Zimowa miłość - Elżbieta Rodzeń - ebook + audiobook
Opis

Jedna chwila może zmienić wszystko…

Wcześniej:

Poznali się na pierwszym roku medycyny. On dla studiów zrezygnował z kolarstwa górskiego, a ona z malarstwa. Stopniowo ich przyjaźń przeradza się w głębsze uczucie. Planują wspólną przyszłość. Nagle Anna po prostu z nim zrywa. Nie mówi, dlaczego odchodzi, a Michał ma nigdy nie dowiedzieć się prawdy.

Teraz:

Szesnaście lat od momentu, gdy się poznali, Anna jest dyrektorem kliniki chirurgii plastycznej, a Michał pracuje w szpitalu dziecięcym. Mieszkają w tym samym mieście, ale nie spotykają się i starają się tego unikać. Przypadkiem jadą na tę samą konferencję. W życiu jednak nie ma przypadków. Jedna chwila, jedna decyzja uruchamia lawinę wydarzeń.

Jutro: ?...

Są książki, o których zapominamy zaraz po przeczytaniu. Są także takie, o których pamiętamy przez chwilę. Jednak zdarzają się książki, które zapadają nam w pamięć na długo. O Zimowej miłości nie zapomnisz nigdy.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 8 min

Lektor: Joanna Domańska


Elżbieta Rodzeń Zimowa miłość ISBN  Copyright © Elżbieta Rodzeń, 2017All rights reserved Redaktor Karolina Kaczorowska Projekt okładki i stron tytułowych Anna M. Damasiewicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Rozdział 1

Obudziło mnie żałosne miauknięcie. Sięgnęłam do ciała mojej kotki i delikatnie je pogłaskałam.

— Co się dzieje? — spytałam.

W sypialni było jeszcze ciemno, bo grudniowy poranek był dodatkowo szary i pochmurny. Zapaliłam lampkę nocną i zerknęłam na zegarek. Dochodziła siódma. Zaraz musiałam zbierać się do pracy. Ale nie zamierzałam nigdzie się ruszać, nie upewniwszy się, że ze zwierzakiem leżącym przy mnie jest wszystko dobrze.

Przyjrzałam się jej pyszczkowi. Miała przymknięte oczy i podkulała łebek, jakby chciała zwinąć się w kłębek, zasnąć, a potem obudzić się w lepszej formie.

— Szprotka — przywołałam ją, a w odpowiedzi usłyszałam gardłowy pomruk. Tak mówiła mi, że jest jej źle.

Mogłam się domyślić, że ten dzień nadejdzie, zanim będę na to gotowa. Złapałam komórkę i wybrałam numer weterynarza. Potem błyskawicznie się ubrałam i przyszykowałam kotce koszyk, w którym podróżowała.

Najostrożniej, jak potrafiłam, wsunęłam dłonie pod jej małe ciałko. Kiedy zrozumiała, że wkładam ją do koszyka, prychnęła na mnie.

— Wiem, że nie podoba ci się ten pomysł. — Prze­cze­sy­wałam palcami jej sierść. — Nikt nie lubi chodzić do lekarza, ale czasem trzeba. A ty dzisiaj tego potrzebujesz.

Parkując samochód przed lecznicą, miałam nadzieję, że wszystko da się jeszcze naprawić. Kiedy weterynarz oznajmił, że trzeba zrobić prześwietlenie, nadal czułam, że nam pomoże. Dopiero gdy pokazał mi, co nowy guz zrobił z kością Szprotki, zrozumiałam, z czym przyjdzie mi się zmierzyć.

— Może pani zaczekać na korytarzu, najlepiej pożegnać się z nią, zanim uśnie. — Starszy mężczyzna położył mi dłoń na ramieniu.

— Nie. — Potrząsnęłam głową. — Nie chcę, żeby była sama.

— W porządku. — Odetchnął głęboko. — Wie pani, jak to działa.

Wiedziałam, ale to niczego mi nie ułatwiało. Pochyliłam się nad Szprotką i podrapałam ją za uchem, tak jak najbardziej lubiła. Odwrócony do nas tyłem lekarz przygotowywał dwa zastrzyki.

— Wiem, że nie jesteś fanką igieł, ale to już ostatni raz — obiecałam jej. — Będę za tobą strasznie tęsknić, wiesz?

Weterynarz podszedł do nas, a ja skinęłam głową. Mógł zaczynać.

Przytrzymałam moją kotkę ostatni raz. Zrobiłam to ostrożnie, aby jej nie uszkodzić, choć to nie miało już znaczenia. Po chwili znieruchomiała pod moimi palcami, a ja spuściłam tylko nisko głowę. Moje serce też znieruchomiało.

Na kaflach pokrywających podłogę, jedna po drugiej, przybywało małych kropli.

— Proszę się rozebrać. — Podniosłam głowę i spróbowałam przybrać najbardziej profesjonalny uśmiech, na jaki było mnie dzisiaj stać. Chciałam być miła dla tej kobiety, bo rozumiałam, że dużo przeszła. Ale naprawdę marzyłam, aby ten dzień wreszcie się skończył.

Pani Makowska wychyliła się onieśmielona zza parawanu. Zupełnie tak, jakbym miała zobaczyć ją po raz pierwszy, choć przecież tak nie było. Założyłam lateksowe rękawiczki i podeszłam do niej. Obejrzałam bliznę pod piersią i sutek, który udało nam się zrekonstruować.

— Goi się naprawdę dobrze — oceniłam. — Czy coś panią niepokoi?

— Nie, nie. — Pokręciła szybko głową. — Wszystko w porządku.

— W takim razie może się pani ubrać.

Wróciłam za biurko i zrobiłam notatkę z badania. Wyglądało na to, że leczenie dobiegło właśnie końca.

— Pani doktor — usłyszałam — naprawdę nie wiem, jak mam dziękować. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś tak będzie. — Dotknęła ostrożnie swojego wypełnionego po obu stronach stanika. — Mówili, że jest pani najlepsza, i nigdy bym się nie spodziewała, że w takiej klinice ktoś będzie chciał mnie zoperować za darmo.

— Proszę mi wierzyć, że my też mamy korzyści z takich zabiegów i lubimy pomagać, jeśli tylko możemy.

— Naprawdę bardzo dziękuję. — Sięgnęła po torebkę.

Wstałam i odprowadziłam ją do drzwi. Niespodziewanie pacjentka objęła mnie i uściskała.

— Mam nadzieję, że Bóg wynagrodzi pani taką dobroć — powiedziała, po czym puściła mnie i zostawiła samą.

Przez chwilę nie mogłam się poruszyć. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Powinnam wyjść do recepcji i zobaczyć, czy czeka do mnie kolejna osoba, ale potrzebowałam chwili dla siebie. Oparłam się o drzwi i potarłam obolałą nasadę nosa. Nie chciałam się rozpłakać. Nie mogłam teraz się rozpłakać.

Zadzwonił telefon stojący na moim biurku.

— Pani dyrektor — zaszczebiotał wesoły głos naszej dwudziestosiedmioletniej specjalistki od marketingu i reklamy — znalazłam lukę w pani grafiku, tak jak pani prosiła, i zwołałam zebranie personelu. Za dziesięć minut wszyscy będą w sali konferencyjnej.

Dziesięć minut.

Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam panią Makowską idącą w stronę jednego z samochodów na parkingu. Obok niej szedł mężczyzna w podobnym wieku co kobieta. Otwarł przed nią drzwi pojazdu, ale zanim pozwolił jej wsiąść, wziął ją w ramiona i okręcił dookoła własnej osi, zupełnie jakby mieli po kilkanaście lat. Ich złe czasy, pobyty w szpitalach i lęk o to, co może się wydarzyć, właśnie się skończyły. Nawet z perspektywy dzielącej nas odległości widziałam, że kobieta się śmieje.

Obróciłam lekko głowę i napotkałam swoje odbicie w szybie. W takim zwierciadle moja twarz wyglądała na niebieskawą, a sińce pod oczami wypełzły spod warstwy makijażu.

— Jest dobrze — powiedziałam cicho do siebie. — Jest dobrze. To tylko głupia tęsknota. — Spojrzałam w błękitne oczy kobiety na szkle. — Wszystko będzie dobrze.

Wmawiałam to sobie tak długo, aż przestałam myśleć o tym, że po mnie nikt by nie przyjechał. Nie było już nikogo, kto wziąłby mnie w ramiona, a potem zabrał do domu. Odwróciłam się od okna, zebrałam z biurka materiały, z którymi mieli zapoznać się inni lekarze, i wyszłam, mając nadzieję, że praca pozwoli mi zapomnieć o tym, z ilu szans na szczęście zrezygnowałam w swoim życiu.

*

Od roku byłam dyrektorem medycznym. Zespół naszej kliniki liczył czterech chirurgów plastyków, jednego lekarza medycyny estetycznej i trzech anestezjologów. Mieliśmy także zastęp pielęgniarek. To było sporo jak na zaledwie kilka lat na rynku.

Stanęłam przed nimi i zaczęłam opowiadać o nowych standardach postępowania przedoperacyjnego, które zostały opracowane w centrali zarządu. Ponieważ należeliśmy do sieci klinik chirurgii plastycznej, musiałam ściśle przestrzegać tego, co było narzucone nam z góry. Miałam oczywiście pewną swobodę, którą dobrze udawało mi się wykorzystać, ale byłam najmłodszym dyrektorem w tej sieci i musiałam się słuchać.

Wiedziałam, komu nie spodobają się odgórne procedury. Nie musiałam też długo czekać, aż jeden z anestezjologów zacznie swój wywód na temat ich szkodliwości. Dyskusja z nim pochłonęła resztki mojej energii.

Kilka godzin później ktoś zapukał do mojego gabinetu.

— To ja. — Usłyszałam głos Magdy zza drzwi.

Wpuściłam ją. Miała minę, która nie wróży nic dobrego.

— Słuchaj… — Przyjrzała mi się. — Muszę z tobą pogadać, a ty masz teraz chwilę, bo wysłałam twoją następną pacjentkę na konsultację do anestezjologa.

— Do kogo?

— Do Kazkowskiego — powiedziała szybko i cofnęła się do korytarza. — On był wolny — dodała na swoją obronę — a poza tym to jest świetny w tym, co robi, jeśli pominie się jego osobowość. Nie dąsaj się na mnie, jeszcze nie masz powodów. Chodź do socjalnego na kawę.

*

Magda włączyła ekspres, a ja nalałam sobie herbaty. Skwitowała to uniesieniem brwi.

— Chcę zasnąć, jak tylko wrócę do domu — wyjaśniłam.

— Coś się stało? Poza tym, że tak ścięłaś się dzisiaj z Kazkowskim na zebraniu?

— Zawiozłam rano Szprotkę do weterynarza. — Usiadłam na krześle i pochyliłam się do przodu.

— Nadal choruje? — Poczułam dłoń Magdy na ramieniu.

— Już nie.

Zaczęły mi drżeć ramiona. Przygryzłam wargę, aby powstrzymać falę emocji.

— Przykro mi. — Pogładziła mnie po włosach. — Wiem, ile ten kot dla ciebie znaczył.

Przygryzłam wargę jeszcze mocniej, aż poczułam rdzawy smak krwi. Dopiero wtedy puściłam.

Szprotka przez ostatnie kilka lat była dla mnie niemal rodziną. Teraz została mi już tylko Magda, moja najbliższa przyjaciółka. Przez lata tak wiele osób odeszło z mojego życia, że bałam się już przywiązywać. Nie widziałam sensu, skoro i tak los niedługo zabierze mi tego kogoś. Musiałam po prostu jakoś bronić się przed bólem, który kumulował się we mnie i powoli urastał do rozmiarów, których nie byłam w stanie podźwignąć.

Przyjaciółka przysunęła się do mnie i przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, oparte o siebie ramionami. Coś mi się przypomniało.

— Mówiłaś, że masz do mnie sprawę?

— Tak — odpowiedziała wolno — ale nie będziesz zadowolona. Chodzi o tę konferencję.

— Nie możesz jechać? — odgadłam, czując jednocześnie, że budzi się we mnie złość. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że może to uczucie nie jest czymś złym. Dzięki temu wiedziałam, że jestem jeszcze w stanie coś poczuć.

— Moja mama złamała rękę, a do świąt został już tylko tydzień. Dzieciaki i Jacek i tak kręcili nosami, że wyjeżdżam na weekend tuż przed Gwiazdką, no a teraz trzeba jeszcze pomóc w przygotowaniach mojej mamie.

— Przecież to ty nalegałaś, żebyśmy się tam zgłosili. I wiedziałaś, dlaczego ja nie chcę tam jechać.

— No tak — stęknęła — ale tak rzadko organizowane są konferencje o chirurgii plastycznej dzieci z tak wybitnymi ­gośćmi. Mogłybyśmy nawiązać wiele kontaktów…

Uniosłam brwi.

— No dobrze, ty mogłabyś nawiązać wiele kontaktów. Przyda nam się to, jeśli na poważnie myślimy o przejęciu pacjentów z rozszczepem podniebienia, których rodzice nie chcą czekać na termin operacji w szpitalu — powiedziała.

— Wiesz, dlaczego nie chcę tam jechać.

— Wiem. — Wstała i zaczęła krążyć po pomieszczeniu. — Ale to, że kiedyś pokłóciłaś się o coś z Michałem, nie oznacza, że masz do końca życia unikać wszelkich miejsc, gdzie on może się pojawić.

— To nie jest takie proste — powiedziałam tylko.

— To jest proste. — Spojrzała na mnie. — Nie wiem, co się między wami wydarzyło, ale to było szesnaście lat temu. Nawet jeśli nie chcesz mieć z nim kontaktu — ciągnęła — to przecież oboje jesteście dorośli i możecie się kulturalnie unikać. Możecie też udać, że zwyczajnie o wszystkim zapomnieliście. Michał bardzo dużo przez ten czas przeszedł, więc nie sądzę, żeby chciał nadal żywić do ciebie jakąś urazę. Zresztą… — zawahała się — on często mnie o ciebie pyta. Właściwie robi to zawsze, gdy go widzę, a nawet gdy tylko coś z nim konsultuję.

Poczułam ukłucie w sercu. Pytał o mnie. W mojej pamięci pojawiły się obrazy jego roześmianych brązowych oczu, zapach skóry, ciepło dłoni. Minęło tyle lat, a ja wciąż niemal go czułam. Potrząsnęłam głową, aby oczyścić myśli.

— Nie mówiłaś mi o tym.

— Bo wiem, jak na to reagujesz — westchnęła. — Wiem, jak reagujesz na niego. Nie rozumiem tylko, dlaczego pozwalasz mi współpracować z jego szpitalem. Dlaczego płacisz moje wynagrodzenie za operacje, które przeprowadzam na ich pacjentach, poza kliniką.

— To robi nam dobry wizerunek.

— Myślisz, że naszych potencjalnych klientów interesuje nasza działalność pro bono?

— Sądząc po naszych wynikach, tak właśnie jest. — Próbowałam bronić tego argumentu, bo nie potrafiłabym się przyznać, dlaczego naprawdę to robię. To i tak nie miało znaczenia.

Magda wyglądała na zmęczoną rozmową ze mną. Miałam nadzieję, że mi odpuści.

— Dobra. — Stanęła przede mną i oparła dłonie na biodrach. — Ujmę to tak, pani dyrektor. Mam nadzieję, że lubisz mnie na tyle, żeby zignorować obecność jakiegoś faceta na konferencji, dzięki której możemy się bardzo wiele dowiedzieć. Zależy mi na tym tak bardzo, że właśnie to chciałabym dostać od ciebie pod choinkę.

— Już coś ci kupiłam.

Przewróciła oczami.

— Proszę cię, Anka. — Wzięła mnie za ręce. — Naprawdę mi zależy.

— Pani dyrektor? — Do pokoju socjalnego zajrzała Kasia z recepcji. — Jest już następny pacjent do pani.

Magda wciąż czekała na moją odpowiedź. Westchnęłam zrezygnowana, a potem skinęłam głową. Rozpromieniła się niczym dziecko przed wejściem na karuzelę.

— Zobaczysz, że będzie fajnie. Niesamowici wykładowcy, hotel z bazą SPA, no i góry zimą.

— Jasne. — Wstałam i ruszyłam do wyjścia.

— Już zmieniłam rezerwację na twoje nazwisko i wysłałam ci maila z planem sesji — usłyszałam jej cichnący za moimi plecami głos. Odwróciłam się i zobaczyłam, że niewinnie się do mnie uśmiecha.

Cała Magda. Nikt nie znał mnie tak dobrze jak ona.

Wróciłam do domu przed dwudziestą i zrezygnowana zajrzałam do szafy. Musiałam nastawić pranie teraz, jeśli chciałam jutro mieć co spakować. Konferencja zaczynała się za dwa dni. To oznaczało, że w piątek zobaczę Michała.

Ostatnio widywałam go jeszcze na uczelni, kiedy przypadkiem się na siebie natknęliśmy między zajęciami. Pamiętałam go dobrze z tych ostatnich miesięcy, przed końcem jego ostatniego roku. Był wtedy taki szczęśliwy. Miałam wrażenie, że nic nie mąciło jego szczęścia oprócz tych chwil, kiedy jego wzrok przypadkiem napotykał moją twarz. Wtedy coś dziwnego działo się w jego oczach, a ja odwracałam głowę.

Poczłapałam w kapciach do kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. W drodze do lodówki natknęłam się na jeszcze pełną miskę Szprotki. Nie była w stanie niczego zjeść od kilku dni, ale ja wciąż miałam nadzieję, że może jednak coś się zmieni.

Sięgnęłam po miskę i wysypałam jej zawartość do śmietnika. Oparłam się ręką o zlew i przez chwilę oglądałam naczynie, po czym je także wyrzuciłam do kosza. Wiedziałam, że przez dłuższy czas nie będę gotowa na nowe zwierzę. Możliwe, że będzie jak poprzednim razem. Ból po utracie zostanie wyparty przez nieznośne uczucie samotności i znów zajrzę do schroniska w poszukiwaniu małego współlokatora.

Zrezygnowałam z kolacji i zagrzebałam się w łóżku. Nie mogłam zasnąć z powodu tłukącej się w łazience pralki. Włączyłam program o życiu niedźwiedzi polarnych, który sobie wcześniej nagrałam, w nadziei, że pomoże mi przestać myśleć. Po chwili udało mi się trochę odprężyć, ale wtedy moja ręka odruchowo sięgnęła w prawą stronę, aby pogłaskać grzbiet mojej kotki, która zawsze tam się kładła. Podkuliłam palce, patrząc na puste miejsce, a potem wybuchłam płaczem.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 2

W jednym Magda miała rację — hotel, w którym nas zakwaterowano, robił świetne wrażenie. Rozłożysty, niewysoki budynek, a właściwie ciąg budynków ze ścianami z grubych bali i podmurówką z kamienia. Znajdował się w okolicy Sanoka, a ten rejon naszego kraju miał coraz lepszą bazę dla turystów. Bieszczady powoli przestawały być tak dzikie jak kiedyś. Doceniałam wygodę, jeśli w grę wchodził hotel na konferencję, jednak gdybym miała spędzić gdzieś trochę wolnego czasu, zjechałabym z trasy wcześniej i zaszyła się w Beskidzie Niskim. Uwielbiałam tamten rejon, z wielu powodów.

Przez przeszkloną ścianę recepcji widać było ośnieżone góry. Wnętrze było ciepłe i wygłuszone przez liczne sofy, poduchy i dywany w stylu tych z alpejskich chatek. Pod sufitem zawieszono dekoracje z prawdziwego igliwia, a w każdym kącie stało udekorowane ekologicznymi słomkowymi ozdobami małe drzewko. Wciągnęłam nosem zapach igliwia i cynamonowych świec. W tle słyszałam cicho pobrzmiewające świąteczne piosenki w wykonaniu Franka Sinatry. Całość tworzyła prawdziwie bajkowy klimat Bożego Narodzenia i przez chwilę pomyślałam, że może to było właśnie to, czego teraz potrzebowałam.

Wpisałam się na listę uczestników konferencji i skierowałam do kontuaru recepcjonistek, aby się zameldować. Zatrzymałam się w pół kroku, gdy tylko go zobaczyłam. Postanowiłam chwilę zaczekać, żeby nie wpadać na niego tak od razu. Jeszcze nie byłam na to gotowa.

Trochę się zmienił. Choć nie widziałam jego twarzy, to i bez tego mogłam stwierdzić, że wygląda inaczej. Jego ciemne włosy nie kręciły się w nieładzie jak kiedyś, ale były krótko i schludnie ostrzyżone. Nie nosił już też czarnej skórzanej kurtki, ale zamienił ją na znacznie droższą, znanej sportowej firmy. Na nogach miał dżinsy i buty do górskich wędrówek. Ktoś, kto nie wiedział, że jest ordynatorem oddziału laryngologicznego w szpitalu dziecięcym, wziąłby go za przystojnego turystę, a nie uczestnika konferencji.

Obserwowałam zachowanie recepcjonistki, z którą rozma­wiał, i widziałam, jakie robił na niej wrażenie. Jej uśmiech i rumieńce mówiły mi, że Michał nie stracił ani trochę swojego uroku. Wciąż był wysoki i postawny. Jego mięśnie brały się z wielu lat wyczynowego uprawiania sportu. Przy tym zawsze w kontaktach z kobietami wiedział, co powiedzieć. Chyba tylko ja byłam wyjątkiem, bo często w rozmowie ze mną sfrustrowany zwieszał głowę.

Tuż obok Michała, trzymając go za rękę, stała mała dziewczynka. To ona odwróciła się, szukając pewnie czegoś ciekawszego, czym mogłaby się teraz zająć, i przyłapała mnie na patrzeniu na nich. Zrobiło mi się gorąco, kiedy zobaczyłam jej brązowe oczy utkwione we mnie. Zwłaszcza że oczy miała dokładnie takie same jak jej tato. Nie udało mi się zapomnieć tego ciepłego odcienia ciemnego bursztynu.

Chciałam odwrócić się i szybko gdzieś odejść. Udać, że właśnie z kimś rozmawiałam. Przed chwilą było wokół mnie pełno rejestrujących się ludzi, a teraz, jak na złość, stałam zupełnie sama.

Dziewczynka już pociągnęła Michała za rękę, a on po chwili także odwrócił się w moją stronę. Zmrużył lekko powieki, jakby musiał się upewnić, że widzi właśnie mnie, a nie kogoś podobnego. Mogłabym przysiąc, że na jego twarzy przez moment odmalowało się uczucie ulgi, ale tak szybko zniknęło, że sama po chwili straciłam już pewność, czy faktycznie tak było. Dlaczego miałby czuć coś takiego na mój widok?

Przez moment zastanawiałam się jeszcze, czy mam szansę na godną ucieczkę z tej sytuacji, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Pozostało mi tylko uśmiechnąć się albo pomachać do niego, a najlepiej podejść i się przywitać. Jednak nie mogłam zrobić żadnej z tych rzeczy. Stałam jak przykuta do posadzki, nie mając pojęcia, co zrobić.

Tymczasem on schylił się do dziewczynki i coś jej powiedział, po czym oboje ruszyli w moją stronę. Poczułam, że odbiera mi władzę w nogach. Bałam się, że upadnę, i musiałam wyglądać jak skończona idiotka. Zamurowana skończona idiotka.

— Cześć. — Michał uśmiechnął się do mnie lekko, po czym ostrożnie pochylił się w moją stronę i pocałował w policzek na powitanie. — Nie widziałem cię ładnych parę lat.

— Tak — wykrztusiłam przez ściśnięte gardło. Odchrząknęłam. — Minęło trochę czasu.

Odsunął się już nieco, ale ja wciąż czułam jego zapach. W tym zapachu było coś znajomego, co pamiętałam przez te wszystkie lata, i jakaś nowa nuta. Może woda po goleniu albo perfumy. Kiedyś nie używał perfum. Był zwykłym chłopakiem, najczęściej spoconym po kilkugodzinnej jeździe na rowerze. Taki był w mojej pamięci. Ze skórą zroszoną potem i wielkim uśmiechem na ustach.

Teraz nie był już chłopakiem. Minęło szesnaście lat.

— Magda wysłała mi wiadomość, że jej nie będzie. Podobno ma jakieś problemy rodzinne. — Zawiesił głos, czekając pewnie, aż coś powiem, ale byłam jeszcze zbyt oszołomiona. — Mam nadzieję, że to nic poważnego.

Przez chwilę przyzwyczajałam się do jego głosu i do tego, że z nim rozmawiam.

— Jej mama złamała rękę. Nic poważnego, ale idą święta…

— No tak. — Znów się uśmiechnął. W podobny sposób, w jaki robi się to przy płochliwym zwierzęciu. — My chyba też trochę ulegliśmy temu nastrojowi. — Spojrzał na dziewczynkę stojącą u jego boku, a potem na mnie. — Dostałem świąteczne ultimatum, albo jedziemy razem, albo żadne z nas. — Pogłaskał córkę po głowie, a gdy ta lekko się uchyliła, złapał ją za warkocz i owinął sobie jego końcówkę wokół palca. — Nie bój się. Nie zniszczę ci fryzury.

— Michał! — rozległ się kobiecy głos za moim ramieniem, a zaraz potem jego właścicielka uściskała mojego rozmówcę i sama zaczęła absorbować go swoją osobą.

W tym czasie mała dziewczynka cały czas patrzyła na mnie. Jej przenikliwy wzrok sprawił, że poczułam się jeszcze bardziej zdenerwowana. Nie byłam dobra w kontaktach z dziećmi. Chyba nigdy z żadnym nie zamieniłam więcej niż dwa zdania.

— Mam na imię Zosia, a pani? — odezwała się mała.

— Anna. — Odruchowo wyciągnęłam do niej dłoń na przywitanie, orientując się o sekundę za późno, że przecież nie zawieram znajomości z dorosłym. Ku mojemu zaskoczeniu Zosia uścisnęła moją dłoń, a nawet lekko nią potrząsnęła. Ani Michał, ani stojąca obok niego kobieta tego nie dostrzegli.

Tymczasem dziewczynka nie zamierzała mi odpuścić.

— Jest pani koleżanką mojego taty?

Teraz zrobiło mi się gorąco. Bardzo trudno było mnie wyprowadzić z równowagi. Na sali operacyjnej nigdy nie traciłam rezonu. Pacjenci, nawet ci najbardziej ekscentryczni, nie byli w stanie mnie zaskoczyć. Jednak dzisiejszy dzień przyniósł mi już zbyt wiele wyzwań, a do wieczora było jeszcze daleko.

— Tato ma zdjęcie z panią. Widziałam je w jego pudełku z pamiątkami. Jest na nim bardzo uśmiechnięty.

Nie miałam pojęcia, co można na to odpowiedzieć. Zwłaszcza dziecku, które wyglądało na jakieś sześć czy siedem lat.

— To chyba dobrze, prawda?

— A zna pani moją mamę?

Zabrzmiało to trochę, jakby mnie przesłuchiwała.

— Tak.

— Była pani koleżanką?

— Zosiu — przerwał jej Michał — to niegrzecznie wypytywać tak kogoś dorosłego. — Spojrzał na mnie. — Przepraszam cię za nią.

— W porządku — bąknęłam.

— Chodźmy poszukać naszego pokoju. — Sięgnął do rączki swojej walizki, a dziewczynka wykonała kopię jego ruchu i pociągnęła za sobą mały różowy bagaż.

Nie wiem, jakim cudem Magdzie udało się dostać pokój jednoosobowy. Byłam nieskończenie wdzięczna losowi, że przynajmniej w tym pomieszczeniu nie będę musiała z nikim rozmawiać.

Patrzyłam w lustro w łazience i czekałam, aż serce przestanie mi bić jak szalone. Dotknęłam opuszkami palców policzka, w który pocałował mnie Michał. On naprawdę był tak blisko mnie. Teraz też jest gdzieś niedaleko. Czułam się jak podlotek. Jakbym znów miała te dwadzieścia lat i jechała z nim na wakacyjny rajd. Ale moje odbicie w tafli szkła nie należało już do młodej dziewczyny.

Minęło kilkanaście lat, a ja tak wiele w tym czasie osiągnęłam. Nie byłam już dziewczyną z małej miejscowości, zagubioną w wielkim mieście. Prowadziłam klinikę chirurgii plastycznej. I nie tylko sobie radziłam, ale jeszcze zwiększyłam obrót firmy poprzez rozreklamowanie jej szeroko zakrojoną akcją darmowych operacji dla pacjentek po chorobie nowotworowej. Byłam szanowanym specjalistą, poważną, dorosłą osobą, a nie potrafiłam się wyzwolić spod wpływu uczuć z czasów studiów.

Wciąż musiałam utwierdzać się w przekonaniu, że postąpiłam słusznie. Michał do dziś nie wiedział, co właściwie się wtedy wydarzyło. Prawie nikt o tym nie wiedział. W każdym razie pra­wie nikt spośród jeszcze żyjących. Może on mógłby teraz pomyśleć, że wolałam skupić się na karierze, ale akurat oboje wiedzieliśmy, że to nie mogło być powodem tego, co zrobiłam.

Poczułam, że chciałabym znaleźć się teraz w innym miejscu. Tam, gdzie potrafiłam się wyciszyć i gdzie byłam naprawdę szczęśliwa. Było takie miejsce, a ja przypadkowo znajdowałam się dość blisko.

Zaczęłam przeszukiwać torebkę w nadziei, że znajdę w niej klucze. Niestety, nadaremnie. To byłoby zresztą dziwne, gdyby cały czas tam tkwiły.

Spojrzałam na moją starzejącą się walizkę. Zabierałam ją wszędzie i gdy ostatnim razem byłam w domu taty, musiałam ją mieć tam ze sobą. Uklękłam na dywanie, odpięłam zamek błyskawiczny i sięgnęłam do wewnętrznej kieszeni. Usłyszałam brzęczenie metalu i wiedziałam, że tam były, zanim jeszcze je wyciągnęłam.

Spojrzałam na zegarek, a potem szybko wybrałam numer Magdy.

— Wszystko w porządku? — Powitała mnie w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, że się o mnie martwi.

— Tak — odpowiedziałam. W sumie czułam się już lepiej. Mój nowy plan sprawił, że humor trochę mi się poprawił. — Jesteś jeszcze w pracy?

— Sprawdzasz mnie? — Usłyszałam rozbawienie w jej głosie. — Jasne, że jestem.

— Mogłabyś zobaczyć, czy nie da się przesunąć moich zabiegów z początku przyszłego tygodnia?

— Dlaczego?

— Chciałabym wziąć kilka dni wolnego.

Magda nie odzywała się przez dłuższą chwilę.

— Jesteś tam? — zaniepokoiłam się.

— Ty nigdy nie bierzesz urlopu — powiedziała z namysłem. — Zawsze cię namawiałam, ale…

— No to teraz wezmę. Jeśli oczywiście będzie to możliwe. — Zaczęłam skubać zębami wargę.

— Wszystko sprawdzę — zapewniła. — Zadzwonię do ciebie, jak będę już wiedziała, co i jak.

— Super. Będę ci wdzięczna.

Właściwie to chciałam już się rozłączyć, ale Magda znów zamilkła. Nie zamierzała się ze mną pożegnać. Jeszcze nie.

— Widziałaś go? — Przeszła wreszcie do tego, co ją interesowało.

— Tak. — Znów poczułam to samo, co przed godziną, gdy on stał przede mną. Moje serce przyspieszyło i zaczęły mnie mrowić stopy, jak zawsze kiedy chciałam uciekać, a nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca.

— Powiesz coś więcej? Rozmawiałaś z nim?

— Tak, ale tylko się przywitaliśmy. — Próbowałam ogarnąć zamęt w mojej głowie i udzielić jej konkretnej odpowiedzi. — Pytał, dlaczego nie mogłaś przyjechać.

— Oj, uważaj, bo uwierzę, że właśnie dlatego do ciebie podszedł.

— Co mam ci powiedzieć? O to właśnie zapytał — broniłam się.

— Jak wyglądał? Przyjechał sam czy jeszcze z kimś ze swojego oddziału? Ucieszył się na twój widok?

— Wyglądał… — zawahałam się — dobrze, jak to on.

— Uch — prychnęła. — Dlaczego muszę wszystko z ciebie wyciągać? Idą święta i moim najciekawszym zajęciem, oprócz pracy, jest krojenie bakalii, więc błagam cię, opowiedz mi coś pikantnego. Kiedy się rozłączymy, moja matka zasypie mnie telefonami, żeby upewnić się, że dziś wieczorem pokroję je jak należy. Jakby nie zauważyła, że jestem chirurgiem i krojenie to jedna z niewielu rzeczy, na których się znam.

— Po prostu jest starszy. Ma ten sam uśmiech, te same oczy. — Potarłam palcami czoło, czując, że w mojej głowie znów pojawiają się obrazy, których nie chciałam teraz widzieć. — Pamiętam go sprzed jakichś ośmiu lat.

— Żartujesz. — Słyszałam w jej głosie, że zrobiło to na niej wrażenie. — Przecież mieszkacie w tym samym mieście.

— Widziałam go na uczelni, a potem raz czy dwa w szpitalu, w którym pracował po stażu. Później wyjechałam robić specjalizację, a kiedy wróciłam do Katowic, nasze drogi zawodowe zupełnie się rozeszły.

— Niezupełnie. Ja was łączę.

Miała rację. A ja przez te wszystkie lata, kiedy zdarzało im się razem operować, nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy bardziej przeszkadza mi to, że on na dobre nie zniknął z mojego otoczenia, czy bardziej boję się zupełnie go utracić.

— Może to już czas, żebyś z nim szczerze porozmawiała? No wiesz, skoro to cię męczy od tylu lat, a w dodatku na co dzień się nie widujecie. Powiesz, co masz do powiedzenia, i może wypatrzysz go na kolejnej konferencji za kolejnych osiem lat, albo i nie.

— To nie jest dobre miejsce i czas. Poza tym on nie jest sam. Nawet gdy nie oblepia go chmara uśmiechniętych kobiet, to cały czas jest przecież z córką.

— O! Zabrał Zosię. — Zaczęła normalnym tonem głosu, a potem miałam wrażenie, jakby nagle nie wiedziała, co właściwie powinna powiedzieć. — Zosia to… ciekawa dziewczynka. Michał świetnie sobie z nią radzi.

Nie wiedziałam, co miała na myśli, ale musiałam przyznać rację nawet jej lakonicznemu opisowi, choć ja nazwałabym raczej to dziecko innym niż ciekawym. Ale innym w pozytywnym sensie. Jej odmienność polegała na tym, że kiedy mówiła, zupełnie nie przypominała mi dziecka. Dla mnie, osoby, która nie miała żadnej praktyki w obcowaniu z dziećmi, miało to swoje zalety.

— Jak widzisz, pewnie nawet nie nadarzy się okazja, żeby spokojnie porozmawiać, co wcale mi nie przeszkadza. Będę szczęśliwa, jeśli uda mi się stąd wyjechać bez konieczności żegnania się — zapewniłam ją tak gorliwie, jakbym i ja potrzebowała się o tym przekonać.

— Mówisz tak, jakby zrobił ci jakąś krzywdę.

— To nie to. — Wzięłam głęboki wdech i zdobyłam się na szczerość, która mnie raniła. — Ale samo myślenie o nim sprawia mi ból, a co dopiero jego bliskość.

— Nie sądziłam…

Westchnęłam.

— Dam sobie radę.

— Przepraszam, że cię w to wpakowałam.

Przywitanie wszystkich prelegentów przez prowadzących zabrało trochę czasu. Przewidziałam, że tak właśnie będzie, dlatego zajęłam miejsce na tyłach ogromnej sali konferencyjnej. Nie chciałam być nieuprzejma, ale zawsze miałam bardzo dobrą pamięć i wystarczyło mi, żebym raz przeczytała nazwiska zaproszonych i wstępy do ich wykładów, aby móc w każdej chwili je powtórzyć.

Czekałam na koniec oficjalnego wstępu, rysując na ostatniej karcie programu. Wtedy zauważyłam po jednej ze stron jakieś poruszenie. Podniosłam głowę i zobaczyłam Michała z telefonem komórkowym przy uchu. Kierował się do wyjścia, ale gdy tam dotarł, uznał najwyraźniej, że zrobi więcej hałasu, wychodząc, niż prowadząc dyskretnie rozmowę z ostatniego rzędu. Wypatrzył mnie i to, że siedziałam tuż przy skraju, a obok było jedno wolne miejsce. Usiadł przy mnie, a potem zsunął się na krześle, tak że niemal na nim leżał, bo w ten sposób rząd przed nami go zasłaniał.

— Próbowałeś zmienić antybiotyk? — zapytał swojego rozmówcę. — Nie, nie czekaj dłużej. Załóż dren. Tak będzie najlepiej. Rozmawiałem już o tym z rodzicami, więc nie będą zaskoczeni.

Słuchał przez dłuższy czas.

— Jak to? Nie potrafisz go przekonać?

Nie wiedziałam, o co chodziło, ale zrozumiałam, że najwyraźniej ten ktoś miał problemy we współpracy z pacjentem Michała.

— Daj mi go do telefonu. — Potarł dłonią czoło. — Tak, dobrze słyszałeś, daj mi pogadać z chłopcem. — Znów chwila pauzy, ale krótka. — Chcesz mieć to załatwione czy nie?

Czekał najwyraźniej na przekazanie aparatu. Spojrzał na mnie ukradkiem i gdy napotkał mój wzrok, zrobił minę, która miała mi powiedzieć, że nie rozumie, dlaczego musi wszystko robić sam. Potem się uśmiechnął. Zawsze taki był. Lubił wyzwania.

— Witaj, młody wirtuozie, słyszałem, że nie pozwalasz się dotknąć doktorowi Kubie.

Miałam wrażenie, że teraz słucha w większym skupieniu.

— To dobry lekarz i zrobi, co trzeba, żebyś słyszał tak jak kiedyś. Pozwolisz się kulturalnie zbadać, a potem zrobisz to, o co wszyscy cię proszą, bo to ci się zwyczajnie opłaca. Będziesz jak nowy.

Zaczęłam się zastanawiać, jak wygląda dzieciak, z którym rozmawia się w ten sposób. Wtedy ton Michała złagodniał, ale tylko trochę. To nadal była męska rozmowa.

— Nie, to nie boli. Dren zakłada się także po to, żeby ból się zmniejszył, a sam zabieg prześpisz, więc nic nie poczujesz. Mogę ci to obiecać.

Rozłączył się i spojrzał na mnie.

— Masz też czasem takie wrażenie, że bez ciebie wszystko wali się na twoim oddziale?

— Nieustannie — przyznałam.

Chciałam go zapytać, dlaczego nazwał tego dzieciaka wirtuozem, ale nie byłam pewna, czy znajdę w sobie siłę na dłuższą pogawędkę z nim. W dodatku zaczynał się pierwszy wykład, a siedząca przed nami kobieta odwróciła się i spojrzała na nas wymownie. Poczułam się jak w szkole i Michał chyba też, bo stłumił śmiech.

Myślałam, że wróci na swoje miejsce, ale wyglądało na to, że obok mnie było mu całkiem wygodnie. Podciągnął się w górę i oparł łydkę jednej nogi na udzie drugiej. Nachylił się w moją stronę, zerknął mi przez ramię do programu i zobaczył, czym się przed chwilą zajmowałam.

— Ciekawa notatka. — Uniósł zaczepnie brwi.

Pokręciłam tylko głową. Wiedziałam, że jeśli się odezwę, dam się wciągnąć w jego grę, a już teraz kąciki ust nieposłusznie podjeżdżały mi do góry.

— Fajne — powiedział bezgłośnie, patrząc na postać lisa w kapeluszu, którego narysowałam na pustej kartce. — Dorysujesz jeszcze żabę?

Zapomniałam już, że Michałowi zawsze podobał się akurat ten rysunek ropuchy, której robiłam gruby tyłek, ale jednocześnie malowałam jej na różowo powieki i dorabiałam długie rzęsy.

Wyciągnęłam z torebki piórnik i wymieniłam kredki na te o innych kolorach. Teraz nosiłam przy sobie najczęściej około dwudziestu kredek i trzy ołówki o różnym stopniu twardości. Rzadko miałam okazję coś narysować, więc robiłam to głównie z sentymentu. Kiedyś mój plecak wypełniały bloki, szkicowniki i wiele kompletów pasteli, które w moim dorosłym życiu okazały się mało praktycznym wyposażeniem torebki. To, co kiedyś tak bardzo kochałam, teraz stało się uciążliwe i zbędne. Mimo to nie potrafiłam zupełnie się z tym rozstać.

Zrobiłam kontur, a potem zaczęłam wypełniać poszczególne elementy kolorem. Michał przyglądał mi się zupełnie jak kiedyś. Gdybym nie widziała początków zmarszczek w kącikach jego oczu i na czole, pewnie uległabym złudzeniu, że czas się cofnął.

Pokazałam mu ruchem głowy, żeby skupił się bardziej na wykładzie. Kiedy odwrócił wreszcie wzrok, ja też mogłam się wsłuchiwać w słowa chirurga dziecięcego, który zajmował się operowaniem rozszczepów w krajach Trzeciego Świata.

Gdy tylko zaczęła się przerwa, Michał zamienił się ze mną na programy i zapytał, czy nie moglibyśmy chwilę porozmawiać. Poczułam ucisk w gardle, ale poszłam za nim.

— Kawy? — Wskazał ruchem głowy rozstawiony na dużym stole bufet.

— Jasne.

Podał mi filiżankę i podeszliśmy do dziewczyny obsługującej catering.

— Dla pani z miejscem na mleko, a dla mnie czarna do pełna.

— Pamiętasz, że piję z mlekiem? — zapytałam zaskoczona.

— Pamiętam wiele rzeczy, które ciebie dotyczą. — Spojrzał na mnie poważnie. Ciężej mi się oddychało, dopóki nie odwrócił wzroku. Upił łyk kawy.

— Mówiłeś, że chcesz ze mną o czymś porozmawiać.

— Mam do ciebie prośbę — zaczął. — Mój samochód trochę szwankował, gdy tu jechaliśmy. Myślałem, że to nic takiego i znajdę tu jeszcze jakiegoś mechanika, który upora się z tym do końca weekendu, ale okazało się, że to nie jest takie proste. Chyba najlepiej będzie, jeśli zostawię tu wóz, a potem odbiorę go po świętach. Jedziesz w tę samą stronę, dlatego pomyślałem, że może moglibyśmy zabrać się w drogę powrotną z tobą.

Od razu to zobaczyłam. On, jego córka i ja w jednym samochodzie. Nie byłam gotowa na tyle emocji. To był bardzo zły pomysł. Przez chwilę nie mogłam wykrztusić z siebie słowa, dopiero po dobrej minucie zaczęłam gorączkowo myśleć, co właściwie mu powiedzieć. Wtedy mnie olśniło.

— Planowałam jeszcze gdzieś pojechać i spędzić kilka dni w górach.

Chyba nie spodziewał się, że mogłabym mu odmówić. Otwarł usta, ale zaraz potem przygryzł wargę i pokręcił głową.

— Możesz mi powiedzieć wprost, jeśli nie chcesz.

Serce zaczęło mi walić jak oszalałe.

— Nie o to chodzi. — Podniosłam głos, ale zauważyłam, że zwróciłam na siebie uwagę kilku osób stojących dookoła, więc spróbowałam opanować emocje. — Ja naprawdę mam coś jeszcze w planach.

— Nie przejmuj się tym. — Patrzył na mnie w taki sposób, jakiego najbardziej nie lubiłam. — Rozumiem.

— Michał! — Znów się uniosłam. Rozmowy z nim nie wychodziły mi zbyt dobrze. — Dlaczego tak mówisz? Ja naprawdę mam inne plany.

— Rozumiem. — Zrobił krok w tył. — Zajrzę do córki. — Odwrócił się.

Przez chwilę przyglądałam się, jak idzie w głąb korytarza. Wsunął dłonie głęboko w kieszenie dżinsów, a gdy dzieliło nas już kilkanaście metrów, pokręcił głową.

*

Nie mogłam zapomnieć tej rozmowy. Tego się właśnie obawiałam. Wszystkie nasze ostatnie rozmowy właśnie tak wyglądały.

Tego dnia Michał więcej się do mnie nie odezwał. Nie było wprawdzie okazji, bo spotkałam kilkoro znajomych, ale jednak miałam nadzieję, że jakoś uda nam się zatrzeć nieprzyjemne wrażenie. Pod koniec dnia, kiedy jadłam kolację z koleżanką ze specjalizacji i jej mężem, także lekarzem, siedziałam w taki sposób, że mogłam bezkarnie przyglądać się Michałowi i pozostać przez niego niezauważoną. Ciągle ktoś do niego podchodził, ale nie było możliwości, żeby się do niego dosiąść, bo wybrali wraz z córką najmniejszy, dwuosobowy stolik.

Dziewczynka uparła się, żeby kroić swoją potrawę nożem, i była już na tyle duża, żeby spokojnie sobie z tym poradzić, ale coś utrudniało jej zadanie. Michał chciał jej pomóc, a ona tylko potrząsnęła głową. Przyglądałam się, jak mężczyzna pochyla się w jej stronę i spokojnie coś mówi, a chwilę potem Zosia zaczęła coś mu tłumaczyć. Robiła to dość głośno, bo kilka osób siedzących przy sąsiednich stolikach obejrzało się w ich stronę. Michał tylko wzruszył ramionami, a dziewczynka zaraz potem pozwoliła sobie pomóc.

Nie znałam na tyle dobrze jej mamy, żeby określić, czy córka jest bardziej podobna do niej, czy do swojego taty. Rozmawiałam z Anetą tylko raz, ale trudno mi było się wtedy jej przyglądać. Mogłam jedynie stwierdzić, że było coś znajomego w uśmiechu tej małej dziewczynki, bo pamiętałam czasy, kiedy Michał bez przerwy się śmiał. Teraz wydawał mi się trochę zmęczony. Nadal był bardzo przystojny, może nawet bardziej niż kiedyś. Wtedy był chłopakiem, a teraz stał się dorosłym mężczyzną. Wyglądał świetnie w szarym swetrze z modnym golfem wiązanym na troki i w ciemnych dżinsach.

Spojrzałam na swoje dłonie ze skórą przesuszoną od środków, którymi odkażało się ręce przed operacją. Nawet nie zdążyłam pomalować paznokci. Miałam na sobie górę sztruksowego żakietu i czarne wąskie spodnie. Nie czułam się w tym najlepiej. Jedno i drugie kupiłam trochę na odczepnego na zakupach, na które przynajmniej dwa razy w roku wyciągała mnie Magda. Szczerze mówiąc, mogłabym nosić strój lekarski, a potem przeskakiwać w dres lub piżamę. Tylko dbałość mojej przyjaciółki o mój wygląd powodowała, że nie wcielałam tego planu w życie. Moją ozdobą zawsze były włosy, grube i lśniące, w słońcu mieniły się kolorami jasnego brązu i złota. Wystarczyło, że je umyłam i nosiłam rozpuszczone albo zaplecione w luźny warkocz, i większość ludzi skupiała się od razu na nich. Kilka razy usłyszałam też komplement, że mam ładne szare oczy, ale sama nie byłam co do tego przekonana.

Kładłam się już spać, gdy zadzwoniła Magda.

— Nie chciałam ci wcześniej psuć humoru. Strasznie mi przykro, ale twoja pacjentka z wtorku uparła się, że musi mieć zabieg akurat wtedy, i nie zgodziła się na zmianę lekarza.

Odetchnęłam ciężko. Wszystko na nic.

— Trudno. Dzięki, że próbowałaś mi pomóc.

— Może zdecydujesz się jeszcze kiedyś pojechać do tego hotelu. Zaplanuj sobie dłuższy urlop, pojedź tam i po prostu odpocznij.

— Może masz rację.

Nie chciałam prostować tego, jak mnie zrozumiała, i tłumaczyć jej, że nie chciałam przedłużać pobytu w tym hotelu, tylko jechać kilkadziesiąt kilometrów dalej. Nie było sensu o tym mówić, skoro i tak nic z tego nie wyszło.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki