Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 434 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ziemia przeklęta - Philip Lewis

Kunsztowna, wielowątkowa opowieść o dojrzewaniu, przywodząca na myśl klasyczne utwory Thomasa Wolfe’a i Williama Styrona. Phillip Lewis to wyrazisty nowy głos w amerykańskiej beletrystyce.

Tuż przed narodzinami Henry’ego Astera jego ojciec – człowiek o wyrafinowanych ambicjach literackich – w towarzystwie młodej ciężarnej żony niechętnie powraca do małego miasteczka w Appalachach, gdzie spędził dzieciństwo oraz młodość, i osiedla się wraz z rodziną w ogromnym, złowieszczym domu ze szkła i żelaza, przycupniętym wysoko na zboczu góry. To tam mały Henry dorasta, godzinami przesiadując w gabinecie swego błyskotliwego ojca. Jednak gdy tragedia wpędza mężczyznę w głęboką depresję i skłania go do odejścia, jego pozbawiony złudzeń syn również ucieka z posępnej rezydencji i latami unika powrotu do rodzinnych stron, zanim zrozumie, że i on musi wrócić do swoich korzeni.

"Ziemia przeklęta" to zapierający dech w piersiach debiut, który z epickim rozmachem i urzekającą swadą opowiada o ciemnej stronie poświęcenia, granicach przebaczenia i niosącej zadośćuczynienie potędze wspólnej przeszłości.
"SIBA Okra Pick"

Lewis pięknie opisuje scenerię, w której się wychował, a jego proza jest orzeźwiająco erudycyjna. Ten debiut w pełni wciągnie czytelników.
„Publishers Weekly”

"Ziemia przeklęta" to olśniewająca debiutancka powieść, obfitująca w niezwykłe postaci i miejsca, przesiąknięta literaturą i muzyką oraz najeżona rodzinnymi dramatami… Słychać w niej wyraźne echa prozy Poego i Wolfe’a, nawiązuje też do Richarda Russo, przypominając jego upodobanie do ekscentrycznych postaci.
„Shelf Awareness”

Lewis mistrzowsko odmalowuje świat przedstawiony w swej bogatej i złożonej powieści.
„Kirkus Reviews”

W swojej sugestywnej debiutanckiej powieści na temat tożsamości i rozczarowania, Lewis opisuje tęsknotę mieszkańca Południa odseparowanego od swojego domu, rodziny i ambicji… Podobnie jak jego ziomek z Karoliny Północnej, Thomas Wolfe, Lewis zmaga się z tematem wyboru między akceptacją własnych korzeni, a odrzuceniem przeszłości - i robi to z wdziękiem, humorem oraz darem spostrzegawczości.
„Booklist”

Tak dobra powieść to rzadkość. Elegijna i ponadczasowa "Ziemia przeklęta" to niezapomniana ewokacja mrocznej amerykańskiej sagi. Lektura tej książki przypomina otwarcie wysłużonego pierwszego wydania klasycznego dzieła, które czytelnik jakimś cudem przegapił, ale właśnie zdjął je z półki swego ojca.
David Gilbert

Majestatyczna i kunsztowna "Ziemia przeklęta" Phillipa Lewisa to jedno ze wspaniałych odkryć tego roku. Jest to debiut tak pewnie osadzony w miejscu i historii, że zadziwi was tym, co Lewisowi udało się osiągnąć: stworzył smutną i piękną odę do więzi rodzinnych, duchów, które nas nawiedzają i opowieści, które nas kształtują.
Paul Yoon

Autor "Ziemii przeklętej" wie, że najgorsze duchy straszą nie w starych domach, lecz w udręczonych umysłach. Odmalowując psychologiczny skalisty krajobraz, barwnie nawiązuje do południowego gotyckiego nurtu, a jego książka jest przesiąknięta wspaniałymi regionalizmami i pełna bohaterów tak żywych, jakby mieli zaraz opuścić karty powieści.
Matthew Thomas

"Ziemia przeklęta" to pięknie napisana i głęboko poruszająca powieść, która skupia się na mężczyźnie rozdartym między miłością do rodziny, a oddaniem literaturze. Phillip Lewis to bardzo utalentowany pisarz, a jego debiut zasługuje na szeroką rzeszę pełnych zachwytu czytelników.
Ron Rash

Piękna, sugestywna powieść wspaniale odmalowująca świat przedstawiony i napisana z subtelną, mroczną wrażliwością. Błyskotliwy debiut.
Jenni Fagan

Phillip Lewis urodził się i dorastał w górach Karoliny Północnej. Studiował na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapel Hill, a następnie kontynuował edukację na wydziale prawa Uniwersytetu Campbella, gdzie pełnił funkcję redaktora naczelnego „Campbell Law Review”. Obecnie mieszka w Charlotte. "Ziemia przeklęta" to jego pierwsza powieść.

Opinie o ebooku Ziemia przeklęta - Philip Lewis

Fragment ebooka Ziemia przeklęta - Philip Lewis

 

Tytuł oryginału

THE BARROWFIELDS

Copyright © 2017 by Phillip Lewis

All rights reserved.

Published in the United States by Hogarth,

an imprint of the Crown

Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC, New York.

hogarth.com

Projekt okładki

Wojtek Świerdzewski

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Małgorzata Denys

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-595-2

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

 

Dla Ashley

 

My, bracia, jak ojcowie nasi za dni swoich,

płoniemy, płoniemy gorączką sławy.

THOMAS WOLFE1

1Fragment powieści Thomasa Wolfe’a Nie ma powrotu w przekładzie Marii Skibniewskiej, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1959.

 

Prolog

Biurko stoi nietknięte, tak jak je pozostawił. Kruk, czy co to tam jest, wciąż wisi na ścianie. Wolfe. Poe. Chopin. Pierwsze wydanie Obcego, z ceną wyciętą z obwoluty, wytartymi krawędziami i przekrzywionym grzbietem. Pierwsze wydanie Spójrz ku domowi, aniele, z autografem autora, które cenił bardziej niż jakąkolwiek inną książkę. Pierwsze wydanie Tales of Mystery and Imagination2podpisane przez Harry’ego Clarke’a krwistoczerwonym atramentem. Biblia Króla Jakuba, w czarnej skórzanej oprawie. Trzy świece; kaskady stopionego wosku. Butelka absyntu marki Hill’s, pusta. Dwie butelki wódki, puste. Butelka hiszpańskiego wina, również pusta. Zapałki w tekturowej książeczce. Lampa, bez żarówki. Pięćdziesiąt jeden dzienników, gęsto zapisanych. Strona tytułowa nieopublikowanej powieści z adnotacją po łacinie. Dziewięć lat nagromadzonego kurzu i garstka zdjęć, które musiały coś dla niego znaczyć. Otwieram Obcego, żeby przeczytać dedykację, którą sam napisałem. Przewracam stronę i spoglądam na pierwszy wers książki: „Dzisiaj umarła mama”3. Zaczynam rozumieć.

2Popularne pośmiertne wydanie opowiadań Edgara Allana Poego z ilustracjami Harry’ego Clarke’a (Wszystkie przypisy w tekście pochodzą od tłumaczki).

3Fragment Obcego Alberta Camusa w przekładzie Marii Zenowicz, PIW, Warszawa 1985.

 

CZĘŚĆ I

 

1

Mój ojciec był jednym z zaledwie dwojga dzieci, które przyszły na świat w zbudowanym z pustaków szpitalu w Old Buckram tamtej przejmująco chłodnej jesieni 1939 roku. Drugie dziecko, chłopczyka, który nie żył wystarczająco długo, by otrzymać imię czy duszę nadającą się do zbawienia, matka pochowała na zboczu wzgórza w pobliżu miasteczka, gdy tylko ziemia rozmarzła na tyle, żeby dało się wykopać mu porządny grób. Nie było mszy i nikt nie śpiewał hymnów. Za nagrobek, jeśli można tak to nazwać, posłużył duży gładki kamień ze strumienia. Chłopczyk został złożony na wieczny spoczynek jedynie przy wtórze bezgłośnej modlitwy matki do nieobecnego Boga. Poprosiła, aby wybaczono mu grzech pierworodny i uprzejmie zezwolono na wstąpienie do nieba, by czekał tam na pozostałych, którzy dołączą do niego, gdy – w mądrości Bożej – nadejdzie ich godzina.

Old Buckram, gdzie zaczyna się ta historia, to achromatyczne miasteczko położone wysoko w Appalachach. Ulokowane jest w niedostępnym miejscu, najdalej jak się da na północny zachód, by wciąż jeszcze znajdowało się w granicach Karoliny Północnej. W 1799 roku jego populacja wynosiła 125 osób, a do roku 1939 liczba ta wzrosła do 400 dusz. Jest to miasteczko, gdzie ulice i chodniki są samotne i rzadko uczęszczane. Gdzie nieliczne, liche sklepiki – stary sklep z artykułami żelaznymi, punkt sprzedaży pasz, zakład szewski, sklep bławatny, kawiarnia i zakład kamieniarski – rzadko widują tylu klientów, by ich właściciele mogli zarobić na życie, a w ciemne zimowe dni zamykają się wcześnie, nim spadnie śnieg. Jest to stare miasteczko zbudowane po obu stronach torów kolejowych, jednak pociąg nie przejechał tędy od lat. Jest to miasteczko z salowymi kościółkami z czerwonej cegły położonymi w kotlinach i na zboczach wzgórz; miasteczko, które wierzy w Boga – istniejącego, acz odległego; miasteczko z jednym domem pogrzebowym, który zajmuje się chowaniem niemal wszystkich zmarłych. To miasteczko duchów i zabobonów. Są tu Schody Diabła i Skała Wężowego Jęzora, i Strumień Abbadona, który porwał całą rodzinę podczas potwornej powodzi w 1916 roku. A wyżej, za strumieniem, na skraju miasteczka, rozciąga się obszar zwany Barrowfields, Pola Kurhanów, gdzie z niewyjaśnionych przyczyn nie rośnie nic poza płożącym się mchem pokrywającym skały i skamieniałe pniaki, które bardziej łatwowierni mieszkańcy biorą za nagrobki z zamierzchłych czasów. Inni mówią, że tysiąc lat temu wielki podmuch wiatru przybył znad gór i wyrwał z gleby drzewa i poniósł ze sobą wszelką dobroć, żeby już nic nie mogło tu znowu wyrosnąć. Niemal wszyscy uważają, że to ziemia przeklęta. Nikt nigdy nie urządził pikniku na Barrowfields, tego możecie być pewni.

Jeśli byli tacy, którzy wiedzieli, w jakich okolicznościach rodzina mojego ojca trafiła tam, do Old Buckram, ich opowieści dawno już zostały uciszone przez miarowe obroty wskazówek niewzruszonego zegara i nie pozostał żaden ślad po tej enigmatycznej wędrówce. Mój dziadek, który na imię miał Helton, powiedział mi kiedyś, że rodzina mogła tu przybyć z dalekiej północy gdzieś w XVIII wieku, pokonując słynną Great Wagon Road biegnącą z Pensylwanii do Piedmontu w Karolinie Północnej. Powiedział, że nasi antenaci byli prawdopodobnie jednymi z pierwszych osadników na tej surowej i bezlitosnej ziemi. „Co świadczy o tym”, skwitował, „że przodkowie twojego i mojego tatusia nie byli za bystrzy”.

Nasza rodzina była cholernie biedna, niemożliwie wręcz biedna, jak niemal wszystkie w tych górach, jednak z czasem, dzięki ciężkiej pracy i determinacji, zdołała sobie zapewnić całkiem godziwy byt. O jedzenie i ubrania było trudno, ale o dzieci dbano troskliwie. Helton był pracownikiem fizycznym, brał każdą robotę, jaka wpadła mu w ręce, i wykonywał ją uczciwie i sumiennie, bez narzekania, które zostawiał sobie na czas rozmów z Bogiem w niedzielne poranki w trakcie modlitwy. Przez kilka lat pracował przy budowie drogi widokowej Blue Ridge Parkway jako strzałowy dla WPA4 i po jakimś czasie stracił słuch w jednym uchu. Stał się odporny na większość rozmów prowadzonych w jego obecności i zaczął przypominać starego psa, który leży cicho w kącie pokoju obojętny na toczące się wokół niego sprawy.

Z tego co mi wiadomo, nie dokonał w swoim życiu niczego wyjątkowego. Pracował pięć dni w tygodniu i pozostawał w małżeństwie z moją babką, Madeline, mimo niezliczonych gorzkich zim i bezlitosnej biedy. Nie zgromadził żadnego godnego uwagi majątku. W chwili śmierci nie posiadał niczego, co miałoby prawdziwą wartość, poza skromnym wiejskim domem, który pochylał się w podmuchach wiatru, oraz spłachetkiem jałowej ziemi nabytej na aukcji w cenie pięć dolarów za akr. Jedyną książką, jaką kiedykolwiek posiadał czy przeczytał, było Pismo Święte, które po jego odejściu mnie przypadło w spadku. Na pierwszej pustej pergaminowej karcie widnieją ledwie czytelne słowa nagryzmolone ręką jego ojca, a mojego pradziadka, Williama: „Przeczytaj tę Biblię i sprawuj się odpowiednio”. Kolejna strona zawiera wyblakłą reprodukcję Jezusa w Ogrójcu pędzla Heinricha Hofmanna. Mój dziadek podpisał Biblię, a z czasem zanotował na jej stronach kilka uwag nieznanej proweniencji, z których pierwsza pojawia się na początku Księgi Rodzaju i brzmi po prostu: „4004 lata przed Chrystusem”. Dla Heltona to wtedy zaczął się czas.

Mimo że spędził w Old Buckram całe życie, mój dziadek pojawił się w lokalnej gazecie tylko raz. Wbrew sobie zgodził się ubiegać o urząd, do czego został zachęcony przez pastora, który uważał Heltona za człowieka spokojnego, rozsądnego i przyzwoitego. Po krótkiej kampanii politycznej zdobył zaledwie dwa głosy z dwudziestu pięciu oddanych, co zupełnie zbiło go z tropu. Gazeta skomentowała sytuację jednym zdaniem:

T. VANHOY Z VELLUM’S CASKE POKONAŁ H.L. ASTERA W WYŚCIGU O STANOWISKO KOMISARZA HRABSTWA ZNACZNĄ WIĘKSZOŚCIĄ GŁOSÓW.

Wiedząc, że jeden z tych dwóch głosów oddał na siebie sam, Helton powiedział później tylko, że w rezultacie przestał tak bardzo ufać i pastorowi, i żonie.

Następnego dnia, nim wyszedł z domu, zadał sobie wiele trudu, aby wyczyścić i przyszykować broń – fakt, który cała rodzina obserwowała z milczącą troską. Aby sprowokować Maddy do reakcji, wstał od stołu i z powagą wsadził sobie pistolet za pasek. Wreszcie, po dłuższej chwili, zapytała: „Helton, gdzie ty, do licha, idziesz z tą bronią?”. Na co on odpowiedział: „Mniemam, że człowiek, który ma tylu przyjaciół co ja, winien postępować roztropnie i się chronić”. Po czym zamknął za sobą drzwi i wyruszył w długą drogę do miasta. Już nigdy więcej nie ubiegał się o żadne stanowisko, a i nikt nie sugerował mu, że powinien to robić.

Jako mały chłopiec w niektóre dni po szkole, a czasami w weekendy jeździłem z dziadkiem jego zardzewiałą furgonetką Forda do lokalnej rzeźni położonej na północ od miasta. Na parterze znajdował się sklep, gdzie sprzedawano bekon, kiełbasę, warzywa i rozmaite produkty pierwszej potrzeby. Za sklepem była duża cementowa płyta z czterema z grubsza wyciosanymi kanałami biegnącymi do czarnego odpływu. Na szyldzie od frontu widniał czarno-biały wieprz.

W rzeźni wszyscy się znali. Któregoś piątkowego popołudnia weszliśmy z dziadkiem do środka, żeby kupić mleko, a ogromny mężczyzna w ogrodniczkach podszedł do nas i poklepał go po plecach.

– Helton, co powiesz ciekawego? – zagaił.

Na co mój dziadek odrzekł:

– Co powiem? Do licha, ja tam nic nie wiem.

Nasz rozmówca uśmiechnął się życzliwie i puścił do mnie oko. Mężczyźni, którzy nie mieli nic do roboty, godzinami przesiadywali na ławkach na zewnątrz, opowiadali sobie kawały, dłubali w zębach wykałaczkami i obserwowali, jak ludzie wchodzą i wychodzą. Ci w środku tkwili bezczynnie na krzesłach z prostymi oparciami i siedzeniami z plecionych włókien orzesznika i pochylali się nad szachownicami z rozdziawionymi ustami, od czasu do czasu unosząc głowy, by się rozejrzeć albo splunąć. Wsypywali paczuszki solonych orzeszków ziemnych do butelek z coca-colą i wypijali ten przysmak i rozmawiali o pogodzie i o tym, jak szybko wszystko się zmienia, chociaż oni nie zmieniają się wcale. Rzędy czerwonych i żółtych pomidorów nabrzmiałych naroślami leżały w sklepowej witrynie tuż obok wiklinowych koszy pełnych zielonej fasolki szparagowej i ziemniaków uwalanych brązowym ziemistym pyłem, które spoczywały w papierowych torbach pożyczonych z lokalnego spożywczaka. Staroświecki automat do napojów ze szklanymi butelkami wyciąganymi poziomo szumiał w kącie pomieszczenia. Nierówna drewniana podłoga skrzypiała, gdy ludzie przemierzali sklepowe alejki.

Nikomu nieznany czarnoskóry mężczyzna wszedł do środka, by zapłacić za galon benzyny. Wraz z nim do sklepu wkroczyła cisza i razem z nim odeszła. Gdy już znalazł się za drzwiami i ruszył dalej ulicą, jeden czy dwaj starsi mężczyźni o obwisłych policzkach pokręcili głowami z niedowierzaniem. W Old Buckram mieszkało kilka czarnych rodzin i z rzadkimi wyjątkami wszystkie osiadły w jednym miejscu, w dobrze utrzymanej dzielnicy położonej za placem giełdy samochodowej. Wśród mieszkańców krążył popularny i niestosowny żart, wedle którego w całym hrabstwie żyło dokładnie stu czarnych, ni mniej, ni więcej. Ludzie patrzyli na nich nieufnie i mówili z krzywym uśmiechem, że jeśli jakiś nowy przybędzie do miasta, inny zostanie grzecznie poproszony o jego opuszczenie. Wygłoszeniu tego żartu zazwyczaj towarzyszyły rechot, klepanie się po udach i kropelki śluzu odrywające się od starych gardeł pokrytych ciemnymi plamami papierosowej smoły.

W latach, które tam spędziłem, w granicach miasteczka rezydowało mniej niż tysiąc osób, białych i czarnych. Niemal wszyscy pozostali żyli na wzgórzach za miastem, przy gruntowych i żwirowych drogach, które wiły się w nieskończoność, aż w końcu zanikały w głębi gór. Mieszkali w pordzewiałych przyczepach kempingowych, z gładkimi oponami położonymi na dachach dla ochrony przed wiatrem, albo w małych drewnianych chałupach ogrzewanych żelaznymi piecykami na drewno, z dachami krytymi azbestowym gontem, który ledwie chronił domowników przed deszczem. Wiele rodzin osiadło w kotlinach żłobiących zbocze wzgórza przy drodze publicznej. W takich kotlinach był zazwyczaj strumyk, stary dom, kilka pochyłych rozpadających się szop, gdzie trzymano rzeczy bez wartości, oraz sterty śmieci.

Po załatwieniu zakupów w rzeźni ruszyliśmy z dziadkiem z powrotem do miasteczka, po czym znowu opuściliśmy jego granice i jechaliśmy dalej Larvatis Road, aż dotarliśmy do domu jego i Maddy. Maddy stała na podwórzu i rozwieszała pranie na sznurze w nasilającym się wietrze.

– Jesteście w samą porę na obiad – oznajmiła. – Już miałam jeść bez was.

– Nie zrobiłabyś nam tego – powiedział dziadek. Ciężkie drzwi furgonetki, zardzewiałe w zawiasach, zajęczały głośno, gdy otworzył je i zatrzasnął za sobą.

– A i owszem – zapewniła Maddy. Uściskała mnie, dusząc w fałdach fartucha. – Och, mam dla ciebie niespodziankę!

– Naprawdę?

– Pewnie, że tak. Chodźmy do środka. Robi się coraz zimniej, a ty nie masz kurtki.

– Wcześniej było ciepło – wyjaśniłem.

Wyjątkowo łagodny październik szybko zmierzał ku zimie. Wysoką żółknącą trawę, która porastała podwórze, pokrywał już kalejdoskop liści.

– Synu, w górach zawsze robi się zimno, gdy słońce zachodzi. Nieważne, czy jest wiosna, lato czy jesień. Wiem, że twój tatuś też o tym wie. – Maddy zawsze miała na podorędziu jakąś mądrość dotyczącą pogody i pór roku. Potrafiła przepowiedzieć opady deszczu i śniegu lepiej niż jakikolwiek meteorolog i zawsze pierwsza wiedziała, kiedy zima będzie szczególnie ciężka. Nie mam pojęcia, skąd czerpała tę wiedzę, ale zawsze miała rację.

Helton i Maddy mieszkali na krańcu drogi gruntowej, jakieś sześć kilometrów za miastem, w ostro wyciętej dolinie ukrytej przed słońcem. Strumyk spływał z górskiego zbocza za domem i biegł głębokim zarośniętym zielskiem jarem aż do autostrady, gdzie znajdował się jednopasmowy mostek z przyciętych pni. Wierzba płacząca piła ze strumienia, a w jej cieniu Maddy ustawiła drewnianą ławeczkę, na której nikt nigdy nie siadał. Na bocznym podwórzu rosła dzika jabłoń, a na ziemi pod nią walały się sterty gnijących pomarszczonych jabłek. W środku, w kuchni, stał żelazny piecyk opalany drewnem, a drugi taki zajmował miejsce w kącie salonu. Gdy oba działały jednocześnie, niemal nie dało się tam wysiedzieć. W chłodne zimowe dni Maddy wstawała rano i paliła w piecach i właśnie to wyganiało mojego dziadka z łóżka. Chodził po domu i otwierał okna, i dostawał za to burę. „Wypuszczasz całe ciepło na zewnątrz”, biadoliła Maddy, a on odpowiadał: „Ja tylko próbuję ocalić wszystko tutaj przed roztopieniem”.

Maddy zrobiła cydr z rajskich jabłuszek, które zebrała na podwórku. Gotowała go na piecyku w kuchni, gdzie bulgotał i parował cały dzień. Poczułem jego zapach, gdy tylko wysiadłem z furgonetki. Weszliśmy do środka i Maddy nalała mi kubek, żebym się rozgrzał.

W liceum Maddy była dobrą uczennicą i członkinią tych nielicznych kółek zainteresowań, które tam funkcjonowały, jednak poza tym jej kariera naukowa niczym się nie wyróżniała. Nie poszła do college’u, więc po ukończeniu szkoły rozpoczęła pracę jako asystentka pastoralna w jednym z kilku kościołów baptystycznych w Old Buckram i utrzymała to zajęcie przez niemal całe życie, podczas gdy przez plebanię przewinęło się więcej duchownych, niż można by zliczyć.

Gdy nie pracowała, lubiła siedzieć w spokoju i malować ceramikę. Zapełniła cały tylny ganek domu porcelanowymi kubkami do kawy, dyniami, talerzami i dzbankami, które dekorowała i z dumą sygnowała swoimi inicjałami. Posiadała mnóstwo najrozmaitszych bibelotów, dziwnych i bezwartościowych. Na parapecie przez lata leżała skamielina kwiatu odciśniętego w kawałku wapienia, którą kupiła za pięćdziesiąt centów na targu ulicznym w Ohio. Wapień z czasem zbrązowiał, a odciski płatków stały się niewidoczne, ale Maddy była ogromnie dumna z tego kuriozum. Często podnosiła je, oglądała i odkładała z powrotem na miejsce.

Lubiła gotować, jednak wedle większości źródeł nie robiła tego tak dobrze, jak można by się spodziewać. Mój dziadek mawiał, że gotowanie nie jest dla niej czynnością naturalną. Jej popisowymi daniami były cydr jabłkowy oraz ledwie jadalny chleb kukurydziany, twardy jak kamień, który trzeba było moczyć w mleku, żeby w ogóle dało się go pogryźć. Po tym jak zachorowała i nie mogła już dłużej pracować, ich zasoby finansowe znacznie się skurczyły i rzadko mogli sobie pozwolić na posiłek poza domem. Nigdy nie żyli w luksusach i żadnych nie oczekiwali. Te niewielkie kwoty, które zarabiali, wydawali tylko na najpotrzebniejsze rzeczy. Nauczyli się dawać sobie radę i zadowalać się tym, co mieli.

Usiadłem z kubkiem cydru w dłoniach, ogrzewając ręce, a Maddy stanęła w progu kuchni, paląc papierosa. Uchyliła drzwi i wydmuchiwała dym na zewnątrz, ale wiatr i tak zaganiał go z powrotem do środka. Rozkasłała się, aż w końcu dziadek zabrał jej papierosa i pomógł usiąść w fotelu.

– Przepraszam, skarbie – zwróciła się do mnie. – Jak tam cydr? Dobry?

– Dobry – powiedziałem, chociaż wcale taki nie był. Był straszliwie cierpki. Popijając go, ściągałem brwi tak mocno, że myślałem, iż zaraz się zetkną.

– Zauważyłeś, że inaczej smakuje?

Nie zauważyłem, ale nie przyznałem się do tego.

– Tym razem dodałam trochę cynamonu, żeby zrobić ci przyjemność. – A więc to była moja niespodzianka.

– Jest przepyszny – zapewniłem.

– No to wypij, zanim będziesz musiał wracać do domu.

– Wypiję. Ty mnie zabierzesz?

Czasami do domu odwoził mnie dziadek, ale Maddy nigdy.

– Co to, to nie – powiedziała. – Byłam tam raz i to mi wystarczy. Ten dom przypomina podłego starego sępa przycupniętego na zboczu góry. – Słyszałem już wcześniej to porównanie.

– Ale ja tam mieszkam – zaprotestowałem.

– Wiem o tym. I lepiej, że ty tam mieszkasz niż ja – oznajmiła Maddy.

Dziadek zasłonił mi uszy swoimi wielkimi dłońmi. Podniosłem wzrok, żeby na niego popatrzeć, i pomyślałem, że głową mógłby dotknąć powały. Maddy wstała i wrzuciła kolejne polano do piecyka, a ja siedziałem tam, czując pieczenie wywołane przez jej słowa i pijąc paskudny jabłkowy cydr, który teraz smakował nawet gorzej.

– Drewno nie paliłoby się tak szybko, gdybyś tak bardzo nie rozgrzewała piecyka – pouczył ją dziadek.

– Tu jest zimno jak w psiarni – zaoponowała Maddy.

– Chcesz założyć płaszcz? Przyniosę ci go.

– Więc mam siedzieć w płaszczu we własnym domu? Nie sądzę. – Maddy uśmiechnęła się do mnie. Włosy, mieszaninę szarości i czerni, miała podpięte po bokach całą masą wsuwek. Nałożyła na usta nową warstwę pomarańczowej szminki, by zastąpić tę, którą zostawiła na ostatnim papierosie.

– Jeśli dalej będziesz tak grzać – zauważył Helton, wskazując na piecyk – w lasach Ameryki nie zostanie ani jedno drzewo.

Maddy wyciągnęła swoją książeczkę czekową i zaczęła rachować. Siedziała przy małym kwadratowym stoliku, gdzie jadali wszystkie posiłki. Winylowy obrus przylepił jej się do łokci i oderwał z trzaskiem, gdy je uniosła. Mniej więcej dziewięćdziesiąt procent kuchennego blatu zajmowały słoiki i różnego rodzaju pojemniki. Zegar na ścianie wskazywał tę samą godzinę co podczas moich ostatnich czterech wizyt tutaj. Wpatrywałem się weń, żeby sprawdzić, czy wskazówka się poruszy, ale ani drgnęła.

– Helton, słyszałeś, że ta mała Ola Hamilton jest chora? – Viola Hamilton była, w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, uważana za młodą wdowę. Jej mąż zginął kilka lat wcześniej przygnieciony ciągnikiem do upraw rzędowych. Kobieta nie wyszła ponownie za mąż i rzadko widywano ją w mieście.

– Nie, nic nie słyszałem. Co się stało?

– Nie może wstać z łóżka na przykład. Mówią, że nabawiła się strasznego artretyzmu i płoną jej stawy. Chyba najwyższa pora, by do akcji wkroczyła Brygada Kojąca. – Tak nazywali grupę starszych parafianek, które opadały na dom chorego niczym stado pawi, przynosząc ze sobą gotowe potrawy, chleby i więcej ciast, niż jedna osoba mogłaby zjeść w ciągu całego życia. Odłam tej grupy, Brygadę Modlącą, sprowadzano później, jeśli okazywało się, że pacjent niedomaga również w kwestiach religijnych.

– Możesz jej coś ode mnie zawieźć?

– No pewnie – zgodził się Helton.

Moi dziadkowie byli dobrymi, życzliwymi ludźmi. Czepiali się siebie nawzajem, jak to zwykle bywa, ale bardzo się kochali. I mimo braku dyplomów wiszących na ścianach byli wystarczająco mądrzy. Nigdy nie przyłapalibyście żadnego z nich na czytaniu dla przyjemności, jednak byli mądrzy mądrością typową dla wszystkich mieszkańców gór, która brała się z konieczności przetrwania niekończących się zim pełnych lodu, opadów śniegu i zrywających dachy wiatrów. Zabrali się do robienia dzieci, gdy tylko się pobrali, i nie przestali, aż urodziła im się piątka i zyskali absolutną pewność, że szóste umarłoby z głodu. Dzięki wyrzeczeniom, a czasem i szczęśliwym zbiegom okoliczności zdołali wychować wszystkie i wprowadzić je w dorosłość. Najmłodszym z nich był mój ojciec.

4Works Progress Administration (od 1939 roku Work Projects Administration) największa amerykańska agencja zatrudniająca miliony bezrobotnych (głównie niewykwalifikowanych mężczyzn) przy budowie dróg i budynków publicznych.

 

2

Rozpoczynanie nauki szkolnej tylko po to, by jej nie ukończyć, stanowiło normę wśród dzieci z Old Buckram, i jak można się było spodziewać, nikt w rodzinie mojego ojca nie kształcił się dalej dobrowolnie po opuszczeniu murów liceum. Pamiętam, jak raz naiwnie zapytałem dziadka, czy był w college’u, a on odpowiedział cierpko: „Nie, synu, mijałem kilka po drodze, ale się nie zatrzymałem”. I w rzeczy samej ze smutkiem muszę donieść, że przed narodzinami mojego ojca ani jeden z jego przodków nie zgrzeszył czymkolwiek choćby zbliżonym do intelektualnej ciekawości. To oznaczało, że ani starszy brat, ani siostry mojego ojca nie aspirowali do podjęcia studiów, a nawet jeśli tak było, aspiracje te znajdowały się w stanie uśpienia i nie dążono do ich zrealizowania. Jeśli było coś, czego chcieli się nauczyć, nie dawali tego po sobie poznać.

Tymczasem mój ojciec był inny. Całkowicie i zaskakująco inny. To stało się jasne już na wczesnym etapie jego życia. W rodzinie, w której biegłość w czytaniu była uznawana za rzecz niezbędną, ale w żadnym wypadku nie za cnotę, on nauczył się czytać niemal bez pomocy. Zawsze miał przy sobie książkę, nawet jeszcze zanim wiedział, co się robi z książkami. Ludzie mawiali: „Ten chłopak zawsze ma ze sobą książkę” albo „Po kim on to odziedziczył?”. Wypowiadał się pełnymi zdaniami i posługiwał zaawansowaną gramatyką, mimo że dorastał pośród niedbałego górskiego dialektu. Nikt nie wiedział, skąd mu się wzięła ta osobliwa umiejętność, a goście odwiedzający rodzinę mierzyli mu obwód czaszki, sprawdzając, czy jest normalny, i dziwowali się, jakby był, nie przymierzając, śpiewającą żabą. Jego ciotka George (to długa historia) objaśniała tę tajemnicę, informując z przekonaniem każdego, kto chciał słuchać, że mój ojciec w poprzednim wcieleniu był Markiem Twainem – mimo że nie byli do siebie ani trochę podobni.

W ciągu lat spędzonych w szkole podstawowej nie był akceptowany przez chłopców w jego wieku i nieraz wracał biegiem do domu drogą gruntową, w chłodnym cieniu gorącego górskiego lata, by ze szlochem wtulić twarz w oczekujący podołek Maddy. Zabierała go do salonu i siedzieli przez jakiś czas na kanapie, ona z papierosem w lewej ręce, on z książką w dłoniach. Siedzieli tam niczym dwa kamienne golemy w bezbarwnym świetle sobotniego poranka, a szum strumyka i śpiew rannych ptaszków wpadały do środka przez otwarte okna.

– Wszystko jest z tobą w porządku – mawiała, patrząc w jego szeroko otwarte łatwowierne oczy. – Henry, jeśli wolisz czytać, po prostu to rób. Nie pozwól, by ktokolwiek cię od tego odwodził.

Prawdę mówiąc, jego wyjątkowe talenty w dziedzinie czytania i pisania stanowiły afront dla jej zdrowego rozsądku, co przysparzało jej wiecznych zgryzot. Gdyby miała być szczera, powiedziałaby mu, że marnuje swój czas, że powinien przebywać na dworze, z innymi chłopcami, i że dostanie zeza, jeszcze zanim osiągnie dorosłość. Za każdym razem gdy z oporami zapewniała, że w jego zainteresowaniach nie ma nic złego, kłóciło się to z jej logiką i sprawiało, że miała ochotę palnąć się w czoło. Powstrzymywała się tak długo, jak tylko mogła, jednak niezmiennie na koniec dodawała owo niedelikatne zastrzeżenie (lub jakieś podobne): „Ale jeśli dalej będziesz tak robił, w którymś momencie nie zostanie ci już nic do czytania. Bylebyś o tym pamiętał”.

Gdy mój nad wiek rozwinięty ojciec skończył osiem lat, zdążył już zyskać wystarczającą samoświadomość, by dojść do wniosku, że urodził się w kaście niższej niż ta, do której powinien należeć. Chociaż w jego zachowaniu nie było znać wyniosłości ani protekcjonalności, w głębi duszy zawsze wierzył, że pisane jest mu więcej, niż otrzymał od losu, i że wzniesie się ponad przyrodzony mu poziom. Z czasem stał się outsiderem i pozostał nim, podobnie jak wszyscy wielcy mężczyźni i kobiety w tamtych czasach pośród im współczesnych.

Pożerał każdą książkę, jaka wpadła mu w ręce. Rodzina nie miała pieniędzy na ich kupowanie, więc spędzał całe godziny w miejscowej bibliotece, aż któregoś razu tak bardzo się zasiedział, że przypadkiem zamknięto go tam na noc. O północy szukali go już wszyscy w miasteczku. Niektórzy dumali ponuro, że chociaż miał dopiero dwanaście lat, zapewne po prostu „wyrósł” z Old Buckram i uciekł do jakiegoś wielkiego, tętniącego życiem miasta – może do Charlotte albo nawet do Raleigh. Tymczasem mój ojciec, tryskając osobliwą energią i z obliczem przypominającym szopa pracza, powrócił do domu następnego ranka, niosąc ze sobą książkę w twardej oprawie, której nikt z domowników nie widział wcześniej na oczy, i opowiedział zdumionej rodzinie o swojej nocnej literackiej przygodzie. Dziwnym trafem, wyjaśnił, jego wzrok przykuła powieść Thomasa Wolfe’a leżąca na stercie bibliotecznych książek „do wyrzucenia” i nie spał całą noc, czytając ją przy świetle ulicznej lampy. Następnie zostawił wszystkich oniemiałych, położył się do łóżka i wstał dopiero na kolację. Niedługo później dostał swoją pierwszą parę okularów.

Rok później jego przywileje biblioteczne zostały na stałe cofnięte, gdy odkryto, że w ciągu kilku miesięcy zdołał uszczuplić szkolny księgozbiór o ponad sto pozycji. Zbrodnia wyszła na jaw, gdy któregoś dnia Maddy weszła do jego pokoju, by zmienić pościel, i niemal złamała kość lewej stopy o grzbiet książki Powrót doBrideshead. Zerwała posłanie i odkryła jego literackie łupy. Książki były ułożone alfabetycznie, w schludnych rzędach pod łóżkiem, które dzielił z bratem. Brat w żaden sposób nie skomentował zaistniałej sytuacji. Co więcej, mój ojciec dokonał tego wszystkiego, nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń kogokolwiek, łącznie z kąśliwą bibliotekarką, panią Tichborne, która najchętniej nie wypożyczałaby książek nikomu. Przesłuchanie odbyło się w malutkiej szkolnej salce, w której na ścianie wisiało złowieszczo dziurkowane drewniane wiosło do wymierzania kar cielesnych.

– Co zamierzałeś zrobić z tymi wszystkimi książkami? – zapytał Bent Smeth, dyrektor szkoły, który zagroził, że usunie z listy uczniów tego chronicznego bibliofila. Pan Smeth był wysoki i chudy jak młoda brzózka, ale miał okropne skrzywienie kręgosłupa i w rezultacie zdawał się niższy o połowę. Jako chłopiec doznał poparzenia wrzątkiem z kotła, w którym prał ubrania dla całej rodziny (drewniana nóżka kotła przegniła i złamała się), więc był łaciaty jak krowa, część twarzy miał ziemistą, a jedną stronę ust skierowaną w dół, co nadawało mu wygląd człowieka cierpiącego na chroniczną niestrawność. Pan Smeth prowadził przesłuchanie, natomiast pani Tichborne, która w zgodnej opinii wszystkich była ślepa jak lustrzeń meksykański od gapienia się latami na godną potępienia klasyfikację zbiorów bibliotecznych Melvila Deweya, stała nerwowo u jego boku. Znana była z tego, że zniechęcała uczniów do czytania, zwłaszcza książek budzących chorobliwą ciekawość, głównie beletrystycznych, i gdyby to od niej zależało, zaangażowałaby w pracę biblioteki Stanowe Biuro Śledcze i zażądała, by wydawało nakazy. Nie była już w stanie dłużej się kontrolować, chciała wiedzieć natychmiast, co zamierzał zrobić z jej książkami, chowając je pod swoim łóżkiem. Już sama treść tego pytania sugerowała nieprzyzwoitość całej sprawy.

– Zamierzałem je przeczytać – wyjaśnił mój ojciec, który został usadzony na samym środku pokoju, na krześle ze strzępiącym się ratanowym oparciem, podczas gdy jego inkwizytorzy krążyli wokół niczym para myszołowów. – Właściwie to już przeczytałem większość z nich. – I zaczął wykładać swoją szczegółową, choć jeszcze nie w pełni ukształtowaną teorię dotyczącą psychologicznej gotowości ludzkiego umysłu do przeczytania danej książki w danym momencie. Tłumaczył, jak ważne, nie, wręcz krytyczne było dysponowanie książką, którą człowiek chciał przeczytać, gdy tylko poczuł przypływ inspiracji. Sedno jego wywodów można było streścić następująco: gdy uznasz, że chcesz coś przeczytać, musisz mieć to w zasięgu ręki, żeby móc natychmiast zanurzyć się w lekturze. Jego argumenty nie brzmiały jednak przekonująco.

– On tylko zamierzał je przeczytać. – Helton stanął w obronie syna i w samą porę. – Przecież nie chciał ich sprzedać. Przyznacie chyba, że nie mamy tu rynku zbytu na książki. Nie możecie ukarać chłopaka za to, że chce czytać.

– Tak, to prawda – zgodził się pan Smeth. – Ale mógł je przeczytać, wypożyczając po jednej naraz.

– Cóż – powiedział mój dziadek. – Temu nie sposób zaprzeczyć.

– Ja ich nie ukradłem – podkreślił mój ojciec. – Chciałem zwrócić każdą, co do jednej. I zwróciłem je, jak dobrze wiecie, wszystkie zostały rozliczone. Przyznam, że raczej liberalnie potraktowałem biblioteczny regulamin wypożyczeń, jednak mój czyn nie stanowi kradzieży w świetle ustawodawstwa stanu Karolina Północna.

Pan Smeth w końcu znalazł w swoim sercu litość i okazał mu łaskę, jednak później powiedział do mojego dziadka:

– Ten chłopak jest okropnie dziwaczny, wie pan.

– Och, wiemy o tym aż za dobrze.

W wieku lat czternastu mój ojciec napisał kilka krótkich sztuk, ale nikomu ich nie pokazał. Wszyscy w klasie zaczęli zauważać, że pisze nieprzerwanie. Pisał w sali do nauki własnej. Po dzwonku zasiadał w swojej ławce i podejmował pisanie. Gdy miał szesnaście lat, dostał pracę w lokalnej gazecie, „Old Buckram Echo”. Zaczął od rozwożenia gazet rowerem, ale szybko awansował na autora artykułów i w ciągu kilku miesięcy stał się de facto redaktorem naczelnym. Dziewięć z każdych dziesięciu publikowanych tekstów wychodziło spod jego pióra, wprowadził krzyżówkę, przeformatował układ pierwszej strony i zmienił nazwę gazety na „Old Buckram Meteor”,co spotkało się z pewną dozą niezadowolenia wśród mieszkańców miasteczka. Był rok 1955. Tennessee Williams właśnie zdobył nagrodę Pulitzera za Kotkę na gorącym blaszanym dachu, a Nabokov wydał Lolitę w Paryżu. To był rok Claudette Colvin i Rosy Parks. Zmiany zachodziły na całym świecie, tylko nie w Old Buckram, które bezrefleksyjnie i z mozołem sunęło do przodu razem ze swoimi jednopasmowymi drogami i pustymi frontowymi gankami. Nikt tutaj nie zwracał zbytnio uwagi na to, co się dzieje w wielkim świecie – nikt prócz mojego ojca, w którym płonęło pragnienie, by się stąd wydostać.

Właściciel gazety wysłał go na konferencję dziennikarzy do Charlottesville w Wirginii i to był pierwszy raz, gdy mój ojciec opuścił granice stanu. Zachwycił się tamtejszym uniwersytetem i jego zbiorami książek, które przerosły jego najśmielsze wyobrażenia. Ludzie o podobnych zainteresowaniach, pierwsi, jakich spotkał w życiu, przyjęli go z otwartymi ramionami, bez znużonych, ukradkowych i pełnych powątpiewania spojrzeń, do których przywykł w Old Buckram. To cud, że w ogóle wrócił do domu.

Do tego czasu zdążył już wyprzystojnieć jak diabli, miał czarne włosy opadające na wysokie czoło i budowę biegacza długodystansowego. Został obdarzony silnym szczupłym ciałem i zdecydowanym krokiem, który sugerował pewność siebie i determinację. Miał szeroki, acz nieśmiały uśmiech, napinający się na dwóch wystających górnych kłach, które w odpowiednim oświetleniu nadawały mu niepokojąco wampirzy wygląd. Ukrywał je przez większość czasu. Gdy patrzy się na nieliczne fotografie z tamtego roku, widać, że otaczała go aura podróżnika w czasie. Zdystansowany od przyjaciół i rodziny sprawiał wrażenie, jakby należał do wspaniałej złotej ery, która miała jeszcze nadejść.

Maddy powtarzała mu, odkąd stał się wystarczająco duży, żeby słuchać, że zważywszy na jego oczywistą inteligencję, z pewnością mógłby dostać pracę w lokalnej kasie oszczędnościowo-pożyczkowej, gdyby tylko zechciał, niezależnie od tego, czy ukończy college, czy nie.

– To dobra praca – mawiała. – Masz łeb na karku i szkoda, by to poszło na marne. – Argument, po który często sięgała, brzmiał: – W październiku minie dwadzieścia lat, jak kuzyn twojego tatusia w drugiej linii, Bishop Stonecipher, pracuje tam, w banku. Lada chwila przejdzie na emeryturę. Nigdy nie myśleliśmy, że coś osiągnie, a jednak dobrze się ustawił. Z przyjemnością zadzwonię tam i porozmawiam z nim w twoim imieniu, jeśli chcesz. Założę się, że udałoby mi się załatwić ci tam posadę.

Możecie sobie wyobrazić, z jaką reakcją ojca spotykały się jej słowa.

Na miesiąc przed tym, nim ukończył liceum, mając pełną świadomość, że za wszelką cenę zamierza opuścić ponure górskie miasteczko dla college’u, Maddy posadziła go na kanapie w salonie i powiedziała:

– Synu, taki bystry z ciebie chłopak. I cieszymy się, że idziesz do college’u, jeśli właśnie tego chcesz. Bardzo bym chciała pomóc ci pokryć koszty. Ale my po prostu nie…

Henry wiedział, że nie mieli jak.

– Okej, więc posłuchaj mnie przez chwilę – poprosiła Maddy tam, na kanapie. – Prędzej czy później będziesz musiał znaleźć jakiś sposób na zarobienie pieniędzy i mówię ci, że będziesz strasznie zaskoczony… Cóż, jak mam to ująć? – Wyciągnęła rękę i strzepnęła popiół do papierowego kubeczka: dwa szybkie stłumione stuknięcia, znajomy dźwięk, tarcie opuszki palca o pożółkły papier taniego papierosa. Usłyszał w tym dźwięku irytację; wyczuł, że wynika z jej nieumiejętności wyrażenia własnych myśli. – Pozwól, że ci powiem, że nigdy tak naprawdę nie rozumiałam tej twojej fascynacji książkami. Bóg jeden wie, że próbowaliśmy. Ale książki to nie wszystko, skarbie. Pisanie to nie wszystko. Prawda jest taka, i nie spodoba ci się to, co usłyszysz, że nie da się zarobić na życie w ten sposób. Po prostu się nie da. Musisz mi uwierzyć na słowo. Rozmawiałam z twoim tatą zeszłego wieczoru, a on powiedział – i to co powiedział, to prawda – powiedział: „Nigdy nie słyszałem o ani jednym pisarzu w historii języka, poza Jezusem cholernym Chrystusem, który byłby cokolwiek wart”. Skarbie, coś w tym jest. A zobacz, jak skończył Jezus. – Przyjrzała mu się z ukosa przez zasłonę papierosowego dymu i tylko potrząsnęła głową. – Po prostu mógłbyś zrobić o wiele więcej z tymi wszystkimi szczodrymi darami, którymi w swej łaskawości obdarzył cię Pan.

To nie była pomocna rada, przede wszystkim dlatego, że nieprecyzyjna niemal pod każdym możliwym względem, dlatego zlekceważył ją i puścił mimo uszu. On już się zdecydował. Złożył podanie i został przyjęty na Uniwersytet Wirginii i na żaden inny. Nie miał samochodu i nie znał nikogo, kto by się tam wybierał, więc pojechał stopem do Charlottesville, gdzie zaczął studiować literaturę amerykańską i zakochał się w takich pisarzach jak Wolfe, Poe i Faulkner. To tutaj, pomimo udzielonej w dobrej wierze, lecz zupełnie chybionej porady Maddy, postanowił ostatecznie, że chce zarabiać na życie pisaniem, chociaż jeszcze nie wiedział, o czym będzie pisał.

Po ukończeniu studiów w trzy i pół roku porozsyłał swoje curriculum vitae oraz listy motywacyjne do kilku większych uniwersytetów w nadziei, że zdobędzie posadę nauczyciela. Zamierzał pracować jako profesor za dnia, a poranki i wieczory spędzać na pisaniu. Pociągał go romantyzm tej idei. Nie wiem, czy zamierzał napisać „wielką amerykańską powieść”, cokolwiek to, do cholery, jest, ale z pewnością czuł, że tkwi w nim coś wspaniałego. Postrzegał świat na swój sposób i chciał opowiedzieć wszystkim zainteresowanym o tym, co zaobserwował i uznał za prawdziwe. Chciał znaleźć kogoś, gdzieś, kto go zrozumie, kto pojmie, kim naprawdę jest.

Dostał kilka ofert z uczelni położonych na Środkowym Zachodzie, ale je odrzucił. Kolejna propozycja przyszła z Uniwersytetu Stanowego Appalachów i to skłoniło go do rozmyślań o Old Buckram, górach, Heltonie i Maddy, jednak nie chciał się przenosić tak blisko domu. Następna oferta napłynęła z Uniwersytetu Baltimore i była to ostatnia, jaka miała nadejść. Nie otrzymał lepszej, więc ją przyjął.

W trakcie pierwszego roku nauczania odkrył, że wcale nie ma tyle czasu na pisanie, na ile liczył, i to stało się dla niego źródłem nieustającej frustracji. Zdołał ukończyć zwięzłą nowelę, jednak czuł, że zbytnio przypominała osiągnięcia artystyczne jego poprzedników, więc wylądowała w szufladzie, a on zaczął od nowa. W przypływie inspiracji spłodził awangardowy kwintet opowiadań z fugą przeplatających się tematów i postaci i to dzieło udało mu się opublikować pod postacią krótkiej serii w znaczącym magazynie tamtych czasów, co przyniosło mu przelotną, acz elitarną sławę w postmodernistycznych kręgach literackich. Eksperymentował i łączył formy literackie, produkując jeszcze kilka krótkich utworów, z których część została wydrukowana przez pomniejsze czasopisma i które wzbudziły pewne zainteresowanie, ale przede wszystkim konsternację wśród krytyków. Jedna z recenzji odzwierciedliła to słowami: „Dzieło Astera, mimo całej swej błyskotliwości, jest hermetyczne”. Ojciec wyniósł z tego ważną lekcję i zaczął pracować nad powieścią.

Kolejny rok nauczania za dnia i pisania po nocach sprawił, że powoli zaczął przywlekać bladość i oblicze zjawy, jednak zdołał przelać na papier pięćdziesiąt tysięcy uporządkowanych słów. Tym razem spisywał historię swojego życia. Pisał o swojej matce i ojcu, o górach Karoliny Północnej i o bystrym młodym człowieku, który urodził się tam, w złym miejscu i w złym czasie.

Gdzieś tuż pod powierzchnią jego świadomości, celowo ukryte i spychane przez niego wraz ze wszystkimi gryzącymi i zapomnianymi wspomnieniami o domu, czaiło się trujące przekonanie, że gdy już napisze tę powieść i zostanie ona opublikowana i pochwalona przez krytyków, będzie mógł powrócić do Old Buckram i przedstawić ją Maddy jako rozstrzygający dowód, świadczący o jego wartości. W chwilach ciszy, gdy skupiał się na swoich demonach i rozważał podświadome pragnienie tych przyszłych porachunków, znowu je od siebie odsuwał i powtarzał sobie, że jej opinia nie ma znaczenia, że nie robi tego dla niej. Wiedział instynktownie, że i tak nigdy nie przeczytałaby ani słowa z tego, co napisał, i to powinno było mu wystarczyć, to powinno go ocalić. Tymczasem w rzeczywistości jej zwątpienie stanowiło odległy, a jednak nieubłagany ciężar, który wiecznie spoczywał mu na barkach. Osłabiał go. Drenował jego siły.

A mimo to wciąż pracował. Dzień za dniem, noc po nocy, pracował. Zapisał setki stron, ale nie był usatysfakcjonowany tym, co przelewał na papier. Decydujące było dla niego wypracowanie i doprowadzenie do perfekcji prawdziwie wyjątkowego, indywidualnego stylu. Poszukiwał, w gruncie rzeczy, nowego sposobu pisania, nowej narracji, jednak okazało się to niemożliwe do osiągnięcia na tym etapie. Przyszło mu do głowy, że być może powinien poświęcić mniej czasu na pisanie, a więcej na czytanie, nim odnajdzie ten nowy głos. Przeczytał więc ponownie wszystkich klasyków, badał ich pod lupą i zapisywał całe dzienniki refleksjami na ich temat. Przeczytał każdą książkę figurującą na liście bestsellerów „New York Timesa”, żeby sprawdzić, jak piszą inni, ale uznał, że ich twórczość jest zbyt jednorodna, a co za tym idzie, niewarta zachodu. Zaniepokojony narastającą apatią we własnych dążeniach literackich przeanalizował cały Indeks ksiąg zakazanych i lektura tych pozycji sprawiła mu znacznie więcej przyjemności, jednak niewiele mu pomogła. Coś mu mówiło, że musi się głębiej zastanowić. Książka, którą miał napisać, nie była wystarczająco sprecyzowana w jego myślach, musiała jeszcze trochę dojrzeć. Więc odłożył na bok to, co już zdążył stworzyć, i pozwolił, by fala życia poniosła go przed siebie. Dla kaprysu zapisał się na wieczorowe studia prawnicze na Uniwersytecie Baltimore, zakładając, że ukończy tylko kilka kursów, żeby nauczyć się czegoś nowego i stanowiącego wyzwanie. I tak w którąś sobotę udał się do biblioteki po słownik łacińsko-angielski.

Odkąd przyjechał do Baltimore, bywał w tej bibliotece niemal codziennie, i niejeden student zakładał, że jest jednym z pracowników, tak często widywano go, jak taszczy sterty książek po schodach w górę i na dół. Niejednokrotnie zdarzało się, że personel prosił go o pomoc w zlokalizowaniu jakichś materiałów albo o poczynienie rekomendacji. Wszedł do środka przez ciężkie drewniano-szklane drzwi, a zapach książek zalał go, wzbudzając w nim poczucie, że właśnie dotarł do domu. Miał wyryty w pamięci cały plan budynku i od razu wiedział, dokąd musi się udać. Ludzie wchodzili i wychodzili z książkami pod pachą. Minęła go grupka studentów; z szacunkiem skinęli głowami i powitali go tytułem „panie profesorze”, co sprawiło mu przyjemność. A potem młoda kobieta, której nie znał, wyszła z sekretariatu biblioteki. Patrzył, jak naciąga parę białych rękawiczek i wspina się po schodkach do działu cymeliów, skąd bierze antykwaryczny tom i wraca z nim do biurka. Nigdy nie widział kogoś tak pięknego. Zapomniał, dokąd zmierzał i po co tu przyszedł. Kobieta przeszła obok niego i pozdrowiła go, a on natychmiast poczuł się obezwładniony (włosy spięte w kucyk – nogi – intymna znajomość rzadkich zbiorów). Wszystkie neurony w jego pojemnym mózgu zamarły na moment, a po chwili popędziły w nowych, zupełnie nieznanych kierunkach.

Chociaż jej opowieść o tym spotkaniu (powściągliwa i skromna) bardzo różni się od jego opowieści (strzelistej hiperboli), istnieje kilka istotnych punktów łączących obie relacje. Na przykład oboje zgadzają się (mniej więcej) co do tego, jak była wtedy ubrana i jak wyglądała: miała blond włosy i zielone pumpy. Podczas gdy on opisał ten element garderoby jako „szmaragdowe spodnie typu capri”, ona określiła je bardziej rzeczowo jako „jasnozielone rybaczki, które pożyczyłam od współlokatorki”. Jej stroju dopełniała prosta biała bluzka, którą on scharakteryzował takimi epitetami jak „décolleté” i „wyprzedzająca swoje czasy”. Gotów był potwierdzić to na piśmie pod przysięgą. Ona upierała się, że był to konserwatywny pracowniczy strój, w co łatwiej było uwierzyć, niemniej jednak ich zeznania były wystarczająco zbieżne.

Oboje nie mieli natomiast wątpliwości, że mój ojciec zaniemówił na kilka dobrych minut. W końcu wyszedł na zewnątrz i wrócił dopiero wtedy, gdy odzyskał panowanie nad sobą. Zgadzali się też co do faktu, że zapomniał, po jaką książkę przyszedł, a kiedy wreszcie sobie przypomniał i odkrył, że jedyna kopia została wypożyczona, ona zaproponowała, że zadzwoni do niego, gdy tylko pozycja będzie dostępna. Jednak numer telefonu, który jej zostawił, zawierał błędy w kilku miejscach. Wyjaśnił, że przypominało to moment, w którym człowiek zaczyna pisać na maszynie, ale palce trafiają w złe klawisze.

Zapytała go, jak się nazywa. Odpowiedział:

– Jestem Henry Aster. Jestem pisarzem. Czy mogę zapytać, jak ty masz na imię? – Zarumieniła się i powiedziała, że nazywa się Eleonore.

 

3

Zapomniał o wszystkim i całymi dniami marzył tylko o niej. Pisał do niej wypełnione poezją listy miłosne, ale ona była odporna na jego metody, a w każdym razie niemal odporna. Czytał o mężczyznach, którzy recytowali Byrona i Keatsa, a (mniejszego kalibru) kobiety omdlewały im w ramionach niczym za dotknięciem ręki iluzjonisty, jednak Eleonore była zdecydowanie zbyt pragmatyczna, by takie podejście robiło na niej wrażenie. Na pierwszej randce zabrał ją na inscenizację Czekając na Godota, za co po przedstawieniu nie został wpuszczony do jej mieszkania. Poszedł po rozum do głowy i na drugą randkę zabrał ją na łyżwy.

Nie była zbyt zainteresowana akademickimi dążeniami w tradycyjnym sensie, ale nie zrozumcie mnie źle: daleko jej było do bycia idiotką. Ojciec ochoczo przyznawał, że przewyższała go pod względem wrodzonej inteligencji, którą wykorzystywała jednak do zupełnie innych celów. Uwielbiała przebywać na dworze, kochała kwiaty, ptaki, chłodne wiosenne poranki i ciepłe letnie noce. Dzięki własnym wysiłkom i naukom Matki Natury stała się botanikiem, ornitologiem i opanowała jazdę konną. Potrafiła wymienić nazwę każdej rośliny, kwiatu, drzewa i chwastu na Wschodnim Wybrzeżu. Znała na pamięć – i jeśli się ją poprosiło, potrafiła wyrecytować – wszystkie gatunki ptaków żyjących w tym regionie, wędrownych czy innych.

Jej wspomnienia z dzieciństwa zrodziły się w Canonsburgu w Pensylwanii, na południe od Pittsburgha, jedną przecznicę od cmentarza Chartiers, gdzie bawiła się jako dziecko i odkryła, że nie trzeba bać się duchów. Pierwszego konia, nieustraszonego araba Kashmira, dostała, gdy miała dwanaście lat, i zapomniała o bożym świecie. Trenowała Kashmira sama, posiłkując się lekturą odpowiednich książek, a on zachowywał się z godnością rzymskich koni bojowych. Dziewczynka w tym wieku, która uczy się trenować i dbać o zwierzę tak pełne wdzięku i majestatu zupełnie sama, bez żadnej pomocy (kierując się wyłącznie własnym instynktem i inicjatywą), musiała dysponować inteligencją inną niż ta, którą wiąże się ze standardową szkolną edukacją.

Miała trzech światowych starszych braci mogących się pochwalić akademickimi osiągnięciami. Wszyscy uczęszczali na uniwersytety Ligi Bluszczowej – dwaj studiowali na Harwardzie, jeden robił magisterkę w Yale – i z powodu absurdalnego, milczącego szowinizmu nikomu w rodzinie nie przyszło do głowy, że ona mogłaby pójść w ich ślady. Podczas gdy jej rodzeństwo wspinało się na wyżyny edukacji, przyszła chwila, gdy i ona ukończyła liceum i miała określić wysokość, jaką osiągnie trajektoria jej życia. Rodzice nie dyskutowali z nią na temat studiów, a gdy tylko poruszała tę kwestię, ojciec udawał, że nie słyszy, a matka wychodziła szybko do kuchni. Któregoś wieczoru Eleonore usiadła z nimi przy stole i powiedziała, że chciałaby pójść do college’u, i wybrała kilka dobrych, które jej zdaniem znajdowałyby się w zasięgu możliwości finansowych rodziny. Ojciec odpowiedział śmiechem i niepohamowanym gradem kąśliwych i sarkastycznych uwag. Co ona by zrobiła z tytułem naukowym, zapytał. Czy mieli tam zajęcia z jazdy konnej? A dzwoniła do lokalnego college’u przygotowawczego do studiów wyższych? Oni mieli konie, tak mu się wydawało. A zresztą nie ma pieniędzy na takie bzdury. Każdy dolar przez wiele najbliższych lat będzie przeznaczany na edukację chłopców, którzy pomimo stypendiów potrzebowali wsparcia. Czy ona myśli, że pieniądze rosną na drzewach? Zdecydowanie nie rosną!

Spokojnie zapytała:

– Więc nie zamierzacie mi pomóc?

Odpowiedzi dostarczyły jej odwrócone ku górze wnętrza dłoni ojca: „Widzisz? Nic nie mamy”.

Rok wcześniej ich sąsiedzi mieszkający po drugiej stronie wzgórza zginęli z rąk własnego syna. Był w wieku Eleonore – ten chłopak, który to zrobił – i był przykładnym dzieckiem, dopóki pewnego sierpniowego poranka po śniadaniu nie poszedł do szopy po siekierę. Po zabiciu ich siedział przez chwilę w nowo odnalezionej ciszy i spokoju, a potem zadzwonił na policję, żeby zgłosić popełnienie przestępstwa. Gdy go zapytano, dlaczego to zrobił, odpowiedział: „Nie potrafiłem już znieść ich sarkazmu”.

Eleonore wstała, żeby odejść.

– Dokąd się wybierasz? – zapytał jej ojciec. – Po siekierę?

– Nie. Żeby pożegnać się z końmi.

Tamtej jesieni zabrała własne oszczędności i złamane serce i zapisała się na Uniwersytet Kalifornijski w stanie Pensylwania. W ciągu dwóch lat zapracowała na certyfikat nauczycielki i była gotowa na wszystko, co przyniesie jej los. Wiedząc, że nadszedł czas, by wyruszyć w świat, przeniosła się na południe, do Baltimore, gdzie miała zacząć nowe życie. Wybrała ten kierunek bez konkretnego powodu. Chciała po prostu wyjechać gdzieś daleko od domu i udowodnić sobie, że jest wystarczająco dzielna, aby to zrobić. Pracowała w bibliotece od trzech tygodni, gdy Henry przekroczył jej próg i wszystko się zmieniło.

Przypuszczam, że mam szczęście, iż moi rodzice poznali się i poczuli do siebie wystarczający pociąg, by spłodzić dzieci, jednak teraz zdaję sobie sprawę, że lepiej by dla nich było, gdyby nigdy do tego nie doszło.

Mój ojciec opuścił Old Buckram, snując wielkie plany. Wierzył, że dysponuje odpowiednim intelektem, instynktem, wrażliwym uchem, by z czasem stać się ukochanym pisarzem Ameryki. Czytając i prawdziwie pojmując wszystko, co powstało przed nim, i doskonaląc pisarskie rzemiosło, jak tylko on potrafił, pewnego dnia miał dorównać takim autorom jak Wolfe, Faulkner, Fitzgerald. Miał spłodzić niezrównane dzieło fikcji, które przedefiniowałoby samą naturę języka. A jednak w ostatecznym rozrachunku okazało się, że był tylko człowiekiem, a marzenia go przerosły, tak jak to się przydarza wielu z nas.

I ten oto mężczyzna napotkał kobietę o promiennej duszy, która miała stać się moją matką. Lata mijały, a życie doświadczało ich, zbierając ogromne żniwo. Jego nienasycone pragnienie wszystkiego miało się rozwiać jak dym, jej niezłomny duch ożywał tylko w izolacji, tylko wtedy, gdy galopowała przez pola niczym samotny rycerz w trakcie bitwy, i tylko ona sama była świadkiem swej odwagi. W rzeczy samej byli skazani na niepowodzenie. Jednak w tamtym czasie nikt nie przewidział tej ostatecznej destrukcji.

 

W 1967 roku, kiedy mój ojciec ukończył studia prawnicze, pobrali się w ratuszu i wprowadzili do mieszkania na pierwszym piętrze przy West Fairmont Avenue w Baltimore, położonego w jednakiej odległości od domu Edgara Allana Poego na wschodzie i domu H.L. Menckena na zachodzie. Moja matka nauczyła się go kochać i nie mogłaby być szczęśliwsza. Poznaję to po zdjęciach. W jej uśmiechu widać cierpliwe i słodkie zadowolenie.

A on znowu zaczął pisać na poważnie. Pisał o Maddy. Pisał o Old Buckram. Pisał o białej mgle wznoszącej się i kłębiącej w dolinach i o niegdyś zielonych górach na pierwszym planie, blednących w oddali i nabierających odcienia wspaniałego błękitu. Pisał o dymie drzewnym płynącym znad odległych ognisk we wczesne jesienne noce, podczas gdy oczom obserwatora ukazuje się Droga Mleczna. Pamiętał każdy szczegół. Powiedział jej, że tam czas płynął wolniej, ale nie dla niego. On odbierał to inaczej. Dla niego Old Buckram nosiło w sobie smutek. Nie sądził, aby kiedykolwiek potrafił się z niego otrząsnąć, i nie wiedział, dlaczego. Nazywał to „bezruchem niepokoju”. Nocami, udręczony, odczytywał jej to, co napisał, podczas gdy ona leżała w nogach łóżka z oczami pełnymi zdumienia.

Przenosił maszynę do pisania z tuzin razy, szukając idealnego miejsca do pracy. Mieszkanko, które zajmowali, miało w sypialni balkon francuski z widokiem na ulicę i wczesnymi wieczorami, przy resztkach dziennego światła, podsuwał biurko do otwartych drzwi i pracował, od czasu do czasu podnosząc wzrok, by spojrzeć na ludzi przemierzających samotny przesmyk. Łatwo tracił skupienie i rozwścieczało go wszystko, co odciągało jego uwagę od pisania. „Szostakowicz komponował swoje utwory w korytarzu”, powiedział kiedyś, „nie po to, by ochronić rodzinę przed strachem związanym z wizytą KGB, kiedy w końcu po niego przyszło, ale dlatego, że próbował się skupić”.

Z czułością obdarzał swoją nową żonę wszelkiego rodzaju osobliwymi i słodkimi przezwiskami – „Sonet” i „Króliczek” to były dwa, które słyszałem na własne uszy (ten drugi epitet bez wątpienia został zaczerpnięty z Komu bije dzwon) – i po początkowych perturbacjach w końcu pozwoliła mu pisać i troszczyła się o niego, podczas gdy to robił. Wołał do niej z balkonu, a ona przynosiła mu kolejną szklankę piwa albo wódki z tonikiem, albo jakiegokolwiek innego trunku, który akurat mieli w domu. Gdy zaczynało się ściemniać albo zimno zaczynało wpadać przez balkonowe drzwi, zwracała mu na to uwagę. Przygotowywała dla nich proste kolacje, a w te wieczory, gdy nie sposób było mu przerwać, stawiała mu talerz na biurku, a on w końcu znajdował go i zjadał jego zawartość.

Któregoś wieczoru dwa samochody zderzyły się na ulicy tuż pod jego balkonem, a gdy poproszono go, żeby opisał zdarzenie policjantowi, który przyjechał na miejsce wypadku, wyznał, że niczego nie widział. Innego wieczoru został zauważony przez przechodnia, który przystanął i zapytał, czy mój ojciec mógłby mu kopsnąć szluga i coś do picia, jako że widział, iż mężczyzna siedzący przy maszynie do pisania raczy się właśnie i jednym, i drugim. Ojciec zrobił sobie przerwę, przyczepił napoczętą paczkę papierosów do na wpół opróżnionej butelki wódki za pomocą gumki recepturki i rzucił to wszystko przez balustradę człowiekowi, który powiedział, że nigdy tego nie zapomni. Możliwe, że nigdy nie zapomniał.

W jeden piątek, wiosną 1968 roku, wcześnie zasiadł do pisania, a pić zaczął jeszcze wcześniej. Późnym popołudniem dżin doprowadził go do stanu katalepsji, a słowa nie chciały płynąć. Wypędził Eleonore z mieszkania swoją frustracją i właśnie wyszła przed dom, gdy usłyszała, jak jego maszyna do pisania rozbija się na samym środku jezdni niczym samolot pasażerski. I tak to się toczyło. Później przez jakiś czas pisał tylko ręcznie.

Wkrótce otrzymał od Heltona lakoniczny list spisany na skrawku nieliniowanego papieru. Helton nigdy nie miał reputacji mistrza epistolografii, więc już sam fakt otrzymania koperty zaadresowanej jego rzadko widywanym pismem sygnalizował złe wieści z Old Buckram. „Twoja matka nie czuje się dobrze”, pisał Helton, „ale jestem pewien, że to minie. Po prostu chciałem, żebyś wiedział”, a po drugiej stronie kartki dodał, jakby po namyśle: „Nie ma powodu, żebyś przyjeżdżał do domu, chyba że i tak się tu wybierasz. Damy sobie radę”. Helton nie chciał się narzucać, ale jego sugestia była wystarczająco oczywista.

Myśl o pogarszającym się zdrowiu Maddy zaczęła mu ciążyć jak kotwica. Nienawidził tego, że jest tak daleko od domu, że zostawił wszystko na barkach Heltona, który ledwie potrafił zatroszczyć się o samego siebie. Kilka tygodni później przyszedł kolejny list. Tym razem Helton napisał: „Zaczynam się martwić”.

Tego wieczoru, gdy ojciec odebrał drugi list, młoda para siedziała razem w łóżku, ze splecionymi nogami. Ściany zdobił sznur bożonarodzeniowych lampek, a drzwi balkonowe były otwarte i wpuszczały ciepło napływające z zewnątrz. Ojciec pił wino i czytał Updike’a przy jedynej lampie w pokoju, i próbował sobie wmówić, że nie może nic zrobić w sprawie Maddy. Nagle zwrócił się do Eleonore:

– Nie chcę tam wracać.

Widziała oba listy.

– Wiem, że nie chcesz – westchnęła – ale może powinniśmy.

Wstał i poszedł po butelkę z winem do ich małej kuchni, a potem wrócił do łóżka.

– Nie czuję, żeby to był mój dom. Nigdy tak nie czułem.

– To nie musi być nasz dom – powiedziała, ujmując jego dłoń. – Jeśli nam się tam nie spodoba, możemy wyjechać, gdy tylko…

– Gdy tylko co? Gdy już dłużej nie będziemy tam potrzebni? – Gdy tylko umrze Maddy. Właśnie to miała na myśli, chociaż nie chciała tego powiedzieć, ale on o tym wiedział.

– Jeśli pojadę… – zawahał się – pojedziesz ze mną?

– Oczywiście. Przecież wiesz.

Sam akt wypowiedzenia tych słów, potraktowanie przeprowadzki jako możliwości, sprawił, że nagle wydała się ona czymś realnym. Moja matka wyobrażała sobie przenosiny w góry Karoliny Północnej w szczycie lata jako radosną perspektywę, niosącą ze sobą obietnicę przygody. Słyszała, jak je opisywał, i tęskniła za prostotą i pięknem, jakie oferowały. W przelotnej wizji zielonych wzgórz i wyżynnych pól Old Buckram dostrzegła bujność i wiekuistość. Mamiący optymizm często bywa pierwszym krokiem do zguby.

– Jeśli postanowimy pojechać… – zaczęła podekscytowana, odczuwając teraz chwilowe oczarowanie – czy myślisz, że moglibyśmy…

– Kupić konia? W Old Buckram jest mnóstwo koni.

– A są jakieś araby? Nie, skąd miałbyś to wiedzieć. Ale byłabym zdziwiona, gdyby je mieli. Potrzebowalibyśmy domu z ogrodzonym pastwiskiem albo pastwiska gdzieś w pobliżu. I stajni. Ja zatroszczyłabym się o resztę.

– Jeśli kupimy sobie konia – zastrzegł – to ja chcę go nazwać.

– Henry – szepnęła Eleonore, kładąc sobie dłonie na brzuchu – myślałam o czymś jeszcze. Nie chcę wychowywać dziecka w mieście.

 

Przed wyjazdem do Old Buckram mój ojciec po raz ostatni odwiedził dom Poego, aby pożegnać się z tak wieloma rzeczami. Eleonore znalazła go tam siedzącego na schodkach przed wejściem i recytującego poezję, której nigdy wcześniej nie słyszała, głośno i po pijanemu:

 

Idą ze mną wiązów szepty,

Suchych liści wściekły gwar,

W niebo płyną wierzb lamenty,

Jak melodii smutnej czar…5.

 

Opróżnił butelkę wódki w trzech czwartych. To nie był obiecujący początek, za to odpowiedni koniec. Następnego ranka, po przestudiowaniu map trzech stanów, podczas gdy on odsypiał, wpakowała go do samochodu i ruszyli w stronę mglistych gór Karoliny Północnej. Wracał do domu.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

5Fragment wiersza Edgara Allana Poego The Village Street w przekładzie Adriana Markowskiego.

Table of Contents
Prolog
CZĘŚĆ I
1
2
3