Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zima w Szkocji - Kim Lawrence

Neve po śmierci męża opiekuje się nastoletnią pasierbicą Hannah. Choć bardzo się stara, Hannah jej nienawidzi. Uważa, że poślubiła jej ojca dla pieniędzy. Podczas podróży, po kolejnej kłótni, Hannah ucieka. Jest śnieżyca i drogi są nieprzejezdne, lecz Neve bez wahania wyrusza na poszukiwanie. Błądzi w lesie i gdy jest już bliska zamarznięcia, znajduje ją przystojny i bardzo zaradny mężczyzna…

Opinie o ebooku Zima w Szkocji - Kim Lawrence

Fragment ebooka Zima w Szkocji - Kim Lawrence

Kim Lawrence

Zima w Szkocji

Tłumaczenie: Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Trzymając wysoko nad głową dwa parujące kubki, Neve ostrożnie wyminęła dużą hałaśliwą rodzinę, która okupowała najbliższy stół, i rozejrzała się, szukając wzrokiem Hannah. Nie było jej tam, gdzie ją zostawiła, i Neve uświadomiła sobie, że popełniła błąd, gdy idąc po gorące napoje, powiedziała: nie ruszaj się stąd. Kiedy ja się wreszcie nauczę, pomyślała z westchnieniem. Każde jej polecenie, nawet najbardziej niewinne, natychmiast powodowało, że Hannah robiła coś przeciwnego. Nadzieja, że zimowe ferie pozwolą im się do siebie zbliżyć, nigdy nie miała zbyt mocnych podstaw, ale w tej chwili wydawała jej się po prostu śmieszna.

Ktoś odsunął torbę spod jej stóp. Przystanęła i powiodła wzrokiem po głowach ludzi stłoczonych pod niskim belkowanym sufitem. Wszyscy, podobnie jak ona, schronili się w tej gospodzie na odludziu przed szalejącą na zewnątrz zawieją. Popatrzyła na okno z szybkami osadzonymi w ołowiu i wstrząsnął nią dreszcz.

Wstrzymała oddech, przepuszczając kogoś, kto przeciskał się obok niej, i kątem oka dostrzegła skrawek czegoś niebieskiego. Kontrowersyjne pasemka w ciemnych lśniących włosach bez wątpienia należały do jej pasierbicy. Hannah siedziała na drewnianym stołku przy oknie. Neve ruszyła w tamtą stronę. Szczęśliwie udało jej się nie rozlać zawartości kubków.

– Dobra robota, znalazłaś lepsze miejsce. A już myślałam, że gdzieś zginęłaś – powiedziała lekkim tonem, stawiając kubki z kakao na parapecie obok doniczki z pachnącymi niebieskimi hiacyntami. Zdjęła kapelusz, potrząsnęła głową, odgarnęła rude pasma z twarzy i ściągnęła kurtkę. W wielkich kominkach po obu stronach sali płonęły kłody drewna. – Pomyślałam, że kakao nas rozgrzeje, a kiedy zobaczyłam, że dodają do niego pianki, nie mogłam się oprzeć.

Nawet w jej własnych uszach te słowa brzmiały desperacko i nieprzekonująco. Hannah najwidoczniej też tak sądziła. Rzuciła jej pogardliwe spojrzenie, typowe dla nastolatków, a potem przeniosła wzrok na kakao i wzruszyła ramionami.

– Masz pojęcie, ile to ma kalorii? Powinnaś już być gruba jak świnia.

A więc nie było nadziei na zawieszenie broni. Z uśmiechem przyklejonym do twarzy Neve zastanawiała się, czy Hannah polubiłaby ją odrobinę bardziej, gdyby przytyła o dziesięć kilo. Zapewne nie, a poza tym byłoby to dość trudne: bez względu na to, co jadła, była chuda jak szczapa. Bardzo chętnie zamieniłaby swoją chłopięcą figurę na kobiece krągłości, ale wiedziała, że nie ma na to żadnej nadziei.

Usiadła na ławce i Hannah natychmiast odsunęła się na drugi koniec. Neve przestała się uśmiechać; bolały ją już mięśnie policzka.

– Nie martw się. Jestem pewna, że ten śnieg w końcu przestanie padać.

Na razie jednak zupełnie się na to nie zanosiło. Utknęły w gospodzie na dobre, choć Neve musiała przyznać, że mogło być gorzej. Spojrzała na zamgloną szybkę w oknie i znów przeszedł ją dreszcz.

Hannah zwróciła się do niej twarzą i Neve znów zatrzymała wzrok na błękitnych pasemkach. Właśnie przez te pasemka niedawno wezwano ją do szkoły, w której Hannah co tydzień spędzała pięć dni, od poniedziałku do piątku. Neve posłusznie stawiła się na wezwanie. Siedząc w gabinecie, z rękami złożonymi na kolanach, czuła się jak uczennica, a nie jak rodzic.

– Nie chodzi tylko o włosy, pani Macleod, ani o papierosy. – Dyrektorka z suchym uśmiechem zajrzała do teczki leżącej na biurku. – Wydaje mi się jednak, że sytuacja wymaga naszej uwagi i że powinnyśmy utworzyć wspólny front.

Neve skinęła głową, zastanawiając się, czy na jej twarzy widać, jak bezradna się czuje. Przekonała się, że jej talenty rodzicielskie są żadne i gotowa była przyjąć każdą pomoc.

– Nazbierało się już sporo różnych wykroczeń i jak pani wie, nie wszystkie były błahe. Całe szczęście, że właściciele samochodu dostawczego nie zdecydowali się wnieść oskarżenia. Wie pani chyba, że gdyby nie ta smutna sytuacja, taki występek oznaczałby natychmiastowe wyrzucenie ze szkoły.

– Jesteśmy pani bardzo wdzięczne – odrzekła Neve szczerze. Nie widziała przy tym potrzeby wspominać, że wdzięczność Hannah przybrała formę zaciętego milczenia i złowrogich spojrzeń.

– Najbardziej martwi nas to, że Hannah nieustannie dąży do konfrontacji.

Neve doskonale o tym wiedziała.

– Jestem pewna, że to tylko przejściowe.

– Poza tym ma coraz gorsze oceny.

– Ma za sobą trudny okres. Była bardzo blisko związana z ojcem.

– Wiem. To bardzo smutne również dla pani – ciągnęła dyrektorka.

Neve, która bardzo się starała sprawiać wrażenie dojrzałej, opanowanej osoby, poczuła z przerażeniem, że dolna warga zaczyna jej drżeć. Szczera troska w głosie dyrektorki dokonała tego, czego nie potrafiły dokonać złośliwości i kamery reporterów brukowców. Sięgnęła po chusteczkę i głośno wydmuchała nos. Niewiele ostatnio zaznała szczerości i troski – a prawdę mówiąc, wcale. Kolorowe pisma przykleiły jej etykietkę manipulatorki pozbawionej serca, łowczyni fortun, która dla pieniędzy poślubiła bogatego, umierającego człowieka, i nazwały ją Szkarłatną Wdową. Mogło być gorzej, żartował jej brat Charlie: mogli ją nazwać Rudą Wdową.

Na początku niektórzy powstrzymywali się od osądzania jej motywów, ale ta rezerwa prysła, gdy jakiś przedsiębiorczy dziennikarz pogrzebał głębiej i dowiedział się o pieniądzach, które Charlie zdefraudował z firmy Jamesa. Neve nie próbowała się bronić. Jak miałaby to robić? Przecież Charlie naprawdę zdefraudował sporą sumę, a ona sama wyszła za umierającego człowieka, który zostawił jej mnóstwo pieniędzy. Nikogo nie interesowało to, że nie tknęła tych pieniędzy ani że przyjęła oświadczyny Jamesa wyłącznie dlatego, że chciała mu się jakoś odwdzięczyć za niewiarygodną dobroć, którą okazał zarówno jej, jak i Charliemu.

– Bierzemy pod uwagę sytuację Hannah, ale są jakieś granice. Dzieci potrzebują granic, by mogły czuć się bezpiecznie.

Neve usłyszała w głosie dyrektorki lekką przyganę i skinęła głową, przytłoczona poczuciem winy. Granice można było wyznaczać pod warunkiem, że dziecko w ogóle słuchało, co się do niego mówi. Gdyby miała choć połowę naturalnego autorytetu dyrektorki, z pewnością nie byłoby z tym żadnego problemu.

– Mam wrażenie, że Hannah uważa to zawieszenie w prawach ucznia tuż przed feriami za żart. Czy mogę coś zasugerować?

– Oczywiście.

– Zdaje się, że wybiera się w ferie na narty z Palmerami.

Neve ostrożnie skinęła głową, przekonana, że wie, do czego dyrektorka zmierza, i że ta sugestia w żaden sposób nie ułatwi jej życia. Nie pomyliła się. Reakcja pasierbicy na wiadomość, że spędzi ferie w domu z macochą zamiast w modnym kurorcie z przyjaciółmi, była zgodna z przewidywaniami. Hannah zaczęła krzyczeć, obraziła się i w końcu popadła w ponure milczenie. Neve była dla niej wrogiem numer jeden, źródłem wszelkiego zła w życiu. Zdawało się, że Hannah wini ją za wszystko, włącznie z pogodą.

Z pewnością robiła coś nie tak, ale nie miała pojęcia co. W końcu wychowanie czternastoletniej dziewczyny nie mogło być aż tak trudne. Co takiego powiedział jej James? „Masz dwadzieścia trzy lata i chyba nie zapomniałaś jeszcze, jak to jest być nastolatką”. No cóż, nie zapomniała, ale ona sama nigdy nie była podobna do Hannah.

„Nie proszę cię, żebyś była jej matką, Neve. Bądź jej przyjaciółką. Ona tego potrzebuje”.

Neve nie podzielała optymizmu Jamesa i nie oczekiwała, że Hannah zacznie ją traktować jak najlepszą przyjaciółkę, ale nie sądziła też, że stanie się obiektem wyładowania wszystkich nastoletnich frustracji i nienawiści. Było to wyczerpujące i przygnębiające.

Zapewne nie byłoby tak źle, gdyby nie suma, którą James zapisał Neve w testamencie. Wiedziała, że chciał po prostu okazać jej serce, ale ta dobroć odbiła się rykoszetem, gdy cała historia przeciekła do prasy. Hannah już wcześniej uznała młodą macochę za łowczynię fortun, a zapis w testamencie tylko potwierdził jej podejrzenia.

Neve miała wrażenie, że poniosła totalną porażkę. James jej zaufał – Bóg jeden wie, dlaczego – ona tymczasem nie nadawała się nawet na opiekunkę szczeniaka, a cóż dopiero nastolatki. Nie miała pojęcia, dlaczego w ogóle zgodziła się na ten układ.

– Ja się nie martwię, ja się nudzę. Nudzę się z tobą – podkreśliła Hannah dobitnie, na wypadek, gdyby Neve nie zdawała sobie z tego wcześniej sprawy.

Strategia nadstawiania drugiego policzka nie działała, ale metoda twardej miłości też nie. Chyba musiała istnieć jakaś droga środka?

– Zaplanowałam na ferie kilka rzeczy. Możemy się wybrać na zakupy, a jeśli masz ochotę, to może...

– Dziękuję, ale nie robię zakupów w sklepach z używanymi rzeczami – przerwała jej nastolatka, wznosząc oczy do nieba. – Wiesz chyba, że ten ostry róż gryzie się z rudymi włosami. – Przeniosła wzrok ze swetra Neve na jej niesforne rude loki i wzdrygnęła się z odrazą.

Neve, która była właścicielką sklepu z używanymi rzeczami, starała się zachować spokój. Sweter spodobał jej się od pierwszego wejrzenia i nigdy nie trafił na półkę sklepową. Krytyka Hannah była do pewnego stopnia uzasadniona. Przed ślubem Neve zwykle robiła zakupy w takich sklepach i wypracowała sobie własny styl, który niektórzy przyjaciele nazywali bardzo indywidualnym, a inni, mniej uprzejmi, dziwacznym. Ten styl nie zmienił się nawet wtedy, gdy jej sytuacja finansowa znacznie się poprawiła. James dał jej karty kredytowe i sporą sumę do dyspozycji, ale ich małżeństwo było małżeństwem tylko z nazwy i Neve zawsze czuła się nieswojo, przyjmując od niego pieniądze.

– Używane rzeczy są teraz na topie, nie słyszałaś o tym? – Jej klienci z pewnością o tym wiedzieli; biznes rozwijał się doskonale.

– Coś takiego nigdy nie jest na topie.

Zachęcona uśmiechem Neve, Hannah wyraźnie walczyła ze sobą, patrząc na wspomniany sweter.

– Może doradzisz mi, w co powinnam się ubierać? – zapytała Neve.

– Nikt nas tutaj nie słyszy, więc możesz wreszcie przestać udawać świętą. I tak nikogo nie nabierzesz. Wszyscy wiedzą, dlaczego wyszłaś za tatę.

– Bardzo lubiłam twojego ojca, Hannah – powiedziała Neve cicho.

– Chcesz powiedzieć, że lubiłaś jego pieniądze. A może próbujesz mi powiedzieć, że wyszłaś za niego z miłości?

Neve spuściła wzrok.

– Twój ojciec był uroczym człowiekiem.

– A ty jesteś pazerną na pieniądze suką! – wykrzyknęła Hannah tak głośno, że ludzie przy sąsiednim stoliku odwrócili głowy w ich stronę, i pobiegła do wyjścia. Neve siedziała jak skamieniała, pragnąc zapaść się pod ziemię.

Gdy było już zupełnie jasne, że konieczny jest cud, by zdążył na umówione spotkanie, Severo popadł w filozoficzny nastrój. Perspektywa spędzenia nocy w samochodzie nie zachwycała go, ale nie była to katastrofa, lecz zwykła niewygoda.

Wziął zakręt i zaklął cicho pod nosem, w ostatniej chwili hamując przed samochodem stojącym w poprzek drogi. Wysiadł z pochyloną głową, osłaniając twarz przed zacinającym śniegiem, i obejrzał porzucony pojazd. Był zamknięty, co oznaczało, że podróżnym udało się wydostać z niego w całości. Musiał wreszcie przyznać, że w tych warunkach nie da się jechać dalej. Słyszał w radiu, że połowa zachodniej części kraju jest zasypana. Policja apelowała do kierowców, by w miarę możliwości powstrzymali się od podróży i pozostali w domu.

Łatwo im mówić, pomyślał Severo. Żeby zostać w domu, najpierw trzeba do niego dotrzeć.

Na horyzoncie zauważył światło i ruszył w tę stronę, brnąc przez śnieg. Po dziesięciu minutach zobaczył przed sobą parking przydrożnej gospody, zastawiony przysypanymi śniegiem samochodami. Nie tylko jego zamieć dopadła w środku podróży.

Już wyciągał rękę do klamki, gdy zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz i w pierwszej chwili poczuł ochotę, by nie odbierać, zmienił jednak zdanie. Ostatnim razem macocha dzwoniła do niego, gdy zaaresztowano ją za kradzież w sklepie, a jeszcze wcześniej, gdy nie odebrał jej telefonu, zdobyła pieniądze, o które zamierzała go poprosić, sprzedając rodzinną biżuterię, która nie należała do niej i której nie miała prawa sprzedawać. Dyskretne odkupienie klejnotów kosztowało go mnóstwo czasu. Relacje z macochą były bardzo czasochłonne, ale niebezpiecznie było ją ignorować.

Livia przez wiele lat robiła idiotę z jego ojca, starając się jednocześnie nastawić go przeciwko synowi. Gdy Severo był młodszy, hołubił myśli o zemście. Teraz już mógł się zemścić, ale jego priorytety się zmieniły. Żadna chciwa żona nie mogła już skrzywdzić jego ojca tam, gdzie był teraz. Ta kobieta, która kiedyś zmieniła jego życie w piekło, teraz mogła tylko przynosić mu wstyd, a Severo był wyjątkowo odporny na poczucie wstydu. Był przekonany, że gdyby członkowie jego rodziny mniej zważali na godność starego nazwiska i idealizowali dni minionej chwały, a za to nie obawiali się pobrudzić sobie arystokratycznych rąk, to ród Constanza byłby w znacznie lepszym stanie w chwili, gdy on stał się jego głową.

Severo nie miał już ochoty się mścić, ale nie dlatego, że wybaczył swojej macosze albo że zaczął jej współczuć. Livia Larsen, niegdyś specjalistka od komputerów i lwica salonowa, i tak była już obiektem współczucia dla wielu osób. Po cóż miał tracić czas i energię na zemstę, skoro Livia rujnowała sobie życie sama, bez niczyjej pomocy. W obecnych czasach Severo pragnął już tylko tego, by pozostała jak najdłużej w którejś z kosztownych klinik, do których często trafiała.

– Livia. – Skrzywił się i odsunął telefon od ucha. Głos macochy był ostry i piskliwy.

– Jak ja mam żyć za te marne grosze, które mi dajesz? Masz tyle pieniędzy, że nie wiesz, co z nimi robić. Wszyscy wiedzą, że jesteś obrzydliwie bogaty. Wszystko, czego dotkniesz, zamienia się w złoto.

Przetarł piekące z wyczerpania oczy i słuchał nieuważnie. Znał tę tyradę już niemal na pamięć; bez względu na to, ile pieniędzy dawał Livii, wciąż słyszał to samo.

– Może jakaś pożyczka? – jęknęła przypochlebnie.

Severo westchnął. Tych pożyczek było już wiele i nie miał wątpliwości, że będzie ich jeszcze więcej.

– Zwrócę ci wszystko, razem z odsetkami. Wiem, że twój ojciec by sobie tego życzył. Twój ojciec... – Głos utonął w szumach i po chwili połączenie zostało przerwane. Severo wsunął telefon do kieszeni i znów sięgnął do klamki, ale nim zdążył jej dotknąć, drzwi otworzyły się z rozmachem i tuż przed sobą ujrzał drobną kobietę w dżinsach i jaskraworóżowym swetrze w żółte stokrotki. Była bez płaszcza i bez kapelusza, choć po okolicznych wzgórzach hulał lodowaty wiatr. Zachwiała się lekko, hamując w ostatniej chwili, i spojrzała mu prosto w twarz.

– Widział ją pan?

Jej szeroko otwarte, niespokojne oczy były tak niebieskie, że Severo przez chwilę po prostu w nie patrzył, nie myśląc o niczym. Nim oprzytomniał, kobieta zniknęła gdzieś na zaśnieżonym parkingu. Ponad wyciem wiatru usłyszał jej przerażony okrzyk na widok samochodu, który właśnie wyjeżdżał na drogę:

– O Boże, nie!

Severo nie uważał za swój obowiązek przychodzić z pomocą damom w potrzebie – wiedział, że potrzeba często jest wydumana, a pomoc może zostać niewłaściwie zinterpretowana – teraz jednak obudził się w nim jakiś uśpiony instynkt opiekuńczy. Był już o kilka kroków od rudowłosej kobiety, gdy ta wskoczyła do jednego z zaparkowanych samochodów i gwałtownie ruszyła. Dopiero po kilku sekundach Severo uświadomił sobie, że światła znikające w śnieżycy należą do jego własnego samochodu.

Zostawił kluczyki w stacyjce, a na fotelu laptop z poufnymi plikami. Stał teraz, patrząc, jak ktoś kradnie jego samochód, i potrafił myśleć tylko o niebieskich oczach i o swojej chęci pomocy.

Przymknął oczy, wymamrotał parę przekleństw, a potem wziął głęboki oddech i wszedł do gospody.

ROZDZIAŁ DRUGI

Drzwi otworzyły się i gwar w gospodzie ucichł. Wszystkie oczy zatrzymały się na mężczyźnie, który stał przy wejściu. Był tak wysoki, że musiał schylić głowę, by nie uderzyć o framugę drzwi. Stał nieruchomo, nie zwracając żadnej uwagi na wymierzone w jego stronę spojrzenia.

Większość zbłąkanych podróżnych przybyła do tego schronienia wystraszona i w stanie nieładu. Ten mężczyzna nie wydawał się wystraszony, lecz zirytowany, a ponadto wyglądał jak chodząca reklama z błyszczącego magazynu dla biznesmenów. Miał profil greckiego boga i ciało olimpijczyka. Jedynie cienka warstewka topniejącego śniegu na czarnym moherowym płaszczu świadczyła o tym, że przyszedł tu prosto z zamieci. Pod płaszczem widać było nieskazitelnie biały kołnierzyk koszuli i doskonale zawiązany jedwabny krawat. Włosy, równie czarne jak płaszcz, były nieco za długie i zaczynały się zwijać na szyi.

Głęboko osadzone ciemne oczy otoczone długimi czarnymi rzęsami omiotły salę i zatrzymały się na barmanie. Gdy mężczyzna ruszył w stronę baru, wszyscy automatycznie rozstąpili się przed nim. Nie tracąc czasu, Severo przeszedł do rzeczy.

– Jakaś ruda kobieta ukradła z waszego parkingu mój samochód.

– No cóż, raczej nie dojedzie daleko – odrzekł barman, a siedzący obok nad kuflem piwa mężczyzna dodał pogodnie:

– Nie dalej niż do najbliższego rowu. A czy chociaż pamiętała, żeby zapiąć pasy?

Severo potrząsnął głową, odpędzając z myśli obraz rudowłosej przestępczyni przelatującej przez przednią szybę samochodu, i rzucił dowcipnisiowi zimne spojrzenie. Tamten szybko odwrócił głowę i wpatrzył się w swoje piwo.

– Obawiam się, że niewiele możemy w tej chwili zrobić – powiedział właściciel. – Czy w samochodzie było coś wartościowego?

Severo potrząsnął głową, choć na fotelu pasażera znajdował się jego paszport, karty kredytowe oraz dokumenty, które niektórzy spośród jego konkurentów uznaliby, jeśli nawet nie za bezcenne, to każdym razie za wiele warte. Z irytacją przeciągnął dłonią po zarośniętym podbródku, odmówił drinka, którego zaproponował mu barman, i poruszył głową, rozluźniając napięte mięśnie karku.

– Mówił pan, że ta kobieta jest ruda – zauważył barman. Przypomniał sobie przyprószone śniegiem miedziane loki i skinął głową. – Normalnie na pewno ktoś by ją znał, ale jak pan widzi, pojawiło się tu mnóstwo gości. – Barman stuknął kuflem o ladę i podniósł głos ponad gwarem. – Czy ktoś tu zauważył rudą kobietę?

Severo nie zdziwił się, gdy okazało się, że owszem, kilku mężczyzn zauważyło rudowłosą kobietę, ale nikt nie wiedział, kim ona jest.

Właściciel gospody okazał mu współczucie, prezentując jednak filozoficzne podejście do sytuacji.

– Nie możemy panu zaproponować łóżka, ale mamy kominek, koce, dobrze zaopatrzoną spiżarkę i bar. – Wyciągnął butelkę szkockiej i dodał: – Charlie ma rację, nie ujedzie daleko. A jutro, gdy drogi zostaną oczyszczone, może pan...

Severo potrząsnął głową. Jutro mogło być za późno.

– Powinniśmy powiadomić władze.

Sięgnął po telefon i skrzywił się, gdy nie usłyszał sygnału.

– Od razu panu powiem, że linia naziemna też nie działa, od samego rana. Żadna sieć nie ma zasięgu. Niech pan się czegoś napije, i tak nic nie może pan teraz zrobić.

Severo zgodził się na kawę i zastanowił się nad możliwościami. Zawsze były jakieś możliwości.

– Widziałem przed domem narty. Do kogo należą?

Właściciel wskazał na grupę młodych ludzi na drugim końcu sali.

– To studenci w drodze do Aviemore.

Jakiś mądrala zasugerował, żeby narciarze związali się liną w szeregu. To był żart, ale nasunął mu pewien pomysł. W piętnaście minut później Severo przypiął do nóg pożyczone narty. Kombinezon był nieco przyciasny, ale musiał wystarczyć. Niebo już ciemniało i śnieg wciąż padał, ale wiatr ucichł. Severo wkrótce dotarł do drogi i ruszył w kierunku, gdzie zniknął samochód. Może nie zauważyłby porzuconego pojazdu, gdyby nie zatrzymał się na szczycie wzniesienia, by się rozejrzeć. Dostrzegł światła, zmienił kierunek i podszedł bliżej. Były to przednie światła, a w każdym razie jedno przednie światło jego własnego samochodu zagrzebanego w zaspie. Wyglądało to zupełnie jak w jego wyobrażeniach, z tym że na szczęście za kierownicą nie zauważył ciała kierowcy w dziwnej pozycji. Drzwi były otwarte, ale złodziejka już zniknęła, czym udowodniła swoją głupotę i skłonności samobójcze. Każdy, kto miałby choć odrobinę rozumu, zostałby w środku, ciesząc się schronieniem.

Jego rzeczy wciąż były tam, gdzie je zostawił. Najrozsądniej byłoby zabrać je i wrócić do gospody. Nie był przecież odpowiedzialny za tę wariatkę. Dobrze by jej zrobiło, gdyby znalazła się w statystykach ofiar zimy. On jednak nigdy by sobie nie wybaczył tego, że mógł ją ocalić. W każdym razie powinien przynajmniej spróbować. Stoczył ze sobą krótką wewnętrzną walkę i odetchnął. Uśmiechnął się ponuro, rozejrzał się i dostrzegł w śniegu ślady stóp, które już zaczął przysypywać śnieg. Złodziejka nie mogła oddalić się daleko.

Poszedł za śladami. Wskazywały, że kobieta potknęła się kilka razy i wkrótce stało się jasne, że zatacza kręgi.

Wszystkie dźwięki były przytłumione. Słyszała tylko własny wytężony oddech i z trudem brnęła przed siebie. Wyczerpała już całe zasoby energii i teraz napędzała ją tylko desperacja. Lęk przygniatał ją do ziemi jak ciężki kamień. Była o krok od paniki.

– Lubię śnieg – powtarzała, dysząc. – Uwielbiam śnieg.

Zaraz potem upadła na twarz po raz piąty. Przyszło jej do głowy, że jeśli kiedyś będzie miała wnuki, zanudzi je na śmierć opowiadaniem tej historii – chociaż właściwie opowiadanie o tym, jak babcia ukradła samochód, z pedagogicznego punktu widzenia nie było najlepszym pomysłem.