Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 856 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ziemia Nod - Radosław Kobierski

Po hebrajsku „nod" znaczy „błądzić". Do biblijnego kraju Nod został wygnany Kain po zabójstwie Abla. W napisanej z epickim rozmachem powieści Kobierskiego błądzą poszczególni ludzie, ale także rodziny, wspólnoty, całe narody. Olga, niedoszła zakonnica, umiera podczas porodu, bo nie usunęła groźnej dla siebie ciąży. Madej katuje żonę, a wyrzuty sumienia zapija samogonem. Henryk niczym „Domcio" Malinowski z powieści Miłosza Dolina Issy to przykład immoralisty i gnostyka; nie liczy się z żadną świętością, eksperymentuje z życiem własnym i innych ludzi. Zelig pada ofiarą rodzinnych ambicji, z jednej strony asymilacyjnych, z drugiej ortodoksyjnych, i ten dualizm doprowadza go w końcu do szaleństwa. Getto, ucieczka, powrót, obóz koncentracyjny w Płaszowie - życie Jeszui to kolejny epizod w okrutnej historii Izraela. Dzieje rodziny Borowiczów stanowią kwintesencję losu Polaka - zsyłka, niewola, polityczne zawirowania. Ziemia Nod to powieść o odrzuceniu i o Zagładzie pewnego świata, którego figurą jest międzywojenny Tarnów. Radosław Kobierskiego mierzy się w swojej książce z wielkimi tematami.

Opinie o ebooku Ziemia Nod - Radosław Kobierski

Fragment ebooka Ziemia Nod - Radosław Kobierski

Ziemia Nod

…Wserii ukazały się…

Wojciech AlbińskiAchtung! Banditen!Lidia AmejkoŻywoty świętych osiedlowych

Andrzej BartRewersJoanna BatorPiaskowa Góra, ChmurdaliaDawid BieńkowskiNic, Biało-czerwonySzymon BogaczKoło kwintoweJacek DehneiLala, RynekwSmyrnie, Balzakiana, FotoplastikonAgnieszka DrotkiewiczTerazManuela GretkowskaMy zdies' emigranty, Tarot paryski Kabaret metafizyczny Podręcznik do ludzi, NamiętnikHenryk GrynbergDrohobycz, DrohobyczMarek KochanPlac zabawWłodzimierz KowalewskiExcentrycyWojciech KuczokGnój, Widmokrąg, Senność, Opowieści przebraneJarosław MaślanekHaszyszopenki, Apokalypsis '89Daniel OdijaKronika umarłychTomasz PiątekPałac Ostrogskich, WążwkaplicyJanusz RudnickiChodźcie, idziemy Śmierć czeskiego psaSławomirShutyZwał, Cukierwnormiezekstrabonusem, RuchySylwia SiedleckaSzczeniakiMariusz SieniewiczCzwarte niebo, Rebelia Żydówek nie obsługujemyMarek SobólMojryWojciech StammCzarna MatkaMagdalena TulliWczerwieni, Sny i kamienie, Tryby, Skaza

Dofinansowano ze środków

Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowegoa

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2010 Wydanie I Warszawa 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

Hewel przebił skórę, zrobił pierwsze nacięcie, potem jednym ruchem odciął napletek i położył go na srebrnej tacy. Słońce połyskiwało na brzegu naczynia, wydobywało z bladego półmroku fragment ornamentu, tajemnicze litery jakby wyjęte wprost z ognia, niepodobne do tytułów w gazetach, napisów na szyldach i słupach ogłoszeniowych przy Krakowskiej.

Pewność, z jaką Hewel operował izmalem, zadziwiła Zeliga, Hewel był powszechnie znaną i szanowaną osobą w mieście, toteż często pełnił funkcję kwatera i sandaka, jednak bycie świadkiem obrzezania i dokonywaniebritto nie to samo, myślał Zelig. On nie podjąłby się obrzezania swojego syna, choć Hewel parokrotnie wspominał, że jest całkiem naturalne, iż robi to ojciec. Nie podjąłby się tego nie tylko z powodu trudności samego zabiegu, ale przede wszystkim ze strachu, jaki powodowała w nim już sama myśl o obrzezaniu.

Zelig mdlał na widok krwi, a mimo to Hewel powierzył mu zaszczytną i odpowiedzialną funkcję sandaka. Hewel wiedział, że jego bratanek, który nigdy nie krył się ze swoimi postępowymi i asymilacyjnymi przekonaniami, był przeciwnikiem obrzezania, ale wiedział też, że ów negatywny stosunek miał źródło w wydarzeniu, którego Zelig nie chciał pamiętać, a które odcisnęło na nim piętno. I właśnie dlatego, chytrze i przekornie, upatrując w tym szansy uwolnienia Zeliga od lęku – albowiem Hewel zawsze uważał, że lęk zwalczyć można tylko bezpośrednio, konfrontując się z nim – do ważnej roli sandaka wyznaczył właśnie bratanka. Zelig oczywiście mógł odmówić, ale i tu Hewel wykazał przebiegłość – gdyby istniał obowiązek, a nawet prawo, które nakazywałoby bezwarunkowe przyjmowanie roli sandaka czy kwatera, Zelig z pewnością by je złamał, tu jednak nie było przymusu, sprawa dotyczyła dobrej woli, kiedy zaś brakowało presji, Zelig wykazywał godną podziwu uległość.

Obiecywał sobie, że zamknie ocz, będzie przecież obecny podczas ceremonii i to winno wszystkim wystarczyć, ale jednak nie wytrzymał, mimochodem spojrzał na tacę, na której leżał teraz wieczysty ślub Jeszui, weksel Jeszui przypominający mały zwitek pergaminu, i od razu poczuł mdłości, zimny pot na skroniach, silny ucisk pod przeponą. Odwrócił wzrok w kierunku okna i wziął głęboki wdech.

Hewel święcie wierzył w potęgę imion, z powagą i nabożnością podchodził do wszelkich ceremonii przygotowujących człowieka do odpowiedzialnego i religijnego życia. Jak mawiał, wszystkie te wydarzenia były tylko następstwem pierwszego wyboru – pierwszego i zarazem ostatniego wyboru, którego dokonuje się w imieniu tego, który sam jeszcze nie może wybierać. A cóż mogło być zaszczytnego i wzniosłego w idei okaleczania człowieka, zastanawiał się Zelig, cóż zaszczytnego kryło się w fakcie, że dorosły człowiek okaleczał własne dziecko, osiem dni po męczarniach narodzin fundował mu kolejną traumę i – co gorsza – naznaczał go, piętnował znakiem, którego nie da się wymazać, na całe życie przekazywał go nieznanym siłom w akcie własności. Tak, obrzezanie do złudzenia przypominało podpisywanie weksla. Niby człowiek był wolny, mógł decydować, mógł – jeśli chciał lub jeśli taką odczuwał konieczność – wybrać nawet innych bogów, ale wszystko w jakiś tajemniczy sposób odnosiło się do tego pierwszego wydarzenia, nawet odrzucenie było przecież rodzajem potwierdzenia, człowiek wszystkiemu mógł zaprzeczyć, tylko nie temu, że został już zaocznie ofiarowany.

Zelig nie chciał obrazie stryja ani sprowadzić żadnego nieszczęścia na Jeszuę, dla którego wystarczającym nieszczęściem było już samo obrzezanie. Nie mógł odmówić. Wpajano mu to od dziecka, od jesziwy: nawet jeśli się inaczej myśli, nawet jeśli nie widzi się w tym żadnego znaku, tylko znamię, nie świętość, ale przekleństwo, należy spełnić godność sandaka, przyjąć na stół ofiarny kolejną niewinność, kolejną ofiarę, której woń jest miła Stwórcy. Tak. Zelig nie miał prawa odmówić.

Kropla krwi ciemniała niczym werniks. Hewel wypił łyk wina i zwilżył ustami ranę. Odessał krew i jednocześnie sprawdził, czy odpływa. Potem splunął na srebrną tacę, na której odcięty napletek kurczył się, sechł, przypominając płatek usmażonej brukselki. Zeligowi drugi raz zrobiło się niedobrze, prawie zasłabł. Pomyślał, że teraz nie ma już odwrotu. Historia znów zatoczyła koło. Do tej pory udawało mu się zagłuszyć wspomnienia. Jedynie w snach tamte wydarzenia powracały, obrazy i twarze przesuwały się przez senne godziny jak w miejskim panoptikum. Na jawie mechanizm wyparcia działał bez zarzutu. Teraz czuł, że wszystko się pruje, rozłazi, pękają szwy, on zaś znów będzie musiał skonfrontować się z tamtym człowiekiem, dawnym sobą, chłopcem ze szkoły Czackiego.

Pierwsze dni wiosny. Bardzo ciepło. Śnieg błyskawicznie topnieje, Wątok niebezpiecznie wzbiera i zaczyna zalewać Nadbrzeżną i Przesmyk. Pod szkołą koledzy zaciągają go do drewnianej przybudówki i siłą zdejmują mu spodnie. Nikt nie wierzy, że Zenio, syn szanowanego dyrektora gimnazjum, wysoki, jasnooki blondyn, który służy do mszy u bernardynów, jest obrzezany. Chcą tylko sprawdzić, odeprzeć niesłuszne podejrzenia, zaprzeczyć coraz częściej pojawiającym się plotkom. Szarpie się, wyrywa, ale nie ma żadnych szans w walce z pięcioma rówieśnikami. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, że coś tak nieistotnego z punktu widzenia anatomii może go wyróżniać, dlatego też nigdy nie krył się ze swoim obrzezaniem. To właśnie fakt, że się nie krył, nie ubierał w zamkniętej ubikacji, nie brał prysznica osobno, że zachowywał się całkiem naturalnie, odwracał uwagę innych, dlatego nikt wcześniej nie zauważył, że jest obrzezany.

Następne dni spędza w tej samej przybudówce. Promyk światła, padający przez szczelinę między deskami, dzieli jego twarz na dwie części. Jedna jest w całkowitym cieniu. Siedzi na starej, zardzewiałej taczce i krwawi, lepkie dłonie wyciera w spodnie i pęk słomy. Odpoczywa, ale ręce mu drżą z podniecenia, bo udaje się, chwilami skóra z nieznaną wcześniej łatwością poddaje się naciąganiu, i przez moment Zelig znów staje się Zeniem, synem dyrektora gimnazjum, ministrantem u bernardynów.

Teraz już wie, z trudem opanowując mdłości, że obrzezanie to jest nieskończony proces. Rana, która mimo zabliźnienia nieustannie się odnawia, jątrzy. Tego się nie widzi, nie czuje, to w niczym nie przeszkadza. W istocie każdy wieczór jest siódmym dniem, ósmym dniem jest każdy poranek, codziennie jest się kimś nie do odróżnienia dla tych, co się odróżniają, i kimś nie do przyjęcia dla tych, którzy nie znoszą różnic. Tak to działa. Jeśli chcesz być taki jak my, dlaczego się z nami poróżniłeś? Czy jesteś przez to lepszy, czujesz się wybrany?

Czy oni tego nie widzą, że jest odwrotnie?

W południowym świetle wirowały drobinki kurzu, pierze z poduszek, cały mikrokosmos z narzut, dywanów, pył zbożowy z młynów Szancera. Galaktyki to przybliżały się, to oddalały od siebie według niepojętego rytmu. Zdawało się, że to rytm oddechu, ruch, który scala lub rozdziela. Oddycha w pokoju olbrzymie lustro, leniwie falują w nim topole przy ulicy Nadbrzeżnej i ażurowe firanki wyruszają na krótką wędrówkę po komodzie i sekretarzyku.

Mira w sąsiednim pokoju przekręca się na bok i odbiera dziecko z rąk babki. Jest obolała, pocięta, pozszywana. Patrzy na syna. Godzinę wcześniej oddała go matce, która z dumą pełną dostojeństwa zaniosła go do gabinetu Hewla i złożyła na rękach kwatera. Przypomina sobie wielkie rzeźbione krzesło Eliasza z synagogi przy Świętej Anny, szerokie, ze złotymi okuciami, złoconymi kwiatami i z figurami aniołów. Uroczystą ablucję. Kolana Zeliga. Tacę z izmalem i zaciskiem w kształcie liry. Do jej łóżka dochodzą jedynie szmery, szelesty i fragmenty recytowanych psalmów.

U bernardynów dzwonią na Anioł Pański. Przy bramie stoją dwie furmanki. W jednej z dębowych beczek, niedomkniętej, Szmul wiezie solone śledzie na plac Rybny. Mdły zapach ryb miesza się z odorem zgnilizny znad Wątoku. Zapachy, jak wszystko, toczą nieustanną walkę. W budynku magistratu okna cały czas są zamknięte. Mira ze swojego łóżka widzi jedynie szczyt fasady i iglicę wieży katedralnej. Ta króluje nad całym miastem. Jak rapier, przebija dolne piętra chmur. Pod koniec dnia słońce chowa się gdzieś za Rzędzinem i cień katedry przykrywa niskie kamienice na Kapitulnej i Wałowej.

Nie potrafi się cieszyć. Czuje, jakby jej ciało umierało, nie należało już do niej. Doktor Schwarzmann odwiedza ją codziennie i stara się pocieszać. Mówi sennym głosem i ze wschodnim akcentem. Tłumaczy, że był to jeden z najcięższych porodów w jego praktyce, należy dziękować Bogu, że oboje żyją. Potem nieopatrznie podaje przykłady medycznych interwencji, które mimo zastosowania wszelkich dostępnych środków nie były w stanie uratować noworodków.

– W ostatniej godzinie płód się odwrócił. Gdyby nie to… – zawiesił głos. – Wolę nawet nie myśleć. Jak tylko odzyska pani siły, proszę gdzieś wyjechać. Koniecznie. Mam przyjaciela w Truskawcu. On się nazywa Jarosz. Jak pani będzie gotowa, da mi pani znać, ja do niego napiszę list w tej sprawie. To wielki, wspaniały kurort. Za kilkadziesiąt złotych będzie pani mogła popijać sobie słynną naftusię i wypoczywać do woli.

Ale Mira domyśla się, że nie mówią jej całej prawdy. Od wielu miesięcy skarży się na niepokój, miewa silne bóle w podbrzuszu. Z Hewlem nie potrafi już rozmawiać, bo Hewel wszystko sprowadza do histerii. Kiedy Mira tłumaczy, że nie powinien sam rzezać syna, tylko nająć mohela Fabera, kiedy prosi, żeby dał dziecku na imię Jakow, Hewel niecierpliwie wymachuje rękami, uderza pięścią w dębowe biurko i wyprowadza ją stanowczo z gabinetu.

– Nie panujesz nad sobą, jesteś histeryczką! Powinnaś pojechać do siostry, która w Limanowej już od sześciu tygodni umiera na raka! Powinnaś to zobaczyć, przejrzeć na oczy, bo najwyraźniej nic nie widzisz, niczego nie dostrzegasz, nie rozumiesz tych cudów, w których co dzień uczestniczysz. Nie mogę dziecku dać na imię Jakow, bo twój brat Jakow żyje. Jeżeli dam małemu na imię Jakow, to twój brat Jakow z pewnością umrze… A nawet jeśli nie umrze, to jak on będzie z tym żył?! Pomyślałaś o tym?

– Będą na niego mówić Szyja – chlipie Mira i szurając kapciami, wraca do łóżka.

Tak, nie mówią jej prawdy. Dotyka piersi i brzucha i czuje, że wszystko tam w środku umarło. Na całym ciele pojawiają się żółte plamy, paznokcie łamią się, włosy wypadają całymi garściami. A zęby? Ma nieświeży oddech. Na nic już nie ma wpływu. Ktoś za nią wykonuje wszystkie ruchy, za nią mówi i patrzy jej oczami. Jeszua zaczyna płakać. Mira słyszy dochodzące kwilenie, potem coraz donośniejszy krzyk. Nie zrywa się z łóżka, nie potrafi wstać, obraca tylko ciężką głowę w stronę gabinetu.

Hewel dokładnie umył ręce, a potem długo namydlał krocze Jeszui. Był skupiony. Każdą czynność wykonywał uważnie, ale Zeligowi wydawało się, że był nieobecny. Jakby się rozdzielił na kilka dusz i tylko jedna z nich brała udział w ceremonii. Ten pusty, nieobecny wzrok, te długie zastygnięcia bez ruchu naśladujące skupienie, zaniki pamięci! Gdy z kimś rozmawiał, nigdy nie patrzył w oczy. Hewel kiedyś mu powiedział, że stworzenie człowieka było aktem najdoskonalszym, ale jednocześnie człowiek drugiego człowieka absolutnie ogranicza, zniewala. Sam fakt skupienia na drugim człowieku już jest zniewoleniem.

– Stryj się naczytał Hegla i teraz wszędzie widzi panów i niewolników – perorował Zelig. – A czyż to nie on właśnie krytykował żydostwo za utylitaryzm?

– Staram się widzieć sprawy niejako poza ich własnym biegiem, samą naturę rzeczy. Jeśli nie będziesz umiał oddzielić człowieka od tego, kim on jest, z czym do ciebie przychodzi, nigdy nie osądzisz rzeczy właściwie. Jeśli ty w takiej postawie widzisz Hegla, to dowód, żeś go w ogóle nie pojął.

Teraz więc Zelig pomyślał, że Hewel jest nieobecny, a dopiero później zrozumiał, że w tej nieobecności kryła się całkowita fizyczna obecność. Hewel po prostu dokonywał obrzezania swojego syna poza czasem, poza całą historią obrzezania, niejako z sedna tego rytuału i nie potrafił przyjąć do wiadomości, że w indywidualnym wymiarze obrzezanie zawsze jest czymś innym. Hewel w ogóle nie traktował poważnie pojęcia indywidualnego wymiaru, dla niego wszystko było roztopione w Bogu, a z myślenia o indywidualnym wymiarze rodziło się całe zło.

Było w tym coś monumentalnego, surowego, jakby to sam Awram jego rękami dokonywałbrit.I nawet w tej chwili Zelig musiał przyznać, że w ostatecznym rozrachunku mógł się mylić, w ostatecznym rozrachunku to on, Zelig, nie zgadzając się, ciągle uwypuklał fakt, że jest Żydem, nie akceptując obrzezania, ciągle podkreślał fakt, że jest obrzezany, nie umiał zamknąć tego rozdziału w swoim życiu, podczas gdy Hewel wszystko zamknął już na samym początku i nie wracał do tego, bo – jak mówił – od tamtego dnia nic już do niego nie należało, a skoro tak, to dlaczego miałby rościć sobie prawo do decydowania o czymkolwiek, a przede wszystkim, dlaczego miałby się bać? Być może w istocie nie dochodziło tu do żadnego rozdzielenia. Od tego dnia Jeszua – jak mówił Hewel – miał być określony przez to, czego już nie posiadał, na owym braku budować miał swoją tożsamość. Właśnie dzięki niepełnej cielesności miał się stać kimś w pełni fizycznie określonym, dzięki ograniczeniu – kimś absolutnie wolnym. W rzeczy samej, jak tłumaczył Hewel, dopiero teraz stanowili nierozerwalną całość.

Hewel przebił skórę, a następnie zrobił pierwsze nacięcie. Zelig widział, jak izmal, nóż ostrzejszy od brzytwy, zagłębia się w skórę i oddziela napletek od reszty ciała. Mira, odwrócona do ściany, ciągle nasłuchiwała. U bernardynów dzwonili na Anioł Pański. Dzieci pod budynkiem magistratu grały w guziki. Szmul leniwie strzelał z bata i odjeżdżał w kierunku placu Rybnego, w miejscu, które on opuścił, tuż pod latarnią, pojawiła się Lichtingerowa, matka Hersza Lichtingera, blachy, rynny, wykończenia, która wracała z warsztatu do domu na Lwowskiej. Szochet Cewi w ubojni na Nadbrzeżnej właśnie podcinał gardło gęsi i w milczeniu wsłuchiwał się w szmer kończącego się życia.

Tego samego 1919 roku w Istowie, między niską i zagrzybioną karczmą a dworem hrabiego de Laveaux, spolszczonego Francuza i zarządcy dóbr Sanguszków, stanęły naprzeciw siebie dwie furmanki. W pierwszej siedziało młode małżeństwo Ettingerów. Jakub – rymarz ze Szczurowej – pracował także jako drwal w lasach pod Gumniskami. Anna, jego żona, urodziła właśnie Hanię. Do małżeństwa z Jakubem wniosła nieduży posag w postaci ośmiu mórg nad rzeką Białą, tuż za miastem.

Jakub nie namyślał się długo i postanowił, że na ziemi stanowiącej małżeński posag, która leżała w pobliżu słynnego cesarskiego traktu, zbuduje karczmę. Nie otrzymał jednak pożyczki, bo polskie banki w ogóle niechętnie dawały kredyty Żydom, a jeśli już, to na taki procent, że od razu można było się powiesić. Pozostawał jeszcze w odwodzie Związek Kredytowy Hirscha. Ale on dawał pieniądze tylko członkom spółdzielni. Plany spełzły na niczym. Z pomocą znajomych cieśli z Gumnisk i Tarnowca Jakub postawił dom i zagrodę dla owiec. Jeszcze nie zakończyli pracy, kiedy konflikt w domu rodzinnym Anny zmusił ich do natychmiastowej przeprowadzki.

Na drugim wozie pełnym dobytku również siedziała młoda para, ale jechała w przeciwną stronę. On młody, niski, ale silny i energiczny, żwawo uwijał się przy wozie, sprawdzał koła, czy nie ma luzu na osiach, rozmasowywał końskie pęciny. Ona była nieco młodsza i szczuplutka. Anna zastanawiała się, jak w ogóle mogła urodzie dziecko. Ettingerowie od razu poznali, że tamci jadą z daleka. Mówili bardzo twardo, z obcym akcentem.

– Pochwalony! – Nieznajomy pozdrowił Jakuba, zdjął czapkę i przedstawił się. Dopiero po chwili zorientował się, że zwraca się do Żyda. – Daleko do Żabna? W mieście nom goda-li, że bydzie z dziesiyńć wiorst… Kaj my som?

– To połowa drogi dopiero – odrzekł Jakub z naciskiem, domyślając się, o co może pytać nieznajomy. – A ja widzę, że pani z dzieckiem, to lepiej się tu zatrzymać na noc. Dzień jest długi, ale droga męcząca.

– No ja – potwierdził Knapp. – Moja pado ze zmynczynia. Jechalimy coły dzień, koń się ochwacił. – Wskazał na siwka. -Widzicie, jak ciągnie kopyta, musza go rozkuć, i to piorunem.

– Tutaj jest dobry kowal, ja zaprowadzę – zaproponował Jakub. – A za kowalem – dodał – jest stara chałupa. Mieszkał tam kiedyś jeden Żyd, co się powiesił, ale tam jest spokojnie, prześpicie się i jutro rano ruszycie w dalszą drogę.

I Jakub, który nie był nawykły do uprzejmości, wziął go pod rękę i poprowadził w kierunku kuźni. Pokazywał mu stare domy, kościół parafialny i szkołę, którą mieszkańcy wyremontowali wspólnymi siłami. Knapp delikatnie wyswobodził się z silnego objęcia Jakubowego ramienia. Czuł się niezręcznie, spodziewając się, że Żyd za te wszystkie uprzejmości zażąda zapłaty, ale Jakub o nic nie zamierzał prosie. Sam się sobie dziwił. Z takim trudem przychodziło mu okazywanie sympatii gojom, a co dopiero gojom nieznajomym. Zamyślony wrócił pod karczmę, kazał Annie pożegnać się z żoną nieznajomego, z którą zdążyła się już poznać, wspólnie ponarzekać, wymienić doświadczenia na temat pociech, świsnął batem i wóz ze zgrzytem osi ruszył w dół, na Zaczarnie i Brzozówkę.

– Przyjechali ze Śląska – powiedziała, nie patrząc na Jakuba. Nie mogła się nadziwić, co ludzi popycha do tak dalekich wędrówek. – Czemu tu właśnie? Ona powiedziała, że w Żabnie nikogo nie znają…

– Czasem człowiek czuje taki zew – odparł filozoficznie Jakub. – Nigdzie nie może znaleźć sobie miejsca. Musi być cały czas w drodze. I tylko czeka. Aż przestanie wiać albo umilknie zgiełk w jego duszy. Wtedy będzie wiedział, że je znalazł.

Jakub nawet się nie spodziewał, ile w tej refleksji było prawdy. Kiedy następnego dnia Knapp wyszedł przed dom, zobaczył wielką równinę żółtych ściernisk, łatki soczystych łąk i cienką jak włos wstążkę Brnia. Rzeka, najwyraźniej nie zważając na granice posiadłości kościelnych i hrabiowskich, wiła się przez pola, pastwiska, przepływała nawet przez gaje, wrzynała się głęboko, odsłaniając żyzne warstwy ziemi i kleistą glinę. Poczuł wreszcie ciszę. Usłyszał ją. Zamiast pisków i jazgotu żelastwa – łagodny szum falujących traw, miast regularnych uderzeń kilofów – nieprzerwany trel skowronków i kwękanie czajek, w zastępstwie hałasu kopalnianej windy – bajkowy klekot drabiniastych wozów.

Aż przysiadł na pniu. Tam, skąd pochodził, niebo w kolorze sadzy stykało się z burą ziemią, w powietrzu unosiły się kłęby kurzu i żrących oparów, które dzień i noc opuszczały kominy wielkich hut i kopalń. Drzewa karłowaciały i usychały. Liście, parapety domów, ulice, śnieg – wszystko pokrywały gęste dywany sadzy. Pył węglowy niczym kwas wżerał się w skórę rąk i twarzy. Z roku na rok przybywało ciemnych hałd, kominów i szybów, którymi na dno ziemi posyłano wszystkich mężczyzn zdolnych do pracy. W ciemnościach, trujących dymach karbidu i metanu, w pyle, który powoli wypełniał płuca, ludzie kopali tunele, podziemne ulice, całe miasta, wielopoziomowe metropolie. Nie mógł się tam odnaleźć. Nie chodziło o pracę, jej się nie bał. Mozolił się przecież przy samym urobku i przy wózkach, i przy stemplowaniu korytarzy. Ciężkim młotem rozbijał wapień w kamieniołomach na Zakrzówku i w Wysokiej. Nie, tu chodziło o coś innego, podstawowego. Nic go nie cieszyło. Innym życie wystarczało, jemu nie. Zdawało mu się, że miejsce, a nawet czas, w którym żyje, nie są jego miejscem i czasem, że musiała nastąpić jakaś pomyłka. Myślał, że czas jego życia powinien należeć do kogoś innego, że przestrzeń, która wyznaczała granicę jego bytowania, była za ciasna i zbyt przewidywalna.

Kiedy urodził się Henryk, powziął decyzję, że musi opuścić tamto miejsce. To właśnie narodziny syna upewniły go we wcześniejszych postanowieniach, jakby były długo wyczekiwanym znakiem, sygnałem do podjęcia działania. Zapakowali cały dobytek na wóz i ruszyli w drogę. Pieniądze ze sprzedaży ojcowizny mieli przeznaczyć na budowę nowego domu. Tam, gdzie im wypadnie żyć. Tak powiedział swojej żonie: „Będę wiedział, że to jest to miejsce”.

Ale długo nie wiedział. Od kwietnia 1918 roku do końca września 1919 przemierzyli całą południowo-wschodnią Polskę. Spali, gdzie popadnie, u Żydów, Łemków i Cyganów. W stodołach, na strychach, najczęściej w lesie. Wszędzie czegoś brakowało albo czegoś było za dużo.

I wreszcie stało się. Kiedy Knapp podniósł się z podłogi w starej chałupie, którą mu wskazał Jakub, pchnął zmurszałe drzwi i popatrzył wokół na pola, a potem na wieżę kościoła, nagle coś w nim zaskoczyło. W jednej chwili zrozumiał, że tego właśnie oczekiwał, tego szukał. Wszystko pasowało, każdy szczegół zgadzał się z jego wyobrażeniami. Dom miał stać dokładnie w tym miejscu, za nim powinno rozciągać się pole, na południowym zachodzie miała wznosić się wieża kościoła. We śnie czy też na jawie widział żuraw na środku zagrody i wyschniętą studnię. Podszedł i sprawdził. Chwycił ramię żurawia, nacisnął i przywiązał do słupka. Wyciągnął puste, zardzewiałe wiadro. Rzucił kamień i odpowiedziało mu głuche echo. Wiedział już, że nie opuści tego miejsca. I tego samego ranka oznajmił to żonie.

Tak mogły wyglądać jego ostatnie chwile: był chłodny dzień, wiatr przynosił od strony morza wilgotne i zimne powietrze. Generał leżał opatulony w przepoconą pościel i wysłużony koc. Gorączka, mimo zażywania chininy, nie ustępowała. Po kilku dniach skóra na rękach i twarzy generała pomarszczyła się i pożółkła jak stary pergamin. Targały nim na przemian mdłości i dreszcze. Nie poddawał się, próbował siadać, rozmawiać, ale doktor Kalazdy stanowczo tego zabronił. Nad ranem dotarła spóźniona wiadomość o śmierci Prądzyńskiego, pod którego komendą służył w bitwie pod Iganiami jeszcze jako major. Prądzyński podobno przebywał na kuracji na wyspie Helgoland. Utopił się podczas kąpieli…

Kiedy generał zamykał oczy, zdawało mu się, że tragarze niosą go w lektyce. Cienkie zasłony unosiły się nad posłaniem, targane suchym wiatrem. Wokoło płonęła pustynia, powietrze gęstniało od żaru, biel piasku jaśniejsza była od płynnego ołowiu. Potem, może dla kontrastu, przypominał sobie lata dziecięce. Skrzący się w słońcu bruk tarnowskiego Burku, czapy śniegu pokrywające stragany, dzwony z kościoła Bernardynów. Wątok podobny był do prehistorycznego węża, który utkwił w szczelinie między skałami. Wił się, syczał, kilka razy do roku zostawiał na nadbrzeżu wężową skórę w postaci pryzm śmieci i czarnego szlamu. Aromat jodeł i świerków na rynku, słodki do omdlenia zapach kapusty z grochem w sieniach kamienic.

Cały jego świat dawał się teraz zamknąć w drewnianym kufrze, w którym przechowywał wełniane rękawiczki, srebrny medalion z podobizną matki, kałamarz z zielonego aptecznego szkła i sfatygowany zeszyt, w którym prócz codziennych relacji zapisywał wydatki. Zapiski kończyły się na drugim grudnia 1850 roku. Trzy dni później nie miał już siły podnieść ręki. Na piersiach czuł ciężar, oddech stawał się coraz płytszy.

Gdyby wcześniej zareagował na zalecenia Kalazdyego – a tego starego Węgra intuicja rzadko kiedy zawodziła – i poddał się leczeniu, systematycznie przyjmował medykamenty, byłyby szanse na wyzdrowienie, ale sprawę zbagatelizował. Uważał, że wojskowemu nie wypada zajmować się takimi błahostkami jak własne ciało. Tylko ludzie zniewieściali rozczulają się nad swoimi przypadłościami, celebrują własne niemoce. Kalazdy oczywiście miał rację, kiedy w jego osłabieniu i melancholii, w podwyższonej temperaturze dopatrywał się symptomów poważniejszej choroby, przypuszczał nawet, że to mogą być początki febry azjatyckiej, ale generał reagował stanowczo i uznawał te wszystkie domniemania za objaw przesady, jeśli nie histerii.

Czyż nie był szaleńcem? Skoro jak inni uwierzył, że o sprawę narodową można bić się na antypodach? Czy człowiek o zdrowych zmysłach mógł być jednocześnie masonem, carskim więźniem, naukowcem, bohaterem węgierskiego powstania Kossutha, wreszcie Murad Paszą, kiedy dla sprawy narodowej przeszedł na islam? Czy to nie za dużo jak na jedno, ograniczone przecież, istnienie? Czy wreszcie zdawał sobie sprawę, że istnienie pewnego państwa w Europie Środkowej zależało na przykład od surowego wychowania Mikołaja, bezdzietności Fryderyka, złej krwi płynącej w żyłach Habsburgów po latach kazirodczych małżeństw? Czy przechadzając się po wąskich i zacienionych uliczkach Aleppo, które tak bardzo przypomi-naly Wekslarską, Zakątną i Krótką, powątpiewał w sens wysiłków, strategii, dyplomacji, czy prześladowały go trupy żołnierzy poległych pod Iganiami, Ostrołęką, Temesvarem?

Amek, stary przyjaciel Arab, przyniósł dwie konchy ciepłej wody, rozpoczął ablucje zmarłego od głowy w dół. Wraz z towarzyszami przewrócili generała na prawy bok i plecy. Amek cicho recytował surę trzydziestą szóstą, potem ostrożnie zawinął ciało w dwa lniane płótna i położył na drewnianych noszach. Do meczetu było około dziesięć minut drogi. Minęli łaźnie An-Nasri i zagłębili się w labirynt wąskich uliczek i dziedzińców, na których niegdyś zatrzymywały się karawany. Teraz były tu pustki, wiatr wywiewał piasek i przesypywał go z kąta w kąt jak w klepsydrze. Na schodach siedzieli Ormianie o spalonych twarzach. Imam stanął za noszami, odwrócił się na południe, w kierunku Mekki i długo modlił w milczeniu. Potem wszyscy usłyszeli dwa razy powtórzoneAlsalamu alejkum ta rahmatu Allah.Dół miał dwa metry głębokości. Ziemia płonęła, czerwona jak hematyt.

Wagon, w którym spoczywało ciało generała, tonął w kwiatach. Ludzie zdejmowali czapki z głów, stojąc w milczących szpalerach. Tak było na wszystkich stacjach, począwszy od Dżebel al Islam na skraju dalekiej Pustyni Syryjskiej, w Turcji i Budapeszcie, aż do samego Krakowa. Węgrzy z rzewnością witali swojego Bem Apo, Ojczulka Bema, który z jednakową, zdawałoby się, nonszalancją wysyłał huzarów do ataku i szpicrutą walczył z wojskiem carskim o armatę, surowo karał za najmniejszą niesubordynację i z miną komika poddawał się w lazarecie amputacji palca.

Oczywiście musieli wiedzieć, że generał przede wszystkim walczy o sprawę, a dopiero w następnej kolejności o niepodległość Węgier, to sprawa narodowa, a dopiero później konieczność stłumienia arabskiego buntu najemników pcha go na flanki cytadeli Kalat Halab. Wszędzie, od Borodino począwszy, na Siedmiogrodzie i Syrii kończąc, generał angażuje się do granic możliwości, toteż wiedeńczycy są przekonani, że walczy o rewolucyjny Wiedeń, Węgrzy myślą, że o Węgry, Turcy – że o świetność otomańskiej spuścizny. W rzeczy samej jedyną bitwą, która nie miała żadnego znaczenia dla sprawy była ta ostatnia, z malarią.

Ach, te pokrętne sprawy dynastyczne Europy! Animozje, walki o wpływy, bliskie i bardzo odległe powiązania. Carskie Sioła, pruskie i habsburskie dwory, przedwczesne i nieuprawnione ambicje wojskowe króla Karola Alberta! Czy Fryderykowi IV naprawdę chodziło o zwierzchność nad narodem niemieckim? Czy może był to kaprys jego żony, Elżbiety Bawarskiej, zmęczonej nieudanymi próbami zostania matką? A pazerność Ludwika Filipa? Chorobliwa wręcz podejrzliwość Habsburgów, którzy poprzez wykwintne małżeństwa w Hiszpanii, Sardynii i z ostatnimi z rodu bawarskich Wittelsbachów próbują zabezpieczyć tyły, flanki i wrota wiedeńskiej twierdzy. Czyż von Metternich, genialny doradca Franciszka Józefa i dysydent, nie grzmiał na kongresie wiedeńskim: „Trzeba unieszkodliwić bezecny spisek, który od pół wieku pracuje nieustannie nad obaleniem istniejącego porządku i tronów”? A co począć z tajemną rolą Feliksa Schwarzenberga, który zniedołęż-niałego cesarza Ferdynanda namawia do abdykacji na rzecz bratanka?

Historia jest w rękach szaleńców, którzy w wolnych chwilach, pomiędzy aperitifem a kolacją, przestawiają granice państw, wytyczają nowe szlaki handlowe, zmieniają koryta rzek, przerzucają mniejszości narodowe z miejsca na miejsce i w nigdy niegasnącym zdziwieniu przyglądają się efektom. Wykorzystują pionki: Dimitrijevicia, Principa, Dubicza, Radetz-kiego i w końcu Bema, których talenty jak meteory potrzebne im są na krótką chwilę do rozwiania popołudniowej nudy. A po latach wysyłają przedstawicieli władz, konsulów, ambasadorów, aby z pełnymi honorami uczcili ekshumacje i pogrzeby na ziemiach ojczystych.

Na przyjęcie prochów Bema Tarnów szykował się od wielu miesięcy. I oto trzydziestego czerwca 1929 roku generał miał wreszcie spocząć pośród lilii wodnych w mauzoleum w parku Strzeleckim. Można było się spierać o kształt polityki, strategie, o ów najbardziej rażący dla rodaków wybór, jakim było przejście na islam, ale jego wielkość w nikim nie budziła wątpliwości.

Słońce bezceremonialnie oświetlało fronton dworca i przez okno wpadało na posadzkę westybulu. Lekkie podmuchy wiatru poruszały zielonymi festonami zwisającymi z okapów peronu pierwszego i na placu przed budynkiem dworca. Laweta zaprzężona w dwa białe konie minęła orkiestrę 16. pułku i zatrzymała się przy oszklonym wejściu do westybulu. Tuż po dziesiątej huknęły działa dywizji artylerii konnej, która stacjonowała na Hucie. Dwadzieścia jeden wystrzałów. Odgłos salw niósł się ulicą Krakowską, drżały szyby na Bandrowskiego, z drzew na Plantach Kolejowych zerwały się szpaki, okrążyły kopułę dworca i zniknęły za kominami browaru. Za kompanią honorową szyki wyrównywali żołnierze dywizji konnej, harcerze, członkowie Bractwa Kurkowego i reszta oficjalnych delegacji.

Pociąg z Krakowa mozolnie wtoczył się na rampę kolejową. Na torach zaroiło się od wojskowych, kolejarzy, fotografów, reporterów. Błyskały flesze, buchała para, przez którą, jak przez mgłę, przedzierali się dziennikarze i pracownicy pobliskich warsztatów. Z westybulu dochodziły okrzyki komentatora krakowskiego radia. Delegacja pod przewodnictwem pułkownika Przedrzymirskiego oficjalnie przekazała trumnę ze szczątkami generała stronie polskiej. Kogóż tam nie było – wojewoda Kwaśniewski, generałowie Romer i Balas, który miał później wygłosić przemówienie przy bramie triumfalnej pod kościołem Misjonarzy, oficerowie francuscy i delegacja turecka, cały magistrat wraz z ustępującym burmistrzem Kryplewskim.

Orkiestra zagrałaWarszawiankę,a laweta z trumną dostojnie ruszyła w kierunku Krakowskiej, jak największym łukiem omijając zbutwiały parkan okalający nieużytki Sanguszki. Już na placu Kościuszki stały tłumy, wydawało się, jakby z góry Krakowskiej kaskadami spadała rwąca rzeka ludzkich ciał, która wytracała impet w bocznych ulicach: na Chyszowskiej, Nowym Świecie, Urszulańskiej i Staszica. Powiewały flagi, proporce, damskie parasolki, sztandary stowarzyszeń, cechów i szkół. Witryny sklepu korzennego, artykułów aptecznych Bracha, kawiarni Skolimowskiego, drogerii Swarowskiego, krawców, cukierni, kwiaciarni, okna budynku starostwa tonęły w biało-czerwonych barwach i podobiznach Bema, który melancholijnie, acz dumnie spoglądał na miasto.

Z balkonów i tarasów spływały kaskady kwiatów, peonie i pelargonie, mięsisty bukszpan, gałązki jodeł i świerków o rześkim i żywicznym zapachu. I wśród tego przepychu kolorów i ornamentów, dywanów zwieszających się z okien kamienic, stały wielopokoleniowe familie, nawet ledwo tolerowani zazwyczaj lokatorzy z poddaszy i suteren. A dźwięki muzyki z dętego instrumentarium orkiestr? Dźwięki katarynek i skrzypiec, wypełniające zawilgocone podwórka Rzędzina i dzielnicy żydowskiej? Czyż one nie miały swojego udziału w odświętno-ści tego dnia?

Wielkie święto osiągnęło apogeum w Rynku. To tutaj biło źródło owej rzeki istnień, stąd nierównymi falami rozlewała się ona w dół, w stronę Lwowskiej i Burku, placu Mickiewicza i Krakowskiej, tutaj też na lawetę z trumną generała sypał się grad róż, lewkonii, goździków, a nawet kamelii, lekko jak pierze opadały girlandy bibuł i kolorowego konfetti. Śmierć Bema w dalekim kraju nie zmieniła historii, ale ludzie dobrze pamiętali, że to właśnie ich miasto pierwsze odzyskało wolność w 1918 roku. Wszyscy wtedy czekali na znaki. Dunajec spłynął krwią, kiedy przeprawiano rannych z bitwy pod Łow-czówkiem. Potem nastąpiło posiedzenie rady pod przewodnictwem Tertila, który władzę w mieście oddawał Radzie Regencyjnej, nic nie wiedząc, że za kilka godzin Kasper Ciołkosz ze swoimi harcerzami będzie rozbrajał Austriaków na dworcu kolejowym, a reszty dokona 20. pułk piechoty.

Kondukt z placu Kazimierza wjechał na Wałową, a potem w zacienioną ulicę Piłsudskiego, tuż obok pomnika Szujskiego, przy którym ustawił się poczet sztandarowy pierwszego gimnazjum. Z okien seminarium wyglądali klerycy i alumni, rozdzwonił się dzwon w kościele Filipinów. Tymczasem zachodnia część miasta całkiem opustoszała. Pozostały tylko sterty bibuł, fragmenty gazet, rozdeptane kwiaty. Nad podium na pierwszym peronie zwisały fantastyczne arabeski liści, które niczym dzikie wino oplatały słupy wiaty. Mimo ciszy ptaki jeszcze długo nie wracały na Planty Kolejowe. Wydawało się, że świat flory za chwilę dokona aneksji, połknie peron, a potem żarłocznie rzuci się na miasto. A może świata ludzkiego już nie było, tylko jego historia jak zacięta płyta w gramofonie nieustannie się odtwarzała pośród rozrastającej się wokół dzikiej puszczy?

Istowo niegdyś miało coś z surowego krajobrazu północy. Ziemie były mało urodzajne i piaszczyste. W leśnych ostępach produkowano węgiel drzewny, smołę i dziegieć, w dymarkach przetapiano rudę. W miesiącach wiosennych wieś spowijały gęste mgły, spowodowane wysokim przyrostem temperatur, które podnosiły się dopiero w późnych godzinach południowych. Nikt tu już jednak nie pamiętał gęstych borów, pozostały po nich marne relikty w postaci rozrzuconych na chybił trafił kęp, zagajników i brzezin i to one jedynie ratowały tę ziemię przed zupełną monotonią.

Wieś leżała na niewielkim wzgórzu, które łagodnie opadało w kierunku północnym ku Woli Breńskiej i Kobierzynowi, i dalej – w stronę Dąbrowy Tarnowskiej, a od południa ku Zaczar-niu, Brzozówce i Krzyżowi, który leżał tuż za przedmieściami Tarnowa. Od północnego zachodu opływały Istowo wody Brnia i Żabnicy, od południowego wschodu dorzecze Wisłoki. Dwie wielkie rzeki: Biała i Dunajec, szerokim łukiem omijały wieś, dlatego ludzie nigdy nie musieli tu walczyć ze skutkami powodzi, a jedynie z lokalnym, okresowym występowaniem z brzegów spokojnego Brnia.

Osiem kilometrów, które dzieli Tarnów od Istowa, Paweł Borowicz pokonał w ciągu dwudziestu kilku minut. Popuścił lejce i bezlitośnie smagał nimi spocony grzbiet konia. Po kolejnych nieudanych zbiorach i stratach, jakie spowodowały deszcze, jego gospodarstwo mogła uratować tylko pożyczka. Hrabia de Laveaux, właściciel większości dóbr w Istowie, odmówił mu. Brat Pawła, Ludwik, który prowadził w Tarnowie sklep mięsny, wykręcił się planowaniem nowej inwestycji, a w Towarzystwie Kredytowym odprawiono go z kwitkiem. Pędził wyboistą drogą na złamanie karku, jakby chciał wyprzedzić czas, odwrócić tak niekorzystny dla siebie bieg wydarzeń.

Paweł wjechał w rogatki Istowa, minął karczmy i na wysokości kapliczki świętego Floriana, która stała przy wjeździe do hrabiowskiego dworu, skręcił w przeciwną stronę, na Za-gumnie. Wyprzągł konia i zaprowadził do stajni. Antoniny nie było w izbie. Musiała wyjść tylko na chwilę, bo zostawiła kaszę z ziemniakami na piecu. Przemieszał, choć pomagać przy kuchni nie miał w zwyczaju. Próbował zebrać myśli. Do końca roku pozostało mu do odpracowania u hrabiego kilkanaście dni. Gdyby udało się przełożyć terminy, mógłby zasiać tatarkę, postawić barcie i sprzedawać miód. Może ozime? Krów za nic w świecie nie sprzeda. Naturalnie, trzeba bez zwłoki wymówić służącej. Liczył, oceniał i wyceniał, tak że nie zauważył nawet wejścia Tosi.

– Już wróciłeś? – Stanęła w drzwiach zdziwiona i założyła fartuch. Ale Paweł nie odpowiadał. Małym kopiowym ołówkiem zapisywał coś na karteluszku, który wyjął z kieszeni kamizelki. Zajrzała mu przez ramię. Jeden słupek nad drugim. Rzędy cyfr: zera, siódemki, dwójki, czwórki, sumy, różnice. I to one miały objaśniać ich życie? Czy te groźnie wyglądające równania mówiły cokolwiek o ich przyszłości?

– Muszę sprzedać ziemię – rzekł po dłuższej chwili milczenia.

Nie powiedział „musimy sprzedać ziemię”, tylko że on musi, jakby ziemia była tylko jego własnością, a ewentualne zyski ze sprzedaży były wyłącznie jego zasługą. Tosia nie spodziewała się, że Paweł przyzna się do błędów i weźmie odpowiedzialność za straty, które owe błędy spowodowały, pomyślała tylko, że powinien w tej decyzji uwzględnić jej zdanie. Jeżeli nie miał zamiaru się jej radzić, mógł przynajmniej zauważyć, że jest obecna. Fakt, że całą ziemię wniosła w posagu, tracił znaczenie.

W kuchni zapanowała jeszcze głębsza cisza. Słychać było dopalający się żar, odgłos owadów, które tłukły się o szybę w sąsiedniej izbie. Tosia siedziała naprzeciw Pawła. Nie śmiała protestować.

– To tylko cztery staje – dodał po chwili, jakby chciał się usprawiedliwić.

Woda ciągle stała na polach. Konie grzęzły w gęstej mazi po pęciny. Ziemniaki zgniły, zboże położyło się i zzieleniało. Pięcioro dzieci na utrzymaniu, najstarsza na wydaniu, reszta albo w gimnazjach, albo w szkole powszechnej. Skąd na to wszystko wziąć pieniądze? Ostatecznie w grę wchodziła jeszcze dzierżawa, ale z tego nie byłoby większych zysków. I co najważniejsze: czekać trzeba by było do następnego lata, do zbiorów.

– Masz rację – niby bez wahania zgodziła się Tosia. – Koło Woli jest akurat trochę ugoru. I ziemia lichsza.

Paweł przerwał liczenie i powoli uniósł głowę znad rachunków. Umiał docenić uległość Tośki. Jakaż ona jest piękna w takich chwilach, myślał. Cicha i wyrozumiała. On ciągle niespokojny, wciąż czegoś szukał.

W ciszy brali ślub, w ciszy sprzątała obejście, gotowała na wielkim piecu, w ciszy cierpiała, w końcu w absolutnym milczeniu rodziła dzieci. Nie pożaliła się nawet, nie westchnęła. Także kiedy się kochali, całe jej ciało było poddane i milczące. Nie, nie była oziębła. Wprost przeciwnie. W nieczęstych przecież chwilach intymności oddawała siebie bezgranicznie, a jednak w jakiś tajemniczy sposób tą uległością dominowała nad Pawłem. Gdyby starała się negować jego władzę i pozycję, prowokowałaby go do władczych działań, tymczasem właśnie jej wrodzona bierność i zaufanie onieśmielały pana i władcę i oddawały go całkowicie pod jej kontrolę. Paweł ulegał tym macierzyńskim rytuałom, ponieważ, jak każdy mężczyzna, który został wychowany surowo, odczuwał brak czułości i nie do końca godził się na rolę, której się podjął, mimo że na każdym kroku podkreślał, że jest panem, surowym ojcem i głową rodziny.

Nigdy jej nie powiedział, że jest piękna, że ją kocha, właśnie dlatego, że było to niezgodne z rolą, jakiej się podjął. Nawet Marcinowi Jurowi, ojcu Tosi, nie powiedział, że kocha jego jedyną córkę, tylko że mają się ku sobie od dawna, od niepamiętnych czasów ciągnie ich do siebie, więc ślub byłby naturalnym zwieńczeniem ich wieloletnich skłonności. Poza tym Paweł nie był – jak to się mówiło – w ciemię bity. Doskonale wiedział, że Jurowie mają jedynaczkę i kilkanaście hekta-rów ziemi ornej, która leży odłogiem. Tekla, żona Marcina, nie mogła więcej rodzić. Niby z medycznego punktu widzenia nie było żadnych przeszkód, ba, lekarz nazywał ją okazem zdrowia i zapowiadał liczne potomstwo, ale mimo starań Tekla nie zaszła więcej w ciążę. Próbowali wielu metod, Tekla dawała na mszę i zażywała jakieś drogie a nieprzydatne specyfiki. Potem były już tylko napary z ziół, zabobony, cegły pod łóżkiem, stawanie na głowie. Żadnych rezultatów. Z czasem Jurowie pogodzili się z wyrokiem. A ziemi było sporo. Od Zagumnia i drogi na Dąbrowę Tarnowską aż do Woli. Pola, łąki i jeszcze kawał lasu.

Prócz domu i obory na Zagumniu, prócz nazwiska i jakiejś odległej historii majątków pod Sandomierzem Paweł nie miał niczego. Marcin Jur zgodził się na takiego zięcia i przez to naraził się innym Jurom, bliskim i dalekim krewnym. A każdy z nich pragnął tę partię małżeńską rozegrać zgoła inaczej. Tego dnia, kiedy wieść o zaręczynach rozeszła się po okolicy, nagle pojawiło się kilku absztyfikantów – nachodzili starego Marcina, wygłaszali mowy i tyrady, grozili, błagali, ale słowo się rzekło. Zresztą Jur nie chciał niczego zmieniać. Polubił Pawła.

Tosia oczywiście nie miała nic do powiedzenia. Siedziała w izbie na workach z owsem i łuskała fasolę. Białe ziarna upadały z klekotem na drewnianą podłogę, toczyły się pod dzieże, pod worki z ziarnem, pod starą kołyskę, w której ją do snów wykołysano. Nie była przekonana do Pawła. Raz czy drugi przelotnie na niego spojrzała, być może trochę dłużej. Czasem spotykali się przed kościołem, innym razem na Zagumniu, kiedy Paweł wracał z Łukowej, gdzie budował kościół. Ale przecież nie był jedynym mężczyzną, na którego zwracała uwagę. Myślała też o Franciszku Moskalu. Bardzo się jej podobał. Moskal był wysoki, a Tosia lubiła wysokich mężczyzn. Wyobrażała sobie, że będzie musiała stawać na jego butach, żeby go pocałować. No i z takim wielkim człowiekiem nie mogłoby jej się stać nic złego.

Dziwiła się, skąd w tak wielkim człowieku, jakim był Moskal, mogło pomieścić się tyle delikatności. Zawsze jej się wydawało, że ludzie potężni muszą być okrutni, zamknięci i zawzięci, że często biją kobiety i znęcają się nad dziećmi. Co mają robić ze swoją siłą?

Kiedy wracała z pola, podchodziła do lustra w kuchni i przyglądała się swojemu odbiciu. Urodę miała nietutejszą. Lśniące czarne włosy zaczesywała do tyłu, odsłaniając niskie czoło i cienkie łuki brwi. Jej twarz to była czysta harmonia linii, okręgu, żadnych cieni: oczy, usta i nos jakby wyjęte z włoskich portretów madonn. Praca na roli, o dziwo, jej nie zniszczyła, wiatry, mróz i palące słońce nie wysuszyły przed czasem skóry, która opalizowała jakimś fantastycznym blaskiem. Mogła uchodzić za Żydówkę lub Cygankę. Dość często w mieście zauważała, że ludzie patrzą na nią inaczej niż na inne kobiety. Nie było w tym nienawiści, złości czy może pobłażania, ale nie było też obojętności.

Z czasem stawała się odważniejsza. Cofała się przed lustrem o kilka kroków, żeby zobaczyć szyję i ramiona. Bardzo powoli zsuwała krótkie rękawy koszuli albo sukni, odsłaniała kształtny obojczyk i część dekoltu. Mówiła sobie wówczas, że tak, mogła się podobać, nawet Moskalowi, nie była ani za chuda, ani otyła, a piękno przecież zawsze wyrażało się w kompromisie pomiędzy skrajnościami.

W tym samym 1912 roku, kiedy to on ożenił się z Marianną, Tosia poślubiła Pawła. Spieszyli się, bo nadchodził Wielki Post z jego gorzkimi żalami, chociaż hucznej zabawy mimo zapustów i tak nie było, bo wszyscy okoliczni muzykanci byli już zajęci. Tylko stary Giża przygrywał na swoim wysłużonym akordeonie. I to tak nostalgicznie, jakby prowadził kondukt żałobników do kaplicy w Istowie.

Paweł w odróżnieniu od Moskala był raczej szorstki, rzadko się uśmiechał. Nosił się po pańsku. Ciemne spodnie, marynarka, biała koszula ze sztywnym, zaokrąglonym kołnierzykiem, długie cholewy, kapelusz. W kamizelce nieodłączna dewizka ze srebrnym zegarkiem firmy Waltham, który otrzymał kiedyś w prezencie od matki. Trzeba powiedzieć, że jak na takiego, co niewiele posiada, prezentował się okazale. I jeszcze ten nieustępliwy wyraz twarzy; długie, po sarmacku podkręcone wąsy, które przydawały mu powagi.

Szczęście Moskala trwało zaledwie dwa lata. Marianna zdążyła mu urodzić córkę i syna i zmarła na gruźlicę. Kilka miesięcy później Pawła, Moskala i Wincentego Jura, stryja Tosi, wcielono do armii austriackiej. Moskal został ciężko ranny już podczas pierwszych potyczek w Serbii, kiedy Austriacy zostali zdziesiątkowani przez oddziały Stepanovicia, ale nie wrócił do domu, przenosili go z lazaretu do lazaretu, w końcu – kiedy rana w płucach już się zabliźniła – zdezerterował i ukrył się gdzieś pod Czerniowcami. Paweł i Wincenty do samego końca, do listopada 1918 roku, walczyli na froncie włoskim i zostali wzięci do niewoli pod Sacile. Wszyscy trzej w ponurą i dżdżystą zimę, w roku wybuchu epidemii hiszpanki wrócili do Isto-wa. Paweł nie wiedział, że w tym czasie został ojcem. Kiedy wrócił do domu, jego córka Maria miała już cztery lata. Moskal natomiast brał udział w jakichś wiecach ludowych, poza tym ciągnęło go do miasta, do towarzystwa, kawiarń i polityki.

Wszyscy próbowali jakoś nadrobić ten utracony czas. Moskal ożenił się po raz drugi, z siostrą Marianny, Agatą. Paweł szybko wziął się do pracy w polu. Co roku przybywało ziemi, w znoju wydzieranej perzom i trybulom, ostom i pokrzywom. Tosia doprowadzała do ładu dom i oborę, bieliła pnie drzew owocowych w sadzie, mełła ziarno w kamiennych żarnach, ubijała masło w maselnicach, zaczyniała chleb i piekła go w kuchennym piecu. A w tym samym czasie rodziła – w przerwach między porządkami, kiedy właśnie powinna położyć się w izbie, usiąść przed domem, odwiedzić Helę Michoniową, rodziła, lały się z niej wody i ból rozchodził się po całym ciele jak gorączka.

W ciągu trzech lat po wojnie przyszły na świat dwie córki, Olga i Renia. Nie było jednak potomka męskiego i wśród Ju-rów złośliwie szeptano, że to kara za haniebne małżeństwo. Paweł nie dawał po sobie poznać, że ta sytuacja go niepokoi. Wieczorem, kiedy wracał z pola, zdejmował ubłocone cholewy, bez słowa siadał do stołu i głośno uderzając warząchwią w stół, czekał na miskę z ziemniakami i kapustą. Dziewczynki bawiły się na piecu – Tosia rozkładała im tam dwa gałganiarze i koc. Paweł nie witał się z córkami, nie zbliżał się do nich, nie przytulał, pytał tylko najstarszą, Marię, czy świeża trawa ścięta, czy krowy napojone, czy pomagała matce. Koniec. Żadnego spoufalania się. Światy dorosłych i dzieci były zupełnie odrębne. Świat dzieci rządził się swoimi prawami, był pełen tajemnic, ziół, schowków, wianków z ruty i świętych obrazków, maleńkich mogił, w których ochrzczone morzem łez znikały ulubione zwierzęta. Miał swój język, własne słowa klucze.

Tosia odnosiła wrażenie, że Paweł się od niej oddala, czuła się winna i w duchu nawet przeklinała swoją kobiecość, z której rodziły się tylko córki. Pytała o radę lekarza, który przyjeżdżał z miasta do dworu, ale ten tylko niecierpliwie wymachiwał ręką, jakby się opędzał od roju napastliwych owadów.

– A czegóż ty ode mnie chcesz, kobieto? Mało ja mam pracy wokoło? Szkarlatyna, koklusz, gruźlica, tyfus, ludzie umierają, nie ma lekarstw, o wszystko dzisiaj trudno. Masz troje dzieci, zdrowe córki, czegóż ty jeszcze chcesz?

Znachorki też jej nie pomogły. Brały pieniądze, drób, jajka, przepisywały mikstury z ziół, odczyniały uroki. Wszystko na nic. Przestała jeść, zmizerniała, potem dopadła ją dziwna gorączka, która trzymała długie tygodnie, nie poddawała się żadnym medykamentom. Tosia coraz bardziej słabła, nie wychodziła już z łóżka. Paweł w końcu wezwał księdza Stanowskiego i ten udzielił jej ostatnich sakramentów. Przyszedł też Wincenty Jur. I różnie potem ludzie gadali. Jedni twierdzili, że najwyraźniej Bóg się nad Tośką zlitował, inni, co bardziej zabobonni, upierali się, że jakaś klątwa jednak nad domem Borowiczów wisieć musiała, skoro nie dość, że Tosia cudownie ozdrowiała, to jeszcze kilka miesięcy później urodziła pierwszego, rok po nim drugiego, a w styczniu 1929 roku – trzeciego syna.

Żyło im się coraz lepiej. Stać ich było nawet na służące. Paweł postawił stodołę, łożył na remont szkoły powszechnej w Istowie i częściowo wspomagał swojego brata Ludwika, który na placu Kazimierza w Tarnowie wykupił drugi lokal na sklep mięsny. Ale Paweł był zdany tylko na siebie. A ziemia nie znosiła przestoju – ta licha ziemia nie wybaczała bierności, wymagała czasu, nieprzespanych nocy. I Paweł nie spał, kalkulował. Wstawał o świcie z łóżka, zakładał cholewy i szedł w pole, zmagać się z materią, która stawiała mu opór.

Tego dnia Madej po raz pierwszy usłyszał o zwolnieniach. Wieść rozniosła się błyskawicznie, po kilku godzinach wiedziano już o tym w całym Krzyżu, na Zaczarniu i w Istowie. Zapanowała nerwowa atmosfera, chociaż hrabia de Laveaux starał się uspokoić robotników. Stał na wozie zażywny, wysportowany, w tweedowej marynarce, w bryczesach, ze szpicrutą pod pachą i mocno zaciągał się dymem cygara. Niebieskie obłoki dymu od razu porywał wiatr i rozwiewał po browarze.

– Zwolnienia są nieuchronne – grzmiał hrabia. – Jak już wspomniałem, robotnicy, którzy zostaną zredukowani, mogą zgłosić się u zarządcy w Gumniskach. Są jeszcze miejsca pracy w stajniach i przy rozsadach drzew owocowych. W sumie – tutaj przerwał i na chwilę zajrzał do papierów, które z sobą przywiózł – zwolnionych zostanie trzydzieści osób.

Podniósł się krzyk, tłum nagle zgęstniał, zafalował i wydawało się, że z hukiem przeleje się przez mur ogrodzenia. A przecież doświadczenia ostatnich miesięcy, cały ten przeklęty kryzys gospodarczy, uczyły, że należy zachować daleko idącą ostrożność, zwłaszcza jeśli w grę wchodziły masowe zwolnienia. W istocie hrabia całą sytuację uważał za komiczną; zdawał sobie sprawę, że robotnicy, mimo wrzawy, jaką podnieśli, nie mają nic do powiedzenia. Scenariusz nie zmieniał się od lat. Najpierw oburzenie, groźba strajku, a po chwili cała solidarność bierze w łeb. Każdy pokornie wraca do pracy w hali. Niby wiedzą, że wszystkich nie da się zwolnić, a jednak nikt nie chce się wychylać. Hrabia spojrzał ponad głowami pracowników, wyjął spod pachy szpicrutę i wskazał nią budynek fabryki. Przypominał teraz pomnik. Dostojny, niewzruszony. Do takiego wizerunku hrabiego robotnicy z Zaczarnia, Krzyża i Brzozówki byli przyzwyczajeni. Nikt już przecież nie wspominał ciemnych lat rabacji, opustoszałych dworów, okrutnie zamordowanych panów, powozów płonących w przysiółkach. O tych wstydliwych rzeczach już się nie mówiło. Gdyby sobie o nich przypomnieli, pewnie nie ucichliby tak szybko, nie spuszczali wzroku przed butnym spojrzeniem de Laveaux. Role bardzo szybko mogły się odwrócić.

Nadjechały właśnie transporty chmielu z Lublina i Brzeska, ktoś otworzył bramę, robotnicy w kurzu wzniecanym przez silne podmuchy wiatru małymi grupami wracali do browaru. Wiedzieli, że nie mogą zbyt wiele oczekiwać od Sanguszki, który gwarantował setkom osób miejsca pracy w powiecie. Większość zakładów, browary, lasy, orne pola – wszystko należało od wieków do księcia. Oczywiście niektórzy przypominali, że nie jest to znowu aż taka łaska z jego strony. Ktoś musiał przecież pracować na tych ziemiach i w tych zakładach, żeby interes księcia mógł się rozwijać. Wszak do pracy w Krzyżu książę nie będzie sprowadzał chłopów z Brzeska albo Zakliczyna!

Dla nich to tylko słowa, pomyślał Madej. Stał z boku, przy agregacie i przyglądał się zarządcy, który uspokajał robotników. Potem zwinnie zeskoczył z powozu i uśmiechając się, chwalił kierownika Strzeleckiego za dyscyplinę. Strzelecki dziękował, kłaniał się, chociaż nie miał zwyczaju kłaniać się nikomu. W końcu był właścicielem kilkudziesięciu hektarów pól i dwóch placów w mieście.

– Dla nich to tylko słowa i liczby – powtórzył Madej tym razem na głos, zaklął, splunął pod nogi i tak jak inni wrócił do pracy przy kadziach.

Nikt jeszcze w browarze nie wiedział, kogo obejmą redukcje, ale on już był pewny, że Strzelecki wciągnął go na listę. „Idźże do kierownika, zapytaj, po co się tak męczyć? I czas zyskasz, żeby poszukać innej roboty” – przekonywała jego żona, Czesława. Madej nazywał ją krótko – Czajka, bo też w chwilach ojcowskiego gniewu, zawsze chowała przed nim dzieci. Ona pierwsza zauważyła zmianę. Coraz trudniej było im się porozumieć. Poza tym zrażał do siebie ludzi, wdawał się w ja-kies bijatyki w Tarnowie. Spędził w areszcie kilka dni za zakłócanie ciszy nocnej na Burku i znieważenie policjanta. Sąsiedzi w Krzyżu też zaczęli go unikać. Zamykał się w izbie i całymi godzinami siedział bez ruchu, gapiąc się w ścianę. Jego oczy zaszły mgłą. Nie oślepł przecież, ale Czajce wydawało się, że nic już nie widziały. Były to oczy jakby odwrócone do środka. Żył, pracował, poruszał się na pamięć, po ustalonej trajektorii. Kiedy spróbowała z nim o tym pomówić, wybuchnął: „A co ty możesz o tym wiedzieć?! Pętasz się tylko po wsi, w domu boki obijasz. Piętnaście lat krzyża za was nastawiam i co mam z tego? Tylko to twoje gdakanie!”.

Gniew był w nim już od dawna. Bez powodu wpadał w szał, więc żeby uciszyć te napady agresji, zaczął pić. To tylko pogorszyło sprawę, bo o ile wódka – przynajmniej do pewnego momentu – rzeczywiście go znieczulała, o tyle kac następnego dnia rano doprowadzał do jeszcze większej agresji. Madej przesiadywał całe wieczory w tarnowskich szynkach, czasem w karczmie, i upijał się do nieprzytomności. Jego kredyt u Żyda rósł dramatycznie, zaczął więc pędzić bimber. Tarł ziemniaki, zaczyniał i fermentował, odnajdując w tym namiastkę najlepszych lat przepracowanych w browarze, w saganie na ospę gotował zacier, schładzał i wlewał w siebie pierwszy, mętny destylat. Pił szybko, duszkiem, rozkoszując się dawką znieczulenia.

Alkohol wypalał mu umysł. Madej miewał majaki, chodził spać do obory i zasypiał z siekierą pod ręką, tocząc wokół błędnym wzrokiem, tłumaczył Czajce, że to dla obrony, bo wszyscy nastają na jego życie. Nie pamiętał, kiedy pierwszy raz podniósł na nią rękę. Zaczął również bić dzieci, Staszka i Henię. Ktoś w końcu doniósł o tym sołtysowi, a może nauczycielka Stasia domyśliła się po sińcach, zadrapaniach, pręgach od bata, i Madej musiał się tłumaczyć.

To był dla Czajki trudny czas. Pieniędzy brakowało dosłownie na wszystko. Nie miała co włożyć do garnka, nie mówiąc już o kupnie zeszytów czy nowych butów dla Staszka. W dodatku tuż po aresztowaniu męża okazało się, że jest w ciążyć. Sprzedała łąkę i część pola, na reszcie posiała warzywa, na targu w Tarnowie sprzedawała antonówki z sadu. Zimę przetrwali tylko dzięki sąsiedzkiej pomocy. Kuraś przywiózł jej sosnę i trochę buczyny, sam porąbał i poukładał w drewutni, zdun na kredyt naprawił piec kuchenny. Jadzia urodziła się w styczniu trzydziestego trzeciego roku i niemal od razu zaczęła chorować na płuca. Czajka musiała się nająć do pracy w Tarnowie, żeby opłacić wizyty lekarskie i medykamenty. Zostawiała Jadzię w ochronce i pół dnia spędzała w pralni, a potem sprzątała zaplecze sklepu kolonialnego na Krakowskiej. W tym czasie Staszek zajmował się domem i opiekował Henią.

W czerwcu Madej został warunkowo zwolniony z więzienia po rocznej odsiadce. Stanął w drzwiach domu z kwiatami w rękach, zupełnie odmieniony. Przytył, a nawet zmężniał, włosy siwiejące na skroni i szpakowata bródka nadały mu jakiejś dostojności. W rzeczy samej w niczym nie przypominał więźnia Riwiery – nosił się jak urzędnik. Podobno zatrudnił się już był przy magistracie. Od lipca miał pracować przy regulacji Wątoku, potem przy budowie domów mieszkalnych na Dwernickiego. Tryskał entuzjazmem, snuł plany na przyszłość, roztaczał przed Czajką jakieś fantastyczne miraże, powtarzał w kółko, że jest wybrańcem, Bóg dał mu szansę i dzięki temu on narodził się na nowo. Kiedy zobaczył Jadzię i dowiedział się o jej problemach zdrowotnych, rozpłakał się, powoływał na znajomość ze świetnym specjalistą od chorób dziecięcych, doktorem Józefem Weiszem i obiecał dołożyć wszelkich starań, żeby ją wyprowadzić z choroby. Dosłownie tak się wyraził: „Dołożę wszelkich starań, żeby ją wyprowadzić z tej choroby”.

Nawet mówi jakoś inaczej, nie wiadomo dlaczego z niepokojem pomyślała Czajka.

Prawdziwe zmiany miały jednak dopiero nastąpić. Madej zaczął od generalnych porządków przy gospodarstwie. Sprzedał resztę ziemi i za uzyskane pieniądze spłacił zduna i Żyda w karczmie. Pobielił dom i izby, naprawiał, sprzątał, przestawiał meble i sprzęty, układał wszystkie rzeczy z pietyzmem, wręcz pedanterią. Po pracy rodzina zasiadała do codziennego czytania Pisma Świętego, które Madej otrzymał w prezencie od współwięźnia.

Tę historię znali już na pamięć. W więzieniu Bóg zesłał Madejowi anioła w ludzkiej postaci. Jego ziemskie nazwisko brzmiało Bieluń, a jego ziemską profesją było zegarmistrzo-stwo. Pochodził z okolic Stanisławowa, do Tarnowa przyjechał po Wielkiej Wojnie, tu się osiedlił i ożenił. Odsiadywał wyrok za zabójstwo w afekcie – podobno odkrył romans małżonki i postrzelił jej kochanka, który kilka dni później, nie odzyskawszy świadomości, zmarł w tarnowskim szpitalu.

Bieluń był przede wszystkim mistykiem. To właśnie dzięki niemu Madej przestał pic. Dokonał wyboru świadomie, nie zaś z braku sposobności – przy odrobinie sprytu na Riwierze można było zaopatrzyć się w alkohol w dowolnych ilościach. Dzięki Bieluniowi zrozumiał także swoje błędy, zaczął czytać Stary i Nowy Testament i odkrył swoje powołanie. Jego ulubioną księgą były proroctwa Daniela. Kiedy otwierał pożółkłe i szeleszczące stronice, gęsto zapełnione drobnym drukiem, zamykał oczy, a na jego uduchowioną twarz jakby zstępowało światło i igrało refleksami w rytm recytowanych fraz: „Widziałem w widzeniu mojem w nocy, a oto cztery wiatry niebieskie potykały się na morzu wielkiem; A cztery bestyje wielkie występowały z morza, różne jedna od drugiej. Pierwsza podobna lwowi, mając skrzydła orle; i przypatrywałem się, aż wyrwane były skrzydła jej, któremi się podnosiła od ziemi, tak, że na nogach jako człowiek stanęła, a serce człowiecze jej dane jest. Potem oto bestyja druga podobna niedźwiedziowi; i stanęła przy jednej stronie, a trzy żebra były w paszczęce jej między zębami jej, i tak mówiono do niej: Wstań, nażryj się dostatkiem mięsa. Potemem widział, a oto inna bestyja podobna lampartowi, która miała cztery skrzydła ptasze na grzbiecie swym, cztery też głowy miała ta bestyja, i dano jej władzę wielką”.

Staszkowi zamierało serce z przerażenia. Zdawało mu się, że z półcieni rzucanych przez migotliwą świecę, z kątów domostwa, spod podłogi wyradzają się, jeden po drugim, mityczne potwory o czterech głowach, gotowe dopaść domowników i żywić się ich ciepłym mięsem. Tarł pod stołem ręce i chrząkał, próbując zagłuszyć strużkę moczu, która sączyła się z krzesła na podłogę. Madej zaś mrugał do Heni i komentował: „Koniec świata, który znamy, jest bliski. Ale czy mamy żyć w strachu? Czy słowo to dano nam, żebyśmy trwożyli się w oczekiwaniu na przyjście Antychrysta? Nie, zaprawdę, to nie jest powód do lęku. Musimy zaufać boskim wyrokom. I tak żyć, jakby każdy dzień miał być ostatnim”.

Madej z utęsknieniem czekał na niedzielną sumę w katedrze, na to wzniosłe misterium o zapachu starego drewna i kadzidła z trybularza. Przygotowania zaczynały się już w sobotę, po zmierzchu. Henia pomagała matce w prasowaniu. Najpierw szła po żelazko do sąsiadów, potem wspólnie rozpalali pod kuchnią i do żaru wsuwali żeliwny wkład. Staszek glansował buty ojca; musiały się świecić, błyszczeć jak lód w browarze, niczym ciemny porter w wielkich kuflach. Spowiadali się raz w tygodniu u sprawdzonego spowiednika, księdza infułata. Madej na kartkach zapisywał dzieciom, co mają mówić. Po sumie siadał na przyzbie i ćmił machorkę. Często brał na kolana Henię albo Staszka i opowiadał o dawnej pracy w książęcych browarach.

– To jęczmień. Widzisz? – Pokazywał pola wokół wsi. -Jęczmień mieszaliśmy z wodą, a potem szybko suszyliśmy, żeby dalej nie rósł.

– Dlaczego nie miał rosnąć?

– Ziarno, widzisz, i tak musi umrzeć, żeby coś urosło – odpowiadał zagadkowo Madej. – Ale w browarze robiliśmy z niego słód. Taki wypalony słód, dobrze wysuszony i zmielony, znowu mieszaliśmy z wodą, zacieraliśmy i mocno podgrzewaliśmy w kadziach. Dopiero potem, jak już się słód ugotował, trzeba było wszystko odcedzić i zmieszać z chmielem. A potem drugie gotowanie i długie chłodzenie. Do tego potrzebny był lód właśnie. Widziałeś ten wielki agregat w mieście?

– Yhm – potwierdzał Staszek.

– Po schłodzeniu dodawaliśmy drożdży i zlewaliśmy płyn do zamkniętych kadzi, w których zaczynała się fermentacja. To znaczy – wyjaśniał Madej – robiło się piwo. Wystałe, Zdrój Tarnowski, Piwo Bawarskie albo ciemny porter. – Oblizywał usta.

Czajka była nieufna. Nie rozpoznawała w tym człowieku swojego męża. Nie ulegało wątpliwości – to był Madej, jej ślubny, znali się od dzieciństwa, umiała go na pamięć, a mimo to zauważała w nim obcość miast znajomej obecności, jakby w więzieniu z tym Bieluniem pozamieniali się duszami. Nie śmiała go pytać, wolała raczej zostawić rzeczy swojemu biegowi. Jednak nie potrafiła się wyzbyć strachu.

Bała się tego spokoju, cisza w mężu bardziej ją niepokoiła niż płacz Heni i Staszka, sińce od orczyka i skórzanego pasa. Czajka chciała ładu, bardziej niż czegokolwiek pragnęła porządku i uległości. To były jasne reguły. Nie tylko nie sprzeciwiała się karom, ale uważała wręcz za stosowne karanie dzieci, jeśli nie postępowały zgodnie z wolą ojca. Natury nie da się oszukać, przypominała sobie starą mądrość ludową. Madej był taki sam jak jego ojciec. Każde odstępstwo od reguł karane było biciem i przymusową głodówką. Madej nienawidził ojca, a im bardziej nienawidził, tym bardziej się do niego upodabniał. Madej był taki zawsze, tylko sam o tym nie wiedział, potrzeba było kryzysu i zwolnienia z pracy, brakowało tej iskry, zapalnika, żeby nastąpił wybuch. Teraz to znowu nie był on. To było jakieś zastępstwo Madeja. Ktoś za niego patrzył, za niego przemawiał. Wiedziała, czego się może spodziewać po tamtym człowieku. Ale czy ten nowy człowiek, kiedy uświadomi sobie klęskę, kiedy zmęczy się walką ze swoimi skłonnościami, skapituluje – nie wybuchnie ze zdwojoną siłą? Co się wówczas z nimi stanie? Zdawała sobie sprawę, że rani go swoją podejrzliwością, być może przyspiesza to, co nieuchronnie musi nadejść. Madej zresztą coraz częściej pytał: „Co mi się tak przyglądasz? Dlaczego się boisz? Dlaczego znowu wszystko chcesz zniszczyć?”.

Zaczął słyszeć głosy. Z początku wydawało mu się, że się przesłyszał, głos był niewyraźny, dochodził jakby z daleka, przeważnie pojawiał się tuż przed zaśnięciem, czasem podczas rozmowy ze znajomymi. Zaniepokojony odwracał się i pytał: „co powiedziałeś?”, ale ze zdziwieniem konstatował, że nikt do niego nie mówił, a nawet, że jest całkiem sam.

„Wielki wyścig samochodowy w Tarnowie!”. Tak oto reklamy na słupach ogłoszeniowych i miejskie gazety anonsowały wydarzenie sportowe, które organizował i finansował Sanguszko. Zawodom miały towarzyszyć liczne festyny w mieście i parku Strzeleckim, występy muzyków oraz pokazy magiczne. Od samego rana w domu Borowiczów panował rozgardiasz. Dziewczyny, podniecone wyjazdem do miasta, biegały po izbie, skakały po łóżku i narzutach, w powietrzu unosiły się tumany kurzu i pierza. Tosia z uśmiechem wyłapywała córki niczym motyle i każdą z osobna stawiała przed lustrem.

– Ile wy macie lat? Popatrz, jak ty wyglądasz! A za dwie godziny musimy być w mieście.

I zaczęło się. Czesanie włosów, zaplatanie warkoczy, mycie, wycieranie, a jednocześnie dokładanie do pieca, mieszanie kaszy, pilnowanie rondla z omastą, żeby się nie przypaliła. Na szczęście chłopcy są spokojni, już w pełnej gali, pachnący i wypielęgnowani – Józio w granatowym marynarskim mundurku, Tadeusz i Wojtek, ubrani w nowo uszyte spodnie z tego samego materiału i białe koszule, prawie nie do odróżnienia. Tadeusz zaprzęga konia, zakłada chomąto i zaciąga postronki, Wojtek pokazuje Józiowi swój szkolny zeszyt i uczy go stawiać litery. Józio cierpliwie prowadzi ołówek od linijki do linijki, zakręca, prostuje, z uśmiechem pokazuje efekt bratu. Litery nie przypominają żadnego znanego rodzaju pisma, raczej tajemniczy ornament, ale Wojtek udaje, że jest zaskoczony, chwali Józia i głaszcze po ogolonej głowie.

Paweł ze swoim przyszłym zięciem, Julkiem Lipko, rozprawia o polityce. Pawłowi Julek bardzo się podoba, bo mało mówi, ale przede wszystkim umie słuchać. Julek jest flegmatyczny, jakby jego życie spóźniało się o kilkanaście sekund. Te kilkanaście sekund trzeba odczekać, zanim Julek zareaguje, obudzi się, udzieli odpowiedzi. Maryśka za to jest wygadana. Będą się w życiu dopełniać.

Wszyscy byli ciekawi wydarzeń, które głośno zapowiadano w gazetach. Zastanawiano się, którymi ulicami będą się ścigać, jakie samochody wezmą udział w zawodach. Bo książę zdążył już przyzwyczaić mieszkańców do widoku coraz to nowszych modeli, lśniących karoserii, wycia silników na wysokich obrotach, które wybijało miasto ze spokojnego i sennego rytmu o wiele skuteczniej niż capstrzyki pułku piechoty czy popisów-ki na musikplatz, na placu Sobieskiego. Sam książę w nieodłącznych wielkich okularach, zielonych bryczesach w szkocką kratę i kaszkiecie na bakier przemierzał ulice, zaułki i place, wożąc agronomów, zarządców, ludzi z bohemy, a nawet dalszych krewnych infantki hiszpańskiej.

Ileż było z tego powodu zamieszania! Ludzie przystawali w połowie drogi do sklepu, kawiarni, hotelu, wsłuchując się w daleki jeszcze znajomy dźwięk. Tylko pasażerowie tramwaju, który uparcie wspinał się po Krakowskiej w kierunku Targowej, nie słyszeli warkotu samochodu, zbliżającego się od strony Gumnisk lub Zgłobic. Ale już przekupnie na Burku ściszali nawoływania i na Bernardyńskiej powoli zaczynała się ewakuacja do sieni i sklepów. Poza wieloma innymi cechami osobowości książę przejawiał słabość do motoryzacji, a w szczególności do szybkiej jazdy – był zresztą świetnym kierowcą, ale kiedy wjeżdżał do miasta, przypominał zbłąkany piorun, który nie wie, gdzie ma uderzyć. Wielką uciechę sprawiało mu zjeżdżanie na pobocza ulic, w mętne kałuże, rozlewiska po obfitych opadach, które dzień i noc sączyły się wąskimi ulicami w kierunku Wątoku. Fontanny mętnej deszczówki opadały na zadbane garnitury i suknie, płaszcze i kapelusze przechodniów. Co ciekawe, nikt tego nie miał księciu za złe, zwłaszcza kobiety – mdlały wprost na widok wysportowanego i pięknego jak Parys panicza z Gumnisk, który odrzucił profity iberyjskiego tronu, jakie zapowiadał mariaż z infantką, brylował za to w towarzystwie tarnowianek, co w każdej chwili groziło mezaliansem.

Jurowie też wybierali się na festyn. Stanisław Jur, syn Wincentego, świeżo upieczonego wójta Istowa, prowadził swoją smukłą kasztankę do bryczki, w której już siedziała Janka z mamą i machała parasolką w stronę Józia. Całą noc padało, ale już po dziesiątej znowu pojawiło się słońce. Zaiskrzyły się łąki i ziemia zaczęła parować. Delikatna mgiełka osnuła kępy olszyn, sady i rowy, które wyglądały jak zarośnięte gęstą pajęczyną. Marysia podała Tosi chleb zawinięty w płótno i całą rodziną ruszyli w drogę do miasta. Minęli karczmy pod dworskim parkiem i kościół z nowo wybudowaną plebanią. Przy drodze, w podeszczowym błocie, blakły stokrotki, płatki róż i dziesiątki kolorowych wstążek z procesji, które w owym roku jubileuszowym szły do Łukowej i świętego obrazu w Tuchowie. Przed nimi rozciągała się wielka równia pól i łąk, zagonów, które niczym szwy spajały ziemię. Tosia, szczęśliwa, wtuliła się w mocne Pawłowe ramię i zaczęła śpiewać modną ostatnio piosenkę Warsa z filmuPieśniarz z Warszawy:„Tylko z tobą i dla ciebie, wciąż serce o tym śni. Tylko z tobą i dla ciebie, przez jasne życia dni”. Olga i Renia od razu podchwyciły melodię.

Józio z promiennym uśmiechem wyglądał żółtego domu Duni. Ciągle o niej myślał. Śnił o jej dużych czarnych oczach i długim warkoczu. Na zawsze zdobyła jego chłopięce serce pewnego zimowego dnia, w styczniu, kiedy podarowała mu na urodziny ciastko z rodzynkami i miękki pocałunek. Stał po kostki w śniegu, marznął, a jednocześnie rozkoszował się wspomnieniem tego pocałunku, które zyskało realny kształt w postaci rumieńca na policzkach.

Minęli Brzozówkę i zaczęli zbliżać się do Krzyża. Domy wsi i browar znajdowały się w głębi, nieco niżej, zasłonięte kępami drzew i łanami zbóż. Przy Starodąbrowskiej rosły tylko przyciężkie, pochylone wierzby. Niektóre, wydrążone jak kontrabasy, próchniały od środka, pełne wilgoci i zapachu grzybów. Każdej wiosny ze zgrubień wystrzeliwały wiotkie pędy, witki pokryte baziami i migoczącym listowiem niczym przecinkami i wprawiały w ruch stojące powietrze. W półcieniach szpaleru wyrastały baldachy dzięglu, białe dzwonki jasnot, żółty rozchodnik i bluszcz próbowały zaanektować drogę. Ale kiedy tylko chwytał pierwszy mróz, te wszystkie niepokojące barwy płowiały, liście zwijały się w ruloniki i bezgłośnie opadały na ziemię. Drzewa wymachiwały nagimi gałęziami, na pajęczynach zarastających pnie osiadał szron, pod nogami chrzęściły pancerze martwych owadów. Józio bał się tych drzew. Wyobrażał sobie, że to zaczarowane wiedźmy, które ożywić można przypadkowym gestem, jakimś jednym prostym zaklęciem. Wiedział, jak skuteczne bywają witki wierzbowe, jeśli uczynić z nich rózgę. Powodują krótki, piekący ból i pozostawiają cienkie czerwonawe zgrubienia na skórze.

Z Krzyża widać było już całe miasto jak na dłoni. Ostre wieże kościoła Misjonarzy na wschodzie, komin cegielni Bracha, katedrę, po lewej złotą kopułę synagogi Nowej, a w głębi górę Świętego Marcina. Za kirkutem Paweł skręcił w kierunku ulicy Księcia Józefa i parku Strzeleckiego. Wóz zawsze zostawiał przy Skargi, u krewnych matki. Dalej szli pieszo. Renia z nostalgią spoglądała na czerwony gmach dawnej szkoły powszechnej. Wspominała dawne przyjaciółki, zwłaszcza Anielę

Durską i Milkę Cyngierównę. Ta pierwsza wybrała inne gimnazjum, Milka z młodymi syjonistami wyjechała do Palestyny. A w nowej szkole nie było łatwo; wszystko trzeba było zaczynać od początku. Walczyć o przyjaźnie, obdarzać zaufaniem, opowiadać swoją historię na tyle ciekawie, żeby inni ludzie znaleźli w tym coś interesującego. Kiedy powiedziała matce o swoich wątpliwościach, ta wzięła ją pod rękę i zaprowadziła przed dom. Pokazała jej macierzankę, pięciornik, bratki polne.

– Są tak małe, że ich prawie nie widać. Bukiet możesz zrobić z maków i chabrów, krwawnika, dziurawca, kozibrodu. Do wianka najlepiej nadaje się mniszek i ruta. Ale tamte się nie skarżą. Wiedzą, że bez nich nie byłoby łąki. Po prostu bądź sobą, Reniu. Wszystko inne przyjdzie samo.

Skręcili w Piłsudskiego. W kościele Filipinów właśnie zaczęli dzwonić, z seminarium wyszło kilku kleryków. Na Wałowej już były tłumy. Ciągnęły ze wszystkich stron, od Lwowskiej Krakowskiej. Schody Basztowej porastał las parasolek, meloników i lasek, modnych ostatnio czerwonych kapelusików, które na przekór kościelnym rygorom wkładały uczennice od urszulanek. Ale tuż przed katedrą milkły uśmiechy, drwiny, zaczepki, czasem nawet złorzeczenia, kolory blakły jak na czarno-białych fotografiach, wyciszali się nawet bywalcy składu win tokajskich, maślaczy i kapek na placu Katedralnym pod numerem drugim.

Tłum falował, rozlewając się do ratusza i podcieni, a w drugą stronę – do sklepu papierniczego Klara. Rozbrzmiały chóralne śpiewy, które stopniowo ogarniały katedrę, przedsionki i wreszcie cały plac Katedralny. Tosia ustawiła się z dziećmi w cieniu kamienic czynszowych. Msza już trwała. Wydawało się jej, że gdzieś za filarem dostrzegła twarz Czajki. Nie widziały się ponad dwa lata. Chciała odwiedzić ją w Krzyżu, ale ciągle brakowało czasu. Zresztą Czajka też nie garnęła się do odświeżania starej przyjaźni.

Wierni poruszyli się i zaczęli klękać. Zaległa dłuższa cisza. Gdzieś w głębi świątyni, w półmroku prezbiterium, zaczynało się misterium przemienienia. Olga pochyliła głowę i zamknęła oczy. Ogarniała ją niewysłowiona radość, która pod postacią fali ciepła rozlewała się po całym ciele. Dobrze znała to uczucie. Pojawiało się niespodziewanie, bez uprzedzenia i bardzo często niezależnie od jej woli, jakby radość jej szukała, ścigała ją, pragnęła w niej na stałe zamieszkać. Odnajdowała w sobie obecność, która nie była jej obecnością, głos, który nie należał do niej, oddech, którym nie oddychała. A jednak wiedziała, że to ona sama, ona sama odzyskiwała siebie na własność. W tym momencie, kiedy biskup Lisowski podnosił kielich z winem mszalnym, pomyślała o weselu w Kanie Galilejskiej, Jezusie, który nakazuje napełnić stągwie wodą i zapewne widzi już w tym zapowiedź swojej męki, swoich zaślubin. Jak przez mgłę Olga widzi jego przebity bok, z którego wypływa krew i woda, woda i wino z Kany Galilejskiej.

Niedzielne sumy w katedrze trwały nawet do dwóch godzin. W tym czasie szykowano stoły i śnieżnobiałe obrusy w kawiarniach, poprawiano dekoracje, nakręcano patefony. Właściciele restauracji i żydowskich wyszynków na placu Kazimierza zastygali w błogim wyczekiwaniu, jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata. „Dziadzia”, jak pieszczotliwie nazywano Skolimowskiego, choć mocno już schorowany, wydawał polecenia trzem kelnerom, sprawdzał ich kołnierzyki i białe kamizelki. Prostował mankiety, strzepywał niewidoczny pyłek, poprawiał ułożenie chusteczki w butonierce. Kaczorowski, właściciel „Warszawianki”, postanowił wyjść przed cukiernię i osobiście witać gości. „Dziadzia” tego robić nie musiał, bo jego kawiarnia i zarazem cukiernia od lat miała ustaloną renomę.

Na placu Sobieskiego przygotowywano się do występów ulicznych, kataryniarze zawodzili pod opuszczonymi lokalami, potem przenosili się na chłodne i ciche podwórka, ciasne patia w poszukiwaniu lepszej akustyki. Promienie słońca tam nie docierały i mieszkańcy kamienic, otwierając okna, chłonęli nie tylko pochody melancholijnych dźwięków, ale też tak dobrze im znany zapach wilgoci, gruźlicze miazmaty zmieszane z odorem gołębiego łajna, pleśni i gorącego magla. Do występu przygotowywał się także sławny telepata i sugestioner Messig, którego eksperymenty, jak ogłaszały plakaty i ulotki, miały podłoże naukowe. Żadnych trików, białej i czarnej magii, żadnego oszustwa! Sztuka i demaskacja sztuki. Messig potrafi przepowiadać przyszłość i odgadywać ludzki charakter.

Na