Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 479 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ziemia! Ziemia!... - Sandor Marai

Eseistyczna powieść Ziemia! Ziemia!..., którą Márai napisał na emigracji w Salerno, pomyślana została jako trzecia część opublikowanych w 1934 roku Wyznań patrycjusza. Materiał faktograficzny i refleksyjny książki obejmuje czas od grudnia 1944 r. do momentu ostatecznego opuszczenia Węgier (w 1948 r.) przez pisarza i jego rodzinę. Podobnie jak w Wyznaniach patrycjusza, i tutaj Márai podejmuje przede wszystkim próbę intelektualnego podsumowania zdarzeń. Od początku wojny przekonany o ogromnej wadze przemian, jakie nieuchronnie czekają jego ojczyznę, w pierwszych latach powojennych staje się bacznym tych przemian obserwatorem. I stara się sprostać podstawowemu – w jego mniemaniu – zadaniu intelektualisty: wypracować wiarygodne, niestronnicze sądy o wszystkim, co się wokół dzieje, i sformułować własne odpowiedzi na stawiane przez epokę pytania. Jednym z nich jest dramatyczne – i jakże osobiste w przypadku Máraiego – pytanie o sens emigracji.

 

Z okazji 70 lat istnienia "Czytelnika" ukazuje się kolekcja tytułów wybranych z dorobku wydawnictwa. Edycję wyróżnia jednolita szata graficzna autorstwa Andrzeja Heidricha. Ziemia! Ziemia!... jest kolejną książką w tym cyklu.

 

Opinie o ebooku Ziemia! Ziemia!... - Sandor Marai

Fragment ebooka Ziemia! Ziemia!... - Sandor Marai

Sándor Márai

Ziemia! Ziemia!…

Wspomnienia

Przekład Teresa Worowska

Czytelnik

Warszawa 2014

Część I

Świat jest daleko, a nad naszym losem wciąż chrypi wojna ołowianym głosem. Wszystkich palący jad grzechu przenika, Żyda, chrześcijan, Europejczyka. Krwią poznaczono już domów odźwierza, komu wierzyliśmy – zabity leży, dla czego warto było żyć – zhańbiono, dom nasz w jaskinię ścierwa obrócono. Wierni i wiara dziś na łasce hycla, otwarła bramy swe Apokalipsa. Nad światem krwawe oskarżenie hula, pogrzebie wkrótce, kto teraz przytula, martwy jutro, kogo całujesz dzisiaj, rankiem cię sprzeda, kto nocą kołysał1.

Boże Narodzenie 1944

Wszystkie wiersze Sándora Máraiego pomieszczone w tym tomie w przekładzie Teresy Worowskiej. [wróć]

1

Na Węgrzech imieniny są na ogół pogodnym, wypełnionym gośćmi, plemiennym świętem. Przeto zgodnie z porządkiem kalendarza gregoriańskiego, także w tamtym, 1944 roku, na 18 marca – dzień imienin Sándora – zaprosiliśmy na kolację grono krewnych.

Przyjęcie przygotowaliśmy skromne, jak to w wojennych, naznaczonych niedostatkiem czasach. Jednak przyjaciele znad Balatonu także i w tamtym roku przysłali nam kilka butelek ognistego wytrawnego wina z dojrzewających na wulkanicznym gruncie winorośli. Był przejmujący chłodem wczesnowiosenny wieczór, więc dobrze się złożyło, że goście zebrani w słabo ogrzewanych pokojach mogli się rozgrzać także dzięki porządnym trunkom. Siedzieliśmy w jadalni starego budańskiego domu, w mieszkaniu, w którym przeżyłem wówczas blisko dwadzieścia lat.

Bywają dni, które w instynktownym przeczuciu przeżywamy tak, jakby usłyszana nagle wiadomość czy przekaz miały wywrzeć bezpośredni wpływ na całe nasze życie – w takich chwilach nie wiadomo na ogół, co się stanie, ale wydaje się, że decydujące wydarzenie jest tuż-tuż, wyczuwamy jego aurę. Taką aurę miało nasze ówczesne imieninowe spotkanie w połowie marca 1944 roku. Nie wiedzieliśmy nic pewnego, ale wszyscy mieliśmy wrażenie, że coś się gotuje, że lada chwila nastąpi jakaś istotna, decydująca zmiana.

W tamtych czasach, w epoce tragedii woroneskiej i innych wojennych dramatów, mieszkańcy zaciemnionego miasta, które dotychczas zostało jeszcze oszczędzone, nie prowadzili już tak ożywionego życia towarzyskiego jak dawniej. Ale tamtego wieczoru żona przygotowała imieninową kolację tak, jak to było w zwyczaju w dawnych, dobrych, przedwojennych czasach, gdy wydawaliśmy przyjęcia: z głębi bufetu wydobyta została rodzinna miśnieńska porcelana, stół zastawiono starym srebrem, a zamiast lamp elektrycznych nakrycia i gości oświetlały świece osadzone w dwóch francuskich świecznikach. Wokół owalnego stołu siedziało nas jedenaście osób. Tych jedenaście osób już nigdy więcej nie zasiadło do wspólnego posiłku. I nigdy już nie zasiądzie, ponieważ kilka z nich nie żyje.

Pełgający blask świec tworzył intymny nastrój, opromieniając twarze zebranych, mieszczański, rodzinny krąg i sprzęty wokół. Nigdy nie kupowałem mebli; wszystko, co posiadałem, było niegdyś własnością naszych przodków i stanowiło schedę po dwóch rodzinnych majątkach z Górnych Węgier. Nie mieliśmy ani antyków, ani sprzętów ze sklepu meblarskiego: wszystko, co stało w naszych pokojach, świadczyło o guście i zwyczajach przodków.

Drzwi pomiędzy pokojami były otwarte. Dziś, kiedy powracam myślami do tamtego rozjarzonego blaskiem świec, tajemniczego obrazu, zdaje mi się, jakbyśmy my, budańscy potomkowie rodów z Górnych Węgier, jeszcze raz, po raz ostatni odegrali epizod z życia naszych ojców. Tego wieczoru jeszcze raz ożyło wszystko, co było scenerią i rekwizytami minionej epoki.

Rozmowa początkowo nie kleiła się, ale wino i sekretny rodzinny język dobrze znających się ludzi pozwoliły wkrótce zapomnieć o sztywności pierwszych chwil. Po kolacji naturalnie pozostaliśmy przy stole, zgodnie z rodzinnym zwyczajem prowadziliśmy jeszcze długą rozmowę przy kawie i winie.

Między gośćmi a gospodarzami rozgorzała niebawem namiętna dyskusja polityczna. Był to szczególny wieczór i pozostał mi w pamięci nie tylko z powodu tego, co po nim nastąpiło – a czego skutkiem było całkowite zniszczenie, rozpad pewnej formy życia – lecz także z innej przyczyny: była to bowiem chwila, w której mogliśmy przeczuć własne fatum nie tylko instynktownie, lecz także dojść do niego drogą dedukcji, dzięki odpowiedniej ilości informacji. Obecni goście, nasi krewni – wszyscy, z wyjątkiem jednego członka rodziny – byli zdecydowanymi przeciwnikami nazizmu. Ale wszyscy bali się zakończenia wojny i ostrożnym tonem wypowiadali rozmaite prognozy na temat tego, jak się ułoży najbliższa przyszłość, co przyniesie chłodna wiosna, jaka będzie sytuacja na frontach i czego Węgry mogą oczekiwać od zbliżającego się kataklizmu.

Większość rozmówców zgodnie przypuszczała, że nie czeka nas nic dobrego. Ale popierający nazistów kuzyn wyrwał się od razu z legendami o nowej cudownej broni. Kraj był wówczas pełen tych bajek, opowiadano o broni, która zamraża wroga, o samolotach, które latają z szybkością błyskawicy, a piloci muszą być specjalnie przytwierdzani do siedzeń, by nie powypadać… Podobne głupstwa załatwialiśmy zazwyczaj machnięciem ręki.

Tym, czego nie można było załatwić machnięciem ręki, był strach, obawa przed nadchodzącą rzeczywistością: zbliżała się decydująca faza wojny. Kiedy powiedziałem, że powinniśmy zerwać z Niemcami i przyjąć wszelkie konsekwencje, jakie z tego wynikną, większość gości ostrożnie przychyliła się do mego sądu; większość, ale nie krewniak, który sprzyjał nazistom. Podchmielony walił dłonią w stół i powtarzał frazesy ze wstępniaków gazetowych o „wytrwaniu” i „sojuszniczej wierności”.

Spróbowałem podważyć sens jego słów, lecz odpowiedź, którą usłyszałem, zdumiała mnie:

– Ja jestem narodowym socjalistą – krzyczał. – A ty – wskazał na mnie palcem – nie możesz tego zrozumieć, bo masz talent. Ja nie mam talentu i dlatego potrzeba mi narodowego socjalizmu.

Wielkie słowa zostały wypowiedziane, krewki kuzyn wyznał ważną prawdę swego życia i teraz z ulgą spoglądał przed siebie. Kilka osób roześmiało się, ale ich rozbawienie wydało się nienaturalne; tak naprawdę nikomu nie było do śmiechu. Kiedy zapadła cisza, odpowiedziałem, że nie ufam swojemu „talentowi”, którego istnienia codziennie muszę dowodzić, ale nie byłbym zwolennikiem narodowego socjalizmu nawet wówczas, gdybym nie miał talentu, co wcale nie jest takie niemożliwe…

Kuzyn jednak kręcił głową z ponurą miną:

– Ty tego nie możesz zrozumieć – powtarzał raz za razem i uderzał się w piersi. – Teraz nadszedł nasz czas, czas ludzi bez talentów – podtrzymywał swoje dziwne samooskarżenie niczym bohater rosyjskiej powieści. – Teraz nadeszły nasze czasy!…

W końcu wszyscy znów się roześmieli i zmieniliśmy temat.

Nasi goście rozeszli się przed północą, w zaciemnionym mieście tramwaje kursowały bowiem tylko przez kilka godzin wieczornych. Kiedy w przedpokoju pożegnałem ostatnią osobę, odezwał się telefon. Poznałem głos jednego z przyjaciół, który był urzędnikiem w ministerstwie. Nie miał zwyczaju telefonować po nocy. Dlatego spytałem niespokojnie:

– Co się stało?

– Dziś w nocy Niemcy wkroczyli na Węgry.

Powiedział to tak spokojnie, tak naturalnym tonem, jakby powiadamiał mnie o wydarzeniu towarzyskim. Był doskonałym, zdyscyplinowanym urzędnikiem. Przez chwilę milczeliśmy. Spytałem:

– Gdzie są teraz?

– Niemcy? Są tu, na Wzgórzu Zamkowym. Widzę z okna przejeżdżające czołgi.

– A gdzie ty jesteś?

– W ministerstwie.

– Czy możesz zajść do mnie?

– W tej chwili to niemożliwe – odpowiedział spokojnie. – Nie przepuszczą mnie między czołgami. Ale może uda mi się wpaść jutro, jeśli mnie nie zatrzymają.

– Dobranoc – powiedziałem, czując, że mówię coś głupiego.

– Dobranoc – odparł poważnie.

Odłożył słuchawkę. Nie aresztowano go nazajutrz, dopiero następnego dnia i od razu wywieziono do obozu dla internowanych.

Tymczasem weszła pokojówka i w białych rękawiczkach, w których podawała do stołu, bo należało to do przedwojennego rytuału, zaczęła zbierać naczynia. Poszedłem do swego pokoju i usiadłem za biurkiem. Tamtej wiosennej nocy miasto pod moimi oknami było ciche. Tylko czasami słyszałem dudnienie czołgów jadących w kierunku Wzgórza Zamkowego; wiozły ludzi gestapo, którzy mieli zająć budynki urzędów. Słuchałem dudnienia czołgów i paliłem. W pokoju panowało miłe ciepło. W roztargnieniu patrzyłem na książki poustawiane na półkach, sześć tysięcy tomów, które przez lata gromadziłem, jeżdżąc po świecie. Był tu Marek Aureliusz, którego kupiłem u bukinisty nad Sekwaną, Rozmowy… Eckermanna, stare wydanie węgierskiej Biblii. I sześć tysięcy pozostałych. Ze ścian spoglądali na mnie z portretów ojciec, dziadek i dawno zmarli krewni.

2

Pierwszego żołnierza rosyjskiego spotkałem w kilka miesięcy później, drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia 1944 r. Był to młody człowiek, jak mi się wydawało, Białorusin; miał typowo słowiańską twarz z szeroko rozstawionymi kośćmi policzkowymi i jasne włosy, których kosmyk wysunął się spod szpiczastej jak szyszak futrzanej czapki. Z karabinem w ręce wjechał konno na dziedziniec urzędu gminnego; w ślad za nim galopowało dwóch starszych, brodatych szeregowych o ponurych twarzach. Młody człowiek wymierzył we mnie karabin i spytał:

– Ty kto?

Odpowiedziałem, że jestem pisarzem. Staliśmy w śniegu, konie rżały i w kłębach pary ziały zmęczeniem z płuc. Zapewne i ten młodzieniec, jak na ogół żołnierze rosyjskiej jazdy, świetnie jeździł konno, ale nie oszczędzał wierzchowca: podczas cwału jeźdźcy rosyjscy nie unoszą się w siodle, lecz całym ciężarem górnej połowy ciała opierają się na zwierzęciu, ciało jeźdźca niemal nieruchomo przywiera do rumaka. Po cwale konie przestępowały w miejscu, rżały i dyszały. Chłopak nie zrozumiał mojej odpowiedzi i powtórzył pytanie. Tym razem już wolniej, dzieląc słowo na sylaby powiedziałem: „Pisatiel”. Nie znałem rosyjskiego, ale nauczyłem się tego słowa, bo chodziły wieści, że Rosjanie nie robią pisarzom krzywdy. I rzeczywiście, chłopak rozchmurzył się. Jego młodą, dumną, dziecinnie surową, rumianą twarz rozjaśnił uśmiech.

– Charaszo – powiedział. – Idi damoj.

Zeskoczył z konia i wszedł do budynku urzędu gminnego. Zrozumiałem, że mnie odprawił i mogę wracać do domu. Jego towarzysze z patrolu nie zwracali na mnie uwagi. Przeciąłem zaśnieżony ogród i ruszyłem szosą w kierunku wiejskiego domu na skraju lasu, w którym mieszkałem wówczas już ósmy miesiąc. Dom ten stał na ziemi właściwie niczyjej, w wielkim ogrodzie, na granicy wsi i letniskowej osady podbudapeszteńskiej. W ciągu minionych ośmiu miesięcy żyłem tu w otoczeniu uciekinierów i wygnańców. Dom na skraju lasu okazał się dobrą kryjówką: w tym czasie nie zaglądali tu ani Niemcy, ani węgierscy naziści, ani też przedstawiciele najrozmaitszych formacji zbrojnych strzałokrzyżowców, przyuczonych do polowania na ludzi.

Spiesznie szedłem brzegiem rzeki do opuszczonego domu. Po Dunaju sunęła kra. Dwa dni wcześniej Niemcy niepostrzeżenie, niemal bezszelestnie opuścili wieś i całą okolicę. Budapeszt nie został jeszcze całkowicie otoczony przez Rosjan, w górnym zakolu Dunaju, wokół Ostrzyhomia i na przeciwległym brzegu rzeki walczyli, używając wszystkich rodzajów nowoczesnego uzbrojenia: sowiecka broń pancerna i szczególny rodzaj bardzo skutecznych miotaczy min, zwanych „organami Stalina”1, dniem i nocą pluły ogniem. Ale na prawym brzegu rzeki panowała względna cisza. Tylko czasami wybuchał gdzieś granat albo zrzucona z samolotu przez pomyłkę bomba burzyła zabudowania we wsi.

Wyspę na rzece Rosjanie zajęli już kilka dni temu. Widzieliśmy ich z naszego brzegu, jak brodzą w śniegu i przygotowują stanowiska pancerne; ale do drugiego dnia świąt w naszej wsi nie pojawił się ani jeden sowiecki patrol. Tego ranka rozeszła się wieść, że do willi pewnego dyplomaty w sąsiednim miasteczku wprowadził się posterunek rosyjski pod dowództwem jakiegoś majora. Mieszkańcy wsi uznali, że najlepiej będzie, jeśli do rosyjskich regularnych sił wojskowych w sąsiedztwie uda się zaopatrzona w kołacz, struclę makową i orzechową oraz palinkę delegacja, która poprosi majora, by przysłał do wsi stały patrol, a wówczas może uda się uniknąć najść zabłąkanych i rabujących band żołnierskich. Major obiecał, że wieczorem przyśle do wsi czujkę, i nakazał, by zebrano wszelką broń. Ja także zaniosłem do urzędu gminnego swoją strzelbę myśliwską i właśnie wówczas spotkałem się z pierwszym żołnierzem rosyjskim.

Brnąłem w śniegu brzegiem Dunaju. Zmierzchało. W półmroku na tamtym brzegu rzeki jak zimne ognie z okazji nieznanego święta wybuchały w górze niebieskie, czerwone, żółte i zielone komety rakiet: były to sygnały ogniowe piechoty rosyjskiej powoli prącej w kierunku Budapesztu; tą drogą prosili o osłonę pancerną dla wysuniętych do przodu stanowisk. Działa pancerne słyszałem z bliska i kilkakrotnie zabłąkana kulka zaświszczała mi koło ucha. Ten świst był charakterystyczny i jednoznaczny, ale już tak do niego przywykłem, że nie zwracałem nań uwagi.

W ciemności mignęło kilku znajomych ze wsi, poznali mnie i ukłonili się z zakłopotaniem. W tej podbudapeszteńskiej miejscowości w bardzo dziwny sposób mieszały się ze sobą chałupy najbiedniejszego bezrolnego chłopstwa z letnimi domami wielkomiejskiego, nowobogackiego mieszczaństwa. Chałupy pobudowano na wzgórzu, wzdłuż nadbrzeża Dunaju zaś, niczym w ekscentrycznym wesołym miasteczku, stały rzędem pozbawione dobrego smaku letnie domy wzbogaconej po pierwszej wojnie światowej węgierskiej klasy średniej i dumnie prezentowały przedziwny chaos stylistyczny: była tu chata tyrolska, dworek w stylu gentry empire, kopia zamku normandzkiego i przypominający hiszpańską hacjendę dom z ogrodem. W „pańskich” domach obecnie prawie nie mieszkano, większość właścicieli wróciła na czas oblężenia do stolicy, uważano bowiem ogólnie, że Budapeszt „padnie w ciągu kilku dni” i w stolicy „mieszkańcy będą mieli do czynienia z marszałkami”, podczas gdy na prowincji – z kapralami, co jest bardziej niebezpieczne. W rzeczywistości jednak każda z tych sytuacji była jednakowo groźna, ci zaś, którzy w czasie oblężenia pozostali w Budapeszcie, stłoczeni na długie tygodnie w piwnicach otoczonego miasta przeżyli wszelkie okropności towarzyszące spustoszeniu stolicy. Wielu właścicieli eleganckich domów uciekło na Zachód; ich domostwa zostały obrabowane jako pierwsze, zarówno przez Rosjan, jak i przez miejscową ludność.

Pozdrawiający mnie w ciemności ludzie bez wyjątku należeli do wiejskiego proletariatu. Ich zakłopotanie zdradzało, że wielka zmiana, „historyczna chwila” wcale nie oznacza dla nich „wyzwolenia”. Wyglądało na to, że lud, który od bardzo dawna żył jako wieczny sługa, już w tamtej chwili wiedział, że jego los się nie zmieni: dawni panowie odeszli, nadejdą nowi panowie, a on pozostanie sługą, jak nim był przez wieki.

Miejscowy szewc, o którym mówiono, że jest komunistą, zdyszany zawrócił, pobiegł za mną i podenerwowany zaczął mi coś opowiadać. Gruby ten człowiek stał na mrozie bez wierzchniego okrycia i oburzony relacjonował, że gdy nadchodzący Rosjanie zobaczyli go na skraju wsi, zaczęli krzyczeć: „Burżuj! Burżuj!” i zerwali zeń płaszcz skórzany, który właśnie miał na sobie, po czym wcisnęli mu w rękę dwieście papierowych pengő 2, poklepali po plecach przerażonego człowieka i odjechali. „Myśleli, że jestem burżujem – skarżył się płaczliwym głosem poszkodowany szewc – bo jestem gruby i mam skórzany płaszcz. A ja tak na nich czekałem!…”. To rozczarowanie w głosie słyszałem wówczas po raz pierwszy.

3

W domu panowała ciemność, światła nie było od dwóch dni – a później jeszcze przez wiele miesięcy. Mieliśmy za to opał; mieliśmy też mąkę, piętnaście kilogramów, w winnicy zakopałem dziesięć butelek smalcu, zostało też jeszcze mydło i kawa. Zachowaliśmy trochę ubrań, na poddaszu zaś, pod belką główną, w płaskim, blaszanym – żeby się doń myszy nie dobrały – pudełku po lucky strike’ach ukryłem resztę naszych pieniędzy, cztery tysiące pengő; suma ta wystarczyć mogła wówczas na dwa miesiące życia. Tego dnia miałem nawet jeszcze papierosy.

Domownicy już się pokładli, zaparzyłem sobie kawy i siedziałem sam do świtu w ciemnym pokoju, przed powoli gasnącym w piecu ogniem. Żywo pamiętam tamtą noc, ostrzej i lepiej niż wszystko inne, co nastąpiło potem. Coś się skończyło, jedną niemożliwą sytuację zastąpiła druga, podobnie niebezpieczna, ale zupełnie inna. Rosyjski żołnierz, który dzisiejszego dnia wkroczył w moje życie, był naturalnie kimś więcej niż tylko rumianym słowiańskim chłopakiem gdzieś znad Wołgi… Ten rosyjski żołnierz, nie mogłem o nim nie myśleć, dziś po południu ze wszystkimi skutkami tego zdarzenia wtargnął nie tylko w moje życie, lecz w życie całej Europy. O Jałcie jeszcze nie wiedzieliśmy. Znaliśmy tylko nagie fakty: Rosjanie weszli, Niemcy wycofali się, wojna niedługo się skończy – tyle zrozumiałem z tego, co się stało.

Zrozumiałem zaraz potem, że musimy sobie teraz odpowiedzieć na jedno pytanie. Jeszcze nie byłem w stanie go sformułować, ale tamtej dziwnej nocy, gdy żołnierz ze Wschodu wmaszerował o wieczornej godzinie do węgierskiej wsi – a człowiek „rozumie” zawsze tylko to, co widzi, co słyszy i czego dotyka – skórą i wszystkimi zmysłami odczuwałem, że ów młody sowiecki żołnierz przyniósł do Europy pewne pytanie.

Głośno i po cichu pytano o to na całym świecie już od blisko trzydziestu lat: czym jest komunizm? Jaki jest jego sens? Ci, którzy na nie odpowiadali, mówili rozmaite rzeczy, w zależności od swych interesów, przekonań, wyborów politycznych i sytuacji międzynarodowej. Wielu kłamało albo przesadzało. Ale rozmawiałem też z ludźmi, którzy nie kłamali, i czytałem książki, w których – osoba autora stanowiła tu gwarancję – nie było przesady. W każdym razie żyłem w środowisku, w którym komunizm wymieniano zaraz po siedmiu grzechach głównych. Dlatego pomyślałem sobie wówczas, że oto nadeszła chwila, w której muszę zapomnieć wszystko, co do tej pory słyszałem o Rosjanach i o komunistach. Chwila, w której na ciemnym, zaśnieżonym dziedzińcu urzędu gminy spotkałem po raz pierwszy sowieckiego żołnierza, także w moim życiu rozpoczynała wielki egzamin, składający się z pytań i odpowiedzi i będący bilansem świata komunistycznego i niekomunistycznego; ten egzamin rozpoczął się jednocześnie dla całego zachodniego świata. W Europie pojawiła się oto nowa siła, a Armia Czerwona była jedynie jej wojskową wyrazicielką. Co to za siła? Komunizm? Słowianie? Wschód?

Obok domu w ciemnościach nocy przechodzili ludzie, zbliżali się i oddalali. Ci błąkający się nocą ludzie mówili obcym językiem. Siedziałem w ciemnym pokoju i postanowiłem, że za wszelką cenę dokonam wysiłku oczyszczenia swego umysłu z dotychczasowych uprzedzeń i porzuciwszy resztki wspomnień z lektur i rozmów oraz zapomniawszy o oficjalnej antybolszewickiej propagandzie, postaram się bezstronnie obserwować Rosjan i komunistów.

Tamtego popołudnia na własnej skórze przeżyłem coś, co przydarzyło się światłym umysłom Europy dotychczas tylko dwa razy: w dziewiątym wieku3, gdy Arabowie dotarli do Autun i Poitiers, i w szesnastym, gdy Turcy podeszli pod Győr i Erlau4. W Europie Wschodniej nie puszczono ich dalej. Łupieżcze podboje Dżyngis-chana, Tamerlana, Attyli były w tym regionie Europy wydarzeniami krwawymi, lecz przelotnymi, a wschodnie hordy na głos magicznej piszczałki, wieszczącej niewiadome azjatyckie, plemienne nieszczęścia, któregoś dnia nagle wyniosły się z Europy. Ale Arabowie wyruszyli na podbój chrześcijaństwa ze świadomością własnej odrębnej wiary, innego obrazu świata, rasy, umysłowości. I gdy Karol Martell bastard pobił ich ostatecznie po Autun, w Europie pozostało po nich nie tylko wspomnienie rabunków, ale też wielkie pytania arabskiej kultury, na które trzeba było odpowiedzieć. Pozostawili po sobie nie tylko wiedzę o astronomii, nawigacji, medycynie, swoistą ornamentykę, wschodni sposób pojmowania natury, lecz także system liczbowy, który umożliwił myślenie techniczne i wyparł skomplikowany i trudny w użyciu system rzymski. Przynieśli nam helleńską samoświadomość, która już ledwie pełgała w mrocznych celach i skostniałych duszach średniowiecznych scholastyków, gdy Gerhard z Cremony przetłumaczył wreszcie na łacinę kilka tuzinów greckich dzieł literackich i naukowych, wśród nich niemal całego Arystotelesa… Na te postawione przez „barbarzyńców” wielkie pytania Wschodu świat chrześcijański odpowiedział dobrze: odpowiedział nie tylko orężem pod Autun, lecz także renesansem i humanizmem, które bez impulsu kultury arabskiej, przynoszącej helleńską, arystotelesowską świadomość, zapaliłyby iskrę w duszy człowieka średniowiecza o wieki później.

Renesans był bez wątpienia reakcją na pierwszą wielką konfrontację ze wschodnim obrazem świata. Na drugi wielki atak ze Wschodu – podboje światopoglądu osmańskiego i wschodniego imperializmu – świat chrześcijański odpowiedział nie tylko bronią, lecz także wielką próbą odnowy – reformacją. Jak odpowie teraz mój świat, świat Zachodu, temu młodemu żołnierzowi, który dziś przybył ze Wschodu i zapytał mnie, bezimiennego pisarza europejskiego: „Ty kto?”.

Siedziałem w ciemności, w tej bardzo dziwnej ciemności, słuchałem ognia armatniego, który z monotonią maszyn fabrycznych łomotał pośród nocy i pustoszył wszystko to, co oddalone stąd o kilkanaście kilometrów było dla mnie jeszcze niedawno domem i światopoglądem… i próbowałem sobie wyobrazić, jak może brzmieć pytanie, które postawiłby mojemu światu ten odziany w kufajkę, zdrowy, jasnowłosy żołnierz słowiański. Nie zastanawiałem się nad odpowiedzią, bo wiedziałem, że podobne „odpowiedzi” nie są kwestią postanowienia. Humaniści nie „postanowili” renesansu ani też Luter nie „postanowił” reformacji. Odpowiedź formuje się samoistnie. Ja jednak próbowałem sobie wyobrazić, czego może chcieć ode mnie rosyjski żołnierz.

Naturalnie zabierze świnię, pszenicę, olej; węgiel i maszyny, co do tego nie miałem wątpliwości. (Nie podejrzewałem jeszcze wówczas, że zabierze też ludzi). Ale czego może chcieć jeszcze, poza świnią, pszenicą i olejem? Czy będzie chciał także duszy, a więc mojej osobowości? Nie minęło wiele czasu i pytanie to z nieubłaganą siłą stanęło nie tylko przede mną, który rozmyślałem nad nim wówczas w nocy, w samotnym wiejskim domku. Dowiedzieliśmy się, że chce zabrać wszystko i na dodatek żąda jeszcze naszych dusz, chce podporządkowania naszych osobowości. Gdyśmy to zrozumieli, tamto spotkanie, przekroczywszy ramy losu jednego narodu, nabrało nowego sensu dla całego świata.

Wielkie mocarstwa przekwitają prędzej niż tropikalne rośliny… historia pełna jest kości pozostałych po tajemniczych mamutach, jakimi były państwa Seleucydów, państwo nubijskie, Libia – kwitły one przez kilka historycznych chwil, by zniknąć bez śladu w piaskach. Tylko szaleniec mógł myśleć, że los tysiącletniego państwa węgierskiego będzie miał jakiekolwiek znaczenie dla wielkich ludów. Gdy stanie im ono na drodze, zdepczą je bez gniewu, obojętnie; jeśli w danej chwili mogą mieć z niego korzyść, wyznaczą mu pomniejszą rolę; wczoraj wyznaczyli nam ją Niemcy, jutro zrobią to Rosjanie. Taki jest los i mały naród może uczynić bardzo niewiele, by go zmienić. Ale na pytanie, które młody rosyjski bolszewik wniósł do mego życia – do życia nas wszystkich, którzy wychowaliśmy się na wzorach kultury Zachodu – chciałem odpowiedzieć bez uprzedzeń i stronniczości. Wydawało mi się, że widzę w ciemności jego młodą, obojętną twarz. Nie była odpychająca, tylko przeraźliwie obca.

W tamtej chwili, na tamtym etapie wojny nie tylko ja – „mieszczański” pisarz węgierski w węgierskim wiejskim domu – rozmyślałem o Rosjanach z pełną niepokoju ciekawością. Także Anglicy, Francuzi i Amerykanie obserwowali ich z wyczekiwaniem i niepewnością. Wielki naród kosztem niewyobrażalnych ofiar odwrócił kierunek dziejów pod Stalingradem – a ja spotkałem dziś jednego z przedstawicieli tej ogromnej siły. Wielu ludziom, ofiarom nazizmu, ten młody Rosjanin przyniósł na pewno wyzwolenie, ucieczkę od nazistowskiego terroru. Ale nie przyniósł wolności, bo sam jej nie miał. Lecz tego jeszcze wówczas na ogół nie wiedziano.

4

Przez dwa tygodnie to przychodzili, to znikali, pojawiali się niespodziewanie, w pojedynkę, po dwóch. Na ogół czegoś chcieli: wina, jedzenia, czasami tylko wody. Po przeminięciu pierwszego napięcia te spotkania miały ludzki charakter, ale był w nich element aktorski i odbywały się w sposób wyuczony. Po przywitaniu i ustaleniu podstawowych pojęć pozostawały nam bardzo ograniczone możliwości porozumiewania się. Wśród domowników znajdowała się pewna młoda kobieta, która ukończyła studia w Pradze i biegle mówiła po czesku. Była naszą tłumaczką, Rosjanie na ogół rozumieli, co mówiła.

Przychodzili dniem i nocą, wchodzili bez dzwonienia i pukania. W pierwszych dniach czasami bywaliśmy zaskoczeni, gdy w najbardziej nieoczekiwanych chwilach przed naszym łóżkiem czy przy stole pojawiał się nagle Rosjanin z karabinem. Ale prędko do tego przywykliśmy. Większość z nich nie pozostawała długo.

Kiedyś przyszło ich trzech, dwóch oficerów i szeregowiec. Oficer, jak się później zorientowaliśmy, zaczynał się w wojsku sowieckim od majora; zazwyczaj ukończyli już oni szkołę wojskową, mieli ordynansów i w większości znali choć trochę niemiecki. Ale obsypani gwiazdkami żołnierze poniżej stopnia majora nie byli prawdziwymi oficerami. Ponadto istniały tu też jeszcze inne rangi, stosunki podległości i zwierzchnictwa, w których obcym trudno się było zorientować; funkcjonowali na przykład oficerowie polityczni, którzy z ramienia partii kontrolowali zawodowych żołnierzy, ale nietrudno sobie wyobrazić, że także ów oficer polityczny musiał mieć swojego zwierzchnika w armii. Przed kilku laty, w pierwszym roku wojny czytałem wydrukowaną w Szwajcarii książkę, której rosyjski autor, niejaki Basseneff, próbował przedstawić sowiecką „armię ludową”. Ta książka przypomniała mi się teraz, ale prędko zrozumiałem, iż rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana, niż ją przedstawił ów wojskowy autor.

Owych trzech przybyszów na przykład należało do szarży, którą jedynie z trudem dałoby się opisać za pomocą zachodnich pojęć wojskowych. Byli młodzi – szeregowiec-gapiowaty woźnica; oficerowie trochę podpici. Zjawili się około południa, starałem się przyjąć ich uprzejmie, według własnych norm zachowania, bo doświadczyłem już, że ten sposób traktowania najbardziej skutecznie powściąga rosyjskich przybyszów: podałem im rękę, zaprosiłem, by usiedli, poczęstowałem resztką moich papierosów i nalałem im palinki, po czym czekałem, co nastąpi. Elegancja w obejściu, zewnętrzne formy towarzyskie często dobrze działały na Rosjan. Na ogół zjawiali się z hałasem, wykrzykiwali słowa „broń” i „Hermann”, to jest szukali Niemców, ale po pierwszych uprzejmych zdaniach i gestach wyrażających gościnność uspokajali się. Teraz też tak było: kiedy podniosłem kieliszek z palinką i powiedziałem „na zdarowie”, wszyscy trzej powstali i z kieliszkami w ręce grzecznie odwzajemnili pozdrowienie. Potem usiedli wokół pieca – zupełnie tak samo, jak podczas ćwiczeń wojskowych przysłani na kwaterę żołnierze z gospodarzami – i zaczęliśmy rozmawiać. Członkowie mojej rodziny – żona, chłopiec, którym się opiekowaliśmy, oraz młoda kobieta, która znała czeski – siedzieli między gośćmi. Sytuacja była szczególna i inna od tych, jakich oczekiwaliśmy na podstawie niepokojących wieści przynoszonych przez uciekinierów. Zacząłem odczuwać coś w rodzaju nadziei.

Nadzieja ta w początkowym okresie nie była zupełnie bezpodstawna. Ze strony oficerów i szeregowców regularnego wojska – szczególnie, gdy nie byli pijani lub w pobliżu znajdowało się wyższe dowództwo – nie spotkała nas ani naprawdę wielka strata, ani żaden tragiczny wypadek. Wyjątki, rozmaici rabusie zaczęli się pojawiać już w pierwszych dniach, ale na ogół podkradali się o zmroku, próbowali wniknąć do mieszkania, mieli broń, żądali zegarków, alkoholu, wody kolońskiej i natychmiast znikali z łupem. Było wyraźnie widać, że złodzieje mieli nieczyste sumienie, ze strony dowództwa bowiem mogli oczekiwać natychmiastowej kary na miejscu przestępstwa. Ale wojsko regularne, szczególnie zaś w pierwszym okresie oficerowie, czasami zachowywali się w naszej małej wiosce ze zrozumieniem sytuacji – inaczej niż w pobliskiej stolicy, gdzie rabunek i gwałt odbywały się właściwie za przyzwoleniem dowództwa.

Trzech żołnierzy sowieckich siedziało jak towarzystwo wokół wiejskiego pieca. Woźnica był całkiem głupi, ale i on starał się jak mógł i naśladował zachowanie kapitanów. Opowiedzieli mi, czym zajmowali się w cywilu – jeden z nich był rysownikiem – i zapytali o moją profesję. Była to moja pierwsza rozmowa z ludźmi sowieckimi i znów przyszło mi doświadczyć, że „pisarz” to dla Rosjan magiczne pojęcie. Od chwili, gdy powiedziałem, że jestem pisarzem, patrzyli na mnie z takim szacunkiem i uwagą, jakbym był wyjątkową istotą. Rozejrzeli się po pokoju, którego skromne umeblowanie – sprzęty jak w bungalowie – naprawdę nie robiło eleganckiego wrażenia (dom nie był mój, osiem miesięcy temu wprowadziłem się tu na prośbę przyjaciół), lecz ich najwyraźniej poruszyło to, co zobaczyli. Młodszy kapitan, ów rysownik, oświadczył, że bardzo się cieszy, że mnie poznał, bo „lubi takich ludzi” jak ja. Interesowali się też, czy to mój dom. Kiedy powiedziałem, że nie mój, zaczęli entuzjastycznie dowodzić, jak dobrze żyje się sowieckim pisarzom, upewniali mnie, że w Związku Radzieckim miałbym już dom, ogród i auto. Starszy w przesadnym odruchu serdeczności zapytał mnie, czy nie chcę się wprowadzić do którejś z eleganckich willi w okolicy, bo on mi to może z łatwością załatwić. Z uśmiechem odmówiłem jego propozycji.

Wszystko było dziwne i dziecinne; i tak naprawdę nie rozumiałem ich szacunku dla pisarza. Starałem się dowiedzieć, co znają z literatury rosyjskiej i światowej. Na zadane przeze mnie pytanie jeden przez drugiego przekonywali mnie, że „wszystko”, bo w domu, w Związku Radzieckim „wszyscy czytają”. Pytałem dalej, bo chciałem się dowiedzieć konkretów; wówczas jeden z nich wymówił nazwisko Puszkina, a drugi – Lermontowa. Później przekonałem się, że te dwa nazwiska – szczególnie Puszkina – znają wszyscy, wspomnienie obowiązkowych lektur szkolnych zawarło się dla nich w nazwisku tego poety. Na dźwięk nazwisk Tołstoja czy Dostojewskiego potakiwali, ale widziało się, że nic im one nie mówią. Podczas rozmowy jeden z nich, bardziej podpity, próbował objąć młodą tłumaczkę. Ale wystarczyło jedno moje spojrzenie, by puścił jej rękę, a jego towarzysz, rysownik, powiedział doń z wyrzutem kilka słów. Potem już cała trójka zachowywała się correct. Na pożegnanie uścisnęliśmy sobie ręce, odprowadziłem ich do bramy ogrodowej – która wtedy jeszcze istniała – i zaczekałem, aż wsiądą do sań. Byli młodzi i weseli, mieli zielone sanki – jeden Bóg wie, gdzie je zdobyli – u szyi konia podwiązali dzwoneczki jak przy trojce: cały ten obrazek przypominał idylliczną rycinę z czasów wojen napoleońskich.

Moi goście odjechali przy głośnym dźwięku dzwonków i za zakrętem, w dole ogrodu zaczęli jak szaleni strzelać w powietrze z karabinów maszynowych. Podrostki, pomyślałem, kiedy sanki zniknęły na śnieżnej drodze, w chmurze mgły, to jeszcze podrostki, młode chłopaki. Wróciłem do domu i omówiliśmy z domownikami szczegóły tej niezwykłej wizyty.

Napięcie osłabło: Rosjanie, miejmy nadzieję, nie są tak groźni, jak o nich mówią – taka była optymistyczna konkluzja naszej rozmowy. I to o nich pisał Stendhal, kiedy w świcie Napoleona wycofywał się spod Kijowa: Cet océan de barbarie puante – przypomniałem. Rzeczywistość, mniemaliśmy, jest jednak inna: ci młodzi ludzie byli niewykształceni, ale skąd mieliby mieć wykształcenie żołnierze wschodniej armii? W każdym razie byli zdrowi, weseli i nieuprzedzeni. Poza tym szanowali pisarzy. Nie zapominajcie – powiedziałem moim domownikom – że przyszli ze Wschodu, gdzie już za Asyryjczyków, w epoce Hammurabiego pismo miało swojego boga, którego imię brzmiało Nabu… – tak sobie żartowaliśmy.

Naturalnie zaczęło mnie interesować, dlaczego dla Rosjan zajęcie pisarza jest czymś magicznym. Któregoś przedpołudnia zjawił się u nas rosyjski oficer sztabowy – major albo podpułkownik – z licznym gronem oficerów: byli ubrani w skórzane kurtki, mieli znakomite oficerki, rękawice na futrze, płaskie czapki wojskowe, a na naramiennikach złote paski określające rangę. Major mówił płynnie po niemiecku. Ci goście nie usiedli u nas; przyszli z sąsiedztwa, gdzie podejmowano ich obiadem i gdzie usłyszeli, że w domu obok mieszka pisarz, chcieli więc sobie obejrzeć to dziwne zwierzę. Wizyta trwała krótko, ale była wyczerpująca. Oficerowie ze szpicrutami w rękach stali półkolem wokół majora na środku pokoju, na piersiach mieli zawieszone lornetki na skórzanych rzemieniach; wyglądali jak ilustracja z książki o wodzach wojskowych. Major zapytał, czy to ja jestem tym pisarzem? Następnie dokładnie mnie obejrzał. Skinął na jednego z oficerów, by zrobił mi zdjęcie. Na stole stała moja maszyna do pisania z rozpoczętym tekstem. Stanowczym głosem, choć uprzejmie spytał, czy pracuję i nad czym? Odpowiedziałem, że w obecnej sytuacji życiowej nie jestem w stanie zabawiać się zagadnieniami literackimi, ale piszę dziennik, który zacząłem jeszcze przed wojną. Kiwnął głową jak ktoś, kto całkowicie to rozumie, i zapytał, czy zapisuję w dzienniku wszystko, czego doświadczam? Nie wszystko, odparłem, tylko to, co, jak sądzę, jest ważne.

– To niech pan zapisze – rozkazał poważnie i surowo – że odwiedził pana oficer rosyjski i nie zrobił panu żadnej krzywdy. Niech pan też zapisze, że ów oficer widział dom Tołstoja w Jasnej Polanie, który został całkowicie zniszczony przez żołnierzy z pańskiej ojczyzny. Zapisze to pan? – spytał surowo.

Obiecałem, że zapiszę. (Sytuacja nie stwarzała możliwości dyskusji z rosyjskim oficerem, dlatego też nie mogłem mu powiedzieć, że poprzedniej nocy w naszej wsi rosyjscy żołnierze zniszczyli i obrabowali dom Zsigmonda Móricza5, zabłocone buciory deptały po porozrzucanych na podłodze rękopisach pisarza. Taka jest wojna, zawsze potworna, a zabłocone buciory zawsze depczą w obcym kraju porozrzucane na podłodze rękopisy). Rosyjski oficer rozglądał się jeszcze przez chwilę, po czym wzruszył ramionami, uniósł dwa palce do daszka czapki, poważnie zasalutował, odwrócił się na pięcie, skinął na pozostałych i opuścili dom. Zdumiony patrzyłem za nimi. Tym zapisem wypełniam, co wówczas obiecałem.

Wszystko to było inne od tego, czego oczekiwaliśmy. Tak całkowicie inne i zaskakujące, że ogarnęły mnie wątpliwości, jak człowieka, który pobłądził w ciemności i nie znajduje żadnego drogowskazu. Cóż to za ludzie? Bo po kilku minutach przybiegła z sąsiedniego domu pokojówka i opowiedziała, że ci sami oficerowie, którzy przed chwilą jedli u nich obiad, po obiedzie ucałowali dłoń pani domu, uprzejmie pożegnali się i zaszli do nas obejrzeć sobie pisarza, po odjeździe wysłali do gospodarzy swego szofera z karabinem maszynowym, który zażądał, by pan domu natychmiast oddał złoty zegarek, który miał na ręce. Obrabowany właściciel willi, który podczas obiadu, niczego nie podejrzewając, sprawdził w obecności gości, która jest godzina, roztrzęsiony potwierdził po chwili tę wiadomość. „Ale wobec tego czemu pocałowali moją żonę w rękę?” – pytał bezradnie. Zaczęliśmy odkrywać, że Rosjanie mają w sobie coś zagadkowego.

Kilku Żydów, którzy ukrywali się we wsi i tu przetrwali miesiące prześladowań ze strony Niemców i węgierskich strzałokrzyżowców, nabrało teraz odwagi i wyszło z ukrycia. W sąsiedztwie mieszkał pewien starszy człowiek z rodziną, był on aptekarzem, żył we względnym dobrobycie i udało mu się ukryć przed prześladowaniami strzałokrzyżowców. Kobiety w jego rodzinie bały się jednak Rosjan. Podczas odwiedzin pierwszego Rosjanina ten stary człowiek – który z białą brodą wyglądał jak dostojny patriarcha – stanął przed przybyszem i uroczyście oświadczył mu, że jest Żydem. Scena, która po tym nastąpiła, była ze wszech miar zaskakująca: po tym oświadczeniu Rosjanin uśmiechnął się, zdjął z szyi karabin maszynowy, podszedł do starca i zgodnie z rosyjskim zwyczajem serdecznie ucałował go w oba policzki. Powiedział, że on też jest Żydem. I przez chwilę niemo, przyjaźnie ściskał mu rękę.

Po czym założył znów na szyję karabin maszynowy i zawezwał pana domu, by wraz z domownikami stanął w kącie pokoju twarzą do ściany i z podniesionymi rękami. Gdy starzec nie zrozumiał od razu, czego od niego oczekuje, wrzasnął nań, by się ruszał, bo powystrzela wszystkich jak kury. Cała rodzina stanęła więc w rogu pokoju z rękami podniesionymi do góry, Rosjanin zaś spokojnie i niespiesznie obrabował ich dom: był fachowcem w tej profesji, ze znawstwem opukał piec, ściany, powyciągał szuflady, znalazł ukryte kosztowności i całą gotówkę rodziny, około czterdziestu tysięcy pengő. Wszystko to pochował po kieszeniach, po czym poszedł sobie.

Chodzi o tak zwane katiusze. [wróć]

Pengő – węgierska jednostka pieniężna. [wróć]

Márai jest tu nieprecyzyjny, bitwa Karola Młota z Arabami pod Poitiers miała miejsce w 732 r., zatem w VIII w. [wróć]

Niemiecka nazwa miasta Eger. [wróć]

Zsigmond Móricz (1879–1942) – jeden z najwybitniejszych pisarzy węgierskich pierwszej połowy XX wieku, miał dom w Leányfalu. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Föld, Föld!… Emlékezések

© Heirs of Sándor Márai, Csaba Gaál, Toronto

PROJEKT SERII: Andrzej Heidrich

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Lijklema Design, Karolina i Hans Lijklema

REDAKCJA: Bianka Dziadkiewicz

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważania wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Teresa Worowska 2005, 2014

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2005, 2014

ISBN 978-83-07-03333-4