Ziemia obiecana (wersja ekskluzywna) - Władysław Stanisław Reymont - ebook

Ziemia obiecana (wersja ekskluzywna) ebook

Władysław Stanisław Reymont

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Schyłek XIX wieku, Łódź. Trzej przyjaciele, Karol Borowiecki, Maks Baum i Moryc Welt, postanawiają założyć własną fabrykę włókienniczą, chcąc jak najszybciej dorobić się zawrotnej fortuny. Mimo wielu przeciwności losu odnoszą sukces, lecz tuż po otwarciu w fabryce wybucha pożar. Prawdopodobnie nie jest to przypadek… Borowiecki wkrótce obmyśla nowy plan i szybko pnie się w górę – porzuca młodzieńczą miłość, dawne ideały i staje się bezdusznym kapitalistą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pro­jekt okładki: Nata­lia Twardy Ilu­stra­cja na okładce: Frank­Bo­ston/Adobe Stock Redak­cja: Jolanta Kuchar­ska Korekta: Wik­to­ria Duda Redak­cja tech­niczna: Adam Kolenda

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Bukowy Las ul. Sokol­ni­cza 5/76, 53-676 Wro­cław e-mail: redak­cja@buko­wy­las.pl; buko­wy­las.pl

ISBN 978-83-68758-62-7

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl; dres­sler.com.pl

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Tom I

I

Łódź się budziła.

Pierw­szy wrza­skliwy świst fabryczny roz­darł ciszę wcze­snego poranku, a za nim we wszyst­kich stro­nach mia­sta zaczęły się zry­wać coraz zgieł­kli­wiej inne i darły się chra­pli­wymi, nie­sfor­nymi gło­sami, niby chór potwor­nych kogu­tów pie­ją­cych meta­lo­wymi gar­dzie­lami hasło do pracy.

Olbrzy­mie fabryki, któ­rych dłu­gie, czarne ciel­ska i wysmu­kłe szyje kominy maja­czyły w nocy, w mgle i w desz­czu, budziły się z wolna, buchały pło­mie­niami ognisk, oddy­chały kłę­bami dymów, zaczy­nały żyć i poru­szać się w ciem­no­ściach, jakie jesz­cze zale­gały zie­mię.

Deszcz drobny, mar­cowy deszcz pomie­szany ze śnie­giem padał wciąż i roz­włó­czył nad Łodzią ciężki, lepki tuman; bęb­nił w bla­szane dachy i spły­wał z nich pro­sto na tro­tu­ary, na ulice czarne i pełne grzą­skiego błota, na nagie drzewa przy­tu­lone do dłu­gich murów, drżące z zimna, tar­gane wia­trem, co zry­wał się gdzieś z pól prze­mię­kłych i prze­wa­lał się ciężko błot­ni­stymi uli­cami mia­sta, wstrzą­sał par­ka­nami, pró­bo­wał dachów i opa­dał w błoto, i szu­miał mię­dzy gałę­ziami drzew, i bił nimi w szyby niskiego par­te­ro­wego domu, w któ­rym nagle zabły­sło świa­tło.

Boro­wiecki się obu­dził, zapa­lił świecę i rów­no­cze­śnie budzik zaczął dzwo­nić gwał­tow­nie, wska­zu­jąc piątą.

– Mate­usz, her­bata! – krzyk­nął do wcho­dzą­cego lokaja.

– Wszystko gotowe.

– Pano­wie śpią jesz­cze?

– Zaraz będę budził, jeśli pan dyrek­tor każe, bo pan Moryc mówił wie­czo­rem, że chce dzi­siaj spać dłu­żej.

– Idź obudź.

– Klu­cze już brali?

– Sam Szwarc wstę­po­wał.

– Tele­fo­no­wał kto w nocy?

– Kunke był na dyżu­rze, ale odcho­dząc, nic mi nie mówił.

– Co sły­chać na mie­ście? – pytał prędko, prę­dzej jesz­cze się ubie­ra­jąc.

– A nic, ino zaś na Gaje­row­skim Rynku zaźgali robot­nika.

– Dosyć, ruszaj.

– Ale spa­liła się też fabryka Gold­berga, na Cegiel­nia­nej. Nasza straż jeź­dziła, ale wszystko dobrze poszło, ostały tylko mury. Z suszarni poszedł ogień.

– Cóż wię­cej?

– A nic, wszystko poszło fein, na glanc. – Zaśmiał się recho­cząco.

– Nale­waj her­batę, ja sam obu­dzę pana Moryca.

Ubrał się i poszedł do sąsied­nich poko­jów, prze­cho­dząc przez sto­łowy, w któ­rym wisząca u sufitu lampa roz­rzu­cała ostre, białe świa­tło na stół okrą­gły, nakryty obru­sem i zasta­wiony fili­żan­kami i na samo­war błysz­czący.

– Maks, piąta godzina, wsta­waj! – zawo­łał, otwie­ra­jąc drzwi do ciem­nego pokoju, z któ­rego buch­nęło duszne, prze­sy­cone zapa­chem fioł­ków powie­trze.

Maks się nie ode­zwał, tylko łóżko zaczęło trzesz­czeć i skrzy­pieć.

– Moryc! – zawo­łał do dru­giego pokoju.

– Nie śpię. Nie spa­łem całą noc.

– Dla­czego?

– Myśla­łem o tym naszym inte­re­sie, tro­chę sobie obli­cza­łem i tak zeszło.

– Wiesz, Gold­berg się spa­lił dzi­siaj w nocy i to zupeł­nie na glanc, jak Mate­usz mówi…

– Dla mnie to nie nowina – odpo­wie­dział, zie­wa­jąc.

– Skąd wie­dzia­łeś?

– Ja mie­siąc temu wie­dzia­łem, że on się potrze­buje spa­lić. Dzi­wi­łem się nawet, że tak długo zwleka, prze­cież pro­cen­tów mu nie dadzą od ase­ku­ra­cji.

– Miał dużo towaru?

– Miał dużo zaase­ku­ro­wane…

– Bilans sobie wyrów­nał.

Roze­śmiali się obaj szcze­rze.

Boro­wiecki wró­cił do sto­ło­wego i pił her­batę, a Moryc, jak zwy­kle, szu­kał po całym pokoju róż­nych czę­ści gar­de­roby i wymy­ślał Mate­uszowi.

– Ja tobie zbiję ładny kawa­łek pyska, ja ci z niego czer­wony bar­chan zro­bię, jak mi nie będziesz skła­dał wszyst­kiego porząd­nie.

– Mor­gen! – krzyk­nął prze­bu­dzony wresz­cie Maks.

– Nie wsta­jesz? Już po pią­tej.

Odpo­wiedź zagłu­szyły świ­stawki, które się roz­le­gły jakby tuż nad domem i ryczały przez kil­ka­na­ście sekund z taką siłą, aż szyby brzę­czały w oknach.

Moryc, w bie­liź­nie tylko, z pal­tem na ramio­nach, usiadł przed pie­cem, w któ­rym wesoło trza­skały szczapy smolne.

– Nie wycho­dzisz?

– Nie. Mia­łem jechać do Toma­szowa, bo Weis pisał do mnie, aby mu spro­wa­dzić nowe grę­ple, ale teraz nie pojadę. Zimno mi i nie chce mi się.

– Maks, także zosta­jesz w domu?

– Gdzie się będę spie­szył? Do tej par­szy­wej budy? A zresztą wczo­raj się z fatrem pożar­łem.

– Maks, ty źle skoń­czysz przez to żar­cie się cią­głe ze wszyst­kimi! – mruk­nął nie­chęt­nie i surowo Moryc, roz­grze­bu­jąc pogrze­ba­czem ogień.

– Co cię to obcho­dzi! – krzyk­nął głos z dru­giego pokoju.

Łóżko zatrzesz­czało gwał­tow­nie i w drzwiach uka­zała się wielka figura Maksa w bie­liź­nie tylko i w pan­to­flach.

– A wła­śnie, że mnie to bar­dzo obcho­dzi.

– Daj mi spo­kój, nie iry­tuj mnie. Karol mnie obu­dził dia­bli wie­dzą po co, a ten znowu pysko­wać zaczyna.

Gadał gło­śno, niskim, sil­nie brzmią­cym gło­sem.

Cof­nął się do swo­jego pokoju i po chwili wyniósł całą gar­de­robę, rzu­cił ją na dywan i z wolna się ubie­rał.

– Ty nam psu­jesz inte­res tym swoim żar­ciem – zaczął znowu Moryc, wci­ska­jąc złote bino­kle na swój suchy semicki nos, bo mu się cią­gle zsu­wały.

– Gdzie? Co? Jak?

– Wszę­dzie. Wczo­raj u Blu­men­ta­lów powie­dzia­łeś gło­śno, że więk­szość naszych fabry­kan­tów to pro­ści zło­dzieje i oszu­ści.

– Powie­dzia­łem, a jakże i zawsze to będę mówił.

Jakiś nie­chętny, pogar­dliwy uśmiech prze­le­ciał mu po twa­rzy, gdy patrzył na Moryca.

– Ty, Maks Baum, mówić tego nie będziesz, mówić ci tego nie wolno, to ja ci powia­dam.

– Dla­czego? – zapy­tał cicho i oparł się o stół.

– Ja ci powiem, jeśli tego nie rozu­miesz. Przede wszyst­kim, co ci do tego? Co cię to obcho­dzi, czy oni są zło­dzieje, czy porządni ludzie? My wszy­scy razem jeste­śmy tu po to w Łodzi, żeby zro­bić geszeft, żeby zaro­bić dobrze. Nikt z nas tutaj wie­ko­wać nie będzie. A każdy robi pie­nią­dze, jak może i jak umie. Ty jesteś czer­wony, ty jesteś rady­kał pąs numer cztery.

– Ja jestem uczciwy czło­wiek – burk­nął tam­ten, nale­wa­jąc sobie her­batę.

Boro­wiecki, oparty o stół łok­ciami, uto­pił twarz w dło­niach i słu­chał.

Moryc na odpo­wiedź usły­szaną odwró­cił się gwał­tow­nie, aż bino­kle mu spa­dły i ude­rzyły w poręcz krze­sła, popa­trzył na Maksa z uśmie­chem gry­zą­cej iro­nii na wąskich ustach, pogła­dził cien­kimi pal­cami, na któ­rych skrzyły się bry­lan­towe pier­ścionki, rzadką, czarną jak smoła brodę i szep­nął drwiąco:

– Nie gadaj, Maks, głupstw. Tu cho­dzi o pie­nią­dze. Tu cho­dzi, żebyś nie wyjeż­dżał z tymi oskar­że­niami publicz­nie, bo to naszemu kre­dy­towi może zaszko­dzić. My mamy zało­żyć fabrykę we trzech, my nic nie mamy, to my potrze­bu­jemy mieć kre­dyt i zaufa­nie u tych, co go nam dadzą. My teraz potrze­bu­jemy być porządni ludzie, gładcy, mili, dobrzy. Jak ci Bor­man powie: „Podła Łódź”, to mu powiedz, że jest cztery razy podłą – jemu trzeba przy­ta­ki­wać, bo to gruba fisz. A coś ty o nim powie­dział do Knolla? Że jest głupi cham. Czło­wieku, on nie jest głupi, bo on ze swo­jej mózgow­nicy wycią­gnął miliony, on te miliony ma, a my je także chcemy mieć. Będziemy mówić o nich wtedy, jak będziemy mieli pie­nią­dze, a teraz trzeba sie­dzieć cicho, oni są nam potrzebni; no, niech Karol powie, czy ja nie mam racji, mnie idzie prze­cież o przy­szłość nas trzech.

– Moryc ma zupełną pra­wie słusz­ność – powie­dział twardo Boro­wiecki, pod­no­sząc zimne, szare oczy na wzbu­rzo­nego Maksa.

– Ja wiem, że wy macie rację, łódzką rację, ale nie zapo­mi­naj­cie, że jestem uczciwy czło­wiek.

– Fra­zes, stary, wytarty fra­zes!

– Moryc, ty jesteś podły żydziak! – wykrzyk­nął gwał­tow­nie Baum.

– A ty jesteś głupi, sen­ty­men­talny Nie­miec.

– Kłó­ci­cie się o wyrazy – ozwał się chłodno Boro­wiecki i zaczął wdzie­wać palto. – Żałuję, że nie mogę zostać z wami, ale pusz­czam w ruch nową dru­kar­nię.

– Nasza wczo­raj­sza roz­mowa na czym sta­nęła? – zapy­tał spo­koj­nie już Baum.

– Zakła­damy fabrykę.

– Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. – Zaśmiał się gło­śno.

– To razem wła­śnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby zało­żyć wielką fabrykę. Cóż stra­cimy? Zaro­bić zawsze można – dorzu­cił po chwili. – Zresztą, albo robimy inte­res, albo inte­resu nie robimy. Powiedz­cie raz jesz­cze.

– Robimy, robimy! – powtó­rzyli obaj.

– Co to, Gold­berg się spa­lił? – zapy­tał Baum.

– Tak, zro­bił sobie bilans. Mądry chłop, zrobi miliony.

– Albo skoń­czy w kry­mi­nale.

– Głu­pie słowo! – żach­nął się nie­cier­pli­wie Moryc. – Ty sobie takie rze­czy gadaj w Ber­li­nie, w Paryżu, w War­sza­wie, ale w Łodzi nie gadaj. To nie­przy­jemne słowa, nam oszczędź ich.

Maks się nie ode­zwał.

Świ­stawki znowu zaczęły pod­no­sić swoje prze­ni­kliwe, dener­wu­jące głosy i śpie­wały coraz potęż­niej hej­nał poranny.

– No, muszę już iść. Do widze­nia, wspól­nicy, nie kłóć­cie się, idź­cie spać i śnij­cie o tych milio­nach, jakie zro­bimy.

– Zro­bimy!

– Zro­bimy! – powie­dzieli razem.

Uści­snęli sobie mocno, po przy­ja­ciel­sku dło­nie.

– Zapi­sać trzeba dzi­siej­szą datę; będzie ona dla nas bar­dzo pamiętną.

– Dodaj tam, Mak­sie, taki nawias, kto z nas naj­pierw zechce okpić dru­gich.

– Ty, Boro­wiecki, jesteś szlach­cic, masz na bile­tach wizy­to­wych herb, kła­dłeś nawet na pro­ku­rze swoje von, a jesteś naj­więk­szym z nas wszyst­kich Lodzer­men­schem – szep­nął Moryc.

– A ty nim nie jesteś?

– Ja przede wszyst­kim mówić o tym nie potrze­buję, bo ja potrze­buję zro­bić pie­nią­dze. Wy i Niemcy to dobre narody, ale do gada­nia.

Boro­wiecki pod­niósł koł­nierz, poza­pi­nał się sta­ran­nie i wyszedł.

Deszcz mżył bez­u­stan­nie i zaci­nał sko­śnie, aż do pół okien małych dom­ków, co w tym końcu Piotr­kow­skiej ulicy stały gęsto przy sobie, gdzie­nie­gdzie tylko jakby roze­pchnięte olbrzy­mem fabrycz­nym lub wspa­nia­łym pała­cem fabry­kanta.

Sze­regi niskich lip na tro­tu­arze gięły się auto­ma­tycz­nie pod ude­rze­niem wia­tru, który hulał po błot­ni­stej, pra­wie czar­nej ulicy, bo rzad­kie latar­nie roz­sie­wały tylko koła nie­wiel­kie żół­tego świa­tła, w któ­rym błysz­czało czarne, lep­kie błoto na ulicy i migały setki ludzi, w ciszy wiel­kiej a z pośpie­chem sza­lo­nym bie­gną­cych na głos tych świ­sta­wek, co teraz coraz rza­dziej odzy­wały się dokoła.

– Zro­bimy? – powtó­rzył Boro­wiecki, przy­sta­jąc i topiąc spoj­rze­nie w tym cha­osie komi­nów, maja­czą­cych w ciem­no­ści; w tej masie czar­nej, nie­ru­cho­mej, dzi­kiej jakimś kamien­nym spo­ko­jem fabryk, co stały wszę­dzie i ze wszyst­kich stron zdały się wyra­stać przed nim czer­wo­nymi, potęż­nymi murami.

– Mor­gen! – rzu­cił ktoś sto­ją­cemu, bie­gnąc dalej.

– Mor­gen… – szep­nął i poszedł wol­niej.

Gry­zły go wąt­pli­wo­ści, tysiące myśli, cyfr, przy­pusz­czeń i kom­bi­na­cji prze­wi­jało mu się pod czaszką, zapo­mi­nał pra­wie, gdzie jest i dokąd idzie.

Tysiące robot­ni­ków, niby ciche, czarne roje, wypeł­zło nagle z bocz­nych uli­czek, które wyglą­dały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krań­cach mia­sta niby wiel­kie śmiet­ni­ska – napeł­niło Piotr­kow­ską szme­rem kro­ków, brzę­kiem bla­sza­nek błysz­czą­cych w świe­tle latarń, stu­kiem suchym drew­nia­nych pode­szew tre­pów i gwa­rem jakimś sen­nym oraz chlu­po­tem błota pod nogami.

Zale­wali całą ulicę, szli ze wszyst­kich stron, zapeł­niali tro­tu­ary, czła­pali środ­kiem ulicy, peł­nej czar­nych kałuż wody i błota. Jedni usta­wiali się bez­ład­nymi kupami przed bra­mami fabryk, dru­dzy, usze­re­go­wani w dłu­giego węża, zni­kali w bra­mach, jakby poły­kani z wolna przez bucha­jące świa­tłem wnę­trza.

W ciem­nych głę­biach zaczęły buchać świa­tła. Czarne, mil­czące czwo­ro­boki fabryk bły­skały nagle set­kami pło­mien­nych okien i niby ogni­stymi śle­piami świe­ciły. Elek­tryczne słońca nagle zawi­sały w cie­niach i skrzyły się w próżni.

Białe dymy zaczęły bić z komi­nów i roz­włó­czyć się pomię­dzy tym potęż­nym kamien­nym lasem, co tysią­cami kolumn zda­wał się pod­pie­rać i jakby chwiał się w drga­niach świa­tła elek­trycz­nego.

Ulice opu­sto­szały, gaszono latar­nie, ostat­nie świ­stawki prze­brzmiały, cisza pełna chlu­potu desz­czu, coraz cich­szych poświ­sty­wań wia­tru roz­włó­czyła się po ulicy.

Otwie­rano szynki i pie­kar­nie, a gdzie­nie­gdzie, w jakimś okienku na pod­da­szu lub w sute­ry­nach, do któ­rych sączyło się uliczne błoto, bły­skały świa­tła.

Tylko w set­kach fabryk wrzało życie wysi­lone, gorącz­kowe; głu­chy łoskot maszyn drżał w powie­trzu mgli­stym i obi­jał się o uszy Boro­wiec­kiego, który wciąż spa­ce­ro­wał po ulicy i patrzył w okna fabryk, za któ­rymi ryso­wały się czarne syl­wetki robot­ni­ków lub olbrzy­mie kon­tury maszyn.

Nie chciało mu się iść do roboty. Było mu dobrze tak cho­dzić i myśleć o tej przy­szłej fabryce, urzą­dzać ją, pusz­czać w ruch, pil­no­wać. Tak się zata­piał w tym roz­ma­rze­niu, że chwi­lami naj­wy­raź­niej sły­szał około sie­bie i czuł tę przy­szłą fabrykę. Widział stosy mate­ria­łów, widział kan­tor, kupu­ją­cych, sza­lony ruch, jaki pano­wał. Czuł jakąś wielką falę bogactw pły­nącą mu pod stopy.

Uśmie­chał się bez­wied­nie, oczy mu wil­got­nymi bla­skami świe­ciły, na bladą, piękną twarz wystę­po­wały rumieńce głę­bo­kiej rado­ści. Pogła­dził ner­wowo brodę mokrą od desz­czu i oprzy­tom­niał.

– Co za głup­stwo – szep­nął nie­chęt­nie i obej­rzał się dokoła, jakby z obawy, czy kto nie widział tej chwi­lo­wej sła­bo­ści.

Nie było nikogo, ale już sza­rzało, ze sła­bego, prze­mglo­nego świtu zaczy­nały powoli wychy­lać się kon­tury drzew, fabryk i domów.

Piotr­kow­ską zaczy­nały cią­gnąć od roga­tek sznury chłop­skich wozów, od mia­sta tur­ko­tały po wybo­jach olbrzy­mie wozy towa­rowe łado­wane węglem i plat­formy nałado­wane przę­dzą, bawełną w belach, suro­wym towa­rem lub becz­kami, a pomię­dzy nimi prze­my­kały pospiesz­nie małe bryczki lub powo­ziki fabry­kan­tów spie­szą­cych do zajęć lub tłu­kła się z hała­sem dorożka wio­ząca zapóź­nio­nego ofi­cja­li­stę.

Boro­wiecki przy końcu Piotr­kow­skiej skrę­cił na lewo, w małą, nie­bru­ko­waną uliczkę, oświe­tloną kil­koma latar­niami na sznu­rach i olbrzy­mią fabryką, która już szła. Długi czte­ro­pię­trowy budy­nek świe­cił wszyst­kimi oknami.

Prze­brał się szybko w zafar­bo­waną, brudną bluzę i pobiegł do swo­jego oddziału.

II

– Mur­ray, dzień dobry! – krzyk­nął Boro­wiecki.

Mur­ray, okrę­cony w długi, nie­bie­ski far­tuch, wysu­nął się spoza rzę­dów rucho­mych kotłów, w któ­rych się goto­wały i robiły farby. W mdłym świe­tle elek­trycz­nym, prze­sy­co­nym kolo­ro­wymi parami, jego długa, kości­sta twarz sta­ran­nie wygo­lona i świe­cąca bladonie­bie­skimi, jakby wypeł­złymi oczami, robiła wra­że­nie kary­ka­tury z „Pun­cha”1.

– A, Boro­wiecki! Chcia­łem widzieć pana, byłem u was wie­czo­rem, zasta­łem Moryca, ale że ja go nie cier­pię, nie cze­ka­łem.

– Dobry chło­pak.

– Co mi do jego dobroci! Nie cier­pię jego rasy.

– Dru­kują już pięć­dzie­siąty siódmy numer?

– Dru­kują. Wyda­łem farbę.

– Trzyma się?

– Pierw­sze metry nieco lako­wała. Przy­słali z cen­trali zamó­wie­nie na pięć­set sztuk tej pań­skiej lamy.

– Aha, dwu­dzie­sty czwarty numer, sele­dy­nowa.

– I z filii Bech tele­fo­no­wał o to samo. Czy będziemy robić?

– Dzi­siaj już nie. Mamy bojki pilne, mamy jesz­cze pil­niej­sze do dru­ko­wa­nia te let­nie korty.

– Tele­fo­no­wali o bar­chan numer siódmy.

– W apre­tu­rze. Muszę tam zaraz iść.

– Chcia­łem panu coś powie­dzieć…

– Słu­cham, słu­cham! – szep­nął grzecz­nie, ale z pewną nie­chę­cią.

Mur­ray ujął go pod rękę i odpro­wa­dził w kąt za wiel­kie beczki, z któ­rych co chwila czer­pano farby.

Kuch­nia, bo tak nazy­wano tę salę, tonęła w zmroku. Pod oka­pami wiszą­cymi nisko, niby pod sta­lo­wymi para­so­lami krę­ciły się wolno, auto­ma­tycz­nie, sze­ro­kie mie­dziane mie­sza­dła, prze­gar­nia­jące farby w wiel­kich kotłach, błysz­czą­cych mie­dzią pole­ro­waną.

Budy­nek cały drżał od ruchu maszyn.

Dłu­gie trans­mi­sje, niby węże bla­do­żółte, nie­skoń­czo­nej dłu­go­ści, goniły się z sza­loną szyb­ko­ścią pod sufi­tem, prze­wi­jały się nad podwój­nym sze­re­giem kotłów, peł­zały wzdłuż ścian, krzy­żo­wały się wysoko, led­wie doj­rzane w obłoku gry­zą­cych kolo­ro­wych par, co buchały usta­wicz­nie z kotłów i przy­ciem­niały świa­tło, i ucie­kały wśród murów przez wszyst­kie otwory do innych sal.

Syl­wetki robot­ni­ków w koszu­lach uma­za­nych far­bami prze­my­kały cicho i jak cie­nie ginęły w zmroku, wózki z łosko­tem wjeż­dżały i wyjeż­dżały obła­do­wane far­bami goto­wymi, które wio­zły do dru­karni i far­biarni.

Ostry strasz­li­wie zapach siarki roz­cho­dził się wszę­dzie.

– Kupi­łem wczo­raj meble – szep­tał do ucha Boro­wiec­kiemu. – Uwa­żasz pan, do salo­niku kupi­łem żółte jedwabne w stylu empire. Do jadal­nego obsta­lo­wa­łem dębowe w stylu Hen­ryka IV, a do budu­aru…

– A kie­dyż się pan żeni? – prze­rwał mu dosyć nie­cier­pli­wie.

– No, nie wiem jesz­cze. Cho­ciaż ja chciał­bym jak naj­prę­dzej.

– To już po oświad­czy­nach? – Spoj­rzał dosyć iro­nicz­nie na zgar­bio­nego i dosyć śmiesz­nie wyglą­da­ją­cego Anglika; jego garb wydał mu się teraz potwor­nym, a on sam przy­po­mi­nał małpę tą długą, wysta­jącą szczęką i sze­ro­kimi ustami, nie­zmier­nie ruchli­wymi.

– Tak jakby już. W nie­dzielę wła­śnie powie­działa mi, jak by chciała mieć urzą­dzone miesz­ka­nie. Wypy­ta­łem szcze­gó­łowo, odpo­wia­dała tak, jak odpo­wia­dają kobiety, gdy idzie o ich przy­szłe gospo­dar­stwo.

– Ostat­nim razem myśla­łeś pan tak samo.

– Tak, ale nie mia­łem takiej pew­no­ści ani w poło­wie! – zarę­czał gorąco.

– No, kiedy tak, to win­szuję panu szcze­rze. Kie­dyż poznam narze­czoną?

– Na wszystko przyj­dzie czas, na wszystko.

– Dla­tego też wie­rzę, iż się pan w końcu ożeni – szep­nął drwiąco.

– Może byś pan przy­szedł jutro do mnie, dobrze? Chcia­łem koniecz­nie usły­szeć pań­skie zda­nie o tych meblach.

– Przyjdę.

– Ale kiedy?

– Po obie­dzie.

Mur­ray wró­cił do farb i labo­ra­to­rium, a Boro­wiecki pobiegł dalej do far­biarni przez kory­ta­rze i przej­ścia zapchane wóz­kami nała­do­wa­nymi towa­rem ocie­ka­ją­cym wodą, ludźmi i sto­sami towaru leżą­cego na ziemi w wiel­kich kupach, ocze­ku­ją­cego swo­jej kolei.

Co chwila zastę­po­wano mu drogę z naj­roz­ma­it­szymi inte­re­sami.

Wyda­wał krót­kie roz­kazy, szybko decy­do­wał, pospiesz­nie infor­mo­wał, cza­sem obej­rzał próbkę farby, jaką mu przy­no­sił robot­nik, rzu­cał sta­now­czo:

– Dobre lub jesz­cze – i leciał dalej wśród spoj­rzeń setek robot­ni­czych i szumu fabryki, co niby pie­kło wrzała cha­osem.

Wszystko się trzę­sło; ściany, sufity, maszyny, pod­łogi, huczały motory, świsz­czały prze­ni­kli­wie pasy i trans­mi­sje, tur­ko­tały po asfal­to­wej pod­ło­dze wózki, szczę­kały cza­sem koła roz­pę­dowe, zgrzy­tały tryby, leciały wskroś tego morza roz­bi­tych drgań jakieś krzyki lub roz­le­gał się potężny, huczący oddech maszyny głów­nej.

– Panie Boro­wiecki!

Wytę­żył oczy, bo wśród par, jakie zale­gały całą far­biar­nię, nie było nic pra­wie widać, prócz sła­bych zary­sów maszyn. Nie wie­dział, kto woła.

– Panie Boro­wiecki!

Drgnął, bo go ujęto pod ramię.

– A, pan pre­zes – szep­nął, poznaw­szy wła­ści­ciela fabryki.

– Ja pana gonię, ale pan dobrze ucie­kasz.

– Robota, panie dyrek­to­rze.

– Tak, tak, ja to rozu­miem. Zmę­czy­łem się na śmierć. – Trzy­mał go sil­nie za ramię, zamilkł i dyszał ciężko ze zmę­cze­nia. – Idzie, co? – zapy­tał po chwili.

– Robi się – rzu­cił krótko i szedł naprzód.

Fabry­kant ucze­piony u jego ramie­nia wlókł się ciężko, pod­pie­rał się grubą laską i zgar­biony pra­wie we dwoje pod­no­sił okrą­głe czer­wone oczy jastrzę­bie i twarz dużą, świe­cącą, okrą­głą, ozdo­bioną małymi bacz­kami i wąsami przy­cię­tymi równo.

– Cóż, te wat­sony dobrze dzia­łają?

– Po pięt­na­ście tysięcy metrów dzien­nie dru­kują.

– Mało – mruk­nął cicho, puścił jego ramię i przy­siadł na wózku peł­nym suro­wego per­kalu, obcią­gnął gruby kaftan, w jaki był ubrany, pod­parł się laską i sie­dział.

Boro­wiecki pobiegł do wiel­kich kadzi far­biar­skich, nad któ­rymi na wiel­kich wałach roz­wi­nięte zwoje mate­ria­łów krę­ciły się w kółko i kąpały w far­bie, roz­pry­sku­jąc ją na twa­rze i koszule robot­ni­ków, któ­rzy stali nie­ru­chomo, co chwila czer­piąc z kadzi wodę dło­nią i patrząc, czy jest w niej jesz­cze farba, którą wycią­gał mate­riał.

Kil­ka­dzie­siąt tych wałów usta­wio­nych rzę­dem toczyło się wciąż w kółko, z męczącą jed­no­staj­no­ścią, dłu­gie, poskrę­cane zwoje mate­ria­łów pła­wiły się w far­bach i bły­skały w mgle mato­wymi pla­mami czer­wieni, błę­kitu i ochry.

Z dru­giej strony za podwój­nym rzę­dem żela­znych słu­pów, pod­trzy­mu­ją­cych wyż­sze pię­tra fabryki i roz­ro­śnię­tych gęsto po olbrzy­miej sali, stały płucz­kar­nie; dłu­gie skrzy­nie, pełne wrzą­cej wody pie­nią­cej się sodą, pra­czek mecha­nicz­nych, wyży­ma­czek, mydła, przez które prze­su­wał się surowy mate­riał; bry­zgi roz­bi­tej trze­pacz­kami wody roz­sy­py­wały się na salę i two­rzyły nad pracz­kar­niami tak gęsty tuman, że świa­tła paliły się zale­d­wie jakby odbite w lustrze.

Mecha­niczne odbie­ra­cze szczę­kały, odbie­ra­jąc wyprany już towar na sie­bie, niby na roz­krzy­żo­wane ręce i odda­wały go robot­ni­kom, któ­rzy prę­tami ukła­dali go w wiel­kie fałdy na wózki, pod­su­wane co chwila.

– Panie Boro­wiecki! – zawo­łał fabry­kant do jakie­goś cie­nia, co się wychy­lił z mgieł, ale to nie był Boro­wiecki.

Pod­niósł się i wlókł chore zreu­ma­ty­zmo­wane nogi po sali, kąpał się z roz­ko­szą w tej roz­pa­lo­nej atmos­fe­rze. Zata­piał scho­ro­wane ciało w sali peł­nej opa­rów, ostrych zapa­chów farb, wody pry­ska­ją­cej z płucz­ka­rek i z kadzi, ście­ka­ją­cej z wóz­ków, chlu­pią­cej pod nogami, leją­cej się z sufi­tów, z któ­rych skro­plona para opa­dała pra­wie stru­mie­niami.

Sza­lony, podobny do drga­ją­cego jęku, szczęk cen­try­fugi wycią­ga­ją­cej wodę z mate­ria­łów, prze­ni­kał całe sale, wświ­dro­wy­wał się w nerwy robot­ni­ków pil­nu­ją­cych, wpa­trzo­nych w robotę i pochło­nię­tych zupeł­nie czu­wa­niem nad maszy­nami i roz­bi­jał się o kolo­rowe, powie­wa­jące niby sztan­dary, mate­riały na odbie­ra­czach.

Boro­wiecki teraz był w sąsied­niej sali, gdzie na niskich angiel­skich maszy­nach sta­rego sys­temu far­bo­wano ordy­narny czarny towar na męskie ubra­nia.

Dzień wle­wał się set­kami okien i kładł zie­lo­nawy ton na czarne opary i na robot­ni­ków, co niby kolumny z bazaltu stali nie­ru­chomi, z zało­żo­nymi rękami, wpa­trzeni w maszyny, przez które prze­su­wały się dzie­siątki tysięcy metrów gry­zione przez spie­nioną, bry­zga­jącą, czarną farbę.

Mury drżały cią­gle. Fabryka pra­co­wała wszyst­kimi mię­śniami.

Windy, osa­dzone w murach, łączyły dół fabryki z jej czte­rema pię­trami wierz­chu. Co chwila roz­le­gał się głu­chy szczęk w innej stro­nie sali, to winda brała lub wyrzu­cała z sie­bie wózki, towary, ludzi…

Dzień i do wiel­kiej sali zaczął zaglą­dać, brudne świa­tło wci­skało się przez małe zapo­cone szybki, zasnute bru­dem i parą, wyła­nia­jąc z nich zarysy peł­niej­sze maszyn i ludzi, ale w tym sza­ro­zie­lo­na­wym świe­tle, po któ­rym pły­wały dłu­gie smugi czer­wo­nych opa­rów i gdzie pyliły się nimby gazo­wych świa­teł – i ludzie, i maszyny wyglą­dali jak nie­przy­tomni, jak widzia­dła porwane straszną siłą ruchu; jak jakieś strzępy, pyły, drza­zgi skłę­bione, splą­tane, rzu­cone w wir, który z hukiem się prze­wa­lał.

Her­man Bucholc, wła­ści­ciel fabryki, gdy obej­rzał far­biar­nię, powlókł się dalej. Prze­cho­dził pawi­lony, pod­no­sił się w górę win­dami, scho­dził scho­dami, sunął się dłu­gimi kory­ta­rzami, przy­glą­dał się maszy­nom, oglą­dał towar, rzu­cał cza­sem posęp­nym okiem na ludzi, cza­sem rzekł jakieś krót­kie słowo, które jak bły­ska­wica obla­ty­wało całą fabrykę, odpo­czy­wał na sto­sach sztuk, cza­sem na pro­gach; nik­nął, aby za chwilę poka­zać się w innej stro­nie fabryki, przy skła­dach węgla, pomię­dzy wago­nami, któ­rych rzędy stały z jed­nej strony olbrzy­miego czwo­ro­boku dzie­dzińca, ogro­dzo­nego niby par­ka­nem, murami fabryki.

Był wszę­dzie, a cho­dził jak noc jesienna ponury i mil­czący; gdzie się tylko zja­wił, gdzie prze­szedł, roz­mowy mil­kły, twa­rze się pochy­lały, oczy prze­sta­wały widzieć, posta­cie się zgi­nały i kur­czyły, jakby chcąc ujść spod pro­mie­nia jego oczów.

Spo­ty­kał się kil­ka­krot­nie z Boro­wiec­kim, bie­ga­ją­cym usta­wicz­nie po oddziale.

Spo­glą­dali na sie­bie przy­jaź­nie.

Her­man Bucholc lubił swo­jego dyrek­tora dru­karni, wię­cej, on go sza­co­wał na całe te dzie­sięć tysięcy rubli, jakie mu pła­cił rocz­nie.

„To jest naj­lep­sza moja maszyna w tym oddziale”, myślał, patrząc na niego.

Sam już się nie zaj­mo­wał niczym, zięć pro­wa­dził fabrykę, a on wsku­tek przy­zwy­cza­je­nia całego życia co rano przy­cho­dził do niej razem z robot­ni­kami.

W fabryce jadał śnia­da­nie i prze­sia­dy­wał do połu­dnia, a po obie­dzie, jeśli nie jeź­dził do mia­sta, to łaził po kan­to­rach, skła­dach, maga­zy­nach bawełny.

Nie mógł żyć z dala od tego potęż­nego kró­le­stwa, które stwo­rzył pracą wła­sną całego życia i mocą swo­jego geniu­szu prze­my­sło­wego, musiał czuć pod nogami, w sobie, te roz­tar­gane, trzę­sące się mury; czuł się dopiero dobrze, prze­dzie­ra­jąc się przez przę­dzę trans­mi­sji i pasów, roz­wle­czoną po całej fabryce, wśród ostrych zapa­chów farb, bli­chowni, suro­wego mate­riału i sma­rów roz­grza­nych w tym upale strasz­nym.

Sie­dział teraz w dru­karni i przy­sło­nię­tymi oczyma patrzył na salę, jasno oświe­tloną wiel­kimi oknami, na maszyny dru­kar­skie w ruchu, na te pira­midy żela­zne pra­cu­jące pospiesz­nie i w jakiejś groź­nej ciszy.

Przy każ­dej dru­karce osobna maszyna parowa świ­stała swym kołem pocią­go­wym, które niby srebrne, wypo­le­ro­wane tar­cze migo­tały z taką sza­loną szyb­ko­ścią, że nie można było pochwy­cić kon­tu­rów, a tylko jakiś nimb srebrny wiro­wał dokoła swo­jej osi i roz­py­lał świe­tlany, roz­iskrzony tuman.

Maszyny dzia­łały z nie­usta­ją­cym ani na chwilę pośpie­chem; dłu­gie nie­skoń­cze­nie pasy mate­ria­łów, co się prze­wi­jały pomię­dzy wal­cami mie­dzia­nymi, odci­ska­ją­cymi na nich barwy deseni, ginęły w górze, na wyż­szym pię­trze, w suszarni.

Ludzie z tyłu maszyn pod­kła­da­jący towar do dru­ko­wa­nia poru­szali się sen­nie, a maj­stro­wie stali przed maszy­nami, co chwila któ­ryś się pochy­lał, przy­pa­try­wał wal­com, dole­wał farby z wiel­kich kadzi, patrzył na mate­riał i znowu stał zapa­trzony w te tysiące metrów, bie­gną­cych z sza­lo­nym pośpie­chem.

Boro­wiecki wpa­dał do dru­karni, aby śle­dzić dzia­ła­nie świeżo zamon­to­wa­nych maszyn, porów­ny­wał próbki ze świeżo dru­ko­wa­nymi mate­ria­łami, wyda­wał pole­ce­nia, cza­sem na jego ski­nie­nie zatrzy­mano dzia­ła­jący kolos, oglą­dał szcze­gó­łowo i szedł dalej znowu, bo ten potężny rytm fabryki, te setki maszyn, tysiące ludzi śle­dzą­cych z naj­wyż­szą, pra­wie pobożną uwagą za ich dzia­ła­niem, te góry towa­rów leżą­cych, prze­wo­żo­nych wóz­kami, snu­ją­cych się przez sale z pralni do far­biarni, z far­biarni do suszarni, stam­tąd do apre­tury i w dzie­sięć jesz­cze innych miejsc nim wyszły gotowe – pory­wał go.

Chwi­lami tylko sia­dał w swoim gabi­ne­cie, poło­żo­nym przy „kuchni” i tam, w prze­rwie pomię­dzy kom­bi­no­wa­niem nowych deseni, oglą­da­niem przy­sła­nych z zagra­nicy pró­bek, któ­rych olbrzy­mie, nakle­jone w albumy, stosy leżały po sto­łach – zamy­ślał się, a raczej pró­bo­wał myśleć o sobie, o tym pro­jek­cie fabryki pla­no­wa­nej łącz­nie z przy­ja­ciółmi, ale nie mógł zebrać myśli, nie mógł ani na chwilę zamknąć się w sobie, bo ta fabryka, któ­rej szum huczał w jego gabi­ne­cie, któ­rej ruch i pul­so­wa­nie czuł we wła­snych ner­wach, w tęt­nie krwi nie­omal, nie pozwa­lała się odosob­nić, cią­gnęła nie­prze­par­cie, zmu­szała do służby i waro­wa­nia każ­dego, który krą­żył w jej orbi­cie.

Zry­wał się i biegł znowu, ale dzień mu się strasz­nie dłu­żył, tak, że około czwar­tej poszedł do kan­toru, który był w innym oddziale, aby wypić her­baty i zate­le­fo­no­wać do Moryca, aby był dzi­siaj w teatrze, gdzie dawano przed­sta­wie­nie ama­tor­skie na jakiś cel dobro­czynny.

– Pan Welt dopiero z pół godziny jak od nas wyszedł.

– Tutaj był?

– Brał pięć­dzie­siąt sztuk bia­łego towaru.

– Dla sie­bie?

– Nie, na zle­ce­nie Amfi­łowa, do Char­kowa. Cyga­rem można słu­żyć?

– Ow­szem, zapalę, bo jestem dia­blo zmę­czony.

Zapa­lił i siadł na wyso­kim tabu­re­cie przed pustym biur­kiem.

Główny buchal­ter kan­toru, który go z uni­żo­no­ścią trak­to­wał cyga­rem, stał przed nim, napy­cha­jąc sobie fajkę tyto­niem, kilku mło­dych chło­pa­ków, usa­do­wio­nych na wyso­kich kobył­kach, pisało w wiel­kich, czer­wono poli­nio­wa­nych książ­kach.

Cisza, jaka tutaj pano­wała, draż­niący skrzyp piór, mono­tonne cyka­nie zegara, dener­wu­jąco dzia­łały na Boro­wiec­kiego.

– Cóż sły­chać, panie Szwarc? – zapy­tał.

– Rosen­berg się zała­mał.

– Zupeł­nie?

– Nie wia­domo jesz­cze, ale ja myślę, że się będzie ukła­dał, no, bo co za inte­res robić zwy­kłą klapę? – Zaśmiał się cicho i przy­bi­jał pal­cem wil­gotny tytoń w fajce.

– Firma traci?

– To zależy od tego, ile będzie pła­cił za sto.

– Bucholc wie?

– Nie był jesz­cze dzi­siaj u nas, ale jak się dowie, zabolą go odci­ski; jest czuły na straty.

– Jego szlag może tra­fić – szep­nął któ­ryś z pochy­lo­nych przy robo­cie.

– Byłaby szkoda!

– Bar­dzo wielka, niech Bóg broni!

– Niech żyje sto lat, niech ma sto pała­ców, sto milio­nów, sto fabryk.

– I niech go razem sto cho­ler ciśnie! – szep­nął któ­ryś.

Cisza się zro­biła.

Szwarc patrzył groź­nie na piszą­cych, to na Boro­wiec­kiego, jakby chciał się uspra­wie­dli­wiać, że on nic nie winien, ale Boro­wiecki znu­dzo­nym wzro­kiem patrzył w okno.

W kan­to­rze pano­wała atmos­fera przy­tła­cza­ją­cej nudy.

Ściany aż po sufit wyło­żone drew­nem malo­wa­nym na dąb, pełne pó­łek i ksiąg, roz­sta­wio­nych sys­te­ma­tycz­nie, żół­ciły się smut­nie.

Na wprost okien stał wielki, czte­ro­pię­trowy budy­nek z nagiej, czer­wo­nej cegły i rzu­cał sza­ror­dzawy, przy­gnę­bia­jący refleks do kan­toru.

Przez podwórko wylane asfal­tem, po któ­rym tur­ko­tały od czasu do czasu wózki i prze­cho­dzili ludzie, w kilku kie­run­kach bie­gły na wyso­ko­ści pierw­szego pię­tra grube, jak ramiona atlety, trans­mi­sje, war­cząc głu­cho, od czego szyby w kan­to­rze usta­wicz­nie drżały.

Wysoko nad fabryką wisiało niebo ciężką, brudną płachtą, z któ­rej ście­kał drobny deszcz i spły­wał po zabru­dzo­nych murach smu­gami jesz­cze brud­niej­szymi, i sączył się po oknach kan­toru, zaku­rzo­nych pyłem węglo­wym i baweł­nia­nym, niby wstrętne plwo­ciny.

W kącie kan­toru, nad gazem, zaczął szu­mieć samo­war.

– Panie Horn, może pan dać mi her­baty?

– A może pan dyrek­tor zechce butersz­ni­cik2! – ofia­ro­wy­wał uprzej­mie Szwarc.

– Tylko tro­chę koszerny.

– To zna­czy, że lep­szy niźli pan jadasz, panie von Horn!

Horn przy­niósł her­batę i zatrzy­mał się na chwilę.

– Co panu jest? – zapy­tał go Boro­wiecki, który z nim znał się bli­żej.

– Nic – odparł krótko i powlókł nie­na­wist­nym spoj­rze­niem po Szwarcu, który roz­wi­jał butersz­nity z gazety i ukła­dał je przed Boro­wiec­kim.

– Wyglą­dasz pan bar­dzo źle.

– Panu Hor­nowi nie służy fabryka. Po salo­nach trudno mu się przy­zwy­czaić do kan­toru i do roboty.

– Bydlę albo inny par­szy­wiec może się łatwo przy­zwy­czaić do jarzma, ale czło­wie­kowi trud­niej – syk­nął ze zło­ścią, ale tak cicho, że Szwarc nie zro­zu­miał słów, spoj­rzał uważ­nie, uśmiech­nął się tępo i szep­nął:

– Panie von Horn! Panie von Horn! Może pan dyrek­tor spró­buje, jest tu kom­bi­na­cja szynki z pulardą, bar­dzo dobra, moja żona jest sławna z tego.

Horn odszedł, usiadł przy biurku i błą­dził spoj­rze­niem po murach czer­wo­nych, po oknach, za któ­rymi bie­liły się stosy szar­pa­nej do przę­dze­nia bawełny.

– Daj mi pan jesz­cze her­baty.

Boro­wiecki chciał go wyba­dać.

Horn her­batę przy­niósł i nie pod­no­sząc oczów, zawró­cił do odej­ścia.

– Panie Horn, może pan za jakie pół godziny przyj­dzie do mnie?

– Dobrze, panie dyrek­to­rze. Ja nawet mia­łem inte­res i w tym celu jutro się wybie­ra­łem do pana. A może pan teraz zechcesz wysłu­chać?

Chciał coś pouf­nie szep­nąć, ale do kan­toru weszła kobieta, czworo dzieci wpy­cha­jąc przed sobą.

– Niech będzie pochwa­lony Jezus Chry­stus – szep­nęła cicho, ogar­nęła wzro­kiem te wszyst­kie głowy, co się pod­nio­sły znad pul­pi­tów, schy­liła się pokor­nie do nóg Boro­wiec­kiego, bo stał naj­bli­żej i miał naj­bar­dziej pokaźną twarz.

– Wiel­możny panie dzie­dzicu, a to z prośbą przy­szłam, wedle tego, co mojemu mężowi głowę urwało w maszy­nie, co ja teraz sie­rota biedna z dzie­ciami, co my jeste­śmy biedne. Tom przy­szła dopra­szać się spra­wie­dli­wo­ści, aby mi pan dzie­dzic dał wspo­mo­że­nie jako mojemu mężowi urwało głowę w maszy­nie. Wiel­możny panie dzie­dzicu. – I schy­liła się znowu do kolan Boro­wiec­kiego, wybu­cha­jąc pła­czem.

– Za drzwi, wyno­sić się, tutaj takich spraw nie zała­twia się! – krzyk­nął Szwarc.

– Cicho pan bądź! – zawo­łał na niego Boro­wiecki po nie­miecku.

– Pro­szę pana, ona już od pół roku nacho­dzi wszyst­kie oddziały i kan­tory nasze, nie można się jej pozbyć niczym.

– A dla­czego nie­za­ła­twione?

– Pan się pyta? Ten cham umyśl­nie pod­ło­żył łeb pod koło, jemu się nie chciało pra­co­wać, a jemu się chciało okraść fabrykę! My teraz mamy pła­cić na jego babę i bękarty!

– A ty, par­chu jeden, to moje dzieci bękarty! – wykrzyk­nęła kobieta, w pasji przy­ska­ku­jąc do Szwarca, który cof­nął się za stół.

– Cicho, kobieto! Niech pani uspo­koi się i co by te małe pano­wie nie pła­kali! – zawo­łał prze­stra­szony, wska­zu­jąc na dzieci, które ucze­piły się matki i krzy­czały wnie­bo­głosy.

– Wiel­możny dzie­dzicu, jużci że prawda co od samych kopań cho­dzę i cię­giem mi obie­cują, że zapłacą, cię­giem cho­dzę i pro­szę, to mnie cyga­nią ino i wycie­pują kiej sukę za drzwi.

– Uspo­kój­cie się, pomó­wię dzi­siaj z wła­ści­cie­lem, przyjdź­cie tutaj za tydzień, to wam zapłacą.

– Ażeby ci Pan Jezus i ta Czę­sto­chow­ska szczę­ściła na zdro­wiu, na majątku, na hono­rze, o mój dzie­dzicu kochany! – wykrzy­ki­wała, przy­pa­da­jąc mu do nóg, cału­jąc go po rękach.

Wydarł się jej i wyszedł, ale przy­sta­nął w wiel­kiej sieni i gdy wycho­dziła, zapy­tał:

– Z któ­rych wy stron?

– A dyć panie, jaże spod Skier­nie­wiec.

– Dawno w Łodzi?

– A będzie ze dwa roki, jak my się tutaj prze­nie­śli na swoje zatra­ce­nie.

– Cho­dzi­cie gdzie do roboty?

– A bo mnie to chcą gdzie przy­jąć te poga­niny, te here­tyki zapo­wie­trzone, a po dru­gie kaj ja osta­wię swoje sie­roty.

– Z cze­góż żyje­cie?

– Bidu­jem, wiel­możny panie, bidu­jem. Miesz­kam na Bału­tach z jed­nymi webe­rami i jaże całe trzy ruble płacę za pomiesz­ka­nie mie­sięcz­nie. Póki mój nie­bosz­czyk żył, to choćby czę­sto gęsto było ze solą albo i z gło­dem, ale się ta żyło, a teraz kiej jego nie stało, to cho­dzę na Stare Mia­sto do posługi, cza­sem kto zawoła do pra­nia i tak jest – gadała prędko, okrę­ca­jąc dzieci w jakieś ohyd­nie brudne strzępy chu­s­tek.

– Czemu nie wró­ci­cie na wieś do domu?

– Wrócę, panie, kiej mi tylko zapłacą za chłopa, to juści, że wrócę, a niech tam to mia­steczko Łódź mór nie minie, niech ją ta ogień spali, niech ich tam Pan Jezus niczego nie żałuje, co by wszyst­kie wyzdy­chały, co do jed­nego.

– Cicho bądź­cie, nie macie za co prze­kli­nać – szep­nął nieco podraż­niony.

– Ni mam za co?! – wykrzyk­nęła zdu­miona, pod­no­sząc na niego bladą, brzydką, prze­gry­zioną przez nędzę twarz i zapła­kane, wybla­dłe nie­bie­skie oczy. – A to, wiel­możny panie, my na wsi byli ino komor­niki, bo mój miał trzy morgi gruntu, co mu przy­szły w sche­dzie po ojcu, to że nie było za co posta­wić cha­łupy, tośwa miesz­kali u stry­jecz­nych swo­ich. Myśwa żyli z wyrobku ino, ale zawżdy czło­wiek miesz­kał po ludzku i kar­to­fli gdzie przy­są­dził na odro­bek, i gąskę się ucho­wało albo i świ­niaka, i jajko miał swoje, i krowę mie­li­śwa, a tutaj co? Haro­wał nie­bo­rak od świtu do nocy i jeść nie było co, żyli­śmy kiej te dziady ostat­nie, a nie kiej krze­ścia­nie, kiej psy, a nie kiej gospo­da­rze poczciwi.

– Po cóże­ście tutaj przy­je­chali, trzeba było sie­dzieć na wsi.

– Po co?! – zawo­łała bole­śnie. – A bo ja wiem! Szły wszyst­kie, to i myśwa poszły. Na wio­snę poszedł Jadam, osta­wił kobitę i poszedł. Przy­je­chał po żni­wach taki wystro­jony, co go nikt nie mógł poznać, cały w kor­tach i zyga­rek miał śrybrny, i pie­strzo­nek, i tyla pinię­dzy, coby na wsi i bez trzy roki nie zaro­bił. Ludzie się dzi­wo­wali, a ten zapo­wie­trzony cyga­nił, bo mu za to zapła­cili, żeby ludzi wiej­skich spro­wa­dził, obie­cy­wał Bóg wie nie co. Tak zaraz poszło z nim dwóch parob­ków, Jan­ków syn i Grze­go­rza spod lasu, a potem to już kto ino mógł, to leciał do tego mia­steczka Łodzi. Kuż­dymu się chciało kor­tów, zygarka i roz­pu­sty! Ja mojego strzy­my­wa­łam, bo po co nam było tutaj iść, do obcych w tyli świat, to me sprał kiej bydlaka i poszedł, a po tym przy­je­chał i zabrał ze sobą. Mój Jezu kochany, mój Jezu – szep­tała, chli­piąc bole­śnie i roz­cie­ra­jąc sobie nos i łzy brud­nymi rękami, i tak się zaczęła trząść w tym roz­pacz­li­wym pła­czu, że dzieci przy­tu­liły się do niej i także zaczęły pła­kać cicho.

– Macie tutaj pięć rubli i zrób­cie tak, jak wam mówi­łem.

Miał tego już dosyć, odwró­cił się spiesz­nie i wyszedł, nie cze­ka­jąc podzię­ko­wań.

Nie cier­piał roz­tkli­wień i czu­ło­ści, a ta kobieta poru­szyła w nim zamie­ra­jącą z wolna, duszoną świa­do­mie uczu­cio­wość.

Stał czas jakiś przy kotle „oksy­da­cyj­nym” Mather-Platta, przez który prze­cho­dził towar suchy i już dru­ko­wany, i z pew­nym roz­tar­gnie­niem przy­glą­dał się bar­wom świeżo wytwo­rzo­nym, a raczej roz­wi­nię­tym w prze­su­nię­ciu się towaru przez kocioł. Żółte, nało­żone bej­cem kwiatki zmie­niły się na pąsowe pod wpły­wem wyso­kiej tem­pe­ra­tury i skom­pli­ko­wa­nych roz­two­rów soli ani­li­no­wej.

Fabryka po chwi­lo­wym odpo­czynku pod­wie­czor­ko­wym pra­co­wała znowu z jed­naką ener­gią.

Boro­wiecki wyj­rzał na świat z okien swo­jego gabi­netu, bo posza­rzało nagle i zaczął padać śnieg nad­zwy­czaj gęstymi pła­tami, i pobie­lił ściany fabryk i dzie­dzi­niec. Spo­strzegł Horna sto­ją­cego za dom­kiem szwaj­cara, przez który było jedyne wyj­ście z fabryki. Horn roz­ma­wiał z tą samą kobietą, która mu za coś dzię­ko­wała z unie­sie­niem i cho­wała jakiś papier za sta­nik.

– Panie Horn! – krzyk­nął, wychy­la­jąc przez luf­cik głowę.

– Mia­łem przyjść wła­śnie do pana – ozwał się Horn, zja­wia­jąc się po chwili.

– Coś pan radził tej babie? – zapy­tał suro­wym dosyć gło­sem, patrząc w okno.

Horn zawa­hał się przez mgnie­nie, rumie­niec powlókł jego dziew­częco piękną twarz, a w nie­bie­skich, dobrych oczach zami­go­tał pło­mień.

– Kaza­łem jej iść do adwo­kata, nie­chaj wyto­czy pro­ces fabryce o odszko­do­wa­nie, bo wtedy prawo zmusi ich do zapła­ce­nia.

– Co to pana obcho­dzi? – Zaczął lekko bęb­nić po szy­bie i przy­gry­zać usta.

– Co mnie obcho­dzi? – Zamilkł na chwilę. – Bar­dzo mnie obcho­dzi wszelka nędza i wszelka nie­spra­wie­dli­wość, bar­dzo…

– Czym pan tutaj jesteś? – prze­rwał mu ostro i usiadł przed dłu­gim sto­łem.

– No jestem prak­ty­kan­tem kan­to­ro­wym, pan dyrek­tor prze­cież wie naj­le­piej – odpo­wie­dział zdu­miony.

– No, to panie Horn, pan nie skoń­czysz tej prak­tyki, jak mi się zdaje.

– Wresz­cie, to mi jest już wszystko – szep­nął dosyć twardo.

– Ale nam nie jest wszystko jedno, nam: fabryce, w któ­rej pan jesteś jed­nym z miliona kółek! Przy­ję­li­śmy pana nie na to, żebyś tutaj pro­du­ko­wał się ze swoją filan­tro­pią, a tylko, abyś robił. Pan wpro­wa­dzasz zamęt tutaj, gdzie wszystko polega na naj­do­sko­nal­szym funk­cjo­no­wa­niu, na pra­wi­dło­wo­ści i zgod­no­ści.

– Nie jestem maszyną, jestem czło­wie­kiem.

– W domu. W fabryce od pana nie wymaga się egza­mi­nów na czło­wie­czeń­stwo ani egza­mi­nów na huma­ni­tar­ność, w fabryce potrzebne są pań­skie mię­śnie i mózg pań­ski i tylko za to pła­cimy panu. – Roz­draż­niał się coraz bar­dziej. – Jesteś pan tutaj maszyną taką samą jak my wszy­scy, więc pan rób tylko to, co do pana należy. Tutaj nie miej­sce do roz­anie­leń, tutaj…

– Panie Boro­wiecki! – prze­rwał mu szybko.

– Panie von Horn! Słu­chaj pan, kiedy mówię do pana! – zawo­łał groź­nie, zrzu­ca­jąc gniew­nie wielki album pró­bek na zie­mię. – Bucholc przy­jął pana na moje zarę­cze­nie, znam pań­ską rodzinę, pra­gnę dla pana naj­le­piej, ale pan jesteś, jak widzę, chory na dzie­cinną dema­go­gię.

– Jeżeli pan tak nazy­wasz współ­czu­cie zwy­kłe u ludzi.

– Pan mnie kom­pro­mi­tu­jesz takimi radami, dawa­nymi wszyst­kim mają­cym jakie bądź pre­ten­sje do fabryki. Trzeba było zostać panu adwo­ka­tem, był­byś się wtedy mógł opie­ko­wać nie­szczę­śli­wymi i pokrzyw­dzo­nymi, ma się rozu­mieć za dobrą zapłatą – dorzu­cił drwiąco, bo jego gniewny nastrój prze­padł gdzieś pod wpły­wem tych dobrych oczów Horna, wpa­trzo­nych w niego. – Zresztą dajmy tej spra­wie spo­kój. Będziesz pan dłu­żej w Łodzi, roz­pa­trzysz się w sto­sun­kach, przyj­rzysz się lepiej tym uci­śnio­nym, to pan zro­zu­miesz, jak trzeba postę­po­wać. A weź­miesz pan inte­res po ojcu, to wtedy przy­znasz mi zupełną rację.

– Nie, panie, ja w Łodzi dłu­żej nie wytrzy­mam ani inte­resu po ojcu nie obejmę.

– Cóż pan chcesz robić?! – wykrzyk­nął zdu­miony.

– Jesz­cze nie wiem. Przy­znaję się panu szcze­rze, cho­ciaż tak ostro, za ostro pan mówi do mnie, ale mniej­sza z tym, bo wiem, że pan, jako dyrek­tor takiej wiel­kiej dru­karni, mówić ina­czej nie może.

– Więc pan odcho­dzisz od nas? Tyle zro­zu­mia­łem, ale nie wiem dla­czego?

– Dla­tego, że już wytrzy­mać nie mogę w tym pod­łym cham­stwie łódz­kim. Pan, jako czło­wiek pew­nej sfery, rozu­mie mnie chyba. Dla­tego, że ja całą duszą nie­na­wi­dzę zarówno fabryk, jak i wszyst­kich Buchol­ców, Rozensz­tej­nów, Entów, całej tej ohyd­nej prze­my­sło­wej bandy! – wybuch­nął gwał­tow­nie.

– Ha, ha, ha, pan jesteś wspa­niały fioł, nie­po­rów­nany! – śmiał się Boro­wiecki ser­decz­nie.

– To już nic wię­cej nie powiem – rzekł mocno dotknięty.

– Jak pan chce, a zawsze lepiej głupstw mówić mniej.

– Do widze­nia.

– Żegnam pana. Ha, ha, ha, pan masz zdol­no­ści aktor­skie!

– Panie Boro­wiecki – zaczął pra­wie ze łzami w oczach Horn, zatrzy­mu­jąc się, i chciał coś mówić.

– Co?

Horn skło­nił głowę i wyszedł.

– Kapi­talny mazgaj – szep­nął za nim Boro­wiecki i także poszedł do suszarni.

Owio­nęło go suche, roz­pa­lone powie­trze. Olbrzy­mie czwo­ro­boki z bla­chy, wypeł­nione strasz­li­wie roz­pa­lo­nym i suchym powie­trzem brzę­czały niby odda­lone grzmoty, wymio­tu­jąc nie­koń­czący się pas mate­ria­łów kolo­ro­wych, suchych i sztyw­nych.

Na niskich sto­łach, na ziemi, na wóz­kach, które suwały się cicho, leżały całe sterty mate­ria­łów i w tym suchym, jasnym powie­trzu sali, któ­rej ściany były pra­wie ze szkła, paliły się przy­ćmio­nymi bar­wami złota przy­kop­co­nego, pur­pury o fio­le­to­wym odcie­niu, błę­kitu mary­nar­skiego, sta­rego szma­ragdu – niby stosy blach meta­lo­wych o mato­wym, mar­twym bla­sku.

Robot­nicy w koszu­lach tylko i boso, z sza­rymi twa­rzami, z oczami zaga­słymi i jakby wypa­lo­nymi tą orgią barw, jaka się tutaj tło­czyła, poru­szali się cicho i auto­ma­tycz­nie, two­rzyli tylko dopeł­nie­nie maszyn.

Cza­sem który patrzył przez szyby w świat, na Łódź, która z tej wyso­ko­ści czwar­tego pię­tra maja­czyła w mgłach i dymach poprze­ci­na­nych tysią­cami komi­nów, dachów, domów, drzew ogo­ło­co­nych z liści; to znów na drugą stronę, na pola, co szły w głąb hory­zontu – na sza­ro­białe, brudne, zalane wio­sen­nymi roz­to­pami prze­strze­nie, maja­czące gdzie­nie­gdzie czer­wo­nymi gma­chami fabryk, które z odda­le­nia czer­wie­niły się wskroś mgieł bole­snym tonem mięsa odar­tego ze skóry; na odle­głe linie wio­sek małych, przy­war­tych cicho do ziemi, na drogi, co się wywi­jały wskroś pól czarną ciek­nącą bło­tem wstęgą, miga­jącą pomię­dzy rzę­dami nagich topoli.

Maszyny huczały bez­u­stan­nie i bez­u­stan­nie świ­stały trans­mi­sje ucze­pione pod sufi­tem i nio­sące siłę do innych sal, wszystko się poru­szało w rytm tych olbrzy­mich pudeł meta­lo­wych suszarń, które odbie­rały towar mokry z dru­karni i wyplu­wały go suchym, i stały w tej olbrzy­miej, czwo­ro­kąt­nej sali peł­nej smut­nych barw i smut­nego świa­tła dnia mar­co­wego, smut­nych ludzi, niby kapliczki boga-siły rzą­dzą­cego wszech­wład­nie.

Boro­wiecki czuł się roz­stro­jony i z roz­tar­gnie­niem oglą­dał towar, czy nie jest zbyt­nio prze­su­szony lub spa­lony.

„Głupi chło­pak”, myślał o Hor­nie i chwi­lami sta­wała mu w pamięci ta młoda, szla­chetna twarz i te oczy nie­bie­skie, patrzące na niego z jakimś nie­mym żalem zawodu i wyrzutu. Czuł w sobie jakieś ciemne zanie­po­ko­je­nie. Nie­które słowa Horna przy­cho­dziły mu na myśl, gdy patrzył na te tłumy ludzi w mil­cze­niu pra­cu­ją­cych.

„Byłem takim”, pole­ciał myślą do tam­tych, daw­nych cza­sów, ale nie dał się ująć wspo­mnie­niom w swoje szar­piące szpony, drwiący uśmiech wił mu się po ustach, a oczy świe­ciły zimno i roz­waż­nie.

„To prze­szło! Prze­szło!”, myślał z jakimś dziw­nym uczu­ciem pustki, jakby mu żal było tam­tych cza­sów, żal tych złu­dzeń nie­po­wrot­nych, pory­wów szla­chet­nych, zszar­ga­nych przez życie, ale to krótko trwało i znowu sie­bie odzy­ski­wał; był tym, czym był, dyrek­to­rem dru­karni Her­mana Bucholca, che­mi­kiem, czło­wie­kiem zim­nym, mądrym, obo­jęt­nym, goto­wym do wszyst­kiego, praw­dzi­wym Lodzer­men­schem, jak go nazwał Moryc.

W takim był wła­śnie nastroju, prze­cho­dząc przez apre­turę, gdy mu jeden z robot­ni­ków zastą­pił drogę.

– Czego? – zapy­tał krótko, nie zatrzy­mu­jąc się.

– A to nasz maj­ster pan Pufke powie­dział, że od pierw­szego kwiet­nia będzie nas pięt­na­stu ludzi mniej robiło.

– Tak. Ustawi się nowe maszyny, które tylu ludzi nie potrze­bują do obsługi, co stare.

Robot­nik miął czapkę w ręku, nie wie­dząc, co powie­dzieć, i nie śmie­jąc, ale zachę­cony spoj­rze­niami, które bły­skały zza maszyn, zza sągów mate­ria­łów, zapy­tał, idąc za nim.

– A cóż my będziemy robili?

– Poszu­ka­cie sobie roboty gdzie indziej. Pozo­staną tylko ci, któ­rzy daw­niej u nas pra­cują.

– A i my robimy już po trzy roki.

– Cóż ja wam pora­dzę, kiedy maszyna was nie potrze­buje, bo zrobi sama. Zresztą, do pierw­szego może się jesz­cze co zmieni, jeśli będziemy powięk­szali blich3 – odpo­wie­dział spo­koj­nie i wszedł na windę, która zaraz z nim zapa­dła się w głębi ściany.

Robot­nicy spo­glą­dali na sie­bie w mil­cze­niu, nie­po­kój świe­cił im w oczach, nie­po­kój przed jutrem, bez roboty, przed nędzą.

– Ścierwy, nie maszyny. Psy, psia­krew – szep­nął robot­nik i kop­nął z całą nie­na­wi­ścią w bok jakiejś maszyny.

– Towar idzie na zie­mię! – krzyk­nął maj­ster.

Chłop prędko nadział czapkę, przy­giął się nieco i ze spo­ko­jem auto­matu odbie­rał bar­chan czer­wony z maszyny.

III

W restau­ra­cji hotelu Vic­to­ria było pełno.

Wiel­kie, niskie pokoje o ciem­nych ścia­nach i żół­tych, stiu­ko­wych sufi­tach, uda­ją­cych drewno, wypeł­niał hała­śliwy gwar.

Wej­ściowe drzwi z bramy co chwila brzę­czały mosięż­nymi prę­tami zabez­pie­cza­ją­cymi szkło, co chwila ktoś wcho­dził i ginął w mgle dymów i w tłu­mie ludzi zapeł­nia­ją­cych restau­ra­cję; elek­tryczne świa­tła w sali bufe­to­wej wciąż drgały spa­zma­tycz­nie i przy­ga­sały, a gazowe bąki pło­nące rów­no­cze­śnie rzu­cały mętne świa­tło na zbitą około licz­nych sto­li­ków masę ludzi i na białe obrusy.

– Kel­ner, bitte, zahlen4!

– Piwa!

– Kel­ner, bier!

Krzy­żo­wały się woła­nia razem z głu­chym stu­kiem kufli.

Gar­soni w zatłusz­czo­nych fra­kach, z ser­we­tami podob­nymi do ście­rek, prze­su­wali się we wszyst­kich kie­run­kach, bły­ska­jąc brud­nymi tor­sami nad gło­wami piją­cych.

Wrzawa pod­no­siła się bez­u­stan­nie napły­wa­ją­cymi ludźmi i wykrzy­ki­wa­niem:

– „Lodzer Zeitung”5! „Kurier Codzienny”! – jakie rzu­cali chłopcy krę­cący się pomię­dzy sto­łami.

– Szczy­gieł, daj no lodzerkę! – zawo­łał Moryc, sie­dzący w pokoju bufe­to­wym, pod oknem, w oto­cze­niu kilku akto­rów, wiecz­nie prze­sia­du­ją­cych w knaj­pie. – Uwa­ża­cie, co zro­bił wczo­raj nasz „fioł” vel dyrek­tor.

– Mów arcy­fioł – wtrą­cił szep­tem jakiś zgar­biony, stary aktor.

– Głu­piś – odpo­wie­dział mu pierw­szy tajem­ni­czym szep­tem do ucha. – Otóż nasz arcy­fioł wczo­raj w antrak­cie dru­gim przy­szedł za kulisy i skoro tylko Niu­sia zeszła ze sceny, powiada jej: „Tak pani grała wspa­niale, że jak tylko kwiaty będą tro­chę tań­sze, to kupię pani bukiet, cho­ciażby za całe pięć rubli!”.

– Co powie­dział? – zapy­tał stary aktor, nachy­la­jąc się do ucha sąsiada.

– Żebyś pan poca­ło­wał psa w nos.

Wybuch­nęli śmie­chem.

– Panie Welt, panie Mau­rycy, czy pan nie jesteś za cwaj koniak sys­te­mem, co?

– Panie Bum-Bum, ja jestem za sys­te­mem wyrzu­ce­nia pana za drzwi.

– Chcia­łem kazać dać…

– Pan lepiej każ bla­go­wać za sie­bie.

– Cóż, kiedy pan mnie wyrę­czasz. Panno Ani, konia­czek! – zawo­łał, popra­wiw­szy bino­kle i ude­rza­jąc w zaci­śniętą pięść otwartą dło­nią pra­wej ręki.

– Pań­ski przo­dek, panie Mau­rycy, miał wię­cej wycho­wa­nia – zaczął znowu Bum-Bum, sto­jąc na środku pokoju z kawał­kiem kieł­basy na widelcu.

– Ja o pań­skim tego nie mogę powie­dzieć.

– Warum? – rzu­cił ktoś od sąsied­niego sto­lika.

– Bo go wcale nie miał.

– Nie, nie dla­tego, tylko że nie bywał grzecz­nym wzglę­dem swo­ich pach­cia­rzy6. Welt to zna z tra­dy­cji domo­wych.

– Wysor­to­wany dawno dow­cip, pięć­dzie­siąt pro­cent niżej kosztu. Bum-Buma, pano­wie, sprze­daje się przez publiczną licy­ta­cję. Kto da co?! – wykrzyk­nął zło­śli­wie Moryc.

– Co on mówi? – zapy­tał znowu stary aktor szep­tem, kiwa­jąc rów­no­cze­śnie na gar­sona.

– Żeś głupi! – odpo­wie­dział mu tym samym tonem sąsiad.

– Kto co da za Bum-Buma? Pano­wie, Bum-Bum się sprze­daje. Stary jest, brzydki jest, głupi jest, zde­ze­lo­wany jest, ale tanio się sprze­daje! – wykrzy­ki­wał i zamilkł, bo Bum-Bum sta­nął i patrzył na niego, a po chwili rzekł krótko:

– Parch! Panno Ani, konia­czek!

Moryc hała­śli­wie stu­kał kuflem i śmiał się gło­śno, ale nikt mu nie wtó­ro­wał.

Bum-Bum wypił i z pochy­loną kwa­dra­tową twa­rzą koloru szmalcu prze­krwio­nego, z oczami wypu­kłymi, bla­do­nie­bie­skimi, przy­kry­tymi bino­klami na bar­dzo sze­ro­kiej wstążce, z grzywką rzad­kich wło­sów oble­pia­ją­cych mu wyso­kie kwa­dra­towe czoło, o pomarsz­czo­nej, wymię­tej, chro­po­wa­tej skó­rze, z pochy­loną naprzód figurą sta­rego roz­pust­nika cho­dził po całej knaj­pie, powłó­cząc drga­ją­cymi tabe­tycz­nie nogami, przy­cze­piał się do roz­ma­itych grup, gadał dow­cipy, z któ­rych sam śmiał się naj­gło­śniej, albo usły­szane kawały roz­no­sił i powta­rzał z lubo­ścią, popra­wiał obiema rękami bino­kle, witał się pra­wie ze wszyst­kimi wcho­dzą­cymi, a przy­naj­mniej połową, podcho­dził do bufetu, sły­chać było bar­dzo czę­sto jego chra­pliwy, roz­ła­żący się głos.

– Panno Ani, konia­czek. – I trza­śnię­cie dło­nią w pięść zaci­śniętą.

Moryc prze­biegł oczami „Zeitung”, nie­cier­pli­wie spo­glą­dał na drzwi. Cze­kał na Boro­wiec­kiego. Wstał wresz­cie, bo zoba­czył w dru­gim pokoju zna­jomą twarz.

– Leon, kie­dyś przy­je­chał?

– Dzi­siaj rano.

– Jakże ci poszedł sezon? – pytał, sia­da­jąc obok niego na zie­lo­nej kanapce.

– Świe­eeet­nie! – Wycią­gnął nogi na krze­sełku i roz­piął kami­zelkę.

– Myśla­łem dzi­siaj o tobie, a nawet wczo­raj z Boro­wiec­kim mówi­li­śmy.

– Boro­wiecki! Ten od Bucholca?

– Tak.

– On wciąż dru­kuje swoje bojki? Sły­sza­łem, że ma zało­żyć na sie­bie.

– Dla­tego wła­śnie mówi­li­śmy o tobie.

– I co, wełna?

– Bawełna!

– Sama?

– Co to można dzi­siaj wie­dzieć.

– Pie­nią­dze jest?

– Będą, a tym­cza­sem jest coś wię­cej, kre­dyt…

– Do spółki z tobą?

– I z Bau­mem, znasz Maksa?

– Ojej! W tym wekslu jest feler, jeden żyrant nie­pewny! Boro­wiecki – dodał po chwili.

– Dla­czego?

– Pola­czok! – rzu­cił dosyć pogar­dli­wie i wycią­gnął się pra­wie na kanapce i na krze­śle.

Moryc roze­śmiał się wesoło.

– To ty go wcale nie znasz. O nim dużo się w Łodzi będzie mówić. Ja w niego, że zrobi gruby inte­res, tak wie­rzę jak w sie­bie.

– A Baum, cóż to?

– Baum jest wół, jemu trzeba dać się wyspać i wyga­dać, a potem dać robotę, będzie robił jak wół, a zresztą on wcale nie jest głupi. Ty mógł­byś nam dużo pomóc i sam dużo byś zaro­bił. Nam już dawał oferty Kron­gold.

– Idź­cie do Kron­golda, to wielka osoba, on się zna ze wszyst­kimi bała­ga­nami, które kupują dłu­giego towaru za sto rubli rocz­nie; to jest wielki reisen­der7 na Kutno, na Skier­ni­wice. Zrób­cie z nim inte­res, ja się nie narzu­cam! Ja mam co sprze­da­wać, ja mam list przy sobie Bucholca, on mi chce powie­rzyć agen­turę swo­ich towa­rów na cały Wschód, a jakie warunki mi daje! – I zaczął gorącz­kowo roz­pi­nać się i szu­kać po wszyst­kich kie­sze­niach tego listu.

– Wiem o tym, nie szu­kaj. Boro­wiecki mi wczo­raj mówił, bo to on pora­dził cie­bie Buchol­cowi.

– Boro­wiecki! Naprawdę? Dla­czego?

– Bo on jest mądry i myśli o przy­szło­ści.

– I tak sobie, prze­cież za taki inte­res mógłby grubo zaro­bić. Ja sam dał­bym dwa­dzie­ścia tysięcy bares geld8, jak tu sie­dzę. Co on w tym ma? I do tego my się pra­wie nie znamy.

– Co on w tym ma, to on ci sam powie, ale tylko tyle ci powiem, że gotówki nie weź­mie.

– Szlach­cic! – szep­nął z pew­nym drwią­cym poli­to­wa­niem Leon i splu­nął na śro­dek pokoju.

– Nie, on tylko mądrzej­szy od najmądrzej­szych reisen­de­rów i agen­tów na cały Wschód – odpo­wie­dział Moryc, dzwo­niąc nożem w kufel. – Dużoś sprze­dał?

– Za kil­ka­dzie­siąt tysięcy, kil­ka­na­ście tysięcy gotówki, a reszta naj­lep­sze weksle, bo na cztery mie­siące z żyrem Safo­nowa! Jedwabny inte­res. – Ude­rzył Moryca w kolano z zado­wo­le­nia. – Mam i dla cie­bie obsta­lu­nek. Widzisz, co to przy­jaźń.

– Na ile?

– Razem ze trzy tysiące rubli.

– Długi czy krótki towar?

– Krótki.

– Weksel czy nachname9?

– Nachname? Zaraz ci dam zamó­wie­nie. – Zaczął prze­wra­cać w olbrzy­mim, zamy­ka­nym na klucz pugi­la­re­sie.

– Co ci mam dać?

– Jeżeli gotówka, to wystar­czy jeden pro­cent, po przy­ja­ciel­sku.

– Gotówki teraz potrze­buję na gwałt, mam wypłaty, ale w ciągu tygo­dnia zapłacę.

– Dobrze. Masz zamó­wie­nie. Wiesz, w Bia­łym­stoku spo­tka­łem Łusz­czew­skiego, przy­je­cha­li­śmy razem do Łodzi.

– Gdzież ten hra­bia jedzie?

– Przy­je­chał do Łodzi robić inte­res.

– On! Ma widać za dużo; trzeba się z nim zoba­czyć.

– Nic nie ma, przy­je­chał się doro­bić czego.

– Jak to nic nie ma, prze­cież jeź­dzi­li­śmy całą bandą z Rygi jesz­cze do jego mająt­ków. Był pan na gruby spo­sób! I nic mu już nie zostało?

– Zostało! Tro­chę gumy z powo­zów na kalo­sze! Ha, ha, ha, kapi­talny witz10. – Ude­rzył go w kolano.

– Cóż zro­bił z mająt­kiem? Liczyli go lekko na dwie­ście tysięcy.

– A on teraz liczy sam, że ma ze sto tysięcy dłu­gów, a to skromny czło­wiek.

– Mniej­sza z nim. Napi­jesz się?

– Warto by przed teatrem.

– Kel­ner, koniak, kawior, bef­sztyk po tatar­sku, por­ter ory­gi­nalny, gal­lopp!

– Bum-Bum, chodź no pan do nas! – krzyk­nął Leon.

– Jak się pan ma, jakże zdró­weczko, jakże inte­re­siki! – wykrzy­ki­wał, ści­ska­jąc mu rękę.

– Dzię­kuję, bar­dzo dobrze. Przy­wio­złem dla pana umyśl­nie z Ode­ssy coś. – Wyjął z pugi­la­resu rysu­nek por­no­gra­ficzny i podał.

Bum-Bum popra­wił obiema rękami bino­kle, wziął rysu­nek i zanu­rzył się w nim cały z lubo­ścią. Twarz mu poczer­wie­niała, mla­skał języ­kiem, obli­zy­wał swoje sine opad­nięte wargi, trząsł się cały z zado­wo­le­nia.

– Cudowne, cudowne. Nie­by­wałe! – wykrzy­ki­wał i powlókł się poka­zy­wać wszyst­kim.

– Świ­nia – mruk­nął Moryc nie­chęt­nie.

– Lubi dobre rze­czy, a że jest znawcą…

– Nie pozna­łeś znowu kogo? – zapy­tał nieco iro­nicz­nie.

– Cze­kaj!… – Trza­skał w palce, potem w kolano Moryca, uśmiech­nął się i z pugi­la­resu, spo­mię­dzy rachun­ków i not wydo­był foto­gra­fię kobiety.

– Co? Ładna maszyna? – mówił z naj­wyż­szym zado­wo­le­niem, przy­mru­ża­jąc oczy.

– Tak.

– Prawda! Ja zaraz pomy­ślał, że będzie ci się podo­bać. To Fran­cu­zeczka, a!

– Wygląda na Holen­derkę, ale krowę.

– Keine gada­nie. To droga sztuka, stówka za nic.

– Dał­bym pięć za wyrzu­ce­nie jej za drzwi.

– Ty zawsze jesteś… no, już nie powiem.

– A ty masz reisen­de­row­skie gusta. Skąd takie bydlę, gdzieś poznał?

– W Niż­nim ja sobie „poku­tił nie­mno­żeczko” z kup­cami, to oni mówią w końcu: „Chodź, pan Lew, w cafée con­cert!”. Poszli. Nu, wódka, koniak, szam­pań­skie pili pra­wie z beczki, a potem słu­chali śpiewu, ona śpie­waczka, że…

– Zacze­kaj, w tej chwili przyjdę! – prze­rwał Moryc, zerwał się i pod­szedł do tęgiego Niemca, który wszedł do restau­ra­cji i roz­glą­dał się po sali.

– Gut mor­gen, panie Müller!

– Mor­gen! Jak się pan ma, panie… – odpo­wie­dział nie­dbale i roz­glą­dał się dalej.

– Pan szuka kogo? Może ja będę mógł pana obja­śnić – nastrę­czał się natar­czy­wie Moryc.

– Szu­kam pana Boro­wiecki, tylko po to wsze­dłem.

– Będzie zaraz, bo ja wła­śnie cze­kam na niego. Może pan pozwoli do sto­lika. To mój kolega, Leon Kohn! – reko­men­do­wał.

– Müller! – rzu­cił z pewną dumą i przy­siadł się.

– Kto by nie wie­dział o tym! Każde dziecko w Łodzi wie takie nazwi­sko – mówił prędko Leon, śpiesz­nie się zapi­na­jąc i robiąc miej­sce na kana­pie.

Müller uśmiech­nął się pobłaż­li­wie i patrzał ku drzwiom, bo wszedł Boro­wiecki w towa­rzy­stwie, ale zoba­czyw­szy go, towa­rzy­szy zosta­wił przy drzwiach i z kape­lu­szem w ręku szedł do tego kró­lika baweł­nia­nego, po któ­rego wej­ściu przy­ci­szyło się w knaj­pie i wszy­scy śle­dzili go z nie­na­wi­ścią, zazdro­ścią i dumą.

– Pra­wie cze­ka­łem na pana – zaczął Müller. – Mam do pana inte­res. – Ski­nął głową Mory­cowi i Leonowi, uśmiech­nął się do pozo­sta­łych, objął ręką w pas Boro­wiec­kiego i wypro­wa­dził z knajpy. – Tele­fo­no­wa­łem do fabryki, ale mi odpo­wie­dziano, że pan dzi­siaj wyszedł wcze­śniej.

– Żałuję teraz bar­dzo – rzekł uprzej­mie.

– Pisa­łem nawet do pana, sam pisa­łem – dodał moc­niej, z wielką pew­no­ścią, cho­ciaż na pewno wie­dziano w mie­ście, że umiał zale­d­wie się pod­pi­sać.

– Nie ode­bra­łem listu, bo zupeł­nie nie wstę­po­wa­łem do miesz­ka­nia.

– Pisa­łem o tym, com już kie­dyś wspo­mi­nał. Ja jestem pro­sty czło­wiek, panie von Boro­wiecki, to ja powiem raz jesz­cze i pro­sto: dam panu tysiąc rubli wię­cej, wstąp pan do mojego inte­resu.

– Bucholc dałby mi dwa tysiące wię­cej, abym tylko został – szep­nął zimno.

– Dam panu trzy, no, dam panu cztery! Sły­szysz pan, cztery tysiące rubli wię­cej, to jest całe czter­na­ście tysięcy rocz­nie, ładny grosz!

– Bar­dzo panu dzię­kuję, ale nie mogę przy­jąć tak wspa­nia­łej pro­po­zy­cji.

– Zosta­jesz pan u Bucholca? – zapy­tał prędko.

– Nie. Powiem otwar­cie, dla­czego nie przyj­muję pań­skiej oferty ani nie zostaję w fir­mie. Zakła­dam sam fabrykę.

Müller przy­sta­nął, odsu­nął się nieco, popa­trzył i ciszej, z pew­nym jakby sza­cun­kiem zapy­tał:

– Bawełna?

– Nie powiem nic prócz tego, że żad­nej kon­ku­ren­cji panu nie zro­bię.

– Mnie jest ganz-pom­made, wszyst­kie kon­ku­ren­cje! – wykrzyk­nął, ude­rza­jąc się po kie­szeni. – Co mi pan może zro­bić, co mi kto może zro­bić? Kto co zrobi milio­nom?

Boro­wiecki nic się nie ode­zwał, tylko uśmie­chał się, zapa­trzony przed sie­bie.

– Co to będzie za towar? – zaczął Müller, znowu ujmu­jąc go nie­miec­kim oby­cza­jem wpół. Spa­ce­ro­wali tak po asfal­to­wym, powy­bi­ja­nym chod­niku, pro­wa­dzą­cym przez podwó­rze hote­lowe do gma­chu teatral­nego, sto­ją­cego w głębi, oświe­tlo­nego wielką latar­nią elek­tryczną.

Tłumy ludzi szły do teatru.

Powóz za powo­zem zajeż­dżał przed hote­lową bramę i wyrzu­cał cięż­kich i prze­waż­nie opa­słych męż­czyzn i bar­dzo wystro­jone kobiety, które pootu­lane szły pod para­so­lami tym chod­ni­kiem, ośli­zgłym od wil­goci, bo cho­ciaż deszcz ustał już, ale gęsta lepka mgła opa­dała na zie­mię.

– Pan mi się podoba, panie von Boro­wiecki – mówił Müller, nie docze­kaw­szy się odpo­wie­dzi. – Tak mi się pan podoba, że jak tylko pan zrobi klapę, to zawsze znaj­dzie pan u mnie miej­sce na jakie parę tysięcy rubli.

– Teraz dałby mi pan wię­cej?

– No, bo teraz pan jesteś dla mnie wię­cej wart.

– Dzię­kuję za szcze­rość. – Uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

– Ale ja pana nie chcia­łem obra­zić, ja mówię tak, jak myślę – uspra­wie­dli­wiał się gorąco, doj­rzaw­szy ten uśmiech.

– Wie­rzę. Skoro zro­bię klapę raz, to tylko dla­tego, żeby drugi raz jej nie zro­bić.

– Pan jesteś głowa, panie Boro­wiecki, pan mi się ogrom­nie podoba. My razem mogli­by­śmy robić dobre inte­resy.

– Cóż, kiedy musimy je robić osobno. – Zaśmiał się, kła­nia­jąc się nisko jakimś damom prze­cho­dzą­cym.

– Ładne kobiety, te Polki, ale moja Mada też ładna.

– Bar­dzo ładna – powie­dział poważ­nie, pod­no­sząc na niego oczy.

– Ja mam myśl! Ja ją panu kiedy indziej powiem! – zawo­łał tajem­ni­czo. – Masz pan miej­sce w teatrze?

– Mam krze­sło, przy­słali mi dwa tygo­dnie temu.

– Nas tylko troje będzie w loży.

– Są i panie?

– One już w teatrze, a ja umyśl­nie zosta­łem, aby się widzieć z panem, no i na nic moje plany. Do widze­nia, pan zaj­rzy do loży?

– Z pew­no­ścią, będzie to dla mnie bar­dzo przy­jem­nym obo­wiąz­kiem.

Müller znik­nął w drzwiach teatru, a on powró­cił do restau­ra­cji. Nie zastał już Moryca, który przez gar­sona kazał powie­dzieć, że czeka w teatrze.

W bufe­cie, gdzie poszedł napić się wódki, bo czuł się dziw­nie zde­ner­wo­wa­nym, nie było pra­wie nikogo, prócz Bum-Buma, który przy­sło­nięty gazetą drze­mał w kącie.

– Bum, nie idziesz pan do teatru?

– Te, po co mi to. Bawełnę oglą­dać, prze­cież ich znam. Pan idzie?

– A zaraz.

Jakoż i wyszedł, odna­lazł swoje miej­sce w pierw­szym rzę­dzie obok Moryca i Leona, który zawzię­cie kła­niał się i lor­ne­to­wał jakieś blon­dynki sie­dzące na pierw­szym pię­trze.

– Kra­sa­wica pierw­szy sort, ta moja blon­dynka, patrz Moryc.

– Znasz ją bli­żej?

– Czy ja ją znam bli­żej? Ha, ha, ha, ja ją znam bar­dzo bli­żej! Poznaj mnie z Boro­wiec­kim.

Moryc ich pozna­jo­mił zaraz.

Leon chciał coś mówić, już nawet klep­nął w kolano Moryca, ale Boro­wiecki wstał i odwró­cony twa­rzą do sali zapeł­nio­nej od góry do dołu naj­lep­szą, na jaką tylko było stać Łódź, publicz­no­ścią, przy­glą­dał się uważ­nie, co chwila kła­nia­jąc się to lożom, to krze­słom, nie­sły­cha­nie dys­tyn­go­wa­nym ruchem głowy.

Stał spo­koj­nie pod ogniem lor­ne­tek i spoj­rzeń, jakie w niego ude­rzały ze wszyst­kich stron teatru, który wrzał niby ul świeżo obsa­dzo­nym rojem.

Jego wysoka, roz­ro­śnięta, bar­dzo zgrabna postać ryso­wała się wykwintną syl­wetką. Piękna twarz, o bar­dzo typo­wym, wyde­li­ka­co­nym rysunku, ozdo­biona prze­ślicz­nymi wąsami sta­ran­nie utrzy­my­wa­nymi i usta o spodniej war­dze sil­nie wysu­nię­tej, i pewna nie­dba­łość w ruchach i spoj­rze­niach, czy­niły go typem dżen­tel­mena.

Nikt nie mógłby był z jego powierz­chow­no­ści wykwint­nej poznać, że ma przed sobą czło­wieka, który jako che­mik fabryczny, jako kolo­ry­sta, był nie­zrów­nany w swo­jej spe­cjal­no­ści; czło­wieka, o któ­rego toczyły się wojny pomię­dzy fabry­kami baweł­nia­nymi, by go zdo­być dla sie­bie; był takim, który w tym dziale fabry­ka­cji robił prze­wroty.

Szare, z nie­bie­ska­wym odcie­niem oczy, twarz sucha, brwi pra­wie ciemne, czoło twardo mode­lo­wane nada­wały mu coś dra­pież­nego.

Czuć było w nim silną wolę i nie­ugię­tość.

Patrzył dosyć wynio­śle na teatr zalany świa­tłem i na tę barwną, błysz­czącą bry­lan­tami publicz­ność.

Loże podobne były do żar­di­nie­rek wybi­tych wiśnio­wym aksa­mi­tem, na któ­rego tle niby kwiaty sie­działy strojne kobiety, skrzące się dro­gimi kamie­niami.

– Karol, ile może być dzi­siaj milio­nów w teatrze? – zapy­tał cicho Moryc.

– Będzie ze dwie­ście – odpo­wie­dział tak samo, z wolna ogar­nia­jąc znane twa­rze milio­ne­rów.

– Tu rze­czy­wi­ście pach­nie milio­nami – wtrą­cił Leon, wcią­ga­jąc w sie­bie powie­trze prze­sy­cone zapa­chem per­fum, kwia­tów świe­żych i błota przy­nie­sio­nego z ulicy.

– Cebulą i kar­to­flami przede wszyst­kim – szep­nął pogar­dli­wie Boro­wiecki i kła­niał się z bar­dzo słod­kim uśmie­chem do jed­nej z lóż par­te­ro­wych, przy samej sce­nie, wspa­niale pięk­nej Żydówce w czar­nej jedwab­nej sukni decolté, z któ­rej wychy­lały się olśnie­wa­jące bia­ło­ścią, prze­pysz­nie ufor­mo­wane ramiona i szyja okrę­cona w sznur bry­lan­tów. Bry­lanty poły­ski­wały nad skro­niami, w grze­by­kach upi­na­ją­cych czarne puszy­ste włosy, zacze­sane modą cesar­stwa – na uszy, w któ­rych rów­nież skrzyły się bry­lanty zadzi­wia­ją­cej wiel­ko­ści, bry­lanty lśniły się u gorsu, w agra­fie spi­na­ją­cej sta­nik i poły­ski­wały w bran­so­let­kach okrę­ca­ją­cych ręce obcią­gnięte w czarne ręka­wiczki. Wiel­kie, podłużne oczy fioł­kowe niby naj­wspa­nial­sze sza­firy paliły się ostro. Twarz miała o gorą­cym tonie lekko oliw­ko­wym, prze­sy­co­nym nieco kar­mi­nem krwi, czoło niskie, brwi sil­nie zary­so­wane, nos pro­sty i cienki i dosyć duże, pełne usta.

Spo­glą­dała z pew­nym upo­rem na Boro­wiec­kiego, nie zwa­ża­jąc, że ją lor­ne­to­wano ze wszyst­kich lóż, cza­sami rzu­cała nie­znaczne spoj­rze­nia na sie­dzą­cego tro­chę w głębi loży męża, starca o wybit­nie semic­kim typie, który z opusz­czoną głową na piersi sie­dział zato­piony w roz­my­śla­niach, chwi­lami budził się, rzu­cał prze­ni­kliwe spoj­rze­nia spod zło­tych oku­la­rów na salę, obcią­gał na wydat­nym brzu­chu kami­zelkę i szep­tał żonie:

– Lucy, czemu się ty tak wysta­wiasz?

Uda­wała, że nie sły­szy, i prze­glą­dała dalej loże i krze­sła, zapchane publicz­no­ścią o typach prze­waż­nie semic­kich i ger­mań­skich, albo patrzyła na Boro­wiec­kiego, który chwi­lami odczu­wał te spoj­rze­nia, bo się odwra­cał do niej twa­rzą, ale stał zimny na pozór i obo­jętny.

– Ładny kawa­łek kobiety z tej Zuc­ke­ro­wej – szep­nął Leon do Boro­wiec­kiego, bo chciał zacząć roz­mowę, aby się dowie­dzieć bliż­szych szcze­gó­łów o swo­jej agen­tu­rze.

– Uwa­żasz pan?… – odpo­wie­dział chłodno tam­ten.

– Ja bo widzę. Patrz pan, jej biust, ja to naj­le­piej lubię w kobie­cie, a ona ma biust fron­towy, jak aksa­mit, ha, ha, ha.

– Z czego się śmie­jesz? – pytał cie­ka­wie Moryc.

– Zro­bi­łem pyszny witz. – I powta­rzał go Mory­cowi ze śmie­chem.

Umil­kli, bo kur­tyna się pod­nio­sła, wszyst­kie oczy uto­nęły w sce­nie, tylko Zuc­ke­rowa zza wachla­rza patrzyła w Karola, który zda­wał się tego nie spo­strze­gać, co ją tak widocz­nie iry­to­wało, że po kilka razy skła­dała wachlarz i ude­rzała nim w para­pet jakby od nie­chce­nia.

Uśmie­chał się nie­znacz­nie, rzu­cał na nią krót­kie spoj­rze­nia i patrzył dalej z uwagą wielką na scenę, gdzie ama­to­rzy i ama­torki paro­dio­wali praw­dzi­wych akto­rów i sztukę. Było to bowiem przed­sta­wie­nie na cel dobro­czynny, zło­żone z dwóch kome­dy­jek, śpiewu solo­wego, gry na skrzyp­cach i for­te­pia­nie i żywych obra­zów na zakoń­cze­nie.

W antrak­cie Boro­wiecki wstał, aby iść do loży Müllerów, zatrzy­mał go Kohn.

– Panie Boro­wiecki, ja chcia­łem z panem pomó­wić.

– Może po teatrze, bo, jak pan widzi, teraz nie mam czasu – szep­nął i poszedł.

– On jest wielki pan, teraz nie ma czasu.

– Ma rację, tutaj wcale nie miej­sce do inte­re­sów.

– Moryc, tyś zgłu­piał do reszty, co ty wyga­du­jesz, dla inte­re­sów jest wszę­dzie miej­sce, tylko ten von Boro­wiecki to wielki książę od Bucholca i Spółki, wielka osoba!

Boro­wiecki tym­cza­sem wszedł do loży Müllerów, stary wyszedł, aby mu zro­bić miej­sce, bo już tam na czwar­tego sie­dział jakiś niski, gruby Nie­miec.

Przy­wi­tał się z matką drze­miącą w głębi loży i z córką, która pod­nio­sła się nie­mal na jego wej­ście.

– Störch.

– Boro­wiecki.

Skrzy­żo­wały się nazwi­ska i dło­nie.

Karol usiadł.

– Jak się pani bawi? – zapy­tał, aby coś powie­dzieć.

– Dosko­nale, wybor­nie! – wykrzyk­nęła i jej okrą­gła, różowa twarz, podobna do mło­dej rzod­kiewki świeżo obmy­tej, roz­bły­sła sil­niej­szymi rumień­cami, co tym moc­niej odbi­jały przy jasno­zie­lo­nej sukni.

Pod­nio­sła chu­s­teczkę do twa­rzy, aby przy­sło­nić rumieńce, bo się ich wsty­dziła.

Matka zarzu­ciła jej na ramiona wspa­niały koron­kowy szal, bo prze­ciąg od drzwi otwar­tych prze­wie­wał po teatrze, i drze­mała dalej.

– A pan? – zapy­tała po chwili, pod­no­sząc na niego nie­bie­skie, zupeł­nie por­ce­la­nowe oczy, o jasnych zło­ta­wych obrze­żach rzęs i w tej chwili, z roz­chy­lo­nymi nieco, bla­dymi ustami dziecka, z twa­rzyczką pod­nie­sioną, podobna była do świeżo upie­czo­nej bułki.

– Powiem to samo: wybor­nie, dosko­nale albo: dosko­nale, wybor­nie.

– Dobrze grają, prawda?

– Tak, po ama­tor­sku. Myśla­łem, że pani weź­mie udział w przed­sta­wie­niu.

– Ja bar­dzo pra­gnę­łam, ale kiedy mnie nikt nie zapro­sił – mówiła szcze­rze, z wielką przy­kro­ścią.

– Pro­jekt ten ist­niał, ale nie miano odwagi, bano się odmowy, zresztą do domu pań­stwa wstęp tak trudny, jakby na dwór kró­lew­ski.

– Ja, ja to samo mówił pan­nie Mada – wtrą­cił Störch.

– To pan winien, prze­cież pan bywa u nas, trzeba było mi powie­dzieć.

– Nie mia­łem czasu i zapo­mnia­łem – tłu­ma­czył się pro­sto.

Zapa­no­wało mil­cze­nie.

Störch odka­sły­wał, nachy­lał się już, aby zacząć roz­mowę, ale cofał się, widząc, że Boro­wiecki znu­dzo­nym wzro­kiem włó­czy po teatrze, a Mada była jakaś pomie­szana, bo chciała dużo mówić, a teraz, gdy ten Boro­wiecki sie­dzi obok niej, gdy loże ze spe­cjal­nym zain­te­re­so­wa­niem lor­ne­tują ich, nie wie, co mówić, wresz­cie zaczęła.

– Pan będzie w naszej fir­mie?

– Nie­stety, musia­łem ojcu pani odmó­wić.

– A papa tak liczył na pana.

– Ja sam bar­dzo żałuję.

– Myśla­łam, że we czwar­tek pan u nas będzie, bo mam pewną prośbę.

– Mogęż ją zaraz wysłu­chać?

Pochy­lił głowę ku niej i spo­glą­dał do loży Zuc­ke­rów.

Lucy wachlo­wała się gwał­tow­nie i widocz­nie poza wachla­rzem kłó­ciła się z mężem, który raz po raz obcią­gał kami­zelkę na brzu­chu i wypro­sto­wy­wał się na krze­śle.

– Chcia­łam pro­sić, aby mi pan wska­zał nie­które pol­skie książki do czy­ta­nia. Mówi­łam to już papie, ale powie­dział mi, że jestem głu­pia i powin­nam się zająć domem i gospo­dar­stwem.

– Ja, ja. Fater tak powie­działa – szep­nął znowu Störch, cofa­jąc się nieco z krze­słem, bo go Boro­wiecki ude­rzył oczami.

– Dla­czego pani chce tego, po co to pani? – zapy­tał dosyć twardo.

– A bo chcę – odparła rezo­lut­nie. – Chcę i pro­szę o infor­ma­cję.

– Brat musi mieć prze­cież w tym nowym pała­cyku i biblio­tekę.

Zaśmiała się bar­dzo ser­decz­nie i bar­dzo cichutko.

– Co pani widzi śmiesz­nego w moim przy­pusz­cze­niu?

– Ale, bo Wil­helm tak nie lubi ksią­żek, że kie­dyś pognie­wał się na mnie i gdy byłam z mamą w mie­ście, spa­lił mi wszyst­kie moje książki.

– Ja, ja. Wil­helm nie lubi ksią­żek, on jest dobry bursz11.

Boro­wiecki popa­trzył zimno na Störcha i rzekł:

– Dobrze, przy­ślę pani jutro spis tytu­łów.

– A jeśli­bym ja pra­gnęła mieć ten spis zaraz, natych­miast.

– To natych­miast mogę kilka tytu­łów napi­sać, a resztę jutro.

– Pan jest dobry chło­pak – powie­działa wesoło, ale ujrzaw­szy, że usta mu drgnęły uśmie­chem iro­nii, roz­czer­wie­niła się jak piwo­nia.

Napi­sał na bile­cie wizy­to­wym, opa­trzo­nym w herby, poże­gnał się i wyszedł.

W kory­ta­rzu spo­tkał się ze sta­rym Szają Men­del­soh­nem, praw­dzi­wym kró­lem baweł­nia­nym, któ­rego nazy­wano krótko – Szaja.

Był to wysoki, chudy Żyd, o wiel­kiej, bia­łej, iście patriar­chal­nej bro­dzie, ubrany w długi, zwy­kły cha­łat, który mu się tłukł po pię­tach.

Szaja zawsze bywał tam, gdzie przy­pusz­czał, iż będzie Bucholc, jego naj­więk­szy współ­za­wod­nik w kró­le­stwie baweł­nia­nym, naj­więk­szy fabry­kant łódzki i do tego oso­bi­sty nie­przy­ja­ciel.

Zagro­dził drogę Boro­wiec­kiemu, który uchy­la­jąc kape­lu­sza, chciał przejść dalej.

– Witam pana. Nie ma dzi­siaj Her­mana, dla­czego? – zapy­tał ohydną pol­sz­czy­zną.

– Nie wiem – odparł krótko, bo nie cier­piał Szai, jak go nie cier­piała cała nie­ży­dow­ska Łódź.

– Żegnam pana – rzu­cił sucho i pogar­dli­wie Szaja.

Boro­wiecki nic nie odpo­wie­dział i poszedł na pierw­sze pię­tro, do jed­nej z lóż, w któ­rej był cały bukiet kobiet, pomię­dzy nimi zastał Moryca i Horna.

W loży było nad­zwy­czaj wesoło i bar­dzo cia­sno.

– Nasza mała ślicz­nie gra, prawda, panie Boro­wiecki?

– Tak i bar­dzo żałuję, że nie zaopa­trzy­łem się w bukiet.

– My go mamy, poda­dzą jej po dru­giej sztuce.

– Że jest cia­sno beze mnie i wesoło beze mnie, że panie mają już asy­stę, wycho­dzę.

– Zostań pan z nami, będzie jesz­cze wese­lej – pro­siła go jedna z kobiet w lilio­wej sukni, z liliową twa­rzą i z lilio­wymi oczami.

– Wese­lej to pew­nie nie, ale że cia­śniej, to z pew­no­ścią! – zawo­łał Moryc.

– To wyjdź, będzie zaraz wię­cej miej­sca.

– Żebym mógł iść do loży Müllerów, to bym wyszedł.

– Mogę ci to uła­twić.

– Ja wycho­dzę i zaraz zrobi się wię­cej miej­sca! – zawo­łał Horn, ale pochwy­ciw­szy pro­szące spoj­rze­nie mło­dej dziew­czyny, sie­dzą­cej na fron­cie loży, pozo­stał.

– Wie pani, panno Mario, ile się tak­suje panna Müller? Pięć­dzie­siąt tysięcy rubli rocz­nie!

– Mocna panna! Ja bym się puścił na ten inte­res – szep­nął Moryc.

– Przy­suń się pan bli­żej, to coś opo­wiem – szep­nęła liliowa i pochy­liła nisko głowę tak, że jej ciemne, puszy­ste włosy doty­kały skroni nachy­lo­nego do niej Boro­wiec­kiego. Zasło­niła się wachla­rzem i szep­tała mu długo do ucha.

– Nie spi­skuj­cie! – zawo­łała naj­star­sza w loży, zupeł­nie w stylu barocco, piękna, czter­dzie­sto­kil­ku­let­nia kobieta, o cerze olśnie­wa­ją­cej, siwych zupeł­nie wło­sach, nad­zwy­czaj obfi­tych, czar­nych oczach i brwiach i o maje­sta­tycz­nej, impo­nu­ją­cej postaci, która prze­wod­ni­czyła całej loży.

– Pani Ste­fa­nia opo­wia­dała mi cie­kawe szcze­góły o tej nowej baro­no­wej.

– No, nie powtó­rzy­łaby tego przy wszyst­kich – szep­nęła baro­kowa.

– Panna Mada Müller raczy nas lor­ne­to­wać, o!

– Wygląda dzi­siaj jak młoda, tłu­ściutka, osku­bana z pió­rek gęś, okrę­cona w nać z pie­truszki.

– Pani Ste­fa­nia udaje dzi­siaj zło­śliwą – szep­nął Horn.

– Albo tamta, Sza­jówna, cały maga­zyn jubi­ler­ski ma na sobie.

– Prze­cież stać ją nawet na dwa sklepy jubi­ler­skie – wtrą­cił Moryc, wpa­ko­wał bino­kle na nos i patrzył na dół, na lożę Men­del­soh­nów, gdzie sie­działa z ojcem jego naj­młod­sza córka ubrana z nie­sły­cha­nym prze­py­chem z jakąś drugą panną.

– Któ­raż kulawa?

– Róża, ta po lewej stro­nie, ruda.

– Wczo­raj była u mnie w skle­pie, prze­rzu­ciła wszystko, nic nie kupiła i poszła, ale mia­łam czas się jej przyj­rzeć, jest zupeł­nie brzydka – mówiła pani Ste­fa­nia.

– Ona jest prze­śliczną, ona jest anioł, co to anioł, ona jest cztery albo pięt­na­ście anio­łów! – wykrzy­ki­wał Moryc, prze­drzeź­nia­jąc sta­rego Szaję.

– Do widze­nia paniom, chodź, Moryc, pan Horn zosta­nie przy paniach.

– Może pano­wie przyjdą do nas na her­batę po teatrze? – pro­siła wszyst­kich liliowa, patrząc na Boro­wiec­kiego.

– Dzię­kuję bar­dzo, ale przyjdę jutro, dzi­siaj nie mogę.

– Czy jesteś pan zamó­wiony do Müllerów? – szep­nęła tro­chę cierpko.

– Do Grand Hotelu. Dzi­siaj sobota, przy­jeż­dża Kurow­ski, jak zwy­kle, a ja mam z nim do obga­da­nia nie­sły­cha­nie ważne rze­czy.

– To załatw się z nim pan w teatrze, musi prze­cież być.

– On prze­cież nie bywa w teatrze, nie zna go pani?

Ukło­nił się i wyszedł, prze­pro­wa­dzony dziw­nym spoj­rze­niem pani Ste­fa­nii.

Akt dosyć dawno się już cią­gnął, więc prze­su­wał się do swo­jego miej­sca i siadł, ale nie słu­chał, bo naokoło szep­tano coś nader tajem­ni­czo.

Zdzi­wił wszyst­kich fakt, że w cza­sie sztuki wywo­łano z loży Knolla, zię­cia Bucholca, który sie­dział samot­nie w loży, na wprost Zuc­ke­rów, a potem, że wyniósł się z teatru cicha­czem Gros­glik, naj­więk­szy ban­kier łódzki.

Przy­nie­śli mu depe­szę, z którą pole­ciał do Szai.

Szcze­góły te, poda­wane sobie szep­tem, oble­ciały niby bły­ska­wica teatr i wzbu­dziły jakiś ciemny, nie­wy­tłu­ma­czony nie­po­kój w przed­sta­wi­cie­lach róż­nych firm.

– Co się stało? – zapy­ty­wano, nie znaj­du­jąc odpo­wie­dzi na razie.

Kobiety słu­chały sztuki, ale więk­szość męż­czyzn z par­teru i z lóż przy­pa­try­wała się z nie­po­ko­jem kró­lom i kró­li­kom łódz­kim.

Men­del­sohn sie­dział zgar­biony, z oku­la­rami na czole, gła­dził chwi­lami brodę wspa­nia­łym ruchem i szcze­rze zda­wał się pochło­nięty przed­sta­wie­niem.

Knoll, wszech­po­tężny Knoll, zięć i następca Bucholca, także słu­chał z uwagą.

Müller istot­nie musiał nie wie­dzieć o niczym, bo śmiał się na całe gar­dło z dow­ci­pów mówio­nych na sce­nie, śmiał się tak szcze­rze, że chwi­lami Mada szep­tała cicho:

– Papo, tak nie można.

– Zapła­ci­łem, to się bawię – rzu­cał jej w odpo­wie­dzi i istot­nie bawił się zupeł­nie.

Zuc­ker znik­nął, w loży sie­działa samot­nie Lucy i znowu patrzyła na Boro­wiec­kiego.

Mniejsi poten­taci i przed­sta­wi­ciele takich firm jak: Ende-Grisz­pan, Wolk­man, Bau­ve­cel Fitze, Biber­stein, Pin­czow­ski, Pru­sak, Sto­jow­sky, krę­cili się na swo­ich miej­scach coraz nie­spo­koj­niej, szepty prze­la­ty­wały z końca w koniec teatru, co chwila ktoś się wysu­wał i nie powra­cał.

Oczy badały naokoło, na ustach tkwiły zapy­ta­nia, nie­po­kój wszyst­kimi owła­dał coraz sil­niej­szy.

A nikt nie umiał sobie wytłu­ma­czyć dla­czego, cho­ciaż wszy­scy byli pewni, że stało się coś waż­nego.

Z wolna to zde­ner­wo­wa­nie udzie­lało się tym nawet, któ­rzy nie oba­wiali się żad­nych złych wie­ści.

Wszy­scy poczuli drże­nie łódz­kiego gruntu, tak czę­sto w ostat­nich cza­sach nawie­dza­nego kata­kli­zmem.

Tylko góra, tanie miej­sca, nic nie odczu­wała, bawiła się wciąż wybor­nie, wybu­chała śmie­chem, biła okla­ski, wołała „brawo”.

Śmiech jakby falą buchał z dru­giego pię­tra i roz­pry­ski­wał się kaskadą dźwię­ków na par­ter i loże, na te wszyst­kie głowy i dusze tak nagle zanie­po­ko­jone, na te miliony roz­po­starte na aksa­mi­cie, ubry­lan­to­wane, pyszne swą wła­dzą i wiel­ko­ścią.

Ze wszyst­kich lóż tylko loża zna­jo­mych Boro­wiec­kiego pań brała udział w zaba­wie i bawiła się dosko­nale.

Potwo­rzyły się pewne rafy na tym rucho­mym morzu, które sie­działy spo­koj­nie, wpa­trzone w scenę; były to rodziny prze­waż­nie pol­skie, któ­rych nic nie mogło zanie­po­koić, bo nic nie miały do stra­ce­nia.

– To bawełna – szep­nął Leon do Boro­wiec­kiego. – Patrz pan, wełna i inni sie­dzą pra­wie spo­koj­nie, są tylko cie­kawi. Ja się na tym znam.

– Frum­kin w Bia­łym­stoku, Licha­czew w Rosto­wie, Ałpa­sow w Ode­ssie. Klapa – szep­nął Moryc, który skąd­ciś dowie­dział się tego.

Wszy­scy trzej byli to kupcy en gros, jedni z naj­więk­szych odbior­ców łódz­kich.

– Na ile Łódź zaan­ga­żo­wana? – pytał Boro­wiecki.

Moryc znowu wyszedł i powró­cił po kilku minu­tach, był znacz­nie bled­szy, usta miał skrzy­wione, oczy świe­ciły dziw­nie; nie mógł ze wzru­sze­nia tra­fić z bino­klami na nos.

– Jest jesz­cze jeden. Rogo­puło w Ode­ssie. Muro­wane firmy, same muro­wane!

– Wysoko leżą?