Zimny dzień w raju - Steve Hamilton - ebook
Opis

„Jest tam. Kula w mojej piersi, niecały centymetr od serca. Właściwie już o niej nie myślę. Jest teraz po prostu częścią mnie. Ale raz na jakiś czas, w te szczególne noce, przypominam sobie o niej. Czuję w sobie jej ciężar. Czuję jej metaliczną twardość. I chociaż kula ogrzewa się w moim ciele od czternastu lat, w noce takie jak ta, kiedy jest ciemno i wieje wiatr, wydaje się zimna, jak sama noc”.

Od tamtej nocy Alex nie jest już policjantem. Nie robi nic ważnego. Na próżno szuka spokoju w małym miasteczku wśród lasów Michigan. Po czternastu latach przyjmuje jednak zlecenie jako prywatny detektyw. I w pierwszym śledztwie morderca – jego morderca – powraca. A przecież od lat siedzi w najbardziej strzeżonym więzieniu.

Alex McKnight to jedna z najoryginalniejszych postaci w literaturze kryminalnej. Detektyw mimo woli, dręczony koszmarem przeszłości i strachem. Strach jest w powieściach Steve’a Hamiltona wszechobecny. Ciąży i narasta wraz z piętrzącymi się zagadkami. Wypełnia każdą stronę i napędza nieprzewidywalną akcję.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 316

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

A Cold Day In Paradise

A COLD DAY IN PARADISE

Text Copyright © 1999 by Steve Hamilton

Published by arrangement with St. Martin’s Press, LLC.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5441-8

Warszawa 2015. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

Jest tam. Kula w mojej piersi, niecały centymetr od serca. Właściwie już o niej nie myślę. Jest teraz po prostu częścią mnie. Ale raz na jakiś czas, w te szczególne noce, przypominam sobie o niej. Czuję w sobie jej ciężar. Czuję jej metaliczną twardość. I chociaż kula ogrzewa się w moim ciele od czternastu lat, w noce takie jak ta, kiedy jest ciemno i wieje wiatr, wydaje się zimna, jak sama noc.

Było Halloween, które zawsze przypomina mi o czasach, kiedy pracowałem w policji. Być policjantem w Detroit w noc Halloween – tego nie da się z niczym porównać. Dzieciaki noszą maski, ale zamiast wymuszać smakołyki, palą domy. Następnego dnia ze czterdzieści, pięćdziesiąt budynków może stać się czarnymi, dymiącymi jeszcze szkieletami. Każdy gliniarz jest wtedy na ulicach, wypatruje dzieciaków z kanistrami benzyny i wzywa do pożarów, zanim wyrwą się spod kontroli. Gorzej od policjanta z Detroit w noc Halloween ma tylko strażak z Detroit.

Ale to było bardzo dawno temu. Czternaście lat od kiedy zarobiłem tę kulę – czternaście lat i dobrych pięćset kilometrów na południe stąd. Równie dobrze mogło to być na innej planecie albo w innym życiu.

Jestem teraz w Raju. Bo tak nazywa się małe miasteczko na Upper Peninsula, nad brzegiem jeziora Górnego w stanie Michigan. W Raju w Halloween można zobaczyć na drzewach papierowe duchy szarpane wiatrem od jeziora. Albo samochód pełen poprzebieranych dzieciaków jadących na przyjęcie, czarownice i piratów patrzących na ciebie przez tylne okno, kiedy czekasz przed czerwonymi światłami w centrum miasta. Może Jackie będzie stał za barem w swojej masce goryla. Krąży dowcip, że zaczniesz wrzeszczeć, dopiero kiedy zdejmie maskę.

Poza tym noc Halloween nie różni się niczym szczególnym od każdej innej październikowej nocy w Raju. Najczęściej to tylko sosny, chmury i wyczuwalna w powietrzu pierwsza zapowiedź śniegu. I największe, najzimniejsze i najgłębsze jezioro świata, które czeka, by zmienić się w listopadowego potwora.

Zatrzymałem półciężarówkę na parkingu Glasgow Inn. Wszyscy stali klienci powinni już tam być. Dziś był pokerowy wieczór. Spóźniłem się dobre dwie godziny, więc byłem pewien, że zaczęli beze mnie. Spędziłem długie godziny na parkingu przyczep kempingowych w Rosedale, chodząc od drzwi do drzwi. Miejscowy wykonawca ustawiał nowy dom na kołach, który przewrócił się i zmiażdżył nogi jednemu z pracowników. Był w szpitalu ledwie godzinę, kiedy u jego boku pojawił się jaśnie pan prawnik pan Lane Uttley, oferując najlepsze usługi, jakie można otrzymać za pięćdziesiąt procent odszkodowania. Powiedział mi przez telefon, że pewnie sprawa skończy się szybką ugodą, ale zawsze dobrze mieć świadka na wypadek, gdyby zamierzali podważać powództwo. Kogoś, kto zezna, że facet nie był pijany jak bela i nie popisywał się, próbując balansować pięciotonową przyczepą.

Zacząłem od miejsca wypadku. Widok był dziwny, przyczepa wciąż leżała przewrócona, a jeden narożnik zgniótł się od uderzenia. Słońce zachodziło za drzewami, a ja wędrowałem od przyczepy do przyczepy. Nie miałem zbyt wiele szczęścia – parę razy zatrzaśnięto mi drzwi przed nosem, a raz pies pobrał ładną próbkę materiału z nogawki moich spodni. Od jakichś sześciu miesięcy próbowałem swoich sił jako prywatny detektyw. Nie szło mi najlepiej.

W końcu znalazłem kobietę, która mogłaby potwierdzić, że widziała, co się stało. Kiedy już mi opowiedziała, czego była świadkiem, zapytała, czy dostanie za to parę zielonych. Odparłem, że musi obgadać to z panem Uttleyem. Zostawiłem jej jego wizytówkę. „Lane Uttley, adwokat. Specjalność: obrażenia ciała, odszkodowania pracownicze, wypadki samochodowe, błędy w sztuce lekarskiej, wadliwe produkty, wypadki pod wpływem alkoholu, obrona w sprawach karnych”. Był tam też jego adres w Soo i numer telefonu. Zerknęła na drobniutkie literki – tak wiele słów na maleńkim bilecie wizytowym. „Zadzwonię do niego z samego rana”, oświadczyła. Nie chciało mi się jechać do biura Lane’a, aby przekazać raport, więc pewnie kiedy kobieta zadzwoni, on nie od razu zorientuje się, o co chodzi. Oczywiście, cholernie mu to zamąci w głowie, ale byłem zziębnięty i zmęczony, musiałem się napić, a i tak się już spóźniłem na moją partyjkę pokera.

Glasgow Inn słynęła z podobno szkockiego nastroju. Dlatego zamiast tkwić na stołku i gapić się na własną twarz w lustrze za barem, siedziało się na wyściełanych fotelach przed kominkiem. Jeżeli tak to wygląda w Szkocji, chciałbym się tam przenieść, kiedy przejdę na emeryturę. Na razie poprzestaję na Glasgow Inn. Jest dla mnie jak drugi dom.

Kiedy wszedłem do środka, chłopaki siedzieli przy stole i – jak przypuszczałem – już grali. Jackie, właściciel gospody, tkwił na tym samym krześle co zawsze i grzał stopy przy ogniu. Skinął głową najpierw mnie, a potem w stronę baru. Stał tam Leon Prudell, z jedną ręką opartą na blacie i z drugą zaciśniętą na szklaneczce. Sądząc z jego wyglądu, nie była to jego pierwsza.

– No, no, no – odezwał się. – Czyż to nie pan Alex McKnight?

Prudell był wielkim facetem, ważył co najmniej sto dziesięć kilo. Większość z nich znajdowała się w okolicach pasa. Włosy miał jaskraworude i zawsze sterczące. Wystarczyło na niego spojrzeć, na flanelową koszulę w szkocką kratę i buty myśliwskie za sto dolarów, i od razu było wiadomo, że całe życie mieszkał na Upper Peninsula.

Pięciu mężczyzn przy stole do pokera przerwało grę w połowie i patrzyło na nas.

– Pan McKnight, prywatny detektyw – mówił dalej – Pan Gruba Ryba we własnej osobie, co? – Charakterystyczne yooperskie[1] brzmienie, nieco wyższy tembr głosu sprawiały, że mówił prawie jak Kanadyjczyk.

Poza graczami przy stole w lokalu było kilkanaście innych osób. W sali zapadła cisza, gdy wszyscy po kolei zaczynali patrzeć na nas, jakbyśmy byli parą rewolwerowców gotowych sięgnąć po spluwy.

– Co cię sprowadza aż do Raju, Prudell? – spytałem.

Gapił się na mnie długo. Polano w ogniu nagle trzasnęło i zabrzmiało to jak wystrzał. Wypił drinka do końca i postawił szklankę na barze.

– Może porozmawiamy o tym na zewnątrz? – zaproponował.

– Posłuchaj, Prudell. Na zewnątrz jest zimno. Miałem ciężki dzień.

– Naprawdę uważam, że powinniśmy pogadać na dworze, McKnight.

– Postawię ci drinka, dobrze? Chyba mogę ci kupić drinka, a potem porozmawiamy o tym tutaj?

– No jasne – odpowiedział. – Możesz postawić mi drinka. A nawet dwa. Możesz wejść za bar i samemu je przygotować.

– Na litość boską. – Zupełnie nie było mi to potrzebne. Nie tej nocy.

– Przynajmniej tyle możesz zrobić dla człowieka, któremu zabrałeś pracę.

– Prudell, daj spokój.

– Masz – burknął. Wsunął wielką łapę do kieszeni i wyciągnął kluczyki do samochodu. – Zapomniałeś wziąć i to.

– Prudell… – Nie spodziewałem się, że ciśnie we mnie kluczami tak szybko i tak zabójczo celnie. Zanim zdążyłem choćby drgnąć, trafiły mnie tuż nad lewym okiem.

Cała piątka wstała natychmiast zza stołu.

– Nie trzeba, chłopaki – oznajmiłem. – Siadajcie. – Schyliłem się po kluczyki, czując strumyczek krwi w kąciku oka. – Nie myślałem, Prudell, że tak dobrze celujesz. Mogliśmy cię wykorzystać, kiedy grałem w piłkę w Columbus. – Odrzuciłem mu kluczyki. – Oczywiście, musiałbym wtedy nosić maskę. – Otarłem krew grzbietem dłoni.

– Na zewnątrz.

– Idź pierwszy – odpowiedziałem.

Wyszliśmy na parking i stanęliśmy naprzeciwko siebie w kiepskim świetle. Byliśmy sami. Wiatr wzmagał się i sosny kołysały się wokół nas. Powietrze było ciężkie od wilgoci znad jeziora. Zamachnął się kilka razy w moją stronę, nie dotykając mnie.

– Prudell, nie jesteśmy na to za starzy?

– Zamknij się i walcz – warknął. Zamachnął się z całej siły. Nie umiał się bić, ale jeżeli nie byłbym ostrożny, mimo wszystko mógł mi zrobić krzywdę. I niestety, chyba nie był tak pijany, jak miałem nadzieję.

– Prudell, całkiem chybiłeś – powiedziałem. – Może powinieneś zostać przy rzucaniu kluczami. – Rozwściecz go, myślałem. Nie pozwól mu się uspokoić i wyczuć odległość.

– Wiesz, że mam żonę i dwoje dzieciaków. – Wciąż zadawał zamachowe ciosy prawą ręką. – A teraz moja żona nie dostanie nowego samochodu. I dzieciaki nie pojadą do Disney Worldu, chociaż im obiecałem.

Zrobiłem unik w prawo, potem znowu w prawo i jeszcze raz. No, pokaż mi lewy, pomyślałem. Chcę widzieć fajny, leniwy, pijacki lewy, Prudell.

– Ten facet dla mnie pracował, pomagał mi, kiedy jeszcze miałem robotę – gadał. – Przysięgam na Boga, McKnight, tylko to go trzymało przy życiu. Jeżeli coś się z nim teraz stanie, będziesz go miał na sumieniu.

Jeszcze kilka razy próbował trafić mnie prawym sierpowym, aż wreszcie w jego mózgu przez wściekłość i whisky przebił się pomysł uderzenia lewym prostym. Zadał cios, długi i wolny jak lawina błotna. Skróciłem dystans i prawym hakiem trafiłem go w sam czubek brody, kierując uderzenie nieco w dół, tak jak uczył mnie kiedyś trener drużyny bejsbolowej. Prudell upadł ciężko i już tak został.

Stałem nad nim, rozcierając prawe ramię.

– Wstawaj, Prudell – powiedziałem. – Nie uderzyłem cię aż tak mocno.

Właśnie miałem zacząć się martwić, kiedy wreszcie podniósł się ze żwiru.

– Dorwę cię, McKnight – burknął. – Masz to u mnie jak w banku.

– Jestem tu prawie każdej sobotniej nocy – odparłem. – Do diabła, prawie każdej nocy. Wiesz, gdzie mnie znaleźć.

– I znajdę.

Kręcił się, potykając, po parkingu całą minutę, zanim przypomniał sobie, jak wygląda jego samochód. Z oddali dobiegał mnie odgłos fal rozbijanych o skały.

Wróciłem do baru. Chłopcy spojrzeli na mnie, a potem na drzwi. Wyciągnęli wnioski i grali dalej. Ta sama paczka co zawsze, faceci, którym nie musisz mówić „cześć”, nawet jeżeli nie widziałeś się z nimi przez cały tydzień. Po prostu siadasz i patrzysz w karty. Przyciskałem serwetkę do brwi, żeby powstrzymać krwawienie.

– Ten błazen stał tu dwie godziny i czekał na ciebie – poinformował mnie Jackie. – Co miał do ciebie?

– Uważa, że odebrałem mu robotę. Trochę pracował dla Uttleya.

– Prywatny detektyw? On?

– Lubi tak o sobie myśleć.

– Nie zapłaciłbym mu dwóch centów, żeby znalazł własnego fiuta.

– Dlaczego miałbyś facetowi płacić, żeby znalazł swojego fiuta? – wtrącił się Rudy.

– Nie zamierzałem mu płacić – odparł Jackie. – To tylko takie powiedzonko.

– To nie jest powiedzonko – zaprotestował Rudy. – Gdyby było, słyszałbym je wcześniej.

– To jest powiedzonko – upierał się Jackie. – Alex, powiedz mu to.

– Rozdawaj karty – poleciłem.

Pograłem trochę w pokera i wypiłem kilka browarów. Jackie co tydzień przejeżdżał przez most, aby przywieźć dobre piwo z Kanady, i był to kolejny powód, żeby lubić ten lokal. Zapomniałem na jakiś czas o parkingach dla przyczep i wkurzonych byłych prywatnych detektywach. Doszedłem do wniosku, że wystarczy dramatycznych wydarzeń jak na jedną noc. Uznałem, że wolno mi się trochę zrelaksować, a może nawet zacząć się znowu czuć człowiekiem.

Ale noc miała wobec mnie inne plany. Do lokalu wszedł Edwin Fulton. Przepraszam, Edwin J. Fulton Trzeci. I jego żona Sylvia. Musieli wybrać właśnie tę noc, by tu wpaść.

Najwyraźniej zaliczyli właśnie jakąś wieczorną imprezę towarzyską. Bóg raczy wiedzieć, gdzie na całym Upper Peninsula można w ogóle znaleźć imprezę towarzyską, ale zostawcie to Edwinowi. Był w swoim najlepszym, szarym garniturze, czarnym płaszczu i czerwonym szalu zawiązanym idealnie na kołnierzu. Garnitur niewątpliwie skrojono tak, by Edwin wydawał się wyższy – ale z marnym skutkiem. Nadal był dobre piętnaście centymetrów niższy od żony.

Sylvia miała na sobie futro do kostek. Chyba z lisów. Na takie futerko musiało pójść jakieś dwadzieścia sztuk. Ciemne włosy upięła wysoko, a kiedy zdjęła futro, wszyscy zobaczyliśmy jej małą czarną odsłaniającą nogi i idealne ramiona. Niech to diabli, co za ramiona! I nawet w zimną noc musiała wyjść ubrana w coś takiego. Wiedziała, że każdy mężczyzna w lokalu na nią patrzy, ale miałem paskudne wrażenie, że nie zdjęłaby futra, gdyby mnie tu nie było. Rzuciła mi krótkie spojrzenie – sprawiło mi większy ból niż klucze Prudella.

Zamawiając drinki, Edwin pomachał mi, z tym swoim śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy, jaki przybierał zawsze, gdy był w publicznym miejscu ze swoją żoną.

– Wytłumaczcie mi coś – odezwał się Jackie, nie zwracając się do nikogo konkretnego. – Jakim cudem taka kobieta dostaje się takiej dupie wołowej jak Edwin Fulton?

– Sądzę, że ma to coś wspólnego z mnóstwem forsy? – odparł Rudy.

– Chcesz powiedzieć, że gdybym miał milion dolarów, siedziałaby teraz na moich kolanach?

– No nie wiem. Facet tak paskudny jak ty pewnie potrzebowałby pięciu milionów – mruknął Rudy.

Fultonowie nie zostali długo. Wypili drinka i wyszli – krótki przystanek, żeby olśnić miejscowych. Jeszcze raz zerknęła na mnie, kiedy Edwin pomagał jej włożyć futro. Jeśli chciała coś w ten sposób przekazać, udało jej się.

Grając w pokera, wciąż o niej myślałem. Nie pomagało mi to skoncentrować się na kartach, nie poprawiło też mojego nastroju. Na dworze wiatr coraz bardziej się wzmagał. Słyszeliśmy, jak szarpie oknami.

– Listopadowe wiatry się pospieszyły – zauważył Jackie.

– Już po północy – powiedział Rudy. – Mamy pierwszego listopada. Zaczęły się w samą porę.

– Słusznie.

Mniej więcej godzinę później Edwin znów przyszedł do lokalu. Tym razem sam. Stał jakiś czas przy barze, z tą swoją miną winowajcy, w nadziei, że zwrócę na niego uwagę. Byłem zadowolony, że nie próbował podejść do naszego stolika. Kiedyś zagrał z nami i grając o małe stawki, błyskawicznie tracił pieniądze. Ale to żadna frajda zabierać forsę facetowi, o którym się wie, że nic dla niego nie znaczą. To oraz sposób, w jaki ciągle nawijał, jakby nagle został jednym z naszej paczki, sprawiło, że nigdy więcej nie zaprosiliśmy go do gry.

Prawie w każdy inny wieczór podszedłbym do niego na chwilę, żeby zapytać, co u niego. Nie wiem, czy było mi po prostu żal tego faceta, czy też czułem się winny z powodu sprawy z Sylvią. A może rzeczywiście go lubiłem. Może uważałem go za przyjaciela, choć oczywiście nim nie był. Ale jakoś tej nocy nie miałem ochoty na rozmowę. Pozwoliłem, żeby sterczał tam przy barze. Wreszcie zrezygnował i wyszedł.

Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, poczułem się paskudnie.

– Kończę na dziś, chłopaki – oświadczyłem. Miałem nadzieję, że złapię go na parkingu, ale kiedy wybiegłem, już odjechał.

W drodze do domu pokonywałem odcinek szosy, gdzie drzewa rozstępują się i rozpościera się wspaniały widok na jezioro. Przez chmury przebijało słabe światło księżyca, ale wystarczało go, by dostrzec, że fale robią się coraz wyższe i osiągają już metr albo półtora. Czułem, jak półciężarówka kołysze się pod uderzeniami wiatru. Dwadzieścia lat po zatonięciu „Edmunda Fitzgeralda” gdzieś tam, dobre trzysta metrów pod wodą, wciąż wiecznym snem spało dwudziestu dziewięciu ludzi. Dzisiejsza noc na pewno przypominała tamtą.

Wiało przez cały czas, kiedy jechałem do domu, i nawet w chacie czułem, jak podmuchy przeciskają się szczelinami. Wyłączyłem światła i wczołgałem się pod najgrubszą kołdrę. W całkowitej ciemności słyszałem, jak noc szepce do mnie.

Spałem. Nie wiem jak długo. Nagle hałas. Telefon.

Zanim wygrzebałem się spod kołdry, zadzwonił kilka razy. Podniosłem słuchawkę i usłyszałem:

– Alex.

– Halo?

– Alex, to ja, Edwin.

– Edwin? Na litość boską, która godzina?

– Nie wiem. Chyba koło drugiej w nocy.

– Druga w… Święci pańscy, Edwin, o co chodzi?

– Hm… mam mały problem, Alex.

– Jaki problem?

– Wiem, że jest naprawdę późno, ale czy mógłbyś tu przyjechać?

– Gdzie? Do twojego domu?

– Nie, jestem w Soo.

– Co takiego? Parę godzin temu widziałem cię w barze.

– Tak, wiem. Właśnie tu jechałem.

– Edwin, co się, u diabła, dzieje?

Stałem, dygocąc przez długą chwilę, słuchając wiatru na dworze i mruczenia linii telefonicznej.

– Alex, proszę – odezwał się wreszcie. Głos zaczął mu się łamać. – Proszę, przyjedź. Wydaje mi się, że on nie żyje.

– Kto nie żyje? O czym ty mówisz?

– Naprawdę myślę, że on nie żyje. Alex, krew…

– Edwin, gdzie jesteś?

– Krew, Alex. – Prawie go nie słyszałem. – Nigdy nie widziałem tyle krwi.

2

O2.30 stałem w pokoju motelu na obrzeżach Soo, miasteczka położonego na drugim brzegu jeziora, i patrzyłem na człowieka, który zmarł tej nocy i sprawiał wrażenie, jakby wykrwawił się na śmierć.

Krew była wszędzie. Lśniła jaskrawą czerwienią na białej podłodze łazienki, a tam gdzie wsiąkła w dywan, była niemal czarna. Jej wielkie rozbryzgi na ścianach spływały smugami aż do samej podłogi. I pokrywała całego leżącego mężczyznę. Wyglądał, jakby zanurzono go w niej niczym pisankę.

Widok krwi przywołał na nowo strach. Wiedziałem wszystko o strachu, skąd przychodzi, dlaczego się go czuje. Ale ta wiedza wcale nie pomagała się z nim uporać. Czułem, jak wzbiera we mnie, z dna żołądka podchodzi aż do głowy. Nie mogłem go powstrzymać.

– O mój Boże – powiedziałem ciszej niż szeptem. – O mój Boże.

Zamordowany był potężnym mężczyzną. Nie mogłem się zorientować, czy go wcześniej widziałem. Nie potrafiłem się skupić. Gardło miał podcięte od ucha do ucha. Strzelono mu też w twarz. Nie mogłem ustalić, czy najpierw został postrzelony, czy poderżnięto mu gardło. Nie mogłem nawet próbować zgadnąć. Później doszedłem do wniosku, że najpierw wpakowano mu kulę, a po szyi ciachnięto, gdy padał na podłogę, ale wtedy myślałem tylko o krwi i o tym, jak jej widok mnie paraliżuje.

Drzwi do łazienki – otwarte. Leżał zwinięty na podłodze, twarzą do góry. W spodniach i podkoszulku. Bez butów. Oczy wciąż otwarte. Części twarzy nie ma. W pokoju włączone wszystkie światła. Telewizor przy łóżku także. Jakiś stary, czarno-biały film, dźwięk wyłączony. Oba łóżka nieposłane, prześcieradła skotłowane na podłodze. Krew właśnie do nich dopłynęła. Jeden róg zabarwił się na czerwono.

Nie wiem, jak długo tam stałem. Nie mogłem się ruszyć. W końcu podniosłem wzrok i zobaczyłem swoje odbicie w lustrze.

Nie dotykaj niczego. Wyjdź z pokoju. Nie dotykaj niczego. Wyjdź stąd, i to zaraz.

Wyszedłem i zamknąłem drzwi. Czułem, że zaraz zwymiotuję. Otrząsnąłem się, gdy podmuch listopadowego powietrza znad jeziora smagnął pazurami moją twarz. Edwin stał pod tanią jarzeniówką i dygotał. W jej przyćmionym, okrutnym świetle sprawiał wrażenie bezbronnego i zagubionego.

Wciąż był ubrany wieczorowo, tak jak wtedy, gdy widziałem go w barze. Teraz mimo woli zauważyłem, że jego szalik jest dokładnie w kolorze krwi.

– Nie żyje?

– Słucham? – zapytałem.

– Czy on nie żyje?

– Czy nie żyje? Pytasz mnie, czy nie żyje?

Edwin otulił się mocniej płaszczem.

– O Boże – jęknął.

– Co się stało?

– Nie wiem.

– Na litość boską, Edwin…

– Nie wiem, co się stało, Alex. Przysięgam.

– Wezwałeś policję?

– Nie, jeszcze nie.

– Co takiego? – Nie mogłem w to uwierzyć. – Co się z tobą dzieje? Obudziłeś tu kogoś? Gdzie jest biuro? – Motel był niewielki, zaledwie osiem czy dziewięć pokoi w jednym rzędzie. Nazywał się Riverside, chociaż do St. Mary’s River były przynajmniej trzy kilometry.

– Chyba tam na końcu – odparł. – Ale poczekaj chwilę, Alex. Przemyślmy to dokładnie.

– O czym ty mówisz?

– Chcę, żebyśmy pomyśleli, jak odpowiednio to zrobić.

– Wsiadaj do mojego samochodu – poleciłem.

– Nie możemy stąd odjechać – zaprotestował.

– Mam w wozie telefon. Wsiadaj.

Moja półciężarówka była zaparkowana koło jego srebrnego mercedesa. Na parkingu stał tylko jeszcze jeden samochód. Właściciel motelu bez wątpienia wciąż spał w najlepsze, nieświadomy, że w pokoju numer 6 ktoś został zaszlachtowany. Albo miał dar najmocniejszego snu na świecie, albo zabójca użył pistoletu z tłumikiem.

Kiedy znaleźliśmy się już w kabinie półciężarówki, odpaliłem silnik i włączyłem ogrzewanie. Potem wyjąłem spod fotela telefon komórkowy.

– Dobra, najpierw wezwiemy policję – oznajmiłem. – Kto zadzwoni, ty czy ja?

– Szeryf hrabstwa jest twoim dobrym kumplem, prawda, Alex?

– Znam go. A jaki ma to związek z tym wszystkim?

– Pomyślałem tylko, że gdybyś zadzwonił…

– Edwin, widziałeś ten napis: „Witamy w Sault Ste. Marie”?

– Tak.

– A wiesz, co to oznacza?

– Że jesteśmy w Sault Ste. Marie.

– A to oznacza?

– Nie rozumiem.

– Oznacza, że musimy wezwać policję z Soo. Hrabstwo się w takie sprawy nie miesza.

– Jasna cholera.

– Masz problemy z miejską policją?

– Nie – odparł. – Żadnych problemów. Nie mam żadnych problemów z policją w Soo.

– Dzień dobry – powiedziałem do telefonu. – Mówi Alex McKnight. Jestem prywatnym detektywem i chcę zgłosić morderstwo. Tak, jestem w motelu Riverside. Tak, przy Three Miles Road. Tak, będę…

– Nie mogę w to uwierzyć – wymamrotał Edwin.

W kabinie półciężarówki nadal było tak chłodno, że widziałem obłoczek jego oddechu. Zacierał dłonie i na nie dmuchał.

Porywisty wiatr zakołysał samochodem. Trzymając telefon przy uchu, spojrzałem na motel. W ciągu roku przez hrabstwo Chippewa przejeżdżało mnóstwo turystów, ale to miejsce sprawiało wrażenie odludnego i zapomnianego. Na wywieszce obok nazwy motelu namalowany był jakiś ptak. Nie wiedziałem, czy pelikan, mewa, czy Bóg raczy wiedzieć co.

– Tak, dzień dobry panu – powiedziałem.

Połączyli mnie z jakimś innym funkcjonariuszem. Powtórzyłem informację i obiecałem, że poczekamy na radiowóz. Soo to małe miasto i byłem pewien, że nie mają żadnego wydziału zabójstw: pewnie zaledwie kilku pełnoetatowych detektywów zajmuje się wszystkimi poważniejszymi przestępstwami. Przypomniałem sobie, że przez ostatnich pięć lat czytałem raptem o jednym morderstwie. A więc, kimkolwiek był facet zalewający pokój swoją krwią, dokonał się wielki skok w tej kategorii przestępstw. Wyślą paru mundurowych z nocnej zmiany i prawdopodobnie obudzą Roya Mavena, szefa policji. Znałem go tylko ze słyszenia i po tym, co szeryf hrabstwa opowiedział mi o nim pewnego dnia przy piwie, wcale nie tęskniłem, żeby go poznać o drugiej trzydzieści w nocy.

– Co teraz? – zapytał Edwin.

– Już tu jadą.

– Super.

– Powiesz mi w końcu, co się tu stało?

Kiwnął głową.

– Od czego zacząć?

– Od wyjaśnienia, kto to taki.

– Nazywa się Tony Bing. Jest bukmacherem. Był bukmacherem.

– No i?

– Przyjechałem oddać dług.

– O tej porze?

– Zadzwonił do mnie wcześniej. Chciał pieniędzy.

– Co robił w motelu?

– Mieszkał tutaj. Przypuszczam, że podobnie jak inni. Niektórzy mieszkają w motelu.

– Też tak słyszałem – odparłem. – Ile byłeś mu winien?

– Pięć tysięcy dolarów.

– Masz je przy sobie?

– Tak, tutaj. – Poklepał po kieszeni płaszcza.

– A więc przyjechałeś tu, żeby mu oddać pieniądze. I co dalej?

– Zastukałem do drzwi, ale nikt nie odpowiedział.

– Wtedy wszedłeś do środka.

– Przyjechałem aż tutaj tylko po to, żeby mu oddać pieniądze. Nie chciałem odjeżdżać, nie zwróciwszy długu.

– Okej. A więc wszedłeś do środka i go zobaczyłeś.

– Tak.

– I potem zadzwoniłeś do mnie.

– Tak. Ja też mam komórkę. W samochodzie. – Wskazał ręką mercedesa.

– Zobaczyłeś zwłoki i zadzwoniłeś do mnie.

– No właśnie. Boże, widziałeś kiedyś coś podobnego?

– Tak – odparłem. – Widziałem.

– No jasne. Przecież byłeś gliniarzem. Pewnie napatrzyłeś się na takie rzeczy w Detroit.

– Nieraz widziałem coś takiego dwa, trzy razy jednej nocy – powiedziałem. – Człowiek się przyzwyczaja.

– Dwa, trzy razy jednej nocy? Naprawdę? Tak często?

Za pięćdziesiąt centów mógłbym dać mu w gębę tutaj, w samochodzie.

– Edwin, mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie?

– Jasne.

– Czemu, na litość boską, zadzwoniłeś do mnie, a nie po policję?

– Nie wiem, Alex. Domyślasz się, w jakim byłem wówczas stanie. Wszedłem do pokoju, zobaczyłem tego faceta i chyba wpadłem w panikę. Nie wiedziałem, co robić. Dlatego zadzwoniłem do ciebie. A potem do Uttleya.

– Zaraz, zaraz, chwileczkę. Zadzwoniłeś do Uttleya? Nie powiedziałeś mi o tym.

– Tak, przecież jest moim prawnikiem. Uznałem, że powinienem zadzwonić także do niego.

– Co ci powiedział?

– Że zaraz tu będzie. Dziwię się, że jeszcze go nie ma.

– Mieszka z drugiej strony miasta. Ja musiałem przyjechać aż z Raju.

– Pewnie ubiera się w swój prawniczy garnitur. W każdym razie, Alex, byłeś pierwszą osobą, o której pomyślałem. Mam nadzieję, że potraktujesz to jako komplement.

– Przypomnij mi, żebym ci przysłał kwiaty, Edwin.

– No i dlatego, że jesteś prywatnym detektywem i pracujesz dla Uttleya.

– Aha.

– Żeby wszystko było jasne: nie uważam, że skoro pracujesz dla Uttleya, pracujesz także dla mnie, Alex. Nie miałem tego na myśli.

– Uhm.

Mógłbym być teraz w domu. Leżeć w łóżku pod kocem, pomyślałem.

– Poza tym jesteś blisko z szeryfem hrabstwa, a to można by wykorzystać. Chociaż, jak powiedziałeś, to nie jest sprawa hrabstwa, bo zdarzyła się w mieście. O tym nie pomyślałem. Przepraszam, Alex, ale mam mętlik w głowie.

Radiowóz z Soo wjechał na parking, koguty błyskały bezgłośnie.

– Zaczyna się – mruknąłem.

Przyjechało dwóch młodych, nie więcej niż dwudziestopięcioletnich gliniarzy. Pamiętam, że ja sam przez pierwszych parę lat w Detroit pracowałem na nocnych zmianach. Na nich młodzi gliniarze wdrażają się do roboty, a starzy nabijają nadgodziny przed przejściem na emeryturę.

– Dzień dobry panom – powiedziałem. – To jest Edwin Fulton. On znalazł denata. – Wskazałem go ruchem głowy. Wyglądał żałośnie, kiedy tak stał przy półciężarówce z rękami wciśniętymi w kieszenie. – Ja nazywam się Alex McKnight.

– Gdzie są zwłoki? – spytał jeden z policjantów.

– W pokoju numer 6 – odparłem.

Miałem ochotę powiedzieć im, żeby tam nie wchodzili, ale wiedziałem, że w końcu i tak będą musieli to zrobić. Nic, czego nauczyli się w akademii, nie było w stanie przygotować ich na ten widok.

– Słodki Panie Jezu – usłyszałem, jak któryś z nich jęknął, gdy zajrzeli do pokoju.

Zamknęli drzwi i nie otworzyli ich więcej.

Jeden z funkcjonariuszy podszedł do mnie.

– Szef Maven przyjedzie za parę minut – oznajmił.

– Tak myślałem. Pański partner dobrze się czuje? – Drugi policjant zniknął za radiowozem. Wiadomo po co.

– Nie wiem. Obudzę właściciela motelu.

Maven przyjechał kilka minut później. Wysiadł z samochodu – wyglądał jak facet, którego wyciągnęli w środku nocy z łóżka, żeby obejrzał miejsce zbrodni. Wyciągnął z kieszeni płaszcza notatnik i przez chwilę rozmawiał z policjantami. Potem spojrzał na drzwi pokoju numer 6 i na nas dwóch.

– McKnight – mruknął, podchodząc do nas. – Alex McKnight. – Miał zimne, niebieskie oczy gliniarza, wąsy wymagające przystrzyżenia, pobrużdżoną upływem czasu twarz i głos, którego stary gliniarz używa tak jak dentysta wiertarki.

– To ja.

– Pan nas wezwał?

– Tak.

– Proszę zacząć od początku.

– Ja go znalazłem, sir – wtrącił się Edwin.

Maven spojrzał na niego wzrokiem, który zdarłby rdzę z wiatrowskazu.

– Na razie nie rozmawiam z panem – syknął.

Edwin zamilkł i wbił oczy w ziemię.

– To Edwin Fulton – wyjaśniłem. – Znalazł go, zadzwonił do mnie, przyjechałem i wezwałem policję. To wszystko.

– Podobno jest pan PD.

– Tak.

– Ma pan wizytówkę?

– Jeszcze nie. Otrzymałem licencję dopiero parę miesięcy temu.

Wyrwał kartkę z notesu.

– Może więc zapisze pan na tym kawałku papieru swój adres i numer telefonu i będziemy udawali, że to wizytówka.

Patrzyłem na niego przez chwilę, po czym wziąłem kartkę.

– Okej, a teraz mówię do pana, panie Fulton.

– Słucham, sir? – Starał się nie trząść. Naprawdę bardzo się starał.

– To pan znalazł denata w tym pokoju?

– Tak, sir.

– I natychmiast zadzwonił pan do pana McKnighta?

– Tak, sir.

– A co zrobił pan potem?

– Zadzwoniłem do mojego prawnika, sir.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na parking wjechało małe, czerwone bmw Uttleya.

Maven zamknął oczy i ścisnął grzbiet nosa.

– A później, panie Fulton? Co pan zrobił później?

– Czekałem tu, sir. Aż do przyjazdu Aleksa.

– Czy nie przyszło panu do głowy, żeby zadzwonić na 911?

– Bardzo mi przykro, sir, nie. – Spojrzał na mnie, szukając pomocy, ale jej nie otrzymał.

– Rozumiem.

– Dzień dobry panom! – Lane Uttley podszedł do nas. Edwin miał rację, był w swoim garniturze prawnika. Wyglądał tak, jakby wziął prysznic, ogolił się, a po drodze zatrzymał u swojego fryzjera i obudził go na szybkie strzyżenie. – Alex! – rzucił oficjalnie. – Dzięki Bogu, że tu jesteś. Edwin, wyglądasz koszmarnie. Szefie Maven, Roy, proszę mi powiedzieć, co się dzieje.

Maven patrzył na adwokata przez chwilę.

– Poczekajcie tu – nakazał. – Wszyscy.

Podszedł do drzwi pokoju i je otworzył. Obserwowaliśmy go, jak wetknął głowę do środka. Stał tak przez całą minutę, bez ruchu. W końcu zamknął drzwi i znowu porozmawiał z policjantami. Zdążyli już obudzić właściciela motelu, starego mężczyznę, który, oszołomiony, stał teraz między nimi w butach i płaszczu narzuconym na piżamę.

– Jak wygląda ten facet? – zapytał mnie Uttley.

– Strzelono mu w twarz i poderżnięto gardło. Poza tym wygląda doskonale.

Maven dołączył do nas.

– Panowie, wszystko wskazuje na to, że Soo właśnie straciło bukmachera – oznajmił.

– To Tony Bing – wyjaśnił Edwin. – Przyjechałem oddać mu pieniądze.

– Wiem, kim on jest, panie Fulton. Porozmawiamy w komisariacie, tymczasem moi ludzie zabiorą się tu do pracy.

– Oczywiście, Roy – wtrącił się Uttley. – Zrobimy co w naszej mocy, by pomóc.

– Wielkie dzięki – odparł Maven. – A teraz, panie Fulton, czy może mi pan podać swój lewy but?

– Słucham?

– Pański lewy but, panie Fulton. Jeżeli obejrzy pan podeszwę, pewnie znajdzie pan na niej trochę krwi.

Edwin położył mi rękę na ramieniu i uniósł lewą stopę.

– O Boże – jęknął.

– Proszę go zdjąć – polecił Maven.

– Teraz zaraz?

– Roy, daj spokój – interweniował Uttley. – Przecież możesz…

– Zmienił pan wygląd miejsca przestępstwa, panie Fulton. Proszę dać mi but.

Edwin ściągnął but i mu go podał. Pantofel, z miękkiej szarej skóry, musiał kosztować więcej niż moja półciężarówka. Maven wyciągnął z kieszeni płaszcza plastikową torebkę i włożył do niej but.

– Dziękuję – powiedział. – A teraz jeżeli pan i pański prawnik zechcą towarzyszyć mi do komisariatu…

– Roy, na litość boską – zaprotestował Uttley. – Zabrałeś człowiekowi but.

– Panie Uttley – odparł Maven. – Powinien pan chyba poradzić swojemu klientowi, aby poskakał na prawej nodze. O tak. – Uniósł lewą nogę i zademonstrował to, pobrzękując kluczami w kieszeni. – Widzi pan? To łatwe. Niemal tak łatwe, jak wystukanie numeru 911.

Pojechałem z powrotem do Raju. Jazda zajmuje trzydzieści minut, kiedy wdepnie się gaz, a czterdzieści pięć, jeżeli przestrzega się dozwolonej prędkości. Nie bardzo zależało mi na tym, by dotrzeć szybko do domu.

Wstawało słońce, wiatr ucichł. Droga 23 oddala się od jeziora i prowadzi do skrzyżowania. Tu rodzi się pokusa: zahaczyć o kasyno Bay Mills albo o King’s Club? Jeżeli pojedziesz prosto, wkrótce znajdziesz się w puszczy Hiawatha, a potem dotrzesz do małych miasteczek Raco i Strongs. Gdy skręcisz w prawo, na drogę 123, po chwili znowu pojawi się jezioro. Miniesz Park Stanowy Taquamenon i już jesteś w Raju. Wita cię napis: „Wjeżdżasz do Raju! Cieszymy się, że ci się udało!”

Usiłowałem nie myśleć. To się nie stało. To był zły sen.

Uttley, który mi dziękuje. Mówi, żebym jechał do domu i trochę się przespał. Edwin, który stoi z tym swoim zagubionym wzrokiem. Tym razem żadne pieniądze świata mu nie pomogą. Szef Maven odgrywa przed nami twardziela. Już ja znam takich gliniarzy jak on.

To już było, Alex. Dawno temu w Detroit.

Przerwij to tu. Nie myśl o tym dalej. Wcale nie wszedłeś do tego pokoju w motelu. Wcale tego nie widziałeś. Czerwone, czerwone, wszystko czerwone.

Usiłowałem nie wpuścić następnego obrazu, ale nie mogłem. Znowu widziałem krew. Wielkie, drżące jezioro krwi.

Tamten dzień w Detroit. Znów tam jestem. Krew, taka jak dziś w nocy. Taki sam kolor. Tak samo krwawa. Krew jest zawsze taka sama.

Franklin leży. Mój partner leży. I krwawi. Zrób coś. Za dużo krwi. Wstań. Wstań i mu pomóż.

Czy ja też krwawię? Czy to moja krew? Czy ma to jakieś znaczenie? Krew jest taka sama. Zawsze taka sama.

Do diabła. Myślałem, że się z tym uporałem. Myślałem, że to już zniknęło.

Skręcając na mój podjazd, próbowałem sobie przypomnieć, gdzie położyłem tabletki. Od dawna ich nie brałem, a jeśli już, to tylko wtedy, gdy miałem złe noce. Po prostu, żeby przetrwać złe noce.

Muszę znaleźć pastylki. Tylko ten jeden raz. Jeszcze jeden raz. Muszę się przespać, chociaż kilka godzin. Muszę zamknąć oczy i nie widzieć Franklina leżącego obok mnie na podłodze.

Znalazłem pigułki głęboko w apteczce. Nie patrząc na swoje odbicie w lustrze, połknąłem jedną, a potem drugą.

Pigułki mi pomogą jeszcze jeden raz. Jak przyjaciel. Sprawią, że wszystko stanie się białe. Nie będzie więcej krwi. Czerwień spłowieje. W miarę jak będę odlatywał coraz wyżej i wyżej, czerwień przejdzie w róż. A potem róż zblednie, przechodząc w czystą biel, i dotrę do chmur.