Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Londyn, tuż po pierwszej wojnie światowej. W swojej rezydencji bezdzietnie umiera bogaty przemysłowiec John Millinborne, który przed śmiercią prosi swojego adwokata, Jamesa Kitsona, o opiekę nad odnalezioną niedawno siostrzenicą. To ona odziedziczy ogromny majątek, ale dowiedzieć się ma o nim dopiero wtedy, gdy wyjdzie za mąż.
Dziwnym trafem prawdę o wielkim spadku poznaje człowiek, którego celem jest upadek zwycięskich potęg współczesnego świata, człowiek, który nie może pogodzić się z klęską Niemiec w Wielkiej Wojnie. Musi koniecznie wyzyskać tę sytuację, bo bardzo potrzebuje pieniędzy… .
Wspaniała akcja, szybkie tempo, złe charaktery i dobrzy detektywi, piękna dziewczyna i miłość! Świetny, brytyjski kryminał w starym stylu!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 392
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału The Green Rust
Copyright © 2026, MG
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
ISBN 978-83-8241-432-5
Projekt okładki: Anna Slotorsz
Zasoby wykorzystane na okładce: adobe stock (©Vectonic Wave,© Zulfa, ©Kiseki, ©MSTSULTANA, ©Tanatphong)
Opracowanie redakcyjne: Wydawnictwo MR
Korekta: Dorota Ring
Skład: Jacek Antoniuk
[email protected]@gmail.com
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
– Nie wiem, czy istnieje prawo, które mogłoby stanąć mi na przeszkodzie. Jeżeli jednak tak, ty, Jimie, je obejdziesz. Jesteś adwokatem. Znasz się na tych sprawach. Uważam cię za mojego przyjaciela, najlepszego, jakiego miałem kiedykolwiek. Zrobisz to dla mnie?
Umierający skierował spojrzenie, pełne ufności, we wpatrzone w niego z serdecznym współczuciem oczy przyjaciela i wyczytał w nich zgodę.
Nie sposób wyobrazić sobie większej odmienności aniżeli ta, jaka różniła człowieka złożonego śmiertelną chorobą od drobnej, nikłej postaci siedzącej u jego wezgłowia. John Millinborn, wielki, barczysty, o wydatnych rysach, istny olbrzym, emanujący nawet w swoich ostatnich chwilach kolosalną siłą, jaka musiała go niegdyś cechować, był kimś, kto całe życie pędził jak człowiek naprawdę wolny. Miał mocny, donośny głos i wielkie, sprawne ręce, podczas gdy James Kitson, wprost przeciwnie, stanowił typ książkowego mola, który cały wiek męski przeżył w zapleśniałych biurach i dusznych salach sądowych, przy nieodmiennym szeleście odwracanych kart akt i potężnych, oprawnych w cielęcą skórę, ksiąg kodeksowych.
Mimo to, obu tych ludzi, budowniczego okrętów, który zarobił miliony, oraz wziętego adwokata, biegunowo różniących się nawykami i upodobaniami, łączyła wierna, szczera, niezachwiana niczym przyjaźń. Dziwne, że śmierć zabiera silnego, a pozostawiała słabego – myślał czuwający nad przyjacielem James Kitson.
– Zrobię, co tylko w mojej mocy – rzekł wzruszony. – Pomyśl jednak, że obarczasz dziewczynę wielką odpowiedzialnością. To półtora miliona.
– Pozbywam się jeszcze większej, Jimie! Mój ojciec, umierając, pozostawił nam do podziału, mnie i mojej siostrze, sto tysięcy. Ja swoją część pomnożyłem, ale to w tej chwili mniej ważne. Bogactwo połączone z samowolnym charakterem złamały mojej siostrze serce. Wiedziano, że posiada znaczny majątek i to przyciągało do niej najgorszych mężczyzn. A z tych najgorszych wybrała najnikczemniejszego!...
Przerwał na chwilę, aby zaczerpnąć powietrza.
– Wyszła za mąż za skończonego łotra, który zmarnował jej życie, przeszastał do ostatniego grosza wszystko, co posiadała, po czym porzucił ją, pozostawiając w spuściźnie górę długów i czterotygodniowe dziecko. Biedna moja Gracja umarła, a on ożenił się powtórnie. Próbowałem wydostać od niego dziecko, ale łotr nie puszczał od siebie maleństwa, trzymając je jako zastaw. Z chwilą kiedy mała skończyła dwa latka, straciłem po niej wszelki ślad. Dopiero teraz, przed miesiącem, dowiedziałem się, z jakiej przyczyny się to stało. Mąż mojej siostry był międzynarodowym oszustem, poszukiwanym przez policję, która przyłapała go wreszcie w Paryżu i skazała pod jego właściwym nazwiskiem. To, które podał, żeniąc się z moją biedną siostrą, było fałszywe. Po wyjściu z więzienia powrócił do swojego właściwego nazwiska i oczywiście, tym samym zmieniło się nazwisko dziecka.
Adwokat skinął głową.
– Chcesz więc – rzekł – abym...
– Abyś poświadczył urzędowo testament i rozpoczął poszukiwania Oliwii Predaux. Znasz właściwe nazwisko dziewczyny i wiesz ode mnie, gdzie ona przebywa. Nie znajdziesz nikogo, komu znana byłaby Oliwia Predaux. Jej ojciec znikł, kiedy miała sześć lat – prawdopodobnie umarł, a macocha wychowała ją, nic nie wiedząc o pokrewieństwie dziecka ze mną. Potem i ona zmarła, a dziewczątko pracowało na siebie od piętnastego roku życia.
– I nie mam się z nią spotkać?
– Nie wcześniej niż po jej zamążpójściu. Czuwaj nad nią, Jimie, ale z daleka. Wydaj, ile chcesz pieniędzy, ale nie wpływaj na nią, chyba gdybyś zauważył, że chce wyjść za mąż za człowieka nieodpowiedniego...
Jego głos, który odzyskał nieco dawniejszej siły, załamał się nagle i wielka głowa osunęła się bezwładnie na poduszki.
Kitson zerwał się i pobiegł ku drzwiom. Sypialnia chorego sąsiadowała z obszerną bawialnią, przez której wysokie, otwarte okna widać było rozległe, uprawne pola Sussex.
Przy oknie siedział mężczyzna, podpierający dłonią podbródek i wpatrujący się w szachownicę pól na zboczach pagórków. Miał przyciętą w szpic bródkę i wyglądał zupełnie młodo, na jakieś trzydzieści lat, nie więcej. Na widok wpadającego gwałtownie adwokata zerwał się z miejsca.
– Czy coś się stało? – zapytał.
– Zdaje mi się, że zemdlał, niech pan pójdzie do niego, doktorze.
Młody człowiek bezszelestnie pośpieszył do łoża chorego i szybko go zbadał. Z półki nad łóżkiem zdjął strzykawkę i napełnił ją płynem z małej buteleczki. Obnażywszy ramię pacjenta, wstrzyknął mu powolnym ruchem lekarstwo. Po dokonaniu tego stał przez chwilę, wpatrzony w leżącego nieprzytomnego mężczyznę, po czym wszedł do wielkiego holu, gdzie czekał na niego James Kitson.
– I cóż, doktorze?
Lekarz potrząsnął głową.
– Trudno wyrokować – rzekł – serce zupełnie wyczerpane. Czy miał stałą opiekę medyczną?
– O ile mi wiadomo, to nie. Nie cierpiał lekarzy; nigdy zresztą nie chorował, przez całe swoje życie. Dziwię się, że zgodził się na pana.
Dr van Heerden uśmiechnął się.
– Był zmuszony. Zasłabł nagle w pociągu, jadąc tutaj, do swojego domu, a ja byłem przypadkowym towarzyszem podróży. Prosił, abym odwiózł go do domu i odtąd już przy nim pozostałem. Dziwne, że człowiek tak zamożny, jak Millinborn, podróżuje bez służącego i mieszka sam w tym skromnym domu.
Pomimo zatroskania James Kitson się uśmiechnął.
– Mój przyjaciel jest typem człowieka nienawidzącego blichtru. Wątpię, czy wydawał na siebie przez całe swoje życie tysiąc funtów rocznie. Sądzi pan, doktorze, że dla niego nic nie da się już zrobić?
– Zdaje mi się, że nie. Nie pozwolił na wezwanie specjalisty; myślę zresztą, że miał rację. Wszelka pomoc wydaje się już daremna. Chyba...
Powrócił znów do łóżka chorego. Adwokat pośpieszył za nim. James Millinborn zdawał się pogrążony w niespokojnym śnie; doktor zbadał jego puls i serce, po czym wrócił wraz z adwokatem do bawialni.
– To widocznie było dla niego zbyt mocne wzruszenie. Przypuszczam, że podyktował panu swój testament?
– Tak – odparł Kitson krótko.
– Domyśliłem się tego, widząc, że sprowadza pan ogrodnika i kucharkę jako świadków – zauważył doktor van Heerden.
Uderzył się kilkakrotnie końcami palców po zębach, co zdawało się stanowić jego zwykły nerwowy gest.
– Szkoda, że nie mam strychniny – rzekł nagle. – Powinienem właściwie nosić ją zawsze przy sobie, na wszelki wypadek.
– Można posłać kogoś ze służby... A może ja sam pójdę? – zaofiarował się Kitson. – Czy dostanę ją w wiejskiej aptece?
Doktor skinął potakująco głową.
– Nie chciałbym jednak, aby pan odchodził – bronił się. – Niestety posłałem samochód do Lastbourne po kilka rzeczy, których nie mogłem tutaj kupić. Droga stąd na wieś jest dość męcząca, z drugiej strony wszakże obawiam się, czy aptekarz zgodzi się wydać służącemu potrzebną ilość tego środka, nawet z moją receptą. Widzi pan, jestem tutaj obcy. – Uśmiechnął się.
– Ależ chętnie pójdę. Spacer dobrze mi zrobi – zapewnił go adwokat. – O ile tylko cokolwiek mogłoby przedłużyć życie mojemu biednemu przyjacielowi...
Doktor usiadł przy stole, napisał receptę i wręczył ją adwokatowi z ukłonem.
Hill Lodge, tak nazywał się dom Johna Millinborna, stał – jak wskazywała nazwa – na szczycie pagórka, droga stąd do wioski była stroma i długa, bowiem od wsi Alfroston do siedziby Millinborna było ponad pół kilometra. W połowie drogi w dół zagajnik młodych jesionów przecinała ścieżka wiodąca na wieś. John Millinborn założył tu, jak tylko zamieszkał w Lodge, bażanciarnię, gdzie hodował kilka pięknych okazów. W chwili kiedy Kitson wszedł pomiędzy drzewa zagajnika, usłyszał dziwny szelest, jakby coś przekradało się przez lasek.
Zbyt głośny był to jednak hałas jak na przeskakiwanie królika czy smyrgnięcie spłoszonego ptaka, zaciekawiony rozejrzał się uważnie dokoła. Był trochę krótkowzroczny, w pierwszej więc chwili nie spostrzegł, co było przyczyną tego wyraźnego szelestu. Nagle jednak usłyszał ochrypły głos.
– Zdaje mi się, że jestem na cudzym gruncie – odezwał się mężczyzna, który szedł ku niemu z głębi zagajnika.
Nieznajomy maszerował raźnym krokiem, wyglądał nieomal wesoło, może dlatego, że jego dziwnie niepociągająca powierzchowność domagała się okraszenia jej uśmiechem.
Jego wiek był trudny do określenia. Mógł mieć równie dobrze pięćdziesiąt jak sześćdziesiąt lat, jego odzież była wybrudzona, podarta i poplamiona, ale zdradzała dobry krój. Koszulę miał brudną, ale przypięty był do niej kołnierzyk, a w zmiętoszonym krawacie tkwiła szpilka z kameą.
Jednak uwagę Kitsona zwróciła przede wszystkim twarz nieznajomego. W obrzękłych policzkach i zamglonych oczach, migocących spod krzaczastych brwi, czaił się niewątpliwy wyraz wrodzonej przestępczości. Obwisłe, pełne wargi rozchyliły się w obleśnym uśmiechu na widok adwokata cofającego się przed tym niemiłym zetknięciem.
– Zdaje mi się, że wlazłem w szkodę. Ja, włóczęga! Zabawne to, bardzo zabawne! – Nieznajomy roześmiał się ochrypłym, charkliwym chichotem. Nagle wyrzucił z siebie potok najplugawszych wyzwisk, jakich obyty z językiem mętów społecznych adwokat nigdy jeszcze nie słyszał w swoim życiu.
– Przepraszam, bardzo przepraszam. – Włóczęga urwał tak samo nagle. – Jaśnie wielmożny pan z eleganckiego świata? Pojmuje pan, że kiedy dżentelmen ma do kogoś urazę... – Sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął czarno oprawny monokl i wtłoczył go sobie w prawy oczodół. Było coś tak niesamowicie sprośnego w postaci tego ułomka ludzkiego, że adwokat doznał fizycznego wprost uczucia mdłości.
– Wlazłem w szkodę, ja, włóczęga! – powtórzył nieznajomy poprzednią swoją myśl syczącym zjadliwością głosem. – Włóczęga! Żebym tak mógł po mojemu rozprawić się z ludźmi, popodrzynałbym im grdyki!... Tak, tak, mój panie, popodrzynałbym! Powbijałbym im rozpalone szpilki w ślepia, rozpalone do białości. Żywcem bym ich ugotował w ukropie! Usmażyłbym ich w smole!... Nadziałbym ich na rożen!... Tak, tak!...
Adwokat wciąż jeszcze nie wymówił słowa, teraz jednak wstręt i obrzydzenie wzięły górę nad jego zwykłym opanowaniem.
– Znalazł się pan na cudzym gruncie. Wynoś się pan stąd razem ze swoim niegodziwym językiem!... Precz, mówię!
Nieznajomy wytrzeszczył na niego oczy i się roześmiał.
– Na cudzym!... – zawołał szyderczo. – Na cudzym!... Bardzo dobrze... Sługa pański...
Zerwał swój pogięty, połamany kapelusz z głowy (adwokat zauważył, że jest zupełnie łysy) i zawróciwszy od razu, poszedł w kierunku, z którego się ukazał. Nie była to jednak droga z zagajnika i adwokat poczuł wielką ochotę, by za nim iść i wyprowadzić poza obręb posiadłości swojego przyjaciela. Przypomniał sobie jednak nagłość celu swojej wędrówki, przyśpieszył więc kroku i poszedł wprost w kierunku wsi. W drodze powrotnej rozglądał się pilnie dokoła, nie było jednak nigdzie ani śladu wstrętnego intruza. Kto to mógł być? – myślał zaciekawiony. W każdym razie jakiś nędzny wykolejeniec, goniący wspomnieniami dawnych świetności i donaszający strzępy dawnego stroju. Nade wszystko jednak żywiący w duszy nieukojoną gorycz, żal i nienawiści do hojniej przez los obdarzonych bliźnich.
Upłynęła nieomal godzina, zanim adwokat, sapiąc i dysząc ze zmęczenia, wdrapał się na szczyt pagórka, na którym stał dom.
Zbliżywszy się, zobaczył doktora siedzącego przy oknie.
– Jak się ma?
– Wciąż tak samo. Miał jeden atak. Przyniósł pan strychninę? Nie umiem panu powiedzieć, jak bardzo mu jestem zobowiązany.
Wziął z rąk adwokata mały pakiecik i położył go na półce okiennej.
– Proszę mi powiedzieć szczerze, doktorze, czy myśli pan, że jest jeszcze jakaś nadzieja?
Doktor van Heerden wzruszył ramionami.
– Jeżeli mam powiedzieć zupełnie szczerze, co myślę, to sądzę, że nie odzyska już przytomności.
– Na Boga!
Adwokat był niewypowiedzianie zgnębiony. Tragiczna nagłość ciosu oszołomiła go, odbierając mu zdolność jasnego rozumowania. Wyobrażał sobie mętnie, że dni, może tygodnie nawet upłyną, zanim nadejdzie moment ostateczny.
– Nie odzyska przytomności? – powtórzył szeptem.
Instynktownie pociągnęło go coś do pokoju, który zajmował jego przyjaciel. Doktor poszedł za nim.
John Millinborn leżał wyciągnięty na plecach; oczy miał zamknięte, twarz szarą. Wielkie ręce kurczowo zaciskał przy szyi. Oba okna na obu przeciwległych ścianach otwarto szeroko i łagodny wietrzyk rozwiewał fałdy muślinowych firanek. Adwokat nachylił się, oczy jego zaszły łzami, dłoń spoczęła miękko na płonącym gorączką czole przyjaciela.
– Johnie, Johnie – szepnął, odwróciwszy oczy, aby otrzeć łzy chusteczką. Chcąc ukryć ten ruch, spojrzał ku oknu, z którego roztaczał się powabny widok. Ponad lasem szybował, zmierzając ku morzu, wielki samolot. Zieleń łąk na zboczach upstrzona była bielą pasących się owiec, a tuż pod oknami, na starannie utrzymanych kwietnikach, płomieniały ogniście żółte i pąsowe tulipany.
Kiedy tak patrzył w okno, przypomniał mu się nagle spotkany w zagajniku włóczęga, zamierzał nawet powiedzieć o tym zdarzeniu doktorowi. Nie czuł się jednak w nastroju, by opisywać wygląd dziwnego intruza, ani by rozważać, skąd się mógł wziąć. Myślał teraz o młodej dziewczynie, o której nazwisku i pokrewieństwie z Johnem on jeden tylko wiedział. Jaki użytek zrobi ona z pieniędzy, które, ani tego przeczuwając, wkrótce odziedziczy?
– Jim!... Jim!... – Usłyszał głos za sobą.
Odwrócił się momentalnie.
Był to glos Johna Millinborna.
– Chodź, prędko!...
W tym samym momencie do łóżka przyskoczył doktor, który odszedł na chwilę od chorego.
Millinborn siedział na pościeli i kiedy adwokat pośpieszył w ślad za doktorem, jego spojrzenie spotkało się z szeroko rozwartymi oczami przyjaciela.
– Jimie, on...
Jego głowa opadła na pierś, doktor odchylił ją z wolna na poduszki.
– Co powiedziałeś, John? Powtórz, drogi przyjacielu...
– Niestety, wątpię, czy panu odpowie – rzekł doktor, podciągając w górę kołdrę i nakrywając nią leżącego już sztywno na poduszkach mężczyznę.
– Umarł? – szepnął wystraszony adwokat.
– Nie, ale...
Dał znak prawnikowi, aby ten wyszedł za nim do bawialni i Kitson, rzuciwszy okiem na nieporuszone ciało, usłuchał wezwania.
– Niech pan spojrzy! Kto to taki? – krzyknął nagle doktor, wskazując palcem przez otwarte okno na drobną niezdarną figurkę, pędzącą co tchu po zboczu drogą ku jesionowemu zagajnikowi.
Kitson od razu poznał biegnącego. Był to ten sam intruz, którego spotkał na drodze do wsi. W gwałtownym pędzie obdartusa, w jego szeroko rozpostartych ramionach, tak wyraźnie widniała obłędna groza, że adwokat zapomniał o smutnej rzeczywistości.
– Gdzie on był? – zawołał. – Kto to taki?
Twarz doktora zbielała, ściągnięta spazmem przerażenia, jakby i on zdjęty został grozą na widok tej szalonej ucieczki.
Kitson powrócił do pokoju umierającego, już na progu wszelako stanął przygwożdżony mrożącym krew widokiem.
– Doktorze!... Doktorze!... – krzyknął.
Doktor spojrzał w kierunku wskazanym przez adwokata. Z łóżka na podłogę ściekało coś szkarłatnego. Kitson zacisnął mocno zęby i podbiegłszy do łóżka, ściągnął z leżącego kołdrę. W tej samej chwili cofnął się z okrzykiem przerażenia. W boku Johna Millinborna sterczała kościana rękojeść noża.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
