Zimne dni. Seria Akta Dresdena. Tom 14 - Jim Butcher - ebook

Zimne dni. Seria Akta Dresdena. Tom 14 ebook

Jim Butcher

4,7

Opis

Po krótkim interludium w życiu po życiu, Harry Dresden podejmuje nową pracę i zaczyna się zastanawiać, czy śmierć naprawdę była aż tak zła.

Nie da się zniszczyć dobrego maga – nawet jeśli on sam wolałby pozostać w tym stanie.

Harry Dresden był przez lata jedynym zawodowym magiem w Chicago, ale zawarta w desperacji umowa z Królową Powietrza i Ciemności zmusiła go do wzięcia się do innej roboty – zawodowego zabójcy. Mab przywraca zdrowie prawie martwemu magowi i daje mu pierwsze zadanie – sprowadzić śmierć na nieśmiertelnego. Próbując wykonać tę niemożliwą misję, Dresden dowiaduje się o niebezpieczeństwie grożącym Demonreach, żyjącej wyspie ukrytej na jeziorze Michigan. Prawdziwy cel i mroczny potencjał tego miejsca mogą zniszczyć miliardy i wpakować Dresdena w najgorsze tarapaty w jego życiu – gorsze nawet od bycia martwym. Czy to nie pokręcone?

Dręczony przez nowych wrogów i nękany przez starych, Dresden ma zaledwie dwadzieścia godzin na nawiązanie kontaktów ze starymi sojusznikami, zapobiegnięcie katastrofie i dokonanie niemożliwego, a przez ten cały czas moc, o którą się targował – ale której nie miał zamiaru zatrzymać – napiera na jego duszę.

Magia. Potrafi zabić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 721

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału:The Dresden Files – Book Fourteen. Cold Days

Copyright © 2013 by Jim Butcher

Copyright for the Polish translation © 2020 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: Chris McGarth

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66409-60-6

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Chrisowi Achterhofowi, autorowi „Greed” (po przeczytaniu tej książki będzie wiedział dlaczego) iwszystkim starym kumplom zInternational Fantasy Gaming Society. Wszyscy jesteście zabawni i

Rozdział pierwszy

Mab, Królowa Powietrza i Ciemności, władczyni Zimowego Dworu sidhe, ma niezwykłe pomysły, jeśli chodzi o fizjoterapię.

Obudziłem się pośród miękkości.

Powinienem pewnie stwierdzić, że obudziłem się w miękkim łóżku. Ale... to po prostu nie wyraża, jak miękkie ono było. Kojarzycie te stare kreskówki, w których ludzie śpią na puchatych chmurkach? Ci goście obudziliby się, wrzeszcząc z bólu, gdyby dali się namówić na skorzystanie z chmury po wypróbowaniu łóżka Mab.

Ogień w mojej piersi w końcu zaczął przygasać. Gęsta wata wypełniająca myśli nieco się rozproszyła. Kiedy zamrugałem, miałem wrażenie, że moje powieki się lepią, ale udało mi się unieść rękę, powoli, i je przetrzeć. Zdarzało mi się biegać po plażach, na których było mniej piachu niż w moich oczach.

Rany. Bycie prawie martwym jest trudnym doświadczeniem.

Leżałem w łóżku.

Łożu wielkości mojego starego mieszkania.

Pościel była idealnie biała i gładka. Łoże otaczały zasłony, również śnieżnobiałe, falujące łagodnie w podmuchach chłodnego powietrza.

Temperatura była na tyle niska, że kiedy wypuściłem ustami powietrze, zobaczyłem chmurkę pary, ale kołdra sprawiała, że nie marzłem.

Draperie wokół łoża rozsunęły się i pojawiła się dziewczyna.

Wyglądała na zbyt młodą, by legalnie kupować alkohol, a jednocześnie była jedną z najśliczniejszych kobiet, jakie widziałem w życiu. Wysokie kości policzkowe, egzotyczne oczy w kształcie migdałów. Oliwkowa karnacja i tęczówki w niesamowitym zielono-złocistym odcieniu. Do tego włosy ściągnięte w prosty kucyk, niebieski szpitalny fartuch i zero makijażu.

A niech mnie. Każda kobieta, która w takim stroju nadal wyglądała tak dobrze, była cholerną boginią.

– Witaj – powiedziała i uśmiechnęła się do mnie.

Może to wszystko było jedynie zasługą łoża, ale uśmiech i głos były jeszcze lepsze niż cała reszta jej osoby.

– Cześć – wychrypiałem głosem, który właściwie nie brzmiał ludzko. Zacząłem kaszleć.

Postawiła przykrytą tacę na niedużym stoliku obok łóżka, a sama usiadła na skraju. Zdjęła pokrywę i sięgnęła po białą porcelanową filiżankę. Podała mi ją – jak się okazało, w środku znajdował się gorący rosół z kluskami.

– Codziennie to robisz. Zaczynasz mówić, zanim coś przełkniesz. Pij.

Zrobiłem to. Zupa Campbella. Była cudowna. Nagle przypomniałem sobie, jak w dzieciństwie chorowałem. Nie pamiętałem, gdzie wtedy byliśmy, ale tato zrobił mi rosół z kluskami. Smakował dokładnie tak samo.

– Myślę... że coś sobie przypominam – powiedziałem po kilku łykach. – Nazywasz się... Sarah? – Zmarszczyła czoło, ale potrząsnąłem głową, nim zdążyła się odezwać. – Nie, zaczekaj. Sarissa. Masz na imię Sarissa.

Uniosła brwi i uśmiechnęła się.

– Pierwszy raz. Wygląda na to, że w końcu odzyskujesz koncentrację.

Zaburczało mi w brzuchu i w tej samej chwili przepełnił mnie ogromny głód. W reakcji na to uczucie zamrugałem i zacząłem pośpiesznie przełykać zupę.

Sarissa roześmiała się, co sprawiło, że w pokoju zrobiło się jaśniej.

– Nie utop się. Nie ma pośpiechu.

Wypiłem całość, jedynie odrobinę wylewając na brodę, i mruknąłem:

– Jak nie ma, skoro jest. Umieram z głodu. Co jeszcze masz?

– Wiesz co? Zanim to zrobimy, spróbujemy z kolejnym pierwszym razem.

– Że co?

– Powiesz mi, jak się nazywasz?

– A co, nie wiesz?

Sarissa się uśmiechnęła.

– A ty wiesz?

– Harry Dresden.

Jej oczy zamigotały, a mnie zrobiło się dobrze aż po czubki palców u stóp. A jeszcze lepiej, kiedy wyjęła talerz wypełniony kurczakiem, tłuczonymi ziemniakami i innymi warzywami, na które nie miałem zbytniej chęci, ale pewnie były zdrowe. Jedzenie wyglądało dobrze i pomyślałem, że za chwilę zaślinię podłogę.

– Czym się zajmujesz, Harry?

– Jestem magiem. I prywatnym detektywem w Chicago. – Zmarszczyłem czoło, bo nagle przypomniałem sobie coś jeszcze. – Och. I pewnie jestem Rycerzem Zimy.

Przez kilka sekund gapiła się na mnie nieruchoma jak rzeźba, a jej twarz była absolutnie bez wyrazu.

– Yyy... – powiedziałem. – Jedzenie?

Zadrżała i odwróciła wzrok. Później odetchnęła i podniosła dziwny widelczyk, podobny do tych, które dają dzieciom z problemami z koordynacją ruchową – miał mnóstwo zaokrąglonych krawędzi – i wcisnęła go w moją dłoń.

– Jeśli uda ci się osiągnąć trzeci, to będzie naprawdę dobry dzień.

Widelec robił wrażenie dziwnego i ciężkiego. Pamiętałem, jak używałem widelców, ich niewielką wagę i precyzję, z jaką mogłem przenieść jedzenie z talerza do ust. Ten widelec wydawał się ciężki i niezgrabny. Męczyłem się z nim przez kilka sekund, a później, już przy drugiej próbie, udało mi się wbić go w tłuczone ziemniaki. Kolejnym trudnym zadaniem było uniesienie tego cholerstwa do ust.

Ziemniaki były idealne. Odpowiednio ciepłe, lekko posolone, z delikatną nutką masła.

– Omójbosz – wymamrotałem z pełnymi ustami. I sięgnąłem po więcej.

Drugi kęs był prostszy, trzeci jeszcze łatwiejszy i zanim się zorientowałem, talerz był pusty, a ja zbierałem ostatnie resztki. Czułem się wyczerpany i napchany, choć jedzenia nie było wcale aż tak dużo. Sarissa patrzyła na mnie z zadowolonym uśmiechem.

– Pewnie umazałem sobie całą twarz, co?

– To znaczy, że ci smakowało. – Wzięła serwetkę i wytarła mi okolice ust. – Miło było w końcu poznać twoje imię, Harry.

Rozległ się odgłos zbliżających się, lekkich kroków.

Sarissa natychmiast wstała, odwróciła się i z wdziękiem uklękła na podłodze z opuszczoną głową.

– I jak? – usłyszałem aksamitny kobiecy głos.

Całe moje ciało zadrżało w odpowiedzi na ten dźwięk, jak struna gitary, kiedy w pobliżu ktoś zagra właściwą nutę.

– Jest świadomy, Wasza Wysokość, pamiętał moje imię i swoje. Sam zjadł.

– Doskonale. Dziś jesteś już wolna.

– Dziękuję, Wasza Wysokość. – Sarissa wstała i spojrzała na mnie. – Cieszę się, że czujesz się lepiej, panie Rycerzu.

Spróbowałem wymyślić coś uroczego i dowcipnego.

– Zadzwoń do mnie.

Wydała z siebie zaskoczone sapnięcie, które mogło być początkiem śmiechu, po czym zerknęła przestraszona w drugą stronę i odeszła. Szuranie jej tenisówek na twardej podłodze wkrótce ucichło.

Na tle zasłon na drugim końcu łóżka pojawił się cień. Wiedziałem, do kogo należał.

– Minąłeś swój nadir – powiedziała zdecydowanie zadowolonym tonem. – Raczej wzrastasz niż się kurczysz, mój Rycerzu.

Nagle zacząłem mieć problemy z zebraniem myśli na tyle, by się odezwać, ale w końcu mi się udało.

– Wiesz, jak to jest. Kurczę blade.

Nie tyle rozsunęła zasłonę, ile wpłynęła do środka, pozwalając, by delikatna tkanina ją otoczyła i podkreśliła jej sylwetkę. Kiedy do mnie dotarła, powoli wypuściła powietrze i spojrzała na mnie z góry, a jej oczy zmieniały odcienie zieleni z wywołującą zawrót głowy szybkością.

Mab, Królowa Powietrza i Ciemności, za bardzo przerażała, by być piękną. Choć każdą komórkę mojego ciała wypełniło nagle bezmyślne pożądanie, a w oczach pojawiły mi się łzy na widok jej urody, nie chciałem się zbliżyć nawet na cal. Była wysoką kobietą, miała dobrze ponad sześć stóp wzrostu, a każdy jej cal promieniał. Blada skóra, miękkie usta o barwie zamarzniętych malin, długie srebrno-białe włosy z emanującymi blaskiem opalizującymi pasmami. Miała na sobie jedwabną suknię w odcieniu głębokiej lodowatej zieleni, która odsłaniała silne białe ramiona.

I znajdowała się jakieś sześć cali od mojego łóżka.

– Wyglądasz wspaniale – wychrypiałem.

Coś zapłonęło w tych migdałowych oczach.

– Jestem wspaniała, mój Rycerzu.

Wyciągnęła rękę, a jej paznokcie były ciemnoniebieskie i zielone, kolory migotały i zmieniały się jak opale. Dotknęła tymi paznokciami mojego nagiego ramienia.

A ja nagle poczułem się jak piętnastolatek, który ma po raz pierwszy pocałować dziewczynę – podniecenie, szalone fantazje i nerwowa niepewność.

Jej paznokcie, nawet same czubki, były zimne jak lód. Przeciągnęła nimi po mojej piersi i oparła je na sercu.

– Hmm... – powiedziałem w ciszy, która moim zdaniem była bardzo niezręczna. – Jak się miewasz?

Przechyliła głowę i wpatrzyła się we mnie.

– Sarissa wydaje się miła – odważyłem się powiedzieć.

– Odmieniec. Kiedyś poprosiła mnie o przysługę. Pamięta czas, gdy moim Rycerzem był Lloyd Slate.

Oblizałem wargi.

– Gdzie jesteśmy?

– Arctis Tor. Moja twierdza. Apartament Rycerza. Znajdują się tu wszelkie śmiertelne udogodnienia.

– To miłe. W końcu moje mieszkanie się spaliło i tak dalej. Czy mam zapłacić kaucję?

Na wargi Mab powoli wypełzł uśmiech. Nachyliła się jeszcze bardziej w moją stronę.

– Dobrze, że zdrowiejesz – szepnęła. – Twój duch oddalił się bardzo od ciała, kiedy spałeś.

– Wolny duch. Cały ja.

– Już nie. – Mab pochyliła się nade mną. – Drżysz.

– Aha.

Moje pole widzenia wypełniły jej oczy.

– Boisz się mnie, Harry?

– Jestem zdrów na umyśle.

– Myślisz, że zrobię ci krzywdę? – wyszeptała. Jej usta znajdowały się ułamek cala od moich.

Serce biło mi w piersi tak mocno, że aż bolało.

– Myślę... że jesteś, kim jesteś.

– Z pewnością nie masz powodów do strachu. – Jej oddech łaskotał moje wargi. – Należysz teraz do mnie. Jeśli nie będziesz czuł się dobrze, nie wykorzystam cię do wypełniania mojej woli.

Próbowałem zmusić się do rozluźnienia.

– To... to prawda.

Skupiałem na niej wzrok i nie zauważyłem, jak podnosi z łóżka grubą, puchatą poduszkę. Byłem więc całkowicie zaskoczony, kiedy uderzyła, szybko jak wąż, i przycisnęła mi poduszkę do twarzy.

Zamarłem na pół sekundy, a poduszka nacisnęła mocniej, odcinając mi dopływ powietrza, zatykając nos i usta. Wtedy kontrolę przejął strach. Szarpałem się, lecz miałem wrażenie, że moje ręce i nogi pokrywa kilka cali ołowiu. Próbowałem odepchnąć Mab, ale ona była po prostu zbyt ciężka, a moje ramiona były zbyt słabe. Za to jej dłonie i ramiona były jak zamrożona stal, szczupłe i nieruchome.

Zrobiło mi się czerwono przed oczami, a później czarno. Zaczynałem tracić czucie.

Mab była spokojna. Nieubłagana. Bezlitosna.

Była Mab.

Gdybym jej nie powstrzymał, zabiłaby mnie. Mab nie mogła zabić śmiertelnika, ale dla niej nie byłem już jednym z nich. Byłem jej wasalem, członkiem jej dworu i uważała, że ma wszelkie prawo odebrać mi życie, jeśli uzna to za stosowne.

Ta lodowata świadomość dodała mi sił. Zacisnąłem ręce wokół jednego z jej ramion i przekręciłem, naprężając całe ciało. Wysiłek sprawił, że moje biodra uniosły się nad posłanie, a nawet nie próbowałem jej odepchnąć. Jej absolutnej sile nie dało się przeciwstawić. Ale udało mi się odrobinę przesunąć nacisk tej siły i w ten sposób zsunąć jej ręce i poduszkę nieco w bok, dzięki czemu mogłem zaczerpnąć trochę słodkiego, chłodnego powietrza.

Mab leżała na mnie górną połową ciała i nie próbowała się poruszyć. Czułem na sobie jej spojrzenie, pustą intensywność wzroku, gdy dyszałem i kręciło mi się w głowie od nagłego przypływu błogosławionego tlenu.

Poruszyła się bardzo powoli, z ogromnym wdziękiem. W sposobie, w jaki przesunęła się w górę mojego ciała i spoczęła piersią na moim torsie, było coś wężowego. Była zimnym, efemerycznym ciężarem, niewiarygodnie kobiecą miękkością, a jej jedwabiste włosy przesuwały się po moich policzkach, wargach i szyi.

Z gardła Mab wydobył się niski, głodny odgłos, gdy się pochyliła, a jej wargi niemal dotknęły mojego ucha.

– Słabość na nic mi się nie przyda, magu. – Zadrżała w swego rodzaju powolnej, obcej ekstazie. – Odpocznij. Zdrowiej. Śpij. Najprawdopodobniej zabiję cię jutro.

– Ty? Cytat z Narzeczonej Księcia?

– A co to? – spytała.

I zniknęła. Po prostu zniknęła.

Tak wyglądał pierwszy dzień mojej fizjoterapii.

* * *

Mógłbym ze szczegółami opisać następne kilka tygodni, ale choć były ciężkie, miały też w sobie pewną rutynę. Poza tym w mojej głowie przypominają teledysk do Walk Foo Fighters.

Kiedy budziłem się rankiem, czekała już na mnie Sarissa, zachowująca uprzejmy i profesjonalny dystans. Pomagała mi się zatroszczyć o potrzeby osłabionego ciała, co rzadko pozwalało zachować godność, ale ona nigdy o tym nie wspominała. Jakiś czas później Mab próbowała mnie zabić, na coraz bardziej pomysłowe i niespodziewane sposoby.

W teledysku w mojej głowie widzę ujęcie, jak znów sam zjadam posiłek – a chwilę później wielkie łoże staje w płomieniach. Spadam z niego niezgrabnie i odczołguję się, by nie zostać pieczenią. Później, najwyraźniej następnego dnia, Sarissa pomaga mi dojść do łazienki i wrócić. Kiedy zaczynam rozluźniać się na łóżku, z baldachimu wprost na moje ramiona spada jadowity wąż, pieprzona indyjska kobra. Wrzeszczę jak mała dziewczynka i zrzucam ją na podłogę. Następnego dnia z pomocą Sarissy próbuję włożyć świeże ubranie – a wtedy nagle wypada z nich cała chmara gryzących mrówek i muszę dosłownie zerwać z siebie rzeczy.

I tak to idzie. Sarissa i ja przy sięgających do pasa poręczach gimnastycznych. Kiedy ja próbuję przypomnieć sobie, jak zachować równowagę, przeszkadza nam fala czerwonookich szczurów. Zwierzaki zmuszają nas do wskoczenia na poręcze, zanim odgryzą nam stopy. Sarissa obserwująca mnie podczas wyciskania sztangi na ławce poziomej i Mab opuszczająca wielki stary toporek strażacki na moją głowę w czasie trzeciej serii, zmuszająca mnie do zablokowania go przeklętym gryfem. Ja sam wlokący się pod prysznic, kiedy nagle zatrzaskują się drzwi i całość zaczyna wypełniać woda. W której pluskają się cholerne piranie.

I tak dalej, i tak dalej. Siedemdziesiąt siedem dni. Siedemdziesiąt siedem zamachów na moje życie. Użyjcie wyobraźni. Mab z całą pewnością to zrobiła. Był nawet tykający krokodyl.

* * *

Właśnie wróciłem z niedużej siłowni, w której przeszedłem jakieś cztery mile w górę i sam nie wiem ile do przodu na orbitreku. Byłem spocony i wyczerpany, marzyłem jedynie o prysznicu i znów łóżku. Otworzyłem drzwi i wtedy Mab otworzyła ogień z cholernej śrutówki.

Nie miałem czasu na myślenie ani obliczenia, kiedy pociągnęła za spust. Mogłem jedynie reagować. Rzuciłem się do tyłu i wyrzuciłem swoją wolę w powietrze przed siebie, tworząc z niej barierę czystej energii. Śrutówka dudniła, w zamkniętej przestrzeni odgłos był ogłuszający. Śruciny uderzały w barierę i rykoszetowały, leciały wszędzie dookoła i lądowały na ziemi ze stukotem i grzechotem. Uderzyłem o ziemię, wciąż podtrzymując barierę, a Mab nacierała, jej oczy błyszczały wszystkimi odcieniami opali, szalone, ekstatyczne i całkowicie niespójne z jej poza tym spokojną twarzą.

Była to jedna z tych rosyjskich śrutówek z dużym magazynkiem bębnowym, a ona opróżniła cały, strzelając we mnie, celując mi w twarz.

W chwili gdy rozległ się trzask zamiast dudnienia, rzuciłem się w bok i szybko przetoczyłem, unikając ataku srebrnoszarego malka – kotowatej istoty wielkości rysia, obdarzonej paskudnymi szponami i siłą małego niedźwiedzia. Wylądował w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się moja głowa, a jego pazury wyrwały odłamki z kamiennej posadzki.

Kopnąłem malka piętą i rzuciłem nim przez korytarz, w stronę kamiennej ściany. Uderzył w nią z miaukiem sprzeciwu. Znów skupiłem się na Mab, która upuściła jeden magazynek na ziemię i wyjęła kolejny.

Zanim zdążyła go zamocować, przeciąłem dłonią powietrze i krzyknąłem:

– Forzare!

Niewidzialna moc wystrzeliła na zewnątrz i wyrwała broń i magazynek z rąk Mab. Szarpnąłem, a wtedy koziołkująca śrutówka błyskawicznie przebyła dzielącą nas pustą przestrzeń. W chwili gdy malk odzyskał siły i znów na mnie skoczył, złapałem ją za lufę (była piekielnie gorąca). Chwyciłem śrutówkę obiema rękami i uderzyłem nią malka w łeb, na tyle mocno, że w połowie skoku upadł na ziemię i pozostał tam nieprzytomny.

Mab zaśmiała się srebrzyście i klasnęła w dłonie jak mała dziewczynka, która właśnie się dowiedziała, że dostanie kucyka.

– Tak! – powiedziała. – Ślicznie. Brutalnie, bezwzględnie i ślicznie.

Ściskałem śrutówkę do chwili, gdy oszołomiony malk wrócił do siebie i zaczął się niechętnie wycofywać. Dopiero kiedy zniknął za rogiem, znów odwróciłem się do Mab.

– To się robi nudne. Nie masz czegoś ciekawszego do roboty, zamiast bawić się ze mną w gierki prosto z Grimtootha?

– W rzeczy samej. Ale po cóż grać w gierki, jeśli nie po to, by przygotować cię na wyzwania, które cię czekają?

Przewróciłem oczami.

– Zabawę? – zasugerowałem.

Zadowolenie zniknęło z jej twarzy zastąpione zwyczajowym lodowatym chłodem. Była to przerażająca przemiana i uświadomiłem sobie, że mam nadzieję, że nie sprowokowałem jej swoimi żarcikami.

– Zabawa zaczyna się, kiedy kończą się gierki, mój Rycerzu.

Zmarszczyłem czoło.

– Cóż to miało znaczyć?

– Że w twoim apartamencie czeka na ciebie stosowny strój i że masz się przebrać na wieczór. – Odwróciła się, by ruszyć za malkiem, jej suknia szeleściła na kamiennej posadzce. – Dzisiejsza noc, mój magu, będzie... zabawą.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.