenia dla zdrowia. I w ogóle nie ma nic wspólnego z ewolucją.

Jedzenie psów ma swoją historię. W grobowcach z czwartego wieku odnaleziono malowidła przedstawiające sceny uboju zwierząt7. Wśród nich były też psy. Hipokrates uważał, że ich mięso jest źródłem siły. Upodobanie do psiego mięsa znalazło swoje miejsce w języku: na przykład w jednej z odmian chińskiego symbol określający coś jako odpowiednie i sprawiedliwe (yeon) dosłownie tłumaczy się: „Odpowiednio przyrządzone psie mięso jest doskonałe”8. Rzymianie jedli „pieski oseski”9, Indianie Dakota psie wątróbki10, a Hawajczycy jeszcze całkiem niedawno podawali na obiad psie móżdżki i krew11. Nagi pies meksykański był głównym składnikiem diety Azteków12. Kapitan James Cook też jadł psy13. I Roald Amundsen również. (Ale tylko kiedy był naprawdę głodny). Psy wciąż je się na Filipinach, bo to przynosi szczęście14, w Chinach i Korei – bo zapobiega chorobom15, w Nigerii – bo zwiększa libido16. Zresztą w wielu innych miejscach na całym świecie też, bo mięso psie jest po prostu smaczne. Chińczycy od wieków hodują specjalne rasy psów przeznaczone do konsumpcji, takie jak chow-chow17. W wielu europejskich krajach prawo wciąż reguluje kwestię sekcji zwłok psów hodowanych na mięso18.

Oczywiście fakt, że coś robiono od zawsze i prawie wszędzie, nie usprawiedliwia kontynuowania tego teraz. Ale w przeciwieństwie do zwierząt hodowanych na mięso, które trzeba specjalnie w tym celu utrzymywać, psy praktycznie same proszą się o zjedzenie. Rocznie usypia się około czterech milionów tych czworonogów. To przekłada się na miliony kilogramów zmarnowanego mięsa. Samo pozbycie się ciał uśpionych psów jest dużym problemem ekonomicznym i ekologicznym. Zjadanie tych bezdomnych, wałęsających się po ulicach, tych, które nie są wystarczająco urocze, żeby je przygarnąć, i tych, które nie są wystarczająco grzeczne, żeby trzymać je w domu, byłoby korzystnym rozwiązaniem.

Właściwie w pewien sposób realizujemy ten model. Przetwórstwo surowców zwierzęcych, czyli ponowne użycie składników pochodzenia zwierzęcego, które nie nadają się do spożycia przez ludzi, do produkcji pasz dla bydła i domowych czworonogów, to proces pozwalający przekształcić martwe psy w produktywne ogniwa łańcucha pokarmowego. W Ameryce co roku usypia się miliony psów i kotów. Karmi się nimi zwierzęta, które są naszym pożywieniem. (Liczba usypianych psów i kotów jest dwukrotnie większa od liczby czworonogów, które znajdują dom19). A gdyby pominąć środkowe ogniwo tego łańcucha?

Nie musielibyśmy w tym celu rezygnować z dobrych obyczajów. Nie zadawalibyśmy im więcej bólu niż to konieczne. Ponieważ w wielu miejscach na świecie panuje przekonanie o tym, że adrenalina poprawia smak psiego mięsa, stosuje się takie metody uboju jak wieszanie, bicie pałką, gotowanie żywcem. Gdybyśmy jednak mieli jeść psy, zabijalibyśmy je szybko i bezboleśnie, prawda? Na przykład stosowana tradycyjnie na Hawajach metoda zatykania psom nosów, by zachować krew, która się nimi zwykle wylewa, powinna być (jeśli nie prawnie, to przynajmniej społecznie) niedopuszczalna. Może powinniśmy uwzględnić psy w przepisach dotyczących humanitarnego uboju zwierząt? Wprawdzie nie mówią one nic na temat humanitarnego traktowania zwierząt w trakcie ich życia ani nikt ich nie egzekwuje, ale moglibyśmy mieć nadzieję, że przemysł mięsny sam będzie się regulował.

Mało kto rozumie, jak trudno jest codziennie zapewnić miliardom wszystkożernych stworzeń kotlet z ziemniakami. Fakt, że psów nie wykorzystuje się do rozwiązania problemu wyżywienia mas, powinien być dla ekologów powodem do wstydu. Można by stwierdzić, że organizacje broniące praw zwierząt to hipokryci, którzy marnują pieniądze i energię na daremne próby zmniejszenia liczby niechcianych psów, a jednocześnie sprzeciwiają się przerabianiu ich na mięso. Wykorzystując te psy, można by stworzyć ekonomiczny system produkcji żywności nieporównywalny z żadnym innym opartym na mięsie. Psie mięso to najlepszy wybór dla rozsądnych ekologów.

A co z naszymi uczuciami? Cóż, psów jest dużo, ich mięso jest zdrowe, smaczne, łatwo je przyrządzić, a jedzenie go jest znacznie bardziej racjonalne niż przerabianie go na paszę dla zwierząt, które i tak później zjadamy.

Dla tych, których już udało mi się przekonać:

Weselny pies duszony

Zabić średniej wielkości psa, opalić nad ogniem.

Zdjąć skórę, odłożyć na później (może się przydać w innych przepisach).

Pokroić mięso w średnią kostkę (2,5 cm).

Przygotować marynatę z octu winnego, soli, pieprzu i czosnku. Włożyć mięso do marynaty na dwie godziny.

Podsmażyć w woku na dużym ogniu, po chwili dodać posiekaną cebulę i ananasa, smażyć, aż składniki zmiękną.

Wlać koncentrat pomidorowy i wrzątek, dodać zielony pieprz, liść laurowy i tabasco.

Przykryć, dusić do miękkości.

Dodać purée z psich wątróbek i dusić przez kolejne 5–7 min20.

A teraz dobra rada od domorosłego astronoma: jeśli widzisz niewyraźnie, spróbuj spojrzeć z dystansu. Najbardziej wrażliwa na światło część oka (która rozpoznaje niewyraźne obiekty) znajduje się wokół części, która jest najbardziej aktywna podczas wpatrywania się w coś.

Jedzenie zwierząt ma swoje nieoczywiste aspekty. Porównanie psa z innymi zwierzętami, które jemy, sprawia, że można zobaczyć niewidzialne.

2.Przyjaciele i wrogowie

Psy i ryby nie mają ze sobą nic wspólnego. Psy mają coś wspólnego z kotami, z dziećmi, z policją. Śpią, jedzą i jeżdżą na wakacje razem z nami, wozimy je do lekarza, cieszymy się, kiedy są wesołe, i płaczemy po ich śmierci. Ryby kojarzą się bardziej z akwarium, z sosem tatarskim, z pałeczkami i w ogóle tak naprawdę nikogo nie obchodzą. Dzieli je od nas woda i cisza.

Psy i ryby nie mogą się bardziej różnić. „Ryba” to tak naprawdę 31 tysięcy gatunków, których nazwy nie funkcjonują w potocznym języku21. „Pies” natomiast jest bardzo konkretny. Jeden gatunek, imiona własne. Należę do tych 95 procent właścicieli psów, którzy rozmawiają ze swoimi psami, właściwie może nawet do tych 87 procent, którzy wierzą, że psy rozmawiają z nimi22. Ciężko jednak wyobrazić sobie, jak ryby postrzegają świat, nie wspominając już o próbach wejścia w interakcję z nimi. Ryby reagują na zmiany ciśnienia wody i potrafią odnaleźć się w środowisku dzięki wydzielinom innych organizmów, rejestrują dźwięki dochodzące z odległości 25 kilometrów23