Wydawca: Burda Książki Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 417 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zimny strach - Mads Peder Nordbo

W Tasiilaq nikt nigdy niczego nie widział ani niczego nie mówił, mimo że ludzie wiedzieli o wszystkim.


Przyrodnia siostra Matthew znika podczas weekendowej wycieczki do opuszczonej grenlandzkiej osady.

Tupaarnaq, młoda, niezależna Grenlandka, oskarżona niegdyś o zabójstwo ojca, powraca więc do Nuuk, aby pomóc swojemu jedynemu przyjacielowi Matthew odnaleźć dziewczynę. Ślady krwi na terenie osady świadczą o zbrodni, ale dopiero gdy matka Arnaq otrzymuje telefon od córki, przerażonej i na skraju wyczerpania, staje się dla wszystkich oczywiste, że czasu na odnalezienie zaginionej jest coraz mniej…

Ojciec Matthew, Tom, jako młody żołnierz w amerykańskiej bazie w Thule uczestniczył w tajnym eksperymencie o katastrofalnych skutkach. Tom został oskarżony o podwójne morderstwo, zmuszony do ucieczki i życia w ukryciu. W związku ze zniknięciem Arnaq tajemnice z Thule wychodzą na jaw, a Matthew zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że jest pionkiem w grze toczącej się o życie i śmierć.

Rozpaczliwie szukając Arnaq i próbując zrozumieć, co naprawdę stało się z jego ojcem, musi stawić czoło grenlandzkiej policji i armii amerykańskiej, która dąży do schwytania Toma. Ale przede wszystkim zmierzyć się ze swoimi wspomnieniami…

 

Nordycka seria kryminalna, która zachwyciła świat!

Opinie o ebooku Zimny strach - Mads Peder Nordbo

Fragment ebooka Zimny strach - Mads Peder Nordbo

Tytuł oryginału: Kold angst

Copyright © by Mads Peder Nordbo and JP / Politikens Hus A / S, København, 2018

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Justyna Haber-Biały, Agata Lubowicka

Redakcja, korekta i skład: d2d.pl

Projekt typograficzny: Robert Oleś / d2d.pl

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcia na okładce: FotoDuets / Shutterstock, Pavel Svoboda Photography /Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-440-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

ŁowczyniMALERSUISOQ

1

Tasiilaq, Grenlandia Wschodnia

14 października 2014

Tupaarnaq stała na stromym zboczu na peryferiach małego miasteczka i patrzyła w dół na rozrzucone skupiska czerwonych, zielonych, niebieskich i żółtych domów, które lśniły w pomarańczowym blasku jesiennego słońca. Na morzu między osadą i nagimi górami po przeciwległej stronie odnogi fiordu dryfowała kra pochodząca z lądolodu. Niektóre bryły osiadały na dnie i tkwiły nieruchomo, inne sunęły wraz z prądem powolnym tempem. Śnieg kładł się na górach w postaci długich jęzorów, w wielu miejscach ciągnących się aż do samego morza. Wkrótce wszystko miało zostać pogrzebane przez biały puch.

Przesiadywała tam każdego dnia – tuż obok dzikiej ścieżki od dziesięcioleci wydeptywanej przez zwierzynę i myśliwych. Widać było stamtąd prawie każdy dom w miasteczku, którego nienawidziła bardziej niż czegokolwiek innego. Obserwowała, gdzie kierują się samochody powracające z heliportu, a przez lunetę celowniczą strzelby rozpoznawała ludzi wychodzących z domów lub wchodzących do środka.

Niedaleko niej stanęli dwaj Grenlandczycy, którzy kilka minut wcześniej zeszli ze ścieżki, obchodząc ją szerokim łukiem. Spostrzegła, jak jeden z nich wskazuje w jej stronę, a drugi kiwa głową.

Mimo że obydwaj mieli strzelby zarzucone na ramiona, stali z pustymi rękami. U ich pasów nie widać było żadnej upolowanej zwierzyny, a puste plecaki zwisały workowato. Nie o tym jednak rozmawiali. Rozmawiali o niej. Nikomu nie mogła się podobać uzbrojona kobieta, a już na pewno nie taka, która dzień za dniem przesiadywała na dzikiej ścieżce.

Tupaarnaq była pewna, że większość mieszkańców Tasiilaq wiedziała, kim jest, ale nikt nie mówił jej „dzień dobry” ani jej nie zagadywał.

Zamknęła oczy, przesuwając dłonią po nagiej skórze głowy, zimnej i gładkiej. Gdyby odczuwała chłód, na pewno zmarzłaby tutaj, siedząc nieruchomo i wyczekując od wielu godzin. Temperatura była bliska zera, może nawet ujemna. Wciągnęła głęboko powietrze. Miało dla niej silną moc oczyszczającą.

W Tasiilaq nikt nigdy niczego nie widział ani niczego nie mówił, mimo że ludzie wiedzieli o wszystkim.

Naprężyła mięśnie pod czarnym ubraniem, najpierw ramion, później klatki piersiowej, brzucha i nóg. Zacisnęła zęby, napinając mięśnie szczęki. Ścięgna w jej ciele wydłużały się i ponownie rozluźniały pod zakrytym przez ubranie gąszczem tatuaży.

Lodowaty wiatr musnął gładką skórę jej czaszki. Wypuściła powietrze z płuc i otworzyła oczy. Mężczyźni wciąż tam stali.

– Na co się tak gapicie? – szepnęła. Wydychane powietrze skropliło się tuż przed jej ustami. Sięgnęła po strzelbę i poczuła nienaruszoną powierzchnię zimnego drewna i stali, jej czystość. Wyciągnęła broń przed siebie i odbezpieczyła prawą dłonią. Zachowując zupełny spokój, uniosła kolbę i skierowała lufę w stronę mężczyzn.

Jeden z nich błyskawicznie zrzucił swoją strzelbę z ramienia i umieścił ją przed sobą, ale nie zdążył wycelować w kobietę, kiedy padł strzał.

Mężczyźni poderwali się, podczas gdy echo wystrzału odbijało się od spadzistej góry tuż za nimi.

– Co ty, kurwa, wyprawiasz, popieprzona babo?! – wrzasnął jeden z nich, wymachując rękami. – Wynoś się tam, skąd przyjechałaś!

Opuściła strzelbę. Drugi mężczyzna także coś do niej krzyczał, ale go nie słuchała. Spojrzała w zarośla powykręcanej wierzby karłowatej tuż obok.

– Ej, ty!

Podniosła wzrok i utkwiła go prosto w jego oczach. Kroczyła w ich stronę. Strzelbę zarzuciła z powrotem na plecy.

– Nie chcemy cię tutaj – stwierdził mężczyzna. – Wynoś się stąd do domu.

– Nigdy nie miałam domu.

– Trudno się dziwić, skoro zamordowałaś swoją rodzinę – odpowiedział. Jego głos drżał.

Tupaarnaq zatrzymała się. Od mężczyzn nie dzieliło jej więcej niż pięć metrów. Ten, który krzyczał, wciąż trzymał broń wycelowaną prosto w nią. Jego palce kurczowo zaciskały się na kolbie.

– Zabiłam tylko jednego. – Mięśnie drżały jej pod skórą. – To nie był człowiek.

Mężczyzna uniósł strzelbę do strzału.

– Ty pierdolona dzi…

– Przestań – powstrzymał go ten drugi, kładąc mu rękę na ramieniu. – Nie możesz tak po prostu jej zastrzelić.

– Ludzie będą mieli gdzieś tę morderczynię – warknął mężczyzna. Wzrok utkwił w lufie, ignorując lunetę celowniczą.

– Tak nie można – nie ustępował ten drugi.

Tupaarnaq prychnęła i zmierzyła wzrokiem rozwścieczonego mężczyznę.

– Jesteś tak samo przeżarty złem jak twój brat.

– Był twoim ojcem! – krzyknął jej na to w odpowiedzi.

– Był potworem – odparła. – Nigdy nie miałam ojca.

Mężczyzna wydał z siebie ryk i skierował strzelbę na podłoże skalne kilka metrów obok Tupaarnaq. Nabój za nabojem opróżniał magazynek. Echo wystrzałów roznosiło się w powietrzu, świstając w uszach kobiety. Tam, gdzie trafiły pociski, wzbijały się niewielkie tumany pyłu i sypkiego śniegu.

Pokręciła głową.

– Zupełnie jak twój brat.

Ten drugi chwycił strzelającego za kurtkę. Zerkał na Tupaarnaq ponad ramieniem przyjaciela.

– Nie powinno cię tu być – powiedział ściszonym głosem. – Wywołujesz w ludziach strach i złość.

– Kiedy skończę, co mam do zrobienia, wrócę do Nuuk – odpowiedziała, znów krocząc w ich stronę. Pochyliła się nad ziemią i z zarośli wyciągnęła zabitego zająca. Jego białe zimowe futro upstrzyła krew. Tupaarnaq uniosła zwierzę tuż przed swoją twarzą i przekrzywiła głowę. Wzruszyła ramionami, rzuciła truchło pod nogi mężczyzn, a następnie ominęła ich i zaczęła iść na przełaj w stronę miasta.

Czekała tak tutaj od prawie dwóch miesięcy. Wiedziała, że on kiedyś się tu pojawi. Pewnego dnia będzie szedł tą ścieżką, a wtedy ona zajdzie mu drogę. Podobnie jak ponad dwanaście lat temu powstrzymała swojego ojca, gdy po powrocie do domu zastała go siedzącego tuż obok ciał jej matki i sióstr. Z bronią w ręku. Darł się wniebogłosy, kiedy rozcinała mu brzuch, a później poderżnęła gardło. Morze krwi. Jej ojciec nie żył od dawna i nie pozostał po nim żaden ślad, a teraz przyszła kolej na Abelsena.

EksperymentMISILIUT

2

Baza w Thule, Grenlandia Północna

13 lutego 1990

Ciemność otaczała sylwetki pięciu mężczyzn, którzy w milczeniu siedzieli pośród śniegu. Ostatnie pomiary pokazywały temperaturę minus trzynaście stopni, a wiatr porywający ze sobą najwyższe warstwy śniegu i wprawiający je w wir powodował, że mróz dawał się znacznie dotkliwiej we znaki.

Tom zlustrował swoje ciało. Śnieg zaczął zbierać się w wielu zagięciach białej bawełnianej bielizny. Na początku ciepło ciała roztapiało śnieg, ale teraz skóra pod tą cienką warstwą ubrania była tak zimna, że śnieg osiadał na niej bez problemu. Materiał wydawał się sztywny. Jakby przymarznięty do skóry. Mężczyzna rozejrzał się, żeby zobaczyć, co z pozostałymi – jego trzema kumplami z bazy i młodym Grenlandczykiem o imieniu Sakkak z osady Moriusaq. Żaden z nich nie miał na sobie nic więcej poza wojskową bielizną. Cienka bawełna zakrywała ich ciała, ramiona i nogi, oprócz tego wszyscy nosili niebieskie buty sportowe. Na ich brwiach i krótkich włosach osiadł śnieg. Niczym lodowe perły. Skóra była blada. Krew odpłynęła z zewnętrznych naczyń krwionośnych.

Sakkak trząsł się na całym ciele i głośno dyszał. Jego dłonie zaciskały się i rozwierały niemalże w każdej sekundzie. Rytmicznie.

Na półmetku eksperymentu zabrali ze sobą Sakkaka w charakterze zabezpieczenia i dziś towarzyszył im tu po raz pierwszy. Musiał być z nimi ktoś, czyje ciało reagowało normalnie.

Tom zamknął oczy. Wyraźnie czuł każde uderzenie serca. Krew krążącą pod skórą. Wszystko działo się w spowolnionym tempie. Niemrawo. Puls był niski. Jego ciało wciąż odczuwało ból, ale nie tak duży jak w pierwszych tygodniach doświadczenia.

W jego ciele tkwiła świadomość tego, że umiera. Instynkty mózgu staczały walkę z zimnem. Za każdym razem, kiedy siedzieli na mrozie, Tom czuł, jak jego ciało przechodzi przez kolejne stadia mające zapobiec jego śmierci. Mięśnie dygotały. Puls wzrastał. Płuca domagały się więcej tlenu. Skóra bledła.

Dopóki nie mieli pełnej kontroli nad krążeniem krwi w zbytnio wychłodzonych ciałach, Inuita stanowił ich zabezpieczenie przed śmiercią. Gdyby Grenlandczyk zaczął trząść się gwałtownie, a jego palce i płatki uszu zsiniały z zimna, musieliby wrócić do środka, i tę granicę prawie już osiągnęli. Mimo że nie odczuwali żadnych oznak marznięcia, wszyscy musieli być już bardzo blisko punktu krytycznego.

Silny podmuch przeleciał między barakami, aż nimi zatrzęsło. Tom skierował wzrok ku niebu. Wydawało się nieprzeniknione – tylko szarość i czerń, nigdzie ani śladu światła, jedynie tnący śnieg. Dotknął opuszek palców. Były niczym obce ciało, nie miał wrażenia, że dotyka samego siebie. Sięgnął ręką do tyłu i zapukał w jedną z zewnętrznych ścian drewnianego baraku. Z każdym ruchem skostniałe stawy stawiały opór.

Wzywano ich do środka po kolei. Sakkak. Briggs. Bradley. Reese. Sierżant Cave. Po wejściu prosto z mrozu do ciepłego pomieszczenia nie czekano, tylko natychmiast podłączano ich do aparatury.

Wchodząc do budynku, Tom wciągał powietrze głęboko do płuc. Ciepło wydawało się intensywne, natychmiast poczuł mrowienie i ukłucia pod skórą na całym ciele.

Pozostali usiedli na długiej ławce. Ich ciała pokrywały małe gumowe końcówki pomiarowe, poprzez cienkie elektrody podłączone do mnóstwa stojących za nimi aparatów analitycznych.

Tom ciężko oddychał, ściągając podkoszulek z długim rękawem i kalesony. Rozebrał się aż do samych bokserek i usiadł obok młodego Grenlandczyka, czując, jak gumowe końcówki wgniatają się w jego skórę.

Sakkak przyjrzał mu się uważnie.

– Jesteś Duńczykiem?

– Nie, ale mówię po duńsku.

– Pozostali nie mówią – dziwił się Sakkak. – Po grenlandzku też nie.

– Są z tutejszej bazy – wyjaśnił Tom. – To Amerykanie.

– Nazywam się Sakkak – przedstawił się z uśmiechem młody Inuita. – Mój duński też nie jest najlepszy. – Potarł się po udach i chrząknął. – Ty też bierzesz w tym udział po raz pierwszy?

– Nie. – Tom wciągnął ciężko powietrze nosem. – Eksperyment trwa od niecałych dwóch miesięcy.

– O rany – jęknął Sakkak i otworzył szeroko oczy. – Długo. – Wciąż rozcierał uda dłońmi.

– Kiedy dokonują pomiarów, powinniśmy siedzieć nieruchomo. – Tom zerknął na Sakkaka. – Mam na imię Tom.

– Mieszkam w Moriusaq razem z moją dziewczyną – odpowiedział Sakkak.

Tom pokiwał głową. Już to wiedział.

– Utrzymuję się z łowiectwa.

Tom zerknął na ciało młodego Inuity. Skóra była czerwona i upstrzona białymi kropkami. Wciąż cały się trząsł.

Sakkak zwrócił wzrok ku ciemnym oknom.

– Moja dziewczyna nazywa się Najârak. Ma dwadzieścia dwa lata, a razem jesteśmy prawie od trzech. – Przeszył go dreszcz. Zaśmiał się do siebie. – Pochodzi z Savissivik. Poznaliśmy się, bo akurat tego lata do Moriusaq zjeżdżali mieszkańcy z wielu innych osad na coroczne spotkanie. Właśnie upolowałem swojego pierwszego niedźwiedzia i Najârak miała go oprawić. Nie bardzo jej to wychodziło, więc poprosiła mnie o pomoc, ale ja także nie byłem pewien, jak się to robi, i skończyło się tak, że cali umazaliśmy się krwią. Popatrzyliśmy wtedy na siebie i wybuchliśmy śmiechem. – Sakkak ponownie spojrzał na Toma. – W tym roku urodziła mi syna, nazwaliśmy go Nukannguaq. Jestem taki szczęśliwy, że go mamy.

– To wspaniale – odparł Tom. – Też mam syna, ale mieszka w Danii z matką. Ma trzy lata.

– W Danii? – zdziwił się Sakkak. – W takim razie musisz go niedługo odwiedzić. Syn powinien mieć ojca, żeby się od niego uczyć, jak poradzić sobie w życiu, to wiem na pewno. Tych, którzy nie mają ojców, nikt nie pilnuje… Nukannguaq ma mnie.

– Najpierw musimy zakończyć ten eksperyment – odpowiedział Tom, wskazując głową na aparaty i naukowców, którzy sporządzali notatki na podstawie odczytanych wyników.

Sakkak się uśmiechnął. Zmarszczył czoło.

– Nie rozumiem tego, że tak bardzo marznę, skoro wam nie jest zimno.

– Sierżancie?

Tom obrócił się i spojrzał przez ramię.

– Co mówi ten Eskimos? – zapytał po angielsku głos za ich plecami.

– Opowiada o swojej dziewczynie i synu – wyjaśnił Tom.

– Nie możesz mu powiedzieć, żeby się zamknął?

Tom obrócił się w stronę Sakkaka.

– Musimy być cicho. – Wskazał na aparaturę podłączoną do swojej ręki. – Rozmowy zakłócają pomiary.

Sakkak wbił wzrok w stopy.

– Może te tabletki działają lepiej na was, białych.

Tom zamknął oczy i ponowie zatopił się w myślach. Wciąż czuł mrowienie pod skórą. Krew przemieszczała się, teraz krążyła bez żadnych przeszkód. Tym razem siedzieli na dworze przez ponad godzinę, a on ani przez sekundę nie poczuł, że marznie. Kiedy się podniósł, ciało było zesztywniałe i obolałe, ale zimna nie czuł zupełnie.

3

– Jak się przedstawia kwestia agresywności?

Tom spojrzał na badaczkę.

– Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że zauważam pewne zmiany.

W pomieszczeniu zostali tylko biochemicy Christine i Lee oraz Tom. Sakkakowi, Briggsowi, Bradleyowi i Reese’owi pozwolono odejść po odłączeniu od aparatury badawczej.

– Nie, właściwie to jestem pewien – zmienił zdanie Tom. Zerknął do swoich notatek. – W ciągu ostatniego miesiąca nastąpiła wyraźna zmiana pod względem nastroju i towarzyskości.

– Na gorsze?

– Tak, na gorsze.

– Dane również sugerują wzmożoną aktywność w ciele migdałowatym – stwierdziła Christine. – Badania rezonansowe, które wykonaliśmy wczoraj, wskazują na widoczne pogorszenie połączenia między ciałem migdałowatym i płatami czołowymi.

– Czyli potwierdzają, że stajemy się coraz agresywniejsi? – upewnił się Tom.

– Nie ma co do tego wątpliwości – odparła Christine. – Jest to cecha, którą stwierdzamy także u wielu osób skazanych za przemoc… mam na myśli tę obniżoną łączność między ciałem migdałowatym i płatami, nagłe wybuchy złości… brutalną przemoc.

– Czy jest gorzej, niż się spodziewaliście? – chciał wiedzieć Tom.

Christine skinęła głową.

– Po zaledwie półtoramiesięcznym przyjmowaniu środka farmakologicznego? Tak.

– Jednocześnie stwierdzamy, że wasza odporność na zimno gwałtownie wzrosła – dodał Lee. – Pod tym względem nasze dane są z pewnością jednoznaczne, można zatem powiedzieć, że jesteśmy na dobrym tropie, upewniliśmy się zwłaszcza po podwojeniu dawki.

– Niestety spowodowało to również wzrost skutków ubocznych – dodała Christine.

– Owszem – nie zaprzeczył Lee. – Ale jeśli o mnie chodzi, rezultaty są ważniejsze od tych konsekwencji.

Tom wzruszył ramionami.

– Trudno mi ocenić pozostałych uczestników, ale widać wyraźnie, że wszyscy o wiele bardziej izolują się od innych, unikają kontaktu i rozmowy.

– Ty też?

– Tak, ostatnio nie mam na nic ochoty, rano wściekam się o byle co, ale potrafię to kontrolować.

– Właściwie to chciałbym znowu podwoić wam dawkę – powiedział Lee.

Tom spuścił wzrok na trzymane w ręku notatki.

– Okej.

– To za wcześnie – sprzeciwiła się Christine. – Najpierw musimy sprawdzić, czy da się ustabilizować stan po tym pogorszeniu.

Lee pokiwał głową.

– A Sakkak? Wciąż podajemy mu placebo czy zacznie dostawać prawdziwy lek?

– Placebo – odparła szybko Christine. – Nie możemy jeszcze zaaplikować tych tabletek żadnemu cywilowi.

Tom potarł czoło.

– Może trzeba się także zastanowić nad ich składem.

– Moim zdaniem nie powinniśmy teraz przy tym majstrować – sprzeciwił się Lee. – Za dwa tygodnie podwyższymy dawkę i wtedy zobaczymy, co pokażą pomiary. Wszystko inne narobi nam tylko bałaganu w wynikach.

– Zgadzam się z tym – poparła go Christine. – Nie odważę się na nic innego. Jeśli połączenie między ciałem migdałowatym i płatami ulegnie dalszemu pogorszeniu, może to doprowadzić do zaników świadomości albo psychoz. – Napotkała wzrok Toma. – Przyjmujesz taką samą dawkę.

– Wiem. – Tom potarł dłońmi grzbiet nosa. Później powieki. – Uważam, że już teraz powinniśmy ją podwoić.

4

Baza w Thule, Grenlandia Północna

27 lutego 1990

Tom wyciągnął rękę i przesunął swojego szpiega aż do jednego z czerwonych pionków Briggsa. Spojrzał pytająco na kolegę.

– Bum – powiedział Briggs.

Tom pokiwał głową z zadowoleniem.

– Tak właśnie myślałem.

Briggs przesunął pionka na pole obok bomby.

– Trzygwiazdkowiec? – chciał wiedzieć Tom.

– Przecież ci, do cholery, nie powiem.

– Albo się da, albo się nie da – stwierdził Tom i przesunął sapera za swojego czterogwiazdkowca stojącego obok bomb Briggsa.

Nogi Briggsa drżały.

– Kurwa, nie mogę skupić się na tym chłamie.

– Właśnie po to gramy.

Briggs wodził wzrokiem od pionka do pionka, jak gdyby były żywe i poza kontrolą.

– No dalej, do przodu – zachęcał go Tom. – I tak zawsze wygrywam.

– Pieprzyć tę grę – wybuchnął Briggs i kopnął stolik stopą, wywracając kilka pionków.

Tom podniósł wzrok znad planszy.

– Ej, opanuj się trochę.

– Nie dam dłużej rady – jęknął Briggs. Oddychał gwałtownie, jego klatka piersiowa falowała pod szarą sportową bluzą. – Te eksperymenty nas wykończą.

Tom podniósł się i podszedł do jedynego okna w pomieszczeniu. Na zewnątrz panowała gęsta ciemność, mimo że był środek dnia. Śnieg piętrzył się aż do dolnych partii szyby. Tom otworzył okno. Było minus piętnaście stopni. Owiało go rześkie powietrze, które poczuł głęboko w płucach. Nie odczuwał jednak zimna, mimo że widział, jak skóra rąk natychmiast reaguje w kontakcie z mrozem. Włożył obie dłonie głęboko w śnieg leżący tuż pod oknem i oparł brodę na drewnianej ramie okiennej.

– Odbiło ci? – zapytał Briggs.

– Nie czuję zupełnie nic – odparł Tom. – W ogóle żadnego zimna… Pojechane, co?

– Co to ma, kurwa, za znaczenie, jeśli jednocześnie usmażysz sobie mózg! – wykrzyknął Briggs. – Spójrz na moje ręce!

Tom odsunął się od śniegu i odwrócił w stronę Briggsa, który stał z dłońmi wyciągniętymi przed siebie.

– Nie jestem w stanie niczego zrobić, kiedy cały czas tak się trzęsę – ciągnął Briggs. – To całe gówno zaczyna się właśnie od głowy… Nie wierzę, żebym koniecznie musiał brać udział w samym eksperymencie.

Tom przesunął wolno dłońmi po twarzy. Były mokre, ale nie zimne.

– Skombinować ci coś na uspokojenie?

– Co? Na uspokojenie… Nie. Nażarłem się wystarczająco dużo chemii. Chcę się z tego wypisać. Całkowicie.

– To nie takie proste – odrzekł Tom.

– Mam to, kurwa, gdzieś – oświadczył Briggs. – To nas kompletnie rozwali… i w imię czego? Żebyśmy mogli przechadzać się po Arktyce, nie marznąc? – Zamachał rękami. – W tym miejscu nic kompletnie się nie dzieje. Co my w ogóle robimy w tym popierdolonym kraju?

– Tu nie chodzi o Grenlandię – wyjaśnił Tom. – Odporność na zimno stwarza ogromne możliwości… Neandertalczycy byli odporniejsi na zimno niż my i gdybyśmy potrafili obudzić ten genom, wtedy…

– Neandertalczycy? – przerwał mu Briggs. – Do kurwy nędzy, Tom. Gdyby to miało takie znaczenie, to przecież chybaby nie wymarli?

– Klimat zmienia się nieustannie.

– Tak, ale na cieplejszy… Bardzo serdecznie dziękuję za to, że wolno mi było rozjebać sobie mózg przez tę odporność na zimno, żebym później mógł pocić się niemiłosiernie, przyglądając się topniejącemu lądolodowi.

– Zmiany klimatyczne się odwrócą – upierał się Tom. – Coś takiego może się zdarzyć nagle, ale to nieważne, bo doświadczenie skupia się na tym, co tu i teraz. Jeśli za pomocą farmakologii uda nam się wspomóc odporność na zimno, wzmocni to wszystkie arktyczne jednostki NATO. Prawdopodobnie umożliwi także nowe osadnictwo, na przykład da mieszkańcom krajów równikowych, obszarów przeludnionych albo tych dotkniętych suszą szansę rozpoczęcia nowego życia w zimniejszych, ale słabo zaludnionych strefach arktycznych.

– Żadnym normalnym ludziom nie przyjdzie do głowy się tu osiedlić! – wykrzyknął Briggs i uderzył z taką siłą w ścianę za sofą, że na skórze ponad knykciami pojawiły się dwa pęknięcia. Wbił wzrok w dłoń. – Nie wiem, co mnie nachodzi. Nie mogę spać. Po prostu wariuję, nie jestem w stanie się kontrolować. Nie mogę tak dłużej. Muszę się z tego wypisać.

– …Także z Tupilaka?

– Od Tupilaka nie ma odwrotu – odparł Briggs krótko. – Tupilak trwa. Zimnem muszą się jednak zająć inni.

Tom zaczął przyglądać się swoim dłoniom. Trzęsły się. Zamknął oczy. Potarł ostrożnie powieki. Czuł, jak głęboko w jego ciało wgryza się zmęczenie.

– Trzeba ci zmniejszać dawkę – powiedział cicho. – Przez tydzień zejdziesz do połowy, a potem zostaniesz zupełnie wyłączony. Inaczej nie da się tego zrobić.

Briggs usiadł na sofie i ukrył twarz w dłoniach.

– Nie widzisz, co to z nami robi?

– Wiedzieliśmy o tym od samego początku.

– Co to za pierdolenie – odparł Briggs. – My dwaj sami decydujemy o tym, czy do końca będziemy jechać na tych tabletkach. Wystarczy, że zostaną Bradley i Reese.

– Nie… i to nie zależy od nas, dobrze o tym wiesz.

– Aż skończymy jak totalne świry – wybuchnął Briggs.

– To kwestia przyzwyczajenia – stwierdził Tom. – Złość niedługo ustanie.

Briggs potrząsnął głową.

– A co u Annelise i Matthew?

– Co masz na myśli?

– No, czy dobrze im się żyje w Danii?

– W porządku – odparł Tom. – Mieszkają w małej miejscowości na wsi. Tommerup.

– Nie tęsknisz za nimi?

– Owszem.

– Więc rzuć to pojebane gówno i pojedź tam do nich, zanim będzie za późno. Musisz mieć mnóstwo zaległego urlopu.

Tom znowu podszedł do okna.

– Jak sam powiedziałeś, od Tupilaka nie ma odwrotu.

Briggs wlepił wzrok w małą białą bliznę tuż nad lewym nadgarstkiem.

– Minęło już tyle lat – powiedział Tom z uśmiechem.

– Kurwa, zawsze byłeś porządnie trzepnięty! – wykrzyknął Briggs. – „Tnij głębiej”, powiedziałeś. „Krew powinna się wymieszać”. – Popatrzył mu w oczy. – Wtedy  t a k ż e  prawie nas zabiłeś.

Tom zerknął na bliznę na swoim przedramieniu.

– Słuchaj… Jeśli coś mi się stanie, czy mógłbyś mi obiecać, że będziesz miał oko na Matthew?

– Jeśli się stanie co?

– No, jeśli zniknę albo umrę.

– Przestań z taką gadką, nienawidzę dzieci.

– Mówię to na poważnie!

Briggs wciągnął głęboko powietrze i ponownie je wypuścił.

– Kurwa, nie jestem w stanie zaopiekować się żadnym dzieckiem.

– No przecież nie mówię, że masz go adoptować. – Tom objął swój lewy nadgarstek i potarł bliznę opuszką kciuka. – Po prostu chciałbym, żebyś był dobrze zorientowany… Na odległość… Ewentualnie pojawił się, jeśli chłopak wpakuje się w jakieś gówno… Jeśli będziesz miał dzieci, zrobię dla nich to samo.

– Dobra – skapitulował Briggs. – Będę go pilnował… na odległość!

– To obietnica?

– No, przecież mówię. Ale zostań przy życiu, okej? Kiepsko mi wychodzi zajmowanie się dziećmi. – Briggs pokręcił głową i wstał. – Chodź ze mną na siłownię, potrenujemy podnoszenie ciężarów.

– Nie dzisiaj.

Tom odprowadził Briggsa do drzwi, potem wyszedł do toalety, gdzie otworzył małą szafkę z lustrem zawieszoną nad umywalką. Wyjął stamtąd niewielką fiolkę bez etykiety, wytrząsnął z niej dwie nierówne tabletki i włożył do ust.

Utkwił wzrok w swoim odbiciu w lustrze. Twarz była wąska. Blada. Oczy gapiły się na niego, jedno z nich dwiema źrenicami. Matthew odziedziczył po nim tę wadę pigmentową. Dodatkowa czarna kropka w oku wyglądała, jakby miał dwie źrenice. Tom spuścił powieki. Uśmiechała się do niego twarz jasnowłosego chłopca. Tego dnia, kiedy Annelise i Matthew wsiedli na pokład samolotu w Thule, aby przenieść się do Danii, syn także śmiał się i machał. Był za mały, żeby zrozumieć, jak dużo czasu upłynie, zanim ponownie zobaczy ojca. Nie mogli jednak zostać tutaj w bazie, biorąc pod uwagę, jak rozwijała się sytuacja. Tom zwyczajnie nie miał odwagi.

Tabletki działały. Wywoływały napięcie mięśni. Pochylił się do przodu i od pierwszego zetknięcia się jego dłoni z podłogą pokrytą linoleum zaczął robić pompki. Nie przestawał jeszcze długo po tym, jak odechciało mu się liczyć.

Pukanie do drzwi przywróciło go do rzeczywistości. Podniósł się z podłogi i szybko opłukał twarz.

Pot spływał po jego ciele wraz z wodą.

Pukanie rozległo się ponownie.

– Moment… już idę.

Otworzył drzwi, za którymi stała jedna z niewysokich Inuitek pracujących w mesie. Uśmiechała się do niego.

– Sierżancie Cave… Telefon do pana… Z Danii.

Cienie czasuTARRAT TOQQORTAT

5

Nuuk, Grenlandia Zachodnia

17 października 2014

W środę po południu w mieszkaniu na drugim piętrze bloku 18 znaleziono ciało byłego premiera Rządu Lokalnego Jørgena Emila Lybertha. Policja z Nuuk do tej pory trzymała sprawę w tajemnicy, ale nasza redakcja uzyskała informacje, że chodzi o brutalne morderstwo – Lybertha przybito do podłogi, a jego ciało rozcięto. Według policji nie ma jeszcze żadnych konkretnych dowodów, ale istnieje obawa, że morderstwo ma związek z radykalnymi poglądami polityka na temat uzyskania przez Grenlandię niepodległości. Policja poszukuje obecnie dyrektora departamentu, Erika Abelsena, oraz niedawno zwolnionej z więzienia młodej kobiety z Tasiilaq, ponieważ według prowadzącego śledztwo, Michaela Ottesena, podejrzewa się, że obydwoje są w posiadaniu informacji mogących przyczynić się do wyjaśnienia okoliczności tej zbrodni.

Matthew odłożył artykuł sprzed prawie dwóch miesięcy, który kiedyś wydrukował ze strony internetowej gazety „Sermitsiaq”. Papier był zabrudzony i pomięty od zbyt długiego noszenia w torbie. Artykuł napisał kolega z pracy Leiff krótko po tym, gdy rozbebeszone ciało Lybertha znaleziono w mieszkaniu Tupaarnaq w jednym ze zdewastowanych bloków na samym skraju cyplu, i to zaledwie kilka tygodni po tym, jak się tam wprowadziła. Tuż po morderstwie Matthew starał się nikomu nie rzucać w oczy, aż do momentu, kiedy kilka dni później pojmano Abelsena, a on sam w akcie samoobrony zmuszony był zabić Ulrika.

Kiedy Matthew spotkał młodego policjanta po raz pierwszy, wydawał mu się zadowolonym i ambitnym mężczyzną, który poszedł w ślady polityczne swojego przybranego ojca, Lybertha. Wszystko runęło jednak niczym domek z kart, kończąc się krwawym chaosem, po tym, gdy okazało się, że Ulrik w rzeczywistości jest synem Abelsena z gwałtu, a jego siostra Tupaarnaq, którą właśnie zwolniono z więzienia po odsiedzeniu dwunastu lat kary za zamordowanie ich biologicznej rodziny, pojawiła się niespodziewanie w Nuuk. Podczas gdy Tupaarnaq za morderstwo matki i młodszych sióstr obwiniała swojego ojca oraz Abelsena, Ulrik uważał, że to ona ponosi winę za tę tragedię. To ją znaleziono bowiem przy rozciętym ciele ojca, na dodatek wysmarowaną krwią wszystkich ofiar; ją także skazano za wszystkie te zabójstwa. Ulrik nie miał pojęcia, że Abelsen w rzeczywistości jest jego biologicznym ojcem, do dnia, w którym wszystko zostało ujawnione. Wtedy młody policjant postanowił zamordować zarówno jego, jak i znienawidzoną siostrę. Będąc dziećmi, Ulrik i Tupaarnaq dorastali w tej samej rodzinie w Tasiilaq, ale po morderstwie ojca, matki i sióstr nie tylko wiele lat spędzonych w więzieniu przez Tupaarnaq, ale także bezgraniczna nienawiść Ulrika do starszej siostry sprawiły, że rodzeństwo trzymało się z daleka od siebie – dopóki ona nie pojawiła się niespodziewanie w Nuuk, prawie natychmiast wikłając w kolejną sprawę o morderstwo.

Promienie słoneczne nadały dużej części salonu wyraźną złotą barwę. Na sofie panował okrutny bałagan, ponieważ Matthew przewrócił do góry nogami torbę, aby odnaleźć pendrive, którego pilnie potrzebował. Teraz na siedzisku kanapy walały się przeróżne papiery. Zdjęcia. Po prostu wszystko. Potarł dłońmi powieki. Nieład dominował nie tylko na sofie. Suche arktyczne powietrze powodowało nieustanne pieczenie oczu. Sytuacji nie polepszały długie, bezsenne doby. Trzy miesiące temu przeprowadził się do Nuuk, by odzyskać utracony spokój i zaprowadzić w swoim życiu porządek, ale gdy pod koniec lata spotkał na swojej drodze Tupaarnaq i razem zaczęli grzebać w starej sprawie z lat siedemdziesiątych dotyczącej zabójstw z zemsty i molestowania dzieci, wszystko wymknęło mu się spod kontroli i nagle znalazł się na górnym piętrze domu Jakoba, patrząc na Ulrika wbijającego nóż w bok Tupaarnaq, podczas gdy Abelsen siedział przywiązany do krzesła w pokoju piętro niżej.

Pierwsze dni po śmierci Ulrika Matthew w większości spędził w szpitalu przy łóżku Tupaarnaq, a potem, kiedy całkowicie odzyskała przytomność, zaczął coraz więcej myśleć o tym, co zdarzyło się w domu Jakoba. Tupaarnaq krwawiąca z rany zadanej przez nóż Ulrika. Uczucie w dłoniach, kiedy przeszył na wylot plecy Ulrika starym harpunem Jakoba. Dźwięk ostrza ulo przecinającego gardło Ulrika. Strumień krwi wypływający z rany i rozlewający się po piersi policjanta. Ciało, które przechyliło się w przód i uderzyło o podłogę z harpunem sterczącym z pleców.

Nudności wezbrały mu w gardle i ściskały je krótkimi skurczami. Kilkakrotnie przełknął ślinę, powstrzymując odruch wymiotny. Obrócił się w stronę wielkich okien i drzwi balkonowych. Jesienne powietrze, przejrzyste i rześkie, spowijało Nuuk. Termometr nie wskazywał więcej niż kilka stopni powyżej zera, a parę dni wcześniej gwałtowna burza z tnącym jak brzytwa, lodowatym deszczem zdusiła ostatnie tchnienie lata. Góry płakały jak nigdy wcześniej, woda lała się niemalże strumieniami po zboczach gór, tworząc rwące wodospady.

Matthew zapalił papierosa. Przyjrzał się swoim dłoniom. Rozkoszował się smakiem dymu. Zamknął oczy i zaciągał się papierosem tkwiącym między wargami.

Po śmierci Ulrika pojawiło się wiele pytań, ale policja zręcznie go broniła, zwłaszcza Ottesen. Szybko wydano oświadczenie, że śmierci nie spowodował harpun wbity w plecy, ale cięcie w poprzek gardła, i dlatego nie czekały go żadna sprawa sądowa ani żaden wyrok. Matthew zabił Ulrika w obronie własnej, chociaż sam tego tak nie zapamiętał. Ulrik siedział na łóżku naprzeciwko nagiej Tupaarnaq. Kiedy zadał jej cios nożem w bok, Matthew wbił w jego plecy harpun. Z taką siłą, że przebił je na wylot.

Matthew zakrył nagą Tupaarnaq i przycisnął dłoń do rany w jej boku. Spomiędzy wytatuowanych liści sączyła się krew, która przepływała między jego palcami i wsiąkała w materac.

Potem nastąpiły dni spędzone w szpitalu. Sporadyczne przesłuchania. Tupaarnaq odzyskała przytomność i uczestniczyła we wszystkim, po czym nagle zupełnie zniknęła z Nuuk, bez wypisania ze szpitala. Trzymała go za rękę, a teraz jej nie było. Ottesen szybko dowiedział się, że kupiła bilet w jedną stronę do Tasiilaq, więcej informacji Matthew nie zdobył. Nie odpowiadała na jego wiadomości, nie odbierała telefonu. Jej stan zdrowia w ogóle nie pozwalał na podróżowanie, ale mimo to zniknęła – i na dodatek milczała. Próbował do niej pisać esemesy o najróżniejszych sprawach, w nadziei, że prędzej czy później na nie zareaguje, ale nie było żadnego odzewu.

Matthew zgasił papierosa w filiżance stojącej na stole. Zasyczało przez krótką chwilę. Popatrzył na zdjęcia rozrzucone na sofie. Tine. Jej brzuch. Zdjęcie zrobiono zaledwie kilka tygodni przed wypadkiem samochodowym, w którym zginęły jego żona i Emily w jej brzuchu. Przesunął palcami po obrączce spoczywającej w prawej kieszeni dżinsów. Nie potrafił nie nosić jej przy sobie. Nie był w stanie zrezygnować z bezpieczeństwa, jakie zapewniała mu obrączka. Zdarzyło się kiedyś, że na tydzień czy dwa zostawił ją w szufladzie, odczuwał to wtedy jako coś niewłaściwego, jakby stał się osamotniony i nagi. Tine pogrzebano z obrączką na palcu. Wszystko potoczyło się tak szybko. Wypadek. Śmierć. Spojrzenie Tine, kiedy umierała. Jego palce dotykające wypukłego brzucha. Życie, które zniknęło i nigdy nie przyszło na świat.

Większość jego fotografii była już nieźle wyświechtana. Niektóre z nich miały tyle samo lat co on. Najstarsze było zdjęcie przedstawiające ojca. Zrobiono je w bazie wojskowej w Thule, jeszcze przed wyjazdem Matthew i matki; ojciec nigdy do nich nie dojechał. Matthew obrócił pocztówkę, którą ojciec wysłał z Nuuk w sierpniu 1990 roku. I am not able to go to Denmark as soon as planned. Sorry, love you both1. Oprócz zdjęć z Thule, na których jego rodzice zazwyczaj występowali razem, kartka była wszystkim, co zostało po ojcu. Ostatnim znakiem życia.

W samym środku tego bałaganu na sofie leżał jego czarny notatnik, w którym zaczął spisywać swoje myśli. Robił to dla Emily. Odczuwał potrzebę opowiedzenia jej o życiu i świecie, mimo że jej samej nigdy nie było dane ich doświadczyć.

Wdychane powietrze smakowało dymem. Słońce widniało wysoko nad niskimi budynkami ciągnącymi się w stronę cmentarza Herrnhutów. Wyświetlił na telefonie swoje liczne esemesy do Tupaarnaq, na które nigdy nie odpowiedziała. Zaczął się w nie wczytywać. Chwycił paczkę papierosów, zapalił jednego i wstał. Drobinki kurzu wirowały w powietrzu. W mieszkaniu unosiła się zatęchła woń.

– Wywietrzmy tu trochę – powiedział do siebie.

Drzwi balkonowe otworzyły się łatwo i nie zamknęły zaraz po wypuszczeniu ich z rąk. W niektóre dni wiało tutaj tak mocno, że z trudnością przychodziło mu je utrzymać.

Oddychał głęboko. Mieszał czyste arktyczne powietrze z papierosowym dymem. Tupaarnaq miała rację. Powinien rzucić palenie. Zaraz po wypadku była to jedyna rzecz, którą był w stanie się zająć: zapalić papierosa i nieobecnym wzrokiem gapić się przed siebie.

Myśli kłębiły się w jego głowie. Od czasu, gdy wplątał się w śmierć Lybertha i Ulrika, upłynęły zaledwie niecałe dwa miesiące, a teraz zlecono mu napisanie artykułu o trzech krwawych samobójstwach, które zdarzyły się kilka dni temu w Ittoqqortoormiit na wschodnim wybrzeżu Grenlandii. Zeszłego wieczoru naczelny przysłał mu zdjęcia i pierwsze zeznania świadków. W Ittoqqortoormiit pracował tylko jeden prawdziwy funkcjonariusz. Jego dwaj asystenci byli niewykwalifikowani i zatrudnieni w ramach umowy cywilnoprawnej, to zresztą jeden z nich przesłał te informacje naczelnemu. Nic w tej procedurze nie było zgodne z przepisami, dlatego Matthew natychmiast przesłał wszystko Ottesenowi. Nie dlatego, że chciał ujawnić źródła redakcji, ale obawiał się problemów, w razie gdyby tak po prostu wykorzystali zdjęcia w prasie. Przedstawiały one wiele bliskich ujęć zmarłych. Dwoje z nich otrzymało strzały w pierś, jeden w usta. Pokój, w którym ich znaleziono, przypominał zdewastowaną melinę dilerów narkotykowych, ale najprawdopodobniej było to mieszkanie jednego z młodych. Matthew znał Ittoqqortoormiit jako małe, zapuszczone miasteczko mimo starań niewielkiej grupy spośród czterystu pięćdziesięciu mieszkańców, żeby utrzymać to miejsce przy życiu. To najmniejsze grenlandzkie miasto coraz bardziej upodabniało się do osady niż ośrodka miejskiego. Jego położenie było także najbardziej peryferyjne, może nawet w skali światowej, biorąc pod uwagę odległość ośmiuset pięćdziesięciu kilometrów górzystego, pokrytego lodem terenu do najbliższego miasta w okolicy, Tasiilaq.

W pokoju, gdzie odkryto ciała, przebywało w sumie czterech młodych ludzi, ale tylko trzech z nich znaleziono martwych. Czwarty także próbował się zastrzelić, ale nie umarł. To właśnie jego zdjęcie skłoniło Matthew do przesłania całego materiału Ottesenowi. Przedstawiało zbliżenie głowy postrzelonego. Cała jedna strona twarzy młodego człowieka została odstrzelona. Wargi zwisały bezwolnie, a przez rozerwany policzek wokół żuchwy przebijały zęby. Pojedyncze z nich były zmiażdżone, ich białe odłamki jaśniały w otchłani rozdartego policzka. Twarz i szyja obryzgane były krwią. Na tego, kto wykonał zdjęcie, patrzyło oko umiejscowione pośrodku fotografii. Tylko jedno. Wszystko inne pokrywała krew.

Matthew zgasił wypalonego papierosa w szklanej miseczce wypełnionej wodą i skierował wzrok w stronę góry Ukkusissat, wznoszącej się ku błękitnemu niebu za położoną na samych obrzeżach Nuuk dzielnicą Qinngorput. W tle rysowały się inne szczyty górskie, a tuż za nimi zaczynał rozrastać się lądolód. Widać go było ze szczytu Ukkusissat, patrząc w kierunku Ittoqqortoormiit. Te dwa punkty dzieliło od siebie tysiąc pięćset kilometrów lodu. Nic poza tym. Żadnego życia. Po prostu nic. Tylko gruba na kilometr pokrywa lodowa o powierzchni większej niż Francja.

Mężczyzna, który przeżył po strzeleniu sobie w twarz, miał na imię Nukannguaq. Z notatek, które otrzymał Matthew, wynikało, że wszyscy byli pod silnym wpływem środków odurzających. Nukannguaq zeznał na dodatek, że pozostałych zabił tajemniczy demon, a jego samego zmusił do wymierzenia sobie strzału w głowę. Mężczyznę znaleziono zaraz po wystrzale i przetransportowano samolotem do Reykjaviku na Islandii, gdzie lekarze przez wiele godzin walczyli o uratowanie jego życia i twarzy.

Podczas przesłuchania prowadzonego przez policję islandzką Nukannguaq opowiedział, że młodzi znaleźli plastikową torebkę pełną zrobionych domowym sposobem tabletek i to właśnie one pomieszały im zupełnie w głowach. Najpierw zażyli każdy po dwie. Ponieważ czuli się po tym obłędnie, zaczęli łykać więcej, być może nawet koło sześciu, siedmiu sztuk dodatkowo. Ich organizmy zareagowały na to praktycznie natychmiast. Zaledwie kilka sekund wystarczyło, żeby zupełnie rozwalić im mózgi. Czuli się, jakby spadali w piekielną otchłań, rozdzierani na strzępy przez duchy podziemia. Najmroczniejsze zakamarki ich dusz zostały wyciągnięte na światło dzienne. Darli się wniebogłosy. Nukannguaq nie wiedział, co się stało. Nagle siedział na krześle i zauważył, że pozostali leżą zakrwawieni dookoła niego. Strzałów nie zarejestrował, był przekonany, że hałas pochodzi z jego własnej głowy. Wymierzył do siebie z broni, a demon krótko potem stłukł szybę w pokoju, gdzie przebywali. Śmierć wydawała mu się jedynym sposobem ucieczki od jęków demona i zakrwawionych ciał pozostałych.

Według źródła, od którego naczelny otrzymał te informacje, w domu nie pozostał nawet najmniejszy ślad po tabletkach. Ani po demonach. Znaleziono tylko zatrzęsienie pustych butelek i mnóstwo haszyszu, a nie było żadną nowością, że zwłaszcza pod wpływem tego drugiego młodzi Grenlandczycy popełniali samobójstwa.

Spośród papierów rozsypanych na kanapie Matthew wygrzebał długopis i napisał na jednym ze zdjęć przedstawiających zmarłych z Ittoqqortoormiit: „Samobójstwo? Kto kogo zastrzelił? Co to za tabletki?”. Czterej młodzi mężczyźni popełniający samobójstwo mniej więcej jednocześnie, w tym samym pomieszczeniu i za pomocą tej samej broni byli zjawiskiem niecodziennym, nawet jak na warunki wschodniogrenlandzkie.

Matthew wpatrywał się w zdjęcie ukazujące pokój, w którym doszło do tych tragicznych wydarzeń, próbując wyobrazić sobie woń haszyszu i prochu po strzałach. Patrzył na pokryty porysowanymi kafelkami blat stolika kawowego stojącego pośrodku pomieszczenia i zastawionego pustymi butelkami po piwie, dwoma talerzami pełnymi popiołu oraz – na jego oko – niedopałkami jointów i papierosów. Większość butelek była przewrócona. Jednej z nich wcześniej nie zdążono opróżnić i żółtawy płyn rozlał się po zielonych kaflach, kapiąc na poplamiony dywan pod stolikiem. Z tyłu, na sofie, leżało dwóch młodych mężczyzn, którzy według źródła naczelnego nazywali się Salik i Miki. Obydwu zastrzelono z bliskiej odległości. Salik po prostu siedział, zapadnięty w sobie, natomiast Mikiego wystrzał zepchnął na bok i częściowo położył na udach Salika, którego bluza i spodnie do joggingu były przesiąknięte krwią obojga. Szeroko otwarte oczy chłopaka wyrażały pustkę. Na podłodze spoczywało ciało trzeciego z mężczyzn, Konrada. W wyniku strzału pochylił się do przodu i upadł na ziemię twarzą w dół. Tył jego głowy został odstrzelony. Na jego włosach zwisały grudki zastygniętej krwi wraz z fragmentami różowego mózgu.

6

Było parę minut po czternastej, kiedy Matthew zasiadł przy niewielkim stole w kuchni Else, matki jego przyrodniej siostry. Kobieta mieszkała w jednym z niskich, starych bloków w najwyższym punkcie osiedla Radiofjeldet, nieopodal jego własnego mieszkania. Często myślał o tym, żeby je odwiedzić, ale nie zrealizował tych planów ze względu na chaos i brak kontroli nad własnym życiem. Już samo to, że nagle dowiedział się o siostrze, chociaż do tej pory uważał się za jedynaka, poruszyło go bardziej, niż pierwotnie sądził.

Matthew uśmiechnął się z przymusem i spuścił wzrok na stół. Koperta była zwyczajna, biała, bez nadawcy. Napisano na niej tylko jego imię i nazwisko, mimo że list przysłano na adres Else.

– Chcesz kawy?

– Nie, dziękuję. – Matthew studiował uważnie pismo na kopercie. Czuł pot wstępujący mu na czoło, kiedy ją rozrywał.

– Jest w środku list? – dopytywała się Else.

Przytaknął i wyjął kartkę.

– Wydaje mi się, że to od Toma – powiedział zachrypniętym głosem, odkładając kartkę na stół, żeby mogła ją przeczytać.

Czytam twoje artykuły w „Sermitsiaq”. Przyjedź do Ittoqqortoormiit. Dom numer 87. Opowiem Ci o Tupilaku. To była cała wiadomość.

– Po dwudziestu czterech latach chce mi nagle opowiedzieć o jakimś tupilaku? – ciągnął Matthew z roztargnieniem. Niepokój ściskał mu żołądek, dlatego wstał i opuścił kuchnię, potem mieszkanie. Na zewnątrz wciąż świeciło słońce, ale zbliżało się do linii horyzontu. Jego ciepły blask barwił wszystko dookoła na pomarańczowo. Matthew popatrzył w niebo. Tak długo tęsknił za ojcem, że z czasem tęsknota przemieniła się w dziwny stan, ze wszystkiego najbardziej przypominający nienawiść, jaką żywi się do ludzi, o których się nie pamięta i właśnie dlatego się ich nienawidzi.

– Wszystko w porządku? – zapytała Else, gdy Matthew po kilku minutach ponownie pojawił się w kuchni.

Skinął głową i dwoma palcami potarł powieki.

– Myślisz, że wasz ojciec wciąż tam mieszka? – zapytała. – W Ittoqqortoormiit?

– Nie mam pojęcia – odparł Matthew i znowu usiadł na krześle przy niewielkim kuchennym stole. – Ale to jego pismo. Mam starą pocztówkę z 1990 roku, którą przysłał do mamy i do mnie, napisaną tym samym charakterem pisma. Gapiłem się na tę kartkę co najmniej z tysiąc razy, więc co do tego nie mam wątpliwości. Tę wiadomość z pewnością napisał mój ojciec.

– Ja też rozpoznaję jego pismo – przyznała Else. – Poza tym to do niego podobne ukrywać się w takim miejscu. Właściwie cały czas uciekał w ten czy inny sposób, więc im bardziej peryferyjne miejsce, tym lepiej.

Matthew dostrzegł zdjęcie swojej siostry wiszące na drzwiach lodówki za plecami Else.

– A jak Arnaq podchodzi do Toma?

– Wcześniej nigdy o nim nie rozmawiałyśmy, ale kiedy pogodziła się z tym, że nagle pojawił się jej brat, zaczęła częściej pytać mnie o różne rzeczy. Wydaje mi się, że chciałaby go zobaczyć. Z drugiej strony minęło tak dużo czasu. Zniknął przecież, kiedy Arnaq miała zaledwie dwa lata.

Matthew znów popatrzył na list.

– Czy Arnaq jest w domu?

– Nie, odwiedziło ją troje przyjaciół ze szkoły przedlicealnej i wybrali się na biwak do Færingehavn, z namiotami i innym potrzebnym sprzętem.

Popatrzył na nią uważnie.

– Czyli tam nocują?

– Tak, wydaje mi się, że będą się dobrze bawili. Tamci nigdy wcześniej tu nie byli, więc Grenlandia jest dla nich nowym doświadczeniem, a Færingehavn to przecież zupełnie opuszczone miejsce.

Matthew skinął głową.

– Jak długo zamierzają tam zostać?

– Na pewno do końca weekendu. – Else się uśmiechnęła. – Mają ze sobą dużo ubrań i ciepłe śpiwory, a jeśli będzie za zimno, mogą przecież przenocować w jednym z tamtejszych domów, chociaż we wszystkich wybito szyby.

– Z pewnością… Tylko niech lepiej trzymają się z daleka od tego starego molo.

– To tam znaleźliście latem tę zmarłą dziewczynkę?

– Tak, ale przede wszystkim chodzi o to, że konstrukcja jest w bardzo złym stanie.

– Jej zwłoki leżały tam od dłuższego czasu, prawda?

– Tak, od 1973 roku, więc tym nie musisz się martwić.

Else uśmiechnęła się i upiła łyk kawy.

– Oczywiście, i też wcale się nie denerwuję, inaczej nie zgodziłabym się na tę wycieczkę, poza tym mój przyjaciel Lars, z którym tam popłynęli i z którym też mają tutaj wrócić, każdego dnia przybija tam, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

– To dobrze… Tam nie ma zasięgu.

– Wiem, nigdy nie było. – Przekrzywiła lekko głowę. – Lars jest nauczycielem w liceum, więc dobrze się orientuje w tym, jak rozumuje i postępuje młodzież w wieku Arnaq.

– Jest zadowolona ze szkoły?

– Tak sądzę. Wygląda na to, że jej się podoba. I dzieje się tam tyle nowych rzeczy.

– Do tego jeszcze pojawił się nasz ojciec.

Else przytaknęła, jej spojrzenie stało się nieobecne.

– Spróbuję porozmawiać o tym z Arnaq, kiedy wróci do domu – zaproponował Matthew.

– Dziękuję.

Matthew jeszcze raz obrzucił wzrokiem krótką wiadomość przekazaną w liście. Zmarszczył czoło.

– Ostatni raz ojciec dał znak życia jakieś dwadzieścia cztery lata temu.

– Jest bardzo dobry w znikaniu – odparła Else. Poskrobała palcem uszko od filiżanki. – Pamiętasz, jak kiedyś opowiedziałam ci o mężczyźnie, którego Tom się wystraszył?

Matthew przyjrzał się jej uważniej.

– Nie bardzo, ale tyle się działo w ciągu ostatnich miesięcy.

– To się zdarzyło w tym samym czasie, kiedy zniknął – dodała.

– Aha… Czyli ktoś z czasów, kiedy służył w wojsku, tak?

– Tak, i Tom się go bał, tego nieznajomego…

– Może dlatego opuścił Nuuk?

– Nie wiem. Po prostu zniknął z dnia na dzień i od tej pory nie dał znaku życia. Ale rzeczywiście, Tom do tego stopnia się go bał, że nie dało się go wyciągnąć z domu, żeby gdzieś razem pójść, a pewnego dnia już się więcej nie pojawił.

– Wiesz, kim był ten mężczyzna? Ten obcy?

– Odnalazłam go – odparła Else, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem. – Kiedy Tom spostrzegł go po raz pierwszy, mężczyzna wchodził właśnie do budynku, w którym mieściła się administracja rządowa. Tom zbladł jak ściana i chciał natychmiast wracać do domu. Pamiętam, że mówił o nim „Briggs”. Po przyjściu do domu od razu udał się do toalety i spędził tam wiele godzin.

– Ale ty go znalazłaś? Tego Briggsa?

– Po zniknięciu Toma zaczęłam się coraz bardziej denerwować, że coś mu się stało, więc poszłam tam i zapytałam o Briggsa. Pracował dla rządu lokalnego i nie miał pojęcia, kim jest Tom, tak twierdził. Nie wierzyłam mu jednak. Jedna z moich kuzynek pracowała w tym samym budynku i to od niej dowiedziałam się, że Briggs był podobno amerykańskim oficerem z Thule, który teraz został szefem kadr w administracji rządowej. Mówiła też, że na początku nie znał zbyt wielu słów po duńsku, ale błyskawicznie nauczył się języka.

– Ale nie domyśliłaś się, dlaczego ojciec tak bardzo się go bał?

– Nie… a po kilku miesiącach straciłam wiarę w to, że Tom się pojawi. Nie był nigdzie zameldowany, więc policja nie mogła nic zrobić. Niespecjalnie im się też chciało.

– Myślisz, że ten Briggs wciąż tam pracuje?

– Nie mam pojęcia. – Else zerknęła w stronę okna umieszczonego na samym końcu wąskiej kuchni. Za szybą straszył kolejny zdewastowany blok.

Matthew wziął do ręki kopertę i zwrócił się do Else.

– Masz może jakieś zdjęcie, na którym Tom i Arnaq są razem?

Kobieta zmrużyła oczy i pokiwała wolno głową.

– Tom nie przepadał za fotografowaniem, ale wydaje mi się, że jest na kilku zdjęciach. Zrobiono je podczas przyjęcia z okazji konfirmacji mojej siostrzenicy. – Podniosła się, odsuwając krzesło. – Poczekaj, zaraz sprawdzę.

7

Po opuszczeniu mieszkania Else Matthew zauważył, że całe Nuuk zdążyła spowić zimna mgła. Drobniutkie lodowate kropelki unoszące się w powietrzu szczypały go w skórę, a woń arktycznego morza wraz z wilgocią wpełzły między szarawe bloki mieszkalne na terenie Radiofjeldet.

Skręcił w Lyngby-Tårbæksvej i zszedł długimi drewnianymi schodami zamontowanymi na skałach między Kiassaateqarfik i pomalowanym na niebiesko domem zebrań wyłaniającym się zza rogu budynku poczty.

Telefon zadźwięczał w kieszeni, informując o nowej wiadomości. To naczelny wypytywał o artykuł o samobójstwach w Ittoqqortoormiit sprzed trzech dni. Zaraz będę – odpisał zwięźle Matthew. Zamknął okno tej rozmowy i zaczął pisać wiadomość do Tupaarnaq. Mój ojciec dał znak życia. Moja siostra jest w Færingehavn z przyjaciółmi. Zostają tam do końca weekendu.

Odruchowo wyciągnął i zapalił papierosa, nie przestając iść w stronę szarego drewnianego budynku.

Nie zdążył schować telefonu, kiedy ponownie zabrzmiał sygnał przychodzącej wiadomości. Na ekranie pojawiło się powiadomienie o nowym esemesie od Tupaarnaq. Twój ojciec? Przyjeżdżam.

Matthew gapił się na małe, białe pole tekstowe na ekranie telefonu. Czyżby zamierzała wrócić do Nuuk? To właśnie miała na myśli? Nagle zrobiło mu się gorąco. Wydawało mu się, jakby wszyscy inni poruszali się na zwolnionych obrotach. Dym wypełnił jego płuca. Matthew wypuścił go i zobaczył, jak rozwiewa się w zimnej mgle. Obok przesuwał się niemrawo autobus przedsiębiorstwa Nuup Busii. Samochody. Twarze. Włożył papierosa do ust i zmrużył oczy, pisząc na telefonie: Super. Napisz do mnie, kiedy lądujesz w Nuuk, to po ciebie przyjadę. Przez kilka minut stał i patrzył na ekran, po czym wyrzucił niedopałek i schował telefon z powrotem do kieszeni. Dobrze wiedział, że teraz nie ma co czekać na odpowiedź.

List od Toma złożył na pół i wetknął w tylną kieszeń spodni wraz z dwiema fotografiami, które wyszperała dla niego Else. Po powrocie do domu sprawdzi, jak można najłatwiej dotrzeć do Ittoqqortoormiit. O ile dobrze pamiętał, najpierw leciało się do Reykjaviku, a stamtąd helikopterem na Wybrzeże Wschodnie.

W białym budynku mieszczącym poszczególne działy administracji rządowej – gospodarczy, do spraw prawa pracy i kadr – Matthew skierował się do wąskiego okienka, w którym siedziała jakaś Grenlandka i wpatrywała się w monitor.

Na jego widok uśmiechnęła się. Jej skóra i czarne włosy lśniły w ostrym świetle lamp wiszących nad recepcją.

– Słucham pana?

– Dzień dobry – zaczął Matthew. – Mam trochę dziwne pytanie, ale czy w tym budynku pracuje może mężczyzna o nazwisku Briggs?

Kobieta przytaknęła.

– Tak, czy jest pan z nim umówiony?

Matthew pokręcił głową.

– Nie, to prywatna sprawa. Dotyczy mojej rodziny.

– Ach. – Z powrotem skierowała wzrok na ekran i przez krótką chwilę sprawdzała coś, klikając myszą. – Powinien być teraz w pracy, więc może pan po prostu tam pójść.

– Okej… dziękuję.

Matthew rozejrzał się po pomieszczeniu. Znajdowało się tam wiele drzwi i korytarzy prowadzących do różnych części budynku.

Kobieta uśmiechnęła się ponownie i wskazała korytarz po przeciwnej stronie pomieszczenia.

– Czwarte biuro po prawej.

Matthew podziękował i skierował się w stronę korytarza. Był wąski i przypominał stary drewniany barak. Podobnie jak pozostałe drzwi, czwarte po prawej były otwarte. Mógł zajrzeć do każdego biura, w którym przy niskich biurkach siedzieli ludzie pochłonięci pracą.

Przy czwartych drzwiach wisiała tabliczka tylko z jednym imieniem i nazwiskiem. Robert Briggs.

Serce łomotało Matthew w piersi, wziął kilka głębokich oddechów, ostrożnie dotykając obrączki ukrytej w kieszonce spodni. Potem wszedł do biura przez otwarte drzwi.

Pośrodku pomieszczenia znajdował się mężczyzna dobrze po pięćdziesiątce. Wydawał się wysoki, mimo że siedział na krześle.

Matthew odchrząknął.

Mężczyzna podniósł wzrok.

– Pan kogoś szuka?

– Tak – zawahał się Matthew. – Zdaje się, że pana. Czy mam przyjemność z panem Briggsem?

– Tak. W czym mogę pomóc? Czy zwolniono pana?

– Nie, nie… Jestem dziennikarzem z gazety „Sermitsiaq”. – Matthew zrobił krok do przodu. – Ale przyszedłem w prywatnej sprawie. Nazywam się Matthew Cave.

– Cave?

– Tak, i o ile się nie mylę, służył pan kiedyś w wojsku razem z moim ojcem… w bazie w Thule.

Briggs obrócił się na krześle i przez kilka sekund wpatrywał się w Matthew.

– Zgadza się, pracowałem w Thule, ale to było dawno temu.

– Zdaje się, że minęły dwadzieścia cztery lata od czasu, gdy mój ojciec tam służył – odpowiedział Matthew. – Ma na imię Tom.

Briggs wciąż patrzył mu prosto w oczy. Wolno pokręcił głową.

– Nie pamiętam żadnego Toma z tamtych czasów… niestety. Dobrze zrozumiałem, że to pana ojciec?

– Tak, Tom Roger Cave – odparł Matthew, pocierając pozbawiony obrączki palec serdeczny. – Powinniście być prawie rówieśnikami.

– W moich czasach nie było tam żadnego Cave’a – oświadczył Briggs. Zacisnął wargi i wzruszył ramionami.

– Służył tam do roku 1990 – nie ustępował Matthew. – Mieszkaliśmy tam z mamą, kiedy byłem zupełnie mały.

– Przykro mi – uciął Briggs. – Nie pamiętam go.

– Rozumiem. – Matthew spuścił wzrok. Czuł, jak podłoga ciągnie ku sobie jego ciało, jakby całe przemieniło się w ołów. – Tak sądziłem, że to będzie pudło.

– Zatem ojciec nie dał znaku życia od 1990 roku?

Matthew ponownie spojrzał na rozmówcę.

– Nie… ani słowa. Tuż przed tym, kiedy ukończyłem cztery lata, wyjechaliśmy z mamą do Danii, a ojciec miał do nas dołączyć, ale nigdy się nie pojawił.

– Przykro mi – odparł Briggs. – Jeśli przez dwadzieścia cztery lata nie dał znaku życia, to może oznaczać, że nie żyje.

– Mieszkał tu, w Nuuk, przez pewien czas… po 1990 roku.

– Ale przed chwilą powiedział pan…

– Dowiedziałem się o tym dopiero w zeszłym miesiącu – przerwał mu Matthew.

– Czyli uważa pan, że on żyje? – zapytał Briggs i kącikiem ust wydał z siebie świszczący dźwięk.

– Tak. – Matthew zmarszczył brwi i spojrzał zdziwiony na Briggsa. – Mieszkał tu w latach dziewięćdziesiątych razem z pewną kobietą… Urodziło im się dziecko, czyli mam przyrodnią siostrę, ale wciąż nie wiem, gdzie on może być.

Briggs przeczesał dłonią krótkie, jasne włosy i zabębnił palcami po głowie.

– Powiedziano mi, że uciekł, kiedy pan przybył do miasta – powiedział Matthew. – Moja siostra miała wtedy dwa lata. Od tego czasu ojciec nie dał żadnego znaku życia.

– Nie jestem w stanie panu pomóc, panie Matthew. Niestety.

– Rozumiem. – Matthew, strapiony, spuścił wzrok. – Przepraszam, że zawracałem panu głowę.

– Nie szkodzi – odpowiedział Briggs z uśmiechem. Zawahał się. Popatrzył z powagą na Matthew. – Co skłoniło pana do tego, żeby przyjść tu akurat dzisiaj?

– Otrzymałem list od ojca i… no tak, skierowałem się tutaj, bo matka mojej przyrodniej siostry wspomniała o panu.

Briggs przesunął się do przodu na sam skraj krzesła, wlepiając w Matthew jednocześnie zaskoczone i stanowcze spojrzenie.

– Czyli odezwał się do pana?

– Tak, ale dopiero dzisiaj… do tego list przyszedł bez nadawcy. Po prostu rozpoznałem jego charakter pisma.

– Ma pan go przy sobie?

Matthew pokręcił głową. Briggs nie przestawał próbować nawiązać z nim kontaktu wzrokowego.

– Co tam było napisane?

– Niewiele… Tylko tyle, że chciałby ze mną porozmawiać o jakimś tupilaku.

– Tupilaku? – Briggs zmarszczył czoło, na moment zamknął oczy i wypuścił głośno powietrze nosem. Następnie znowu podniósł wzrok. – Czy to jedyna rzecz, jaką do pana napisał przez ostatnie dwadzieścia cztery lata?

– Tak. – Matthew czuł, że zaczyna się pocić. Wetknął palce do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął dwie fotografie przedstawiające Toma i Arnaq. – To ojciec z siostrą.