Zielona wyspa - Igor Ostachowicz - ebook + audiobook
Opis

Bezludna wyspa, na którą można dotrzeć tylko helikopterem, a na niej przepiękny przeszklony dom, wyposażony we wszystko, o czym można zamarzyć.

Magda przyjeżdża tu, by w samotności odpocząć i zebrać myśli po zdradzie bogatego męża. Okazuje się jednak, że nie jest sama na wyspie… Zaczyna się walka z czasem, lękiem, ciekawością, pożądaniem. Nowa książka Igora Ostachowicza wciąga i intryguje, porusza najgłębsze pokłady emocji.

Trudno przyporządkować ją do jednego gatunku literackiego: to powieść psychologiczna, ale też kryminał i thriller.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 478

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 3 min

Lektor: Anna Szawiel

Popularność

Kolekcje



Igor Ostachowicz

ZIELONA WYSPA

Copyright © by Igor Ostachowicz, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Wzięłam więc strzelbę swojego dziadka.

Odstrzeliłam ci łeb, wylądował w rabatkach.

Los Trabantos

***

Moją specjalnością jest milczenie i smętna obserwacja. Rozpamiętuję swoje klęski. Rozpamiętuję miny ludzi. Obojętne lub skonsternowane. Umiem czasem wypalić z tą swoją szczerością. Potem patrzę. To nie działa. Bywa, że jestem miła i kłamię. Efekty nie powalają, za to potem czuję się dziwnie. Umiem robić zakupy i odpowiadać na pytania. Mam swój profil i tak dalej. Umiem też mówić podczas biegu. Biegnę i powtarzam: „Mogę mówić, kiedy biegam”, mój oddech jest w porządku. Nikt mnie o nic ciekawego nie pyta, a ja nie daję ciekawych odpowiedzi. Czasem jeszcze próbuję, kiedy nie ma zbyt wielu świadków. To też się nie udaje. Moi rozmówcy wiją się jak osaczone w kącie ofiary. Umiem się oskarżać, ale też przed sobą bronić i usprawiedliwiać. Powinnam się wbić paznokciami w rzeczywistość i trzymać. Z całej siły. Tylko jak ją złapać? Nikt mnie nie nauczył. Jeśli jej dotknę, może się na mnie rzucić i pogryźć albo zniknąć, jakby była z mgły i gazu. Tymczasem pieką mnie oczy, mimo że mam okulary z filtrem. Ciągle coś czytam, ale nie wiem, co z tym dalej robić. Najczęściej zapominam. Jeśli już zapamiętam, to potem udaję, że sama to wymyśliłam. Trochę nieładnie, ale wszyscy tak robią. Chcę z tym skończyć. Nie tylko z tym. Chodzę do pracy, do kina, do sklepów. Używam lekarstw, marzeń, terapii. Będę pisać w trzeciej osobie. Dlaczego? Bo w pierwszej się jakoś nie widzę.

I

1.

Wkropliła sobie sztuczne łzy. Potrząsnęła nienaturalnie głową, żeby je dobrze rozprowadzić.

– Nie ma powodu, Magda – mówiła do siebie. – Nie ma żadnego powodu. – Włożyła okulary, lekko przyciemniane i lekko optyczne. Oprawki dobrała do miejsca i nastroju. No i do siebie oczywiście.

Czuła, że jest we właściwej scenografii. Miała pewność, że przyjazd tu był koniecznością. Zdjęła okulary. Tutaj samotność nie jest ani wstydem, ani porażką. Można ją przedstawić za pomocą ładnego zdjęcia albo rysunków krajobrazu. Można też pokusić się o amatorską poezję. Na razie wydęła usta i patrzyła sobie w oczy.

Wyjazd na narty tysiąc lat temu, wspominała, przyglądając się sobie w lustrze. Nie wiem, czego oczekiwali inni, ale ja... Też nie wiem czego, ale więcej.

Wszyscy byli roześmiani i bardzo zadowoleni, więc mieli chyba powody. Nie opuszczało jej wrażenie, że ludzie wokół mają dziesiątki wrodzonych umiejętności, których ona u siebie, mimo starań i łez, nie odnajduje.

Czego oczekiwałam po małżeństwie? Pięćset i dwieście lat temu. Takie silne jest poczucie obcości. Może od tego pochodzi ta trafna nazwa – „obcowanie płciowe”? Mężczyźni, kobiety, wiecznie zadowoleni lub nie, ale wszystko im jakoś pasuje. Sprawnie działający ekosystem. Jakoś leci. Jak leci? Układa się. Jak ci się układa? Nic mi się, kurwa, nie układa. Od dzieciństwa spodziewam się czegoś innego, myślała, mrużąc na przemian to lewe, to prawe oko i obserwując topografię tworzących się przy tym zmarszczek. Na razie nie ma dramatu. Ale będzie.

Skończyła się przebierać, przesunęła szklaną taflę drzwi i wyszła z domu. Owiało ją ostre morskie powietrze. Może to i turystyka, ale tuż za drzwiami przywitał ją ogromny, rozkołysany, stalowy ocean i jego organiczny, mokry zapach. Szum. Gigantyczne chmury tuż nad głową. Od białych po ciemnoszare. Nic, tylko przestrzeń i własne życie. Czas można pominąć. Oddychać głęboko. Dostarczać czyściutki tlen do szarych komórek i zdrowieć na umyśle. Oczyszczać się z toksyn, złości i żalu. Zamieniać w łagodnie uśmiechniętego Buddę. Tylko szczupłego. Więc może w Krysznę albo w naszego przystojnego Boga byłoby lepiej, tyle że w tych sprawach to już kompletnie nie była zorientowana. To znaczy Kryszna – w ogóle zero, a Ten Nasz tak piąte przez dziesiąte raczej. O Buddzie pisała jej przynajmniej niedoszłaprzyjaciółka. Przez jakiś czas. Zanim się nie znudziła. Nawiedzona laska – nie lubiła takich. Prawie cały tydzień odbierania długich oświecających tekstów i wysyłania zdawkowych, drętwych odpowiedzi. Nic dziwnego, że zniknęła. I tak długo wytrzymała. Może najbardziej to pod tai-chi podchodzi. Tu jej wiedza też niestety nie przedstawiała się najlepiej. Chociaż powinna, bo przecież chodziła na kurs. Tylko że za późno dołączyła do grupy. Teoria była pewnie na początku. Nie skończyła go nawet, przeniosła się na pilates, bo był w lepszych godzinach. I w ogóle kiedy to było...

Szła w stronę urwiska, obejmując się za łokcie. Wynajęła to wszystko na ponad dwa tygodnie. Minimum czternaście, maksimum dwadzieścia dni, w zależności od warunków pogodowych dla helikoptera. Trochę długo, myślała z niepokojem. Miała na sobie popielaty, gruby sweter na guziki, z kieszonkami, kapturem, wygodny i ciepły, chociaż dopasowany i krótki. I dżinsy.

Bądź bezwzględny dla bliźniego swego jak dla siebie samego, mawia słusznie jej mąż. Robert jest niedobry dla ludzi i pewnie dzięki temu bogaty, mimo to pomyślała o nim kiedyś: papierowy tygrys, i z czułością próbowała mu przygłaskać koguty sterczące na głowie. Są ludzie, którzy się go naprawdę boją, na przykład pracownicy, dla niej pozostał papierowy.

Woskowa twarz. Nawet nie smutna. Poważna. Obojętna. Wciąż miała przed oczami swoje odbicie w lustrze.

Skąd mi się to wzięło? – zastanawiała się.

Nie chciała być taka. Widziała nieraz kobiety o podobnych twarzach. Patrzące beznamiętnym wzrokiem na kolorowe atrakcje centrum handlowego. Przeglądające menu sieciowej kawiarni okiem surowego recenzenta. Wolałaby biec roześmiana w promieniach słońca przedzierających się przez jej rozwiane włosy. Z szalonymi iskierkami w oczach spoglądać w obiektyw.

Pieniądze to magia. Dzięki nim można nawet odpocząć. Zamknąć oczy. Czary-mary i otworzyć je w takim miejscu jak to. Gdzie samotny spacer w stronę przepaści jest czymś naturalnym. Czymś godnym. Godnym pozazdroszczenia.

Jak to było z tym Buddą? Próbowała sobie coś przypomnieć, ale w głowie pojawiały się tylko różne zdjęcia i rysunki, plątanina kółek i regularnych wzorów, uśmiechnięte figurki, kolory jak z Little Pony. Tak naprawdę to kojarzył jej się ten cały Budda z psychologiem. Szarlatanem. Uśmiechnęła się. Właściwie to nawet nie wiedziała, czy skojarzenie jest trafne, ale on też mówił o harmonii i chciał, żeby było okej.

Gapiła się na chmury.

2.

Bezczelny punkcik. Rosnąca drobinka. Rusza się. Pulsuje między szeroką zieloną podstawą a niekończącym się, ciężkim od wilgoci niebem.

To człowiek! – pomyślała z oburzeniem i niedowierzaniem.

Jedno spojrzenie w bok i już?

To niemożliwe.

Tak od razu? Miało być inaczej. Zawsze jest inaczej, niż miało być. Ale tak szybko? I tutaj?

Ktoś tu jest. Musiał być tu przed nią. Niewybaczalne. To wymaga wyjaśnienia.

Zanim gula goryczy urosła na dobre w jej krtani, człowiek zniknął za jednym z pagórków. Czas skurczył się raptownie. Z wielu samotnych dni, które pachniały wiecznością, zostały jej na razie minuty irytacji i niepewności. Nie dopuszczała do siebie myśli, że ta powiększająca się plamka, która przecież właśnie zniknęła, może okazać się zjawiskiem nieusuwalnym.

Mały falstart, to wszystko, próbowała się uspokajać.

Odwróciła się plecami do lądu i spojrzała na ocean. Stała na krawędzi wysokiego urwiska. Kolory się zmieniły. Niebo i chmury nabrały szarości, morze zmatowiało, wszystko razem zaczęło się zlewać.

Nieskończona szarość, pomyślała, wypychając językiem policzek.

Zieleń wyspy za plecami odczuła jako anomalię. Stała na krawędzi.

Wspaniałe, myślała, głęboko wciągając powietrze, kryształowe i dzikie. Hulanie na wolności mu służy – pozwoliła sobie na nutkę romantyzmu.

Burzył jej wszystko ten człowiek. „Ty nie wiesz, jacy są ludzie”, powtarzali jej od wieku prenatalnego rodzice. Nagrania z Mozartem, „ty nie wiesz, jacy są ludzie”, Mały Książę czytany na głos, „ty nie wiesz, jacy są ludzie”, ucho taty przyssane do brzucha: „Jesteś tam, kochanie?”. Ty nie wiesz, jacy są ludzie.

– Na pewno generalnie nie są romantyczni – bąknęła do siebie.

Po co chcieli moich narodzin, skoro tak się bali?

Mogłaby ich wydać: oni się boją ludzi. Kiedyś tak nawet krzyknęła, pokazując na nich palcem w sklepie. Oni się boją ludzi, powtarzała, aż kupili jej wreszcie Barbie. Chociaż nie było ich stać. Nieboraki. Tacy kochani...

Nie wie dokładnie, jacy są ludzie ani jaki jest ten tu konkretnie. To poważny problem, jednak w tej chwili akurat bez znaczenia, bo nawet gdyby dziwnym zbiegiem okoliczności to George Clooney szedł z silnym postanowieniem, że musi się ustatkować i znaleźć odpowiednią dziewczynę, nie zmieniłoby to faktu, że ona po prostu miała tu być sama. I dysponować przeogromną porcją nieposzatkowanego czasu tylko dla siebie. Zapłaciła za to dużo pieniędzy. Leciała do Londynu, gdzie o mało się nie zgubiła. Przez trzy godziny udawała kompatybilną cząstkę kosmopolitycznego tłumu. Zaliczyła nawet mały podryw. Stary dziad, taki trochę w stylu lat osiemdziesiątych, któremu się wydaje, że czas się go nie ima. Szczerzył porcelanowe zęby i starał się patrzeć na nią z błyskiem w oku. Był stary. Powiedział, że słowo „terminal” kojarzy mu się ze śmiercią. A śmierć z czyśćcem. Czyściec zaś, który jest jedynym elementem wiary katolickiej do niego trafiającym, wyobraża sobie jako właśnie wielki terminal. Miejsce pełne zmierzających dokądś ludzi, których nie rozumie i którym jest zupełnie obojętny. Czytała to już gdzieś w necie. Nawet sama napisała to swojej buddyjskiej koleżance, bo tak jej jakoś pasowało tematycznie. Od siebie dodała jeszcze, że ci wszyscy ludzie, w przeciwieństwie do niej, doskonale wiedzą, gdzie iść, i w ogóle się nie gubią.

– To naturalne, że w twoim wieku myślisz dużo o śmierci – powiedziała z wyrozumiałym uśmiechem – ale nie zapominaj o życiu. Przed tobą być może nawet dziesięć wspaniałych lat. – Żałowała, że Robert tego nie słyszy. Może i jest złamasem, za to uwielbia okrutne żarty, byłby z niej dumny. – Mój dziadek na przykład – zmyślała jeszcze dla dobicia – założył fanklub Doris Day i jest liderem bardzo pozytywnej grupy rówieśniczej.

Nawet nie udawał, że go to bawi, popatrzył z wyrzutem, anglosaskim poczuciem wyższości, powiedział, że w porządku, chociaż nie wyglądało, że tak uważa, i się odczepił.

Sprawnie popijała kawę z kubka, bez cienia niepokoju zanurzona w swoim e-booku. Potem miliard lat świetlnych na kosmicznej leżance przez ocean, cztery godziny do przesiadki, kawa, e-book, znowu samolot. Królowa przestworzy, tak powinni nazwać tę ofertę. No i w końcu helikopter. Pilot o imieniu Mike oraz kobieta z biura podróży, czy raczej od właściciela nieruchomości, o imieniu Ines. Ciemnowłosa i korpulentna. Jej zadaniem była prezentacja oraz informacja, czyli gadanie. Przez całą drogę usta jej się nie zamykały. Jedną ręką pomagała Mike’owi, ciągnąc wózek z tym, co ze sobą przywieźli, drugą gestykulowała, żeby gadaniu dodać ekspresji. Na miejscu pokazała, gdzie lodówka, gdzie kibel i jak się rozkłada leżak. Przeprosiła za brak wygodniejszych leżanek, ale „cóż, nie ma tu zbyt wielu okazji do opalania, za to jest sporo deszczu”, leżaki łatwo się składa i chowa. Demonstrowała składanie i chowanie leżaka, nie pomijając najdrobniejszych i najbardziej oczywistych szczegółów. Z taką samą dbałością instruowała, jak obsługiwać piekarnik i telefon satelitarny. W razie problemów z prądem lub ogrzewaniem pod żadnym pozorem – jej palec wskazujący poruszał się jak wycieraczka samochodowa – nie można wchodzić do pomieszczenia gospodarczego i majstrować przy generatorze.

– Jakby co... – Podeszła bokiem do telefonu, przestawiając nogi jak podstarzała baletnica. – ...dzwonimy. – Dla przypomnienia podniosła i położyła z powrotem zafoliowaną instrukcję.

Oboje, każde niezależnie od siebie, opowiedzieli jej o prądzie morskim, który opływa wyspę. Słyszała już o nim w biurze podróży, przeczytała na stronie, w informatorze, usłyszała od gościa, który próbował jej wcisnąć dodatkowy ekwipunek za ciężkie pieniądze. Wryło jej się w pamięć, podobnie jak wiele tego typu informacji, powtarzanych w kółko przez każdego z przekonaniem, że odkrywa przed nami nie wiadomo co. Procedura zabawiania. Nudziarze.

Ines stała z nią na zewnątrz i pokazywała paluchem w różne strony. Zamierzała nadawać tak długo, aż pilot wypakuje z wózka cały prowiant, uzupełni zapas paliwa w generatorze, posprawdza, czy wszystko działa. Magda lubiła dokładne informacje, instrukcje, dlatego dość długo była wdzięcznym słuchaczem. Nie lubiła za to pitolenia bez sensu. Nachyliła się nad przytarganymi przez siebie walizkami i zaczęła oczyszczać kółeczka. Wydłubywała ziemię, trawę, drobne kamyczki.

Musi robić na dwa etaty, pomyślała o pilocie, kryzys, wskazała przyczynę i stwierdziła, że biedni zawsze mają gorzej. W mundurze i kurtce Mike prezentował się zupełnie nieźle. Szczupły, szpakowaty, nawet niczego sobie facet. Dopiero kiedy coś podnosił z wózka, jego niezgrabne ruchy zdradzały wiek. Nie powinien się na to godzić, myślała jak związkowiec, traci cały szarm. Kryzys odziera ze złudzeń. Stary suchelec. Przyglądała mu się okrutnie. Zaobserwowała, że nosi pomału i po trochu. Jeśli w zgrzewce jest osiem puszek, to ją rozrywa i nosi po dwie, polana do kominka po jednym. Przynajmniej ma pracę. Z piwem na starej werandzie nie wyglądałby lepiej.

Denerwowało ją to trajkotanie Ines. Powtórzona po raz kolejny informacja o prądzie morskim i przedstawiona konfidencjonalnym tonem tajemnica legendarnej mocy pobudzania płodności przez tę wyspę, o czym też była wzmianka w katalogu. Wspólne uprzejme zabijanie czasu. Wolę sama zabić czas, pomyślała zadowolona z siebie.

– Proszę – jęknęła.

Ines tylko na nią łypnęła. Poprawiła szalik i gadała dalej.

– Mogłabyś się przymknąć? Proszę – powtórzyła.

Niepewny miks uśmiechu i skrzywienia w odpowiedzi.

– Oczywiście.

Stały chwilę w męczącym milczeniu.

– Pójdę mu pomóc. Gdybym była potrzebna, proszę zawołać – oświadczyła Ines i sobie poszła.

Niedługo potem odlecieli, życząc jej udanego pobytu.

Zrobiło się pusto. Trochę jak dawno temu, gdy rodzice wychodzili gdzieś na dłużej i zostawiali ją samą w domu. Zastanawiała się, co by tu spsocić.

Aż jęknęła, kiedy zobaczyła tę zieloną wyspę. Kawał skały z odrobiną trawy. Wyglądało na to, że będzie tak, jak miało być. Czegoś się spodziewasz i to dostajesz. Niesamowite.

– To raj. – Robert kręcił z uznaniem głową, patrząc na zdjęcia w Internecie. – Prawdziwy raj.

– Z raju się chyba nie wraca – zażartowała. – Cieszysz się, co?

– Jestem pewien, że nawet w raju coś cię zaraz wkurwi. Wrócisz, nawet z piekła byś wróciła.

– Jesteś taki kochany, że nie wysyłasz mnie do piekła. – Pocałowała go w usta.

– Piekło do piekła? – Zranił ją na do widzenia, ale jak zwykle się zaśmiała, demonstrując dystans do samej siebie, którego nigdy tak naprawdę nie miała.

I co teraz? Czy w Polsce nie da się kupić niczego bez ukrytej wady? To było porządne biuro z zagranicznym kapitałem i seksowną dwudziestoparoletnią obsługą w otoczeniu nowoczesnych stalowych konstrukcji i ekologicznych pnączy, a nie jakiś bazar.

– Zabiję ich! – powiedziała.

Ale kto to jest? – pomyślała ze strachem, patrząc w bok.

Słowo „sama” nabiera zupełnie innego znaczenia, kiedy ktoś tu jest. Przełknęła ślinę i poczuła, że natychmiast musi iść do łazienki, i tym razem to nie bisacodyl.

3.

Bulgotki w brzuchu jak przed oczyszczającym uderzeniem prochów. Tym razem to strach, enzymy, natura.

Ale niby dlaczego, pomyślała, to moja wyspa, zapłaciłam za nią.

Stała na krawędzi. Patrzyła przed siebie. Chłonęła ogromny widok. Ktoś miał ją zaraz z tego okraść. Uniosła nogę i wystawiła za krawędź.

Wrażenie, że się idzie na dno, można mieć wszędzie. Na przykład w tłumie, ale tylko pośrodku morza utonięcie staje się bezwzględnie prawdziwe, myślała w zaplanowanym już wcześniej tonie górnolotnym. Obojętny ocean jest silniejszy niż: całe życiowe doświadczenie, marzenia, poczucie obowiązku, wstyd, żal do Roberta, nienawiść do Sylwii, rozgoryczenie, sucha skóra, pragnienie bycia podziwianą, uzależnienie od środków przeczyszczających. Jest silniejszy niż życie i wszystko, co jest na niby.

– Bo to takie podobne, a takie inne, gadać do siebie w falującym tłumie i zachłystywać się słoną wodą – powiedziała, podrzucając grzywkę.

Wydawałoby się, że kiedy jest się samej i stoi na brzeżku przepaści, można się nie martwić o to, czy nie wyraża się w zanadto afektowany sposób. Tymczasem morski wiatr, niczym nieokrzesany recenzent, wpadł jej do ust, wpychając z powrotem ostatnie zdanie. Musiała przyznać, że zdania, jakiekolwiek by były, są zupełnie niepotrzebne.

Ja się nie boję ludzi. Odwróciła się twarzą do lądu. Ja tylko ich tu nie chcę. Przyjrzała się nadchodzącej postaci. To mężczyzna. Zauważył ją. Przełknęła ślinę i wsunęła głębiej na nos okulary.

Pomachał do niej. Nie zareagowała.

Mam nadzieję, że to chociaż nie Polak, pomyślała i odruchowo poprawiła włosy.

Może gdyby stała tu nago jak w fantazjach, które snuła przed przyjazdem, zauważyłby niestosowność swojego pojawienia się.

To by dopiero było idiotyczne, pomyślała. Skąd się wziął ten palant?

Dzieliła ich jeszcze bezpieczna odległość.

Nawet gdyby zaczął biec, ona zdążyłaby spokojnym krokiem dojść do drzwi. Ruszyła powoli w stronę domu. Na wyposażeniu jest strzelba. Niektórzy ludzie przyjeżdżają tu postrzelać do przelatujących ptaków. Musiała wypełnić kilka formularzy, zobowiązań i zapłacić parę groszy, żeby strzelba mogła z nią zostać. Nigdy jeszcze nie strzelała. Nie miała zamiaru. Nie chciała tylko, żeby oferta była niekompletna. Nie lubiła tego. Nie chciała, żeby ktoś ją czegoś pozbawiał. Ines demonstrowała obsługę strzelby z taką wprawą, że aż przyjemnie było popatrzeć i na przyjemności patrzenia się skupiła. Nie sądziła, że jej się to do czegoś przyda. Nie była pewna, czy wszystko dobrze zapamiętała.

4.

Samotna, uzbrojona w dwururkę kobieta obserwuje przez okno nieznajomego przybysza. Uśmiechnęła się krzywo, wyobrażając sobie ten widok.

– Może trochę przesadzam? – zamruczała pod nosem i próbowała się połapać, jak by tu przeładować czy odbezpieczyć, czy co tam się robi.

Lubiła wynajęte domy. Lubiła hotele. Dawały jej poczucie niezależności i jednocześnie uczestnictwa w życiu świata. Byle można było za sobą zamknąć drzwi i znać swoje prawa. „Gorąco mi, możesz się trochę odsunąć?”. Nie jest histeryczką, ale potrafi się zdenerwować. Potrafi coś stłuc albo czymś rzucić, albo wyrzucić coś komuś przez okno. Generalnie dopiero co poznanym mężczyznom powinna wręczać karteczkę z ostrzeżeniem: „Nawet jeśli cię to dziwi, uszanuj wolę pani, dopóki ładnie prosi”. Ci, którzy ją kiedyś znali, wliczali jej „trudny charakter” w koszty.

Ma się to ciało, uśmiechnęła się pod nosem. Ściskała strzelbę, jakby kiedyś należała do jej ojca. Patrzyła przez przesuwane szklane drzwi, które tworzyły przezroczystą ścianę. Bardziej by pasowało małe okienko ze szprosami na farmie w Teksasie.

Wychowała się w ciasnym mieszkanku. W bloku na siódmym piętrze. Nie tęskniła za dzieciństwem. Wolała wynajętą, obcą wygodę niż sentymentalny syf.

– Wy-pier-da-laj stąd – mówiła z nadartykulacją, żeby mógł odczytać te słowa z ruchu jej ust.

On też coś mówił, ale nie rozumiała. Postał jeszcze przez chwilę. Przyjaźnie pomachał ręką i poszedł. Ani ładny, ani brzydki. Wyższy od niej. Mocnej budowy. Włosy ma trochę rzadkawe. Delikatnie mówiąc. I jak nic, kurwa, Polak.

– Miałam nie przeklinać – napomniała się.

Pobiegła na piętro, żeby poobserwować go z południowego okna. Szedł, nie oglądając się za siebie. Dokąd on idzie? – zastanawiała się.

Agentka, ta odstawiona jak na bal maturalny w Kutnie, młodsza specjalistka do spraw sprzedaży i podrywu żonatych klientów, przyrzekała, że na wyspie nikt nie mieszka. Nie ma nawet przystani, tylko lądowisko dla helikopterów. Tak miało być.

Telefon satelitarny. Miała zapomnieć o jego istnieniu, ale w tej sytuacji... Ktoś ją oszukał. Już pierwszego dnia będzie musiała się kłócić. Niesłychane, jedzie na bezludną wyspę i już pierwszego dnia łapie za telefon, żeby się na kogoś wydrzeć.

Tak powinna zrobić. Tylko że to nie takie proste. Kiedy pojawiają się ludzie, nic nie jest już proste. Jeśli narobi rabanu, że na wyspie jest obcy mężczyzna, informacja dotrze do jej męża. Jej prawie nowy, niewysoki, chorobliwie zazdrosny, nienawidzący swojej drobnej budowy, impulsywny, zawodowo podejrzliwy, prywatnie wobec niej skrajnie nieufny mąż. Mąż z wyrzutami sumienia, który za wszystko płaci. Potrafił odkryć amanta nawet w listonoszu albo facecie, którego dwa razy z rzędu widział w okolicy. Nienawidzi wszystkich mężczyzn, których kiedykolwiek znała. Zakłada, że nie tylko ją rżnęli, ale robili to w sposób niegodny. „To wszystko z miłości, kotku, ta zazdrość”. Dzwoniłby do niej co pięć minut i oznajmiał, że zjawi się tu zaraz w helikopterze szturmowym. Na pewno już wypytywał agentkę. Jeśli dziewczyna jest nadal w fazie łowieckiej, a pewnie jest, to wyceniła już swoim sprytnym oczkiem jego auto. Od razu mu sprzeda informację. Z minką niewiniątka. Byle tylko mieć okazję czarować przez przypadek za dużym dekoltem. Zresztą nie oszukujmy się, to nie jej dekolt jest problemem. Robert oczywiście nie przyleci helikopterem. To w końcu dość drogie i niebezpieczne. Zapomni nagle o własnych grzechach. Będzie górą. Będzie tu wydzwaniał i wrzeszczał na nią, żądał natychmiastowego powrotu i dowodów niewinności. Sam tymczasem poszuka w głowie usprawiedliwień i w końcu coś znajdzie. Wszelkiego rodzaju impotencji zawsze winna jest tylko ona. „Chciałem przylecieć, ale nie zasługujesz na to” na przykład. Albo: „Ty kurwo!”. Ludzie tak do siebie mówią. Tak czy inaczej trzeba zadzwonić, tylko musi to sobie jakoś ułożyć, zastanowić się, jak to powiedzieć dobrze po angielsku i czy od razu być nieprzyjemna, czy może trochę później, bo teraz strasznie jej się nie chce.

Biura podróży... powinni wszystkie pozamykać. Facet zniknął. Wyszła na zewnątrz, żeby się zastanowić. Usiadła na krześle przy niedużym stoliku. Zapaliła papierosa. Założyła nogę na nogę. Tak miało być. Miała sobie palić, jak dawno temu w Polsce. Miała nie przeklinać i patrzeć na ocean, jak nigdy. Przypomniała sobie ten dzień, kiedy powiedziała jednemu mądrali: „Mam dwadzieścia pięć lat i już wiem, że życie nie jest gdzie indziej”. Siedziała potem na łóżku zawiedziona swoim odkryciem, jak postać z obrazu Hoppera. Cały dzień, a potem drugi. Wydawało jej się przez te dwa dni, po rozstaniu z mądralą, że życia nie ma nigdzie. Nawet zrobiła sobie zdjęcie i wkleiła je w obraz. Porównywała je z setkami innych przeróbek. Może niektóre były zabawne, ale żadna nie tak dobra jak jej.

Okazało się jednak, że jest. Tu, w Polsce, i gdziekolwiek się ruszyć. Pulsujące, metaboliczne, wszechobecne, bezwzględne. Jest wszędzie. Wszędzie takie samo. Pod każdą kołdrą, za każdym zaułkiem. Obce. Ona tymczasem zaczęła pracę w księgowości. Taka jest jej natura: porządek. Próbowała gdzie indziej, na przykład w marketingu, ale zawsze kończyło się na cyfrach.

Popatrzyła na falujący ocean.

– Ale to bez sensu teraz – powiedziała.

Zgasiła energicznie papierosa. Wstała, wzięła się pod boki. Nie mogła usiedzieć. Patrzyła w stronę, w którą poszedł nieznajomy. Najchętniej wzięłaby strzelbę i zabiła gada.

5.

Otworzyła lodówkę. Odłożyła okulary na blat. Nie przyjechała tu jeść, ale w tej sytuacji... Lodówkę i spiżarnię wypełniła agencja w ramach zestawu premium. W spiżarni przede wszystkim dużo whisky i brandy, ale też sporo wina. W lodówce pełno, nawet mikroskopijny słoiczek kawioru, normalna, duża butelka szampana i parę mniejszych. Wyglądały jak matka z małymi. Wzięła jogurt naturalny.

Przyjechała tu, bo zobaczyła zdjęcie. W katalogu wśród turkusowych zatok, krytych strzechą parasoli, białych jak śnieg rajskich plaż i uśmiechniętych śniadych piękności trafiła na ponure zdjęcie skrawka zieleni otoczonego wodą. I dom nad urwiskiem. „Oferta dla pragnących intymności. Jeśli chcecie pobyć wreszcie sami, to miejsce jest najlepsze na świecie. Romantyczne widoki, melancholia i chwile zadumy gwarantowane”.

– ...pobyć wreszcie sami – powtórzyła wtedy z przekąsem.

– Nieźle, co? – pytał Robert, kręcąc głową. Miał z nią tutaj przyjechać. Ale nie przyjechał. Oboje przemilczeli wzmiankę o legendarnym pobudzeniu płodności. Kiedyś by to obśmiali.

Dalej już było o wyposażeniu i dodatkowych usługach. Ze zdjęć ukazujących aktywności przykładowych klientów wynikało, że to idealne miejsce dla zakochanych par prezentujących sobie nawzajem bielutkie zęby. Niektóre najwyraźniej badały je dodatkowo językiem. Zdrowe, równe uzębienie niesie ze sobą ważne informacje na temat genomu i/lub stanu konta. Punkt pierwszy procedury inseminacji. Kolejnych punktów nie zaprezentowano – pruderia. Kilka fotek ukazywało też ludzi samotnych, o których wiadomo jedynie, że uwielbiają patrzeć w dal.

Siedziała na leżaku przed domem, jadła jogurt i patrzyła na ciemniejące chmury. Wiatr robił się coraz silniejszy, a morze wyraźniej przecinały białe grzbiety fal. Była zła, że zamiast patrzeć spokojnie przed siebie, ciągle odwraca się w lewo i mrużąc oczy, sprawdza, czy aby ten facet nie idzie. Nawet kropla deszczu na policzku nic nie zmieniła. Głuchy łomot, z jakim pierwsza sztormowa fala uderzyła w skarpę, wywołał w niej tylko przelotną myśl, że w razie czego gdzieś niedaleko jest człowiek. W oddali ocean i niebo zlały się ze sobą. Miała wrażenie, że nie mogą się połączyć tylko przez ten pokryty trawą, wystający fragment skały, na którym siedzi. Obrośnięty kamulec.Olbrzym, obojętny na wszystkie huki, szumy, pluski.

Wredzioch, pomyślała z sympatią, nie integruje się.

Uznała za obrzydliwe, że ktoś oprócz niej po nim łazi. Gdzieś tam, między załomkami skał, wśród mchu, nielegalnie, jak robal.

Lunął deszcz. Nagły i obfity, przygniatał ją do ziemi. Podmuch wiatru wyrwał jej z rąk leżak. Morze uderzało w skałę klifu z taką złością i hukiem, że poczuła przypływ adrenaliny. Wiatr miotał nią na wszystkie strony. Ryczał jak wielki rozjuszony potwór.

– No – mruknęła zadowolona.

Spychało ją w stronę domu. Ruszyła w przeciwną, nad przepaść. Szła pochylona, z trudem stawiając kolejne kroki. Nie miała na sobie nic suchego. Włosy i ubranie momentalnie nasiąkły wodą, jakby nurkowała. Zdejmowała po kolei wszystko, co miała. Nie było to łatwe. Najtrudniej poszło z mokrymi spodniami. Silny podmuch ją przewrócił. Skóra piekła, smagana zimnym powietrzem i kłuta lodowatymi kropelkami wody.

Leżała całkiem naga. Czuła pod sobą rozmiękły grunt, trawę, bulgocące od deszczu błoto. Podniosła się. Najpierw na czworakach. Wiatr sam ją uniósł do pionu. Musiała nacierać z całej siły, żeby nie dać się przewrócić na plecy. Miała kłopoty z oddychaniem. Bała się, że jeśli otworzy usta albo odsłoni nos, rozsadzi jej płuca. Dotarła do krawędzi. Na wyspie zostały tylko pięty. Pod palcami stóp czuła powietrzną poduchę. Natarła z całej siły. Pochyliła się na chwilę nad przepaścią. Gdyby wiatr znienacka ustał, spadłaby głową w dół. Nie ustawał, odpychał ją. Zebrała się w sobie, ze wszystkich sił odbiła i podskoczyła. Przez chwilę nie dotykała ziemi. Poczuła coś, co nie było zwykłym strachem. Naturalne znieczulenie przed bólem i śmiercią. Unosiła się w powietrzu. Pewnie to były ułamki sekund, ale zawisła w przestrzeni.

O jaa, ale kosmos, pomyślała.

Cisnęło nią w stronę wyspy. Przewróciło. Za każdym razem, gdy wstawała, przewracało znowu. Popychało w stronę domu. W końcu przycisnęło ją do ściany. Próbowała otworzyć drzwi, ale bezskutecznie. Gdyby otwierały się do środka, wystarczyłoby dotknąć klamki, a potem nie dałyby się zamknąć. Ciągnęła z całych sił do siebie. Ani drgnęły. Kucnęła pod nimi. Była zmęczona. Dygotała z zimna. Pomyślała o śmierci. Nadal wydawała jej się czymś nieprawdopodobnym. Podniosła się. Przesuwane drzwi na tarasie nie są chyba zatrzaśnięte. Dotarła do nich resztką sił. Udało się, przesunęła je. Weszła do środka, zamknęła za sobą. Usiadła na podłodze, oparła się plecami o zimną szybę.

– Zajebiście było – powiedziała, ciężko oddychając i odchylając do tyłu mokrą głowę. Była sama i nie miała żadnej niszczącej potrzeby. Może tak zostanie, pomyślała. Chwilkę odsapnęła. – Dam radę.

Wzięła ciepły prysznic. Wytarła się do sucha. Nasmarowała kremami i balsamem. Włożyła szlafrok. Na głowie zawinęła ręcznik. Zrobiła sobie gorące kakao. Usiadła w fotelu, położyła nogi na podnóżku i z kubkiem w ręku patrzyła przez szybę na rozszalałe żywioły.

6.

Obudził ją huk. Miała wrażenie, że piorun uderzył tuż przed tarasem. Potem następne. Wszystkie bardzo blisko. Kubek był pusty. Wypiła całe kakao, zanim zasnęła. Teraz też chciała się napić, ale nie miała ochoty odrywać się od widowiska. Irytowały ją takie sytuacje. Chce siedzieć, patrzeć na pioruny i pić kakao! Za takie niedoskonałości bardzo często obwiniała innych. Na przykład jeśli ktoś podał jej coś nie tak, jak lubi, albo nie tak, jak zamawiała, albo jeśli ktoś był zajęty i nie mógł poświęcić jej czasu.

Choćby te narty wtedy. Nie umiała jeździć. Myślała, że to będzie urocze. Nie było. Myślała, że jej chłopak będzie ją uczył. Próbował, ale stracił cierpliwość. Nawet się nie śmiali. Nic osobistego. Po prostu rozmawiali o tym, jak się zjeżdża, a ona słuchała. Kleiła się do niego, szukając wsparcia. Dotarło do niej, że w jej zasięgu jest tylko mimikra. Może kiedyś się uda, nauczy się tego i owego, zjeżdżać i w ogóle żartować odpowiednio, nikt się nie pozna, ale ona dalej nie będzie wiedziała, o co chodzi. Chciałaby cofnąć czas i nie pojechać.

Zajrzała do pustego kubka, nie chciało jej się wstawać. To irytujące. Złapała kubek, rzuciła. Za słabo, odbił się od oparcia i upadł na kanapę. Na zewnątrz gruchnął piorun. Spojrzała za okno jak mała porzucona siostra, słuchająca wieści o swojej potężnej, znanej z wybuchów złości rodzinie. Zdjęła ręcznik z głowy. Wycierała ją energicznymi ruchami. Z lekko wilgotnymi włosami wstała zagrzać mleko.

– Zabiję go! – Przypomniała sobie, że ktoś tu jednak jest.

Zastanawiała się, jak by tu przypisać mu winę za to, że musiała wstać z fotela. Wina musi mieć winowajcę. Wtedy jest porządek. Nie było to łatwe. Poprzestała na ogólnym poirytowaniu i powtarzaniu, że on nie ma prawa tu być. Jedyne, do czego mógłby się przydać, to bam! – zarobić kubkiem w łeb.

– Do tego się ludzie najlepiej nadają – mamrotała, zalewając kakao.

Znalazła na blacie okulary. Włożyła je. Pioruny odbijały się w szkłach. Czasami błyskawica oświetlała fragment spienionego morza.

Usiadła w fotelu, nogi położyła na pufie. Dmuchała na gorące kakao i siorbała łyczkami. Przyjrzała się paznokciom u nóg. Przez tego głąba będę musiała coś z nimi zrobić, pomyślała, poruszając palcami.

7.

Polacy są wszędzie. W katalogach biur turystycznych powinno być takie ostrzeżenie. Przeczytała, że palenie zabija, i wyjęła z oszpeconej paczki pierwszego porannego papierosa. Trochę się przejaśniło i zrobiło odrobinę cieplej. Siedziała w piżamie na zewnątrz, opatulona w koc, ze stopami na krześle i kolanami pod brodą. Paliła i mówiła do siebie w myślach.

Chcesz odpocząć, to siedź zamknięta w domu i nikogo nie wpuszczaj. Chcesz pobyć bez Polaków, to nie wychodź. Nie wydawaj wykombinowanych średnio uczciwie pieniędzy swojego męża, tylko bardziej ekonomicznie: zasłoń okna, włącz muzykę relaksacyjną, poćwicz, a jak jesteś leniwa, to sobie lekko przyćpaj. Obejrzyj Mamma Mia! po raz siedem tysięcy pięćsetny. Bez napisów, jeśli polskość ci ostro dopiekła.

Czy ja aby nie jestem zbyt surowa dla Polaków? – zamyśliła się. Oni boją się generalnie ludzi, a nie konkretnie Polaków, pomyślała znowu o rodzicach, przecież wyjazd za granicę dla tych moich starych pierdołek to już absolutnie zgroza.

Jedyne jaskółki globalizacji w ich domu to magnesy, którymi oblepiła im lodówkę. Przywoziła jeden z każdej podróży. Są dużo praktyczniejsze niż widokówki, bo nie trzeba się pieprzyć z wypisywaniem. Próbowała ich przekonać, żeby sobie przymocowywali tymi magnesami różne praktyczne informacje, zostawiali wiadomości, ale jakoś nie umieli. Nic im nie przychodziło do głowy. Mama się nawet zastanawiała, patrzyła na ojca, ale ten jak zwykle wzruszał bezradnie ramionami. W końcu przyczepiła jakiś przepis na babkę piaskową, który już i tak znała na pamięć, a ojcu kalendarz leków, do którego nigdy nie zaglądał. Po zawieszeniu tych dwóch papierków uznali, że kwestię praktycznych informacji mają z głowy i więcej już niczego nie przyczepiali. Kolejne magnesy pełniły jedynie funkcję wątpliwych ozdób. Lodówka bardziej światowa niż jej właściciele.

To z nimi coś jest nie tak, a nie z Polakami, myślała dalej. Mama, jeśli ktoś okazuje się dla niej miły, jest tak zaskoczona i szczęśliwa, że nie chce kogoś takiego puścić. Gada i gada, najchętniej by się przytuliła i zaproponowała przyjaźń na wieki.

Ojciec za to jest nieufny. Stoi z boku z głupkowatym uśmiechem i co jakiś czas ponagla: „Chodźmy już, chodźmy”. Oboje, chyba przez to, że pochodzą z małych miejscowości, nie rozumieją, że ci wszyscy przechodnie są bez znaczenia.

Polak, pomyślała. Dobrze, że chociaż ubrany po ludzku. Gdyby był w sandałach i spodniach do pół łydki, strzeliłabym od razu, przez szybę. Skąd on się tu wziął?!

– Jedno tylko wszystkim paniom szczerze odradzam – mówiła teraz do dwóch mew, które przekrzywiając łby, patrzyły na nią w dziwnym napięciu. – Nie bierzcie obcokrajowca. Chyba że tak z ciekawości, na chwilkę. Miałam kiedyś angielskiego kochanka. Krótko. Mój lektor. Klasyka. Nawet przystojny, dopóki się nie przyjrzałam jego zębom, ale nie o to chodzi. Jeśli któraś z pań ma problemy ze zrozumieniem następujących pojęć: egoizm, uporczywa asertywność, upierdliwy pragmatyzm, przemądrzałość, nabożny stosunek do własnych pieniędzy i nonszalancki do cudzych, to polecam. Przepraszam, czy wy jesteście Polkami?

Nie odpowiedziały.

Więc chyba nie.

– A już myślałam...

Tak się gapiły jakoś swojsko, tak ją jakoś wyprowadzały z równowagi, że jeszcze chwila, a chciałyby wysępić papierosa i wypytać o status matrymonialny.

– Nie rozumiecie po polsku, co, mewki? Jeśli liczycie na żarcie, to nie u mnie. Ja nie karmię. Z zasady. Nie jestem nawet matką. I całe szczęście. Co by to było, matka, co z zasady nie karmi? A wy? Jak tam? Jajka zniesione? – Zaczęła śmiać się z tego, co powiedziała.

Przestała się śmiać. W końcu, jak sama uznała, nie było to specjalnie śmieszne. Upuściła niedopałek w mokrą trawę.

– Pięknie, odbija mi – powiedziała i weszła do domku.

8.

Lubiła przeklinać. Na wyspie miała tego nie robić, bo wyobrażała sobie, że powietrze wokół niej składa się z krystalicznie neutralnych cząsteczek i nie można ich poddawać złym wibracjom. Słowo „wibracja” skojarzyło jej się z czymś zupełnie innym i od razu pomyślała o Kindze. Kinga nie przejmowałaby się losem nieskalanych dzikich cząsteczek. Ona niczym się nie przejmowała, a już na pewno nie kimś, kto ma lepiej od niej. A te cząsteczki muszą być tu niezasłużenie szczęśliwe. Nieświadome niewiniątka. Dzięki Kindze poznała wszystkie brzydkie wyrazy w ich najróżniejszych konfiguracjach. Szukała w głowie jakiegoś odpowiedniego na tę chwilę. Osiąganie równowagi poprzez wydalanie porcji energii. Złej energii zwabionej słowem. Przyklejonej do niego i wystrzelonej na zewnątrz. Oszukanej, rozpraszającej się w międzyludzkiej nicości, żegnanej i witanej śmiechem. Takie moje chuiku, nazywała to sobie. Nauczyła ją tego Kinga. Wyglądała jak zjawa. Stała na klatce schodowej. Wiecznie w tej samej sukience, zawsze z papierosem. Pozwalała się obmacywać chłopakom. Nie chciała wracać do domu. Była jak szczur. Jak żywy eksponat. Oto przedstawiciel cierpiącej większości. Jesteście ciekawi nędzy tego świata? Popatrzcie na Kingę. Jest wystawiona do oglądania na naszej klatce. Ukradnij ojcu papierosa, a będziesz mogła z nią porozmawiać. Oddawaj jej drugie śniadanie, którego wiecznie zapominasz zjeść i boisz się przynieść je z powrotem do domu, a polubi cię jak kundel spod śmietnika. Nauczy cię brzydkich piosenek, opowie co nieco o chłopakach. Wytłumaczy, że wszystko, co masz, jest do używania, bo inaczej zarośnie na amen lub zgnije. I chociaż będzie to skrzętnie ukrywać, dostrzeżesz w jej oczach te rozkoszne iskierki rozpaczliwej zazdrości, kiedy będziesz szła do swojego ciepłego mieszkanka z trzeźwymi rodzicami i przytulnym pokoikiem pełnym lalek.

Jeśli kogoś kiedyś kochała... albo inaczej, jeśli ktoś kiedyś zasługiwał na jej miłość, to właśnie Kinga. Raz pozwoliła jej pocałować się w usta. Brzydziła się. Miała ją odepchnąć, ale nie odepchnęła. Spodziewała się, że będzie jej walić z gęby jak ze zsypu, a to była taka mieszanina gumy do żucia i papierosów, do tego błyszczyk o smaku arbuza. Udawała, że wszystko w porządku, normalna sprawa taki pocałunek, w końcu jest dorosła, ma czternaście lat, więc to takie oczywiste; można nienaturalnie głośno się zaśmiać, przechylić do tyłu, podnosząc do góry kolano, zaciągnąć z rozmachem papierosem, przekonać swoim zachowaniem całą widownię, że to przecież nie pierwszy pocałunek, też coś? Pamiętała go do dziś. Prześladował ją. Teraz też by się chyba brzydziła, chociaż był całkiem przyjemny. To szczęście mieć przyjaciółkę. Myślała, że Kinga może stać się jej przewodnikiem po świecie. Da jej ciepłe rękawice i dobre rady, jak mała cyganka Gerdzie. Jak przetrwać, wygrać i znaleźć Kaja.

Nic z tego.

Jakie jest moje chuiku na dziś? – zastanawiała się.

Już miała coś wymyślić, ale opadły ją te czyściutkie cząsteczki. Orzeźwiały chłodem w nosie i płucach. Szczypały wesoło w policzki. Poczuła się jak skandynawska królowa śniegu, przywiązana do ekologicznych standardów, bezpieczeństwa, dostatku, wysokiej jakości produktów i umiaru. Urzeczona lodowatymi, nieskalanymi cząsteczkami. Bezwzględna dla drapieżnych smoluchów z południa, próbujących po swojemu zaspokoić głód i niezważających na zdrowe otoczenie.

– Sorki, Kinia – szepnęła.

9.

Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie musiałaby wiedzieć, gdyby była tu sama. Wszystko toczyłoby się naturalnie; albo skoczyłaby sobie ze skały, albo snuła się po domku, albo poszła się przejść opatulona w ciepłą kurtkę, albo wszystko jedno co, nie zastanawiałaby się. No ale jest tu mężczyzna, więc trzeba coś robić. Zastanowić się co, bo nie wszystko już może. Jej wczorajszy skok w kosmos tracił oczyszczającą moc. Wszystko, co się z niej spłukało, powoli odrastało.

Wzięła strzelbę. Pójść pewnym krokiem, znaleźć go i nie zadając żadnych pytań, płynnym ruchem podnieść broń, strzelić mu w głowę, odwrócić się i ruszyć z powrotem.

Wyobraziła sobie realność sytuacji. Przecież taka broń może nawet sama wypalić. Chyba. Zwłoki, krew, mózg, błe, przeszkadzałyby nie mniej niż on żywy. Wymierzyła w mewę, która znowu jej się przyglądała. Ją też oszczędziła.

Strasznie ciężka, pomyślała o strzelbie. Ten ciężar dowodził, że nie ma z nią żartów. To urządzenie może zmieniać rzeczywistość.

Wróciła do domku. Zamknęła za sobą drzwi. Odstawiła strzelbę. Tak to się właśnie zawsze odbywa. Nienaturalny spokój. Coraz bardziej powolne ruchy. Mętne równania w głowie dające jeden wynik – bezsilność. Nic, tylko patrzeć tępo przed siebie. Bezruch, agonia wszelkiej mocy, stupor. Brak sił i chęci do obrony. Myśl o tym, że najlepiej byłoby wyparować i zniknąć albo chociaż zamienić się w ciecz i rozlać. Siedzi jak wiejska wdowa przed chatą. Wygląda to jak jakiś koniec, po którym nie wiadomo, co miałoby się stać. I wtedy iskra. Znikąd. Zawsze tak samo. Samozapłon. Zacisnęła pięści, przyłożyła je do skroni. Zaczęła wrzeszczeć. Na cały głos. Aż jej zabrakło tlenu w płucach. Wdech i jeszcze raz. Potem podeszła do wiszącej szafki, otworzyła ją. Talerze były ładne, w kolorze kości słoniowej. Angielski fajans. Wyjmowała je oburącz. Lekki zamach i o ziemię. Tylko cztery duże. Mało. Podeszła do opiekacza na tosty. Wyszarpnęła wtyczkę z gniazdka. Wyszła z domku. Niosła opiekacz przed sobą na wyciągniętych rękach jak ofiarę. Podeszła na skraj urwiska. Rzuciła najdalej, jak umiała. Patrzyła, jak leci. Latający opiekacz. Kto by przypuszczał. Ani konstruktor, ani chińskie dziecko, które raniło sobie palce, montując go w fabryce, nikt nie mógł przewidzieć, że ten opiekacz będzie latał. Nikt też nie sądził, że będzie pływał albo że się utopi. Nikt nie jest w stanie przewidzieć losów opiekacza do tostów, a co dopiero człowieka, a co dopiero jej, kobiety na skraju przepaści. Obserwującej lot opiekacza.

Nic o nim nie wiem, pomyślała. Nawet nie sprawdziłam, jakiej był firmy. Na razie dosyć, ale obiecała sobie, że później jeszcze coś wyrzuci.

10.

Strach przed żywiołami jest inny niż przed ludźmi. Woda i powietrze są potężne i bezwzględne. Strach przed nimi jest gładki i obcy. A z takim człowiekiem... nie wiadomo. Może zrobić większą krzywdę niż skały, na które się spada, chociaż zdarza się to głównie w kinie, ale może też wymasować stopy. Zależy to... właściwie nie wiadomo od czego. Od niego samego? Od decyzji, która się zrodzi w jego zagadkowej główce? Od chemii, nad którą nie panuje? Nie rozumiała, dlaczego rozumni ludzie pozwalają, aby sterowała nimi przypadkowa produkcja w bebechach.

Żaden gruczoł nie jest ode mnie mądrzejszy, powtarzała swoją myśl, przypominając sobie jednocześnie zawartość przywiezionej apteczki.

Organizm jest jak pies, trzeba się nauczyć z nim komunikować. Rozumuje z irytującą prostotą. Nie rozumie twojego niezdecydowania. Dlaczego mam nie odkładać tłuszczu, przecież zjadłaś dużo cukru? I gapi się na ciebie wyczekująco psim, uczciwym spojrzeniem. Spróbuj wytłumaczyć psu, że krzesła w kuchni może pogryźć, bo są brzydkie i czas je wymienić, a tych nowych w pokoju ani mi się waż. Za trudne. Jak wytłumaczyć, że ten cały cukier z czekoladowego muffina ma iść w cycki, a nie w brzuch? Wszystko według prostych odwiecznych zasad. Mądry głupiemu ustępuje. To ty się musisz dostosować do psa, do organizmu, żeby robił to, co chcesz. Tylko sprytem dziada. Przecież to debil. Potrafi się nażreć jakiegoś syfu albo zasnąć w najgorszym momencie. Trzeba się nauczyć go oszukiwać. Dla wspólnego dobra. Stosować słodzik. Jeść białko pół godziny po fitnessie. Łykać prochy. Umieć odpowiednio spojrzeć, ubrać się, wzbudzić zazdrość, połechtać ego. Organizm poprzez chemię wpływa na siebie i na ciebie. Trudno zgadnąć, czym się kieruje, ale chce rządzić z tą swoją żelazną, dennie głupią i niedostosowaną do sytuacji logiką. Jest jak mężczyzna, nie można mu zostawić tak ważnych rzeczy jak gospodarka emocjami.

– A czymże innym są prochy? – westchnęła.

Dawno temu postanowiła postawić sprawy z głowy na nogi.

Porządek matki natury: prawa przyrody → kichy → chemia → zdołowana Magda z zatwardzeniem dajmy na to.

Porządek Magdy: świadomość → chemia → bania (behawio- coś tam, zachowanie znaczy się, samopoczucie dobre i tak dalej).

Czego może chcieć ten człowiek? Co tu robi? Czy jest rozsądny, czy też nie? Gdzie wiedzie go jego organizm, a gdzie ewentualne naspidowanie? Nie miała pojęcia.

Hipotezy:

a. Nie zauważyła, jak agentka mrugała do niej okiem. Może to takie oczywiste, wszyscy wiedzą i nie musiała nawet wspominać. Seksturystyka. Jak jedzie para, to przygotowują im róże, świece i gry erotyczne. Jak osoba samotna, to dodają gratis jełopa. „Pani, pani, cmok, cmok, pani piękna cyca, ja kocham cię, serce weź, ja będę ci robił cała noc, ty królowa moja, love”.

b. Oszukują, że wyspa jest bezludna, i trzymają tu ciecia, żeby doglądał spraw. Może będzie się nawet zakradał, sprzątał i zmieniał pościel, jeśli nie zobaczy Do not disturb na klamce.

c. Jest duchem.

d. Jest mordercą.

e. Jest upiorem.

f. Jest mordercą, który tu ma swoją siedzibę i zwabia kobiety przez biuro turystyczne. Nonsens.

g. Jest cwanym rodakiem, który dał w łapę jakiemuś miejscowemu rybakowi i ma pobyt za jedną czwartą tego, co ona płaci za swój.

h. Jest psychopatycznym mordercą i zawiesi ją na haku w wykafelkowanej sali tortur.

i. Po prostu ją oszukali i ktoś jeszcze tu wynajmuje domy. Może się zaraz okaże, że za wzgórzem jest całe osiedle.

j. Jest przemytnikiem albo terrorystą. Wyspa jest punktem przerzutowym albo miejscem, w którym się ukrywa.

k. Jest objawem schizofrenii.

Zamknęła drzwi. Wzięła strzelbę.

l. Jest duchem topielca, który potrafi przenikać przez ściany, i kiedy ona się zaraz odwróci, to będzie siedział dziwnie uśmiechnięty w jej fotelu.

Na wszelki wypadek się nie odwracała.

– Tylko spokojnie – mówiła do siebie.

Przypomniała sobie Robinsona Crusoe, którego tata czytał jej przed zaśnięciem.

ł. Jest kanibalem!

Odwróciła się nagle i wycelowała lufą w fotel.

W pusty fotel.

11.

Tak czy inaczej trzeba wyjść. Żeby wyjść, trzeba się ubrać. Żeby się ubrać, trzeba się wreszcie rozpakować. Na dole była duża szafa, do której się wchodzi, miała tam powiesić cięższe rzeczy, a resztę ulokować w zwykłej szafie na górze. Tylko że na górze jest sama sypialnia (antresola) z małym aneksem na atlas i orbitrek.

Nie będzie tu żadnego fitnessu, przypomniała sobie postanowienie, pełne pogaństwo, żadnego udręczania ciała, ćwiczenia woli, diet i postów. Nieumiarkowanie w paleniu i piciu, i... po prostu nieumiarkowanie. Skoro to ma być prawdziwy raj, to nic już człowiekowi nie zaszkodzi, może palić, pić, grzać, co tylko zechce. Tylko bez bluzgów. Tylko to jedno malutkie ograniczenie.

Chyba że trochę biegania, uściśliła. Kochała biegać.

Orbitrek i atlas będą idealne do rzucania na nie ciuchów. Lubiła porządek, ale nie umiała zapanować nad ubraniami. Zauważyła, że atlas jest niekompletny. Sznurek u góry zwisał smętnie pozbawiony pałąka. Pokręciła z dezaprobatą głową. Nienawidziła niedoróbek. W Polsce za takie pieniądze nikt by sobie nie pozwolił na niekompletny sprzęt! Ostatecznie uznała, że lepiej wszystko mieć w jednym miejscu na dole. Tym bardziej że obok jest pokój kąpielowy. Schody bez poręczy, same wiszące stopnie. Poruszała się po nich bardzo ostrożnie. Nie lubiła takich wynalazków.

Poukładała i powiesiła wszystko jak trzeba w szafie. Nawet nie pogniotło się jakoś strasznie, wystarczy podprasować. Przyjrzała się złożonej i wciśniętej w specjalną przegródkę desce do prasowania. Wzięła do ręki żelazko, oglądała je, ważąc w dłoni jak stary rewolwerowiec nowego kolta. Zastanawiała się, czy nie rzucić nim, w ofierze, ale je odstawiła. Zaniosła kosmetyki do pokoju kąpielowego. Podzieliła je na dwie części. Część ustawiła na toaletce, która stała koło dizajnerskiej, długiej jak koryto umywalki, a część na dużej wygodnej półce nad pralką, pod drugim lustrem na przeciwległej ścianie. Ta pralka jej tu trochę nie pasowała. Kibel i bidet też średnio. Pomyślała, że mogli spokojnie zrobić z tego dwie łazienki. Ale zaraz się napomniała. Po co? Po co ta krytyka? Taka duża przestrzeń, z wanną pośrodku, fajnie.

Popatrzyła na siebie w lustrze i już wiedziała, co zaraz zrobi.

Napuściła wody do pięknej, wpuszczonej w podłogę wanny. Wrzuciła do niej kulę soli kąpielowej o nazwie seledynowy relaks, rozebrała się, wpakowała ubranie do kosza na brudną bieliznę. Wyjście na dwór można odłożyć, wyspa nie zając, nie ucieknie. Przyniosła jeszcze z kuchni butelkę szampana i kieliszek.

– No.

Siedziała w ciepłej wodzie na wprost przeszklonej ściany, patrzyła na kłębiące się barokowo chmury, popijała szampana.

Ale kicz, pomyślała. Żyć nie umierać.

Ciepło przenikało przez skórę coraz głębiej i głębiej. Wszelka chęć działania roztapiała się pod jego wpływem.

– Skupić się na przyjemności, o niczym nie myśleć – wydawała sobie rozsądne polecenia, przymykając oczy.

Powinna nałożyć odżywkę na włosy, ale ją obezwładniało, no i trzyma przecież kieliszek. W dodatku pusty kieliszek. Przymknęła oczy. Miała ochotę jeszcze na łyczek zimnych bąbelków. Znalazłaby siłę, żeby go podnieść do ust. Sięgnięcie po ciężką butelkę, skręt całego ciała, wynurzenie, to już gorsza sprawa.

No trudno... Otworzyła ciężkie powieki... najpierw zobaczyła jakąś plamę.

Po omacku szukała na podłodze okularów. Znalazła je, włożyła. Okazało się, że zaparowały. Odłożyła je. Oczy przyzwyczaiły się do światła, plama przybrała konkretny kształt. Dotarło do niej, co to jest, i... krzyknęła z przerażenia, nawet nie wiedziała, że upuściła kieliszek. To było takie krótkie, nieartykułowane wrzaśnięcie. Brzmiało jej w uszach. Dość głupio brzmiało. Nie filmowo, tylko tak żałośnie jakoś. Dobrze, że nikt nie słyszał. Strach wypierała wzbierająca w niej złość. Za oknem stał facet i opierał się o szybę dłońmi, osłaniając od światła oczy. Patrzył na nią.

12.

Zamiast szampana powinna mieć pod ręką tę strzelbę, jednak nie o niej pomyślała najpierw, tylko o telefonie. A kiedy wstała – o swojej nagości. Dopiero gdy tak stała goła, ociekając pianą niczym wystraszona Wenus, a on nie przestawał się gapić, pomyślała, że chętnie przyłożyłaby mu dwururkę do oczu jak lornetkę i nacisnęła spust. Nie była szczególnie wstydliwa, ale nie znosiła tak stać jak niezdecydowana pipa i nie wiedzieć, wte czy wewte. No i są jakieś prawa autorskie. Nie przypomina sobie, żeby sprzedawała bilety. Nie lubiła też, kiedy chciało jej się płakać. W dodatku czuła, że się trzęsie.

Patrzyła mu prosto w oczy. Podniosła do ucha dłoń ułożoną w geście oznaczającym telefonowanie, odwróciła się lekko i pokazała, gdzie jest telefon, potem zacisnęła pięść, uderzyła nią w otwartą dłoń, a następnie pokazała na niego palcem.

Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia z łazienki. Czuła, że drży i pragnie pomocy bliźnich. Sięgnęła po szlafrok. W tym momencie usłyszała huk. Mało nie podskoczyła. Facet walił pięściami w szybę. Ubierała się nerwowo.

Na chwilę przestał walić. Pokazał tak jak ona gest telefonowania, pokręcił teatralnie głową, a następnie przejechał sobie otwartą dłonią po szyi i pogroził jej palcem.

Czuła ciężkie i szybkie uderzenia serca. Pokazała mu środkowy palec.

On złapał za leżak i z zamachem rąbnął nim w szybę.

Na miękkich nogach pobiegła do przedpokoju. Podniosła słuchawkę i zaczęła wystukiwać numer napisany na zafoliowanej kartce z różnymi informacjami.

13.