Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1308 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zima świata - Ken Follett

Akcja książki rozpoczyna się w momencie dojścia Hitlera do władzy w 1933 roku, kilka lat po wydarzeniach opisanych w UPADKU GIGANTÓW. Pojawiają się tu postacie, których losy składały się na fabułę tamtej książki, a także ich dorastające i dorosłe dzieci. W Niemczech mnożą się akty przemocy wobec Żydów, represje wobec politycznych przeciwników partii nazistowskiej. Rodziny von Ulrichów i Francków czynnie przeciwstawiają się nazistom i płacą za to najwyższą cenę. Wołodia, syn Grigorija Peszkowa, attache przy ambasadzie radzieckiej w Berlinie, prowadzi działalność wywiadowczą, werbując niemieckich informatorów. Jednym z nich jest Werner Franck. Drugi z braci Peszkowów, Lew, realizuje swoje marzenie – emigruje do Ameryki i zdobywa fortunę. Jego córka Daisy przyjeżdża do Londynu, gdzie poznaje sympatyzującą z faszystami rodzinę hrabiego Fitzherberta. Uwodzi syna hrabiego, zostaje jego żoną. Na uroczystym balu w Cambridge poznaje Lloyda Williamsa, który zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Daisy nie odwzajemnia jego uczucia. Zrozpaczony Lloyd wyjeżdża do Hiszpanii i zgłasza się jako ochotnik do brygad międzynarodowych. Tuż przed wybuchem II wojny światowej los ponownie zetknie go z Daisy...

Opinie o ebooku Zima świata - Ken Follett

Fragment ebooka Zima świata - Ken Follett

Wydanie elektroniczne

KEN FOL­LETT

Świa­to­wej sła­wy pi­sarz bry­tyj­ski. Po ukoń­cze­niu stu­diów fi­lo­zo­ficz­nych na Uni­ver­si­ty Col­le­ge w Lon­dy­nie pra­co­wał jako re­por­ter i bez więk­sze­go suk­ce­su pu­bli­ko­wał po­wie­ści sen­sa­cyj­ne pod kil­ko­ma pseu­do­ni­ma­mi. Je­de­na­sta z ko­lei – thril­ler wo­jen­ny za­ty­tu­ło­wa­ny Igła – przy­nio­sła mu za­słu­żo­ną sła­wę, zo­sta­ła też na­tych­miast sfil­mo­wa­na z Do­nal­dem Su­ther­lan­dem w ty­tu­ło­wej roli nie­miec­kie­go szpie­ga. Fol­lett wy­spe­cja­li­zo­wał się w thril­le­rach, naj­czę­ściej (choć nie tyl­ko) osa­dzo­nych w re­aliach II woj­ny świa­to­wej (m.in. Klucz do Re­be­ki, Noc nad oce­anem, Lot Ćmy, Trze­ci bliź­niak, Za­bój­cza pa­mięć, Za­mieć) oraz po­wie­ściach hi­sto­rycz­no-przy­go­do­wych (Nie­bez­piecz­na for­tu­na, Fi­la­ry Zie­mi, Świat bez koń­ca, Upa­dek gi­gan­tów, Zima świa­ta). Jego do­ro­bek li­te­rac­ki spo­tkał się z za­in­te­re­so­wa­niem twór­ców fil­mo­wych. Na kan­wie kil­ku ksią­żek po­wsta­ły fil­my ki­no­we bądź se­ria­le te­le­wi­zyj­ne (Klucz do Re­be­ki, Trze­ci bliź­niak, Za­mieć, Na skrzy­dłach or­łów, Fi­la­ry Zie­mi, a ostat­nio Świat bez koń­ca).

Tego au­to­ra

Po­wie­ści hi­sto­rycz­ne

NIE­BEZ­PIECZ­NA FOR­TU­NA

UCIE­KI­NIER

CZŁO­WIEK Z SANKT PE­TERS­BUR­GA

Fi­la­ry Zie­mi

FI­LA­RY ZIE­MI

ŚWIAT BEZ KOŃ­CA

Stu­le­cie

UPA­DEK GI­GAN­TÓW

ZIMA ŚWIA­TA

KRA­WĘDŹ WIECZ­NO­ŚCI

Thril­le­ry wo­jen­ne

IGŁA

KRYP­TO­NIM KAW­KI

LOT ĆMY

KLUCZ DO RE­BE­KI

NOC NAD OCE­ANEM

Thril­le­ry

MŁOT EDE­NU

ZA­BÓJ­CZA PA­MIĘĆ

TRÓJ­KA

ZA­MIEĆ

SKAN­DAL Z MO­DI­GLIA­NIM

TRZE­CI BLIŹ­NIAK

LWY PAN­SZI­RU

PA­PIE­RO­WE PIE­NIĄ­DZE

Li­te­ra­tu­ra fak­tu

NA SKRZY­DŁACH OR­ŁÓW

www.ken-fol­lett.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

WIN­TER OF THE WORLD: BOOK TWO OF THE CEN­TU­RY TRI­LO­GY

Co­py­ri­ght © Ken Fol­lett 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Grze­gorz Ko­ło­dziej­czyk & Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2012

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Ilu­stra­cje na okład­ce:

Nej­ron Pho­to/Shut­ter­stock (ko­bie­ta i męż­czy­zna)

Ka­te­dra św. Paw­ła w Lon­dy­nie, II woj­na świa­to­wa

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-054-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książ­kę tę po­świę­cam pa­mię­ci mo­ich dziad­ków, Toma i Min­nie Fol­let­tów oraz Ar­thu­ra i Bes­sie Evan­sów

GŁÓW­NI BO­HA­TE­RO­WIE

Ame­ry­ka­nie

Ro­dzi­na De­wa­rów

se­na­tor Gus De­war

Rosa De­war, jego żona

Wo­ody De­war, ich star­szy syn

Chuck De­war, ich młod­szy syn

Ur­su­la De­war, mat­ka Gusa

Ro­dzi­na Pe­sh­ko­vów

Lev Pe­sh­kov

Olga Pe­sh­kov, jego żona

Da­isy Pe­sh­kov, ich cór­ka

Mar­ga, ko­chan­ka Lva

Greg Pe­sh­kov, syn Lva i Mar­gi

Gla­dys An­ge­lus, gwiaz­da fil­mo­wa, dru­ga ko­chan­ka Lva

Ro­dzi­na Ro­uzro­khów

Dave Ro­uzrokh

Jo­an­ne Ro­uzrokh, jego cór­ka

Dzie­ci so­cje­ty z Buf­fa­lo

Dot Ren­shaw

Char­lie Fa­rqu­har­son

Inni

Joe Bre­khu­nov, ban­dzior

Brian Hall, dzia­łacz związ­ko­wy

Jac­ky Ja­kes, gwiazd­ka fil­mo­wa

Ed­die Par­ry, ma­ry­narz, przy­ja­ciel Chuc­ka

ka­pi­tan Van­der­me­ier, do­wód­ca Chuc­ka

Mar­ga­ret Cow­dry, pięk­na dzie­dzicz­ka

Po­sta­cie hi­sto­rycz­ne

Fran­klin De­la­no Ro­ose­velt, pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych

Mar­gu­eri­te „Mis­sy” Le­Hand, jego asy­stent­ka

Har­ry Tru­man, wi­ce­pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych

Cor­dell Hull, se­kre­tarz sta­nu

Sum­ner Wel­les, pod­se­kre­tarz sta­nu

Le­slie Gro­ves, puł­kow­nik kor­pu­su in­ży­nie­ryj­ne­go ar­mii

An­gli­cy

Ro­dzi­na Fit­zher­ber­tów

hra­bia Fit­zher­bert, zwa­ny Fit­zem

księż­nicz­ka Bea, jego żona

Boy Fit­zher­bert, wi­ceh­ra­bia Abe­ro­wen, ich star­szy syn

Andy, ich młod­szy syn

Ro­dzi­na Lec­kwi­thów-Wil­liam­sów

Ethel Lec­kwith (z domu Wil­liams), par­la­men­ta­rzyst­ka z Ald­ga­te

Ber­nie Lec­kwith, mąż Ethel

Lloyd Wil­liams, syn Ethel, pa­sierb Ber­nie­go

Mil­lie Lec­kwith, cór­ka Ethel i Ber­nie­go

Inni

Ruby Car­ter, przy­ja­ciół­ka Lloy­da

Bing We­sthamp­ton, przy­ja­ciel Fit­za

Lin­dy i Liz­zie We­sthamp­ton, cór­ki bliź­niacz­ki Bin­ga

Jim­my Mur­ray, syn ge­ne­ra­ła Mur­raya

May Mur­ray, sio­stra Jim­my’ego mar­kiz Low­ther, zwa­ny Low­thie

Na­omi Ave­ry, naj­bliż­sza przy­ja­ciół­ka Mil­lie

Abe Ave­ry, brat Na­omi

Po­sta­cie hi­sto­rycz­ne

Er­nest Be­vin, par­la­men­ta­rzy­sta, se­kre­tarz spraw za­gra­nicz­nych

Niem­cy i Au­stria­cy

Ro­dzi­na von Ulri­chów

Wal­ter von Ulrich

Maud, jego żona (z domu Maud Fit­zher­bert)

Erik, ich syn

Car­la, ich cór­ka

Ada Hem­pel, słu­żą­ca

Kurt, syn Ady z nie­for­mal­ne­go związ­ku

Ro­bert von Ulrich, ku­zyn Wal­te­ra

Jorg Schle­icher, part­ner Ro­ber­ta

Re­bec­ca Ro­sen, sie­ro­ta

Ro­dzi­na Franc­ków

Lu­dwig Franck

Mo­ni­ka, jego żona (z domu von der Hel­bard)

Wer­ner, ich star­szy syn

Frie­da, ich cór­ka

Axel, ich młod­szy syn

Rit­ter, szo­fer hra­bia Kon­rad von der Hel­bard, oj­ciec Mo­ni­ki

Ro­dzi­na Ro­th­man­nów

dok­tor Isa­ac Ro­th­mann

Han­ne­lo­re Ro­th­mann, jego żona

Eva, ich cór­ka

Rudi, ich syn

Ro­dzi­na von Kes­se­lów

Got­t­fried von Kes­sel

He­in­rich von Kes­sel, jego syn

Ge­sta­pow­cy

ko­mi­sarz Tho­mas Mac­ke in­spek­tor Krin­ge­le­in, prze­ło­żo­ny Mac­ke­go

Re­in­hold Wa­gner

Klaus Rich­ter

Gün­ther Schne­ider

Inni

Her­mann Braun, naj­bliż­szy przy­ja­ciel Eri­ka

sier­żant Schwab, ogrod­nik

Wil­helm Frun­ze, na­uko­wiec

Ro­sja­nie

Ro­dzi­na Pesz­ko­wów

Gri­go­rij Pesz­kow

Ka­te­ri­na, jego żona

Wła­di­mir, ich syn, za­wsze na­zy­wa­ny Wo­ło­dią

Ania, ich cór­ka

Inni

Zoja Wo­ro­cyn­ce­wa, fi­zyk

Ilja Dwor­kin, funk­cjo­na­riusz taj­nej po­li­cji puł­kow­nik Le­mi­tow, prze­ło­żo­ny Wo­ło­dii puł­kow­nik Bo­brow, ofi­cer Ar­mii Czer­wo­nej w Hisz­pa­nii

Po­sta­cie hi­sto­rycz­ne

Ław­rien­tij Be­ria, szef taj­nej po­li­cji

Wia­cze­sław Mo­ło­tow, mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych

Hisz­pa­nie

Te­re­sa, na­uczy­ciel­ka czy­ta­nia i pi­sa­nia

Wa­lij­czy­cy

Ro­dzi­na Wil­liam­sów

Dai Wil­liams, dzia­dzio

Cara Wil­liams, bab­cia

Bil­ly Wil­liams, par­la­men­ta­rzy­sta z Abe­ro­wen

Dave, star­szy syn Bil­ly’ego

Keir, młod­szy syn Bil­ly’ego

Ro­dzi­na Grif­fi­th­sów

Tom­my Grif­fi­ths, współ­pra­cow­nik po­li­tycz­ny Bil­ly’ego Wil­liam­sa

Len­ny Grif­fi­ths, syn Tom­my’ego

CZĘŚĆ PIERW­SZADru­gi po­li­czek

ROZ­DZIAŁ 1Rok 1933

I

Car­la wie­dzia­ła, że za chwi­lę mię­dzy ro­dzi­ca­mi roz­pę­ta się bu­rza. Gdy tyl­ko we­szła do kuch­ni, wro­gość owio­nę­ła ją ni­czym prze­ni­ka­ją­cy do szpi­ku ko­ści po­dmuch zim­ne­go wia­tru pę­dzą­ce­go uli­ca­mi Ber­li­na tuż przed lu­to­wą za­mie­cią. O mało nie od­wró­ci­ła się i nie wy­szła.

Ro­dzi­ce pra­wie się nie kłó­ci­li, prze­waż­nie oka­zy­wa­li so­bie czu­łość, i to aż do prze­sa­dy. Car­la wzdry­ga­ła się, wi­dząc, jak ca­łu­ją się w obec­no­ści in­nych lu­dzi. Jej zna­jo­mi uwa­ża­li, że to dziw­ne, bo ich ro­dzi­ce tak się nie za­cho­wy­wa­li. Zwró­ci­ła kie­dyś na to uwa­gę mat­ce, a ona za­śmia­ła się ra­do­śnie.

– Dzień po ślu­bie roz­dzie­li­ła nas wiel­ka woj­na. – Mat­ka uro­dzi­ła się w An­glii, choć trud­no było to po niej po­znać. – Ja zo­sta­łam w Lon­dy­nie, a tata wró­cił do Nie­miec i za­cią­gnął się do woj­ska. – Car­la sły­sza­ła tę opo­wieść wie­le razy, lecz mat­ce nig­dy się ona nie nu­dzi­ła. – My­śle­li­śmy, że za­wie­ru­cha po­trwa trzy mie­sią­ce, ale nie wi­dzia­łam go przez pięć lat. Tę­sk­ni­łam i ma­rzy­łam, żeby go do­tknąć. Te­raz nig­dy nie mam dość.

Oj­ciec był tak samo nie­po­praw­ny.

– Two­ja mat­ka jest naj­mą­drzej­szą ko­bie­tą, jaką znam – oznaj­mił przed kil­ko­ma dnia­mi, gdy byli w kuch­ni. – Wła­śnie dla­te­go się z nią oże­ni­łem. Nie mia­ło to nic wspól­ne­go z… – Nie do­koń­czył, a mat­ka uśmiech­nę­ła się kon­spi­ra­cyj­nie, jak­by je­de­na­sto­let­nia Car­la nie wie­dzia­ła nic o sek­sie. To było że­nu­ją­ce.

Jed­nak od cza­su do cza­su do­cho­dzi­ło mię­dzy nimi do kłót­ni. Car­la wi­dzia­ła jej pierw­sze ozna­ki.

Sie­dzie­li po prze­ciw­nych stro­nach ku­chen­ne­go sto­łu, oj­ciec był ubra­ny w ciem­no­sza­ry gar­ni­tur, wy­kroch­ma­lo­ną bia­łą ko­szu­lę i kra­wat z czar­nej sa­ty­ny. Jak zwy­kle wy­glą­dał ele­ganc­ko, mimo że jego wło­sy się prze­rze­dzi­ły, a ka­mi­zel­ka nie­co wy­brzu­szy­ła pod de­wiz­ką zło­te­go ze­gar­ka. Jego twarz za­sty­gła w wy­ra­zie uda­wa­ne­go spo­ko­ju. Car­la zna­ła tę minę. Przy­bie­rał ją za­wsze, ile­kroć ktoś z ro­dzi­ny zro­bił coś, co go roz­gnie­wa­ło.

Trzy­mał w rę­kach nu­mer „De­mo­kra­ty”, ty­go­dni­ka, w któ­rym pra­co­wa­ła Maud. Pro­wa­dzi­ła w nim dział plo­tek po­li­tycz­nych i dy­plo­ma­tycz­nych, pi­sząc pod pseu­do­ni­mem „lady Maud”. Oj­ciec za­czął po­wo­li czy­tać:

– Nasz nowy kanc­lerz, Herr Adolf Hi­tler, po raz pierw­szy za­pre­zen­to­wał się kor­pu­so­wi dy­plo­ma­tycz­ne­mu pod­czas spo­tka­nia, któ­re­go go­spo­da­rzem był pre­zy­dent Hin­den­burg.

Car­la wie­dzia­ła, że pre­zy­dent jest gło­wą pań­stwa. Był wy­bie­ra­ny przez spo­łe­czeń­stwo, lecz stał po­nad swa­ra­mi co­dzien­nej po­li­ty­ki, peł­niąc funk­cję ar­bi­tra. Pre­mie­rem był kanc­lerz. Hi­tler zo­stał kanc­le­rzem, mimo że jego par­tia na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­na nie zdo­by­ła więk­szo­ści w Re­ich­sta­gu, nie­miec­kim par­la­men­cie. Na ra­zie więc po­zo­sta­łe par­tie mia­ły moż­li­wość ukró­ce­nia eks­ce­sów par­tii na­zi­stow­skiej.

– Spra­wiał wra­że­nie, jak­by czuł się nie­swo­jo we fra­ku – do­koń­czył oj­ciec z nie­sma­kiem. Wy­da­wa­ło się, że wbrew swo­jej woli mówi o czymś tak od­ra­ża­ją­cym jak rynsz­tok.

Maud piła kawę i pa­trzy­ła przez okno na uli­cę, jak­by zaj­mo­wał ją wi­dok lu­dzi spie­szą­cych do pra­cy, ubra­nych w sza­le i rę­ka­wicz­ki. Ona tak­że uda­wa­ła spo­kój, ale Car­la wie­dzia­ła, że tyl­ko cze­ka na wła­ści­wy mo­ment.

Słu­żą­ca Ada sta­ła w far­tu­chu przy bla­cie i kro­iła ser. Po­sta­wi­ła przed oj­cem ta­le­rzyk, on jed­nak nie zwró­cił na to uwa­gi.

– Herr Hi­tler był wy­raź­nie za­uro­czo­ny pa­nią Eli­sa­beth Cer­ru­ti, kul­tu­ral­ną żoną wło­skie­go am­ba­sa­do­ra. Pani am­ba­sa­do­ro­wa mia­ła na so­bie suk­nię z ró­żo­we­go ak­sa­mi­tu z so­bo­lo­wą la­mów­ką.

Mat­ka Car­li za­wsze opi­sy­wa­ła, w co lu­dzie są ubra­ni. Mó­wi­ła, że czy­tel­ni­kom ła­twiej jest ich so­bie wy­obra­zić. Ona tak­że ład­nie się no­si­ła, jed­nak cza­sy były cięż­kie i od lat nie ku­pi­ła so­bie ni­cze­go no­we­go. Tego ran­ka wło­ży­ła su­kien­kę z gra­na­to­we­go kasz­mi­ru, któ­ra przy­pusz­czal­nie do­rów­ny­wa­ła wie­kiem Car­li, mimo to wy­glą­da­ła w niej ład­nie i szczu­pło.

– Si­gno­ra Cer­ru­ti, Ży­dów­ka, jest jed­no­cze­śnie go­rą­cą zwo­len­nicz­ką fa­szy­zmu. Roz­ma­wia­li przez wie­le mi­nut. Czyż­by pro­si­ła Hi­tle­ra o to, aby nie pod­sy­cał nie­na­wi­ści do Ży­dów? – do­koń­czył oj­ciec, rzu­ca­jąc ga­ze­tę na stół.

Te­raz się za­cznie, po­my­śla­ła Car­la.

– Zda­jesz so­bie spra­wę, że tego ro­dza­ju spo­strze­że­nia­mi roz­wście­czysz na­zi­stów?

– Taką mam na­dzie­ję – od­par­ła chłod­no mat­ka Car­li. – W dniu, w któ­rym prze­czy­ta­ją z za­do­wo­le­niem mój ar­ty­kuł, rzu­cę dzien­ni­kar­stwo.

– Oni po­tra­fią być nie­bez­piecz­ni, kie­dy się ich zde­ner­wu­je.

W oczach mat­ki bły­snął gniew.

– Nie waż się trak­to­wać mnie z góry, Wal­te­rze. Zda­ję so­bie spra­wę, że są nie­bez­piecz­ni, i dla­te­go prze­ciw­ko nim wy­stę­pu­ję.

– Mimo to nie wiem, po co ich iry­tu­jesz.

– Ty ata­ku­jesz ich w Re­ich­sta­gu – za­uwa­ży­ła mat­ka. Oj­ciec Car­li był de­pu­to­wa­nym z ra­mie­nia So­cjal­de­mo­kra­tycz­nej Par­tii Nie­miec.

– Uczest­ni­czę w ra­cjo­nal­nej de­ba­cie.

Ja­kie to cha­rak­te­ry­stycz­ne, po­my­śla­ła Car­la. Oj­ciec my­śli lo­gicz­nie, jest ostroż­ny i sta­ra się prze­strze­gać pra­wa, a mat­ka ma swój styl i po­czu­cie hu­mo­ru. On dąży do celu ze spo­koj­nym upo­rem, ona się­ga po swój czar i od­wa­gę. Nig­dy się ze sobą nie zgo­dzą.

– Ja nie do­pro­wa­dzam na­zi­stów do fu­rii – stwier­dził oj­ciec.

– Być może dla­te­go, że nie­spe­cjal­nie im szko­dzisz.

Dow­cip­na ri­po­sta żony roz­zło­ści­ła Wal­te­ra.

– A to­bie się wy­da­je, że za­szko­dzisz im żar­ta­mi?! – spy­tał pod­nie­sio­nym gło­sem.

– Wal­czę z nimi kpi­ną.

– Ona we­dług cie­bie ma za­stą­pić ar­gu­men­ty?

– Uwa­żam, że po­trzeb­ne jest jed­no i dru­gie.

Oj­ciec jesz­cze bar­dziej się roz­gnie­wał.

– Ależ, Maud, nie wi­dzisz, na ja­kie nie­bez­pie­czeń­stwo na­ra­żasz sie­bie i swo­ją ro­dzi­nę?

– Wprost prze­ciw­nie. Praw­dzi­we nie­bez­pie­czeń­stwo tkwi w tym, że prze­sta­nie­my ich wy­śmie­wać. Ja­kie bę­dzie ży­cie na­szych dzie­ci, je­śli Niem­cy sta­ną się pań­stwem fa­szy­stow­skim?

Ta­kie roz­mo­wy przy­pra­wia­ły Car­lę o dresz­cze. Nie mo­gła znieść my­śli, że ro­dzi­nie coś za­gra­ża. Ży­cie musi się to­czyć swo­im to­rem. Ma­rzy­ła, aby za­wsze było tak samo: jest ra­nek, ona sie­dzi z ro­dzi­ca­mi przy so­sno­wym sto­le, Ada krzą­ta się przy kuch­ni. Za chwi­lę Erik zbie­gnie na dół, tu­piąc na scho­dach, jak zwy­kle spóź­nio­ny. Dla­cze­go coś mia­ło­by się zmie­nić?

Przez całe ży­cie słu­cha­ła przy śnia­da­niu roz­mów o po­li­ty­ce i wy­da­wa­ło jej się, że ro­zu­mie, do cze­go dążą ro­dzi­ce, w jaki spo­sób chcą zmie­nić Niem­cy na lep­sze. Ostat­nio jed­nak za­czę­li roz­ma­wiać in­a­czej. Z ich słów wy­ni­ka­ło, że nad kra­jem za­wi­sło strasz­li­we nie­bez­pie­czeń­stwo. Car­la nie bar­dzo po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, co to ta­kie­go.

– Bóg mi świad­kiem, że ro­bię wszyst­ko, co w mo­jej mocy, by po­wstrzy­mać Hi­tle­ra i jego zgra­ję.

– Ja rów­nież, ale ty uwa­żasz, że wy­bra­łeś wła­ści­wy kie­ru­nek – Głos mat­ki stał się tward­szy, za­brzmia­ła w nim nie­chęć. – A mnie oskar­żasz o to, że na­ra­żam ro­dzi­nę na nie­bez­pie­czeń­stwo.

– I mam po temu po­wo­dy – od­pa­ro­wał oj­ciec. Kłót­nia do­pie­ro się za­czy­na­ła, lecz po scho­dach zbiegł Erik, tu­piąc jak koń. Wpadł do kuch­ni z tor­bą szkol­ną na ra­mie­niu. Miał trzy­na­ście lat, był dwa lata star­szy od Car­li, i na jego gór­nej war­dze po­ja­wi­ły się brzyd­kie czar­ne wło­ski. Kie­dyś bez prze­rwy się ra­zem ba­wi­li, lecz tam­te cza­sy ode­szły w prze­szłość. Erik urósł i te­raz utrzy­my­wał, że Car­la jest głu­pia i dzie­cin­na. W rze­czy­wi­sto­ści była mą­drzej­sza od nie­go, wie­dzia­ła dużo rze­czy, któ­rych on nie ro­zu­miał, zna­ła na przy­kład cy­kle mie­sięcz­ne ko­bie­ty.

– Jaką me­lo­dię gra­łaś? – za­py­tał mat­kę.

Ran­kiem czę­sto bu­dził ich dźwięk for­te­pia­nu Ste­in­waya. Odzie­dzi­czy­li go, po­dob­nie jak dom, po ro­dzi­cach ojca. Mama gry­wa­ła rano, mó­wi­ła, że w cią­gu dnia jest za­ję­ta, a wie­czo­rem zbyt zmę­czo­na. Tego ran­ka za­gra­ła so­na­tę Mo­zar­ta, a póź­niej me­lo­dię jaz­zo­wą.

– Nosi ty­tuł Ti­ger Rag – od­par­ła mama. – Chcesz sera?

– Jazz to de­ka­den­cja – prych­nął Erik.

– Nie pleć głupstw.

Ada po­da­ła Eri­ko­wi ta­le­rzyk z se­rem i pla­ster­ka­mi kieł­ba­sy, a on za­czął wpy­chać so­bie je­dze­nie do ust. Car­la uwa­ża­ła, że ma okrop­ne ma­nie­ry.

Oj­ciec spoj­rzał na nie­go su­ro­wo.

– Kto ci opo­wia­da ta­kie bzdu­ry, Eri­ku?

– Her­mann Braun mówi, że jazz to nie mu­zy­ka, tyl­ko mu­rzyń­skie ha­ła­sy. – Her­mann był naj­lep­szym ko­le­gą Eri­ka. Jego oj­ciec na­le­żał do Na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej Nie­miec­kiej Par­tii Ro­bot­ni­ków.

– Po­wi­nien sam spró­bo­wać za­grać. – Oj­ciec spoj­rzał na mat­kę nie­co ła­god­niej. Uśmiech­nę­ła się do nie­go. – Two­ja mama przed wie­lu laty pró­bo­wa­ła na­uczyć mnie rag­ti­me’u, ale nie mo­głem opa­no­wać ryt­mu.

Mat­ka się za­śmia­ła.

– Prę­dzej ży­ra­fa na­uczy­ła­by się jeź­dzić na wrot­kach.

Car­la stwier­dzi­ła z ulgą, że kłót­nia do­bie­gła koń­ca. Po­czu­ła się le­piej. Wzię­ła krom­kę czar­ne­go chle­ba i umo­czy­ła w mle­ku.

Te­raz jed­nak Erik otwo­rzył nowe pole spo­ru.

– Mu­rzy­ni to niż­sza rasa – stwier­dził wy­zy­wa­ją­co.

– Wąt­pię – od­parł cier­pli­wie oj­ciec. – Gdy­by mu­rzyń­ski chło­piec wy­cho­wał się w domu peł­nym ksią­żek i ob­ra­zów i cho­dził do dro­giej szko­ły, w któ­rej uczą do­brzy na­uczy­cie­le, mógł­by oka­zać się by­strzej­szy od cie­bie.

– To śmiesz­ne! – za­pro­te­sto­wał Erik.

– Nie mów tak do ojca, głup­ta­sie – ode­zwa­ła się ła­god­nie Maud, któ­ra całą złość zu­ży­ła na męża. Wy­da­wa­ło się, że jest roz­cza­ro­wa­na, a za­ra­zem zmę­czo­na kłót­nią. – Nie wiesz, o czym mó­wisz, po­dob­nie jak Her­mann Braun.

– Ale rasa aryj­ska musi być naj­lep­sza ze wszyst­kich – upie­rał się Erik. – To my rzą­dzi­my świa­tem!

– Twoi ko­le­dzy na­zi­ści nie mają po­ję­cia o hi­sto­rii – od­parł oj­ciec. – Sta­ro­żyt­ni Egip­cja­nie bu­do­wa­li pi­ra­mi­dy, kie­dy Niem­cy miesz­ka­li w ja­ski­niach. W śre­dnio­wie­czu Ara­bo­wie wła­da­li świa­tem, mu­zuł­ma­nie zna­li al­ge­brę, gdy nie­miec­cy ksią­żę­ta nie po­tra­fi­li na­pi­sać swo­ich na­zwisk. In­te­li­gen­cja nie jest zwią­za­na z rasą.

– A więc z czym? – za­py­ta­ła Car­la.

Oj­ciec spoj­rzał na nią czu­le.

– To bar­dzo do­bre py­ta­nie, a ty je­steś mą­drą dziew­czyn­ką, sko­ro je za­da­łaś. – Car­la roz­pro­mie­ni­ła się, sły­sząc tę po­chwa­łę.

– Cy­wi­li­za­cje po­wsta­ją i upa­da­ją, tak było z Chiń­czy­ka­mi, Az­te­ka­mi, Rzy­mia­na­mi, ale tak na­praw­dę nikt nie wie, dla­cze­go tak się dzie­je.

– Zjedz­cie i włóż­cie pal­ta – po­wie­dzia­ła mat­ka. – Robi się póź­no.

Oj­ciec wy­cią­gnął ze­ga­rek z kie­szon­ki ka­mi­zel­ki i uniósł brwi.

– Nie jest jesz­cze póź­no.

– Mu­szę iść z Car­lą do domu Franc­ków – wy­ja­śni­ła mat­ka. – Szko­ła dla dziew­cząt jest dzi­siaj za­mknię­ta, chy­ba na­pra­wia­ją piec, więc Car­la spę­dzi dzień z Frie­dą.

Frie­da Franck była naj­lep­szą ko­le­żan­ką Car­li, ich mat­ki tak­że się przy­jaź­ni­ły. W mło­do­ści Mo­ni­ka za­ko­cha­ła się w ojcu Car­li. Bab­cia Frie­dy wy­ja­wi­ła to kie­dyś, gdy wy­pi­ła za dużo wina mu­su­ją­ce­go.

– Dla­cze­go Ada nie może za­jąć się Car­lą? – spy­tał oj­ciec.

– Ma umó­wio­ną wi­zy­tę u le­ka­rza.

– Ach tak.

Car­la my­śla­ła, że oj­ciec za­py­ta, co do­le­ga Adzie, ale on tyl­ko ski­nął gło­wą, jak­by znał od­po­wiedź, po czym scho­wał ze­ga­rek. Car­la chcia­ła za­dać to py­ta­nie, lecz coś ją po­wstrzy­ma­ło. Za­no­to­wa­ła so­bie w pa­mię­ci, żeby póź­niej za­py­tać mamę. Po chwi­li już o tym nie pa­mię­ta­ła.

Oj­ciec wy­szedł pierw­szy, wło­żyw­szy dłu­gi czar­ny płaszcz. Erik za­ło­żył czap­kę, zsu­wa­jąc ją tak da­le­ko na tył gło­wy, jak się dało – taka moda pa­no­wa­ła w jego to­wa­rzy­stwie. Po­tem wy­szedł za oj­cem.

Car­la i mat­ka po­mo­gły Adzie sprząt­nąć ze sto­łu. Car­la ko­cha­ła Adę pra­wie tak bar­dzo jak mamę. Kie­dy była mała, Ada opie­ko­wa­ła się nią przez całe dnie, aż Car­la uro­sła i po­szła do szko­ły. Mama za­wsze pra­co­wa­ła. Ada nie mia­ła jesz­cze męża. Skoń­czy­ła dwa­dzie­ścia dzie­więć lat i była brzyd­ka, ale miło się uśmie­cha­ła. La­tem ubie­głe­go roku ro­man­so­wa­ła z po­li­cjan­tem Pau­lem Hu­be­rem, lecz nie trwa­ło to dłu­go.

Sta­nę­ły z mat­ką w holu przed lu­strem i za­ło­ży­ły na­kry­cia gło­wy. Mama się nie spie­szy­ła. Wy­bra­ła ka­pe­lusz z gra­na­to­we­go fil­cu, okrą­gły, z wą­skim ron­dem, taki, ja­kie no­si­ły wszyst­kie ko­bie­ty. Zsu­nę­ła go jed­nak nie­co na bok, dzię­ki cze­mu wy­glą­dał bar­dziej gu­stow­nie. Za­kła­da­jąc weł­nia­ną czap­kę, Car­la za­sta­na­wia­ła się, czy bę­dzie mia­ła wy­czu­cie sty­lu mat­ki, któ­ra przy­po­mi­na­ła bo­gi­nię woj­ny. Mia­ła dłu­gą szy­ję, wy­dat­ną bro­dę i ko­ści po­licz­ko­we jak wy­rzeź­bio­ne z bia­łe­go mar­mu­ru. Była pięk­na, ale na pew­no nie ład­na. Car­la mia­ła ta­kie same ciem­ne wło­sy i zie­lo­ne oczy, lecz bar­dziej przy­po­mi­na­ła pulch­ną la­lecz­kę niż po­sąg. Kie­dyś przy­pad­ko­wo pod­słu­cha­ła roz­mo­wę bab­ci z mamą. „Two­je brzyd­kie ka­cząt­ko wy­ro­śnie kie­dyś na ła­bę­dzia, prze­ko­nasz się”, orze­kła bab­cia. Car­la wciąż cze­ka­ła, aż ta prze­po­wied­nia się speł­ni.

Wy­szły z domu, kie­dy mama była go­to­wa. Dom stał w sze­re­gu ład­nych wy­so­kich gma­chów ad­mi­ni­stra­cyj­nych w dziel­ni­cy Mit­te, sta­no­wią­cej daw­ne cen­trum mia­sta. Miesz­ka­li w niej mi­ni­stro­wie i wy­so­cy ofi­ce­ro­wie, tacy jak dzia­dek Car­li, któ­rzy pra­co­wa­li w po­bli­skich gma­chach.

Po­je­cha­ły tram­wa­jem Unter den Lin­den, a na­stęp­nie na Frie­drich­stras­se prze­sia­dły się do me­tra i do­tar­ły do sta­cji Zoo. Ro­dzi­na Franc­ków miesz­ka­ła na po­łu­dnio­wo-za­chod­nim przed­mie­ściu o na­zwie Schöne­berg.

Car­la mia­ła na­dzie­ję, że zo­ba­czy bra­ta Frie­dy, Wer­ne­ra, któ­ry miał czter­na­ście lat. Po­do­bał jej się. Cza­sem ra­zem z Frie­dą wy­obra­ża­ły so­bie, że jed­na wy­cho­dzi za bra­ta dru­giej, zo­sta­ją są­siad­ka­mi, a ich dzie­ci się ze sobą przy­jaź­nią. Frie­da trak­to­wa­ła to jak za­ba­wę, lecz Car­la w skry­to­ści du­cha na­praw­dę tego chcia­ła. Wer­ner był przy­stoj­ny, doj­rza­ły i nie taki głu­pi jak Erik. W dom­ku dla la­lek, któ­ry Car­la mia­ła w swo­im po­ko­ju, w ma­lut­kim łó­żecz­ku spa­li obok sie­bie mama i tata. No­si­li imio­na Car­la i Wer­ner, ale nikt o tym nie wie­dział, na­wet jej przy­ja­ciół­ka.

Frie­da mia­ła jesz­cze jed­ne­go bra­ta, sied­mio­let­nie­go Axla, któ­ry uro­dził się z roz­sz­cze­pem krę­go­słu­pa i wy­ma­gał sta­łej opie­ki me­dycz­nej. Prze­by­wał w spe­cjal­nym szpi­ta­lu na przed­mie­ściu Ber­li­na.

W cza­sie jaz­dy mat­ka była za­my­ślo­na.

– Mam na­dzie­ję, że wszyst­ko do­brze się uło­ży – po­wie­dzia­ła ci­cho, jak­by do sie­bie, kie­dy wy­sia­da­ły z po­cią­gu.

– Oczy­wi­ście, że tak – za­pew­ni­ła ją Car­la. – Z Frie­dą bę­dzie mi faj­nie.

– Nie to mia­łam na my­śli. Mó­wię o ar­ty­ku­le, w któ­rym na­pi­sa­łam o Hi­tle­rze.

– Czy coś nam gro­zi? Tata miał ra­cję?

– Twój tata prze­waż­nie ma ra­cję.

– Co się z nami sta­nie, je­śli roz­zło­ści­my na­zi­stów? – spy­ta­ła Car­la.

Mat­ka przez dłuż­szą chwi­lę pa­trzy­ła na nią dziw­nie.

– Boże dro­gi, na jaki świat cię spro­wa­dzi­łam… – Wes­tchnę­ła i za­mil­kła.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach mar­szu do­tar­ły do wspa­nia­łej wil­li z wiel­kim ogro­dem. Franc­ko­wie byli bo­ga­ci. Oj­ciec Frie­dy, Lu­dwig, miał fa­bry­kę pro­du­ku­ją­cą od­bior­ni­ki ra­dio­we. Na pod­jeź­dzie sta­ły dwa sa­mo­cho­dy. Duży, lśnią­cy i czar­ny wóz na­le­żał do Herr Franc­ka. Sil­nik za­war­czał i z rury uniósł się ob­łok nie­bie­skich opa­rów. Szo­fer Rit­ter stał z czap­ką w ręku, go­to­wy otwo­rzyć drzwicz­ki. Spodnie uni­for­mu miał wpusz­czo­ne w cho­lew­ki bu­tów. Ukło­nił się i po­wie­dział:

– Dzień do­bry, Frau von Ulrich.

Dru­gi, mniej­szy sa­mo­chód był dwu­oso­bo­wy i miał zie­lo­ny ko­lor. Z domu wy­szedł ni­ski męż­czy­zna z siwą bro­dą, niósł skó­rza­ną tecz­kę. Wsia­da­jąc do auta, do­tknął pal­ca­mi ron­da ka­pe­lu­sza. W ten spo­sób wi­tał mat­kę Car­li.

– Cie­ka­we, co dok­tor Ro­th­mann robi tu­taj tak wcze­śnie rano? – za­sta­na­wia­ła się Maud.

Wkrót­ce obie mia­ły się tego do­wie­dzieć. Do drzwi po­de­szła wy­so­ka ko­bie­ta z bu­rzą ru­dych wło­sów, była to mat­ka Frie­dy, Mo­ni­ka. Na jej po­bla­dłej twa­rzy ma­lo­wał się nie­po­kój. Za­miast przy­wi­tać go­ści, sta­nę­ła w drzwiach, jak­by chcia­ła unie­moż­li­wić im wej­ście.

– Frie­da za­cho­ro­wa­ła na odrę! – oznaj­mi­ła.

– Przy­kro mi – od­par­ła Maud. – Jak się czu­je?

– Okrop­nie, ma go­rącz­kę i ka­szel. Ale Ro­th­mann mówi, że wy­zdro­wie­je. Na ra­zie musi przejść kwa­ran­tan­nę.

– Na­tu­ral­nie. Ty mia­łaś odrę?

– Tak, kie­dy by­łam mała.

– Wer­ner też, pa­mię­tam, że do­stał strasz­nej wy­syp­ki na ca­łym cie­le. A twój mąż?

– Ludi prze­szedł odrę w dzie­ciń­stwie.

Ko­bie­ty spoj­rza­ły na Car­lę, któ­ra jesz­cze nie cho­ro­wa­ła na odrę. Dziew­czyn­ka uświa­do­mi­ła so­bie, że nie bę­dzie jej dane spę­dzić tego dnia z Frie­dą.

Była roz­cza­ro­wa­na, lecz mat­ka wy­glą­da­ła na wzbu­rzo­ną.

– W tym ty­go­dniu wy­da­je­my nu­mer wy­bor­czy, nie mogę nie przyjść do pra­cy.

Wszy­scy do­ro­śli bali się wy­bo­rów po­wszech­nych wy­zna­czo­nych na na­stęp­ną nie­dzie­lę. Mama i tata Car­li oba­wia­li się, że na­zi­ści zdo­bę­dą peł­nię wła­dzy.

– Poza tym z Lon­dy­nu przy­jeż­dża moja przy­ja­ciół­ka. Może uda się na­mó­wić Wal­te­ra, żeby wziął wol­ny dzień i po­pil­no­wał Car­li?

– Może do nie­go za­dzwoń? – za­pro­po­no­wa­ła Mo­ni­ka. Nie­wie­lu lu­dzi mia­ło w do­mach te­le­fo­ny, lecz Franc­ko­wie na­le­że­li do tej gru­py. Car­la i jej mat­ka we­szły do domu. Urzą­dze­nie sta­ło na sto­li­ku z cie­niut­ki­mi nóż­ka­mi umiesz­czo­nym koło drzwi. Mama Car­li pod­nio­sła słu­chaw­kę i po­da­ła nu­mer biu­ra ojca w Re­ich­sta­gu. Gdy ją po­łą­czo­no, wy­ja­śni­ła mu, jaka jest sy­tu­acja. Słu­cha­ła go przez mi­nu­tę, a po­tem spoj­rza­ła gniew­nie.

– Moja ga­ze­ta za­chę­ci sto ty­się­cy czy­tel­ni­ków, by pro­wa­dzi­li kam­pa­nię na rzecz So­cjal­de­mo­kra­tycz­nej Par­tii Nie­miec – przy­po­mnia­ła. – Na­praw­dę masz dzi­siaj coś waż­niej­sze­go do ro­bo­ty?

Car­la do­my­śla­ła się, jaki bę­dzie ko­niec tej sprzecz­ki. Oj­ciec bar­dzo ją ko­chał, wie­dzia­ła o tym, ale w cią­gu je­de­na­stu lat ani razu nie opie­ko­wał się nią przez cały dzień. Oj­co­wie wszyst­kich ko­le­ża­nek po­stę­po­wa­li tak samo. Męż­czyź­ni nie zaj­mo­wa­li się ta­ki­mi spra­wa­mi, jed­nak mama cza­sem uda­wa­ła, że nie zna za­sad rzą­dzą­cych ży­ciem ko­biet.

– Wo­bec tego będę mu­sia­ła za­brać ją ze sobą do re­dak­cji – stwier­dzi­ła. – Aż boję się po­my­śleć, co po­wie Joch­mann. – Herr Joch­mann był jej sze­fem. – Trud­no go uznać za fe­mi­ni­stę, na­wet gdy jest w naj­lep­szym na­stro­ju. – Odło­ży­ła słu­chaw­kę, nie po­że­gnaw­szy się.

Car­la nie zno­si­ła, kie­dy ro­dzi­ce się kłó­ci­li, a dzi­siaj zda­rzy­ło się to już po raz dru­gi. Na­gle cały świat chwiał się w po­sa­dach. Car­la o wie­le bar­dziej bała się kłót­ni niż na­zi­stów.

– No trud­no, idzie­my. – Mama wes­tchnę­ła, kie­ru­jąc się do drzwi.

Na­wet nie zo­ba­czę Wer­ne­ra, po­my­śla­ła ze smut­kiem Car­la. Wła­śnie w tej chwi­li w holu po­ja­wił się oj­ciec Frie­dy, ru­mia­ny je­go­mość z ma­łym czar­nym wą­si­kiem, po­god­ny i pe­łen ener­gii. Za­trzy­mał się, by za­mie­nić kil­ka uprzej­mych zdań z Maud. Mo­ni­ka po­ma­ga­ła mu wło­żyć czar­ną pe­li­sę z fu­trza­nym koł­nie­rzem.

Pod­szedł do scho­dów.

– Wer­ne­rze! – za­wo­łał. – Bo po­ja­dę bez cie­bie! – Za­ło­żył sza­ry za­mszo­wy ka­pe­lusz i wy­szedł.

– Już je­stem, już je­stem! – Wer­ner zbie­gał po stop­niach ni­czym tan­cerz. Był wy­so­ki jak oj­ciec, ale przy­stoj­niej­szy, i miał nie­co za dłu­gie ru­do­blond wło­sy. Pod pa­chą trzy­mał skó­rza­ną tecz­kę wy­pcha­ną książ­ka­mi, w dru­giej ręce niósł łyż­wy i kij ho­ke­jo­wy. Za­trzy­mał się na chwi­lę. – Dzień do­bry, Frau von Ulrich – po­wie­dział grzecz­nie. – Cześć, Car­la, moja sio­stra ma odrę – do­dał nie­co swo­bod­niej.

Car­la po­czu­ła, że się ru­mie­ni.

– Wiem – od­par­ła. Chcia­ła po­wie­dzieć coś mi­łe­go, a za­ra­zem za­baw­ne­go, lecz nic nie przy­cho­dzi­ło jej do gło­wy. – Ja nig­dy na to nie cho­ro­wa­łam, więc nie mogę się z nią zo­ba­czyć.

– Ja mia­łem odrę w dzie­ciń­stwie – od­rzekł, jak­by to było bar­dzo daw­no temu. – Mu­szę się spie­szyć – do­dał prze­pra­sza­ją­cym to­nem.

Car­la nie chcia­ła tak szyb­ko tra­cić Wer­ne­ra z oczu, więc wy­szła za nim. Rit­ter stał przy otwar­tych tyl­nych drzwiach auta.

– Co to za wóz? – za­py­ta­ła. Chłop­cy za­wsze zna­li mar­ki sa­mo­cho­dów.

– Li­mu­zy­na Mer­ce­des-Benz W-dzie­sięć.

– Musi być bar­dzo wy­god­ny. – Za­uwa­ży­ła, że mama spo­glą­da na nią tro­chę za­sko­czo­na, a tro­chę roz­ba­wio­na.

– Pod­wieźć cię? – spy­tał Wer­ner.

– By­ło­by faj­nie.

– Za­py­tam ojca. – Wer­ner wsu­nął gło­wę do sa­mo­cho­du i coś po­wie­dział.

Car­la od­wró­ci­ła się do mamy.

– Może po­je­dzie­my au­tem!

Maud wa­ha­ła się, ale tyl­ko przez chwi­lę. Nie po­chwa­la­ła prze­ko­nań po­li­tycz­nych Herr Franc­ka, któ­ry fi­nan­so­wał na­zi­stów, lecz ra­nek był zim­ny i nie za­mie­rza­ła wzgar­dzić pod­wóz­ką cie­płym sa­mo­cho­dem.

– To bar­dzo miłe z two­jej stro­ny, Lu­dwi­gu.

Wsia­dły do auta, z tyłu było miej­sce dla czte­rech osób. Rit­ter ru­szył płyn­nie.

– Przy­pusz­czam, że je­dziesz na Koch Stras­se? – rzu­cił Herr Franck. Re­dak­cje wie­lu ga­zet i wy­daw­nictw mie­ści­ły się przy tej sa­mej uli­cy w dziel­ni­cy Kreu­zberg.

– Nie zba­czaj z dro­gi, pro­szę. Wy­star­czy, je­śli pod­rzu­ci­cie nas do Le­ip­zi­ger Stras­se.

– Chęt­nie pod­wió­zł­bym cię pod same drzwi, ale pew­nie byś nie chcia­ła, żeby ko­le­dzy le­wi­cow­cy zo­ba­czy­li cię wy­sia­da­ją­cą z sa­mo­cho­du spa­sio­ne­go plu­to­kra­ty – od­rzekł Franck to­nem, w któ­rym we­so­łość mie­sza­ła się z wro­go­ścią.

Mat­ka Car­li uśmiech­nę­ła się cza­ru­ją­co.

– Nie je­steś spa­sio­ny, Ludi, tyl­ko odro­bi­nę pulch­ny.

Klep­nę­ła koł­nierz jego pal­ta.

Herr Franck się ro­ze­śmiał.

– Sam się o to pro­si­łem. – Na­pię­cie znik­nę­ło. Franck wziął tubę i wy­dał po­le­ce­nie Rit­te­ro­wi.

Car­la nie po­sia­da­ła się z ra­do­ści, sie­dząc w sa­mo­cho­dzie z Wer­ne­rem, i chcia­ła jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać oka­zję, lecz z po­cząt­ku nie wie­dzia­ła, o czym z nim roz­ma­wiać. Tak na­praw­dę chcia­ła za­py­tać: „Kie­dy bę­dziesz star­szy, ze­chcesz oże­nić się z dziew­czy­ną o ciem­nych wło­sach i zie­lo­nych oczach, któ­ra jest od cie­bie o trzy lata młod­sza, a oprócz tego mą­dra?”. W koń­cu wska­za­ła pal­cem jego łyż­wy.

– Masz dzi­siaj mecz?

– Nie, tyl­ko po­tre­nu­je­my po lek­cjach.

– Na ja­kiej po­zy­cji grasz? – Car­la nie mia­ła po­ję­cia o ho­ke­ju na lo­dzie, ale w spor­tach ze­spo­ło­wych za­wsze gra się na ja­kiejś po­zy­cji.

– Na pra­wym skrzy­dle.

– Czy to nie­bez­piecz­ny sport?

– Nie, je­śli po­tra­fisz szyb­ko jeź­dzić.

– Je­stem pew­na, że jeź­dzisz wspa­nia­le.

– Nie­źle – od­parł skrom­nie chło­piec.

Car­la znów za­uwa­ży­ła, że mama zer­ka na nią z za­gad­ko­wym uśmiesz­kiem. Czyż­by od­ga­dła, co cór­ka czu­je do Wer­ne­ra? Car­la po­czu­ła, że znów się czer­wie­ni.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się przed drzwia­mi szko­ły i Wer­ner wy­siadł.

– Do wi­dze­nia wszyst­kim! – za­wo­łał i wbiegł na dzie­dzi­niec.

Rit­ter po­je­chał da­lej wzdłuż po­łu­dnio­we­go brze­gu ka­na­łu Lan­dwehr. Car­la pa­trzy­ła na bar­ki, na któ­rych pię­trzy­ły się sto­sy wę­gla zwień­czo­ne cza­pa­mi śnie­gu. Była roz­cza­ro­wa­na. Spryt­nie pod­su­nę­ła Wer­ne­ro­wi myśl, żeby ją pod­wiózł, i dzię­ki temu mo­gła spę­dzić z nim wię­cej cza­su, a póź­niej zmar­no­wa­ła te chwi­le, plo­tąc o ho­ke­ju.

A o czym chcia­ła­by z nim roz­ma­wiać? Nie wie­dzia­ła.

– Maud, prze­czy­ta­łem twój fe­lie­ton w „De­mo­kra­cie” – za­ga­ił Herr Franck.

– Mam na­dzie­ję, że ci się spodo­bał.

– Stwier­dzi­łem z przy­kro­ścią, że nie oka­zu­jesz sza­cun­ku na­sze­mu kanc­le­rzo­wi.

– Uwa­żasz, że dzien­ni­ka­rze po­win­ni pi­sać o po­li­ty­kach z sza­cun­kiem? – spy­ta­ła we­so­ło Maud. – To ra­dy­kal­ny po­gląd. Na­zi­stow­ska pra­sa mu­sia­ła­by wy­ra­żać się uprzej­mie o moim mężu! Wca­le by im się to nie po­do­ba­ło.

– Nie o wszyst­kich po­li­ty­kach, to ja­sne – od­rzekł po­iry­to­wa­ny Franck.

Prze­je­cha­li ru­chli­we skrzy­żo­wa­nie na Po­ts­da­mer Platz, któ­ry sta­no­wił ist­ny ga­li­ma­tias mi­ja­ją­cych się sa­mo­cho­dów, tram­wa­jów, po­wo­zów kon­nych oraz prze­chod­niów.

– Czy to nie le­piej, gdy pra­sa może w taki sam spo­sób kry­ty­ko­wać wszyst­kich? – do­cie­ka­ła Maud.

– Do­sko­na­ły po­mysł, ale wy, so­cja­li­ści, ży­je­cie w świe­cie ma­rzeń. My, lu­dzie prak­tycz­ni, wie­my, że Niem­cy nie mogą żyć ide­ami. Lu­dzie mu­szą mieć co jeść, co za­ło­żyć na nogi i czym się ogrzać.

– Zga­dzam się z tym, mnie też przy­da­ło­by się wię­cej wę­gla na zimę. Ale chcę, żeby Car­la i Erik do­ra­sta­li jako oby­wa­te­le wol­ne­go kra­ju.

– Prze­ce­niasz wol­ność, ona nie daje szczę­ścia. Lu­dzie wolą sil­ne przy­wódz­two. Ja chcę, żeby Wer­ner, Frie­da i bied­ny Axel wy­cho­wa­li się w kra­ju, któ­ry jest dum­ny, zdy­scy­pli­no­wa­ny i zjed­no­czo­ny.

– Czy wa­run­kiem jed­no­ści jest to, że mło­do­cia­ne ban­dzio­ry w brą­zo­wych ko­szu­lach biją sta­rych ży­dow­skich skle­pi­ka­rzy?

– Po­li­ty­ka jest twar­da, nic się na to nie po­ra­dzi.

– Wprost prze­ciw­nie. Ty i ja je­ste­śmy li­de­ra­mi spo­łecz­ny­mi, Lu­dwi­gu, każ­de na swój spo­sób peł­ni taką funk­cję. I na nas spo­czy­wa obo­wią­zek, by uczy­nić po­li­ty­kę mniej twar­dą i bez­względ­ną, a bar­dziej uczci­wą i ra­cjo­nal­ną. Je­śli tego nie zro­bi­my, nie wy­peł­ni­my pa­trio­tycz­ne­go obo­wiąz­ku.

Herr Franck się zje­żył.

Car­la nie wie­dzia­ła zbyt dużo o męż­czy­znach, lecz uświa­do­mi­ła so­bie, że nie lu­bią być po­ucza­ni przez ko­bie­ty. Naj­wi­docz­niej mama zgu­bi­ła gdzieś swo­ją de­li­kat­ność. Jed­nak nie tyl­ko ona. Wszy­scy byli spię­ci i zde­ner­wo­wa­ni, nad­cho­dzą­ce wy­bo­ry dzia­ła­ły tak na każ­de­go.

Sa­mo­chód do­je­chał do Le­ip­zi­ger Platz.

– Gdzie mogę cię wy­rzu­cić? – za­py­tał zim­no Herr Franck.

– Tu­taj jest w sam raz – od­par­ła Maud.

Franck stuk­nął w szkla­ną prze­gro­dę. Rit­ter za­trzy­mał wóz i wy­siadł żwa­wo, by otwo­rzyć drzwi.

– Mam na­dzie­ję, że Frie­da szyb­ko wy­zdro­wie­je – rze­kła Maud.

– Dzię­ku­ję.

Maud i Car­la wy­sia­dły, Rit­ter za­mknął drzwi.

Do sie­dzi­by re­dak­cji po­zo­sta­ło jesz­cze kil­ka­na­ście mi­nut mar­szu, lecz Maud naj­wy­raź­niej nie chcia­ła dłu­żej po­zo­sta­wać w au­cie. Car­la mia­ła na­dzie­ję, że mama nie po­kłó­ci się na amen z Herr Franc­kiem. Utrud­ni­ło­by jej to spo­ty­ka­nie się z Frie­dą i Wer­ne­rem, a tego bar­dzo nie chcia­ła.

Ru­szy­ły raź­nym kro­kiem.

– Po­sta­raj się za­cho­wy­wać grzecz­nie w re­dak­cji – po­wie­dzia­ła Maud. Car­la usły­sza­ła w jej gło­sie bła­gal­ny ton i za­wsty­dzi­ła się, że spra­wia mat­ce kło­pot. Po­sta­no­wi­ła, że bę­dzie bar­dzo grzecz­na.

Po dro­dze mama po­zdro­wi­ła kil­ka osób. Pro­wa­dzi­ła wła­sny dział w ga­ze­cie, od­kąd Car­la się­ga­ła pa­mię­cią, i była zna­na w śro­do­wi­sku dzien­ni­kar­skim. Wszy­scy na­zy­wa­li ją z an­giel­ska „lady Maud”.

W po­bli­żu bu­dyn­ku, w któ­rym mie­ści­ła się re­dak­cja „De­mo­kra­ty”, do­strze­gły zna­jo­mą syl­wet­kę; był to sier­żant Schwab, któ­ry wal­czył ra­zem z oj­cem w cza­sie wiel­kiej woj­ny i wciąż no­sił krót­ko ob­cię­te wło­sy w su­ro­wym woj­sko­wym sty­lu. Po woj­nie pra­co­wał jako ogrod­nik naj­pierw u dziad­ka, a póź­niej u ojca Car­li, jed­nak ukradł pie­nią­dze z port­mo­net­ki mamy i oj­ciec go wy­rzu­cił. Te­raz miał na so­bie brzyd­ki brą­zo­wa­wy mun­dur sztur­mow­ców. Nie byli to żoł­nie­rze, lecz na­zi­ści, któ­rym dano wła­dzę, jaką mają for­ma­cje po­moc­ni­cze po­li­cji.

– Dzień do­bry, Frau von Ulrich! – ode­zwał się gło­śno, jak­by wca­le nie wsty­dził się tego, że jest zło­dzie­jem. Na­wet nie do­tknął pal­ca­mi czap­ki.

Maud ski­nę­ła chłod­no gło­wą i prze­szła obok nie­go.

– Cie­ka­we, dla­cze­go on się tu­taj krę­ci – mruk­nę­ła, gdy wcho­dzi­ły do bu­dyn­ku.

Re­dak­cja ga­ze­ty zaj­mo­wa­ła pierw­sze pię­tro no­wo­cze­sne­go biu­row­ca. Car­la wie­dzia­ła, że nie ucie­szą się tam na wi­dok dziec­ka, i mia­ła na­dzie­ję, że zdo­ła­ją wejść z mat­ką nie­zau­wa­żo­ne. Jed­nak na scho­dach na­tknę­ły się na Herr Joch­man­na. Był to tęgi męż­czy­zna w gru­bych oku­la­rach.

– Co to ma zna­czyć? – za­py­tał z pa­pie­ro­sem w ustach. – Nie pro­wa­dzi­my tu przed­szko­la.

Maud nie za­re­ago­wa­ła na ten brak uprzej­mo­ści.

– Za­sta­na­wia­łam się nad spo­strze­że­niem, któ­re wy­gło­si­łeś przed­wczo­raj. Stwier­dzi­łeś, że mło­dzi wy­obra­ża­ją so­bie, iż dzien­ni­kar­stwo to za­wód wspa­nia­ły i pe­łen za­szczy­tów, a nie ro­zu­mie­ją, jak dużo cięż­kiej pra­cy wy­ma­ga.

Męż­czy­zna zmarsz­czył czo­ło.

– Tak po­wie­dzia­łem? No cóż, taka jest praw­da.

– Przy­pro­wa­dzi­łam więc cór­kę, żeby zo­ba­czy­ła, jak wy­glą­da dzien­ni­kar­ska rze­czy­wi­stość. Uwa­żam, że bę­dzie to dla niej cen­na na­uka, szcze­gól­nie je­śli zo­sta­nie pi­sar­ką. Opi­sze wi­zy­tę tu­taj i prze­czy­ta w kla­sie. Je­stem pew­na, że temu przy­kla­śniesz.

Maud zmy­śli­ła tę hi­sto­ryj­kę na po­cze­ka­niu, lecz za­brzmia­ła ona prze­ko­nu­ją­co. Na­wet Car­la pra­wie w nią uwie­rzy­ła. Mama wresz­cie przy­po­mnia­ła so­bie, że war­to być mi­łym dla lu­dzi.

– Wy­da­wa­ło mi się, że przyj­mu­jesz dzi­siaj waż­ne­go go­ścia z Lon­dy­nu – rzekł Joch­mann.

– Tak, przy­jeż­dża Ethel Lec­kwith, moja sta­ra przy­ja­ciół­ka. Zna­ła Car­lę, gdy była ma­lut­ka.

Wy­glą­da­ło na to, że Joch­mann zo­stał nie­co udo­bru­cha­ny.

– Za pięć mi­nut mamy ze­bra­nie re­dak­cyj­ne. Ku­pię tyl­ko pa­pie­ro­sy.

– Car­la ci je przy­nie­sie – za­pro­po­no­wa­ła Maud, od­wra­ca­jąc się do cór­ki. – Kil­ka bu­dyn­ków da­lej jest sklep ty­to­nio­wy, Herr Joch­mann lubi pa­pie­ro­sy Roth-Han­dle.

– To za­osz­czę­dzi mi wy­ciecz­ki – ucie­szył się Joch­mann, wrę­cza­jąc Car­li mo­ne­tę jed­no­mar­ko­wą.

– Kie­dy wró­cisz, będę w swo­im po­ko­ju na wprost scho­dów, obok włącz­ni­ka alar­mu po­ża­ro­we­go – po­wie­dzia­ła Maud do Car­li, po czym od­wró­ci­ła się i kon­fi­den­cjo­nal­nym ge­stem wzię­ła Joch­man­na pod rękę. – Nie­wy­klu­czo­ne, że ze­szło­ty­go­dnio­wy nu­mer był na­szym naj­lep­szym.

Car­la wy­bie­gła na uli­cę. Mat­ce upie­kło się dzię­ki temu, że za­sto­so­wa­ła swo­ją cha­rak­te­ry­stycz­ną pozę łą­czą­cą bez­czel­ność z za­lot­no­ścią. „My, ko­bie­ty, mu­si­my wy­ko­rzy­sty­wać każ­dy oręż, jaki mamy”, ma­wia­ła. Na­gle Car­la uzmy­sło­wi­ła so­bie, że dzię­ki za­sto­so­wa­niu tak­ty­ki mamy na­kło­ni­ła Herr Franc­ka, aby je pod­wiózł. Może jed­nak jest do niej po­dob­na? Pew­nie dla­te­go mat­ka skwi­to­wa­ła jej za­cho­wa­nie uśmiesz­kiem. Może stwier­dzi­ła, że wi­dzi sie­bie sprzed trzy­dzie­stu lat.

W skle­pie była ko­lej­ka, jak­by po­ło­wa ber­liń­skich dzien­ni­ka­rzy po­sta­no­wi­ła wy­brać się na za­ku­py. Car­la w koń­cu zdo­ła­ła ku­pić pacz­kę pa­pie­ro­sów i wró­ci­ła do re­dak­cji „De­mo­kra­ty”. Bez tru­du zna­la­zła alarm prze­ciw­po­ża­ro­wy, któ­rym była duża dźwi­gnia przy­mo­co­wa­na do ścia­ny, lecz nie za­sta­ła mat­ki w po­ko­ju. Na pew­no po­szła na ze­bra­nie re­dak­cyj­ne.

Car­la ru­szy­ła ko­ry­ta­rzem. Wszyst­kie drzwi sta­ły otwo­rem, w więk­szo­ści po­ko­jów nie było ni­ko­go z wy­jąt­kiem paru ko­biet, któ­re pra­co­wa­ły za­pew­ne jako ma­szy­nist­ki i se­kre­tar­ki. Za ro­giem na ty­łach gma­chu znaj­do­wa­ło się po­miesz­cze­nie ozna­czo­ne na­pi­sem „Sala kon­fe­ren­cyj­na”. Dziew­czyn­ka usły­sza­ła pod­nie­sio­ne gło­sy dys­ku­tu­ją­cych męż­czyzn. Za­pu­ka­ła do drzwi, lecz nikt nie otwo­rzył. Za­wa­ha­ła się, a po­tem na­ci­snę­ła klam­kę i we­szła do środ­ka.

Salę wy­peł­niał dym pa­pie­ro­so­wy, a wo­kół dłu­gie­go sto­łu sie­dzia­ło osiem lub dzie­sięć osób. Za­mil­kli za­sko­cze­ni, gdy Car­la po­de­szła do szczy­tu sto­łu i po­da­ła Joch­man­no­wi pacz­kę pa­pie­ro­sów oraz resz­tę. Uzna­ła ich mil­cze­nie za znak, że źle po­stą­pi­ła, wcho­dząc do sali.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział Joch­mann.

– Bar­dzo pro­szę – od­par­ła dziew­czyn­ka i nie wia­do­mo dla­cze­go dy­gnę­ła.

Męż­czyź­ni się ro­ze­śmia­li.

– To two­ja nowa asy­stent­ka? – rzu­cił ktoś. Car­la już wie­dzia­ła, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

Wy­szła szyb­ko z po­miesz­cze­nia i wró­ci­ła do ga­bi­ne­tu mat­ki. Nie zdej­mo­wa­ła pal­ta, bo było zim­no. Ro­zej­rza­ła się. Na biur­ku stał te­le­fon, ma­szy­na do pi­sa­nia oraz le­ża­ły ster­ty pa­pie­ru i kal­ki.

Obok apa­ra­tu te­le­fo­nicz­ne­go sta­ło opra­wio­ne w ram­kę zdję­cie przed­sta­wia­ją­ce Car­lę Eri­ka i ich ojca. Zro­bio­no je przed pa­ro­ma laty w sło­necz­ny dzień na pla­ży nad je­zio­rem Wan­n­see, dwa­dzie­ścia pięć ki­lo­me­trów od cen­trum Ber­li­na. Tata miał na so­bie szor­ty, wszy­scy się śmia­li. Dzia­ło się to, za­nim Erik za­czął uda­wać po­waż­ne­go, twar­de­go męż­czy­znę.

W ga­bi­ne­cie było jesz­cze tyl­ko jed­no zdję­cie, któ­re wi­sia­ło na ścia­nie. Przed­sta­wia­ło mat­kę Car­li w to­wa­rzy­stwie bo­ha­te­ra so­cjal­de­mo­kra­tów Frie­dri­cha Eber­ta, pierw­sze­go pre­zy­den­ta Nie­miec po za­koń­cze­niu woj­ny. Zo­sta­ło zro­bio­ne ja­kieś dzie­sięć lat temu. Car­la uśmiech­nę­ła się na wi­dok mat­ki, któ­ra była ubra­na w bez­kształt­ną su­kien­kę z ni­ską ta­lią i mia­ła chło­pię­cą fry­zu­rę. Pew­nie taka była wte­dy moda.

Na pół­kach sta­ły książ­ki ad­re­so­we i te­le­fo­nicz­ne, słow­ni­ki kil­ku­na­stu ję­zy­ków oraz atla­sy, ale nie było nic do czy­ta­nia. W szu­fla­dzie le­ża­ły ołów­ki, kil­ka par no­wych rę­ka­wi­czek w opa­ko­wa­niach, pacz­ka pod­pa­sek i no­tes z na­zwi­ska­mi i nu­me­ra­mi te­le­fo­nów.

Car­la usta­wi­ła datę w ka­len­da­rzu: był po­nie­dzia­łek 27 lu­te­go 1933 roku. Na­stęp­nie umie­ści­ła w ma­szy­nie ar­kusz pa­pie­ru i wy­stu­ka­ła swo­je peł­ne na­zwi­sko: He­ike Car­la von Ulrich. Ma­jąc pięć lat, oznaj­mi­ła, że nie po­do­ba jej się imię He­ike i chce, aby wszy­scy uży­wa­li imie­nia Car­la. Była za­sko­czo­na, gdy ro­dzi­na za­sto­so­wa­ła się do jej ży­cze­nia.

Ude­rze­nie w kla­wisz ma­szy­ny po­wo­do­wa­ło, że me­ta­lo­wy pręt uno­sił się i spa­dał na na­są­czo­ną atra­men­tem wstąż­kę, dru­ku­jąc na pa­pie­rze jed­ną li­te­rę. Kie­dy Car­la przy­pad­ko­wo ude­rzy­ła dwa kla­wi­sze, prę­ty się za­kli­no­wa­ły. Usi­ło­wa­ła je pod­wa­żyć, ale nie mo­gła. Na­ci­śnię­cie na­stęp­ne­go też nic nie dało, te­raz za­kli­no­wa­ne były trzy kla­wi­sze. Car­la jęk­nę­ła, wie­dząc, że na­py­ta­ła so­bie bie­dy.

Jej uwa­gę zwró­cił ja­kiś ha­łas na uli­cy i po­de­szła do okna. Środ­kiem jezd­ni ma­sze­ro­wa­ło kil­ka­na­ście bru­nat­nych ko­szul, wy­krzy­ku­jąc ha­sła: „Śmierć Ży­dom!” i „Ży­dzi do pie­kła!”. Car­la nie mo­gła zro­zu­mieć, dla­cze­go ci lu­dzie tak bar­dzo gnie­wa­ją się na Ży­dów, któ­rzy nie róż­nią się od in­nych ni­czym oprócz re­li­gii. Za­sko­czo­na za­uwa­ży­ła, że na cze­le bo­jów­ki ma­sze­ru­je sier­żant Schwab. Współ­czu­ła mu, gdy stra­cił po­sa­dę, gdyż wie­dzia­ła, że nie bę­dzie mu ła­two zna­leźć inną. W Niem­czech pra­cy szu­ka­ły mi­lio­ny męż­czyzn, oj­ciec mó­wił, że to krach go­spo­dar­czy. Ale mama za­da­ła py­ta­nie: „Jak mo­że­my trzy­mać w domu ko­goś, kto krad­nie?”.

Na­gle okrzy­ki się zmie­ni­ły.

– Precz z ży­dow­ski­mi bru­kow­ca­mi! – dar­li się bo­jów­ka­rze. Któ­ryś wziął za­mach i na drzwiach re­dak­cji ogól­no­kra­jo­wej ga­ze­ty roz­pry­sło się zgni­łe wa­rzy­wo. Car­la zo­ba­czy­ła z prze­ra­że­niem, że bru­nat­ne ko­szu­le ru­sza­ją w kie­run­ku gma­chu, w któ­rym była.

Od­su­nę­ła się i wy­glą­da­ła spo­za kra­wę­dzi okna, li­cząc na to, że jej nie za­uwa­żą. Za­trzy­ma­li się przed bu­dyn­kiem, skan­du­jąc ha­sła. Ktoś ci­snął ka­mie­niem i tra­fił w okno, obok któ­re­go sta­ła Car­la. Nie roz­bił szy­by, ona jed­nak krzyk­nę­ła ci­cho ze stra­chu. Po chwi­li do ga­bi­ne­tu we­szła mło­da ma­szy­nist­ka w czer­wo­nym be­re­cie.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­ła, po czym wyj­rza­ła przez okno. – O cho­le­ra.

Bru­nat­ne ko­szu­le wtar­gnę­ły do bu­dyn­ku, Car­la usły­sza­ła ło­mot ich bu­tów na scho­dach. Ogar­nął ją strach, nie wie­dzia­ła, co za­mie­rza­ją.

Sier­żant Schwab wkro­czył do ga­bi­ne­tu Maud i za­wa­hał się na wi­dok ko­bie­ty i dziew­czyn­ki. Szyb­ko jed­nak zdła­wił wszel­kie wąt­pli­wo­ści, chwy­cił ma­szy­nę do pi­sa­nia i wy­rzu­cił ją przez okno. Szy­ba pę­kła z brzę­kiem. Car­la i ma­szy­nist­ka gło­śno krzyk­nę­ły.

Do gma­chu wbie­gli na­stęp­ni bo­jów­ka­rze z ha­sła­mi na ustach.

Schwab zła­pał ma­szy­nist­kę za rękę.

– A te­raz po­wiedz mi, gdzie jest sejf, skar­bie.

– W ar­chi­wum! – od­par­ła prze­ra­żo­na ko­bie­ta.

– Wskaż dro­gę.

– Tak jest!

Schwab wy­pro­wa­dził ją z ga­bi­ne­tu.

Car­la za­czę­ła pła­kać, lecz po chwi­li się opa­no­wa­ła.

Naj­chęt­niej ukry­ła­by się pod biur­kiem, ale po­sta­no­wi­ła, że nie oka­że lęku. Coś ka­za­ło jej po­sta­wić się ban­dy­tom.

Ale co po­win­na zro­bić? Po­sta­no­wi­ła ostrzec mat­kę.

Zbli­ży­ła się do drzwi i ro­zej­rza­ła po ko­ry­ta­rzu. Na­past­ni­cy w bru­nat­nych ko­szu­lach wdzie­ra­li się do po­ko­jów, ale jesz­cze nie do­tar­li do koń­ca ko­ry­ta­rza. Car­la nie wie­dzia­ła, czy pra­cow­ni­cy zgro­ma­dze­ni w sali kon­fe­ren­cyj­nej usły­sze­li ha­ła­sy. Po­bie­gła ile sił ko­ry­ta­rzem, lecz na­gle po­wstrzy­mał ją okrzyk. Zaj­rzaw­szy do jed­ne­go z po­miesz­czeń, zo­ba­czy­ła Schwa­ba, któ­ry po­trzą­sał dziew­czy­ną w czer­wo­nym be­re­cie.

– Gdzie klucz?! – ryk­nął.

– Nie wiem, przy­się­gam!

Nie miał pra­wa trak­to­wać jej w taki spo­sób, Car­la była obu­rzo­na.

– Zo­staw ją, Schwab, ty zło­dzie­ju!

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią nie­na­wist­nym wzro­kiem i na­gle jej strach wzrósł dzie­się­cio­krot­nie. Męż­czy­zna skie­ro­wał wzrok na ko­goś, kto stał za ple­ca­mi Car­li.

– Za­bierz stąd tę małą, niech mi się nie plą­cze pod no­ga­mi, do ja­snej cho­le­ry.

Po­czu­ła na so­bie czy­jeś ręce.

– Je­steś małą Ży­dów­ką? – za­py­tał mę­ski głos. – Tak wy­glą­dasz, masz czar­ne wło­sy.

– Nie je­stem Ży­dów­ką! – krzyk­nę­ła prze­ra­żo­na Car­la.

Bo­jów­karz po­wlókł ją ko­ry­ta­rzem aż do ga­bi­ne­tu mat­ki.

Dziew­czyn­ka po­tknę­ła się i upa­dła na pod­ło­gę.

– Zo­stań tu­taj – roz­ka­zał i od­szedł.

Car­la wsta­ła, nic jej się nie sta­ło. Ko­ry­tarz za­ro­ił się od bru­nat­nych ko­szul, nie mo­gła do­stać się do mat­ki, ale mu­sia­ła we­zwać po­moc.

Wyj­rza­ła przez roz­bi­te okno. Na uli­cy zgro­ma­dził się nie­wiel­ki tłum. Wśród ga­piów sta­ło dwóch po­li­cjan­tów i spo­koj­nie roz­ma­wia­ło.

– Po­li­cja! Ra­tun­ku! – krzyk­nę­ła Car­la, a tam­ci tyl­ko się ro­ze­śmia­li.

To ją roz­gnie­wa­ło i osła­bi­ło strach. Znów wyj­rza­ła na ko­ry­tarz i jej wzrok spo­czął na dźwi­gni alar­mu prze­ciw­po­ża­ro­we­go. Wy­cią­gnę­ła rękę.

Na­gle się za­wa­ha­ła. Nie wol­no włą­czać alar­mu, je­śli się nie pali. Na ścia­nie wi­sia­ła ta­blicz­ka z groź­nie brzmią­cy­mi ostrze­że­nia­mi o ka­rach.

Mimo to Car­la po­cią­gnę­ła dźwi­gnię.

Przez chwi­lę nic się nie dzia­ło. Urzą­dze­nie mo­gło być ze­psu­te.

Wtem roz­legł się do­no­śny ostry sy­gnał o fa­lu­ją­cym na­tę­że­niu, któ­ry wy­peł­nił bu­dy­nek.

Z sali kon­fe­ren­cyj­nej na koń­cu ko­ry­ta­rza nie­mal na­tych­miast wy­bie­gli pra­cow­ni­cy re­dak­cji.

– Co tu się wy­pra­wia, do dia­bła cięż­kie­go?! – krzyk­nął Joch­mann.

– Ten ży­dow­sko-ko­mu­ni­stycz­ny szma­tła­wiec ob­ra­ził na­sze­go przy­wód­cę, więc go za­my­ka­my – wy­ja­śnił je­den z bru­nat­nych bo­jów­ka­rzy.

– Wy­no­cha z mo­jej re­dak­cji!

Tam­ten pu­ścił to mimo uszu i wszedł do ja­kie­goś po­ko­ju. Po chwi­li roz­legł się ko­bie­cy krzyk i ło­skot prze­wra­ca­ne­go me­ta­lo­we­go biur­ka.

Joch­mann zwró­cił się do jed­ne­go z pra­cow­ni­ków:

– Schne­ider, we­zwij po­li­cję, na­tych­miast!

Car­la wie­dzia­ła, że na nic się to nie zda. Po­li­cjan­ci już byli na miej­scu i przy­glą­da­li się bier­nie.

Mat­ka prze­pchnę­ła się przez ciż­bę i po­bie­gła ko­ry­ta­rzem.

– Nic ci się nie sta­ło?! –krzyk­nę­ła, bio­rąc cór­kę w ra­mio­na.

Car­la nie chcia­ła, by po­cie­sza­no ją jak małe dziec­ko. Od­su­wa­jąc się od mat­ki, od­par­ła:

– Ze mną wszyst­ko w po­rząd­ku, nie martw się.

Maud ro­zej­rza­ła się po ga­bi­ne­cie.

– Moja ma­szy­na!

– Wy­rzu­ci­li ją przez okno. – Car­la do­pie­ro te­raz uświa­do­mi­ła so­bie, że nic jej nie gro­zi za za­blo­ko­wa­nie me­cha­ni­zmu.

– Mu­si­my się stąd wy­no­sić. – Maud wzię­ła z biur­ka zdję­cie i po­spiesz­nie wy­pro­wa­dzi­ła Car­lę z ga­bi­ne­tu.

Nikt ich nie za­trzy­my­wał, gdy zbie­ga­ły po scho­dach. Po­staw­ny mło­dy męż­czy­zna, któ­ry mógł być re­por­te­rem, wy­pro­wa­dzał z bu­dyn­ku bo­jów­ka­rza bru­nat­nych ko­szul, trzy­ma­jąc jego gło­wę w moc­nym uści­sku. Car­la i jej mat­ka wy­szły za nimi. Z tyłu po­dą­żał dru­gi bo­jów­karz.

Dzien­ni­karz zbli­żył się do dwóch po­li­cjan­tów, nie pusz­cza­jąc na­past­ni­ka.

– Pro­szę aresz­to­wać tego czło­wie­ka, na­kry­łem go na okra­da­niu re­dak­cji – po­wie­dział. – W jego kie­sze­ni znaj­dą pa­no­wie sło­ik kawy.

– Niech go pan pu­ści – od­rzekł star­szy funk­cjo­na­riusz.

Re­por­ter nie­chęt­nie wy­ko­nał po­le­ce­nie.

Bo­jów­karz, któ­ry wy­szedł za Maud, sta­nął obok ko­le­gi.

– Jak się pan na­zy­wa? – spy­tał po­li­cjant re­por­te­ra.

– Je­stem Ru­dolf Schmidt, ko­re­spon­dent par­la­men­tar­ny ty­go­dni­ka „De­mo­kra­ta”.

– Aresz­tu­ję pana pod za­rzu­tem na­pa­ści na po­li­cjan­tów.

– To śmiesz­ne, ja przy­ła­pa­łem tego czło­wie­ka na kra­dzie­ży!

Po­li­cjant ski­nął na bo­jów­ka­rzy bru­nat­nych ko­szul.

– Za­bierz­cie go na ko­men­dę.

Męż­czyź­ni zła­pa­li Schmid­ta za ręce. Dzien­ni­karz chciał sta­wić opór, lecz na­gle zmie­nił za­miar.

– W na­stęp­nym nu­me­rze „De­mo­kra­ty” uka­że się do­kład­na re­la­cja o tym in­cy­den­cie! – ostrzegł.

– Nie bę­dzie na­stęp­ne­go nu­me­ru – wark­nął funk­cjo­na­riusz. – Za­brać go.

Nad­je­chał wóz stra­żac­ki i wy­sko­czy­ło z nie­go kil­ku­na­stu stra­ża­ków.

– Mu­si­my opróż­nić bu­dy­nek – oznaj­mił szorst­kim gło­sem do­wód­ca.

– Wra­caj­cie do sie­bie, nie ma po­ża­ru – od­parł star­szy z dwóch po­li­cjan­tów. – Sztur­mow­cy za­my­ka­ją ko­mu­ni­stycz­ne pi­sem­ko.

– To nie moja spra­wa – stwier­dził stra­żak. – Włą­czo­no alarm, mu­szę wy­pro­wa­dzić wszyst­kich, łącz­nie ze sztur­mow­ca­mi. Ta­kie jest moje za­da­nie. Po­ra­dzi­my so­bie bez wa­szej po­mo­cy.

Stra­ża­cy we­szli do bu­dyn­ku.

– Och, nie! –jęk­nę­ła Maud. Car­la od­wró­ci­ła się i zo­ba­czy­ła mat­kę, któ­ra pa­trzy­ła na ma­szy­nę le­żą­cą na uli­cy. Me­ta­lo­wa obu­do­wa ode­rwa­ła się od kor­pu­su, od­sła­nia­jąc po­łą­cze­nia kla­wi­szy z prę­ta­mi. Kla­wia­tu­ra wy­gię­ła się, jed­no za­koń­cze­nie rol­ki od­pa­dło, dzwo­ne­czek sy­gna­li­zu­ją­cy ko­niec wier­sza le­żał smęt­nie na zie­mi. Ma­szy­na do pi­sa­nia nie była cen­nym przed­mio­tem, lecz Maud wy­glą­da­ła tak, jak­by za chwi­lę mia­ła wy­buch­nąć pła­czem.

Bru­nat­ne ko­szu­le i pra­cow­ni­cy ty­go­dni­ka wy­cho­dzi­li z gma­chu pro­wa­dze­ni przez stra­ża­ków. Sier­żant Schwab opie­rał się, po­krzy­ku­jąc gniew­nie:

– Tam się nie pali!

Stra­ża­cy wy­pchnę­li go, nie zwa­ża­jąc na pro­te­sty.

Joch­mann pod­szedł do Maud.

– Nie zdą­ży­li wy­rzą­dzić wiel­kich szkód, stra­ża­cy ich po­wstrzy­ma­li. Ten, kto włą­czył alarm, wy­świad­czył nam przy­słu­gę!

Car­la, któ­ra oba­wia­ła się re­pry­men­dy za wy­wo­ła­nie fał­szy­we­go alar­mu, te­raz uświa­do­mi­ła so­bie, że po­stą­pi­ła naj­le­piej, jak to było moż­li­we.

Maud ocie­ra­ła oczy rę­ka­wem. Ten gest świad­czył o tym, jak bar­dzo jest wstrzą­śnię­ta. Gdy­by zro­bi­ła to Car­la, za­raz by ją upo­mnia­no, że trze­ba uży­wać chu­s­tecz­ki do nosa. Dziew­czyn­ka wzię­ła mat­kę za rękę.

– I co my te­raz po­cznie­my? – Mat­ka Car­li nig­dy nie za­da­wa­ła ta­kich py­tań, za­wsze umia­ła zna­leźć wyj­ście z sy­tu­acji.

Na­gle Car­la za­uwa­ży­ła, że w po­bli­żu stoi dwo­je lu­dzi, i spoj­rza­ła na nich. Ko­bie­ta była mniej wię­cej w wie­ku Maud, bar­dzo ład­na, roz­ta­cza­ła aurę oso­by świa­do­mej, że ma wła­dzę. Car­la skądś ją zna­ła, lecz nie wie­dzia­ła skąd. Sto­ją­cy obok mło­dy męż­czy­zna mógł być jej sy­nem. Szczu­pły i nie­zbyt wy­so­ki, wy­glą­dał jak gwiaz­dor fil­mo­wy. Jego twarz o re­gu­lar­nych ry­sach wy­da­wa­ła­by się aż na­zbyt uro­dzi­wa, gdy­by nie nos, któ­ry był spłasz­czo­ny i znie­kształ­co­ny. Obo­je spra­wia­li wra­że­nie wstrzą­śnię­tych, mło­dzie­niec zbladł z gnie­wu.

Ko­bie­ta ode­zwa­ła się pierw­sza, mó­wi­ła po an­giel­sku:

– Cześć, Maud. – Głos wy­dał się Car­li zna­jo­my. – Nie po­zna­łaś mnie? Je­stem Ethel Lec­kwith, a to Lloyd.

II

Lloyd Wil­liams za­pi­sał się w Ber­li­nie do klu­bu bok­ser­skie­go, w któ­rym za parę pen­sów mógł tre­no­wać przez go­dzi­nę. Klub mie­ścił się w ro­bot­ni­czej dziel­ni­cy Wed­ding, na pół­noc od cen­trum mia­sta. Ćwi­czył z pa­łecz­ka­mi, pił­ką le­kar­ską i ska­kan­ką, młó­cił pię­ścia­mi grusz­kę, a po­tem za­kła­dał kask i bok­so­wał przez pięć rund na rin­gu. Tre­ner zna­lazł mu spa­ring­part­ne­ra, Niem­ca w tym sa­mym wie­ku i o tej sa­mej wa­dze. Lloyd wal­czył w wa­dze pół­śred­niej. Mło­dy Nie­miec miał szyb­ki, za­ska­ku­ją­cy cios i kil­ka razy zdo­łał moc­no tra­fić Lloy­da, za­nim ten wy­pro­wa­dził lewy sier­po­wy i po­słał prze­ciw­ni­ka na de­ski.

Lon­dyń­ski East End, gdzie Lloyd się wy­cho­wał, był złą dziel­ni­cą. Gdy miał dwa­na­ście lat, po­bi­to go w szko­le. „Mnie też to spo­tka­ło – rzekł jego oj­czym, Ber­nie Lec­kwith. – Ot, kla­so­wy ło­buz uwziął się na naj­in­te­li­gent­niej­sze­go chło­pa­ka w szko­le”. Oj­czym był Ży­dem, jego mat­ka zna­ła wy­łącz­nie ji­dysz. Za­pro­wa­dził Lloy­da do klu­bu bok­ser­skie­go Ald­ga­te. Ethel tego nie chcia­ła, lecz Ber­nie po­stą­pił wbrew jej woli, co nig­dy wcze­śniej się nie zda­rzy­ło.

Lloyd na­uczył się szyb­ko po­ru­szać i moc­no ude­rzać, i na­pa­ści usta­ły. Zła­ma­no mu nos, przez co stra­cił nie­co ze swej chło­pię­cej uro­dy. Jed­no­cze­śnie od­krył w so­bie ta­lent. Miał szyb­ki re­fleks i in­stynkt bo­jo­wy, wy­gry­wał tur­nie­je. Tre­ner był roz­cza­ro­wa­ny na wieść o tym, że Lloyd chce stu­dio­wać w Cam­brid­ge, za­miast przejść na za­wo­dow­stwo.

Lloyd wziął prysz­nic, wło­żył gar­ni­tur i po­szedł do baru chęt­nie od­wie­dza­ne­go przez ro­bot­ni­ków. Usiadł przy sto­li­ku i na­pi­sał do przy­rod­niej sio­stry Mil­lie list o in­cy­den­cie z bru­nat­ny­mi ko­szu­la­mi. Mil­lie za­zdro­ści­ła mu po­dró­ży z mat­ką, obie­cał więc, że bę­dzie czę­sto pi­sał i re­la­cjo­no­wał, co się dzie­je.

Po­ran­na roz­ró­ba go po­ru­szy­ła. Po­li­ty­ka sta­no­wi­ła część ży­cia Lloy­da: mat­ka była de­pu­to­wa­ną do par­la­men­tu, oj­ciec peł­nił funk­cję rad­ne­go dziel­ni­cy, on zaś prze­wod­ni­czył lon­dyń­skiej mło­dzie­żów­ce Par­tii Pra­cy. Za­wsze jed­nak po­li­ty­ka ogra­ni­cza­ła się do de­ba­to­wa­nia i gło­so­wa­nia. Aż do dziś. Nig­dy nie wi­dział, by umun­du­ro­wa­ne zbi­ry de­mo­lo­wa­ły sie­dzi­bę ja­kiejś or­ga­ni­za­cji na oczach ro­ze­śmia­nych gli­nia­rzy. Tak wy­glą­da po­li­ty­ka pro­wa­dzo­na bez bia­łych rę­ka­wi­czek, i ten ob­raz wstrzą­snął Lloy­dem.

Czy to mo­gło­by się zda­rzyć w Lon­dy­nie? – pi­sał. W pierw­szym od­ru­chu po­my­ślał, że to wy­klu­czo­ne. Jed­nak Hi­tler miał sym­pa­ty­ków wśród bry­tyj­skich prze­my­słow­ców oraz wła­ści­cie­li ga­zet. Za­le­d­wie przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi zbun­to­wa­ny par­la­men­ta­rzy­sta, sir Oswald Mo­sley, utwo­rzył Bry­tyj­ski Zwią­zek Fa­szy­stów. Jego człon­ko­wie pa­ra­do­wa­li w uni­for­mach przy­po­mi­na­ją­cych mun­du­ry. Co bę­dzie da­lej?

Skoń­czył pi­sać, zło­żył list, a po­tem wsiadł do wa­go­nu me­tra ja­dą­ce­go do śród­mie­ścia. On i mat­ka mie­li zjeść obiad z Wal­te­rem i Maud von Ulri­cha­mi. Lloyd przez całe ży­cie słu­chał opo­wie­ści o Maud. Jej przy­jaźń z mat­ką Lloy­da była czymś nie­zwy­kłym: Ethel roz­po­czę­ła swo­je ży­cie za­wo­do­we jako po­ko­jów­ka w wiel­kim domu na­le­żą­cym do ro­dzi­ny Maud. Póź­niej obie zo­sta­ły su­fra­żyst­ka­mi i ra­zem wal­czy­ły o pra­wo wy­bor­cze dla ko­biet. W cza­sie woj­ny wy­da­wa­ły fe­mi­ni­stycz­ną ga­zet­kę „Żona Żoł­nie­rza”. Po­róż­ni­ły się w kwe­stii tak­ty­ki i ich dro­gi się ro­ze­szły.

Lloyd do­brze pa­mię­tał wi­zy­tę von Ulri­chów w Lon­dy­nie w 1925 roku. Miał dzie­sięć lat i był za­kło­po­ta­ny, że nie zna nie­miec­kie­go, cho­ciaż Erik i Car­la, któ­rzy mie­li pięć lat i trzy lata, mó­wi­li w obu ję­zy­kach. Wła­śnie wte­dy Ethel i Maud po­sta­no­wi­ły pu­ścić w nie­pa­mięć daw­ne nie­po­ro­zu­mie­nia.

Re­stau­ra­cja na­zy­wa­ła się Bi­stro Ro­bert i mia­ła wy­strój w sty­lu art deco. Sto­ły i krze­sła były nie­przy­jem­nie kan­cia­ste, a lam­py na me­ta­lo­wych pod­sta­wach wień­czy­ły wy­myśl­ne aba­żu­ry z ko­lo­ro­we­go szkła. Uwa­gę Lloy­da zwró­ci­ły wy­kroch­ma­lo­ne bia­łe ser­wet­ki sto­ją­ce na bacz­ność obok ta­le­rzy.

Po­zo­sta­ła trój­ka uczest­ni­ków po­sił­ku już cze­ka­ła. Lloyd oce­nił, że pa­nie pre­zen­tu­ją się bar­dzo atrak­cyj­nie; obie były dys­tyn­go­wa­ne, do­sko­na­le ubra­ne i pew­ne sie­bie. Go­ście sie­dzą­cy przy in­nych sto­li­kach rzu­ca­li na nie peł­ne po­dzi­wu spoj­rze­nia. Lloyd do­my­ślał się, że mat­ka spo­ro się na­uczy­ła od przy­ja­ciół­ki ary­sto­krat­ki.

Kie­dy zło­ży­li za­mó­wie­nie, Ethel wy­ja­śni­ła, co skło­ni­ło ją do po­dró­ży do Nie­miec.

– W ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pierw­szym stra­ci­łam miej­sce w par­la­men­cie. Mam na­dzie­ję, że od­zy­skam je w na­stęp­nych wy­bo­rach, ale tym­cza­sem mu­szę za­ra­biać na ży­cie. Na szczę­ście na­uczy­łaś mnie dzien­ni­kar­skie­go fa­chu, Maud.

– Nie mu­sia­łam cię dużo uczyć – od­par­ła przy­ja­ciół­ka. – Mia­łaś wro­dzo­ny ta­lent.

– Pi­szę cykl ar­ty­ku­łów o na­zi­stach dla „News Chro­nic­le”, pod­pi­sa­łam tak­że umo­wę na książ­kę z wy­daw­cą, któ­ry na­zy­wa się Vic­tor Gol­lancz. Za­bra­łam Lloy­da, by był moim tłu­ma­czem. Mój syn uczy się fran­cu­skie­go i nie­miec­kie­go.

Wi­dząc jej pe­łen dumy uśmiech, Lloyd po­czuł, że nie za­słu­gu­je na taką mat­kę.

– Jak do­tąd moje umie­jęt­no­ści tłu­ma­cza nie zo­sta­ły pod­da­ne po­waż­niej­szej pró­bie – wy­znał. – Spo­ty­ka­li­śmy się na ogół z ludź­mi, któ­rzy tak jak pań­stwo do­sko­na­le mó­wią po an­giel­sku.

Lloyd za­mó­wił szny­cel wie­deń­ski, któ­re­go w An­glii nig­dy nie jadł. Bar­dzo mu sma­ko­wał.

– A ty nie po­wi­nie­neś być te­raz w szko­le? – za­cie­ka­wił się Wal­ter.

– Mama uzna­ła, że w ten spo­sób na­uczę się nie­miec­kie­go, a szko­ła wy­ra­zi­ła zgo­dę.

– Może po­pra­co­wał­byś przez ja­kiś czas w Re­ich­sta­gu? Nie­ste­ty, pra­ca nie by­ła­by płat­na, ale przez cały dzień roz­ma­wiał­byś po nie­miec­ku.

– By­ło­by świet­nie – ucie­szył się Lloyd. – Co za wspa­nia­ła oka­zja!

– Pod wa­run­kiem że Ethel da so­bie bez cie­bie radę – do­dał Wal­ter.

Ethel się uśmiech­nę­ła.

– A mo­gła­bym na nie­go li­czyć od cza­su do cza­su, gdy­by oka­za­ło się, że jest mi bar­dzo po­trzeb­ny?

– Na­tu­ral­nie.

Ethel wy­cią­gnę­ła rękę i do­tknę­ła dło­ni Wal­te­ra. Lloyd uświa­do­mił so­bie, że tych tro­je łą­czy wy­jąt­ko­wo bli­ska więź.

– To bar­dzo miło z two­jej stro­ny, Wal­te­rze.

– Ależ skąd. Przy­da mi się mło­dy, lot­ny asy­stent, któ­ry ro­zu­mie po­li­ty­kę.

– Ja nie mam już pew­no­ści, czy ro­zu­miem po­li­ty­kę… – Ethel wes­tchnę­ła. – Co, u li­cha, dzie­je się w Niem­czech?

– W po­ło­wie lat dwu­dzie­stych wszyst­ko szło do­brze – od­par­ła Maud. – Mie­li­śmy de­mo­kra­tycz­ną wła­dzę, a go­spo­dar­ka się roz­wi­ja­ła. Za­wa­li­ło się po kra­chu na Wall Stre­et w ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym dzie­wią­tym. Te­raz tkwi­my w głę­bo­kiej re­ce­sji. – Jej głos drżał, po­brzmie­wa­ła w nim nuta żalu. – Cza­sem w ko­lej­ce do jed­ne­go ogło­sze­nia o pra­cy usta­wia się stu męż­czyzn. Pa­trzę na ich twa­rze, są zroz­pa­cze­ni. Nie wie­dzą, jak na­kar­mić dzie­ci. Na­zi­ści dają im na­dzie­ję, a oni my­ślą: Co mam do stra­ce­nia?

Wal­ter uznał, że jego żona tro­chę prze­sa­dza.

– Na szczę­ście Hi­tler nie zdo­łał prze­ko­nać do sie­bie więk­szo­ści Niem­ców – ode­zwał się po­god­nym to­nem. – W ostat­nich wy­bo­rach na­zi­ści zdo­by­li jed­ną trze­cią gło­sów. Ich par­tia ma naj­wię­cej miejsc w par­la­men­cie, ale Hi­tler stoi na cze­le rzą­du mniej­szo­ścio­we­go.

– I dla­te­go do­ma­ga się na­stęp­nych wy­bo­rów – wtrą­ci­ła Maud. – Po­trze­bu­je więk­szo­ści, by za­mie­nić pań­stwo nie­miec­kie w bez­względ­ną dyk­ta­tu­rę, do któ­rej dąży.

– Zdo­bę­dzie ją? – spy­ta­ła Ethel.

– Nie – od­rzekł Wal­ter.

– Tak – po­wie­dzia­ła Maud.

– Nie wie­rzę, że Niem­cy na­praw­dę za­gło­su­ją za dyk­ta­tu­rą – upie­rał się Wal­ter.

– Ależ to nie będą spra­wie­dli­we wy­bo­ry! – za­opo­no­wa­ła gniew­nie Maud. – Wy­star­czy po­pa­trzeć, co sta­ło się dzi­siaj z moją ga­ze­tą. Nie­bez­pie­czeń­stwo gro­zi każ­de­mu, kto kry­ty­ku­je na­zi­stów. Tym­cza­sem ich pro­pa­gan­da pa­no­szy się wszę­dzie.

– I wy­glą­da na to, że nikt nie sta­wia opo­ru! – za­uwa­żył Lloyd, któ­ry ża­ło­wał, że nie zna­lazł się nie­co wcze­śniej pod sie­dzi­bą „De­mo­kra­ty”, bo miał­by oka­zję przy­ło­żyć paru bru­nat­nym ko­szu­lom. Uprzy­tom­nił so­bie, że za­ci­snął dłoń w pięść, mu­siał użyć ca­łej siły woli, by ją roz­pro­sto­wać. Jed­nak wzbu­rze­nie wca­le nie mi­nę­ło. – Dla­cze­go le­wi­cow­cy nie ro­bią na­lo­tów na fa­szy­stow­skie ga­ze­ty? Po­win­no się im od­pła­cić tą samą mo­ne­tą!

– Nie wol­no nam od­po­wia­dać prze­mo­cą na prze­moc! – rze­kła z na­ci­skiem Maud. – Hi­tler tyl­ko cze­ka na pre­tekst, by przy­stą­pić do ata­ku, ogło­sić stan wy­jąt­ko­wy, od­rzu­cić pra­wa oby­wa­tel­skie i wsa­dzić prze­ciw­ni­ków do wię­zie­nia. – Te­raz mó­wi­ła bła­gal­nym to­nem: – Nie mo­że­my pod­su­wać mu tej wy­mów­ki, choć­by­śmy nie wiem jak mie­li cier­pieć.

Do­koń­czy­li po­si­łek, re­stau­ra­cja za­czę­ła pu­sto­szeć. Gdy po­da­no kawę, przy­sie­dli się do nich Ro­bert von Ulrich, da­le­ki ku­zyn Wal­te­ra, oraz szef kuch­ni Jorg. Przed wiel­ką woj­ną Ro­bert pra­co­wał jako dy­plo­ma­ta w am­ba­sa­dzie au­striac­kiej w Lon­dy­nie, Wal­ter zaś peł­nił po­dob­ną funk­cję w am­ba­sa­dzie Nie­miec. Wła­śnie wte­dy za­ko­chał się w Maud.

Ro­bert był po­dob­ny do Wal­te­ra, ale ubie­rał się bar­dziej sta­ran­nie: no­sił kra­wat ze zło­tą spin­ką i ze­ga­rek z gra­we­ro­wa­ną de­wiz­ką, a jego czu­pry­na była moc­no wy­bry­lan­ty­no­wa­na. Młod­szy od nie­go Jorg miał blond wło­sy, de­li­kat­ne rysy twa­rzy i ra­do­sny uśmiech. Ra­zem sie­dzie­li w ro­syj­skim obo­zie jako jeń­cy wo­jen­ni, a te­raz miesz­ka­li nad re­stau­ra­cją.

Za­czę­to wspo­mi­nać ślub Wal­te­ra i Maud, któ­ry od­był się w wiel­kiej ta­jem­ni­cy w przeded­niu woj­ny. Nie było na nim go­ści, a w ro­lach druż­by i druh­ny wy­stą­pi­li Ro­bert i Ethel.

– Wy­pi­li­śmy szam­pa­na w ho­te­lu, a po­tem Ro­bert i ja oznaj­mi­li­śmy, że wy­cho­dzi­my… – Ethel stłu­mi­ła śmiech. – Aja li­czy­łam, że zje­my ra­zem ko­la­cję!

Maud ro­ze­śmia­ła się gło­śno.

– Mo­że­cie so­bie wy­obra­zić moją ra­dość!

Lloyd skie­ro­wał wzrok na fi­li­żan­kę z kawą. Miał osiem­na­ście lat i był pra­wicz­kiem. Czuł się za­kło­po­ta­ny, sły­sząc żar­ty o mie­sią­cu mio­do­wym.

– Do­sta­jesz wia­do­mo­ści od Fit­za? – spy­ta­ła Ethel, po­waż­nie­jąc.

Lloyd wie­dział, że po­ta­jem­ny ślub do­pro­wa­dził do ze­rwa­nia kon­tak­tów mię­dzy Maud i jej bra­tem. Hra­bia Fit­zher­bert wy­rzekł się sio­stry, gdyż ta nie zwró­ci­ła się o po­zwo­le­nie na mał­żeń­stwo do nie­go jako gło­wy ro­dzi­ny.

Maud smut­no po­krę­ci­ła gło­wą.

– Na­pi­sa­łam do nie­go, kie­dy wy­bie­ra­li­śmy się do Lon­dy­nu, ale nie chciał się ze mną spo­tkać. Zra­ni­łam jego dumę, wy­cho­dząc za Wal­te­ra bez jego zgo­dy. Oba­wiam się, że mój brat na­le­ży do męż­czyzn, któ­rzy nie wy­ba­cza­ją.

Ethel za­pła­ci­ła ra­chu­nek. W Niem­czech wszyst­ko było ta­nie, je­śli mia­ło się obcą wa­lu­tę. Za­mie­rza­li wstać od sto­li­ka, gdy pod­szedł do nich ja­kiś nie­zna­jo­my i bez py­ta­nia o zgo­dę przy­su­nął so­bie krze­sło. Był to tęgi męż­czy­zna o okrą­głej twa­rzy, miał nie­wiel­ki wą­sik. No­sił bru­nat­ny uni­form.

– Czym mogę panu słu­żyć? – spy­tał zim­no Ro­bert.

– Je­stem ko­mi­sa­rzem do spraw kry­mi­nal­nych, Tho­mas Mac­ke. – Męż­czy­zna zła­pał za rękę prze­cho­dzą­ce­go kel­ne­ra. – Przy­nieś mi kawę.

Kel­ner spoj­rzał py­ta­ją­co na Ro­ber­ta, a ten ski­nął gło­wą.

– Pra­cu­ję w wy­dzia­le po­li­tycz­nym pru­skiej po­li­cji – cią­gnął Mac­ke. – Sto­ję na cze­le ber­liń­skiej sek­cji wy­wia­du.

Lloyd po ci­chu prze­tłu­ma­czył mat­ce jego sło­wa.

– Chcę po­roz­ma­wiać z wła­ści­cie­lem re­stau­ra­cji o spra­wie na­tu­ry oso­bi­stej.

– Gdzie pra­co­wał pan mie­siąc temu? – za­py­tał Ro­bert.

To py­ta­nie za­sko­czy­ło Mac­ke­go.

– W ko­men­dzie po­li­cji w Kreu­zber­gu – od­rzekł bez wa­ha­nia.

– Czym pan się zaj­mo­wał?

– Kie­ro­wa­łem ar­chi­wum. Dla­cze­go pan pyta?

Ro­bert ski­nął gło­wą, jak­by spo­dzie­wał się ta­kiej od­po­wie­dzi.

– Był pan urzęd­ni­kiem od pa­pie­rów, a mia­no­wa­no pana sze­fem wy­wia­du w Ber­li­nie. Gra­tu­lu­ję bły­ska­wicz­ne­go awan­su. – Od­wró­cił się do Ethel. – Pod ko­niec stycz­nia, gdy Hi­tler zo­stał kanc­le­rzem, jego sie­pacz, Her­mann Go­ring, ob­jął sta­no­wi­sko mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych Prus. Sta­nął na cze­le naj­więk­szej for­ma­cji po­li­cyj­nej na świe­cie. Od tam­tej pory ma­so­wo wy­rzu­ca funk­cjo­na­riu­szy i mia­nu­je na ich miej­sce na­zi­stów. – Ro­bert od­wró­cił się do Mac­ke­go i do­dał z prze­ką­sem: – Nie wąt­pię jed­nak, że awans na­sze­go nie­spo­dzie­wa­ne­go go­ścia po­dyk­to­wa­ny był wzglę­da­mi czy­sto me­ry­to­rycz­ny­mi.

Mac­ke za­czer­wie­nił się, ale po­wścią­gnął gniew.

– Jak wspo­mnia­łem, chcę po­mó­wić z wła­ści­cie­lem lo­ka­lu o spra­wie na­tu­ry oso­bi­stej.

– Pro­szę przyjść rano. Go­dzi­na dzie­sią­ta panu od­po­wia­da?

Mac­ke zi­gno­ro­wał tę pro­po­zy­cję i brnął da­lej:

– Mój brat dzia­ła w biz­ne­sie re­stau­ra­tor­skim.

– Ach! Może go znam? Na­zy­wa się Mac­ke? Jaki lo­kal pro­wa­dzi?

– Mały bar dla ro­bot­ni­ków we Frie­drich­sha­in.

– W ta­kim ra­zie nie są­dzę, by­śmy się spo­tka­li.

Lloyd uwa­żał, że Ro­bert po­stę­pu­je nie­roz­trop­nie, wbi­ja­jąc Mac­ke­mu szpil­ki. Po­li­cjant był nie­grzecz­ny, ale mógł mu bar­dzo za­szko­dzić.

– Brat chciał­by ku­pić tę re­stau­ra­cję – wy­ja­śnił Mac­ke.

– Pań­ski brat chce się wy­bić, tak jak pan.

– Je­ste­śmy go­to­wi za­pła­cić panu dwa­dzie­ścia ty­się­cy ma­rek, suma by­ła­by roz­ło­żo­na na dwa lata.

Jorg par­sk­nął śmie­chem.

– Po­zwo­li pan, że coś panu wy­ja­śnię, ko­mi­sa­rzu – za­czął Ro­bert. – Je­stem au­striac­kim hra­bią. Przed dwu­dzie­stu laty mia­łem na Wę­grzech za­mek i dużą po­sia­dłość, w któ­rej miesz­ka­ły moja mat­ka i sio­stra. Woj­na ode­bra­ła mi ro­dzi­nę, za­mek, zie­mię, a na­wet oj­czy­znę, któ­ra… ule­gła mi­nia­tu­ry­za­cji. – Głos Ro­ber­ta, w któ­rym po­brzmie­wał sar­kazm, te­raz stał się ochry­pły ze wzru­sze­nia. – Przy­je­cha­łem do Ber­li­na, nie ma­jąc nic oprócz ad­re­su Wal­te­ra von Ulri­cha, da­le­kie­go ku­zy­na. Na prze­kór wszyst­kie­mu zdo­ła­łem otwo­rzyć tę re­stau­ra­cję. – Prze­łknął śli­nę. – Ona jest wszyst­kim, co mam. – Zro­bił pau­zę, by na­pić się kawy. Wszy­scy mil­cze­li. Ro­bert wziął się w garść i w jego gło­sie znów po­ja­wił się ton wyż­szo­ści. – Na­wet gdy­by przed­sta­wił pan hoj­ną ofer­tę, a tak nie jest, od­mó­wił­bym, bo nie sprze­dam tego, co jest tre­ścią mo­je­go ży­cia. Nie chcę być wo­bec pana nie­grzecz­ny, mimo że pan był im­per­ty­nenc­ki. Moja re­stau­ra­cja nie jest na sprze­daż za żad­ną cenę. – Wstał i wy­cią­gnął rękę. – Do­bra­noc, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

Mac­ke ma­chi­nal­nie uści­snął mu dłoń, a po­tem spoj­rzał na nie­go, jak­by tego po­ża­ło­wał. Kie­dy wsta­wał, jego twarz przy­bra­ła pur­pu­ro­wą bar­wę i ma­lo­wał się na niej gniew.

– Jesz­cze po­roz­ma­wia­my – wark­nął, wy­cho­dząc.

– Ale pro­stak – mruk­nął Jorg.

– Wi­dzisz, co mu­si­my zno­sić? – po­wie­dział Wal­ter do Ethel. – Wło­żył ten mun­dur, więc może ro­bić, co mu się po­do­ba!

Lloy­da za­nie­po­ko­iła pew­ność sie­bie Mac­ke­go. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by był prze­ko­na­ny, że może ku­pić lo­kal za wy­mie­nio­ną sumę. Od­mo­wę Ro­ber­ta po­trak­to­wał jako chwi­lo­wą prze­szko­dę. Czyż­by na­zi­ści mie­li aż tak wiel­ką wła­dzę?

Wła­śnie to było ce­lem Oswal­da Mo­sleya i bry­tyj­skich fa­szy­stów – chcie­li, by w ich kra­ju rzą­dy pra­wa ustą­pi­ły miej­sca prze­mo­cy i dyk­ta­to­wi. Dla­cze­go lu­dzie są tacy cho­ler­nie głu­pi?

Go­ście wło­ży­li płasz­cze i ka­pe­lu­sze i po­że­gna­li się z Ro­ber­tem i Jor­giem. Gdy tyl­ko zna­leź­li się na uli­cy, Lloyd po­czuł za­pach dymu, i nie był to dym z pa­pie­ro­sów. Cała czwór­ka wsia­dła do sa­mo­cho­du Wal­te­ra, bmw dixi 3/15. Lloyd wie­dział, że to nie­miec­ka wer­sja au­sti­na se­ven. W par­ku Tier­gar­ten wy­prze­dzi­ły ich dwa wozy stra­żac­kie, gło­śno dzwo­niąc.

– Cie­ka­we, gdzie się pali – za­sta­na­wiał się Wal­ter.

Po chwi­li uj­rze­li pło­mie­nie prze­świ­tu­ją­ce mię­dzy drze­wa­mi.

– Chy­ba w po­bli­żu Re­ich­sta­gu – orze­kła Maud.

– Zo­bacz­my, co się dzie­je – po­wie­dział za­nie­po­ko­jo­ny Wal­ter. Wy­ko­nał na­gły skręt. Woń dymu się na­si­li­ła. Pło­mie­nie strze­la­ły w nie­bo wy­żej niż czub­ki drzew.

– To duży po­żar – stwier­dził Lloyd.

Wy­je­cha­li z par­ku na Königs Platz roz­cią­ga­ją­cy się mię­dzy gma­cha­mi Re­ich­sta­gu i Ope­ry Krol­la. Re­ich­stag stał w ogniu. Czer­wo­ne i żół­te bły­ski tań­czy­ły wo­kół okien o kla­sycz­nych za­ry­sach. Pło­mie­nie i dym prze­bi­ja­ły się przez głów­ną ko­pu­łę.

– Och, nie! – krzyk­nął Wal­ter gło­sem prze­peł­nio­nym ża­lem.

– O mój Boże, nie.

Za­trzy­mał sa­mo­chód i wszy­scy wy­sie­dli.

– To ka­ta­stro­fa – jęk­nął.

– Taki pięk­ny sta­ry gmach – do­da­ła Ethel.

– Bu­dy­nek nie jest waż­ny – stwier­dził ku jej za­sko­cze­niu Wal­ter. – Te pło­mie­nie tra­wią nasz ustrój de­mo­kra­tycz­ny.

W od­le­gło­ści oko­ło pięć­dzie­się­ciu me­trów sta­ła nie­wiel­ka grup­ka lu­dzi i ob­ser­wo­wa­ła po­żar. Przed gmach pod­je­cha­ły wozy stra­żac­kie; z si­ka­wek try­ska­ła woda, któ­ra za­le­wa­ła pło­mie­nie i po­pę­ka­ne okna. Garst­ka po­li­cjan­tów ga­pi­ła się bez­czyn­nie. Wal­ter za­gad­nął jed­ne­go z nich:

– Je­stem de­pu­to­wa­nym. Kie­dy za­czął się po­żar?

– Przed go­dzi­ną – od­parł funk­cjo­na­riusz. – Zła­pa­li­śmy jed­ne­go ze spraw­ców. Miał na so­bie tyl­ko spodnie! Wy­ko­rzy­stał ubra­nie jako pod­pał­kę.

– Ustaw­cie kor­don, od­grodź­cie te­ren liną – po­le­cił Wal­ter. – Niech lu­dzie za­cho­wa­ją bez­piecz­ną od­le­głość.

– Tak jest – od­rzekł po­li­cjant i od­szedł.

Lloyd zbli­żył się nie­co do pło­ną­ce­go bu­dyn­ku. Stra­ża­cy opa­no­wy­wa­li po­żar, pło­mie­ni i dymu było mniej. Lloyd omi­nął wozy stra­żac­kie i pod­szedł do okna. Nie wy­da­wa­ło mu się to nie­bez­piecz­ne; jak zwy­kle cie­ka­wość wzię­ła górę nad ostroż­no­ścią.

Zaj­rzaw­szy przez okno, zo­ba­czył, że znisz­cze­nia są po­waż­ne: mury i su­fi­ty za­wa­li­ły się, two­rząc zwa­ły gru­zu. Obok stra­ża­ków wi­dział męż­czyzn w cy­wil­nych ubra­niach, przy­pusz­czal­nie urzęd­ni­ków Re­ich­sta­gu, któ­rzy sza­co­wa­li roz­miar strat. Lloyd wszedł do środ­ka i zna­lazł się na scho­dach.

Po­li­cja usta­wia­ła kor­don bez­pie­czeń­stwa, a pod gmach z ry­kiem sil­ni­ków pod­je­cha­ły dwa czar­ne mer­ce­de­sy. Z dru­gie­go wy­sko­czył męż­czy­zna w ja­snym tren­czu i ka­pe­lu­szu z opa­da­ją­cym ron­dem. Miał nie­wiel­ki wą­sik. Lloyd uświa­do­mił so­bie, że wi­dzi no­we­go kanc­le­rza Nie­miec, Adol­fa Hi­tle­ra.

Za nim szedł wyż­szy męż­czy­zna w czar­nym mun­du­rze Schutz­staf­fel, czy­li SS, był to jego oso­bi­sty ochro­niarz. Za nimi po­dą­żał szef pro­pa­gan­dy, pa­ła­ją­cy nie­na­wi­ścią do Ży­dów Jo­seph Go­eb­bels. Lloyd znał tych lu­dzi ze zdjęć w ga­ze­tach. Tak bar­dzo chciał zo­ba­czyć ich z bli­ska, że za­po­mniał o stra­chu.

Hi­tler wbie­gał po dwa scho­dy na­raz, zmie­rza­jąc w stro­nę Lloy­da, a ten, tknię­ty im­pul­sem, otwo­rzył wy­so­kie drzwi i przy­trzy­mał je, by kanc­lerz mógł wejść. Hi­tler ski­nął gło­wą i mi­nął go, a jego świ­ta wkro­czy­ła za nim.

Lloyd tak­że wszedł do środ­ka, nikt go nie za­gad­nął. Pod­wład­ni Hi­tle­ra uzna­li nie­zna­jo­me­go za pra­cow­ni­ka Re­ich­sta­gu, on zaś po­my­ślał to samo o nich.

Po­wie­trze wy­peł­nia­ła du­szą­ca woń mo­kre­go po­pio­łu. Hi­tler i jego to­wa­rzy­sze prze­kra­cza­li zwę­glo­ne bel­ki i węże stra­żac­kie, wdep­tu­jąc w błot­ni­ste ka­łu­że. W drzwiach sali sta­nął ro­sły Her­mann Go­ring. Jego ol­brzy­mi brzuch opi­nał płaszcz z wiel­błą­dziej weł­ny, ka­pe­lusz miał ron­do mod­nie pod­wi­nię­te z przo­du. Oto ten, któ­ry ob­sa­dza po­li­cję na­zi­sta­mi, po­my­ślał Lloyd, przy­po­mniaw­szy so­bie roz­mo­wę w re­stau­ra­cji.

Na wi­dok Hi­tle­ra Go­ring wy­krzyk­nął:

– To po­czą­tek po­wsta­nia ko­mu­ni­stycz­ne­go! Te­raz ude­rzą całą siłą! Nie mamy chwi­li do stra­ce­nia!

Lloyd po­czuł się jak widz w te­atrze, któ­ry pa­trzy na ak­to­rów wcie­la­ją­cych się w po­sta­cie lu­dzi ma­ją­cych ogrom­ną wła­dzę.

Hi­tler za­re­ago­wał jesz­cze bar­dziej hi­ste­rycz­nie niż Go­ring.

– Te­raz już nie bę­dzie li­to­ści! – wrza­snął, jak­by zwra­cał się do pu­blicz­no­ści na sta­dio­nie. – Każ­dy, kto wej­dzie nam w dro­gę, zo­sta­nie za­szlach­to­wa­ny! – Trząsł się z wście­kło­ści, któ­ra ro­sła z każ­dą chwi­lą. – Wszy­scy dzia­ła­cze ko­mu­ni­stycz­ni będą roz­strze­li­wa­ni na miej­scu. Ko­mu­ni­stycz­nych de­pu­to­wa­nych do Re­ich­sta­gu na­le­ży po­wie­sić jesz­cze tej nocy. – Hi­tler wy­glą­dał tak, jak­by za chwi­lę miał eks­plo­do­wać.

Była jed­nak w tym wszyst­kim pew­na sztucz­ność. Nie­na­wiść Hi­tle­ra spra­wia­ła wra­że­nie praw­dzi­wej, lecz jego wy­buch wy­glą­dał na przed­sta­wie­nie od­gry­wa­ne z my­ślą o tych, któ­rzy znaj­do­wa­li się w po­bli­żu, jego pod­wład­nych. Grał, od­czu­wał emo­cje, jed­nak wy­ol­brzy­miał je na po­trze­by wi­dow­ni. I ro­bił to sku­tecz­nie. Lloyd wi­dział, że wszy­scy, któ­rzy sły­sze­li jego sło­wa, wpa­try­wa­li się weń jak za­hip­no­ty­zo­wa­ni.

– Mein Füh­rer, oto szef mo­jej po­li­cji, Ru­dolf Diels. – Go­ring wska­zał szczu­płe­go ciem­no­wło­se­go męż­czy­znę sto­ją­ce­go obok nie­go. – Zdą­żył już aresz­to­wać jed­ne­go ze spraw­ców.

Diels nie wpadł w hi­ste­rię, za­cho­wy­wał spo­kój.

– Na­zy­wa się Ma­ri­nus van der Lub­be, jest ho­len­der­skim ro­bot­ni­kiem bu­dow­la­nym.

– Oraz ko­mu­ni­stą! – stwier­dził trium­fal­nie Go­ring.

– Wy­rzu­co­no go z Ho­len­der­skiej Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej za pod­pa­le­nia – do­dał Diels.

– By­łem tego pew­ny! – po­wie­dział Hi­tler.

Lloyd wi­dział, że Hi­tler za wszel­ką cenę, bez wzglę­du na fak­ty, pra­gnie oskar­żyć ko­mu­ni­stów o spo­wo­do­wa­nie po­ża­ru.

– Z pierw­sze­go prze­słu­cha­nia, któ­re prze­pro­wa­dzi­łem, ja­sno wy­ni­ka, że to po­my­le­niec – rzekł spo­koj­nie Diels. – Dzia­łał w po­je­dyn­kę.

– Bzdu­ra! – ryk­nął Hi­tler. – Wszyst­ko było z góry za­pla­no­wa­ne. Ale oni się prze­li­czy­li! Nie ro­zu­mie­ją, że na­ród stoi po na­szej stro­nie.

Go­ring od­wró­cił się do Diel­sa.

– Od tej chwi­li po­li­cja zo­sta­je po­sta­wio­na w stan pod­wyż­szo­nej go­to­wo­ści. Mamy li­sty dzia­ła­czy ko­mu­ni­stycz­nych: de­pu­to­wa­nych do Re­ich­sta­gu, człon­ków lo­kal­nych urzę­dów ad­mi­ni­stra­cyj­nych i ak­ty­wi­stów par­tyj­nych. Aresz­to­wać wszyst­kich, i to jesz­cze dziś w nocy! Na­ka­zu­ję bez­względ­ne sto­so­wa­nie bro­ni, pod­czas prze­słu­chań nie moż­na oka­zy­wać cie­nia li­to­ści.

– Tak jest, pa­nie mi­ni­strze – od­parł Diels.

Lloyd uprzy­tom­nił so­bie, że oba­wy Wal­te­ra były uza­sad­nio­ne. Wła­śnie ta­kie­go pre­tek­stu szu­ka­li na­zi­ści. Nie po­słu­cha­ją ni­ko­go, kto po­wie, że po­żar zo­stał wznie­co­ny przez sza­leń­ca. Chcą ogło­sić, iż ko­mu­ni­ści za­wią­za­li spi­sek i dla­te­go trze­ba ich znisz­czyć.

Go­ring spoj­rzał z nie­sma­kiem na swo­je ubło­co­ne buty.

– Moja ofi­cjal­na re­zy­den­cja znaj­du­je się tyl­ko mi­nu­tę stąd, ale po­żar na szczę­ście jej nie do­tknął. Mein Füh­rer, może po­win­ni­śmy się tam udać?

– Tak, trze­ba omó­wić wie­le spraw – zgo­dził się Hi­tler.

Lloyd przy­trzy­mał drzwi wy­cho­dzą­cym. Kie­dy od­je­cha­li, prze­kro­czył po­li­cyj­ną ba­rier­kę i po chwi­li stał obok mat­ki i von Ulri­chów.

– Gdzieś ty się po­dzie­wał?! – wy­krzyk­nę­ła Ethel. – Za­mar­twia­łam się o cie­bie!

– Wsze­dłem do środ­ka.

– Co ta­kie­go? Jak?

– Nikt mnie nie za­trzy­my­wał. Jest strasz­ne za­mie­sza­nie.

Mat­ka unio­sła ręce.

– On w ogó­le nie ro­zu­mie, czym jest nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Na­tkną­łem się na Adol­fa Hi­tle­ra.

– Co mó­wił? – chciał wie­dzieć Wal­ter.

– O wy­wo­ła­nie po­ża­ru oskar­ża ko­mu­ni­stów. Szy­ku­ją się czyst­ki.

– Boże, miej nas w opie­ce – szep­nął von Ulrich.

III

Tho­mas Mac­ke wciąż czuł pie­ką­cą go­rycz kpin Ro­ber­ta von Ulri­cha. „Pań­ski brat chce się wy­bić, tak jak pan”, szy­dził.

Mac­ke ża­ło­wał te­raz, że nie przy­szła mu do gło­wy od­po­wied­nia ri­po­sta: „A dla­cze­góż by nie? Nie je­ste­śmy gor­si od cie­bie, ty wy­stro­jo­ny pa­ja­cu”. Pra­gnął się ze­mścić, lecz przez kil­ka dni miał za dużo na gło­wie, by coś przed­się­wziąć.

Sie­dzi­ba pru­skiej taj­nej po­li­cji mie­ści­ła się w oka­za­łym, ele­ganc­kim gma­chu w sty­lu kla­sy­cy­stycz­nym przy Prinz Al­brecht Stras­se 8. Mac­ke­go prze­peł­nia­ła duma, ile­kroć prze­kra­czał jego pro­gi.

Wszy­scy mie­li peł­ne ręce ro­bo­ty. W cią­gu doby po po­ża­rze Re­ich­sta­gu aresz­to­wa­no czte­ry ty­sią­ce ko­mu­ni­stów, z każ­dą go­dzi­ną zgar­nia­no ko­lej­nych. Pań­stwo nie­miec­kie prze­cho­dzi­ło pro­ces oczysz­cza­nia z za­ra­zy. Mac­ke miał wra­że­nie, że ber­liń­skie po­wie­trze już sma­ku­je le­piej.

Jed­nak po­li­cyj­ne ar­chi­wa nie były ak­tu­al­ne. Lu­dzie się prze­pro­wa­dza­li, jed­ni wy­gry­wa­li wy­bo­ry, inni prze­gry­wa­li, star­cy umie­ra­li, ich miej­sce zaj­mo­wa­li mło­dzi. Mac­ke tra­fił do ze­spo­łu zaj­mu­ją­ce­go się ak­tu­ali­za­cją do­ku­men­tów, jego za­da­nie po­le­ga­ło na wy­szu­ki­wa­niu no­wych na­zwisk i ad­re­sów.

Był w tym do­bry. Lu­bił re­je­stry, książ­ki ad­re­so­we, pla­ny ulic, wy­cin­ki z ga­zet, wszel­kie­go ro­dza­ju ze­sta­wie­nia. Jego ta­len­tu nie do­ce­nia­no w ko­men­dzie po­li­cji w Kreu­zber­gu, w któ­rej po­li­cjan­ci z sek­cji kry­mi­nal­nej po pro­stu ka­to­wa­li po­dej­rza­nych tak dłu­go, aż ci po­da­li na­zwi­ska. Li­czył na to, że tu­taj jego przy­mio­ty zo­sta­ną do­strze­żo­ne.

Nie zna­czy­ło to, że Mac­ke miał coś prze­ciw­ko bi­ciu po­dej­rza­nych. W swo­im biu­rze na ty­łach bu­dyn­ku sły­szał krzy­ki męż­czyzn i ko­biet tor­tu­ro­wa­nych w pod­zie­miach, lecz to go nie za­przą­ta­ło. To byli zdraj­cy, wy­wro­tow­cy i re­wo­lu­cjo­ni­ści. Straj­ka­mi do­pro­wa­dzi­li Niem­cy do ru­iny i ścią­gną na kraj jesz­cze więk­sze nie­szczę­ścia, je­śli im się po­zwo­li. Nie miał dla nich ani krzty współ­czu­cia. Ża­ło­wał je­dy­nie, że wśród nich nie znaj­du­je się Ro­bert von Ulrich, że nie ję­czy z bólu i nie bła­ga o li­tość.

W czwar­tek dru­gie­go mar­ca o dwu­dzie­stej nada­rzy­ła się oka­zja, aby się do nie­go do­brać.

Mac­ke ode­słał lu­dzi do domu i za­niósł stos zak­tu­ali­zo­wa­nych do­ku­men­tów swo­je­mu sze­fo­wi, in­spek­to­ro­wi kry­mi­nal­ne­mu Krin­ge­le­ino­wi, urzę­du­ją­ce­mu na gó­rze. Na­stęp­nie wró­cił do ar­chi­wum.

Nie spie­szy­ło mu się do domu. Miesz­kał sam. Jego żona oka­za­ła się ko­bie­tą nie­sub­or­dy­no­wa­ną i ucie­kła z kel­ne­rem pra­cu­ją­cym w re­stau­ra­cji bra­ta, oznaj­mi­ła, że pra­gnie wol­no­ści. Nie mie­li dzie­ci.

Mac­ke za­czął prze­glą­dać pa­pie­ry.

Usta­lił już, że Ro­bert von Ulrich wstą­pił do par­tii NSDAP w 1923 roku i od­szedł z niej po dwóch la­tach. To samo w so­bie nie zna­czy­ło wie­le, Mac­ke po­trze­bo­wał cze­goś jesz­cze.

Układ ar­chi­wum nie był tak lo­gicz­ny, jak pra­gnął­by tego in­spek­tor Mac­ke. Pru­ska po­li­cja w su­mie go roz­cza­ro­wa­ła. Krą­ży­ła plot­ka, że Go­ring tak­że nie jest nią za­chwy­co­ny; po­dob­no za­mie­rzał od­dzie­lić wy­dzia­ły po­li­tycz­ny i wy­wia­dow­czy od re­gu­lar­nej po­li­cji i stwo­rzyć z nich nową, sku­tecz­niej­szą for­ma­cję. Mac­ke uznał, że to do­bry po­mysł.

Nie zna­lazł Ro­ber­ta von Ulri­cha w żad­nym spo­śród ty­po­wych do­ku­men­tów ar­chi­wal­nych. Przy­szło mu na myśl, że być może nie jest to kwe­stia czy­jejś nie­dba­ło­ści. Może von Ulrich nie ma nic na su­mie­niu. Jako au­striac­ki hra­bia ra­czej nie mógł być ko­mu­ni­stą czy Ży­dem. Naj­gor­sze, co moż­na było o nim po­wie­dzieć, to że jego ku­zyn Wal­ter na­le­ży do so­cjal­de­mo­kra­tów. To nie zbrod­nia – na ra­zie.

Mac­ke uświa­do­mił so­bie, że po­wi­nien był prze­pro­wa­dzić tę kwe­ren­dę przed spo­tka­niem z Ro­ber­tem von Ulri­chem. Za­czął dzia­łać, nie dys­po­nu­jąc peł­ny­mi in­for­ma­cja­mi, a to oka­za­ło się błę­dem. Na­ra­ził się na pro­tek­cjo­nal­ną drwi­nę i zo­stał upo­ko­rzo­ny. Ale się ode­gra.

Prze­glą­dał roz­ma­ite szpar­ga­ły zło­żo­ne w za­ku­rzo­nej szaf­ce na ty­łach po­miesz­cze­nia.

Tak­że i tam nie na­tra­fił na na­zwi­sko von Ulrich, lecz w ze­sta­wie­niu bra­ko­wa­ło jed­ne­go do­ku­men­tu.

We­dług li­sty przy­pię­tej do drzwi­czek szaf­ki ar­chi­wum po­win­no za­wie­rać stu­sie­dem­na­sto­stro­ni­co­wy do­ku­ment o na­zwie Lo­ka­le nie­oby­czaj­ne. Mógł się pod tym kryć wy­kaz ber­liń­skich noc­nych klu­bów. Mac­ke do­my­ślał się, dla­cze­go znik­nął. Ostat­nio na pew­no z nie­go ko­rzy­sta­no, gdyż po tym, jak Hi­tler zo­stał kanc­le­rzem, naj­bar­dziej de­ka­denc­kie noc­ne knaj­py za­mknię­to.

Mac­ke znów po­szedł na górę. Krin­ge­le­in pro­wa­dził wła­śnie od­pra­wę po­li­cjan­tów mun­du­ro­wych, prze­pro­wa­dza­ją­cych na­lo­ty na miesz­ka­nia ko­mu­ni­stów i ich so­jusz­ni­ków, któ­rych ad­re­sy zak­tu­ali­zo­wał.

Bez wa­ha­nia prze­rwał sze­fo­wi. Krin­ge­le­in nie na­le­żał do na­zi­stów, nie od­wa­ży się więc zbesz­tać człon­ka od­dzia­łu sztur­mo­we­go.

– Szu­kam spi­su nie­oby­czaj­nych lo­ka­li – oznaj­mił Mac­ke. Krin­ge­le­in spoj­rzał na nie­go po­iry­to­wa­ny, ale nie zro­bił awan­tu­ry.

– Jest na tam­tym sto­li­ku, weź so­bie.

Mac­ke za­brał tecz­kę i wró­cił do sie­bie.

Wy­kaz miał pięć lat. Uwzględ­nio­no w nim ist­nie­ją­ce noc­ne klu­by oraz po­peł­nia­ne tam wy­kro­cze­nia: ha­zard, ob­sce­nicz­ne po­ka­zy, pro­sty­tu­cję, sprze­daż nar­ko­ty­ków, ho­mo­sek­su­alizm oraz inne prze­ja­wy de­pra­wa­cji. Za­wie­rał rów­nież na­zwi­ska wła­ści­cie­li i in­we­sto­rów, człon­ków klu­bów i pra­cow­ni­ków. Mac­ke cier­pli­wie czy­tał każ­dy wpis, li­cząc na to, że Ro­bert von Ulrich oka­że się nar­ko­ma­nem lub męż­czy­zną ko­rzy­sta­ją­cym z usług dzi­wek.

Ber­lin sły­nął z lo­ka­li dla ho­mo­sek­su­ali­stów. Mac­ke sku­pił się na po­nu­rym opi­sie klu­bu Pink Slip­per, w któ­rym męż­czyź­ni tań­czy­li z męż­czy­zna­mi, a na sce­nie wy­stę­po­wa­li pio­sen­ka­rze trans­we­sty­ci. Po­my­ślał, że cza­sa­mi jego pra­ca bywa od­ra­ża­ją­ca.

Prze­su­wa­jąc pa­lec po li­ście człon­ków klu­bu, wresz­cie na­tra­fił na Ro­ber­ta von Ulri­cha.

Wes­tchnął z za­do­wo­le­niem.

Nie­co ni­żej zo­ba­czył na­zwi­sko Jor­ga Schle­iche­ra.

– Pa­trz­cie, pa­trz­cie – mruk­nął. – Te­raz zo­ba­czy­my, czy bę­dziesz so­bie ze mnie po­kpi­wał.

IV

Kie­dy Lloyd znów spo­tkał się z Wal­te­rem i Maud, obo­je byli roz­gnie­wa­ni i prze­stra­sze­ni za­ra­zem.

Sta­ło się to w na­stęp­ną so­bo­tę, czwar­te­go mar­ca, czy­li w przed­dzień wy­bo­rów. Lloyd i Ethel za­mie­rza­li wy­brać się na wiec par­tii so­cjal­de­mo­kra­tycz­nej zor­ga­ni­zo­wa­ny przez Wal­te­ra. Wcze­śniej po­szli na lunch do von Ulri­chów w Mit­te.

Dzie­więt­na­sto­wiecz­ny bu­dy­nek miał prze­stron­ne po­ko­je i duże okna, lecz więk­szość me­bli była bar­dzo zu­ży­ta. Po­si­łek był pro­sty – schab z ziem­nia­ka­mi i ka­pu­stą – ale po­da­no do nie­go do­bre wino. Wal­ter i Maud uwa­ża­li się za lu­dzi ubo­gich i bez wąt­pie­nia żyli skrom­niej niż ich ro­dzi­ce, lecz mimo wszyst­ko nie przy­mie­ra­li gło­dem.

Byli na­to­miast prze­stra­sze­ni.

Hi­tler na­kło­nił sę­dzi­we­go pre­zy­den­ta, Pau­la von Hin­den­bur­ga, do pod­pi­sa­nia de­kre­tu O ochro­nie na­ro­du i pań­stwa, sank­cjo­nu­ją­ce­go to, cze­go na­zi­ści i tak już się do­pusz­cza­li, czy­li sto­so­wa­nie prze­mo­cy i tor­tur wo­bec prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych.

– Od po­nie­dział­ko­wej nocy aresz­to­wa­no dwa­dzie­ścia ty­się­cy osób! – mó­wił Wal­ter drżą­cym gło­sem. – Nie tyl­ko ko­mu­ni­stów, lecz tak­że tych, któ­rych na­zi­ści okre­śla­ją mia­nem ich sym­pa­ty­ków.

– A więc każ­de­go, kto im się nie po­do­ba – do­da­ła Maud.

– Czy w ta­kiej sy­tu­acji moż­na mó­wić o de­mo­kra­tycz­nych wy­bo­rach? – po­wąt­pie­wa­ła Ethel.

– Mu­si­my ro­bić, co w na­szej mocy – od­parł Wal­ter. – Je­śli za­prze­sta­nie­my pro­wa­dze­nia kam­pa­nii, przy­słu­ży­my się na­zi­stom.

– Kie­dy wresz­cie prze­sta­nie­cie go­dzić się z taką sy­tu­acją i po­dej­mie­cie wal­kę? – spy­tał znie­cier­pli­wio­ny Lloyd. – Nadal uwa­ża­cie, że nie po­win­no się od­po­wia­dać prze­mo­cą na prze­moc?

– Oczy­wi­ście – od­rze­kła Maud. – Na­szą je­dy­ną na­dzie­ją jest po­ko­jo­wy opór.

– Par­tia so­cjal­de­mo­kra­tycz­na ma skrzy­dło pa­ra­mi­li­tar­ne, Re­ichs­ban­ner, ale jest sła­be. Nie­licz­na gru­pa so­cjal­de­mo­kra­tów wy­su­nę­ła wnio­sek, by od­po­wie­dzieć na­zi­stom prze­mo­cą, ale zo­sta­li prze­gło­so­wa­ni.

– Lloy­dzie, nie za­po­mi­naj, że oni mają po swo­jej stro­nie po­li­cję i woj­sko – za­uwa­ży­ła Maud.

Wal­ter spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Mu­si­my już iść.

– A może od­wo­łał­byś wiec? – za­pro­po­no­wa­ła na­gle Maud.

Po­pa­trzył na nią za­sko­czo­ny.

– Sprze­da­no sie­dem­set bi­le­tów.

– Pal dia­bli bi­le­ty – prze­ko­ny­wa­ła Maud. – Mar­twię się o cie­bie.

– Nie­po­trzeb­nie. Sta­ran­nie roz­dzie­lo­no miej­sca na wi­dow­ni, więc na sali nie po­win­no być pro­wo­ka­to­rów.

Lloyd po­my­ślał, że Wal­ter tyl­ko uda­je pew­ność sie­bie.

– Tak czy owak, nie mogę za­wieść lu­dzi, któ­rzy na prze­kór wszyst­kie­mu przy­cho­dzą na spo­tka­nie zwo­len­ni­ków de­mo­kra­cji. Oni są je­dy­ną na­dzie­ją, jaka nam zo­sta­ła – tłu­ma­czył Wal­ter.

– Masz ra­cję. – Maud spoj­rza­ła na Ethel. – Może ty i Lloyd zo­sta­li­by­ście w domu? Wbrew temu, co mówi Wal­ter, jest nie­bez­piecz­nie, a wy prze­by­wa­cie w ob­cym kra­ju.

– So­cja­lizm to idea mię­dzy­na­ro­do­wa – po­wie­dzia­ła zde­cy­do­wa­nie Ethel. – Dzię­ku­ję, że się o nas trosz­czysz, ale przy­je­cha­łam tu­taj, by na wła­sne oczy przyj­rzeć się po­li­ty­ce w Niem­czech, i nie za­mie­rzam stra­cić ta­kiej oka­zji.

– W każ­dym ra­zie dzie­ciom nie wol­no iść – za­strze­gła Maud.

– Ja i tak nie chcę – po­wie­dział Erik.