Zimowa ewangelia - Brendan Kiely - ebook
Opis

"Kiedy rozpada się małżeństwo rodziców szesnastoletniego Aidana Donowana, chłopak traci poczucie bezpieczeństwa. Nastolatek szuka zapomnienia w środkach odurzających i alkoholu, a brak ojca rekompensuje mu znajomość z księdzem Gregiem z miejscowej parafii. To w nim Aidan widzi mentora i jedynego dorosłego, który jest godzien zaufania. Jednak w Boże Narodzenie z twarzy duchownego spada maska i okazuje się kimś zupełnie innym, niż widział go chłopak… Brendan Kiely pokazuje, jak miłość może stać się bronią przeciwko niewinnym, ale także jak może przywrócić nadzieję i wiarę. A prawdziwa moc płynie z prawdy i prawdziwej miłości. Książka powstała na kanwie autentycznych wydarzeń – skandalu pedofilskiego, który wstrząsnął archidiecezją bostońską u progu XXI wieku. „To odważny debiut. Kiely porusza problem wykorzystywania seksualnego w Kościele Katolickim. Ten trudny, prowokujący do myślenia temat Kiely ubrał w piękną prozę, odkrywając, jak czyny popełniane w imię miłości mogą niszczyć i uzdrawiać”. Booklist „Zimowa ewangelia jest jasnym promykiem w przeraźliwie ciemnej części naszej psychiki i historii… Głęboka i odkrywcza – to lektura obowiązkowa dla wszystkich”. Teen Librarian’s Toolbox"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

THE GOSPEL OF WINTER

Copyright © 2014 by Brendan Kiely

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Marta Wenda

Redakcja: Anna Kurzyca / e-DYTOR

Korekta: Monika Wójtowicz, Iwona Huchla / e-DYTOR

Skład i łamanie: Małgorzata Wieczorek / e-DYTOR

ISBN: 978-83-7999-684-1

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Jessie, która powiedziała:

„A co jeśli?”

Pytanie nie brzmi, „w co mam wierzyć?”,lecz „co mam zrobić?”

Søren Kierkegaard

ROZDZIAŁ 1

Aby opowiedzieć wam o tym, co się wydarzyło, a czego nie usłyszeliście od dziennikarzy, muszę zacząć od dorocznego przyjęcia bożonarodzeniowego mamy. Swoje zasługi w produkcji tego spektaklu miał sam wszechświat, bo dwa dni wcześniej przez nasz zakątek Connecticut przetoczyła się zamieć śnieżna. Mama była wniebowzięta. Lampki w oknach, stroiki na drzwiach, malownicze zaspy piętrzące się przed domem – wszystko wyglądało „przecudnie”, jak powiedzieliby jej przyjaciele. W górę serca! Dobór naturalny w opinii mojej matki polegał na przetrwaniu najweselszych osobników. Teraz planowała zaaplikować wszystkim swoje słodkie świąteczne panaceum. Mieliśmy przyjąć półtorej setki gości, nie zważając na fakt, że chociaż na październikowych zaproszeniach wytłoczono imiona obojga moich rodziców, w tej chwili Donovan Senior siedział w Europie, jak zresztą przez większość roku. Tym razem w dodatku wyjechał tam na stałe.

Nigdy nie było mi wolno wchodzić do biura Seniora, ale skoro nie bywał już w domu, przekształciłem je w swój gabinet. Pomiędzy jego książkami i pamiątkami z całego świata usiłowałem znaleźć dość mądrości, by zapchać rosnącą wewnątrz mnie pustkę. Gdyby nie przyjęcie, spędziłbym w gabinecie całą noc, czytając Frankensteina na zajęcia z panem Weinsteinem. Skoro jednak mama szykowała się już na przyjęcie, stwierdziłem, że to pieprzę. Jeśli miałem przetrwać najbliższe godziny, potrzebowałem czegoś na rozruch.

Zamknąłem drzwi na klucz i zasiadłem na obrotowym krześle przy biurku. Jedyne światło w pomieszczeniu pochodziło ze świecących girland, którymi obwieszone były krzaki na zewnątrz. Przez chwilę siedziałem w półmroku, wsłuchując się w krzątaninę personelu szykującego przyjęcie. W końcu włączyłem niewielką lampkę do czytania, żeby sprawniej zrobić to, co zamierzałem. Biurkowy kalendarz zatrzymał się na jakiejś dawno minionej dacie. Przysunąłem go do siebie i położyłem na płask. Metalowa powierzchnia lśniła w świetle żarówki. Ułożyłem na niej kilka pastylek adderallu1. Za pomocą jednego z masywnych piór Seniora pokruszyłem pastylki na proszek i ułożyłem w linie. Rozkręciłem pióro i posługując się pustą rurką, wciągnąłem pierwszą kreskę.

Przebłyski myśli i wspomnień wybuchły w mojej głowie. Wyobraziłem sobie zjawę Seniora, która wychynęła z ciemności: bladą, łysą głowę, parę oczu lustrujących mnie badawczym spojrzeniem. Nachylił się ku mnie i wygłosił jedną ze swoich licznych mądrości: „Chłopcze, możesz przynależeć albo do gatunku ludzi, którzy piszą historię, albo do tych, dla których jest ona pisana”.

Donovan Senior należał do tych facetów, o których czyta się w gazetach. Kiedy spotykają się oni w Davos, Pekinie czy Mumbaju, ich uścisk ręki wstrząsa światową gospodarką. „Myśl globalnie, działaj lokalnie”. Chciałem przypomnieć mu o tej zasadzie, ale brakowało okazji – ojciec miał poważne kłopoty z działalnością lokalną. Nie bywał w domu. Zresztą i tak nie miał w zwyczaju pytać o moje zdanie.

Wciągnąłem drugą kreskę. Zjawa usadowiła się w fotelu, odgrywając moje wspomnienie. Donovan czytał „Barron’sa”. Skarpetki wepchnął do spoczywających na podłodze butów, a bose stopy oparł na otomanie. Wyglądały jak pomarszczone białe rodzynki schnące przed kominkiem. Pocił się i drapał po skroni. Na stoliku przy jego boku spoczywał stos gazet. Stertę tę wieńczyła niewielka popielniczka, w której pogięte niedopałki tkwiły niczym nagrobki. Na poręczy fotela stała szklanka. Sporo w niej jeszcze zostało, lecz zjawa opróżniła ją jednym haustem, przyciskając wielki nos do krawędzi szkła. Mimo to w gardle Seniora wciąż pozostawał kleisty osad. Odchrząknął. „Poszczęści ci się, jeśli w dziejach świata pozostanie po tobie choć przypis. Większość ludzi żyje życiem kompletnie pozbawionym znaczenia. Usiłuję ci pomóc”.

Skupiłem uwagę i z widziadła pozostał tylko głos w mojej głowie. Głos dość zbliżony do mojego.

– To ja tu jestem – przemówiłem w końcu w pustkę. – Właśnie tutaj.

Odpowiedziała mi cisza. Zacząłem się bać. Bałem się innych ludzi i samego siebie. Strach mnie przytłaczał, górował nade mną jak jakaś żywa, oddychająca istota. Nie wiem, jak zdołałbym go odepchnąć bez moich chemicznych wspomagaczy. Ostatnia kreska powędrowała do nosa. Wymknąłem się z gabinetu, gotów na spotkanie wieczoru.

Poręcz wielkich schodów prowadzących do holu została owinięta girlandami. W każdym pokoju kłębiła się ekipa od przyjęć. Dwóch kelnerów w smokingach rozsypywało sztuczny śnieg wokół choinki w salonie. W bibliotece barman układał w rzędy kieliszki na prowizorycznym barze stojącym przy drzwiach do kuchni. Na przyjęciach mamy co roku wymieniała się cała obsługa, lecz i tak wszyscy wiedzieli, jak sprawnie odegrać swoją rolę w tej produkcji. Podczas imprezy ta cicha armia statystów pojawiała się na dany znak i z powrotem niknęła za sceną. Wraz z przybyciem pierwszych gości ja również miałem zaistnieć na teatralnych deskach, lecz na razie nikt nie zwracał na mnie uwagi.

W kuchni zastałem Elenę. Rozmawiała z kelnerami. Krzywiła się na widok rozgardiaszu, jaki robiła obsługa, lecz zobaczywszy mnie, od razu podeszła. Włożyła tę samą białą koszulę z kołnierzykiem, którą miała na sobie podczas każdego przyjęcia. Jej włosy były już upięte. Kiedy pochyliłem się, by ją objąć, bałem się, że pomnę delikatne falbanki spadające kaskadą wzdłuż guzików.

– Będziesz się dziś dobrze bawił? – zapytała po hiszpańsku.

– Nie – odparłem.

Poprawiła mi kołnierzyk.

– Musisz o siebie lepiej dbać.

– Po co, skoro mam ciebie?

– Ach, m’ijo2, przestań – burknęła. Rzecz jasna nigdy nie nazywała mnie tak przy rodzicach ani nie rozmawialiśmy przy nich po hiszpańsku. Uczyła mnie tego języka, kiedy zostawaliśmy sami. Teraz mówiłem już niemal płynnie.

Pocałowała palce i dotknęła nimi mojej twarzy. Zmrużyła oczy w uśmiechu.

– Bądź rozsądny, proszę cię.

– Spójrz na mnie – powiedziałem, wskazując marynarkę i krawat, które dobrałem pod kątem oczekiwań mamy. – Jestem gotów do roli.

Przyglądała się zmaganiom obsługi z dwoma wielkimi piecami. Wziąłem ją za rękę.

– Nie możemy schować się u ciebie? – zapytałem. – Nawet nie spostrzeże, że nas nie ma. Popatrz, ilu ludzi wynajęła. Nas nie potrzebuje.

Elena przyjrzała mi się.

– Wszystko z tobą w porządku? Masz jakieś dziwne oczy.

– To nic.

Na pewno moje białka były mocno przekrwione, ale Elena potrząsnęła tylko głową i, jak zwykle, o nic nie zapytała. Przytuliła mnie, a potem ja położyłem sobie jej dłonie na policzkach.

– Proszę. Przydasz się. Zrób to dla swojej mamy – powiedziała. Pocałowała mnie i objęła jeszcze raz, tuląc w swoich ramionach.

Stalibyśmy tak dłużej, gdyby jakiś kelner nie strącił misy z blatu. Szkło rozprysnęło się na podłodze kuchni. Elena zrobiła w tył zwrot.

– Ay, dios mio!3 – Spojrzała na winowajcę. – Zawsze tacy nieostrożni – wymruczała, idąc do spiżarni.

Z poczuciem spoczywającego na mnie obowiązku wybrałem się na poszukiwania mamy. Usłyszałem jej głos dochodzący z salonu.

– Nie mamy fumé blanc? – pytała. Mimowolnie pomyślałem, że jej głos przypomina nawoływania delfinów. – Nie mamy fumé blanc? – Mówiła do kogoś, kogo tylko ona była w stanie zobaczyć. Wycięcie jej szkarłatnej sukni odsłaniało niemal całe plecy.

– Chardonnay i fumé blanc. Y fumé blanc, mówiłam Elenie. Y, y, y – przedrzeźniała. – Nie wydajemy balu charytatywnego. To przyjęcie świąteczne. Nasze wybory świadczą o naszym poziomie. – Matka zawsze potrafiła znaleźć dziurę w całym, luźną nitkę, za którą wystarczy pociągnąć, by spruć misterny dywan. Wina było więcej, niż ktokolwiek zdołałby wypić. Pod koniec każdego przyjęcia nawet obsługa pociągała już z otwartych flaszek, wracając chwiejnym krokiem do busów, które przywiozły całą tę czeredę.

– Zamówiła je – oznajmiłem. – Barman już chłodzi parę butelek.

– Dlaczego czaisz się gdzieś za meblami? – zapytała. – Myślałam, że mi pomożesz.

– Czaję się? Przecież tu jestem. Mówię tylko, żebyś nie obwiniała wiecznie Eleny.

– Adwokat się znalazł. Ty i twoja Elena.

Oddychała teraz powoli przez nos, co na zajęciach jogi nazywało się oddechem żółwia. A może chodziło o tai-chi, zajęcia pilatesu albo jeszcze jakiś inny wynalazek?

– No dobrze – zmieniła ton. – Chcę widzieć uśmiech na twojej twarzy. Mamy przyjęcie. Przyjdą ludzie.

– Przecież się uśmiecham.

– Bez nerwów – uspokajała mnie, kładąc rękę na biodrze. – Postaraj się wyglądać jak ojciec. Nie chodź taki markotny. Jesteśmy tu wśród swoich, Aidan.

Jakoś nie przypominałem sobie, żeby Senior obdarzał gości rok temu promiennym uśmiechem.

– Nie jestem tatą – powiedziałem.

– Nie – odparła miękko. – Ale udawaj, że jesteś. – Wyjrzała przez okno i westchnęła. – Proszę.

Chciałem to dla niej zrobić.

Świece migotały na parapetach i stołach. Drewno w kominku pękało wśród żaru. Wnętrze koloru kości słoniowej oświetlone było teraz pomarańczowym blaskiem. Kiedy odwróciła się z powrotem, spełniłem jej życzenie.

– Wesołych świąt.

– Widzisz? Od razu lepiej. Tego właśnie oczekują goście.

– A zatem do boju – zażartowałem.

Uśmiechnęła się triumfalnie.

Kiedy zadzwonił dzwonek, matka wygładziła sukienkę w pasie i zamrugała. Nadszedł czas. Wynajęty portier poprawił muszkę i otworzył drzwi. Dotarło do mnie, że powinienem wyciągnąć ręce z kieszeni. Na razie przyszła tylko Cindy, jedna z najbliższych przyjaciółek matki. Mama pomknęła do holu i zdawało się, że znów jest na teatralnych deskach, a ostatnie dwie dekady nie odcisnęły na niej swojego piętna. We dwie przeszły do baru. Cindy z miejsca wzniosła toast.

– Za kolejne niesamowite przyjęcie Gwen! Na pohybel Jackowi i jego belgijskiej dziwce.

Chociaż obie wychowały się w jednym mieście, ich ścieżki zbiegły się dopiero wtedy, kiedy awansowały do najwyższych sfer Connecticut. Cindy miała jeszcze bardziej filigranową posturę niż mama, ale za to natura obdarzyła ją nader szerokim uśmiechem. Czasem widywałem ją razem z rodziną w kościele Najdroższej Krwi. Jej syn James uczył się w tej samej szkole średniej co ja. Był dwa lata młodszy ode mnie. Jedyny sposób na spamiętanie zastępów znajomych matki polegał na przypisaniu ich do określonych kręgów. Na podstawie tej klasyfikacji udawało mi się zapamiętać twarze i fakty z życia niczym statystyki z kart bejsbolowych. Jednak zamiast liczb odnoszących się do rzutów czy odbić funkcjonowały tam takie kategorie, jak: Majątek, Filantropia oraz Zaliczone Przyjęcia u Donovanów.

W przypadku Cindy w tej ostatniej rubryce widniało: „wszystkie”.

Wkrótce dzwonek znów się odezwał. Podszedłem do drzwi, przywitałem się i tak zaczął się mój dryf od jednego zdawkowego kontaktu do drugiego. Mrugałem bez ustanku, by oczy nie paliły mnie żywym ogniem. Goście odpowiadali mi swoimi widmowymi uśmiechami i szli dalej. „Dobry wieczór”, mówiłem nowo przybyłym, „dobry wieczór”. Odprowadzałem gości w głąb domu z pretensjonalnym uśmiechem, a potem osuwałem się w tę tępą pustkę, w której rozmyślałem o tanim wydaniu Frankensteina, które spoczywało piętro wyżej na fotelu. Wyobrażałem sobie, że budzi się tam do życia prawdziwy potwór i rozgląda się wkoło zgorzkniałymi oczyma.

Imprezowiczów przybywało szybko i poruszanie się po domu prowadziło do nieuniknionych kolizji. Goście przysysali się do swoich drinków, jakby bali się, że inaczej je rozleją. Mówili coś do mnie tym tonem, którym komplementuje się różne cudowności. Opowiadałem, jak świetnie się uczę, a oni wysyłali mnie do Yale. Żeby wspiąć się na wyższy poziom aktorstwa, niemal nabrałem tego charakterystycznego akcentu, który ma brzmieć niby brytyjsko, ale naprawdę świadczy raczej o pochodzeniu z Manhattanu. Błąkałem się po pokojach, obmyślając plan wymknięcia się z tego spoconego i rechoczącego tłumu.

Kiedy przemykałem się obok grupki skupionej przy pianinie, mając nadzieję dotrzeć do biura, pomachał do mnie jeden z dawnych współpracowników Seniora – Mike Kowolski. Pospieszył w moją stronę, balansując swoim pokaźnym brzuchem. Jego syn Mark szedł za nim. Gdyby nie mocno zarysowana szczęka u ojca i syna, w życiu nie pomyślałbym, że są spokrewnieni. Mark pewnie zaliczał kolejne lata szkoły ze spokojnym dystansem, który brałem za objaw znużenia. Wpadliśmy na siebie u podnóża schodów.

Mike klepnął mnie w ramię.

– Widzę, że nie obijasz się na tym przyjęciu. Kopę lat, Aidan. Aleś ty wyrósł! Od kiedy twój staruszek pozwala ci nosić takie włosy? Facet nie powinien ukrywać oczu. – Machnął palcem, pokazując Marka i mnie. – Przedstawisz go dziś paru osobom? Twój przyjaciel też potrzebuje się zahaczyć na jakiś staż.

– Jak leci, Donovan? – zagaił Mark.

Chodziliśmy do tej samej szkoły i byliśmy rówieśnikami, ale ostatni raz Mark przywitał się ze mną na sprawdzianie pływackim na początku roku. Nazwanie nas przyjaciółmi zakrawało na kpinę. Mark był jednym z kapitanów drużyny pływackiej i przed sprawdzianem miał obowiązek każdemu podać rękę. Potem daliśmy nura do wody, by udowodnić, że przepłyniemy dwie długości basenu, nie topiąc się przy tym. W myślach nazywałem go Miedzianym Chłopakiem, bo jego skóra miała przez cały rok bursztynowy odcień. Kosmyki kręconych włosów wyglądały, jakby nigdy nie rosły ani nie były strzyżone. Chodziliśmy razem do szkółki niedzielnej, ale zamieniliśmy ze sobą słowo dosłownie raz na obiedzie, który wydali nasi ojcowie. Rzecz jasna było to lata temu, zanim tata odszedł z firmy i zaczął własną działalność.

– Mark musi pogadać z kilkoma osobami – powiedział Mike. – Obowiązkowo. Przyjęcie to targi pracy. – Skinął głową synowi.

– Wiem, tato.

– Mnóstwo zależy od perspektywy, chłopcy. Traktujcie wszystko jak szansę.

Mike stuknął mnie w pierś. Mark spoglądał to na ojca, to na mnie.

– Może Aidan mógłby się mną zająć? – zapytał.

Kowolski wziął syna pod ramię.

– Carpe diem – rzucił Mark. – Wiem, co mam robić, ale może teraz po prostu pogadamy sobie chwilę?

– Zajmę się Markiem – powiedziałem, nadając mojemu głosowi sztuczny luz.

Mark próbował wyrwać się z uścisku ojca, jednak bez powodzenia. Mike pochylił się ku nam.

– Chodzi o koncentrację, chłopcy. To nie zabawa! Koncentracja! Kiedy zobaczycie coś, czego pragniecie, macie się na to rzucić i zdobyć, do kurwy nędzy. – Uśmiechnął się do nas i przyciągnął mnie bliżej siebie tak, że też znalazłem się w uścisku. W jego oddechu wyczułem krewetki. – Mam rację? – zapytał.

– Tak jest – odpowiedziałem.

Mark posłał mi dziękczynny uśmiech, a Mike pchnął go w kierunku grupki mężczyzn okupujących kominek w salonie. Choć się rozstąpili, robiąc miejsce dla nowo przybyłego, Mark i tak oglądał się na mnie przez gąszcz ramion. Jego niesamowicie błękitne oczy wpiły się we mnie. „Zabierz mnie stąd”, zdawały się mówić. Nie przywykłem do tego, by ktoś prosił mnie o pomoc. Mark zresztą dał się już wciągnąć w rytuał autoprezentacji, do którego zdążyłem przywyknąć na przyjęciach mamy. Na razie nie było dla niego nadziei.

„Zdejmij tę twarz” – miałem ochotę mu odpowiedzieć. To samo z chęcią powiedziałbym reszcie moich kolegów ze szkoły. Zdejmijcie te swoje plastikowe ryła, którymi bierzecie szturmem przestrzeń życiową. Zabierajcie te pieprzone uśmieszki. Rzadko zadawałem się z innymi dzieciakami – co najwyżej w klubie dyskusyjnym albo na kółku szachowym. Zdarzało się też, że byłem gdzieś zaproszony na obiad albo szedłem oglądać mecz futbolu czy hokeja na trawie. Jednak nawet tam wyłącznie słuchałem, jak rozmawiają ze sobą inni – obdarzeni wrodzoną pewnością siebie. W rozmowach tych nigdy nie padały słowa „nie wiem” albo „boję się, że…”. Gadające głowy zachowywały się tak, jakby przybrane przez nie maski były prawdziwymi twarzami, jakby nic nie było w stanie wytrącić ich z równowagi i nikt inny nie był im potrzebny. Jak to ujął John Donne, którego przerabialiśmy u pana Weinsteina? „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą”? Nie tutaj. Byliśmy archipelagiem, który śmiał nazywać się wspólnotą. Dlaczego tylko ja jeden czułem, że znajduję się wewnątrz koszmaru?

Co gorsza, dobrze wiedziałem, że inni też czasem się boją. Strach malował się na wszystkich twarzach w szkole tej jesieni, kiedy w pewien piękny wtorkowy poranek nauczyliśmy się obawiać samolotów i słowa „dżihad”. Po tym dniu strach stał się sposobem na życie. Dosięgał starych i młodych. Słyszałem, jak rozmawiają ze sobą szkolni pedagodzy: „Nie wiem, co powiem dzieciakom. Też się boję!”. Dlaczego więc miałem wrażenie, że jako jedyny poszukuję jakiejś stabilizacji? Potrzebowałem kogoś, kto dałby odpór całemu temu rozgardiaszowi i powiedział mi: „Wszystko będzie dobrze”.

Zostawiwszy Marka samemu sobie, przecisnąłem się do biblioteki i usiadłem na stopniu schodów, tuż przy prowizorycznym barze. „Zdejmij twarz” – miałem ochotę powiedzieć to każdemu gościowi przyjęcia z osobna. Nie byli w niczym lepsi od dzieciaków ze szkoły. Matka postanowiła, że tegoroczna impreza będzie największa i najwystawniejsza w historii. „Potrzebujemy tego. Wszyscy” – oznajmiła, a zaproszeni chyba myśleli podobnie. Było jak na filmach o meksykańskim Dniu Zmarłych albo o karnawale. Twarze miały zbyt jaskrawy makijaż albo barw dodawał im alkohol. Matka odnalazła mnie po chwili. Zdziwiłem się, że wypatrzyła mnie w zatłoczonym pokoju, ale najwyraźniej bardzo się starała. Przecisnęła się przez kolejkę, jaka ustawiła się do baru. Ciągnęła za sobą moje dwie koleżanki z klasy. Z jej promiennego uśmiechu wywnioskowałem, że zaprosiła je osobiście. Zapomniała tylko mi o tym powiedzieć.

Momentalnie zesztywniałem. Nawet największy frajer ze szkoły kojarzył Josie Fenton i Sophie Harrington. Wielu uważało je za szkolne celebrytki, których życie jest pasmem sukcesów. Josie umawiała się tej jesieni z chłopakiem z ostatniej klasy, ale zerwała z nim po miesiącu. Często wpatrywałem się w nią w niemej próbie zagadania. Siedziała przede mną na zajęciach z pisania dla uzdolnionych uczniów. Wyobrażałem sobie, jak przeczesuję palcami jej długie kasztanowe włosy. Pisząc, przekrzywiała głowę, przez co jej czupryna opadała na jedną stronę. Odsłaniała wtedy gładki skłon szyi, który – jak sądziłem – był najwspanialszym miejscem na pocałunek. Sophie miała z kolei reputację z gatunku takich, jakie przysparzają chłopakom powodów do przechwałek. Ponieważ faceci gapili się na nią bez przerwy, nabrała dość pewności siebie, by odpowiadać twardym spojrzeniem ciemnych oczu. Jej ironiczny uśmieszek sprawiał, że wyglądała dojrzalej od reszty klasy, a przynajmniej bardziej cynicznie.

Mamie najwyraźniej wydawało się, że dziewczyny muszą przyjaźnić się ze mną w szkole, skoro ona przyjaźni się z ich rodzicami. Na jej twarzy wykwitł uśmiech, o którym wiedziałem, że lepiej nie dawać mu powodu, by zgasł.

– Zajmij się koleżankami – poleciła, zostawiając mnie w ich towarzystwie. – Ty też masz dzisiaj gości.

Josie i Sophie stanęły obok mnie, rzucając spojrzenia w tłum, jakby kogoś tam usiłowały odnaleźć. W butach na wysokim obcasie i obcisłych spódnicach wtapiały się w masę dorosłych, którzy przelewali się przez pokój. Wstałem i wytarłem dłonie o spodnie.

– Nie wiedziałem, że dzisiaj przyjdziecie – zagaiłem, tracąc w ten sposób jedyną okazję, żeby popisać się błyskotliwością.

– Tak jakoś wyszło w ostatniej chwili – odparła Sophie. Samotny pieg na jej bladym policzku uniósł się w uśmiechu.

– Mam nadzieję, że nie zburzyło to wam planów?

– Nie. Niespecjalnie – powiedziała Sophie. Josie uśmiechnęła się zdawkowo. Miała srebrne kolczyki z niebieskimi koralikami, które podkreślały kolor jej oczu.

– Nie skłoniła was do przyjścia przekupstwem?

– Nie przesadzaj. – Josie przewróciła oczami. W jej głosie pobrzmiewało zmęczenie. – Wszyscy wiedzą, że twoja mama robi świetne imprezy. Takich zaproszeń się nie odrzuca, co nie? – Wymownie spojrzała w stronę baru. – Spójrz na ten cały alkohol.

Nawet jeśli chciała powiedzieć przez to coś innego, i tak byłem wdzięczny.

– Chcesz coś do picia? – zapytałem.

Milcząc, patrzyła w głąb holu. Sophie spojrzała na nią.

– Może dwie cole light?

– Nie – odpowiedziałem. – Mam na myśli coś mocniejszego.

– Co? – zapytała Josie. – Serio?

– W końcu to impreza, nie?

– Byłoby super – powiedziała Sophie. – Ale matka by mnie zabiła.

– Moja nie będzie mieć nic przeciwko temu – stwierdziłem. – Zwłaszcza jeśli zobaczy, że trzymamy się razem całe przyjęcie.

Zacisnęły usta i szybko wymieniły spojrzenia. Dorzuciłem więc kolejny argument:

– Mark tu jest.

– Mark Kowolski? – upewniała się Josie.

– Spróbujcie go jakoś odciągnąć od ojca. Z tego, co widziałem, kazał mu rozmawiać z jakimiś facetami w salonie.

– Misja ratunkowa, co? – domyśliła się Sophie. – Poradzimy sobie. Gdzie się spotkamy na drinka?

Wytłumaczyłem dziewczynom, jak dotrzeć do gabinetu Seniora. Trzymając się za ręce, nawigowały wśród tłumu kłębiącego się w bibliotece. Wyglądało to jak taniec, a ponieważ ośmielało mnie domowe wnętrze, pomyślałem, że mógłbym tańczyć z nimi.

Wyprosiłem u barmana kilka butelek wody mineralnej i parę kieliszków, po czym sam, krocząc najszybciej, jak potrafiłem, zagłębiłem się w tłum. Kiedy dotarłem do gabinetu, wszyscy byli na miejscu. Josie i Sophie przechadzały się wzdłuż jednego z regałów. Wcale nie wyglądały na znudzone. Nie umilkły też, kiedy do nich podszedłem. Zdziwiłem się. Najwyraźniej nieźle się bawiły. Mark zajął miejsce przy brunatnym globusie stojącym między dwoma skórzanymi fotelami.

– Twój tata lubi czytać, co? – zagadnęła Josie. – To jego gabinet?

– „Tata”? A kto to jest? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, stawiając butelki na biurku. Sophie rzuciła mi współczujące spojrzenie. Josie skinęła głową.

– To jeden z gatunków szefa – wyjaśnił Mark. – „Wyniki!” – mój stary gada tak bez przerwy. „Wyniki, wyniki, wyniki”.

– Może przyjdzie na niego kryzys? – odparła Sophie. – Tak się stało z moim. Teraz siedzi po uszy w ajurwedzie i winjasie.

– Może – stwierdził Mark.

– Cóż, gdyby Senior wciąż tu był, nie mielibyśmy gabinetu dla siebie – ciągnąłem. – Obadajcie to! – Zdjąłem zasuwkę łączącą półkule globusa i podniosłem górną połowę, otwierając dostęp do ukrytego wewnątrz barku. – Wódka z mineralną? – zaproponowałem, wyciągając flaszkę. – Napijmy się za naszych ojców – tych, którzy odeszli, i tych, którym tego szczerze życzymy.

– Czemu nie? – orzekła Josie.

– Weźcie na wstrzymanie – oponował Mark. – Wyda się, że piliśmy. Będzie od nas czuć wódkę. Ostatnim razem, kiedy ojciec mnie przyłapał, myślałem, że mnie udusi. Uziemił mnie na miesiąc w domu. Mamy coś innego? – zapytał, szturchając mnie palcem. – Stary, na pewno coś jeszcze masz. Jakieś zielsko? Wszyscy tu lubimy zakurzyć. A z tym nigdy nie daję się nakryć.

Uśmiechnąłem się. Zawsze mogłem poczęstować towarzystwo tabletkami.

– Najpierw się napijemy. Mnie też jeszcze nigdy nie nakryli – odparłem.

Cała trójka rozsiadła się przy globusie, a mnie pozostało przyrządzić drinki. Cieszyłem się, że mam jakieś zadanie do wykonania, coś, na czym mogłem się skupić, bo moje serce waliło, jakbym wciągnął kolejną kreskę. Nie miałem pojęcia, o czym z nimi rozmawiać. Rozmowa wymagała spontaniczności, a spontaniczność kosztowała mnie sporo nerwów. Nie chciałem walnąć czegoś głupiego ani czegoś, czego bym potem żałował.

– Pijemy – powiedziałem zatem, wręczając im kieliszki.

– Belvedere, co? – zapytała Josie, próbując smaku wódki. – Gładko wchodzi.

– Myślałam, że gustujesz tylko w Ketel One – zaśmiała się Sophie i też pociągnęła łyk. – Pamiętasz, co było u Dustina? Sprułyśmy się na amen.

Podniosłem kieliszek na sposób, jaki podpatrzyłem u dorosłych na przyjęciu, trzymając go za podstawkę, nie za nóżkę.

– No to zdrowie!

Stuknęliśmy się szkłem i ogarnął nas śmiech na myśl o pozostałych gościach, którzy też spijali się w tej chwili. Usiłowałem nie uśmiechać się dużo, lecz byłem bezsilny. Nie lubiłem swego uśmiechu. Podobał mi się wyraz, który przyjmowała moja twarz, kiedy byłem zasłuchany albo kiedy paliłem papierosa. Patrząc wtedy w lustro, mogłem się ścierpieć. Za to gdy się uśmiechałem, wyglądałem jak przygłup.

Dziwiłem się za każdym razem, kiedy udawało mi się rozśmieszyć towarzystwo. Wypiwszy już ponad połowę drinka, zorientowałem się, że pozostali ledwo napoczęli swoje. Najmniej pił Mark. Odstawił kieliszek na biurko Seniora. Rozmowa przycichła. Sophie gapiła się na buty. Josie podeszła do okna wychodzącego na podwórze i żywopłot, który oddzielał nas od posiadłości Fieldingów.

– Co my robimy na tym przyjęciu dla zgredów? – dziwił się Mark. Sophie przewróciła oczami w niemej zgodzie. – Bez urazy, Donovan, ale bawiłbym się lepiej, gdyby mój stary nie krążył po okolicy.

– Mnie to rybka – odpowiedziałem. – Tak sobie z tym radzę. – Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni pojemnik z adderallem i zagrzechotałem pastylkami. – Mam już fazę.

Sophie zmrużyła oczy.

– Łyka się to jak witaminy?

– Nie – powiedziała Josie. – Wciąga się, prawda? – Podeszła do mnie. Na jej twarzy malował się chytry uśmiech. – Robisz to każdego dnia?

– Nie każdego – wyszczerzyłem zęby. Roześmiała się. Nie minąłem się bardzo z prawdą. Wciągałem tylko w trzech przypadkach: szkoła, bezsenność i senność.

– To jak, niuchamy? – zapytałem.

– To nie mój klimat – stwierdził Mark. – Nie teraz, stary. Mam dziś straszną zwałę. Wiecie, że zwykle taki nie jestem.

– Niech będzie – orzekła Sophie. – Ja w to wchodzę. Jak zawsze. – Uniosła swój kieliszek. – Tylko najpierw dopiję.

Poszedłem w jej ślady, ale wziąłem za duży łyk i połknąłem kostki lodu. Jedna z nich utkwiła mi w gardle. Krztusiłem się z pełnymi ustami. Dławiąc się, prychałem przez nos wódką.

– Wszystko w porządku? – Sophie nachyliła się ku mnie.

Spróbowałem zaczerpnąć tchu przez nos, ale nic się nie działo, a przynajmniej nie czułem żadnej ulgi. Desperacko usiłowałem wciągnąć powietrze. Bąbelki gazu trzeszczały mi w ustach i w nosie. Piekły mnie oczy. Wokół mojej szyi i piersi zaciskała się niewidzialna obręcz. Owładnął mną strach, bo głowa nagle zdała mi się dziwnie lekka. Kiedyś spróbowałem podduszania dla rozrywki i uczucie było znajome, takie jak w momencie, kiedy przed zapadnięciem się w mrok twoją ostatnią myślą jest: „Co ja narobiłem? A jeśli się nie obudzę?”.

– Jezu, ale ty zipiesz! – powiedziała Josie.

– On się dusi. – To była Sophie. – Dusi się, nie?

Próbowałem potrząsać głową i pochyliłem się naprzód, by wypluć zawartość ust z powrotem do kieliszka. Jednak wszystko wypłynęło ze mnie za jednym zamachem i obryzgałem bluzkę i spódniczkę Sophie.

– Ożeż ty! – krzyknęła.

Miałem tak załzawione oczy, że ledwo widziałem.

– Przepraszam, bardzo przepraszam – wybąkałem.

– Zamknij się! – Usłyszałem od Josie. – Ogarnijcie się i nie róbcie sceny albo zaraz nas nakryją.

– Naprawdę mi przykro.

– Pobrudził mi spódnicę? – domagała się prawdy Sophie. – Moja bluzka! No bez jaj!

– Zamknij się! Ale już!

Mark podszedł do drzwi i nasłuchiwał hałasów w korytarzu. Przetarłem oczy. Gardło wciąż mnie paliło, więc instynktownie wziąłem kolejny łyk, po czym ni z tego, ni z owego wychyliłem resztę drinka, zębami zatrzymując lód w kieliszku. Płyn był lodowaty, ale wódka sprawiła, że poczułem się lepiej. Odstawiłem kieliszek i sięgnąłem po leżące na biurku chusteczki. Podałem je Sophie, choć pożytek z nich był żaden. Na zewnątrz huczała muzyka, a goście próbowali ją przekrzyczeć. Nikt nie mógł nas usłyszeć.

Josie pomogła wstać Sophie z fotela i razem przyglądały się ciemnym, wilgotnym plamkom, które usiały zieloną spódniczkę.

– Co ja powiem matce? – narzekała Sophie. – Coś ty narobił? – syknęła na mnie.

Josie chwyciła mnie za ramię.

– Zrób coś! Musimy znaleźć łazienkę.

Z rumieńcem na twarzy wyprowadziłem dziewczyny na zewnątrz.

Mark szedł za nimi. Spostrzegły nas przyjaciółki matki, których smukłe postacie zbiły się w gromadkę w przedpokoju. 

– Patrz, Barbara. To on. – Usłyszałem zaśpiew jednej z nich.

Wyobraziłem sobie, jakie miny muszą mieć w tej chwili Josie i Sophie za moimi plecami. Zignorowałem zasłyszane zdanie, ale kolejny raz tego wieczoru poczułem, że zapadam się w sobie. Machnąłem na dziewczyny i podążaliśmy dalej korytarzem, zostawiając ludzi za sobą. Szliśmy do pokoju gościnnego, w którym Senior sypiał przez parę miesięcy, zanim zostawił nas na dobre.

Przytrzymałem dziewczynom drzwi łazienki.

– Tu będziecie mieć spokój – zapewniłem je.

Josie przecisnęła się koło mnie, a ja odsunąłem się, by Sophie mogła pójść w jej ślady.

– Spotkamy się później – zaproponowała Josie. – Wyczyszczę ją trochę. – Przyniosła ze sobą drinki, które postawiła na blacie przy umywalce.

– Popilnuję dziewczyn – powiedział Mark. Zamknęli drzwi, a ja nasłuchiwałem szeptów, dopóki nie zagłuszył ich odgłos lejącej się wody. Ktoś w końcu zakręcił kran, ale drzwi pozostawały zamknięte. Słyszałem śmiech. Brzęknęło szkło. Chciałem się wtrącić. „Zdejmijcie wasze twarze, dupki”. Powinienem był to im powiedzieć, nawet przez drzwi. W męskim kiblu w szkole ktoś wydrapał na drzwiach: „Aidan to pojeb”. Byłem pewien, że w mojej toalecie mówi się o mnie teraz w podobny sposób.

Usłyszałem kolejną falę chichotu, lecz tym razem z korytarza. Jedna z kobiet, które wcześniej zobaczyły nas wychodzących z gabinetu, stanęła w drzwiach, zasłaniając światło.

Weszła do ciemnej sypialni. Przywołała swoje towarzyszki.

– Tutaj są! – Oparła się o framugę. Nie widziałem jej twarzy. Była tylko sylwetką, która gadała do mnie w mroku. – Dlaczego chowasz się w tych ciemnościach, Aidan?

Uderzyła mnie zimna bezpośredniość jej głosu. Chociaż ledwo mogła mnie dostrzec, czułem się, jakby przyłapała mnie rozebranego. Wylewała się ze mnie pustka, plamiąc wszystko wokół – dywan, prześcieradła, wiklinowe meble. Kolejne kobiety ładowały się do pokoju, a któraś z nich zapytała:

– Co wy tu robicie?

Inna znów przepchnęła się naprzód i zapaliła światło. Barbara Kowolski, mama Marka, wystąpiła przed szereg. Jej oczy, osadzone nad pełnymi, rumianymi policzkami, świdrowały mnie.

– Co z tobą? – zapytała. Strach wciąż trzymał mnie w bezruchu. Któraś z przyjaciółek mamy zaśmiała się i zagadała do towarzyszki stojącej na korytarzu, ale Barbara położyła tylko ręce na biodrach. – Gdzie jest Mark? Gdzie dziewczyny? – Wskazała na drzwi łazienki, pobrzękując bransoletkami. – Są tam? Czy Mark jest w łazience z dziewczynami? – Chciałem powiedzieć, że nie, ale odepchnęła mnie i nacisnęła klamkę. Drzwi były zamknięte. Obejrzała się za siebie. Jej koleżanki zniknęły.

– Mark? – zawołała syna.

Odpowiedział jej odgłos lejącej się wody i toaletowej spłuczki. Drzwi otworzyły się i z łazienki wyszła Josie.

– Dobry wieczór, pani Kowolski. – Jej policzki płonęły. Za nią próg przekroczyła Sophie, trzymając w ręce pusty kieliszek. Mark szedł ostatni, z rękami w kieszeniach. Kuląc się, wyglądał teraz jak dzieciak albo pies, który obawia się ciosu.

– Młody człowieku – rozpoczęła tyradę Barbara.

Nikt na mnie nie patrzył.

– Pani Kowolski – odezwała się Josie – po prostu tam sobie siedzieliśmy. Jak mija pani wieczór?

Barbara zmarszczyła brwi. Grymas ust upodobnił jej sztucznie opaloną i napiętą skórę twarzy do akordeonu.

– Nie próbuj mnie udobruchać. – Odwróciła się do Marka: – Ojciec cię szuka. Chce, żebyś kogoś poznał. Ale w tym stanie? – Barbara obejrzała się znowu za siebie, po czym nam oświadczyła: – Zrobimy tak. Żadne z nas nie puści pary z ust na temat tego zdarzenia. Wasi rodzice o niczym się nie dowiedzą. Mike również. Niczego. Zrozumiano?

– To nie ich wina – odezwałem się w końcu. – I to moja wódka.

Barbara wycelowała swój krwistoczerwony paznokieć w moją twarz.

– Doskonale wiem, czyja to jest wina, Aidan.

– Nie wyżywaj się na nim – zaoponował Mark. Chociaż wypił najmniej, jego oczy wciąż były szkliste, a w ich kącikach chyba gromadziły się łzy. – To nie wina Aidana.

– Właśnie że jego – odwarknęła Barbara. – Dosyć tego. Wracasz do domu. – Jej palec zatoczył krąg obejmujący całą naszą grupę. – Wszyscy wracacie.

– Mamo, przestań – próbował Mark.

– Dosyć – przerwała Barbara. – Ja wiem najlepiej, co jest dla was dobre. – Przytuliła syna szybkim, pozbawionym uczucia uściskiem. – Wiesz, jaki jest tata, kochanie. Nie rób głupstw. – Wypchnęła na korytarz dziewczyny i Marka usiłującego się ze mną pożegnać. – To, że nie ma przy tobie ojca, nie znaczy, że możesz robić, co ci się żywnie podoba – powiedziała na odchodne. – Ktoś powinien ci to wytłumaczyć.

Kiedy wyszła, zgasiłem światło w łazience, a potem w sypialni. Siedziałem w ciemności na łóżku, a dom dalej huczał przyjęciem. W końcu wstałem, podszedłem do okna i wyjrzałem na podwórko. Światło srebrnego globu nadało księżycowe pozory krajobrazowi przed domem. Szare, niczym nieskażone zaspy śniegu pasowały do moich wyobrażeń o śmierci. Jak sądziłem, umierając, trafia się nieodwołalnie w takie właśnie miejsce. Samemu.

Chciałem móc zniknąć, tu i teraz, ale na wszystkich piętrach kłębiło się mrowie ludzi. Przyjęcie rozlało się po domu, goście anektowali pokój za pokojem. „Tyle osób, a nie ma z kim pogadać”, pomyślałem, ale wtedy właśnie z holu dobiegł mnie znajomy śmiech. Pierwszy raz usłyszałem go w kościele Najdroższej Krwi. Człowiek, który śmiał się w ten sposób, przejął niedzielne nabożeństwa od księdza Dooleya i przeobraził kazanie w godzinny stand-up4. Jego niski głos pobrzmiewał jak syrena mgielna pośród nocy i czułem, jakby dźwięk tej syreny prowadził mnie do domu. Z ulgą podążałem za nim.

Nikt nie śmiał się tak jak ksiądz Greg, niczyj śmiech nie przybierał tak na sile w miarę rozbawienia. Stał u podnóża schodów. Jego rumiana twarz i siwiejąca krótka broda błyszczały w świetle żyrandola. W dłoni miał szklankę wypełnioną wysoko lodem. Pociągał z niej szkocką, jednocześnie gawędząc z otaczającymi go ludźmi. Większość słuchaczy musiała zadzierać głowę, gdyż nie tylko głos księdza Grega przykuwał uwagę. Myślę, że gdyby miał stanąć w szranki z naszym szkolnym trenerem boksu, trenerowi trudno byłoby się odważyć choćby włożyć rękawice. Ksiądz wyglądał na faceta, który grywał w futbol amerykański, jeszcze zanim wymyślono kaski i ochraniacze, i wyszedł z tego bez szwanku.

Zaśmiał się z opowiadanej przez siebie historii, a widząc mnie, przywołał do siebie skinieniem głowy. Natychmiast podszedłem. Duchowny był powszechnie lubianym bywalcem przyjęć. Nie zawracał sobie i innym głowy naukami w rodzaju, że taniec jest wymysłem diabła. Dobrze wiedział, że nasze katolickie miasto najbardziej przepada za tłustym czwartkiem i wielkanocnym śniadaniem, a post usuwa się na dalszy plan. Ksiądz Greg nigdy nie przepuścił przyjęcia.

– Nie chodzi jedynie o pieniądze – ciągnął swoją opowieść, kiedy się do niego zbliżyłem. – Wiecie, jaka jest najcięższa praca? Miłość. Miłość jest może i najcięższą robotą, ale ostatecznie tylko ona się liczy. I o to chodzi w naszej pracy z dziećmi. Mówisz, żeby dać biedakowi wędkę? – Machnął z dezaprobatą dłonią. – Richard, nauczmy biedaka miłować. Nauczmy dziecko kochać. Niech kocha naukę, kocha ludzi. Potem wystarczy tylko patrzeć i podziwiać. – Ksiądz położył mi rękę na ramieniu. – Prawda, Aidan? – To on był prawdziwym motorem dobroczynności na tym i każdym innym przyjęciu. Ja mogłem zaledwie służyć za pomocnika i właściwie już od pół roku zajmowałem się tą robotą.

– Wiem, wiem. Dzieciaki. – Richard zdobył się na uśmiech. – O nikim innym nie myślę, wypisując co roku czeki. – Potem zwrócił się do mnie: – Swoją drogą, wciąż czekam na telefon, Aidan. Kiedy zamierzasz zacząć dzwonić? – I znowu mówił do duchownego: – Ojcze, zamierzasz zrobić Aidana swym zastępcą?

Ksiądz uśmiechnął się do mnie.

– To całkiem dobry pomysł. Aidan nie jest już taki młody. Bez niego nie dałbym sobie rady. – Podniósł dłoń, a ja przybiłem mu piątkę tak instynktownie, jakbyśmy grali w jednej drużynie futbolowej. – Aidan dobrze wie, że trzeba dokładać do ognia, żeby lokomotywa nie stanęła.

Przytaknąłem skinieniem głowy. Rzeczywiście pomagałem zbierać pieniądze na katolickie szkoły w mieście. Nazywać moje tabelki w Excelu i prezentacje z Crystal Reports „dokładaniem do ognia” było przesadą, ale nawet otwierając koperty z datkami i wstukując kwoty do baz danych, robiłem coś w istotnej sprawie.

– Nawet nie przywitałem się z gospodarzem – powiedział ksiądz Greg.

– Mama jest gdzieś w pobliżu – odrzekłem, spoglądając w stronę biblioteki.

Ksiądz zaśmiał się.

– Miałem na myśli ciebie.

– Och…

– Właśnie tak.

Odszedł ze mną na bok, w stronę garderoby. Cieszyłem się, że ma kto mną pokierować. Uśmiechnął się, lecz szybko na jego twarzy pojawił się poważny wyraz, świadczący o tym, że szuka odpowiednich słów, żeby zacząć naprawiać świat.

– Jak się trzymasz?

Było to pierwsze szczere pytanie, jakie zadano mi tego wieczoru. Chciałem poszukać jakiegoś bardziej zacisznego miejsca. Chciałem zatrzasnąć drzwi, odciąć się od bezsensownego bełkotu i porozmawiać z nim poważnie, jak dwóch facetów, którzy wiedzą, co się w życiu liczy. Najwyższy czas.

– Posłuchaj, wyjdę stąd na chwilę – powiedział ksiądz Greg. – Świeże powietrze dobrze mi zrobi. – Wyłowił z kieszeni swój numerek od płaszcza i podał go odźwiernemu. – Może przejdziemy się obaj? – Włożył płaszcz niczym pelerynę, nie wkładając rąk w rękawy. Z kieszeni na piersi wyciągnął papierosa. Zawsze było od niego czuć tytoniem. – Chodź ze mną. Oczywiście, jeśli chcesz. – Płaszcz falował za nim, kiedy wyszedł na werandę. Odnalazłem kurtkę narciarską i poszedłem w jego ślady.

Zatrzymał się na zakręcie półkolistego podjazdu z białego kamienia. Spoglądał na zaśnieżony dziedziniec.

– Trzeba ci jakoś umilić to twoje przyjęcie – powiedział.

Obserwowałem mgiełkę mojego oddechu, która rozpływała się w zimnym powietrzu.

– To nie moje przyjęcie – odparłem. Zapiąłem kurtkę. – Nie wiem, co tu dzisiaj robię.

Ksiądz Greg przybliżył się do mnie i postawił stopę na werandzie. Wypuścił powietrze kącikiem ust, by dym nie leciał w moją stronę.

– Dobrze wiesz. Robisz to, co zawsze. Starasz się pomóc. Nie bądź wobec siebie taki krytyczny, Aidan.

Często mówił mi po imieniu i chociaż najpierw brzmiało to dziwnie dla moich uszu, w końcu polubiłem ten sposób zwracania się do mnie. Dawało mi to poczucie, że ksiądz faktycznie chce ze mną rozmawiać, że coś dla niego znaczę, a nawet że może trochę mnie potrzebuje.

Zapatrzyłem się na połać przystrzyżonych krzewów na podjeździe. Zaproponował mi swojego papierosa. Zaciągnąłem się, odwracając głowę. Poczułem uderzenie nikotyny i oparłem się plecami o kolumnę.

– Wolałbym czytać lektury w gabinecie – wydusiłem z siebie w końcu.

– Dobry chłopak z ciebie, zawsze ciężko pracujesz. – Wzruszyłem ramionami. – Mimo wszystko wiem, co teraz czujesz. – Dał mi się zaciągnąć jeszcze raz. – Rozmawialiśmy już o tym. – Jego głos brzmiał łagodnie. – Trudno o poważną rozmowę na takim przyjęciu – ciągnął. – O taką wymianę zdań, jaka zazwyczaj zachodzi między nami. Rzadko widuję tych wszystkich ludzi w innych okolicznościach. Nie wiem, czy w ogóle widywałbym twoich rodziców, gdyby nie zapraszali mnie na imprezy.

– Cóż, dzisiaj jedno z nich się nie pokazało.

– Otóż to. – Ksiądz Greg pokiwał głową, co znaczyło, że mnie słucha. Delikatnie zmiął filtr papierosa w palcach tak, że resztka tytoniu spadła na ziemię. Wcisnął goły filtr do kieszeni i spojrzał w stronę drzwi wejściowych. – Ale nie jesteś sam – powiedział. Często wyjaśniał mi, że obecność Boga w moim życiu powinna dawać pewność, stabilny grunt. Bóg był ze mną, a czasem musiał posługiwać się takimi ludźmi jak on, żeby przypomnieć o Swojej obecności. Tak przynajmniej tłumaczył mi ksiądz. Na temat Boga miałem dość mgliste pojęcie, za to ksiądz Greg był konkretną postacią – namacalną i rzeczywistą – taką, jakiej potrzebowałem. Dawał pewność.

Chuchnął do wnętrza stulonej pięści, by ją ogrzać.

– Świetnie sobie radzisz, Aidan, biorąc pod uwagę nieobecność twojego taty. Nikt nie chce się czuć opuszczony. Rozmawialiśmy już o tym. Wiesz, jak się o ciebie martwię. – Wypuścił powietrze przez nos i uśmiechnął się znów z troską. Usłyszałem westchnienie. – Dorastasz w przerażających czasach, Aidan. – Jego głos pobrzmiewał tą samą pewnością, jaką wyczuwałem w artykułach prasowych. Położył mi rękę na ramieniu. Przycisnęła mnie do kolumny. – Nie można udawać, że jest inaczej. A ostatnia rzecz, jaką należy czynić w takich czasach, to zostawić drugiego człowieka. – Zamilkł i nachylił się ku mnie. – Ale Bóg cię nie zostawił, Aidan. Nie zostawił cię Kościół, nie zostawiłem cię ja.

Cofnął się. Potarł ręką podbródek i spojrzał w stronę domu.

– Odwaliliśmy razem kawał dobrej roboty, czyż nie? Kampania się rozwija. Podoba ci się, prawda? Nie znudziłeś się?

– Nie. Bardzo mi się podoba.

– Tak myślałem. – Ksiądz skinął głową i odwrócił mnie z powrotem w stronę wejścia do domu. – Swoją drogą dziwię się, że nie dostałem dotychczas czeku od twojego ojca, Aidan. Zawsze wysyłał go wcześniej. Jestem zaskoczony.

– Siedział w Europie przez całą jesień.

– Wiem, Aidan. Wiem.

Wróciliśmy do środka i oddaliśmy okrycia. Ksiądz wypatrzył znajomego wśród mężczyzn zgromadzonych przy bibliotece i się mu ukłonił. Trzymając rękę na moich plecach, prowadził mnie przez tłum obok stołu ustawionego na środku holu. – Może to nie z twoim tatą powinienem teraz rozmawiać? – zapytał. Przeciągnął mnie przez zgraję gości zagradzających drogę do salonu. – Poszukajmy twojej matki, Aidan.

Szedłem teraz przed nim, więc nie widział mojej twarzy, ale i tak wiedział, co się na niej maluje.

– Nie martw się – powiedział pogodnie, nachylając się nad moim ramieniem. – Niedługo znów pogadamy. Dłużej. Jesteśmy umówieni w ferie, prawda? Nie zapomnę o tobie. Wiem, że minęło sporo czasu, i wiem, że potrzebujesz rozmowy.

Zatrzymałem się i odwróciłem przodem do niego. Uśmiechnął się, lecz wodził dalej wzrokiem po całym pokoju.

– Zgadamy się w ferie. Nie martw się.

Przez sekundę czy dwie nie wiedziałem, co robić. Miałem wrażenie, że ksiądz czeka, bym jakoś zareagował, ale nie patrzył już na mnie i machał komuś, kto stał za moimi plecami. W głębi salonu moja matka siedziała w swoim własnym kręgu admiratorów. Była wśród nich Cindy, lecz pozostałych osób nie znałem. Mama stała na niskim stołku i wyciągała ręce w drugiej arabesce. Identycznie była przedstawiona na portrecie, który wisiał obok wąskich schodów w bibliotece. Przyjmując baletową pozę, nie przerwała przemowy. Rozglądała się też po pokoju. Myślałem, że mnie dostrzegła, ale się myliłem.

– Tak musiałam ćwiczyć – opowiadała zebranym. – Inaczej bym się zaniedbała.

– Determinacja, wytrwałość – podpowiedziała Cindy. – Na tym polega klasa.

– Klasa? – zapytał ksiądz Greg, kiedy zbliżyliśmy się do tej grupy. – Gwen co roku robi nam wykład na temat klasy.

Matka zeszła ze stołka i ksiądz ucałował ją w policzek.

– Każdego roku podnosisz poprzeczkę coraz wyżej. Co za przyjęcie! Nikt cię nie przebije, poza tobą samą.

Matka nic nie odpowiedziała.

– Racja – odezwała się Cindy. – Powinnaś szykować też moje imprezy. Mówię poważnie. Może udzielisz mi paru porad przed kolejnym wernisażem?

– Mogłoby się zdawać, że wszystko przychodzi ci bez wysiłku – powiedział ksiądz Greg. – To więcej niż umiejętność. To sztuka. Wszyscy twoi wielbiciele chyba się zgodzą. – Matka skłoniła się w tanecznym przysiadzie. – Swoją drogą, będę wdzięczny, jeśli przedstawisz mnie twoim towarzyszom.

– Ci, z którymi powinieneś porozmawiać, siedzą na przeszklonej werandzie – odpowiedziała. Roześmiały się razem z Cindy, a twarz księdza Grega wyrażała żartobliwe przyznanie się do winy. Nie znosiłem tej gierki. Powaga najwyraźniej oznaczała w niej porażkę.

W końcu mama zaoferowała, że zaprowadzi księdza do „odpowiednich” ludzi, a on wziął ją pod rękę. Poszedłem za nimi. Za drzwiami zastaliśmy zgromadzenie palaczy cygar, którzy osunęli się w głąb swoich foteli. Ksiądz Greg pomachał im, schodząc ze stopni schodów, i odpowiedział mu chóralny ryk powitania. Matka zamknęła drzwi. W powietrzu unosił się tytoniowy zaduch. Ksiądz torował sobie w dymie ścieżkę, niczym zwierzę, które przeciska się przez gęste krzewy.

Zostałem razem z Cindy z tyłu. Przyjaciółka mamy omiotła przeszklone pomieszczenie spojrzeniem.

– Słyszałam, ile radości sprawia ci praca dla księdza Grega – zagaiła. – Myślę, że to świetna sprawa. James też zaczął się udzielać w parafii. Podoba mu się to. Jest ministrantem.

Nie wiedziałem o tym, ale uświadomiłem sobie jeszcze dobitniej, jak rzadko jestem teraz zapraszany do kościoła Najdroższej Krwi. Rzecz jasna ksiądz musiał mieć również czas dla innych. Oczywiście potrzebował pomocy nie tylko w sprawie zbierania funduszy. Był naszym kapłanem. Mimo to poczułem ucisk w żołądku na myśl, że pociesza teraz Jamesa. Czy nie miałem prawa uważać, że to właśnie ja potrzebuję księdza najbardziej? Był jedynym człowiekiem, który nie rozmawiał ze mną poprzez ruszt wyszczerzonych zębów – w odróżnieniu od Cindy, która właśnie uśmiechała się, jakby chciała powiedzieć „nie zbliżaj się do mnie”.

Przeszedłem przez jadalnię do spiżarki. W kuchni zauważyłem Elenę, która wykłócała się z dwoma kucharzami przy piecach. Wymachiwała drewnianą łyżką tak już pociemniałą, że wyglądała na zwęgloną. Obrzuciła mnie spojrzeniem, lecz nie przerwała swojej tyrady. Kucharze jednak jej nie słuchali i zajmowali się pracą, więc opieprz przyjmowały ich plecy.

– Elena! – zawołałem, lecz