Zielony trabant - Katarzyna Gacek, Agnieszka Szczepańska - ebook + audiobook
Opis

Zaprzyjaźnione na śmierć i życie kumpelki, nieoczekiwany spadek po zapomnianej ciotce oraz wizja nowego życia w odziedziczonym hotelu z dala od miasta… Tak sielankowo mógłby wyglądać scenariusz bajkowego melodramatu – ale bohaterkom “Zielonego trabanta” wszystko idzie na opak.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 353

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 48 min

Lektor: Elżbieta Kijowska


© Copyright by Katarzyna Stachowicz-Gacek & Agnieszka Szczepańska, 2008

© Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2008

Projekt okładki: Agnieszka Herman

Fotografie na okładce: Istockphoto

Redakcja: Katarzyna Kwiatkowska

Korekta: Ewa Natorska

ISBN 978-83-7386-312-5

Wydanie I Warszawa 2008

Wydawnictwo Nowy Świat ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa tel. (22) 826 25 43, faks (22) 826 25 47

internet:www.nowy-swiat.pl BLOG: blog.nowy-swiat.plklub czytelników:klub.nowy-swiat.ple-mail:[email protected]

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

PROLOG

Jak ja lubię to miejsce, pomyślała Lilka, siadając na ławce na samym brzegu skarpy w Parku Skaryszewskim.

Dotarła tu z trudem. Nowe, eleganckie buty na obcasie przez całą drogę od przystanku okropnie ją uwierały, ale mimo to było warto. Przestrzeń, która się przed nią rozpostarła, działała naprawdę kojąco, a w dodatku można było sobie pysznie pomachać nogami w powietrzu.

No więc pomachała i od razu zgubiła prawy pantofel. Leżał teraz w trawie i migotał modną tej wiosny czerwienią, a Lilce wcale się nie chciało po niego wstawać. Niech sobie leży, pewnie drugi też zaraz spadnie…

Majowe słońce, które powinno dopiero przymierzać się do grzania, paliło z całych sił, wyrabiając chyba ze dwieście procent normy. Jak miło… Lilka oparła się wygodniej i rozpięła białą, koszulową bluzkę, żeby choć trochę opalić blady dekolt. Najchętniej wystawiłaby do słońca również nogi, ale wolała nie podwijać eleganckich spodni. Mogłyby się pognieść i potem głupio by wyglądała.

Powietrze wypełniał intensywny aromat świeżo skoszonej trawy i żywiczna woń rosnących wokoło świerków. Przymknęła na chwilę oczy. Gdzieś z oddali, wraz z lekkim podmuchem wiatru, doleciał oszałamiająco słodki zapach kwitnących bzów. Było tak przyjemnie, że Lilce nie przeszkadzał ani terkot dziecięcego rowerka na żwirze, ani poszczekiwanie bawiących się niedaleko psów, ani nawet głośny śmiech dziewczyny, która na pobliskiej ławce obejmowała się ze swoim chłopakiem.

Lilka też przychodziła tu kiedyś z Tomkiem. Dwa lata temu, w maju, spacerowali przytuleni parkowymi alejkami, planując wspólną, różową przyszłość.

Tylko potem ten kolor tak im jakoś… niezupełnie wyszedł.

Z zamyślenia wyrwało ją natrętne brzęczenie tuż koło ucha. Osa. Złośliwa i namolna, jak to mają w zwyczaju. Lilka machnęła kilka razy niecierpliwie ręką, co oczywiście nic nie dało. W poszukiwaniu skuteczniejszej broni sięgnęła więc po leżącą obok na ławce tekturową teczkę.

Teczka była biała, zwyczajna, zawiązywana na troczki. Ktoś na niej napisał czerwonym flamastrem „Felicja Rudnicka”, a pod spodem długi ciąg liter i cyfr, pewnie numer sprawy.

Osa musiała obiektywnie ocenić swoje szanse i wreszcie odleciała. Lilka westchnęła, chwilę pukała bezmyślnie paznokciem w sztywną okładkę teczki, a w końcu rozsupłała tasiemki i zajrzała do środka. W przezroczystej, plastikowej koszulce leżał najeżony urzędowymi pieczęciami odpis testamentu ciotecznej babki Felicji.

Dostała go do ręki zaledwie godzinę wcześniej, po oficjalnym odczytaniu w sądzie. Na sali, oprócz sędziego i Eweliny, młodszej siostry Lilki, siedziała jeszcze mocno wymalowana sześćdziesięciolatka o bujnych kształtach i tlenionych na jasny blond, kunsztownie wytapirowanych włosach.

Lilka pamiętała ją dobrze z pogrzebu babki. Wtedy, trzy miesiące temu, blondyna, składając im kondolencje, dość nachalnie dopytywała, kiedy zamierzają wszcząć postępowanie spadkowe. Najwyraźniej nie miała pojęcia, że nikt z ich rodziny nie spodziewa się schedy po ciotecznej babce. Matka Lilki wzruszyła na to niechętnie ramionami i rozdrażniona burknęła coś niezrozumiałego pod nosem.

Delikatnie rzecz ujmując, matka i ciotka Felicja nie przepadały za sobą.

A potem, któregoś dnia, Lilka znalazła w skrzynce wezwanie do sądu. Od razu złapała za telefon i wykręciła numer siostry.

– Cześć, to ja. Słuchaj, dostałam wezwanie do sądu na odczytanie testamentu ciotki Felicji. To chyba jakaś pomyłka?

– Raczej nie, bo ja też dostałam. Ale to dziwne, ciotka nie kontaktowała się z nami od lat. I co ona nam niby mogła zostawić? Dzieła zebrane Lenina w twardej oprawie?

– Nie wygłupiaj się! Może raczej jakąś piękną starą biżuterię? Albo trochę gotówki?

Ewelina zaśmiała się ironicznie.

– Akurat! Przecież ona nie śmierdziała groszem. A co do biżuterii, to matka zawsze mówiła, że ciotka nosi tylko Jablonex. Nie, ja myślę, że dostaniemy jakiś stary, popsuty telewizor. Na spółkę.

W tym momencie Lilka odchrząknęła.

– A dlaczego tak uważasz? – spytała ostrożnie.

– Dlaczego uważam co?

– Dlaczego uważasz, że ciotka nie miała pieniędzy?

Do Lilki dotarło ciężkie westchnienie siostry.

– No, przecież matka tak zawsze mówiła. Że ciotka się zaszyła na wsi, prowadzi jakiś marny hotelik…

– A mnie się wydaje, że ona nie była kierowniczką, tylko właścicielką. Pamiętasz, byłyśmy tam kiedyś na wakacjach, wieki temu, jeszcze zanim matka tak się z nią dramatycznie pożarła. I coś mi się kołacze…

– Daj spokój, Liluś, jak ciotka komunistka mogłaby mieć hotel? Puknij się w czoło!

– Może masz rację.

– Pewnie, że mam. Rób miejsce na półkach na dzieła Lenina!

A potem spotkały się na sali sądowej i w oszołomieniu wysłuchały sentencji, odczytanej monotonnym głosem przez znudzonego sędziego. Kiedy skończył, tlenioną blondynę, której przypadły w spadku jakieś drobiazgi, wymiotło z sali. Wybiegła, z hukiem zatrzaskując za sobą ciężkie drzwi.

To było zaledwie dwie godziny temu.

Lilka, mrużąc oczy od słońca, odgoniła leniwie następną osę, która pojawiła się od strony stojącego parę metrów dalej i pełnego puszek po piwie kosza na śmieci.

No cóż, westchnęła. Czas najwyższy zatelefonować do matki.

Po trzech sygnałach usłyszała przeciągłe: „Słucham.”

– Cześć, mamo, to ja.

– Lileczka! Nareszcie! Już się zaczęłam niepokoić! Od tygodnia nie dajecie znaku życia, ani ty, ani twoja siostra! Gdyby nie to, że byłam taka zajęta, no wiesz, przygotowujemy nową premierę, sama bym zadzwoniła. Ale pojęcia nie masz, ile mnie ten spektakl nerwów kosztuje! Ta młodzież wychodzi dziś ze szkoły aktorskiej niedouczona po prostu…

– Mamo…

– … żadnego warsztatu, żadnej techniki. Nawet roli się nie potrafią porządnie nauczyć! Czy to takie straszne wymaganie? Choćby z szacunku dla reżysera.

– Mamo…

– … i dla starszych kolegów. Ja jakoś mogłam się przygotować do roli już na pierwszą próbę! Więc sama rozumiesz, całe dnie spędzam teraz w teatrze.

– Mamo!

– … bo za tydzień premiera. Cała Jelenia Góra nie może się doczekać. Plakaty co prawda zrobili fatalne, takie ostre kolory, za to nazwiska petitem, prawie nic nie widać, ale to jakiś awangardowy twórca, czego się po takim spodziewać.

– Mamo! Czy możesz mnie przez chwilę posłuchać?!

Po drugiej stronie słuchawki zapadła urażona cisza. Lilka wzięła głęboki oddech i wypaliła:

– Ciotka Felicja zostawiła nam w spadku swój hotel! Mnie i Ewelinie!

ROZDZIAŁ 1

Za długa… za ciemna… za kwiecista… za krótka…

Lilka nerwowo przesuwała wieszaki, szukając odpowiedniej sukienki, w której mogłaby się bez większego stresu pokazać matce, choć i tak wiedziała doskonale, że jej nie zadowoli. Co innego Ewelina. Mama zawsze cmokała nad nią z zachwytu. No cóż, obiektywnie rzecz biorąc, miała nad czym. Młodsza z panien Ostaszewskich miała świetny gust, idealne wyczucie smaku oraz figurę, na której nawet najzwyklejsze ciuchy wyglądały elegancko.

A poza tym Ewelinka nigdy nie nosiła zwykłych ciuchów…

Lilka rzuciła okiem na zegarek, jęknęła i zrezygnowana oparła się o otwarte szeroko drzwi szafy. Był to piękny, stary, brzuchaty mebel – zaskakująco praktyczny prezent od matki z okazji ślubu. Właściwie po rozwodzie powinna ją była jak najszybciej sprzedać, bo ilekroć sięgała do środka, czuła ulotny zapach męskiej wody kolońskiej i opadały ją niepotrzebne wspomnienia. Wyrastała jej przed oczami wysoka postać Tomka, słyszała jego śmiech, czuła szorstkość jego zarostu.

Ale jakoś nie mogła pozbyć się tej szafy, za bardzo ją lubiła – te ciemne, intarsjowane w jaśniejsze kwiaty drzwi, pociemniałe ze starości lustro, osadzone w środkowej części… Urzekało ją tajemnicze skrzypienie zawiasów i ten magiczny moment, kiedy otwierało się przed nią mroczne, obiecujące wnętrze. A jej własne odbicie w tafli pokrytej siecią cieniutkich pęknięć, mniej ostre i bardziej subtelne niż we współczesnych lustrach, sprawiało wrażenie, jakby przeniosła się do innej, bajkowej rzeczywistości.

Ach, gdyby rzeczywiście mogła się gdzieś przenieść!

Nagle na parapecie zabrzęczał telefon. Lilka drgnęła, wyrwana z zamyślenia, i podeszła szybko do okna. Podniosła dużą, plastikową szarą słuchawkę. Ten aparat był prawie jej rówieśnikiem. Pamiętała go z dzieciństwa jako jedną z niewielu stałych rzeczy w swoim rozchwianym życiu. Zmieniały się miasta, mieszkania, matka przechodziła wraz z rolami kolejne metamorfozy, a stary telefon, pożyczony z teatralnej garderoby, trwał.

– Znowu masz wyłączoną komórkę! Czekam na dole. Gotowa jesteś?

To była Ewelina, drugi i ostatni stały element.

– Jeszcze nie. Nie mogę znaleźć nic odpowiedniego. Po co się tak nagle ciepło zrobiło?

– Żartujesz? Wiesz, która jest?! Za pół godziny musimy być na Centralnym! Wrzucaj na siebie cokolwiek i jedziemy.

– Ale… – zaczęła niepewnie Lilka.

– Cholera, z tobą jak z dzieckiem! Idę na górę.

Lilka rzuciła się z powrotem w stronę szafy i wyciągnęła z niej na chybił trafił białe, płócienne spodnie i bluzkę w kolorowe groszki z krótkimi, bufiastymi rękawami. Ciekawe, dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej.

Co prawda matka na pewno jej wytknie, że nie powinna nosić jasnych spodni, bo jest za gruba, ale co tam… właściwie wszystko jedno, co na siebie włoży, matka i tak będzie dogadywać.

Spojrzała w lustro – nawet nieźle.

Wysoka szatynka o dużych, piwnych oczach, nieco może zbyt postawna, ale właściwie zgrabna. Tylko ten tyłek, no faktycznie, mógłby być trochę mniejszy…

Zdecydowanym ruchem ściągnęła z włosów gumkę, którą były zebrane w kucyk. Rozsypały się puszyste, półdługie, otaczając ciemną, błyszczącą ramą jej bladą twarz. Lilka uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem.

W tym momencie trzasnęły drzwi wejściowe i zbliżający się odgłos energicznych kroków oznajmił nadejście siostry.

– Gdzie jesteś, niedołęgo? – krzyknęła Ewelina, choć na czterdziestu sześciu metrach kwadratowych trudno było się schować.

Po chwili stanęła w drzwiach sypialni i mrużąc wielkie, zielone oczy obrzuciła kreację siostry krytycznym spojrzeniem. Sama oczywiście była wystylizowana perfekcyjnie. Oliwkowe najmodniejsze spodnie rurki, zielona lniana tunika z dużym pęknięciem na dekolcie ozdobionym delikatną wstęgą paciorków, do tego złote balerinki. Miedzianorude loki miała związane w koński ogon wzorzystą apaszką. Szczupła i długonoga, prezentowała się oszałamiająco.

Lilka poczuła leciutkie ukłucie zazdrości.

– Ślicznie wyglądasz – westchnęła, całując siostrę w piegowaty policzek.

Ewelina odsunęła się dwa kroki w tył. Nie przepadała za takimi czułościami.

– No dobra, ty właściwie też. Niezłe portki. Nowe?

– Coś ty, z zeszłego roku, kupiłam w H&M.

– Czekaj, czekaj… – Ewelina podeszła do komody i zaczęła grzebać w niewielkiej, drewnianej szkatułce na biżuterię.

– Musimy dołożyć jeszcze coś na szyję. Gdzie masz ten turkus na obróżce? Aha, i żadnych rozdeptanych tenisówek! Najlepiej weź te klapki na obcasie, wiesz, jak matka lubi takie babskie szczegóły.

Kiedy wreszcie zatrzasnęły za sobą drzwi, do przyjazdu pociągu zostało im zaledwie piętnaście minut.

Nowe auto siostry, małe czarne suzuki coś tam, stało zaparkowane w pełnym słońcu po przeciwnej stronie ulicy. Po otwarciu drzwiczek ze środka buchnęło gorąco. Ewcia niecierpliwie zapuściła silnik, pstryknęła klimatyzację i wystartowała jak do pożaru.

– Zdążymy? – Lilka, którą przyspieszenie wcisnęło w fotel, nerwowo usiłowała zapiąć pas.

– Może… Jak w Śródmieściu nie będzie korków.

Wydostały się na Aleję Waszyngtona i Ewelina docisnęła pedał gazu jeszcze mocniej.

– Musisz tak pędzić?! Ile ty masz koni w tym samochodziku? – Lilka panicznie bała się szybkiej jazdy.

– Sto dwadzieścia pięć – odparła zapytana z wyraźną satysfakcją – to sportowa wersja. A w przyszłym miesiącu mają mi go jeszcze podrasować. Czekam tylko na forsę za jedną fuchę. Będzie jak rakieta.

– Już jest… – jęknęła słabym głosem Lilka i zamknęła oczy. Ruda wariatka za kierownicą roześmiała się radośnie i nagle gwałtownie nacisnęła hamulec.

– Cholera… korek!

Samochód zwolnił gwałtownie. Lilka odetchnęła z ulgą i zdecydowała się otworzyć oczy. Dojeżdżały właśnie do Ronda de Gaulle'a. Pierwsze, co zobaczyła, to że ktoś obskubał z liści sztuczną palmę tkwiącą pośrodku.

– Patrz, Ewcia, palma łysa.

– Dobra, dobra, nie zawracaj mi teraz głowy, widzisz ten korek? Wyobrażasz sobie, co będzie, jeśli się spóźnimy? – Ruszyła gwałtownie do przodu i, o włos mijając zderzak żółtej renówki, przeskoczyła na pas dla autobusów, przyprawiając tym Lilkę prawie o zawał serca. Tylko dzięki takiemu sposobowi jazdy udało im się dotrzeć na peron równo z pociągiem.

– Który wagon, który? – Lilka z trudem łapała powietrze po szaleńczym biegu z parkingu.

– Czwarty! – No proszę, w głosie siostry nie było ani śladu zadyszki. Przystanęła sobie spokojnie obok stoiska z prasą, poprawiając wzburzone od biegu włosy.

– Jezu, co tu tak śmierdzi? – skrzywiła mały piegowaty nosek i rozejrzała się z obrzydzeniem wokół.

Pociąg, skrzypiąc niemiłosiernie hamulcami, stanął na peronie.

– Gdzie ta czwórka? – Lilka, jak zwykle przed spotkaniem z matką, była zdenerwowana i rozkojarzona.

Ewelina pociągnęła siostrę za rękę.

– Chodź.

Właśnie znalazły się przy właściwym wagonie, kiedy w jego drzwiach ukazała się matka. Prawie jej nie poznały. Zrobiona tym razem na jasny rudy, miała dużo krótsze niż ostatnio, modnie ostrzyżone włosy. Idealnie umalowana, ubrana w mocno wydekoltowaną, zielonkawą kreację, wyglądała wyjątkowo atrakcyjnie i elegancko.

Jak zwykle, najpierw przystanęła i rozejrzała się teatralnie wkoło, nie bacząc na napierających z tyłu podróżnych, a dopiero potem podała konduktorowi niewielką skórzaną walizeczkę. Kiedy po odstawieniu ba gażu na peron podał matce rękę, zdecydowała się wreszcie wysiąść.

– Spóźniłyście się – stwierdziła zamiast powitania.

– Ależ skąd, mamo… – zaprotestowała Lilka, cmokając napudrowany policzek. W odpowiedzi usłyszała wypowiedzianą wściekłym szeptem uwagę:

– Prosiłam cię już, żebyś publicznie tak się do mnie nie zwracała. Jeszcze ktoś pomyśli, że jestem twoją matką.

– Przecież jesteś – bezlitośnie przypomniała Ewcia, ściskając mocno rodzicielkę.

– Ale osoby postronne nie muszą o tym wiedzieć. Ślicznie, Ewusiu kochana, wyglądasz w tej zieleni.

– Dziękuję. To co, idziemy?

– Tak, tak, oczywiście. Lila, weź moją walizkę, proszę. Przynajmniej będzie wiadomo, po co nałożyłaś te okropne drelichowe portki. A tyle razy ci mówiłam, że nie masz figury do spodni!

Kiedy wsiadły do auta, niewielką przestrzeń wypełnił od razu intensywny zapach Chanel numer 5, któremu matka była wierna od lat, oraz jej równie intensywny monolog. W ciągu piętnastu minut podróży zdążyła opowiedzieć córkom ze szczegółami o przygotowaniach do najnowszej premiery, konfliktach z młodszą częścią zespołu, nieporozumieniach z mężem – reżyserem oraz o absolutnej niemożności dogadania się z teatralnym kostiumologiem. Świat się najwyraźniej na nią uwziął, czego potwierdzeniem miał być fakt, że fryzjerka, z której usług od lat była zadowolona, tym razem przy farbowaniu się nie popisała.

– Ależ mamo – zaprotestowała Lilka. – Przecież wyglądasz rewelacyjnie! W tym kolorze jest ci po prostu świetnie.

Matka próbowała się do niej odwrócić, ale pasy ją zatrzymały.

– Ile razy cię już prosiłam, żebyś się nie wypowiadała na temat rzeczy, na których się nie znasz? To miał być burgund. Burgund! A wyszedł jej zwykły, ordynarny rudy! Tak to jest, jak komuś woda sodowa uderzy do głowy. Najlepszy salon w mieście, myślałby kto! W sumie dobrze się złożyło, dziewczynki, że mnie wezwałyście. Wyskoczę sobie w wolnej chwili do tej Hupało. Tylko niestety dwie próby mi przepadną…

– Przecież myśmy cię, mamo, nie wzywały – odezwała się zza kierownicy Ewelina. – Sama wymyśliłaś ten przyjazd. O cholera, jest miejsce! – ucieszyła się i zaparkowała idealnie naprzeciwko swojej kamienicy. -Voila!

W mieszkaniu Eweliny, jak zawsze, uderzył Lilkę graficzny minimalizm. Było to właściwie jedno duże pomieszczenie o białych ścianach, białej podłodze i lakierowanych na biało meblach. Sterylność wnętrza została złamana krwistą czerwienią dywanu i ciemną plamą sprzętu audio, ustawionego na stalowym regale. Porozwieszane wszędzie monochromatyczne grafiki o futurystycznej tematyce nadawały mieszkaniu dziwny i niepokojący, lekko fabryczny charakter. Lilka wzdrygnęła się mimo woli. Różne rzeczy można było powiedzieć o tym miejscu, ale na pewno nie to, że jest przytulne.

– Czego się napijecie? – Ewcia wyjęła z lodówki butelkę niegazowanej wody i karton soku jabłkowo-miętowego. – Mamo?

– Ja poproszę herbatkę – westchnęła matka. – Najlepiej zieloną. Wiecie, jaka jest zdrowa? Dosłownie na wszystko. – Emilia Ostaszewska, dla podkreślenia tych słów, dramatycznie zatoczyła ręką szerokie koło, po czym spokojnie sięgnęła do walizki i wyciągnęła z niej elegancką kosmetyczkę gabarytów sporej poduszki. -Wybaczcie, dziewczynki, muszę się odświeżyć. Gdzie tu jest łazienka, bo zawsze zapominam?

Lilka opadła na miękki skórzany fotel. Zadziwiające, pomyślała, obserwując siostrę krzątającą się w kuchni, jak ona może żyć w takiej… kostnicy! Ani jednego drobiazgu, ani jednego okruszka, ani jednego śladu życia. No, ale jak się ma taką pracę…

Bo Ewcia, mimo że skończyła ASP, postanowiła zostać, ni mniej, ni więcej, tylko technikiem policyjnym. Adrenalina, tłumaczyła wszystkim zainteresowanym swoją zaskakującą decyzję. Sto razy lepsze niż skoki ze spadochronem. Ta śliczna, wiotka i delikatna na pierwszy rzut oka dziewczyna potrzebowała silnych wrażeń jak inni powietrza. Obciążenie genetyczne, twierdziła, wzruszając ramionami. Jak się miało ojca – kaskadera…

Lilka uśmiechnęła się leciutko jak zawsze, gdy o nim myślała. Pozostał w jej wspomnieniach wysoki, barczysty, roześmiany, pachnący wodą kolońską Yardleya i z nieodłącznym psem przy nodze. Uwielbiał szybkie samochody, narowiste konie i kobiety z charakterem. Zostawił ich matkę dla jakiejś ambitnej, długonogiej aktoreczki, którą poznał na planie, potem miał jeszcze kilka podobnych, choć coraz młodszych przygód, aż wreszcie, ku zdumieniu przyjaciół i zapewne również własnemu, ustatkował się u boku cichej i niepozornej nauczycielki polskiego, Basi, do której dziewczynki bardzo szybko zaczęły mówić „ciociu”. Była miłą, trochę nijaką osobą, która uciekała na krzesło na widok myszy, mdlała na widok krwi, a na wakacje do Włoch kazała się wozić samochodem, bo bała się latać. Ale za to urodziła ojcu syna, dzięki czemu przestał wychowywać Ewelinę na chłopaka.

– Lili, pomóż mi! – okrzyk siostry dobiegający z kuchni wyrywał Lilkę z zamyślenia.

Okazało się, że Ewcia zrobiła gazpacho. W sam raz na lekki lunch w ten okropny upał. Wzięły talerze, sztućce, wazę z zupą i przeszły do części mieszkania, która służyła za jadalnię.

– Mamo! – gospodyni, przechodząc obok drzwi łazienki, zapukała w nie łyżką wazową. – Wychodź wreszcie!

– Już, już – usłyszały w odpowiedzi i po chwili matka nadeszła tanecznym krokiem, jeszcze bardziej pachnąca i jeszcze staranniej umalowana.

Na chwilę przystanęła dla podkreślenia efektu, po czym ruszyła w stronę stołu, na którym pośrodku przyciągała wzrok czerwienią wielka waza hiszpańskiego chłodnika.

– Ewusiu, jak to apetycznie wygląda – pochwaliła matka, odsuwając sobie krzesło. – I na pewno jest przepyszne. Ale nie nalewaj mi za dużo, rozumiesz, jestem na diecie.

Lilka westchnęła. Do ciągłego faworyzowania siostry już się zdążyła przyzwyczaić, ale kolejna dieta przy nieustannych kłopotach z wątrobą…

– Kochane! – Matka skończyła swoją porcję i zastukała tipsami w kolorze burgunda o blat stołu. – A teraz proszę mi opowiedzieć, o co chodzi z tym spadkiem!

– O nic nie chodzi – wzruszyła ramionami Ewelina. Bardzo lubiła gazpacho, teraz jednak miała dziwne trudności z rozkoszowaniem się jego smakiem. – Po prostu ciotka zostawiła nam swój pensjonat, to wszystko.

– Zdecydowałyście już, co z nim zrobicie?

Siostry jak na komendę spuściły głowy. Zapadła cisza. Matka obrzuciła córki uważnym spojrzeniem i skrzywiła wydatne usta.

– Trzeba tam pojechać.

Dziewczyny wymieniły szybkie spojrzenia.

– Jak to? – spytała Lilka, udając zdziwienie. To, że matka wymyśli ten wyjazd, było równie pewne jak to, że będzie się tam chciała wybrać razem z nimi.

– Lilusiu, przecież to oczywiste. Trzeba obejrzeć ten pensjonat. Jak on się nazywał, nie pamiętam… ale w każdym razie to gdzieś niedaleko Radziejowic.

– Masz zamiar jechać z nami?

– Przecież nie mogę was puścić samych. Jeszcze jakieś głupstwo zrobicie.

– Gdybyś nie zauważyła, mamo, to jesteśmy już dorosłe – odpowiedziała sucho Ewelina. – A poza tym wypada się chyba zapowiedzieć przed przyjazdem?

– Po co? Przecież to teraz jest wasze. Kończcie zupę. Jedziemy.

ROZDZIAŁ 2

Zanim przedostały się przez korek w Alei Krakowskiej, matka zdążyła nakreślić plan na resztę dnia. Najpierw wizyta w pensjonacie ciotki, a potem obiad w pałacu w Radziejowicach.

– To Dom Pracy Twórczej, wiecie? Znam dyrektora, przemiły pan – rzuciła. – No i mają tam świetną kuchnię. Na pewno lepszą niż w tym, pożal się Boże, hoteliku Felicji – niby całkiem spory, ale bez klasy, zupełnie bez klasy. Ciekawe, jak teraz wygląda… Pewnie trzeba go będzie trochę odnowić, choćby z wierzchu, wtedy drożej sprzedacie.

– Sprzedamy? – zdziwiła się Lilka z tylnego siedzenia.

Matka przytrzymała się jedną ręką deski rozdzielczej – Ewelina gwałtownie skręciła na lewy pas, wykorzystując lukę między autami.

– Oczywiście, że sprzedacie – stwierdziła tonem nieznoszącym sprzeciwu – Przecież chyba nie zamierzacie go prowadzić? Przede wszystkim żadna z was się na tym nie zna, a zresztą obie jesteście świetnie ustawione w Warszawie. Ty, Lilusiu, masz swoje wydawnictwo…

– Mamo… – jęknęła Lilka. – Przecież wiesz, że nienawidzę tej pracy!

– Oj, zaraz nienawidzę! Mili koledzy, ciekawe tematy, prestiżowe nagrody…

– Mamo! To jest miesięcznik „Medycyna na co-dzień”, nie „Twój styl”!!! A ostatnią nagrodę dostaliśmy w kategorii „Zasłużony dla higieny pracy”! – Najbardziej irytującą cechą matki było to, że rzeczywistość wykreowaną na swoje potrzeby uważała za ogólnie obowiązującą. – Gdybym miała dokąd, już dawno bym stamtąd uciekła!

Matka wzruszyła tylko ramionami.

– Bzdura! Między przejściem do innego tytułu a wyniesieniem się na wieś jest jednak pewna różnica, nie sądzisz? Trochę wyobraźni, moja droga. Zresztą ty nawet nie wiesz, ile wydajesz miesięcznie, więc jak sobie niby wyobrażasz zarządzanie hotelem? A zastrzyk gotówki bardzo by się wam przydał. Kupiłabyś wreszcie mieszkanie, Lilka. Może też samochód… A ty, Ewusiu, mogłabyś jechać w tę swoją podróż do Afryki, o której tak ciągle opowiadasz.

– Do Ameryki Południowej, mamo – wtrąciła Ewelina.

– Wszystko jedno, i tak by starczyło. Nie uważacie, dziewczynki, że to kusząca perspektywa?

– Jakoś nie – bąknęła Lilka. – Po co mi auto, jak nie mam prawa jazdy?

Wydostały się wreszcie na szosę katowicką i Ewelina przycisnęła gaz do dechy. Lilka kurczowo trzymała się rączki nad drzwiami. Całe szczęście, że siedziała z tyłu, czuła się wtedy odrobinę bezpieczniej. Czy ta Ewcia zawsze musi tak gnać?

Dwadzieścia minut później skręciły z szosy w stronę pałacu w Radziejowicach i zatrzymały się obok przystanku Pekaesu.

– Po co stajemy? – zainteresowała się matka.

– A czy któraś z was wie, jak tam dojechać? – spytała z przekąsem Ewelina.

Odpowiedziało jej milczenie. Wysiadła więc z samochodu i oparła się łokciem o dach.

– Dzień dobry! – zwróciła się uprzejmie do czekającej pod wiatą starszej, korpulentnej kobiety. – Nie wie pani przypadkiem, jak dojechać do pensjonatu pani Rudnickiej?

Kobiecina zaskakująco raźno poderwała się z ławki i podeszła w ich stronę.

– A jakże, wiem. Ja tam nawet pracuję, przy sprzątaniu pomagam. Mazurowa jestem. Eulalia.

– Aha, to którędy? – Ewelina uniosła do góry okulary przeciwsłoneczne, przytrzymując nimi rude loki.

– Jak raz tam właśnie jadę, to może bym pokazała? – zadeklarowała kobiecina, rzucając wymowne spojrzenie na stojące przed nią auto. Widocznie do przyjazdu autobusu zostało jeszcze trochę czasu, a jej się w tym upale nie chciało czekać.

– Oczywiście, proszę, niech pani wsiada – Ewelina otworzyła zachęcająco tylne drzwiczki po swojej stronie.

– Panie na wczasy? – zapytała kobieta ciekawie, kiedy już ruszyły.

– Nie, nie na wczasy – zaprzeczyła matka.

– To pewnie kogoś odwiedzić? Chociaż nie za dużo tam teraz gości. Kiedyś to co innego, całe lato komplet był, a i poza sezonem ciągle ktoś przyjeżdżał. Ale od kilku lat coraz ich mniej, a odkąd stara pani Rudnicka umarła i ta kierowniczka sama wszystkim dyryguje, to już prawie nikogo. Dla mnie też źle, bo roboty mało. O, teraz w prawo będzie.

Ewelina przyhamowała gwałtownie i skręciła w wąską, pełną dziur asfaltową drogę.

– Widziałyście tam jakąś reklamę, strzałkę, cokolwiek? – zdziwiła się. – Jak tu niby mają trafić nowi goście?

Faktycznie, pomyślała Lilka. Reklama przy drodze, podstawowa sprawa.Trzeba będzie zapamiętać.

W tym momencie przed maską wyrosła im wysoka, pomalowana na brązowo brama.

– To tutaj – oznajmiła dumnie kobiecina.

Wjechały do środka. Duża posesja, otoczona lasem, utrzymana była we wdzięcznym stylu lat siedemdziesiątych. Ogrodzenie z siatki na wysokiej podmurówce, wzdłuż asfaltowych alejek kwietne rabatki obłożone kamykami, do tego stare, drewniane ławki w intensywnie seledynowym kolorze. Na trawnikach pyszniły się kolorowe klomby bratków, obramowane pomalowanymi na biało oponami. Nagle Ewelina aż przyhamowała z wrażenia – ich oczom ukazał się hotel.

Prostokątne pudło budynku przypominało raczej zabudowania pegeeru albo wiejską szkołę niż elegancki hotel – płaski dach, dwa rzędy małych okien i tynk w kolorze brudnej ścierki. Wysoka podmurówka wyłożona była kawałkami lusterek i potłuczonych, kolorowych talerzy, a nad wejściem umieszczono zagmatwaną plątaninę neonowych rurek, w której z pewnym trudem udawało się rozpoznać pełen ozdobnych zawijasów napis: „U Felicji”.

– O Jezu! – wyrwało się Lilce. – Co za szkaradztwo!

Ewelina zaparkowała obok starej, czerwonej hondy civic. Wysiadły. Kobieta, którą przywiozły, podziękowała i pobiegła do pracy, obiecując powiadomić kierowniczkę o ich przyjeździe. Matka i córki rozglądały się ciekawie dookoła.

– Zawsze tu było tak… brzydko? – zapytała wreszcie Ewelina. Zapomniała wziąć z domu aparat fotograficzny, ale jakoś nie żałowała.

– Jak byłyśmy tu ostatni raz, to wydawało mi się, że to prawie pałac – westchnęła Lilka, wyraźnie rozczarowana.

– We wspomnieniach z dzieciństwa wszystko wydaje się większe i ładniejsze niż w rzeczywistości – oświadczyła matka. – Z tego, co ja pamiętam, to niewiele się tu zmieniło. Jedno im muszę przyznać, porządek mają wzorowy.

Rzeczywiście, alejki były starannie wymiecione, trawniki przystrzyżone, a kwiatowe rabaty wypielone.

– O rany, widziałyście to? – Zdumiona Ewcia pokazała im wbity w ziemię drewniany drogowskaz. Na kawałku deski ktoś wypalił napis: „Basen 50 m”.

– No proszę… – zaczęła zgryźliwie Emilia i w tym momencie usłyszały za sobą trzask drzwi wejściowych. Odwróciły się i zamarły. Na progu stała wysoka, postawna blondynka po sześćdziesiątce, z wielkim biustem, ubrana w czarną, obcisłą, mocno wydekoltowaną suknię i obwieszona złotą biżuterią, i mierzyła je uważnym wzrokiem. W sądzie wyglądała skromniej, przeleciało Lilce przez głowę.

– Panie życzą sobie pokój? – spytała kobieta z wyniosłą uprzejmością. – Chyba znajdzie się coś wolnego.

– W to nie wątpię – wyrwało się Ewelinie.

– Nie szukamy pokoju – stwierdziła w tym samym momencie matka, patrząc na kierowniczkę z wyraźną niechęcią.

– No to słucham, o co chodzi? – blondyna zmrużyła oczy, jakby próbując coś sobie przypomnieć. – Zaraz, zaraz…

Lilka odetchnęła głęboko i wystąpiła krok do przodu.

– Jesteśmy rodziną pani Rudnickiej.

Kobieta zacisnęła dłonie o krwistoczerwonych paznokciach na poręczy schodów. Jej oczy zwęziły się jeszcze bardziej.

– Aaa, panie właścicielki! – syknęła. – Długo nie trzeba było czekać. Ja tu jestem kierowniczką. Stefania Pękala. No cóż, proszę dalej – obrzuciła je niechętnym spojrzeniem mocno umalowanych oczu, otworzyła szerzej drzwi i pierwsza weszła do środka.

Wnętrze hotelu, o ile to w ogóle możliwe, okazało się jeszcze brzydsze i bardziej odpychające niż jego zewnętrze. Ściany dużego kwadratowego holu do połowy pokryte były pożółkłą boazerią, resztę pomalowano farbą olejną na intensywny, cynobrowy kolor. Na podłodze leżało wytarte linoleum, które miało kiedyś imitować dębową klepkę, ale sądząc po ocalałych wzdłuż ścian resztkach wzoru, nigdy nie spełniało dobrze swego zadania. W kącie pod oknem przysiadły dwa wypłowiałe, niegdyś miodowe, pluszowe fotele i niski stolik, zarzucony ulotkami i prasą. Spod jego kulawej nogi wystawał złożony kawałek papieru. Niestety, miejsce to nie przypominało w niczym eleganckiego holu w pięciogwiazdkowym hotelu ani, prawdę mówiąc, w dwugwiazdkowym raczej też nie…

Nagle zza blatu wysokiego, drewnianego kontuaru, ulokowanego obok schodów, wyjrzała jasna głowa młodej, najwyżej dwudziestoletniej dziewczyny.

– Asiu, powiedz Marii, że mam gości – rzuciła w jej kierunku blondyna. – Niech nam cztery kawy zrobi. Tylko szybko.

Po czym otworzyła dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do jadalni.

– Panie tu poczekają – wskazała im najbliższy, przykryty wypłowiałą ceratą stolik i pozostawiła na chwilę same. Usiadły. Gdzieś zza znajdującego się na sąsiedniej ścianie okienka dolatywały odgłosy kuchennej krzątaniny oraz wyraźny zapach kotletów schabowych, smażonych na starym tłuszczu.

– Co wam to przypomina? – spytała scenicznym szeptem matka, nachylając się do dziewczyn. – Bo mnie bar mleczny.

Wyciągnęła z torebki szminkę w kolorze bordo i przeciągnęła nią energicznie po ustach.

– I co, Lilka, nadal chcesz to zatrzymać? – spytała drwiąco.

Kawę podano w szklankach. Kucharka, niska i okrągła, przyniosła je osobiście na plastikowej tacy. Najwyraźniej nowina, że w hotelu pojawiły się nowe właścicielki, już do niej dotarła, przyglądała więc się im ukradkiem, w żółwim tempie rozkładając łyżeczki, spodki i tanie papierowe serwetki.

– Dziękujemy, pani Mario – kierowniczka wróciła na salę i spróbowała odesłać kucharkę do kuchni, ale ta najwyraźniej miała inne plany.

– Może coś jeszcze panie by sobie życzyły? – zapytała, stawiając powoli na stole cukiernicę.

– Nie, pani Mario! – w głosie kierowniczki pojawiła się irytacja. – Mamy kilka spraw do omówienia. Gdyby mogła nas pani zostawić…

– A może ciasta by panie zjadły? Jeszcze ciepłe mam, w południe piekłam.

Wszystkie trzy Ostaszewskie pokręciły przecząco głowami, więc kucharka wzruszyła ramionami i wolnym, kołyszącym się krokiem wróciła do kuchni.

– Rozumiem, że przyjechały panie przejąć hotel? – zaczęła Stefania oficjalnym tonem.

– No, niezupełnie, niezupełnie – matka odsunęła się z krzesłem do tyłu i eleganckim gestem założyła nogę na nogę. – Na razie chciałyśmy się tylko, że tak powiem, rozejrzeć, nic formalnego. Zresztą córki w ogóle nie są jeszcze zdecydowane… – w tym momencie Lilka odważyła się odchrząknąć.

– Mamo… – przerwała.

– Dobrze, już dobrze. Pani prowadzi ten hotel od śmierci ciotki?

Kobieta wyprostowała się na krześle i odpowiedziała z dumą:

– Jestem tu kierowniczką od trzech lat. A kiedy pani Rudnicka pół roku temu zachorowała, zostawiła mi wszystkie pełnomocnictwa. Tylko dlatego ten hotel jeszcze funkcjonuje. Sprawa spadku…

Nie dokończyła, bo na salę zajrzała dziewczyna z recepcji.

– Ciociu, państwo Majewscy wyjeżdżają, proszą o rachunek.

– Powiedz im, że już idę – Stefania podniosła się od stołu. – A panie może przez ten czas rozejrzą się po ogrodzie?

– Ogród już widziałyśmy – westchnęła matka znudzonym tonem – ale gdzie tu jest toaleta?

– W holu, drugie drzwi na prawo – burknęła Stefania i wyszła.

– Obrzydliwe babsko, co? – szepnęła Ewcia, nachylając się do siostry. – I nabzdyczona jaka!

– Co tam szepczecie, dziewczynki? – Emilia wstała i poprawiła spódnicę. – Poczekajcie na mnie przy recepcji.

Wyszły za nią posłusznie z jadalni i przysiadły na fotelach w holu. Stefania, pochylona nad ladą, wypisywała rachunek dla starszego małżeństwa i co chwila posyłała dziewczynom czujne spojrzenia.

– Ona też chyba za nami nie przepada – stwierdziła cichym głosem Lilka. – No i nie wie, co zamierzamy.

– To jedziemy na tym samym wózku, bo my też nie wiemy.

Drzwi damskiej toalety otworzyły się gwałtownie i energicznym krokiem wyszła z nich Emilia, kierując się w ich stronę.

– Dziewczynki, zabieramy się! – stwierdziła poirytowana. – Ani chwili dłużej! Żebyście zobaczyły tę łazienkę!!! Lilka, musisz jak najszybciej znaleźć jakąś dobrą agencję nieruchomości! No, co tak patrzycie? Jedziemy. Jak się pospieszymy, to po obiedzie w Radziejowicach zdążę jeszcze do fryzjera.

ROZDZIAŁ 3

Kamil poprawił na ramieniu pasek torby, w której niósł swój sprzęt, i sięgnął do kieszeni po komórkę. Sprawdził godzinę na wyświetlaczu. Powinien zdążyć na autobus o dziewiętnastej. Nie chciał wracać do domu za późno, żeby nie denerwować matki.

Ruszył w kierunku wyjścia z hali. Szedł przy ścianie, samym brzegiem pokrytej zieloną wykładziną powierzchni. Inni jeszcze trenowali, różnokolorowe samochodziki, napędzane elektrycznymi silniczkami, cicho śmigały po wyznaczonych torach. To ludzie bardziej hałasowali. Słychać było śmiechy, pokrzykiwania i przekleństwa, którymi znad nadajników komentowali wyczyny swoich modeli.

– Cześć, Kamil, sorki, nie widziałem cię wcześniej… – niski osiemnastolatek o sympatycznej rumianej twarzy uśmiechnął się do niego przepraszająco. Zaraz jednak skupił wzrok z powrotem na swojej mazdzie, wykręcającej w pobliżu ósemkę.

Kamil przystanął na chwilę obok.

– Z boku dziś jeździłem, w samym kącie…

– Nowy rygiel testujesz, co? – zaśmiał się chłopak, mając na myśli elektroniczny regulator obrotów. Kamil faktycznie miał z nim ostatnio kłopoty. – Który to już?

– Ósmy. Nie wiem, co się z nimi dzieje. Ciągle się grzeją.

– Facet, szkoda kasy! Ja to bym się szarpnął na nówkę. Trzeba tylko w necie poszukać. Bo tym rzęchem to już się nie pościgasz…

– Wiem, wiem… Muszę lecieć – zreflektował się nagle Kamil.

– Siju. Jutro będziesz?

– Jasne. Mam pomysł z tym ryglem, podłubię dzisiaj i zobaczymy.

Uścisnęli sobie ręce i Kamil zrobił kilka kroków w stronę wyjścia. Nagle między nogami przemknęła mu żółta, sportowa mazda z białą jedynką naklejoną na masce. O mało się o nią nie potknął.

– Uważaj, bo znowu go rozwalisz! – krzyknął pod adresem właściciela.

Samochodzik zakręcił gwałtownie, uderzył w rząd starych opon, służących do amortyzacji, i przewrócił się na dach. Wyglądał teraz jak leżący na grzbiecie, bezbronny żółw. Kamil nachylił się i ostrożnie go odwrócił. Gdy tylko koła znalazły oparcie, autko sprawnie pomknęło przed siebie, podskakując lekko na nierównościach. Wyglądało na to, że zarówno właściciel, jak i jego model są w rewelacyjnej formie. No proszę, westchnął Kamil. Nawet ten smarkacz jest lepszy ode mnie.

Kiedy wyszedł z hali, skręcił w prawo i znalazł się na wielkim, nieużywanym parkingu. W wieczornym powietrzu poczuł charakterystyczny zapach benzyny. I znowu tuż obok niego przemknął model. Ale już nie elektryczna zabawka, którymi jeździło się na hali. To była ósemka z silnikiem Mega. Spalinowiec. Dużo większy, dużo szybszy i dużo droższy, śmierdzący prawdziwą benzyną i obiecujący prawdziwe emocje.

Kamil przystanął na chwilę, nie mogąc oderwać zafascynowanego wzroku od czerwonej mazdy, która oddalała się z zawrotną szybkością. Gdyby miał takie cacko!

Już od dawna marzył o zmianie klasy, tylko że ciągle nie było go stać. Takie modele kosztowały majątek! Chociaż czasami zdarzały się okazje. A Kamil żył nadzieją, że jednak kiedyś uda mu się na taką trafić i przeskoczy w hierarchii modelarzy o klasę wyżej. W jego głowie pojawił się już nawet pewien plan, jak można by zorganizować odpowiednią ilość gotówki…

ROZDZIAŁ 4

Lilka siedziała w kuchni, opierając łokcie o gruby, solidny blat starego stołu. Tego samego, który dwa lata temu wyszperali z Tomkiem na Kole, a potem pomalowali na intensywny, szafirowy kolor.

Nagle powróciło wspomnienie. Zapach farby, śmiech Tomka, miękkie dotknięcie pędzla na policzku, potem na szyi, gorący strumień wody, kiedy zmywali z siebie błękitne plamy…

Lilka westchnęła i przeciągnęła palcem po blacie. Farba tu i ówdzie zaczęła już obłazić. Na tym świecie nic nie jest trwałe.

Godzinę wcześniej wsadziły matkę w pociąg pospieszny do Jeleniej Góry, pracowicie jej pomachały i rozeszły się, każda w swoją stronę. Ewelina, jak zwykle spóźniona, popędziła do Komendy Głównej, a Lilka wróciła do domu, do pustych czterech ścian. No tak, ona do niczego ani do nikogo nie musiała się spieszyć. Dobrze, że przynajmniej umówiły się z siostrą na wieczór, na pogadanie…

Za oknem powoli zapadał zmrok, zielona herbata w kubku dawno wystygła i Lilka poczuła wyraźnie, że wielkimi krokami zbliża się chandra.

Powinnam się stąd wyprowadzić, pomyślała, nie mogę dalej tkwić w mieszkaniu, w którym każdy centymetr kwadratowy przypomina mi Tomka. To masochizm. Powinnam zmienić wszystko, całe życie. Tak jak on. Ciekawe, jak mu tam jest, w tej Irlandii? Czy jest szczęśliwszy niż był tutaj, ze mną? – Czując napływające do oczu łzy, Lilka przygryzła wargi i żeby się nie rozkleić do końca, postanowiła pomyśleć o czymś innym.

Czymś miłym, obiecującym, podniecającym, zaskakującym. Czyli o spadku.

Hotel „U Felicji”… przedziwne miejsce.

Ogród, gdyby wyrzucić z niego opony, asfalt przed domem zastąpić żwirem i przemalować ławki, byłby naprawdę piękny. Budynek z zewnątrz owszem, szkaradny, ale w środku w całkiem niezłym stanie. Wystrój wnętrz… No cóż, przemilczmy. Za to pokoików aż nadto, można by je wyremontować i tak poprzesuwać ścianki, żeby przy każdym znalazło się miejsce na łazienkę. Elewację przemalować. I wydłubać te potworne lusterka z podmurówki, koniecznie.

Tylko skąd wziąć na to wszystko pieniądze?

Gdyby ciotka umarła rok temu, Lilce w ogóle by do głowy nie przyszło, żeby przyjmować spadek. Miała ułożone i zorganizowane życie, w którym do miana ekstrawagancji urastało wyjście do kina bez uprzedniego zamówienia telefonicznie biletów. Co więcej: była głęboko przekonana, że tak już będzie zawsze. Tak samo, a nawet lepiej, bo przecież w którymś momencie zdecydują się z Tomkiem na dziecko.

Jakie to jednak szczęście, że w tej sprawie poprzestali na planach. Między innymi dzięki temu rozwód przebiegł szybko i sprawnie. Poza tym w zasadzie nie było co dzielić – mieszkanie wynajęte, a samochód, podniszczony ford focus, niewiele wart. Kilka interesujących, starych mebli, które swego czasu kupili na Kole, przypadło Lilce, natomiast Tomek zatrzymał auto. Bardzo mu się przydało do przewożenia rzeczy, które mu spakowała w kartony po chipsach, wyciągnięte ze śmietnika najbliższego spożywczego…

Na wspomnienie tamtych godzin, spędzonych na zdejmowaniu z wieszaków jego koszul i marynarek, wąchaniu ich zapachu i zalewaniu się łzami oraz czerwoną półsłodką Sofią, ciągle jeszcze robiło jej się niedobrze.

Ale jeszcze gorzej się czuła, kiedy przypominała sobie o czymś innym… Co ją wtedy podkusiło, żeby iść do niego do szpitala? To znaczy wiadomo, co. Chciała mu zrobić romantyczną niespodziankę i złożyć życzenia urodzinowe pięć minut po północy. Myślała, że będzie pierwsza, ale ta opalona małpa w białym fartuchu ją ubiegła…

– Ależ kochanie – próbował się bronić Tomek, zapinając w pośpiechu spodnie. – Koleżanka jest internistą. Mamy razem dyżur…

– Pewnie – warknęła Lilka. – W dodatku najwyraźniej, ostry.

Trzasnęła drzwiami tak, że o mało nie wyskoczyły z futryny, i dopiero na korytarzu ryknęła płaczem. A najgorsze było to, że Tomek wcale za nią nie wybiegł.

Czasami lepiej nie wychylać nosa z domu. Tylko, czy naprawdę o to w życiu chodzi?

Lilka westchnęła, sięgnęła po kubek i wypiła kilka łyków wystygłej herbaty. Chandra była tuż, tuż.

Powinna coś zrobić, żeby ciągle o tym nie myśleć. W końcu jedna życiowa porażka to jeszcze nie koniec świata. Nie można ciągle rozdrapywać ran, przecież nie jest masochistką. Trzeba znowu zacząć żyć i tyle.

Trzeba się czymś zająć.

Po pierwsze – rzucić w cholerę to wydawnictwo, w którym dwa lata temu upchnął ją Tomek. Wszyscy go tam znają, wszyscy wiedzą, co się stało i patrzą na Lilkę z politowaniem. Ale nie dlatego, że ją mąż zdradzał, tylko że była na tyle głupia, żeby to odkryć. Po drugie…

Dźwięk dzwonka przerwał ciszę tak nagle, że aż podskoczyła. No nareszcie, pomyślała, wstając od stołu. Na smutki nie ma to jak Ewcia.

Rzeczywiście, na progu stała Ewelina. Musiała przyjechać prosto z pracy, bo cała była obwieszona aparatami.

– Trzymaj – wręczyła siostrze papierową torbę. -Musimy to oblać.

– Co? – zdziwiła się Lilka, zaglądając ciekawie do środka i znajdując tam dwie butelki chilijskiego czerwonego wina.

– A jak myślisz? Spadek, oczywiście. Masz jakieś sery?

– Sery? Nie wiem, zobacz. Może i mam… – westchnęła Lilka, na co siostra obrzuciła ją uważnym spojrzeniem i bezlitośnie stwierdziła:

– Znowu złapałaś chandrę? Siedziałaś jak to cielę i rozmyślałaś o Tomku, tak?

Lilka wzruszyła ramionami i powlokła się do lodówki. Nie było sensu zaprzeczać, Ewelina za dobrze ją znała. Czasami Lilka odnosiła niepokojące wrażenie, że młodsza siostra ma w oczach rentgen.

Piętnaście minut później siedziały wygodnie na starej kanapie, sącząc wino i zagryzając camembertem, znalezionym w lodówce.

– Wiesz, myślałam trochę o hotelu ciotki Felicji. Jakoś mnie to miejsce kusi – zaczęła ostrożnie Lilka, skubiąc wyszywaną koralikami poduszkę.

– Nie rozumiem, co cię może kusić. Pięknie to tam nie jest.

– No, faktycznie. Ale jakby mieć trochę pieniędzy, to można by zrobić z niego prawdziwą perełkę…

– Nie osłabiaj mnie – wzruszyła ramionami Ewelina. – Chyba raczej drewniany koralik. Ale rozumiem, że masz dużą wolę walki.

– Żebyś wiedziała – zirytowała się nagle Lilka.

– Jak chcesz, to sobie walcz, tylko na mnie, kochana, nie licz. Udział w zyskach chętnie, ale ja naprawdę nie mam czasu, żeby się w to teraz bawić. Może jak będę na emeryturze? – Ewelina odstawiła kieliszek i przeciągnęła się jak kot. – Taki miły wieczór, włącz jakąś muzyczkę, co?

Lilka podniosła się niechętnie i podeszła do komody, na której stała mini wieża. Nie miała zbyt dużo płyt, w dodatku część z nich, głównie jazz, oddała Tomkowi. Szybko przerzuciła pudełka i w końcu włożyła do odtwarzacza składankę przebojów z lat dziewięćdziesiątych.

– Ewusiu, czyli co, nie będziesz naciskać na sprzedaż? – spytała, sadowiąc się ponownie na kanapie.

– Nie, nie zależy mi aż tak na forsie. Jeżeli poważnie myślisz o tym, żeby się tam przenieść.

– Wiesz co, kochana jesteś – Lilka pogłaskała ją po policzku. – Poważnie myślę. Nic mnie tu nie trzyma, zresztą chciałabym jak najszybciej zapomnieć, a tu wszystko mi przypomina tego…

– Dupka – podpowiedziała usłużnie siostra.

– …dupka. Wyprowadzę się z mieszkania, w wydawnictwie złożę wypowiedzenie. A gdyby się nie udało, przecież zawsze możemy sprzedać.

Dolała wina i podniosła kieliszek do toastu.

– To co? Za hotel „U Felicji”?

– Za hotel! Żeby nam z niego wyszedł Marriott albo inny Hilton. – Ewelina wychyliła resztę wina jednym łykiem. – Tylko matce na razie lepiej ani słowa. Bo znowu będzie ględzić. Świetne to wino… Gdzie masz drugą butelkę?

***

Następnego dnia Lilkę obudził jakiś przenikliwy i bolesny dźwięk. Budzik? – przeleciało jej przez obolałą głowę. Ale przecież dziś nie idzie do pracy, jest na urlopie. Komórka! Uniosła się na łokciu i rozejrzała dookoła. Łupanie pod czaszką nasiliło się. Telefon dzwonił gdzieś poza zasięgiem jej wzroku, ale kiedy zebrała w końcu wszystkie siły i zwlokła się z łóżka, ucichł.

Lilka oparła się o blat toaletki i spojrzała w lustro.

– O, nie! – wzdrygnęła się.

Miała rozczochrane włosy, cienie pod oczami i koszulę nocną włożoną tył naprzód.

Cholera, faktycznie, przecież wypiły wczoraj z Eweliną dwie butelki wina, a potem coś je podkusiło, żeby otworzyć jeszcze znalezioną w kuchennej szafce butelkę Napoleona, fuj, zapewne prezent dla Tomka od jakiegoś wdzięcznego pacjenta. Nieczęsto nadużywała alkoholu, właściwie zdarzyło jej się to może trzeci raz w życiu, więc skutki były tym boleśniejsze, bo nieoczekiwane. Ciekawe, czy Ewcia jeszcze jest? Ona na pewno będzie wiedziała, co z tym fantem zrobić. Ale po siostrze, która nocowała na kanapie w dużym pokoju, pozostał tylko złożony starannie w kostkę czerwony koc. Widocznie z samego rana czmychnęła do pracy.

Lilka powlokła się więc do kuchni i otworzyła lodówkę. Rozejrzała się w jej zawartości i instynktownie sięgnęła po kefir. Wypiła duszkiem cały kubeczek i oblizując wargi pożałowała, że nie ma więcej.

Komórka, przypomniała sobie, gdzie ona może być?

Znalazła ją po kilku minutach, wciśniętą między jabłka w dużej szklanej misie, ale nie miała siły się zastanawiać, skąd się tam wzięła. Sprawdziła listę połączeń. Okazało się, że dzwoniła Jagoda, jej najlepsza przyjaciółka. Lilka bez zastanowienia nacisnęła „połącz”.

– Hej, piękna, co tam u ciebie? – usłyszała po chwili ciepły i jak zwykle lekko zachrypnięty głos Jagi.

– Hej – odpowiedziała słabo. – Nic takiego. Dostałyśmy z Ewką w spadku hotel.

– Na biegunach czy klubowy?

– Hotel, nie fotel! To takie miejsce, gdzie się ludzie zatrzymują na noc.

– Czy ty jesteś pijana? – zainteresowała się Jagoda podejrzliwie.

Lilka westchnęła ciężko do słuchawki.

– Już nie. Ale za to skacowana… Wczoraj opijałyśmy z Eweliną ten spadek i wino bardzo dobre było, chilijskie…

– Lilka, ty nie żartujesz?! – podniecona Jagoda zaczęła krzyczeć do słuchawki. – Prawdziwy hotel?! Taki z recepcją, czerwonym dywanem i pokojówkami? Po kim?!

– Nie tak głośno, Jagódka, błagam… Po mojej ciotecznej babce, opowiadałam ci o niej, pamiętasz? Wojująca komunistka, nie znosiły się z moją matką. W marcu był pogrzeb. A co do tego czerwonego dywanu…

– Rewelacja! – przerwała jej przyjaciółka. – Chociaż nie rozumiem, jakim cudem wojująca komunistka mogła mieć hotel?

Lilka znowu westchnęła.

– To trochę skomplikowane… Może byś wpadła do mnie, co? Jestem dzisiaj w domu, pogadamy sobie.

– A, dobra. Co prawda mam jedno pilne tłumaczenie, ale najwyżej w nocy posiedzę. Będę za kwadrans. Coś ci kupić po drodze?

– Kefir – w głosie Lilki pojawiła się nadzieja. -DUŻY!!!

Piętnaście minut później do mieszkania raźno wkroczyła Jagoda w towarzystwie torby z delikatesów. Poszła prosto do kuchni, wystawiła na blat dwa litrowe kefiry Bakomy, alkaselzer i sok pomidorowy, po czym włączyła elektryczny czajnik i po chwili zalała w kubku jedną pastylkę wrzątkiem.

– Masz, pij – podetknęła umierającej na kanapie przyjaciółce. – Przepis mojego teścia. Zawsze działa. A teraz prysznic i zobaczysz, za chwilę będziesz jak nowo narodzona.

Po mniej więcej piętnastu minutach Lilka wyszła chwiejnym krokiem z łazienki i rzuciła kąśliwie w stronę przyjaciółki:

– Nowo narodzona! Najwyżej jeden punkt w skali Apgar. Gdzie mój kefir?

Jagoda, siedząca w głębokim, białym fotelu pod oknem, roześmiała się, podwinęła pod siebie nogi i pociągnęła spory łyk soku pomidorowego. Ciemnowłosa, malutka, o oliwkowej karnacji, wyglądała niezwykle egzotycznie. W dodatku natura obdarzyła ją wąską talią, wydatnym biustem i szerokimi biodrami, więc przyciągała męskie spojrzenia zawsze i wszędzie. Nic sobie zresztą z tego nie robiła, co czyniło ją jeszcze bardziej atrakcyjnym kąskiem.

Oblizała teraz wydatne, ciemnoczerwone usta i pogoniła Lilkę.

– Przestań się snuć po chałupie jak jakieś zombi. Siadaj wreszcie i opowiedz, co i jak.