Ziemiożerczyni - Reyes Dolores - ebook + audiobook + książka

Ziemiożerczyni ebook i audiobook

Reyes Dolores

3,6

Opis

Magiczny realizm prosto z obrzeży Buenos Aires. Liryczna i brutalna powieść balansująca na granicy przerażającej rzeczywistości i ludowych wierzeń.

„Dlaczego ja, ziemio?”

Kiedy była małą dziewczynką, połknęła ziemię i doznała wizji, jak ojciec bije matkę na śmierć. Wtedy Ziemiożerczyni odkryła w sobie niezwykły dar, który wyznaczył jej życiu nową ścieżkę.

Wieść o lokalnej jasnowidzce roznosi się po okolicy. Kolejni krewni zaginionych osób stają przed nią z garstką ziemi i nadzieją na poznanie prawdy.

Jednak w miejscu, gdzie zaniedbanie i niesprawiedliwość względem kobiet wypływają z każdego zakątka, nie ma przyzwolenia na prawdę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 151

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 6 min

Lektor: Czyta: Monika Chrzanowska

Oceny
3,6 (107 ocen)
29
28
29
19
2
Sortuj według:
Kalinosia_73

Dobrze spędzony czas

Dziwna to historia, niepokojąca. W trakcie czytania nie mogłam zdecydować, czy mi się podoba, ale nie mogłam też przestać czytać. Wciągnęła mnie w mroczny, nieco beznadziejny świat. Od strony technicznej - dobrze napisana, brak zbędnych przymiotników, opisów. Nieco surowa. Ciekawa, bo inna.
20

Popularność




Pamięci Meliny Romero i Araceli Ramos. Ofiarom kobietobójstwa i tym,

Ty, który dla zmarłych masz tylko słodkie słowa

– LEOPOLDO MARÍA PANERO

Nikt nie wie, co może ciało

– BARUCH SPINOZA

Zmarli nie spędzają czasu tam, gdzie żywi. Musisz to zrozumieć.

– Nie obchodzi mnie to. Mama zostanie tutaj, w moim domu, na ziemi.

– Przestań wreszcie. Wszyscy na ciebie czekają.

Jeśli mnie nie słuchają, połykam ziemię.

Przedtem połykałam dla siebie, ze złości, bo to ich denerwowało i zawstydzało. Mówili, że ziemia jest brudna, że będę miała spuchnięty brzuch jak ropucha.

– Wstań wreszcie. Umyj się trochę.

Później zaczęłam jeść ziemię dla innych, którzy chcieli mówić. Dla tych, którzy już odeszli.

– Po co jest cmentarz? Żeby grzebać na nim ludzi. Ubierz się.

– Nie obchodzą mnie ludzie. Mama należy do mnie. Mama zostanie.

– Wyglądasz jak dzikuska. Nawet się nie uczesałaś.

Rozglądam się po pokoju, patrzę na drewniane ściany, które mama chciała wyłożyć cegłami. Płyty dachowe, długie i szare. Podłoga, moje łóżko i kąt, w którym kładła się spać, kiedy ojciec był nieprzyjemny.

Już nikogo nie będzie w tym kącie, myślę i zasłaniam głowę poduszką. Mama mnie czesała, mama obcinała mi włosy.

– Chcesz, żebyśmy cię wywlekli? Nie bądź głupia. Powinnaś się wstydzić, że dziś pozwalasz sobie na kaprysy.

Podnoszę się. Włosy zakrywają mi prawie cały podkoszulek, są jak zasłona, która muska majtki. Schylam się. Szukam butów i wczorajszych, rzuconych byle jak spodni. Łzy zachowuję dla siebie, chcę, żeby został tylko gniew, który chwyta mnie jak nagły skurcz.

Aby pójść do łazienki, muszę wyjść z pokoju. Przejść pomiędzy ludźmi stłoczonymi w moim domu jak muchy. Sąsiedzi palą papierosy i wygadują bzdury.

Walter pewnie się zbuntował. Jego nikt nie ruszy.

Już nigdy nie będzie mamy i mnie.

Zakładam spodnie, podkoszulek wciskam do środka. Zapinam guzik, zasuwam zamek błyskawiczny, wbijam wzrok w moją ciotkę. Ciekawe, czy choć na chwilę przestanie mnie wkurzać.

Jeśli wstanę, jeśli wyjdę z pokoju i ruszę za tymi rękami, które niosą ciało owinięte w tkaninę, to tylko dlatego, że mam dosyć. Ponieważ chcę, żeby wreszcie sobie poszli.

Walter nie chce przyjść.

Widzę, jak w ciszy opada do dziury wykopanej na cmentarzu, gdzie znajdują się groby biedaków. Ani płyt kamiennych, ani brązu. Przed polem trzciny cukrowej połykają ją suche usta. Ziemia otwarta niczym rana. A ja staram się ją zatrzymać, wyciągając swoje ręce, ciało, które nie jest w stanie zakryć nawet szerokości dziury. Mama i tak opada.

Moja marna siła nic nie zmienia.

Ziemia oplata ją niczym ciosy ojca, a ja leżę przyklejona do podłoża, jak zawsze blisko tego ciała, które zabierają mi jak podczas kradzieży.

Tymczasem głosy się modlą.

Po co? Skoro ostatecznie jest tu tylko zruszona ziemia.

Już nigdy nie będzie mamy i mnie.

Opada. Zasypują ją.

Patrzę uważnie. Jeszcze mogę oddychać. Myślałam, że nie, że żebra mi się zapadły, drapiąc płuca.

Przechowuję w koszmarach dźwięk tego miejsca, marnotrawstwo bólu i smród.

Nawet słońce mnie dezorientuje, moja gorąca skóra krwawi. I oczy, palące, jakby oblano mnie kwasem, walczące o to, by zatrzymać łzy.

Brudna żółć, gorączka albo szarość, szara blacha, chora szarość – tam wszędzie jest ból. Tylko ból wydaje się nigdy nie umierać.

Zostawią cię tutaj, mamo, wszyscy, chociaż ja tego nie chcę. Chociaż moje ręce im nie pozwolą, zostaniesz tu.

Myślę, że mogę niewiele, tylko połknąć ziemię z tego miejsca, żeby nie była już więcej wrogiem, nieznana ziemia z cmentarza, na którym nigdy nie byłyśmy, ani mama, ani ja.

Ona zostanie tutaj, a ja zabiorę w sobie coś z tej ziemi, aby w ciemnościach poznać swoje sny.

Zamykam oczy, opieram ręce na ziemi, która właśnie cię przysypała, mamo, i wokół robi się ciemno. Zaciskam pięści, chwytam i biorę ją do ust. Siła ziemi, która cię pożera, jest mroczna i smakuje jak pień drzewa. Podoba mi się, pokazuje mi, pozwala widzieć.

Świta? Nie. To słońce pali mi oczy i skórę. Wydaje się, że ziemia mnie zatruwa.

Mówią:

– Wstań, Ziemiożerczyni, wstań wreszcie. Puść ją, pozwól jej odejść.

Ale ja nadal mam zamknięte oczy. Walczę z mdłościami, by wciąż móc połykać ziemię. Nie widzę, ale nie odejdę, dopóki nie zobaczę, dopóki się nie dowiem.

Ktoś pyta:

– Nie mają nawet na trumnę?

I zmusza mnie do otwarcia oczu.

Mamo, idziesz do ziemi owinięta w materiał, który wygląda jak szmata. Kto teraz będzie ze mną rozmawiał? Bez ciebie jestem nikim, nie chcę być. Czy ziemia będzie do mnie przemawiać? Już przemówiła:

Pobili ją. Widzę ciosy, chociaż ich nie czuję. Wściekłe pięści zatapiające się w ciele. Widzę tatę, ręce takie same jak moje, silne ramiona, pięść, która zaczepiła się w twoim sercu i w twoim ciele niczym haczyk. I coś, jakby rzeka, co zaczyna odpływać.

Umierasz, mamo, i odcinasz się od nas obojga.

– Wstań, Ziemiożerczyni, wstań wreszcie. Puść ją, pozwól jej odejść.

Cześć pierwsza

1

Walter był dobry, tak jak ciotka. Siadał na moim łóżku, słuchał, mówił niewiele. Nie gniewał się, jeśli czasem zabierałam poduszkę i spałam na podłodze, pod łóżkiem, jak gdyby drewno i materac były dachem domu przeznaczonego wyłącznie dla mojego ciała. Leżałam tam, długie godziny sama ze sobą. Czekałam.

Słuchałam hałasów domu, rosłam.

Czasami mój brat pytał mnie o tatę. „Stary”, mówił o nim. Chciał wiedzieć, czy wrócił, czy się z nim widziałam.

– Nie wiem nic o tacie. Mam zapytać ziemię?

– Nie – odpowiadał zawsze Walter. – To ci zaszkodzi.

Pewnego popołudnia zaczekałam, aż ciotka pójdzie kupić coś do jedzenia, a potem wyszłam z pokoju. Poszukałam Waltera w pomieszczeniu obok.

Wynieśli duże łóżko.

Jestem sama, pomyślałam. A jeśli Walter i ciotka już nigdy nie wrócą?

Poszłam do kuchni i otworzyłam puszkę groszku. Szkoda mi było go wyrzucić, więc opróżniłam pojemnik na stole. Z kupki na środku wypływał lepki płyn. Zachciało mi się jeść, ale nie mogłam. Musiałam mieć pusty brzuch. Poszłam po nóż, a kiedy otworzyłam szufladę, zobaczyłam otwieracz do butelek ojca.

Żeby zapytać ziemię, potrzebowałam czegoś należącego do niego, a ciotka i Walter wymazywali go z tego domu i z mojego życia. Nie zostawili nawet łóżka. Chwyciłam otwieracz i zaczęłam mu się przyglądać. Później, szczęśliwa, jakbym znalazła skarb, schowałam go do kieszeni szortów.

Wyszłam z domu, boso, z rozpuszczonymi włosami, z otwieraczem w kieszeni, z pustą puszką w jednej ręce i z nożem w drugiej.

Usiadłam w ogródku, przeciągnęłam dłonią po ziemi, wbiłam nóż i wyjęłam kawałek. Podobał mi się. Znowu wbiłam nóż, ale tym razem nie wyjęłam, tylko usiłowałam zruszyć ziemię, otworzyć, rozluźnić ją trochę. Była twarda, ale pozwoliła mi to zrobić. Kiedy zaczęła się otwierać, oparłam dłoń i zacisnęłam ją. Ziemia w mojej pięści. Położyłam ją na szortach. Rozluźniałam ziemię nożem i ręką i gromadziłam ją tutaj. Następnie wyjęłam z kieszeni otwieracz ojca i wsadziłam go do dołu. Umieściłam go na środku, po czym garściami z powrotem włożyłam ziemię, aż otwieracz został porządnie zasypany. Wytarłam ręce o szorty i nogi.

Gdy siedziałam, moje włosy sięgały podłoża. Miały kolor ziemi, na której żyłam.

Chciałabym, by wyszedł choćby jakiś robak, żeby dotrzymać mi towarzystwa, ale tak się nie stało. Czekałam, oglądając swoje ręce, nogi i nóż. Później chwyciłam wszystko – ziemię i otwieracz – i pomyślałam o ostatnim razie, gdy widziałam mojego ojca otwierającego piwo.

Bolało mnie myślenie o tym. Ze złością wrzuciłam wszystko do puszki.

Wstałam i wróciłam do środka. Część soku z groszku skapała na podłogę. Odsunęłam krzesło i usiadłam. W jednej ręce trzymałam puszkę, a wnętrze drugiej dłoni miałam otwarte i skierowane ku górze. Chciałam wysypać trochę ziemi na otwartą dłoń, ale wyleciało mi wszystko – ziemia i otwieracz. Połowa ziemi wysypała się na podłogę. Resztę wzięłam do ust i zjadłam z taką samą ochotą, jaką miałam na to, by znowu zobaczyć się z tatą. Napełniałam sobie buzię, zamykałam usta i usiłowałam połykać. Czułam, że ziemia z czegoś, co znajdowało się w mojej dłoni, staje się czymś żywym, ziemią przyjaciółką we mnie, i jadłam dalej. Kiedy połknęłam wszystko, został tylko otwieracz. Przeciągnęłam po nim językiem, aż stał się czysty.

Kiedy mój brzuch zrobił się już ciężki od ziemi, zamknęłam oczy.

– Tata żyje – powiedziałam później Walterowi i ciotce. Stali i patrzyli na mnie. Myślałam, że się ucieszą, ale nie. Nic nie powiedzieli. Wyglądali, jakby zamarli. Podbiegłam do Waltera i uścisnęłam go.

– Coś ty, do diabła, zrobiła, idiotko? – Ciotka złapała za moje ramię, żeby odsunąć mnie od brata.

– Walter, tata żyje – powtórzyłam, podczas gdy ona ciągnęła mnie do tyłu.

Brat wziął mnie za rękę. Zaprowadził mnie do łazienki, gąbką umył mi nogi, zostawił odkręcony kran. Podczas gdy myłam sobie ręce i ramiona, kazał mi obiecać, że już nigdy więcej nie zjem ziemi. Kiedy mu to obiecałam, pogłaskał mnie po głowie. Nie wiedziałam, czy on był wyższy, czy to ja, z jego ręką na głowie, stałam się mniejsza.

– Teraz umyj zęby – powiedział i zostawił mnie w łazience samą.

Przejrzałam się w lustrze i uśmiechnęłam. Zęby miałam ubrudzone błotem. Przypomniałam sobie tatę palącego swoje papierosy, zapach i ciemność w jego ustach, i pomyślałam, że oni chcieli o nim zapomnieć i że tak było najlepiej. Znowu odkręciłam kran, wsadziłam szczoteczkę pod wodę, nałożyłam trochę pasty, zmoczyłam wszystko i zaczęłam myć zęby.

Wróciłam do kuchni i postanowiłam spróbować ostatni raz.

– Twój brat żyje.

Ciotka spojrzała na mnie wściekle. Z kieszeni dżinsów wyjęła paczkę papierosów.

– Brudaska. Jak jeszcze raz zobaczę, że jesz ziemię, to przypalę ci język zapalniczką.

Przestraszyłam się tak bardzo, że przez pewien czas nawet nie chciałam po niej stąpać, więc starałam się nigdy nie wychodzić boso. Jeśli nachodziła mnie chęć na jedzenie ziemi, dostawałam gorący posiłek, który ciotka dopiero co zdjęła z ognia. Nie czekałam. Napychałam sobie usta i czułam, jak na podniebieniu tworzą mi się pęcherze. Piekący język zmuszał mnie do wypijania jednej szklanki wody za drugą. Napełniałam brzuch i mijała mi ochota na ziemię. Następnego dnia prawie nic nie jadłam, ledwie mogłam mówić.

W szkole z czasem przestali nam dokuczać. W plecaku nie znajdowałam już ziemi, która kiedyś brudziła mi zeszyty, czemu towarzyszyły zdławione chichoty. Na mojej ławce nie było wypełnionych ziemią opakowań po alfajores, ciastkach, które chciałam, a których nie mogłam kupować. Tylko parę spojrzeń co jakiś czas i mnóstwo ciszy.

I wszystko – bez ziemi – układało się idealnie.

Do czasu, aż pani Ana, nauczycielka, nie wróciła.

2

Powiedzieli, że szukali jej za polem trzciny cukrowej.

Ja nie. Ja patrzyłam w stronę rogu szkolnego patia, gdzie ona przystawała, by obserwować, jak Walter i inni chłopcy grają w piłkę. Nie chciała, żeby któryś wdrapał się na drzewo rosnące w głębi, bo mógłby spaść.

Ja czekałam.

I kiedy policja przestała jej szukać pośród zarośli i domków obok strumienia, wypatrywałam jej na skraju patia, na ziemi, gdzie zatrzymywała się w swoich pięknych butach, aby patrzeć, jak się bawimy.

Nie miałam już na to ochoty, nie wiedziałam, czy wciąż mogę widzieć, ale przeciągałam dłońmi po ziemi, myśląc o tym, że nadal jej nie znaleziono. Nie chciałam jej stracić. Myślałam o pani Anie żywej. O pani Anie śmiejącej się. Wtedy zacisnęłam pięść, starając się, żeby przeszło z niej coś do mojej dłoni, do moich ust.

Chociaż mówili, że biały fartuch jest ładny, dla mnie zawsze był do niczego. Brudził się. Przy rękawach oblepił się ziemią. Kołnierzyk i karczek wyglądały koszmarnie.

Wracając do domu, myślałam o ciotce palącej papierosa i o jej zapalniczkach.

Kiedy dotarłam na miejsce, zdjęłam fartuch, zwinęłam go w kulkę i ukryłam między krzakami. Ciotce powiedziałam, że zgubiłam go w szkole, że kazali mi go zdjąć na lekcję wychowania fizycznego.

– Posłuchaj, dziecko, jestem już zmęczona – odparła. – Przyjechałam tu, żeby się wami opiekować, bo wasza matka zmarła, bo nie ma mojego brata, ale wy wcale się mnie nie słuchacie.

Przygotowywała obiad w kuchni, a ja już nie wiedziałam, czy mówi do mnie, czy po to, aby słuchać samej siebie.

– Nie lubię dzieci, sama ich nie miałam.

Usiadłam przy stole. Czekałam, aż jej przejdzie, i więcej jej nie słuchałam. Po chwili wrócił Walter i usiadł przy mnie. Kiedy był zmęczony, siadał z szeroko rozstawionymi nogami.

Ciotka przyszła do stołu z garnkiem.

– Przynieś talerze – powiedziała do Waltera. – A ty wyjmij trzy szklanki i trzy widelce.

Kiedy już mieliśmy wstać, położyła rękę na moim nadgarstku i dodała:

– Jeszcze raz mnie nie posłuchacie i koniec. Zrozumiano?

– Ta, która siedzi przy oknie i rysuje, niech wstanie – powiedział następnego dnia szkolny dozorca. Przysłali go po mnie.

Nie odezwałam się. Wiedziałam, że zrobi się zamieszanie. Chwyciłam rysunek obiema rękami i poszłam za mężczyzną do dyrektorki. Wszyscy na mnie patrzyli.

Była tam już moja ciotka. Nie miała o niczym pojęcia. Przyszła domagać się zgubionego fartucha.

– Co ci jest? – zapytałam ją. – Dlaczego tak na mnie patrzysz?

To był ostatni raz, gdy tak na mnie patrzyła. Kiedy zobaczyły rysunek, ona i dyrektorka od razu o mnie zapomniały.

Była na nim pani Ana. Jej twarz wyglądała tak, jak ją zapamiętałam, a nie tak, jak wtedy, gdy była w szkole. Narysowałam ją taką, jaką pokazała mi ją ziemia: nagą, z rozłożonymi, nieco ugiętymi nogami, co powodowało, że jej ciało wydawało się mniejsze, jakby była żabką. I z rękami do tyłu, przywiązanymi do jednego ze słupów magazynu, na którym widniał napis „SKŁADOWNICA PANDA”.

– Co ci przyszło do głowy, żeby jeść ziemię na oczach całej szkoły? – zapytała ciotka później, już w domu, zanim trzasnęła mnie w policzek.

Kiedy następnego dnia na terenie Składownicy Panda znaleziono ciało pani Any, ciotka odeszła. Ani Walter, ani ja nigdy więcej o niej nie słyszeliśmy.

3

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Cześć pierwsza
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Cześć druga
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Cometierra

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Małgorzata Święcicka

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Małgorzata Denys

Projekt okładki: Jazmín Varela

Opracowanie graficzne okładki: Joanna Florczak

Copyright © Dolores Reyes, 2019

Copyright © 2020 for the Polish edition by Mova

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Barbara Bardadyn, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66611-67-2

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek