88 osób interesuje się tą książką

Opis

Bestseller "New York Timesa".

Niesamowite zakończenie "Zimowej Trylogii"!

Wasia i Morozko powracają w trzeciej części przygód, stanowiącej kontynuację "Niedźwiedzia i słowika" oraz "Dziewczyny z wieży", by walczyć ze śmiertelnymi i magicznymi wrogami i ocalić obie Rusie, tę widzialną i tę niewidzialną.

Wasilisa Pietrowna to niezwykła dziewczyna, za wszelką cenę szukająca własnej drogi. Jej odwaga oraz magiczne zdolności przyciągnęły uwagę Morozki, króla zimy. Za wcześnie jednak, by ocenić, czy jego zainteresowanie okaże się błogosławieństwem, czy przekleństwem.

Na Moskwę spadło nieszczęście. Jej mieszkańcy szukają odpowiedzi na pytanie, dlaczego właśnie ich to spotkało, a także kogoś, kogo mogliby winić. Wasia jest całkiem sama i osaczona ze wszystkich stron. Wielki Książę , przepełniony gniewem, wybiera sojuszników, którzy poprowadzą go ku wojnie i upadkowi. Powraca zły demon, zdeterminowany, by szerzyć chaos. Wasia znajduje się w samym sercu konfliktu, czując, że los obu światów spoczywa na jej barkach. Niepewna własnej przyszłości odkryje zdumiewającą prawdę o sobie samej, próbując ocalić Ruś, Morozkę oraz świat magii, tak bliski jej sercu. Może się jednak okazać, że nie zdoła uratować wszystkich…

"Nie wystarczy powiedzieć po prostu, że »Zimowa Trylogia« Katherine Arden jest dobra. Taką lekturę, chce się przytulić, postawić na półce z ulubionymi książkami i natychmiast przeczytać ponownie, a z każdym kolejnym tomem staje się jeszcze lepsza. "Zima czarownicy" znów przenosi nas do czternastowiecznej Moskwy, gdzie dawne bóstwa walczą z nowym bogiem o duszę Rusi, a los wszystkich spoczywa na delikatnych barkach młodziutkiej czarownicy. Przygotujcie się na to, że ta opowieść wyrwie wam serce z piersi, odzyskacie je na chwilę pełne śniegu i magii, i znów zostanie wam wyrwane".
Laini Taylor

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 507

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Winter of the Witch

Projekt okładki: www.headdesign.co.uk

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja:Beata Słama

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Lilianna Mieszczańska

© 2019 by Katherine Arden. All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Katarzyna Bieńkowska

ISBN 978-83-287-1349-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Dla moich braci,

tego rodzonego i tych przybranych:

Sterling, RJ, Garrett,

kocham Was

Piękne są we mgle morskie fale,

Kiedy się z nieba błysk wynurzy,

Wierz mi, piękniejsze na tej skale

Dziewczę – od nieba, fal i burzy.

A.S. Puszkin, Burza

przełożył Adam Ważyk

Część pierwsza

1.Maria Moriewna

O zmierzchu pod koniec zimy dwóch mężczyzn przemierzało dziedziniec naznaczonego pożarem pałacu. Zapadali się po kostki w pokrywającą ziemię breję roztopionego śniegu i błota. Rozmawiali jednak z ożywieniem, pochylając ku sobie głowy i nie zważając na wilgoć. Za nimi wznosił się pałac pełen połamanych mebli, dymu, z roztrzaskaną osłoną schodów. Przed nimi znajdowała się zwęglona ruina, która kiedyś była stajnią.

– Czelibej wymknął się w zamieszaniu – powiedział z goryczą pierwszy z mężczyzn. – Byliśmy pochłonięci ratowaniem własnej skóry. – Policzek miał czarny od sadzy, w jego brodzie zakrzepła krew. Szpecące worki pod szarymi oczami przypominały sine odciski kciuka. Młody, o wysklepionej piersi i osobliwej aurze kogoś, kto przekroczył znużenie i przeszedł w stan nadrealnej uporczywej czujności. Odprowadzały go spojrzenia wszystkich obecnych na dziedzińcu. Był Wielkim Księciem Moskiewskim.

– Nie tylko skóry – zauważył drugi, mnich, z nutą czarnego humoru. Ponieważ wbrew wszelkiej nadziei miasto pozostało w większości nietknięte i wciąż należało do nich. Poprzedniej nocy niewiele brakowało, a Wielki Książę zostałby zdetronizowany i zamordowany, choć prawie nikt o tym nie wiedział. Jego miasto omal nie spaliło się na popiół, ocaliła je cudem nagła śnieżyca. To wiedzieli wszyscy. Serce miasta przecinała czarna smuga, jakby w nocy spadła nań karząca ogniem ręka Boga.

– To nie wystarczy – odparł Wielki Książę. – Może zdołaliśmy się uratować, ale nie rozprawiliśmy się ze zdrajcami. – W ciągu całego tego ciężkiego dnia miał słowa otuchy dla każdego, na kogo tylko padł jego wzrok, spokojnie wydawał rozkazy ludziom zaganiającym ocalałe konie i wynoszącym ze stajni zwęglone belki. Mnich jednak dobrze go znał i widział wyczerpanie i wściekłość kryjące się pod pozorami opanowania. – Wyruszam jutro z tyloma ludźmi, ilu będzie mogło mi towarzyszyć – oznajmił. – Znajdziemy Tatarów i wytniemy ich w pień.

– Chcesz opuścić teraz Moskwę, Dymitrze Iwanowiczu? – spytał mnich z pewnym niepokojem.

Dzień i noc bez snu nie złagodziły wybuchowego usposobienia Dymitra.

– Zamierzasz mi się sprzeciwić, bracie Aleksandrze? – Ton głosu księcia sprawił, że bojarzy z jego orszaku się wzdrygnęli.

– Miasto bez ciebie nie da sobie rady. Trzeba pożegnać umarłych, zabezpieczyć dotknięte ogniem spichlerze, zwierzęta i magazyny. Zemsta nie nakarmi głodnych dzieci, Dymitrze Iwanowiczu. – Mnich nie spał ani chwili dłużej niż Wielki Książę i nie zdołał złagodzić ostrego tonu swoich słów. Lewą rękę miał owiniętą w płótno – strzała przebiła mięsień poniżej barku, a potem musiała zostać wyciągnięta.

– Tatarzy zaatakowali mnie w moim własnym pałacu, i to po tym, gdy przyjąłem ich w dobrej wierze – odparował Dymitr, nawet nie próbując powściągnąć złości. – Spiskowali z uzurpatorem, podpalili moje miasto! Mam im to wszystko puścić płazem, bracie?

W rzeczywistości to nie Tatarzy podpalili miasto, lecz tego brat Aleksander nie powiedział. Uznał, że tamten błąd lepiej wymazać z pamięci, już i tak nie da się go naprawić.

– Czyż twoja siostra nie urodziła w tym chaosie martwego dziecka? – dodał chłodno Wielki Książę. – Dziecko nie żyje, część miasta obróciła się w popiół… Jeśli sprawiedliwości nie stanie się zadość, ludzie zaczną się burzyć.

– Żadna ilość przelanej krwi nie przywróci do życia dziecka mojej siostry – powiedział Sasza ostrzej, niż zamierzał. Wciąż miał przed oczami żałobę siostry bez jednej łzy, gorszą niż głośny lament.

Dymitr położył dłoń na rękojeści miecza.

– Będziesz teraz prawił mi kazania?

Sasza usłyszał w głosie księcia zabliźnioną, lecz nieuleczoną urazę.

– Nie będę – odparł.

Dymitr z pewnym wysiłkiem puścił splecione węże na rękojeści miecza.

– Jak zamierzasz znaleźć Tatarów Czelibeja? – Sasza próbował przemówić księciu do rozsądku. – Już raz ich ścigałeś i przez dwa tygodnie nie natrafiłeś na żaden trop, a to było w środku zimy, kiedy łatwo zobaczyć ślady na śniegu.

– Ale w końcu ich znaleźliśmy – przypomniał Dymitr, mrużąc szare oczy. – Czy twoja młodsza siostra przeżyła noc?

– Tak – odrzekł Sasza ostrożnie. – Olga twierdzi, że ma poparzoną twarz i złamane żebro, ale żyje.

Dymitr sposępniał. Jeden z mężczyzn sprzątających zrujnowaną stajnię upuścił koniec złamanej belki i zaklął.

– Gdyby nie ona, nie dotarłbym do ciebie na czas – przemówił Sasza do ponurego profilu kuzyna. – Jej krew ocaliła twój tron.

– Ocaliła go krew wielu ludzi – warknął Dymitr, nie odwracając głowy. – To kłamczucha, która zmusiła do oszustwa ciebie, najbardziej prawego z ludzi.

Sasza milczał.

– Zapytaj ją. – Dymitr odwrócił się w jego stronę. – Zapytaj, jak tego dokonała, jak znalazła Tatarów. Nie tylko dzięki bystremu wzrokowi, mam mnóstwo bystrookich wojów. Zapytaj, jak tego dokonała, a zostanie za to nagrodzona. Nie sądzę, by którykolwiek Moskwianin się z nią ożenił, ale może dałoby się przekonać jakiegoś wiejskiego bojara. A może odpowiednia ilość złota skłoniłaby któryś klasztor, by ją przyjął? – Dymitr mówił coraz szybciej i szybciej, minę miał niepewną, słowa wprost się z niego wylewały: – Mogłaby też zostać odesłana bezpiecznie do domu albo zamieszkać w teremie z siostrą. Zatroszczę się o to, by miała dość złota, aby wygodnie żyć. Zapytaj ją, jak tego dokonała, a ja już zadbam o wszystko.

Sasza wpatrywał się w niego, a na usta cisnęły mu się słowa, których nie mógł wypowiedzieć: „Wczoraj uratowała ci życie, zgładziła złego czarownika, podpaliła Moskwę i ją ocaliła, a wszystko to w ciągu jednej nocy. Sądzisz, że zgodzi się zniknąć za cenę posagu… za jakąkolwiek cenę? Czy ty w ogóle znasz moją siostrę?”.

Dymitr oczywiście jej nie znał. Znał tylko Wasilija Pietrowicza, chłopca, którego udawała. Są jedną i tą samą osobą. W głębi ducha Dymitr z pewnością zdawał sobie z tego sprawę, zdradzało go zakłopotanie.

Sasza uniknął odpowiedzi, bo od strony stajni dobiegły krzyki. Dymitr odwrócił się z ulgą.

– Chodźmy. – Ruszył zamaszystym krokiem, a Sasza z posępną miną podążył za nim.

W miejscu, gdzie skrzyżowały się dwa zwęglone dźwigary, zbierał się tłum.

– Cofnąć się! Matko Boska, jesteście jak owce na pastwisku! O co chodzi? – Na dźwięk stali w głosie Wielkiego Księcia ludzie się rozstąpili. – No więc?

– Tam, gosudar – odważył się odezwać jeden z mężczyzn i wskazał wyrwę między dwoma przewróconymi słupkami. Ktoś skierował w tamtą stronę światło pochodni. Płomień odbiło coś lśniącego leżącego na ziemi. Wielki Książę i jego kuzyn wpatrywali się w ten dziwny blask oszołomieni i z niedowierzaniem.

– Złoto? – zdumiał się Dymitr. – Tutaj?

– Z pewnością nie – odparł Sasza. – Stopiłoby się.

Trzech mężczyzn odsuwało już belki przygniatające lśniący przedmiot do ziemi. Czwarty wyszarpnął go i podał Wielkiemu Księciu.

To było złoto, znakomite i niestopione. Wykuto z niego dziwnie połączone ciężkie ogniwa i pręty. Metal miał oleisty połysk, rzucał migoczący biało i czerwono blask na twarze stojących w kręgu ludzi. Sasza poczuł niepokój.

Dymitr obracał przedmiot w dłoniach, aż wreszcie mruknął: „A!”. Przekręcił znalezisko i teraz widać było, że trzyma ogłowie, a na jego nadgarstki opadają cugle.

– Widziałem je już. – Oczy Dymitra pałały. Złoto było bardzo mile widziane przez księcia, którego fundusze uszczuplili bandyci i ogień.

– Kasjan Lutowicz założył je wczoraj swojej klaczy – powiedział Sasza, niechętnie przypominając sobie tamten dzień. Spojrzał z odrazą na kolczaste wędzidło. – Nie winiłbym jej, gdyby zrzuciła tak brutalnego jeźdźca.

– Cóż, uznam to za łup wojenny – oznajmił Dymitr. – Szkoda, że ta piękna klaczka zniknęła. Przeklęci złodzieje koni z tych Tatarów. Gorący posiłek i wino dla was wszystkich, doskonale się spisaliście. – Jego ludzie odpowiedzieli radosnymi okrzykami. Dymitr oddał ogłowie zarządcy. – Oczyść je – polecił. – I pokaż mojej żonie. Może poprawi jej humor. A potem zamknij to złoto w bezpiecznym miejscu.

– Czy to nie dziwne – zaczął Sasza nieufnie, kiedy zarządca, skłoniwszy z szacunkiem głowę, odszedł ze złotym ogłowiem – że to złoto leżało w płonącej stajni, a jednak nie doznało żadnego uszczerbku?

– Nie. – Dymitr zgromił go wzrokiem. – Wcale nie dziwne. To kolejny cud po tamtej niespodziewanej śnieżycy, która nas uratowała. I każdemu, kto zapyta, tak właśnie odpowiedz. Bóg ocalił to złoto, bo wiedział, w jak wielkiej byliśmy potrzebie. – Różnica między niesamowitościami przydarzającymi się dobrym i złym jest równie niepewna jak plotka, i Dymitr dobrze o tym wiedział. – Złoto to złoto. A teraz, bracie… – umilkł nagle. Sasza znieruchomiał z przechyloną głową.

– Co to za hałas?

W mieście, za pałacowym murem, narastał nieokreślony pomruk: szum i huk, niczym woda rozbijająca się o skalisty brzeg. Dymitr zmarszczył czoło.

– To brzmi jak…

Krzyk wartownika nie pozwolił mu dokończyć.

***

Nieco niżej na zboczu kremlowskiego wzgórza zmierzch zapadł wcześniej, a zimne i gęste cienie spowijały inny pałac, mniejszy i cichszy. Ogień właściwie go nie tknął, nie licząc drobnych śladów od zabłąkanych iskier.

W całej Moskwie wrzało od plotek, szlochów, przekleństw, sporów i pytań, tutaj jednak panował kruchy spokój. Lampy były zapalone, służący zebrali, co tylko się dało, by pomóc w potrzebie tym, którzy ucierpieli w pożarze. Konie drzemały w stajni, z kominów piekarni, kuchni, browarni i samego pałacu unosiły się cienkie smużki dymu.

Twórczynią tego spokoju była jedna kobieta. Siedziała w komnacie do robótek wyprostowana, nienaganna, uderzająco blada. Po obu stronach jej ust widniały głębokie bruzdy, oznaki napięcia, chociaż nie miała jeszcze trzydziestki. Cienie pod jej oczami były tak ciemne, jak te pod oczami Dymitra. Minionego wieczoru urodziła w łaźni trzecie dziecko – martwe. W tym samym czasie jej pierworodna córka została porwana i tej koszmarnej nocy omal nie zginęła.

Mimo tych wszystkich przeżyć Olga Władimirowa nie chciała odpocząć. Zbyt dużo było do zrobienia. Gdy tak siedziała przy piecu, płynął do niej nieprzerwany strumień ludzi: zarządca i kucharka, cieśla, piekarz i praczka… Każde z nich odchodziło z jakimś zadaniem i paroma słowami podziękowania.

Gdy w tej krzątaninie nastała chwilowa przerwa, Olga zgarbiła się na krześle i objęła rękami brzuch, w którym jeszcze niedawno było jej nienarodzone dziecko. Przed wieloma godzinami odprawiła pozostałe kobiety, spały teraz na wyższym piętrze teremu, odpoczywając po niedawnych wstrząsach, lecz jedna osoba wciąż przy niej trwała.

– Powinnaś się położyć, Olu. W pałacu dadzą sobie radę bez ciebie. – Dziewczyna, która to mówiła, siedziała sztywna i czujna na ławie przy piecu. Tak jak dumna księżna sierpuchowska miała długie czarne włosy zaplecione w warkocze grube jak nadgarstki i rysy twarzy o trudnym do uchwycenia podobieństwie. Księżna była jednak delikatna, a dziewczyna wysoka, o długich palcach i wielkich wyrazistych oczach w grubo ciosanej twarzy.

– Naprawdę powinnaś – podchwyciła inna kobieta, wchodząc do komnaty z chlebem i kapuśniakiem. Był wielki post, nie jadano więc tłustego mięsiwa. Nowo przybyła wyglądała na równie znużoną jak księżna i jej towarzyszka. Warkocz miała żółty, lekko przetykany siwizną, oczy duże, jasne i bystre. – Dom jest zabezpieczony na noc. Posilcie się. – Zaczęła energicznie nalewać zupę do misek. – A potem kładźcie do łóżek.

– Dom jest bezpieczny – Olga była tak zmęczona, że mówiła bardzo wolno – ale co z miastem? Sądzisz, że Dymitr Iwanowicz albo jego nieszczęsna głupia żona rozsyłają służbę z chlebem, by nakarmić dzieci osierocone tej nocy?

Dziewczyna siedząca na ławie pod piecem zbladła i wbiła zęby w dolną wargę.

– Jestem pewna, że Dymitr Iwanowicz robi sprytne plany, by zemścić się na Tatarach, a ci, którzy ucierpieli w pożarze, będą musieli poczekać. Ale to jeszcze nie znaczy… – nie dokończyła, bo przerwał jej paniczny krzyk dobiegający z góry, a potem czyjeś szybkie kroki. Kobiety z identycznym wyrazem twarzy wbiły wzrok w drzwi. Co teraz?

Do komnaty wpadła roztrzęsiona niania. Za nią przydreptały dwie zasapane dwórki.

– Masza… Masza… zniknęła – wydyszała.

Olga natychmiast poderwała się na nogi. Masza – Maria – była jej jedyną córką, tą, która została porwana z łóżka ubiegłej nocy.

– Wezwijcie straże – rozkazała.

Młodsza dziewczyna przechyliła głowę, jakby nasłuchując.

– Nie – powiedziała. Wszystkie głowy w komnacie odwróciły się gwałtownie. Dwórki i niania wymieniły mroczne spojrzenia. – Ona wyszła na zewnątrz.

– W takim razie… – zaczęła Olga, ale dziewczyna jej przerwała:

– Wiem, gdzie jest. Pozwól, że po nią pójdę.

Olga obrzuciła dziewczynę przeciągłym spojrzeniem, które tamta odwzajemniła bez mrugnięcia. Jeszcze poprzedniego dnia Olga powiedziałaby, że nigdy nie powierzyłaby swojej szalonej siostrze żadnego ze swoich dzieci.

– Dokąd? – spytała tylko.

– Do stajni.

– Dobrze. Tylko, Wasiu, proszę przyprowadź Maszę, zanim lampy się zapalą. A jeśli jej tam nie będzie, natychmiast mnie zawiadom.

Dziewczyna ze skruszoną miną kiwnęła głową i wstała z ławy. Dopiero kiedy zaczęła iść, okazało się, że pochyla się w jedną stronę. Miała złamane żebro.

***

Wasilisa Pietrowna znalazła Maszę tam, gdzie spodziewała się ją znaleźć – zwiniętą w kłębek i śpiącą smacznie na słomie w stajennym boksie gniadego ogiera. Drzwi boksu były otwarte, chociaż ogier nie został uwiązany. Wasia weszła do środka, nie obudziła jednak dziewczynki. Oparła się o łopatkę wielkiego konia i przytuliła policzek do jego jedwabistej skóry.

Gniadosz wykręcił głowę i zaczął zawzięcie obwąchiwać jej kieszenie. Wasia uśmiechnęła się, właściwie po raz pierwszy w ciągu tego długiego dnia, wyciągnęła z rękawa skórkę chleba i podała koniowi.

– Olga nie chce odpocząć – powiedziała. – Zawstydza nas wszystkich.

– Ty też nie odpoczęłaś – zauważył koń, chuchając jej w twarz ciepłym oddechem.

Wasia wzdrygnęła się i odepchnęła koński łeb. Od gorącego oddechu gniadosza bolały ją poparzenia na głowie i policzku.

– Nie zasługuję na odpoczynek. To ja wywołałam pożar i muszę jakoś naprawić wyrządzone szkody.

– Nie – zaprotestował Słowik, tupiąc nogą. – To Żar-Ptak spowodował pożar, chociaż powinnaś była mnie posłuchać, zanim go uwolniłaś. Klacz była zupełnie oszalała po tylu latach niewoli.

– Skąd ona się wzięła? – zastanawiała się Wasia. – W jaki sposób akurat Kasjan zdołał okiełznać takie stworzenie?

Słowik wydawał się zakłopotany. Strzygł nerwowo uszami i smagał się ogonem po bokach.

– Nie wiem, jak to się stało. Pamiętam, że ktoś krzyczał, a ktoś płakał. Pamiętam skrzydła i krew w błękitnej wodzie. – Tupnął i potrząsnął grzywą. – Nic więcej.

Wyglądał tak żałośnie, że Wasia pogłaskała go po kłębie, mówiąc:

– Nie szkodzi. Kasjan nie żyje, a jego klacz zniknęła. Domowik powiedział mi, że Masza tu jest – dodała, zmieniając temat.

– Oczywiście, że jest – odrzekł koń z wyższością. – Nawet jeśli nie umie ze mną rozmawiać, wie, że kopnę każdego, kto będzie próbował wyrządzić jej krzywdę.

To nie była czcza pogróżka ze strony konia wysokiego na siedemnaście dłoni.

– Nie mogę winić jej za to, że przyszła do ciebie – stwierdziła Wasia. Znowu pogłaskała konia po kłębie, a on opuścił z lubością uszy. – Kiedy byłam mała, zawsze biegłam do stajni, gdy tylko pojawiały się pierwsze oznaki kłopotów. Nie jesteśmy jednak w Leśnej Ziemi. Ola się wystraszyła, kiedy odkryto, że Maszy nie ma w pałacu. Muszę ją tam odprowadzić.

Skulona na słomie dziewczynka poruszyła się i zakwiliła przez sen. Wasia przyklękła ostrożnie, starając się nie urazić bolącego boku, a w tej samej chwili Masza obudziła się i poderwała gwałtownie, uderzając ciotkę głową prosto w żebra tak mocno, że Wasi zrobiło się czarno przed oczami i z wielkim trudem stłumiła okrzyk bólu.

– Ciiicho, Maszo – szepnęła, kiedy mogła już wydobyć głos. – Ciii… To ja. Wszystko dobrze. Nic się nie dzieje. Jesteś bezpieczna.

Dziewczynka uspokoiła się i znieruchomiała w objęciach cioci. Wielki ogier opuścił pysk i obwąchał włosy Maszy. Podniosła głowę. Bardzo delikatnie musnął chrapami jej nos, a ona zachichotała cichutko. A potem wtuliła twarz w rękaw Wasi i się rozpłakała.

– Wasoczka, Wasoczka, ja nic nie pamiętam – mamrotała, łkając. – Pamiętam tylko, że się bałam…

Wasia też pamiętała swój strach. Słowa dziewczynki sprawiły, że sceny minionej nocy śmigały przez jej umysł jak strzały wystrzelone z łuku. Płomienista klacz stająca dęba. Kurczący się czarnoksiężnik, który padł bezwładnie na ziemię. Zniewolona zaklęciem Masza o pustym spojrzeniu, posłuszna jak lalka.

I głos króla zimy: „Kochałem cię, jak umiałem”.

Wasia potrząsnęła głową, jakby mogła w ten sposób rozproszyć wspomnienia.

– Nie musisz pamiętać, jeszcze nie teraz – przemówiła łagodnie do dziewczynki. – Teraz jesteś bezpieczna, już po wszystkim.

– Wcale nie czuję, żeby było po wszystkim – mruczała Masza. – Nic nie pamiętam! Skąd mam wiedzieć, czy jest po wszystkim, czy nie?

– Zaufaj mi. A jeśli nie mnie, zaufaj mamie albo wujowi. Nie spotka cię już nic złego. A teraz chodź, musimy wracać do pałacu. Mama się martwi.

Masza natychmiast wyrwała się Wasi, która nie miała siły, by ją powstrzymać, i oplotła przednią nogę Słowika wszystkimi czterema kończynami.

– Nie! – wrzasnęła, wtulając twarz w końską sierść. – Nie zmusisz mnie!

Zwyczajny koń w takiej sytuacji stanąłby dęba, zarżał albo uderzył Maszę kolanem w twarz, lecz Słowik stał po prostu z niepewną miną. Po chwili opuścił łeb ku Maszy.

– Możesz tu zostać, jeśli chcesz – powiedział, chociaż dziewczynka nie rozumiała jego mowy. Znowu płakała. Było to cichutkie łkanie dziecka na skraju wytrzymałości.

Wasia, którą aż mdliło ze współczucia i gniewu, że dziewczynka ma za sobą takie przeżycia, rozumiała, dlaczego Masza nie chce wracać do pałacu. Została z niego uprowadzona, a jej udziałem stały się potworności, które na szczęście ledwie pamiętała. Dlatego bliskość wielkiego i pewnego siebie Słowika była tak bardzo krzepiąca.

– Coś mi się śniło – wymamrotała dziewczynka z buzią wciąż przyciśniętą do końskiej nogi. – Poza tym snem niczego nie pamiętam. Był tam kościotrup, który śmiał się ze mnie, i cały czas jadłam ciastka, więcej i więcej, chociaż robiło mi się od nich niedobrze. Nie chcę, żeby znów coś mi się przyśniło. Nie wrócę do pałacu. Zamieszkam w stajni ze Słowikiem. – Mocniej objęła nogę ogiera.

Wasia widziała, że jeśli nie postanowi siłą oderwać Maszy od konia i odciągnąć jej od niego – czego jej złamane żebro mogłoby nie wytrzymać i czemu Słowik byłby zdecydowanie przeciwny – dziewczynka nie ruszy się o krok.

Cóż, niech ktoś inny tłumaczy porywczemu ogierowi, dlaczego Masza nie może z nim zostać. Tymczasem…

– No dobrze – Wasia starała się, by jej głos brzmiał pogodnie. – Nie musisz wracać do pałacu, jeśli nie chcesz. Opowiedzieć ci bajkę?

Dziewczynka rozluźniła nieco uścisk wokół nogi Słowika.

– Jaką bajkę?

– Jaką tylko zechcesz. O Iwaniuszce i Aleniuszce? – Nagle Wasi ścisnęło się serce. „Siostro, droga siostro Aleniuszko”, powiedział koziołek, „przypłyń tu do mnie. Już rozpalają ogniska, już gotują wodę w garnku, już ostrzą noże. Zabiją mnie”. Ale siostra nie mogła mu pomóc. Utonęła. – Nie, może jednak nie tę – powiedziała pośpiesznie i zastanowiła się. – Może o głupim Wani?

Masza zamyśliła się głęboko, jakby wybór bajki był sprawą wielkiej wagi i mógł zmienić bieg tego ciężkiego dnia. Przez wzgląd na dziewczynkę Wasia żałowała, że naprawdę tak nie jest.

– Chyba… – zaczęła Masza – chyba chciałabym usłyszeć bajkę o Marii Moriewnie.

Wasia się zawahała. W dzieciństwie uwielbiała opowieść o pięknej Wasilisie, swojej bajkowej imienniczce, lecz bajka o Marii Moriewnie mogła okazać się bolesna, zbyt bolesna po tym, co stało się tej nocy. Dziewczynka jednak jeszcze nie skończyła.

– Opowiedz o księciu Iwanie – dokończyła swoją myśl. – Tę część bajki. I o koniach.

I nagle Wasia zrozumiała. Uśmiechnęła się, nie zważając na to, że napina poparzoną skórę twarzy.

– Dobrze. Opowiem ci o tym, jeśli puścisz nogę Słowika. On nie jest słupem.

Maria niechętnie odsunęła się od konia, a on położył się na słomie, żeby obie dziewczyny mogły się przytulić do jego ciepłego boku. Wasia owinęła Maszę i siebie swoją peleryną i rozpoczęła opowieść, gładząc siostrzenicę po włosach.

– Książę Iwan trzykrotnie próbował wyrwać swoją żonę, Marię Moriewnę, spod władzy złego czarownika Kościeja, jednak za każdym razem ponosił porażkę, gdyż Kościej jeździł na najszybszym koniu na świecie, który w dodatku rozumiał ludzką mowę. Jego koń zawsze uciekał przed koniem Iwana bez względu na to, jak szybko tamten galopował.

Słowik prychnął z zadowoleniem, wydmuchując ciepłe, pachnące sianem powietrze.

– Przede mną by nie uciekł – oznajmił.

– W końcu Iwan poprosił swoją żonę Marię, żeby spytała Kościeja, gdzie zdobył tak niezrównanego konia. „Jest taka chatka na kurzej nóżce stojąca nad brzegiem morza”, odparł Kościej. „Mieszka w niej czarownica, Baba Jaga, która hoduje najwspanialsze konie na świecie. Żeby tam dotrzeć, trzeba przemierzyć ognistą rzekę, ale ja mam czarodziejską chustkę rozdzielającą płomienie. Po dotarciu do chatki trzeba przez trzy dni służyć Babie Jadze. Jeśli ktoś dobrze się sprawi, dostanie w podzięce konia. Ale jeśli ktoś zawiedzie czarownicę, zostanie przez nią zjedzony.

Słowik pilnie nadstawił ucha.

– Zatem Maria, dzielna dziewczyna – Wasia pociągnęła siostrzenicę za czarny warkocz, a ta zachichotała – ukradła Kościejowi czarodziejską chustkę i potajemnie dała ją Iwanowi. On zaś wyprawił się do Baby Jagi, żeby dostać na własność najwspanialszego konia na świecie. Rzeka ognia była ogromna i straszna. Iwan jednak pokonał ją, wymachując chustką Kościeja i galopując przez płomienie. Po drugiej stronie zobaczył małą chatkę nad brzegiem morza. Mieszkała tam Baba Jaga i żyły najwspanialsze konie na świecie…

– Umiały mówić? – przerwała jej Masza. – Tak jak Słowik rozmawia z tobą? Naprawdę potrafisz z nim rozmawiać? Czy on zna ludzką mowę? Jak konie Baby Jagi?

– Słowik potrafi mówić – odparła Masza, unosząc rękę, by powstrzymać ten potok pytań. – Jeśli ktoś umie słuchać. A teraz cichutko, pozwól mi dokończyć.

Ale Masza już zadawała kolejne pytanie:

– A gdzie się nauczyłaś słuchać koni?

– Ja… szkolił mnie człowieczek ze stajni, waziła. Kiedy byłam dzieckiem.

– Czy ja też mogę się tego nauczyć? Ze mną człowieczek ze stajni nigdy nie rozmawia.

– Twój nie jest wystarczająco silny – wyjaśniła Wasia. – W Moskwie czarty nie mają dość mocy. Ale sądzę, że mogłabyś się nauczyć. Twoja babcia, moja matka, podobno znała się trochę na magii. Słyszałam też, że twoja prababka przyjechała do Moskwy na wspaniałym koniu, szarym jak poranek. Może ona też widziała czarty, jak ty i ja. Może są gdzieś inne konie, takie jak Słowik. Może wszyscy…

Przerwały jej stanowcze kroki w przejściu między końskimi boksami.

– Może wszyscy – podjął ostry głos Warwary – zjemy teraz kolację? Siostra zaufała ci, że pójdziesz po jej córkę i zaraz ją przyprowadzisz, a widzę, że tarzacie się w słomie niczym wiejskie chłopaczyska.

Masza poderwała się na nogi, a Wasia z trudem wstała, uważając na zraniony bok. Słowik również się dźwignął, kierując ku Warwarze postawione uszy. Kobieta rzuciła mu dziwne spojrzenie. Przez chwilę na jej twarzy malowała się niejasna tęsknota, jakby patrzyła na coś, czego pragnęła dawno temu.

– Chodź, Maszo. Wasia później dokończy tę bajkę. Zupa wystygnie – powiedziała po chwili, nie zważając już na Słowika.

***

Podczas rozmowy Wasi, Maszy i Warwary stajnię wypełniły cienie. Słowik znieruchomiał z postawionymi uszami.

– Co się dzieje? – zwróciła się do niego Wasia.

– Słyszysz?

– Co? – spytała Warwara, a Wasia rzuciła jej podejrz­liwe spojrzenie. Z pewnością ona nie mogła…

Masza nagle poczuła strach.

– Czy Słowik usłyszał, że ktoś tu idzie? Zły człowiek?

Wasia wzięła ją za rękę.

– Mówiłam ci, że jesteś bezpieczna, i wciąż za to ręczę. W razie niebezpieczeństwa Słowik zawiezie nas galopem daleko stąd.

– Dobrze – pisnęła Masza cienkim głosikiem, jednak wciąż mocno ściskała dłoń cioci.

Wyszły w granat nocy. Słowik ruszył za nimi, sapiąc niespokojnie, z nosem na ramieniu Wasi. Po krwistym zachodzie słońca pozostała jedynie nikła smużka, powietrze było nieruchome i dziwne. Poza grubymi ścianami stajni Wasia usłyszała to, co wcześniej Słowik: tupot wielu stóp i stłumiony szmer ludzkich głosów.

– Masz rację, coś jest nie tak – Wasia zwróciła się cicho do konia. – Na nieszczęście nie ma tu Saszy. – Głośno zaś dodała: – Nie martw się, Maszo, tu, za zamkniętą bramą, jesteśmy bezpieczne.

– Chodźmy. – Zniecierpliwiona Warwara ruszyła w stronę zewnętrznych drzwi pałacu, sieni i schodów prowadzących do teremu.

2.Porachunki

Na dziedzińcu panowała dziwna cisza, całodzienna krzątanina zamieniła się w ciężki spokój. Warwara wślizgnęła się przez drzwi teremu, mocno trzymając Maszę za rękę. U podnóża schodów Wasia odwróciła się i przycisnęła czoło do jedwabistej szyi Słowika. Zastanawiała się, dlaczego na dziedzińcu jest tak spokojnie. Wielu wartowników Olgi zginęło lub zostało rannych w walce na dworze Wielkiego Księcia, ale gdzie się podziali służący siostry, jej poddani? Krzyki za bramą stawały się coraz głośniejsze.

– Zaczekaj na mnie – przykazała koniowi. – Pójdę na górę do siostry, ale niedługo wrócę.

– Pośpiesz się, Wasiu – szepnął ogier, a każdy mięsień jego ciała drżał z niepokoju.

Na górę, do komnaty robótek. Gdy Wasia szła po schodach, złamane żebro promieniowało ognistym bólem wzdłuż jej boku. Ogromna sala o niskim stropie była ogrzewana piecem i wietrzona wąską szparą okienną. Teraz panował w niej tłok, hałas obudził dwórki i służące Olgi. Przy piecu siedziała niania trzymająca w objęciach syna Olgi, Daniłę. Chłopczyk jadł kawałek chleba, był spokojny, choć nieco zde­zorientowany. Kobiety szeptały między sobą jakby w obawie, że ktoś je usłyszy. Atmosfera w pałacu księżnej sierpuchowskiej zrobiła się nieprzyjemna. Wasia czuła, że pocą jej się pokryte pęcherzami dłonie.

Olga stała przy wąskim oknie i patrzyła na ulicę za ogrodzeniem dziedzińca. Masza podbiegła do matki, a ta otoczyła ją ramieniem.

Wiszące lampy rzucały złowrogie cienie, drżące od powiewu wywołanego wejściem Wasi. Głowy wszystkich odwróciły się w jej stronę, lecz ona patrzyła tylko na siostrę, która stała bez ruchu przy oknie.

– Olu? – zagadnęła Wasia. Szepty w komnacie ucich­ły. – Co się dzieje?

– Mężczyźni. Z pochodniami – odrzekła Olga, nie odwracając się.

Wasia spostrzegła, że kobiety wymieniają przestraszone spojrzenia. Wciąż jednak nie rozumiała.

– Co oni robią?

– Sama zobacz. – Głos Olgi był spokojny. Na jej pierś opadało kilka warstw łańcuszków zwisających z kokosznika. Światło lamp skrzyło się oślepiająco na złocie, pokazując, jak szybko oddycha.

– Posłałabym po straże – dodała Olga – ale ubieg­łej nocy w pożarze i w walce z Tatarami straciliśmy tak wielu ludzi. Pozostali pilnują bram miasta, a służący krążą, rozdając rzeczy potrzebującym. Rozesłaliśmy wszystkich z jakąś misją i jeszcze nie wrócili. Może niektórym stanęło coś na przeszkodzie, a inni usłyszeli coś, czego my nie mogłyśmy usłyszeć.

Niania ściskała Daniłę tak mocno, że aż pisnął. Masza wpatrywała się w Wasię z nadzieją i ślepą ufnością: to ciocia, która ma czarodziejskiego konia. Wasia ruszyła w stronę okna, starając się nie utykać. Kiedy przemierzała komnatę, kilka kobiet odwróciło wzrok i się przeżegnało.

Ulica przed bramą do pałacu była pełna ludzi. Wielu niosło pochodnie, wszyscy krzyczeli. Wasia wytężyła słuch i wreszcie usłyszała wyraźnie ich głosy.

– Czarownica! – krzyczeli. – Wydajcie nam czarownicę! Ogień! To ona wznieciła pożar!

– Przyszli po ciebie – stwierdziła beznamiętnie Warwara, a Masza wyjąkała:

– Wasoczka… Wasoczka… czy oni mówią o… tobie? – Olga tak mocno przytulała córeczkę, że zesztywniała jej ręka.

– Tak, Maszo. – Wasi zaschło w ustach. – O mnie. – Tłum pod bramą przypominał rzekę uderzającą o skałę.

– Musimy zabarykadować drzwi do pałacu – zarządziła Olga. – Oni mogą wyważyć bramę. Warwaro…

– A posłałaś po Saszę? – przerwała jej Wasia. – Po ludzi Wielkiego Księcia?

– Kogo niby miałaby posłać? – żachnęła się Warwara. – Wszyscy byli w mieście, kiedy to się zaczęło. A niech to! Może mogłabym się zorientować i przestrzec was, na co się zanosi, gdybym nie tkwiła cały dzień w teremie i nie była taka zmęczona.

– Ja mogę pójść – powiedziała Wasia.

– Nie bądź głupia – syknęła Warwara. – Myślisz, że cię nie rozpoznają? I może zamierzasz dosiąść tego wielkiego gniadosza, którego każdy mężczyzna, każda kobieta i każde dziecko rozpoznają na pierwszy rzut oka? Jeśli już, to ja pójdę.

– Nikt nigdzie nie pójdzie – przerwała im Olga chłodno. – Spójrzcie, jesteśmy otoczeni.

Wasia i Warwara odwróciły się do okna. Olga mówiła prawdę, blask pochodni się rozprzestrzeniał.

Kobiece szepty stały się piskliwe z przerażenia.

Tłum wzbierał, z bocznych uliczek wciąż napływali ludzie. Zaczęli walić w bramę. Wasia nie mogła dostrzec poszczególnych twarzy, oślepiał ją blask pochodni. Dziedziniec w dole pozostawał zimny i cichy.

– Spokojnie, Wasiu. – Twarz Olgi była nieugięcie opanowana. – Nie bój się, Maszo, idź i usiądź przy ogniu obok brata. – Następnie zwróciła się do Warwary: – Weź do pomocy kilka kobiet i zastawcie drzwi, czym tylko się da. Dzięki temu zyskamy na czasie, jeśli wyważą bramę. Tę wieżę zbudowano tak, by wytrzymała atak Tatarów. Nic nam nie zrobią. Do Saszy i Wielkiego Księcia dotrą słuchy o zamieszkach, wojowie przybędą na czas.

Niepokój Olgi nadal zdradzało tylko migotanie łańcuszków.

– Jeśli to mnie chcą… – zaczęła Wasia.

– Zamierzasz oddać się w ich ręce? – przerwała jej Olga. – Wierzysz, że uda ci się przemówić do rozsądku temu? – Gwałtownym gestem wskazała kotłujący się tłum.

Warwara już przeganiała kobiety z ław zrobionych z mocnego drewna. Dzięki temu zyskają na czasie. Ale na jak długo?

Nagle przemówił nowy głos:

– Śmierć – wyszeptał.

Wasia odwróciła głowę. Głos należał do domowika Olgi i dobiegał z otworu pieca. Był niczym szelest opadającego popiołu, kiedy ogień wygasł.

Wszystkie włoski na ciele Wasi się zjeżyły. Domowik ma dar przewidywania tego, co stanie się z jego rodziną. Wasia przesadziła drogę do pieca dwoma kulawymi susami. Kobiety wytrzeszczyły oczy. Przerażona Masza napotkała spojrzenie Wasi, ona też usłyszała domowika.

– Och, co teraz będzie?! – wykrzyknęła dziewczynka. Chwyciła chleb, który jadł Daniła. Chłopczyk zaniósł się płaczem, a ona uklękła przy palenisku obok Wasi.

– Maszo, a cóż to… – zaczęła niania, lecz Wasia warknęła „zostaw ją” takim tonem, że wszystkie kobiety w pokoju drgnęły przestraszone. Nawet oddech Olgi zaświstał między jej zębami.

Masza podała chleb wyblakłemu domowikowi.

– Nie mów tak – poprosiła. – Nie mów „śmierć”. Straszysz mojego braciszka.

Jej braciszek nie mógł ani usłyszeć, ani zobaczyć domowika, Masza jednak w swojej dumie nie chciała przyznać, że to ona się boi.

– Nie potrafisz ochronić tego domu? – spytała Wasia domowika.

– Nie. – Domowik był właściwie tylko słabym głosikiem i cieniem rzucanym przez dogasający żar. – Czarnoksiężnik nie żyje, stara kobieta błąka się w ciemnościach. Ludzie zwracają się ku innym bogom. Nie zostało nic, co trzymałoby mnie przy życiu. Mnie i inne czarty.

– Jesteśmy tu! – Strach wzmagał zapalczywość Wasi. – Widzimy cię. Pomóż nam!

– Widzimy cię – powtórzyła szeptem Masza. Wasia ujęła jej rączkę i mocno ścisnęła. Otworzyła jedną z niezliczonych ran z ubiegłej nocy i rozmazała krew na gorącym kamieniu paleniska.

Domowik zadrżał i nagle zaczął przypominać żywą istotę, a nie mówiący cień.

– Mogę grać na zwłokę – wyszeptał. – Zyskacie trochę czasu, ale to wszystko.

Trochę czasu. Wasia wciąż kurczowo trzymała rączkę siostrzenicy. Kobiety skupiły się za ich plecami, ich twarze wyrażały strach lub potępienie.

– Czarna magia – wycedziła jedna z nich. – Olgo Władimirowa, chyba sama widzisz…

– Naszym losem jest dziś śmierć – Wasia zwróciła się do siostry, ignorując pozostałe kobiety.

Rysy Olgi wyostrzyły się, nabierając ponurej zawziętości.

– Nie dopuszczę do tego. Wasiu, chwyć koniec tej ławy, pomóż Warwarze zabarykadować drzwi…

W głowie Wasi raz po raz pulsowały słowa: „Oni chcą mnie”.

Na dziedzińcu rozległ się pisk Słowika. Brama się zatrzęsła. Warwara stała w milczeniu najbliżej drzwi. Jej wzrok zdawał się wyrażać jedną myśl. Wasia miała przeświadczenie, że wie jaką.

Przyklękła sztywno, by spojrzeć siostrzenicy w oczy.

– Musisz zawsze dbać o domowika – przykazała jej. – Tutaj, czy gdziekolwiek będziesz, musisz się starać, by pozostał silny, a on będzie chronił dom.

Masza kiwnęła poważnie główką.

– Ale, Wasoczka, co będzie z tobą? – spytała. – Ja za mało wiem…

Wasia pocałowała ją i wstała.

– Nauczysz się. Kocham cię, Maszo. – Odwróciła się do Olgi. – Olu, ona… Musisz ją wkrótce wysłać do Aloszy, do Leśnej Ziemi. On zrozumie, znał mnie, kiedy dorastaliśmy. Masza nie może zostać tu, w wieży, nie na zawsze.

– Wasiu… – zaczęła Olga. Masza, nie pojmując, co się dzieje, kurczowo trzymała się ręki Wasi.

– Za to wszystko… wybacz mi – szepnęła Wasia, puściła rączkę Maszy i wymknęła się przez drzwi, które otworzyła jej Warwara. Na moment ich spojrzenia spotkały się w ponurym porozumieniu.

***

Słowik czekał na Wasię przy drzwiach pałacu, na pozór spokojny, nie licząc białej obwódki wokół oka. Dziedziniec był ciemny. Krzyki stawały się coraz głośniejsze. Od strony bramy dobiegał złowieszczy trzask. Między rozłupanymi deskami błyskało światło pochodni. Wasia myślała gorączkowo. Co robić? Słowik, nie do pomylenia z żadnym innym koniem, jest w niebezpieczeństwie. Wszyscy są: ona, jej koń, jej rodzina.

Czy ona i Słowik mogliby ukryć się w stajni i zabarykadować? Nie – oszalały tłum natarłby natychmiast na kruche drzwi teremu i na bezbronne dzieci w środku.

Powinna się ugiąć? Wyjść i oddać się w ich ręce? Może to zadowoli tych ludzi, może nie włamią się do pałacu.

Ale Słowik… co mu zrobią? Ten koń trwający przy niej dzielnie nigdy nie opuściłby jej z własnej woli.

– Chodź – odezwała się. – Ukryjemy się w stajni.

– Lepiej uciekajmy. Otwórzmy bramę i uciekajmy.

– Nie zamierzam otwierać bramy przed tą tłuszczą – warknęła Wasia, po czym zmusiła się, by mówić tonem łagodnej perswazji: – Musimy grać na zwłokę tak długo, jak zdołamy, żeby mój brat zdążył tu dotrzeć z ludźmi Wielkiego Księcia. Brama na pewno wytrzyma. Chodź, musimy się schować.

Koń poszedł za nią niechętnie, podczas gdy wrzaski narastały.

Dwuskrzydłowe wrota stajni zrobiono z mocnego drewna. Wasia otworzyła je, a koń wszedł do środka, parskając niespokojnie w ciemności.

– Słowiku – powiedziała Wasia, przymykając wrota. – Kocham cię.

Musnął chrapami jej włosy, uważając, by nie urazić poparzeń, i odrzekł:

– Nie bój się. Jeśli wyłamią bramę i się tu wedrą, po prostu uciekniemy. Nikt nas nie znajdzie.

– Dbaj o Maszę – szepnęła Wasia. – Może kiedyś nauczy się z tobą rozmawiać.

– Wasiu! – zawołał Słowik, zadzierając głowę w nagłej panice. Ona jednak odepchnęła jego pysk, wyślizgnęła się przez niedomknięte wrota i zamknęła go w stajni.

Rozległ się jego wściekły pisk, a także łomot kopyt o twarde drewno, ledwie słyszalny poprzez jazgot motłochu. Jednak nawet Słowik nie dałby rady sforsować tak ciężkich wrót.

Niezdarnie ruszyła w stronę bramy, zziębnięta i przerażona.

Szczeliny w bramie robiły się coraz szersze. Nagle noc przeszył pojedynczy głos podjudzający tłum. Odpowiedziały mu jeszcze głośniejsze i bardziej przenikliwe wrzaski.

I znów rozległ się ten sam głos, jedwabisty, śpiewny, którego czysty ton przebijał się przez wrzawę. Ćmiący, kłujący ból w boku Wasi wzmógł się. Na górze, w teremie, zgaszono lampy.

Za plecami Wasi znów zapiszczał Słowik.

– Czarownico! – krzyknął mocny głos po raz trzeci. To było wezwanie, groźba. Brama trzeszczała pod naporem hałastry.

Tym razem Wasia rozpoznała ten głos. Miała poczucie, że oddech opuszcza jej ciało. Ale kiedy odpowiedziała, głos jej nie zadrżał.

– Tu jestem. Czego chcesz?

W tym momencie zdarzyły się dwie rzeczy: brama ustąpiła w kaskadzie drzazg, a za Wasią Słowik wyważył wrota stajni i wypadł przez nie galopem.

3.Słowik

Tamci byli bliżej niej niż Słowik, lecz nikt i nic nie było szybsze od gniadosza. Pędził ku niej pełnym galopem. Wasia dostrzegła swoją ostatnią szansę: skłonić tłum do pościgu, odciągnąć go od pałacu siostry. Tak więc kiedy Słowik mknął obok, puściła się pędem, dopasowując krok do jego biegu, po czym wskoczyła mu na grzbiet.

Ból i słabość zniknęły w ferworze chwili. Słowik gnał prosto na roztrzaskaną bramę. Wasia pokrzykiwała, by odwrócić uwagę ludzi od wieży. Słowik bił kopytami z całą zawziętością bojowego konia, chcąc przedrzeć się przez tłum. Ludzie doskakiwali do niego, próbując go pojmać, lecz on roztrącał ich na boki.

Byli już blisko bramy. Wasia całe swoje jestestwo skupiła na ucieczce. Na otwartej przestrzeni nic i nikt nie dogoni Słowika. Odciągnie tłum od Olgi, zyska na czasie, a potem wróci z Saszą i wojami Dymitra.

Nic nie mogło prześcignąć Słowika.

Nic.

Nie zauważyła, co ich ugodziło. To mogła być po prostu kłoda przeznaczona do czyjegoś pieca. Usłyszała jedynie świst, a potem poczuła wstrząs wibrujący poprzez końskie ciało, gdy dosięgnął go cios. Noga Słowika uciekła w bok. Upadł, gdy od wyłamanej bramy dzielił go tylko jeden sus.

Tłum ryknął. Wasia poczuła uderzenie niczym ranę zadaną jej samej. Wywinęła się instynktownie, a po chwili klęczała przy głowie konia.

– Słowiku – wyszeptała. – Słowiku, wstań.

Ludzie napierali na nią ze wszystkich stron, czyjaś ręka chwyciła ją za włosy. Odwinęła się i ugryzła, właściciel ręki zaklął i odskoczył. Ogier usiłował się podnieść, kopiąc dziko, lecz jego tylna noga była wygięta pod nienaturalnym kątem.

– Słowiku – błagała Wasia. – Słowiku…

Ogier dmuchnął jej w twarz delikatnym pachnącym sianem oddechem. Jego drżenie przypominało trzepot, a grzywa opadająca na dłonie Wasi była szpiczasta niczym pióra. Jakby jego inne, dziwniejsze wcielenie, ptak, którego nigdy nie widziała, miał wreszcie uwolnić się i rozpostrzeć skrzydła.

I wtedy opadło ostrze.

Ugodziło konia tam, gdzie głowa łączy się z ciałem. Rozległo się wycie.

Wasia czuła się tak, jakby ostrze przebijające konia poderżnęło jej gardło, i nie wiedziała, że krzyczy, kiedy skoczyła niby wilczyca broniąca swego szczenięcia.

– Zabić ją! – wrzasnął ktoś z tłumu. – To ona, przeklęta wiedźma. Zabić ją!

Wasia rzuciła się na nich, nie zważając na nic, nie dbając o swoje życie. A potem uderzyła ją męska pięść, a potem kolejna i kolejna, aż przestała czuć spadające na nią ciosy.

***

Klęczała w lesie pod rozgwieżdżonym niebem. Świat był czarno-biały i zupełnie cichy. W śniegu, tuż poza zasięgiem jej ręki, trzepotał się brązowy ptaszek. Jakaś postać, czarnowłosa i biała jak śnieg, klęczała obok i wyciągała do niego stuloną dłoń.

Wasia znała tę dłoń i to miejsce. Miała wręcz wrażenie, że pod odwieczną obojętnością w oczach boga śmierci widzi uczucie. Tyle że on patrzył na ptaszka, nie na nią, więc nie mogła mieć pewności. Był dziwniejszy i odleglejszy niż kiedykolwiek, całą uwagę skupiał na słowiku leżącym w śniegu.

– Zabierz nas razem – wyszeptała.

Nie odwrócił się.

– Pozwól mi pójść z tobą – spróbowała znowu. – Nie możesz dopuścić, żebym straciła mojego konia. – Gdzieś daleko czuła ciosy spadające na jej ciało.

Słowik wskoczył w dłoń boga śmierci, a on zamknął delikatnie palce wokół stworzonka. Drugą ręką nabrał garstkę śniegu. Śnieg stopił się w jego dłoni, kilka kropel kapnęło na ptaszka, który natychmiast znieruchomiał i zesztywniał.

Wtedy bóg śmierci podniósł wreszcie wzrok ku jej twarzy.

– Wasiu – przemówił znajomym głosem – Wasiu, posłuchaj…

Ona jednak nie mogła odpowiedzieć.

W prawdziwym świecie tłum cofnął się na słowo wypowiedziane przez mężczyznę o grzmiącym głosie, a ona została wciągnięta z powrotem w moskiewską noc, krwawiąca w zadeptanym śniegu, lecz wciąż żywa.

A może tylko to sobie wyobraziła? Kiedy jednak uniosła oblepione krwią powieki, ciemna sylwetka boga śmierci wciąż była obok, bledsza niż cień w południe, o natarczywym spojrzeniu, bezradna. Z czułością trzymał w dłoni sztywne ciałko słowika.

A potem zniknął. Jakby wcale go tam nie było. Wasia leżała w poprzek ciała swego konia, lepka od jego krwi. Nad nią stał mężczyzna o złotych włosach i oczach błękitnych jak letnie niebo. Odziany był w sutannę i spoglądał na nią z wyrazem zimnego i spokojnego triumfu.

***

Bez względu na wszystkie zakręty i udręki swego życia Konstanty Nikonowicz miał dar, który nigdy go nie zawiódł: kiedy przemawiał, brzmienie jego głosu miało na ludzi hipnotyczny wpływ.

Przez całą tę noc, kiedy szalała śnieżyca, udzielał ostatniego namaszczenia umierającym i pocieszał rannych.

Później zaś, w czarnej godzinie tuż przed świtem, przemówił do mieszkańców Moskwy:

– Nie mogę milczeć. – Z początku jego głos był cichy i łagodny, a słowa kierował to do tej osoby, to do innej. Kiedy zaś ludzie zaczęli skupiać się wokół niego, podniósł głos: – Wyrządzono wam wielkie zło!

– Wyrządzono? – pytali brudni od sadzy, przerażeni ludzie. – Co nam wyrządzono?

– Ten pożar był karą boską – ciągnął Konstanty. – Ale to nie wy popełniliście zbrodnię.

– Zbrodnię? – szeptali niespokojnie, tuląc swoje dzieci.

– Jak myślicie, dlaczego miasto spłonęło? – zadał pytanie Konstanty. Gardło ściskał mu szczery żal. Dzieci, uduszone dymem, umarły w objęciach matek. Naprawdę nad tym bolał. Wciąż był zdolny do współczucia. Głos miał ochrypły z emocji. – Ten pożar był karą boską za udzielenie schronienia czarownicy.

– Czarownicy? Udzieliliśmy schronienia czarownicy? – zaszemrał tłum.

Głos Konstantego stawał się coraz donioślejszy.

– Chyba pamiętacie? Tej, która podawała się za Wasilija Pietrowicza. Ten chłopak był w rzeczywistości dziewczyną. Pamiętacie Aleksandra Pierieswieta, którego wszyscy mieli za świętego, a własna siostra skłoniła go do grzechu? Pamiętacie, jak zwiodła Wielkiego Księcia? I właśnie tej nocy w mieście wybuchł pożar!

Gdy wypowiadał te słowa, poczuł, że nastrój tłumu się zmienia. Ich gniew, żal i lęk znalazły ujście, zyskały cel. Podsycał to jeszcze, rozmyślnie i wprawnie, niczym kowal ostrzący miecz.

Kiedy byli już gotowi, musiał jedynie sięgnąć po tę broń.

– Sprawiedliwości musi stać się zadość – oznajmił Konstanty. – Ale ja nie wiem jak. Może Bóg nam podpowie.

***

Wasia leżała na dziedzińcu pałacu siostry, a na jej rękach zasychała krew ukochanego konia. Wargę i policzek miała ubrudzone własną krwią, a oczy pełne łez. Z trudem oddychała, lecz żyła. Niezgrabnie spróbowała się podnieść.

– Batiuszka – powiedziała. Gdy wymawiała to słowo, ze zranionej wargi popłynęła krew. – Odwołaj tych ludzi. – Urywany oddech sprawiał jej ból. – Odwołaj ich. Zabiłeś mojego konia. Ale oszczędź moją siostrę. I jej dzieci.

Tłum gromadził się wokół nich i przesuwał dalej, żądza krwi nie została zaspokojona. Łomotali do drzwi pałacu sierpuchowskiego. Drzwi nadal stawiały opór, ale do czasu. Konstanty się zawahał.

– Dwa razy uratowałam ci życie – dodała cicho. Ledwie trzymała się na nogach.

Konstanty czuł własną moc, kierował furią tłumu niczym jeździec dosiadający na wpół ujeżdżonego konia.

– Cofnąć się! – zawołał do swoich wyznawców, jakby gwałtownie ściągnął wodze. – Cofnąć się! Czarownica jest tutaj. Złapaliśmy ją. Sprawiedliwości musi stać się zadość. Bóg nie będzie czekał.

Zamknęła oczy, czując bezmierną ulgę. A może to była słabość? Nie padła mu do stóp, nie podziękowała za zmiłowanie.

– Ty pójdziesz ze mną i Bóg wymierzy ci karę – oznajmił szyderczo.

Otworzyła oczy i spojrzała na niego, ale tak, jakby go nie widziała. Jej wargi poruszyły się, wypowiadając jedno słowo. Nie jego imię, nie błaganie o litość, tylko: „Słowiku…”. Nagle skuliła się, bardziej z żalu niż bólu, zgięła się jak trafiona strzałą.

– Koń nie żyje – wycedził i zobaczył, że te słowa są dla niej niczym ciosy pięścią. – Może teraz zwrócisz myśli ku sprawom, jakie przystoją kobiecie. W tym czasie, który ci jeszcze pozostał.

Nie odpowiedziała, wzrok miała błędny.

– Twój los jest przesądzony – dodał Konstanty, nachylając się nad nią, jakby mógł siłą wtłoczyć jej te słowa do głowy. – Ludzie zostali skrzywdzeni i domagają się sprawiedliwości.

– Co to za los? – wyszeptała posiniaczonymi wargami. Jej twarz miała barwę śniegu.

– Radzę ci się modlić – odpowiedział łagodnym szeptem.

Rzuciła się na niego niczym zranione zwierzę. Prawie się roześmiał z niespodziewanej radości, kiedy cios czyjejś pięści powalił ją na ziemię i teraz leżała bezwładnie u jego stóp.

4.Los wszystkich czarownic

– Co to za wrzawa? – zapytał Dymitr. Niewielu spośród jego wartowników nie odniosło ubiegłej nocy ran, a teraz wyglądało na to, że wszyscy krzyczą. Zza pałacowego ogrodzenia dobiegały wrzaski i tupot wielu stóp depczących śnieg. Dziedziniec oświetlały jedynie pochodnie. Zgiełk w mieście wciąż narastał, nagle rozległ się także potężny łomot. – Matko Boska – jęknął Dymitr. – Jakbyśmy nie mieli dość kłopotów… – Odwrócił głowę, żeby wydać szereg szybkich rozkazów.

Chwilę później tylna brama otworzyła się wśród chaotycznych okrzyków. Do Wielkiego Księcia podeszła bez strachu żółtowłosa służka, a za nią dreptali skonsternowani podwładni Dymitra.

– O co chodzi? – spytał, mierząc kobietę wzrokiem.

– To pokojówka mojej siostry – odezwał się Sasza. – Warwaro, co ty…

Warwara miała posiniaczony policzek, a wyraz jej twarzy zmroził go do szpiku kości.

– Ludzie, których słyszycie, właśnie wyłamali bramę pałacu księżnej sierpuchowskiej – wyrzuciła z siebie. – Zabili gniadego ogiera, którego kochała Wasilisa. – Sasza poczuł, że krew odpływa mu z twarzy. – A ją samą zabrali.

– Dokąd? – zapytał Sasza strasznym, nie swoim głosem.

Dymitr już wzywał swoich ludzi na koń.

– Nawet jeśli są ranni, niech wskakują na konie, to nie może czekać.

– Na dół – odparła Warwara, dysząc ciężko. – Na dół, w stronę rzeki. Boję się, że chcą ją zabić.

***

Wasia była prawie nieprzytomna od uderzeń pięści, ubranie miała podarte i zakrwawione. Tłum ją zagarnął, a świat był pełen zgiełku. Na wpół wleczona, na wpół niesiona słyszała krzyki, zimny piękny głos panujący nad tłumem i słowo „batiuszka” szeptane bez końca.

Schodzili ze wzgórza, potykała się na grudach zmrożonej śnieżnej brei. Ręce – wiele rąk – szarpały ją zewsząd, peleryna i kaftan zostały rozerwane, tak że została tylko w sukience z długimi rękawami, zgubiła gdzieś chustkę i włosy opadały jej na twarz.

Była tego wszystkiego na wpół świadoma. Jej pamięć zatrzymała się na jednym strasznym wspomnieniu: uderzenie kłody i ostrze, którego cios odczuło jej własne ciało. „Słowik. Matko Boska, Słowik”. Wokół szalał rozwścieczony tłum, a ona widziała tylko swojego konia leżącego w śniegu. Cała jego miłość, gracja i siła zostały złamane, zbrukane, unicestwione.

Coraz więcej ludzi szarpało jej ubranie. Strąciła jedną macającą ją dłoń i cuchnąca rybami pięść uderzyła ją w twarz, aż szczęknęły jej zęby. Poczuła w ustach promieniujący ból, kołnierz sukienki został rozdarty. Opanowany głos Konstantego uspokajał tłum. Cofnęli się niczym skarcone dzieci.

Nadal wlekli ją w dół zbocza. Wokół niej pochodnie sypały iskry, oślepiając ją. „Boisz się wreszcie?” – szepnął Konstanty ledwie słyszalnie, jakby pokonał ją w jakichś zawodach.

W przypływie wściekłości, która przyćmiła ból, znów się na niego rzuciła.

Może chciała ich sprowokować, żeby ją zabili. Prawie jej się udało. Konstanty pozwolił, by tłum ją ukarał. Szara mgła przesłoniła ukradkiem jej wzrok, nie umarła jednak, a kiedy odzyskała przytomność, zorientowała się, że wynieśli ją za mury kremla. Znajdowali się teraz na terenie podgrodzia, w tej części Moskwy, która rozciągała się za murami. Wciąż szli, tłum zmierzał nad rzekę. Nieopodal stała cerkiewka. Zatrzymali się tam na prędką naradę. Konstanty przemawiał do tłumu, lecz Wasia zdołała wychwycić tylko pojedyncze słowa:

„Czarownica”.

„Święty mąż”.

„Nanieść drew”.

Właściwie nie słuchała. Wszystkie zmysły miała otępiałe. Nie zrobili krzywdy Oldze ani Maszy. Jej koń nie żyje. Nie dbała o to, co z nią zrobią. O nic już nie dbała.

Poczuła zmianę, kiedy z natarczywego, rażącego kręgu pochodni wrzucono ją w rozświetlony jedynie blaskiem świec cerkiewny mrok. Potoczyła się po posadzce aż pod ikonostas, rozkrwawiając sobie obolałe wargi.

Leżała tak, wdychając woń zakurzonego drewna, otępiała z bólu i szoku. Potem pomyślała, że mogłaby chociaż spróbować się podnieść, zdobyć się na odrobinę odwagi. Odrobinę dumy. Słowik tak by zrobił. Słowik…

Z trudem wstała.

I znalazła się sam na sam, twarzą w twarz, z Konstantym Nikonowiczem. Pop stał tyłem do drzwi i dzieliło ich pół nawy. Przyglądał się Wasi.

– Zabiłeś mojego konia – wyszeptała, a on uśmiechnął się lekko.

***

Miała rozcięty nos, jedno oko przesłoniła opuchlizna. W cerkiewnym półmroku jej posiniaczona twarz wydawała się bardziej nieziemska niż kiedykolwiek i bardziej delikatna. Poczuł znajomy przypływ pożądania i towarzyszącą mu nienawiść do samego siebie.

Ale… dlaczego miałby się wstydzić? Bóg nie dba o mężczyzn i kobiety. Liczyła się tylko jego własna wola, a Wasia znalazła się w jego mocy. Ta myśl sprawiła, że krew w nim zawrzała. Podobnie działało na niego uwielbienie tłumu czekającego na zewnątrz. Znów omiótł wzrokiem jej ciało.

– Zostałaś skazana na śmierć – oznajmił. – Za swoje grzechy. Podarowano ci tych kilka chwil na modlitwę.

Wyraz jej twarzy się nie zmienił. Może nie usłyszała. Przemówił głośniej:

– Takie jest prawo boże i wola ludu, wobec którego zawiniłaś!

Twarz miała białą jak śnieg, a każdy najbledszy pieg na jej nosie odznaczał się wyraźnie niczym kropla krwi.

– Zabij mnie zatem – powiedziała. – Miej odwagę zrobić to własnoręcznie zamiast oddawać mnie w ręce rozwścieczonego tłumu i nazywać to sprawiedliwością.

– Czy zaprzeczysz zatem, że pożar był twoją sprawką? – Podszedł do niej sprężystym krokiem. Wolny, powiedział sobie w myślach. Wreszcie uwolniłem się spod jej władzy.

Wasia milczała z kamienną twarzą. Nie drgnęła nawet wtedy, gdy zakrzywionymi palcami ujął ją pod brodę i uniósł jej twarz ku swojej.

– Nie możesz zaprzeczyć – wycedził. – Bo to prawda.

Nie wzdrygnęła się, kiedy wbił kciuk w sińce wykwitające niczym kwiaty wokół jej ust. Sprawiała wrażenie, jakby ledwie go zauważała.

Naprawdę jest brzydka. Wielkie oczy, szerokie usta, sterczące kości policzkowe. A przecież nie mógł oderwać od niej wzroku. I nigdy nie zdoła, dopóki śmierć nie zamknie tych oczysk. A może jej twarz będzie go nawiedzać nawet potem?

– Odebrałaś mi wszystko, co było dla mnie ważne – powiedział. – Napuściłaś na mnie demony. Zasługujesz na śmierć.

Nie odpowiedziała. Po jej twarzy niepohamowanym strumieniem płynęły łzy.

W przypływie nagłej wściekłości złapał ją za ramiona, pchnął na ikonostas, aż wszyscy święci zadrżeli, i przycisnął do desek. Nie mogła oddychać, twarz do reszty straciła kolor. Zacisnął dłoń na jej szyi, bladej i kruchej, dyszał ciężko.

– Popatrz na mnie, przeklęta!

Powoli podniosła wzrok ku jego twarzy.

– Błagaj o życie – warknął. – Błagaj, a może ci je podaruję.

Powoli pokręciła głową, spojrzenie miała błędne.

Poczuł, że nie panuje nad nienawiścią, zbliżył usta do jej ucha i wyszeptał głosem, który sam ledwie poznawał:

– Umrzesz w ogniu, Wasiliso Pietrowna. I będziesz mnie wołała, zanim twoja męka dobiegnie końca.

Pocałował ją raz, mocno, jakby to było uderzenie, trzymając jej brodę niczym w imadle i smakując krew z rozciętej wargi.

Ugryzła go, rozkrwawiając mu usta. Odskoczył i wpatrywali się teraz w siebie z nienawiścią, która jak w lustrze odbijała się w ich oczach.

– Bóg z tobą – szepnęła z gorzkim szyderstwem.

– Idź do diabła – syknął i wyszedł, zostawiając ją samą.

***

Po wyjściu Konstantego w cerkwi zapadła cisza. Może budowali stos, a może szykowali jeszcze coś gorszego. Może wreszcie zjawi się jej brat i ten koszmar dobiegnie końca. Wasi było wszystko jedno. Czego miałaby się bać w umieraniu? Może po śmierci znów odnajdzie ojca, matkę, ukochaną nianię Dunię…

Słowika.

Potem jednak pomyślała o ogniu, o ciosach noży i pięści. Nie jest jeszcze martwa, jest przerażona. Może mogłaby po prostu… odejść, zagłębić się w szary las poza życiem i zniknąć. Taką śmierć znała.

– Morozko – szepnęła, a potem wypowiedziała jego starsze imię, imię boga śmierci: – Karachun.

Żadnej odpowiedzi. Zima minęła, a on odszedł z ludzkiego świata. Dygocząc, osunęła się na podłogę i oparła o ikonostas. Na zewnątrz ludzie krzyczeli, śmiali się, przeklinali, lecz tu, w środku, towarzyszyli jej tylko milczący święci spoglądający spokojnie w dół. Wasia nie mogła zmusić się do modlitwy. Zamiast tego odchyliła do tyłu obolałą głowę i zamknęła oczy, uderzeniami serca odmierzając swoje życie.

Niemożliwe, żeby zasnęła, nie w takiej chwili. A przecież jakimś sposobem świat wokół niej zniknął, a ona raz jeszcze znalazła się w czarnym lesie pod rozgwieżdżonym niebem. Poczuła ponurą, połączoną z szokiem ulgę. Już po wszystkim. Bóg wysłuchał jej błagania, tego właśnie pragnęła. Chwiejnie ruszyła przed siebie, nawołując:

– Ojcze! Mamo! Duniu! Słowiku! Słowiku! – On z pewnością tu będzie. Na pewno na nią czeka. Jeśli tylko może.

Morozko by wiedział. Ale Morozki nie było, na jej wołanie odpowiedziała tylko cisza. Brnęła dalej, rozglądając się gorączkowo, tyle że członki miała takie ciężkie, a żebra z każdym oddechem bolały coraz bardziej.

– Wasiu! – Dwukrotnie zawołał jej imię, zanim go usłyszała. – Wasiu!

Potknęła się i upadła, zanim zdołała się odwrócić. Klęczała w śniegu i nie miała siły wstać. Niebo było niczym gwiaździsta rzeka, lecz ona nie mogła podnieść wzroku. Widziała jedynie boga śmierci, choć był właściwie czymś niewiele więcej niż miejscem styczności światła i mroku, delikatny niby chmurka przesłaniająca księżyc. Ale poznała go po oczach. Czekał na nią w tym szarym lesie. Nie była sama.

– Gdzie jest Słowik? – wyjąkała, z trudem łapiąc oddech.

– Odszedł – padła odpowiedź. Bóg śmierci nie mógł zapewnić jej pociechy, nie tutaj. Miała jedynie bolesne poczucie utraty odbite w jego bladych oczach.

Nie wiedziała, że z jej krtani może wydobyć się tak rozpaczliwy jęk. Stłumiła go i szepnęła:

– Proszę. Zabierz mnie ze sobą. Oni chcą mnie dziś zabić, a ja nie…

– Nie – odrzekł. Jej posiniaczoną twarz owionął leciutki wietrzyk niosący woń sosen. Bóg śmierci nosił obojętność niczym zbroję, lecz zaczęła go zawodzić. – Wasiu, ja…

– Proszę – powtórzyła. – Zabili mojego konia. Czeka mnie tylko ogień.

Wyciągnął do niej rękę, ona odpowiedziała tym samym gestem, usiłując przeniknąć dzielące ich zapomnienie, złudzenie czy inną barierę, ale to było tak, jakby chwytała się mgły.

– Posłuchaj mnie – powiedział, opanowując się. – Posłuchaj.

Z wysiłkiem uniosła głowę. Dlaczego miałaby słuchać? Dlaczego nie może po prostu odejść? Krępowały ją jednak więzy jej ciała, nie mogła się z nich wyzwolić. Twarze ikon usiłowały przedostać się w pole jej widzenia i stanąć między nimi.

– Nie byłem wystarczająco silny – wyznał. – Zrobiłem, co mogłem. Mam nadzieję, że to wystarczy. Nie zobaczysz mnie już. Ale będziesz żyła. Musisz żyć.

– Co? – szepnęła Wasia. Jak? Dlaczego? Za chwilę będę…

Ikony jednak przesłoniły jej widok, realniejsze niż niknący bóg śmierci.

– Żyj – powtórzył jeszcze i zniknął na dobre. A ona ocknęła się sama, na zimnej zakurzonej posadzce cerkwi, nadal potwornie żywa.

Była sama, jeśli nie liczyć Konstantego Nikonowicza, który odezwał się teraz nad jej głową:

– Wstawaj. Zmarnowałaś szansę, by się pomodlić.

***

Brutalnie związali jej ręce za plecami. Kilku mężczyzn podeszło na skinienie Konstantego i utworzyło szpaler wokół niej. To bynajmniej nie byli żołnierze, lecz wieśniacy albo kupcy, rumiani i brutalni. Jeden trzymał topór, inny kosę.

Twarz Konstantego była biała i zacięta. Ich spojrzenia, wyrażające czystą nienawiść, spotkały się przelotnie, a potem on spokojnie odwrócił wzrok, zacisnąwszy usta z surowym wyrazem twarzy człowieka wykonującego swój obowiązek, bo tak mu nakazuje wiara.

Wokół cerkwi kłębił się tłum, tworzył także szpaler wzdłuż krętej drogi wiodącej nad rzekę. Niektórzy nieś­li pochodnie. Cuchnęli gotowanym jedzeniem, dymem, dawnymi ranami i potem. Skórę Wasi mroził wieczorny wiatr. Pozbawili ją butów – w ramach pokuty, jak twierdzili. Idąc po śniegu, czuła w stopach rwący ból. Na twarzach ludzi malował się triumf, jawne uwielbienie dla popa i jawna nienawiść do niej. Pluli na nią.

„Czarownica”, słyszała raz po raz. „Podpaliła miasto. Czarownica”.

Jeszcze nigdy tak się nie bała. Gdzie jest jej brat? Może nie mógł przedostać się przez tłum, może obawiał się ich szaleństwa? A może Dymitr uznał, że jej życie to niewielka cena za spokój w mieście.

Poszturchiwana, szła chwiejnie przed siebie. Konstanty kroczył obok niej, pobożnie pochylając głowę. Czerwone światło pochodni oślepiało ją.

– Batiuszka – odezwała się.

Konstanty przerwał modlitwę i spojrzał na nią.

– Teraz mnie błagasz? – szepnął ledwie słyszalnie w ryku tłumu.

Nie odpowiedziała od razu, ze wszystkich sił walczyła z paniką przyprawiającą ją o obłęd. W końcu wyjąkała:

– Nie tak. Nie… w ogniu.

Pokręcił głową i posłał jej ukradkowy, niemal poufały półuśmiech.

– Dlaczego? Czy ty nie skazałaś Moskwy na spalenie?

Milczała.

– Diabły szeptały o tym – ciągnął pop. – Mam przynajmniej jakąś korzyść z twojej klątwy. Diabły mówiły prawdę. Szeptały o dziewczynie obdarzonej czarodziejską mocą i ognistym potworze. Nawet nie musiałem kłamać, wyjawiając ludziom twoją zbrodnię. Powinnaś była o tym pomyśleć, zanim rzuciłaś na mnie klątwę słyszenia tego, co one mówią.

Z wyraźnym wysiłkiem oderwał od niej wzrok i podjął modlitwę. Twarz miał bladą jak płótno, lecz kroczył pewnie. Wydawał się upojony wściekłością tłumu, zafascynowany tym, co sam wywołał.

Wzrok Wasi nabrał czarno-białej ostrości, ponurej i złowieszczej. Czuła na twarzy zimne powietrze, paliły ją zamarzające na śniegu stopy. Przesycone dymem moskiewskie powietrze płynęło jej żyłami niczym rtęć, wciągane z każdym panicznym oddechem.

Przed nią na skutej lodem Moskwie skupiło się całe morze zwróconych ku niej twarzy, szyderczych, zapłakanych albo po prostu ciekawskich. Kawałek dalej na lodzie wznosił się stos polan ze wszystkich stron oświetlony pochodniami. Pośpiesznie ułożony stos pogrzebowy. Na jego szczycie, rysując się ostro na tle nieba, stała oplątana linami klatka skazańca. Tłum wydawał teraz niski przeciągły dźwięk przypominający warczenie groźnego zwierzęcia.

– Klatka nie będzie potrzebna – powiedziała Wasia do Konstantego. – Ci ludzie rozerwą mnie na strzępy, zanim tam dotrę.

Spojrzenie, które jej rzucił, było niemal współczujące, i nagle zrozumiała, dlaczego idzie obok niej, a także dlaczego się modli z tą obliczoną na efekt gracją. Było tak jak w Leśnej Ziemi, zebrał tych wszystkich ludzi, wykorzystując ich ból i strach, przyciągnął ich swoim złotym głosem i złotymi włosami, więc teraz stali się bronią, którą trzymał w garści, narzędziem zemsty i ofiarą jego dumy. Nie zaatakują, dopóki on będzie przy niej, a on chciał zobaczyć, jak płonie na stosie. Ubiegłej nocy nie udało mu się przecież do tego doprowadzić. Zawsze, zawsze miała skłonność do niedoceniania Konstantego Nikonowicza.

– Potwór – wycedziła, a on prawie się uśmiechnął.

Chwilę później weszli na lód. Podniósł się wrzask przypominający jęk mnóstwa konających zajęcy. Ludzie nacierali na nią ze wszystkich stron, plując i bijąc. Jej strażnikom z trudem udawało się ich odpychać. Ze świstem nadleciał kamień i głęboko rozciął jej policzek. Przyłożyła dłoń do rany, a spomiędzy palców pociekła krew.

Oszołomiona raz jeszcze odwróciła głowę, by spojrzeć na Moskwę. Ani śladu jej brata. Natomiast pomimo ciemności dostrzegła czarty. Widziała ich sylwetki na dachach i ogrodzeniach: domowiki, dworniki i banniki, niknące moskiewskie duchy domowe. Były tam. Co jednak mogły zrobić? Tylko patrzeć. Czarty rodzą się z nurtu ludzkiego życia, płyną z prądem, ale nie mogą mu się przeciwstawić.

Nie licząc dwóch. Jeden był jej wrogiem, a drugi przebywał daleko, poza tym wiosna i sama Wasia pozbawiły go mocy. Mogła najwyżej mieć nadzieję, że zapewni jej śmierć bez męczarni. Trzymała się tej nadziei kurczowo, kiedy tłum, wrzeszcząc, szturchał ją i popychał w stronę stosu, po lodzie. Łzy płynęły jej po twarzy, z bezsilności, a także w mimowolnej reakcji na otaczającą ją nienawiść.

A może jest w tym jakaś sprawiedliwość? Raz po raz widziała ludzi kulejących, poparzonych, z obandażowanymi rękami lub twarzami. Ale ja nie chciałam uwolnić Żar-Ptaka – myślała. Nie wiedziałam, co się stanie. Nie wiedziałam…

Lód wciąż był twardy, gruby na wysokość człowieka, lśniący w miejscach, gdzie wiatr lub sanie rozgarnęły śnieg. Minie jeszcze sporo czasu, zanim rzeka wyrwie się z okowów zimy. Czy będzie mi dane to zobaczyć? Czy wciąż będę żyła? – zastanawiała się Wasia. Czy poczuję jeszcze słońce na skórze? Chyba nie. Myślę, że nie…

Tłum zafalował wokół stosu. Złote włosy Konstantego w świetle pochodni przybrały szarosrebrzysty odcień, na jego twarzy malowały się jednocześnie triumf, udręka i pożądanie. Głos i charyzma popa nie uległy zmianie, ale teraz jego moc wyrwała się z krępujących go wymogów religii. Wasia pożałowała nagle, że nie może ostrzec brata ani Dymitra. „Sasza, wiesz przecież, co on zrobił Maszy. Nie ufaj mu, nie…”

I nagle pomyślała: Saszo, gdzie jesteś?

Jej brata jednak nie było, a Konstanty Nikonowicz po raz ostatni spojrzał na jej twarz. Wygrał.

– Co powiesz Bogu, którym pogardzasz, kiedy zanurzysz się w ciemność? – szepnęła Wasia, ze strachu oddychając krótko i płytko. – Wszyscy kiedyś umrzemy.

Konstanty tylko się uśmiechnął, uniósł rękę, by nakreślić znak krzyża, po czym zaintonował modlitwę. Tłum ucichł, by go posłuchać. Następnie pop nachylił się, by szepnąć Wasi do ucha:

– Boga nie ma.

Chwilę później chwycili ją, by zawlec na stos, a ona szarpała się niczym dzikie zwierzę w potrzasku. Czys­ty instynkt, jednak tamci byli od niej silniejsi, miała związane ręce, krew ciekła jej po palcach, tak głęboko sznur wżynał się w nadgarstki, kiedy próbowała się wyzwolić. Siłą podnieśli ją na stos, a Wasia myślała: Matko Boska, to się dzieje naprawdę.

Umieranie, myślała, powinno się wiązać z pewnym poczuciem spełnienia, końca podróży. A to było tak, jakby nagle wyrwano ją z życia, ze wszystkim, z jej potem, łzami, przerażeniem, z jej pragnieniami i żalami.

Klatka była tak mała, że musiała w niej przykucnąć. Wepchnęli ją do środka z nożem przyłożonym do pleców. Zatrzasnęli drewniane okratowane drzwi i zabezpieczyli sznurami.

Ze strachu Wasi mącił się wzrok. Świat sprowadzał się do ciągu chaotycznych wrażeń: czarna, rozświetlana ogniem zbita masa ludzi, ostatnie mignięcie nieba i wspomnienia dzieciństwa w lesie, rodziny, Słowika.

Mężczyźni rzucali pochodnie na stos drew. Buchnął dym, a potem pierwsza kłoda zajęła się z trzas­kiem. W pewnym momencie wzrok Wasi natrafił na zbielałą twarz Konstantego Nikonowicza. Uniósł dłoń. Głód, ból i radość w jego spojrzeniu były przeznaczone wyłącznie dla niej. Po chwili przesłoniła go spirala dymu.

Obiema dłońmi objęła kraty. Drzazgi wbijały jej się w palce. Dym szczypał w oczy i wywoływał kaszel. Miała wrażenie, że gdzieś w oddali słyszy niewyraźny tętent kopyt, nawoływanie nowych głosów, lecz one należały do innego świata, jej świat składał się wyłącznie z ognia.

„Wiele osób mówi: lepiej umrzeć, póki nie nadejdzie godzina ich śmierci”, powiedział jej kiedyś Morozko. Miał rację. Żar stawał się nie do wytrzymania. Ale Morozki nie było nigdzie widać, nie mogła schronić się w tym lesie poza życiem.

Nie mogła oddychać.

Moja babka przybyła do Moskwy i już nigdy jej nie opuściła. Teraz moja kolej. Nie wydostanę się z tej klatki. Przemienię się w popiół na wietrze i nigdy już nie zobaczę mojej rodziny…

Nagle ogarnęła ją furia, która kazała jej otworzyć oczy i wbić stopy w podłogę klatki. Nigdy? Te wszystkie godziny, wspomnienia skradzione przez jednego obłąkanego popa, który dostrzegł szansę, by się zemścić, i ją wykorzystał? Czy pewnego dnia powiedzą o niej: „Nigdy nie wyjechała, jej historia zakończyła się tam, na lodzie”? A co z Maszą? Dzielną, skazaną na zgubę Maszą? Może Konstanty zwróci się także przeciwko niej, małej czarownicy, która znała prawdę o  jego zbrodni?

Nie ma żadnej drogi ucieczki. Kucała na podłodze zamkniętej od zewnątrz klatki, ze wszystkich stron otaczały ją płomienie palące jej i tak już poparzoną twarz. Nie ma innej drogi ucieczki poza tą w śmierć. Prętów klatki nie da się wyłamać. To niemożliwe.

„Niemożliwe”.

Morozko wypowiedział to słowo, kiedy wbrew wszelkiej nadziei sprowadziła go do piekła płonącej Moskwy.

Magia polega na tym, by zapomnieć, że świat kiedykolwiek był inny, niż się chciało, by był.

W przypływie ślepej woli Wasilisa Pietrowna zacisnęła dłonie na grubych, parzących prętach klatki i pociągnęła.

Twarde pręty pękły.

Wasia z niedowierzaniem przywarła do szczeliny. Pociemniało jej w oczach. Klatka tliła się, spowijała ją ognista zasłona. Co z tego, że wyłamała pręty? Ogień przecież ją pochłonie. A jeśli nawet jakimś cudem uniknie tego losu, to i tak tłum rozszarpie ją na strzępy.

Mimo to wypełzła z klatki, włożyła w ogień dłonie, potem twarz i podniosła się na nogi. Przez moment stała tak chwiejnie, poza strachem, nietknięta przez płomienie. Zapomniała, że mogą ją poparzyć.

A potem skoczyła.

Leciała przez płomienie własnego stosu pogrzebowego. Spadła na śnieg i przetoczyła się na bok, spocona, okopcona i zakrwawiona. Wszystkie obserwujące ją czarty podniosły bezgłośny krzyk. Jest poparzona, lecz nie spłonęła.

Żyje.