Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 350 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zielone drzwi - Katarzyna Grochola

Każde zdarzenie, o którym piszę, miało miejsce. Każda osoba, o której piszę, istniała naprawdę. Każda moja miłość była jest moje życie

(fragment książki)

Ile z osobowości Katarzyny Grocholi mają bohaterki jej powieści? W jakim stopniu życie autorki, jej własne przemyślenia i ukochane miejsca przenikają na karty książek? Które zbiegi okoliczności w realnym życiu były tak nieprawdopodobne, że pisarka dotychczas o nich nie wspominała? Miłośnicy najpoczytniejszej polskiej autorki nareszcie mają okazję dowiedzieć się, jaka naprawdę jest Katarzyna Grochola.

Razem z nią podróżujemy przez magiczną krainę dzieciństwa i przeżywamy najtrudniejsze chwile, wspominamy podróże, poznajemy najbliższe osoby i ukochane zwierzaki.

Zielone drzwi to zabawna i wzruszająca książka, pokazująca, że najciekawsze scenariusze pisze życie.

Katarzyna Grochola urodziła się w lipcu 1957 roku w Krotoszynie. Mówi o sobie, że jest córką polonistki i uczciwego, a więc biednego, prawnika. Pieniędzy brakowało na telewizor i wymarzone przez dzieci dżinsy, ale na książki – nigdy. Jest szczęśliwą mamą i babcią, obecnie mieszka w Milanówku i zajmuje się, jak twierdzi, kopaniem stawku, w którym zamierza hodować żaby i ryby. Na razie towarzyszą jej golden retriever o imieniu Ałgan oraz dwa koty – Przytul i Zaraz. Koty oblizują się na myśl o zawartości jeziorka, Ałgan przynosi zakupy i ślini się na widok mandarynek.

Opinie o ebooku Zielone drzwi - Katarzyna Grochola

Fragment ebooka Zielone drzwi - Katarzyna Grochola

Opieka redakcyjna serii: ANITA KASPEREK
Redakcja: WIESŁAWA GROCHOLA
Adiustacja i korekta: HENRYKA SALAWA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, EWA KOCHANOWICZ, ALINA DOBOSZEWSKA, PAULINA ORŁOWSKA
Projekt graficzny serii: MAREK WAJDA
Ilustracja na okładce: na podstawie fotografii ze strony www.sxc.hu MONIKA KLIMOWSKA
Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”
Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT
© Copyright by Katarzyna Grochola © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2010
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05664-6
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Urodziłam się jako pierwsze i przedostatnie dziecko swoich rodziców.

Lekarz, co prawda, próbował przekonać Moją Matkę, iż zupełnie niesłusznie podejrzewa ona, że urodzę się w lipcu, bo jego zdaniem koniec sierpnia to właściwszy termin na urodzenie dziecka. Według niego więc ciąża Mojej Matki powinna trwać dziesięć miesięcy, gdyż zupełnie nie wierzył, że ludzie mogą wiedzieć, kiedy poczęli dziecko.

A szczególnie kobieta jest tego nieświadoma. Sądzę, że nie przepadał za kobietami. Bardzo się zdziwił, kiedy pojawiłam się na świecie w terminie ściśle wyznaczonym przez Moją Mamę. Od razu go nie lubiłam, jak mnie tylko wziął na ręce. On mnie również nie lubił, bo natychmiast zaczął mnie bić. A ja zaczęłam wrzeszczeć.

*

Krotoszyn jawi mi się we wspomnieniach jako miejsce spokojne, ciche, w domu babci cudowna oszklona weranda, budynki z czerwonej cegły, jacyś sąsiedzi, do których zabierała mnie babcia, kiedy przyjeżdżałam z rodzicami na parę dni, a u tych sąsiadów olbrzymi, dwupiętrowy poniemiecki dom dla lalek.

Boże, nigdy w życiu już potem nie widziałam czegoś tak pięknego. Na dole salon, w salonie maciupeńkie prawdziwe wełniane dywany, drewniane, mahoniowe, obijane tkaniną krzesła i szezlong, stół drewniany okrągły, na wygiętych nogach, w oknach, które można było otworzyć – firaneczki i zasłony. Na ścianach wisiały miniaturowe obrazy, z prawej strony stał kredens z szybkami i pomocnik. Przy kominku fotele i stoliczek. W sypialni na górze cudowne łóżeczko z haftowaną pościelą, obok niego znajdowały się lustro, toaletka, białe mebelki.

Stałam przed tym domem ustawionym na dużym stole i wymyślałam związane z nim historie. Czasem wolno mi było wziąć coś do ręki. Krzesła były niesamowite, wyglądały jak prawdziwe, tylko pomniejszone przez jakiegoś czarodzieja. Szkoda, że producenci Barbie nie przejechali się kiedyś do Krotoszyna i nie zobaczyli, co to znaczy prawdziwy dom dla lalek. Nigdy już nie zachwyciłam się żadną lalką ani głupią ebonitową (poprzednik plastyku) zabawką.

Kochałam tylko pluszowego misia, któremu z przedramienia wysypywały się trociny (od robienia zastrzyków, rzecz jasna, prawdziwą strzykawką, którą dostałam od prawdziwej pielęgniarki, szklaną, z metalowym tłokiem) i z którym rozstałam się, jak miałam mniej więcej osiemnaście lat.

*

Kasiulek – mówił do mnie Mój Ojciec.

Kasieńko – mówiła do mnie Moja Mama.

Kasiątko – mówiła do mnie moja babcia.

A potem poszłam do pierwszej klasy.

Od razu na pierwszej albo na drugiej lekcji nauczyciele zaczęli się nad kimś pastwić.

Mówili:

– Aniu, wstań!

A ja, Kasia, siedziałam i reszta klasy również.

Mówili:

– Aniu, jesteś głucha?

A ja, Kasia, wszystko słyszałam, tak samo jak reszta klasy.

Mówili:

– Aniu, podaj dzienniczek, muszę w tej sytuacji wpisać ci uwagę!

A ja, Kasia, nie podawałam dzienniczka i nikt inny również się nie kwapił.

Wreszcie podnosili głos:

– Aniu, czy do ciebie nic nie dociera?

Rozglądałam się po klasie razem z innymi, szukając tej głupiej Anki, co denerwuje naszą nauczycielkę i w ogóle się nie odzywa. Aż nauczycielka podeszła do mnie, Kasi, i powiedziała:

– Aniu, co się z tobą dzieje?

I wszyscy spojrzeli na mnie z pretensją.

*

Kiedy całe życie jesteś Kasią, a potem idziesz do szkoły i nagle dowiadujesz się, że masz na imię Anna – możesz przeżyć ciężki stres.

W taki oto sposób dowiedziałam się, że wcale nie nazywam się Katarzyna Grochola, tylko Anna Katarzyna Grochola.

Ojciec po prostu myślał, że imię przy nazwisku jest ważniejsze i pierwsze – więc Katarzyna Anna została Anną Katarzyną, z czym właściwie do dziś się nie zgadzam.

Przysporzyło mi to sporo kłopotów, ponieważ nigdy (w szkole) nie nauczyłam się reagować na imię Anna i nauczyciele zawsze traktowali mój brak reakcji jako lekceważenie, a nie próbę zachowania tożsamości.

Miałam szczęście, kiedy zaczynali od nazwiska. Ale od nazwiska zaczynali, gdy wywoływali do odpowiedzi, co nie było znowu takie miłe, ponieważ w szkole były rzeczy dużo ciekawsze niż nauka.

Na przykład przyjaciółki. Hanię, złotowłosą dziewczynkę, która mieszkała tuż obok, pokochałam od razu, a od Marysi dostałam pamiętnik, który mam do dzisiaj, z pierwszym wpisem:

Polką żeś ty świat ujrzała,Polką będziesz umierała,Polka w Polsce miłość toczy,Polka w Polsce zamknie oczy.

Była jeszcze Danusia, która potrafiła się tak wysoko huśtać na huśtawce, że pręty dotykały poprzeczki i wtedy jej głowa była naprawdę całkowicie skierowana do ziemi, ale Danusia kiedyś spadła z huśtawki i, niestety, za wcześnie podniosła głowę – powracające krzesełko uderzyło ją w potylicę i została zabrana do szpitala.

*

Mieszkaliśmy w Poznaniu, w pięknym starym domu prawie naprzeciwko Palmiarni, którą byłam zafascynowana, i koło kina Olimpia, które pokochałam miłością pierwszą i na zawsze. Palmiarnia była miejscem absolutnie nadzwyczajnym, ponieważ otwierała drzwi do innego świata. Świata, w którym, jak mi próbowano wmówić, rosły sobie normalne palmy, fruwały skrzeczące papugi, a nie wróble i gołębie, na skałach siedziały olbrzymie jaszczurki, a w wodzie pływały ryby takie jak w akwarium, czerwone albo żółto-czarne, albo tęczowe. Akwarium zresztą nigdy wcześniej nie widziałam.

Oczywiście nie wierzyłam w te wszystkie bzdury – że gdzieś tak jest naprawdę. Już przy samym wejściu było wiadomo, że jest się w sztucznym świecie, bo było wilgotno i gorąco jak w piecyku i nad głową wisiały cytryny albo pomarańcze.

A przecież każdy głupi wiedział, że cytryny i pomarańcze nie rosną na drzewach, tylko w skrzynkach i trzeba je odwijać z papierków, z kolorowych bibułek, na których był namalowany Murzynek albo widniały palmy, albo różne inne fajne rzeczy, a kto uzbierał sobie więcej bibułek, mógł je nawet wymienić na fajowskie pudełka od zapałek, a w najlepszym wypadku na kapsle, które służyły do kapitalnych podwórkowych gier.

Więc nie dałam sobie zamydlić oczu opowieściami, że są kraje, w których naprawdę, ale to naprawdę, uwierz mi, rosną pomarańcze.

Nawet jeśliby mi coś takiego przeszło przez myśl, to przecież głupia nie jestem, wiem, że w żaden mróz żadne drzewo się nie uchowa, nawet nie ma liści, a co dopiero owoców! Pomarańcze na przykład w skrzynkach i w sklepach pojawiały się tylko przed Bożym Narodzeniem. A wtedy na pewno jest zima. Nie dawałam się nabrać na takie bajki, ale tym bardziej Palmiarnia, jako coś, co specjalnie dla mnie zostało stworzone, była bajką w najzwyklejszym tego słowa znaczeniu.

Przed Palmiarnią stała (i stoi do dzisiaj) Grupa Laokoona. Zawsze budziła mój podziw. Wracając ze szkoły, wcale nie szłam prosto do domu ulicą Matejki, tylko przez park, żeby chociaż rzucić okiem na tych mężczyzn. Nie bez znaczenia był fakt, że byli zupełnie nieubrani. Tak zapamiętale walczyli z tymi wężami! Nie wierzyłam, że można wykuć w kamieniu tyle siły, mocy, walki, smutku, niezgody na śmierć.

Laokoon był przecież taki silny! Każdy jego mięsień walczył o życie! Węże wyglądały jak żywe, a wszyscy ci mężczyźni byli przepiękni (choć zupełnie nieubrani).

Już wtedy Mama czytała nam Mitologię do snu, więc wiedziałam wszystko o koniu trojańskim, którego Laokoon nie chciał wpuścić do miasta, za co został razem ze swoimi synami uduszony przez węże. Ale właściwie zawsze miałam nadzieję, że tym razem, czyli następnego dnia albo tygodnia, albo miesiąca – on zrzuci te węże z siebie i zwycięży.

*

W pierwszej klasie byłam przedmiotem uwielbienia jednego kolegi. I pewno dlatego pierwszy raz zostałam zraniona z miłości w wieku lat siedmiu.

Po wyjściu ze szkoły stałam pod wielkim kasztanem z koleżanką Marysią (tą od Polką żeś ty świat ujrzała, Polką będziesz umierała) i ustalałyśmy plan dnia. Marysia chciała najpierw wrócić do domu i zostawić teczkę, a potem iść na kasztany, ja zaś chciałam natychmiast zbierać kasztany. (Ostatecznie leżały pod moimi nogami). Wtedy na horyzoncie pojawił się Henio i krzyknął:

– Ty, popatrz na mnie!

Nie wiedziałam, czy on tak krzyczy do mnie, czy do Marysi. Podobał mi się niezwykle, mimo że dłubał w nosie na każdej lekcji.

Marysia udawała, że nie słyszy.

Wtedy Henio krzyknął:

– Ej, do ciebie mówię!

Zapytałam Marysię, czy on mówi do niej, czy do mnie. A Marysia powtarzała:

– Udawaj, że to nie do nas, udawaj, że go nie widzisz, co on sobie myśli.

Nie wiem, co sobie myślał.

Ostry kawałek cegły, który rzucił w naszą stronę, przebił mi policzek na wylot. Henio uciekł, a ja wylądowałam na pogotowiu.

Lekarz zapytał, czy wytrzymam szycie bez znieczulenia, bo zabrakło. Wytrzymałam.

*

Hania była moją najprawdziwszą przyjaciółką od serca, rozumiała mnie jak nikt, może dlatego że również miała młodszego o rok brata. Który zresztą kilkanaście lat później wyszedł po bułki i zginął pod kołami samochodu. Jej mama nigdy (w każdym razie do momentu kiedy ją ostatni raz widziałam) nie otrząsnęła się z tego.

Leżała w dużym pokoju i powtarzała:

– Kasiu, wiesz, że Krzyś nie żyje?

Bardzo mi było żal Hani, bo straciła nie tylko brata, ale również mamę.

Nie znałyśmy jeszcze wtedy swojej przyszłości, świat był beztroski, miałyśmy swoje tajemnice, z których nie zwierzałyśmy się nikomu. Łączyły nas przede wszystkim widoczki, starannie skrywane przed innymi koleżankami, czyli kawałek szkła, pod którym umieszczało się kompozycje z koralików, kwiatów, liści, potem przykrywało się je szkiełkiem i zakopywało. Trzeba było zapamiętać miejsce i pokazywać widoczek tylko wybrańcom. Poza tym grałyśmy w gumę i na dwie skakanki, co można dzisiaj zobaczyć wyłącznie w amerykańskich filmach, których akcja dzieje się w dzielnicach murzyńskich. Może dlatego te filmy z upodobaniem oglądam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki