Zielona koperta - Magdalena Bogucka - ebook

Zielona koperta ebook

Magdalena Bogucka

5,0
21,90 zł

lub
Opis

Marianna otrzymuje dziwną zieloną kopertę z zagadkowym zaproszeniem na ślub. Odżywają wspomnienia: przyjaźń, radosne chwile i… zdrady. Czy po latach trójka przyjaciółek zdoła wyjaśnić wszystkie wydarzenia z przeszłości i dalej żyć zgodnie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 136

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



MARIANNA

Jak każdego roku, nie mogłam rozstać się z plażą i ku ogromnemu niezadowoleniu mojego męża, ale i radości moich synów, maksymalnie przeciągnęłam powrót do domu z urlopu. Niestety po drodze dopadły nas jeszcze korki... Patrzyłam swoimi wielkimi oczyma na mojego cierpliwego męża i wiedziałam, że jest na mnie wściekły, a jednocześnie kocha mnie tak bardzo, że nie skomentuje zaistniałej sytuacji, by nie doprowadzić do kłótni... Wiedziałam też, że to zdarzenie należy przemilczeć i zaczekać, aż nasz rytm życia wróci do normalności.

Prosto z podróży podwiozłam męża do pracy, a dzieci do rodziców. Mama jak co roku pokręciła tylko głową i z uśmiechem odprowadziła mnie wzrokiem do wyjścia, dając tym samym do zrozumienia, że mam się nie martwić chłopcami, bo krzywdy im nie da zrobić. Sama miałam jakieś czterdzieści minut do wyjścia. Wstawiłam tylko walizki do garderoby i zrobiłam sobie mała kawę. Wzięłam szybki prysznic i pośpiesznie związałam włosy w wysoki kucyk, pozwalając, by pojedyncze kosmyki naturalnie powychodziły z upięcia, i nałożyłam delikatny makijaż. Uwielbiam lato i swoją opaloną skórę – pomyślałam, przyglądając się sobie w lustrze.

Nie ryzykowałam ze strojem ze względu na brak czasu i wybrałam mój ulubiony zestaw na ciepłe dni: biała ołówkowa spódnica, brzoskwiniowy top z głębokim dekoltem i szara dresowa marynarka z podwiniętymi białymi mankietami, do tego zamszowe szpilki nude i złoty długi wisiorek. Zabrałam się za picie jak zwykle zimnej już kawy.

Od kiedy urodził się nasz pierwszy syn, ciepłą kawę pijam tylko w pracy. Pośpiesznie przeglądałam listy wyjęte ze skrzynki. Moją uwagę skupił szczególnie jeden w zielonej kopercie... Nie było danych nadawcy... wrzuciłam list do torebki.

Nie mogłabym jednak spokojnie pracować, nie zajrzawszy do środka...

Zanim mój odzwyczajony od pracy komputer się włączył i pozwolił mi się zalogować, zdążyłam zajrzeć do zielonej koperty.... Prędzej spodziewałabym się miłosnych wyznań od cichego wielbiciela niż tego co ujrzały moje oczy:

Moja Droga Mari,

Dnia 21 września tego roku wychodzę za mąż.

Bardzo bym chciała żebyś była ze mną w tym dniu wraz ze swoją rodziną.

Proszę o telefon.

Całuję mocno, Teresa

Zielona koperta, mała zielona karteczka w środku, minimum tekstu i jedynie numer telefonu do kontaktu: cała Teresa – pomyślałam i uśmiechnęłam się na myśl naszego pierwszego spotkania...

***

Był to czwarty, może piąty tydzień szkoły. Moja koleżanka z ławki Anna zdążyła się już rozchorować i siedziałam sama. Teresa także, ale raczej z wyboru, bo puste obok niej miejsce w ławce było od samego początku szkoły.

– Hej, nie ma dziś Anny, jak chcesz, możemy usiąść razem – powiedziałam z najładniejszym uśmiechem, chcąc zrobić miłe wrażenie.

Teresa odpowiedziała tylko „ok” i zaczęła wyjmować rzeczy z plecaka, zajmując miejsce obok mnie. Przez całe pięć godzin lekcyjnych to bezemocjonalne „ok” było jedynym słowem, jakie do mnie wypowiedziała. Jednak było coś szczególnego w tej ciemnookiej dziewczynce, co sprawiało, że chciałam bliżej nią poznać... Teresa zawsze była w mojej drużynie podczas gier zespołowy na lekcjach wychowania fizycznego, brałam ją do wspólnego gotowania czy malowania. Podczas nieobecności Anny siedziałyśmy razem. Stawałam w jej obronie, gdy ktoś ją zaczepiał. Mimo że nie rozmawiałyśmy ze sobą godzinami i nie spędzałyśmy razem każdej chwili, potrafiłyśmy porozumieć się bez słowa, gdy sytuacja tego wymagała.

Pewnego dnia Teresa zaprosiła mnie na swoje urodziny. Okazało się, że oprócz licznego rodzeństwa Teresy byłam jedynym gościem i zaczęłam trochę rozumieć, dlaczego w szkole stara się być zawsze z boku, izolując się od rówieśników... Teresa pochodziła z biednej rodziny, jej dom daleko odbiegał od tych, w których mieszkali nasi koledzy i koleżanki, miała pięcioro młodszego rodzeństwa. którym zajmowała się jak dorosła kobieta. Tata Teresy przesiadywał dużo przed telewizorem z alkoholem w ręku, a mama dużo pracowała – za dużo i zbyt ciężko jak na tak drobną i piękną kobietę... Widziałam, że Teresa obawiała się mojej reakcji i dlatego tym bardziej okazywałam jej zainteresowanie i sympatię. Wiedziałam też, że chcę się zakolegować z tą niewątpliwie mądrą i silną dziewczynką. Tydzień później otrzymałyśmy uwagi w dzienniczkach, bo przegadałyśmy całą lekcję historii, nie zważając na upomnienia nauczyciela... – i to był początek naszej przyjaźni. Nawet nie wiem, kiedy Anna tak samo jak ja polubiła Teresę. Stanowiłyśmy nierozłączne trio. Trenowałam lekkoatletykę, więc dziewczyny także polubiły sport, mimo iż Teresa nie miała o tym bladego pojęcia, zaś Anna jakoś sobie radziła. Za to ja byłam kiepska w rysunkach, ale dreptałam razem z koleżankami na ich ukochane zajęcia.

Teresa zawsze była naszym wsparciem w nauce, zwłaszcza w matematyce... Była oazą spokoju i do wszystkiego potrafiła podejść z dystansem. Choć była bardzo ładna, nigdy nie przywiązywała uwagi do swojego wyglądu – nie potrzebowała godzin spędzonych przed lustrem i szafy pełnej ubrań. Pamiętam, jak z lekkim uśmiechem przyglądała się naszym paradom modowym przed każdym wyjściem. Cierpliwie znosiła nasze tragedie ubraniowe i uczuciowe, nocne płacze i opowiastki z powodu porywów miłosnych. Sama miała jednego chłopaka, niewiele mówiła o ich związku, ale kiedy byli razem, wydawało się, że byli szczęśliwi. On rzadko przebywał w naszym damskim towarzystwie, raczej jak gdzieś wychodzili, to spędzali czas tylko we dwoje. Bez wątpienia był dla Teresy nie tylko największą miłością, ale także dobrym przyjacielem. Niestety, zostawił ją po wielu latach związku, z czym Teresa nigdy się nie pogodziła... To on też stał się powodem rozpadu naszego trio.

***

Tego dnia po raz pierwszy poszłyśmy na wagary i piłyśmy alkohol. Byłyśmy w klasie maturalnej, Teresa spóźniała się na zajęcia, nie odbierała też telefonu. Wiedziałam, że coś musiało się stać. Wypatrzyłam ją w trakcie lekcji języka polskiego przez okno – siedziała w parku na ławce prawdopodobnie już trzecią godzinę... Pod pretekstem wyjścia do toalety pognałam do niej co sił, zostawiając Annie dokładną instrukcje tego, co ma zrobić... Gdy tylko skończyła się lekcja, Anna, zgodnie z obietnicą zabrawszy moje i swoje rzeczy, przybiegła do nas. Tego dnia nie poszłyśmy już do szkoły, a wybrałyśmy się na pizzę. Biedna Teresa z rozpaczą opowiadała nam o rozstaniu z chłopakiem. Tak jak się spodziewałyśmy, powodem rozstania było pochodzenie Teresy, to jaką ma rodzinę i dlatego właśnie zerwanie bolało ze zdwojoną siłą. Kupiłam dwie butelki czerwonego wina w monopolowym. Nie pamiętam nazwy, ale widok pękatej butelki z bordowego szkła z metalowym malutkim kieliszkiem włożonym w okrągłe wycięcie zapamiętam do końca życia. Cały dzień spacerowałyśmy po parkach i popijałyśmy nasz trunek, płacząc i śmiejąc się co jakiś czas. Potem pojechałyśmy do mojego domu i zamknęłyśmy się w moim pokoju, by na nowo to rozpaczać razem z Teresą, to śmiać się do łez. Kochana mama podawała nam tylko różne przysmaki, nie pytając o nic. Tego dnia po raz pierwszy widziałam Teresę płaczącą tak bardzo, że momentami nie mogłyśmy jej uspokoić. Mimo niełatwego życia dziewczyna ta nigdy nie narzekała, nie marudziła, nie wylewała łez. Tym trudniej było mi patrzeć na jej ból i cierpienie. Złożyłam wtedy w swym sercu obietnicę, że nie pozwolę by ta dzielna Teresa znów kiedyś tak płakała. Oczywiście obietnicy tej nie udało mi się dotrzymać.

Niecałe dwa lata później razem z Anną trzymałyśmy w ramionach równie mocno rozpaczającą Teresę z powodu śmierci jej mamy. Niespełna 21-letnia dziewczyna w jednej chwili musiała stać się matką dla swojego młodszego rodzeństwa, odkładając tym samym na bok marzenia o studiach.

Był to ciężki czas dla naszej przyjaźni, zawsze było trudno, gdy jedna z nas odwracała się od reszty nie chcąc pomocy i rozmów, i każda z nas miała taki moment albo momenty.... Ja chyba miałam ich najwięcej, może największa ze mnie beksa... Pamiętam, gdy choroba na zawsze przekreśliła moją karierę sportową i gdy ponad rok borykałam się z diagnozowanym guzem szyi; wieczne pobyty w szpitalach, trzy biopsje, w końcu operacja sprawiły, że nie chciałam się z nikim widzieć i wielokrotnie odrzucałam przyjaźń dziewczyn... ale one i wtedy nie odpuściły, były niemal codziennie przy moim łóżku, a często siedziały w milczeniu, bo nie chciałam rozmawiać... Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak musiałam być trudną i okropną wtedy osobą, a one to wytrzymały...

***

Miałam siedemnaście lat, byłam dobrą uczennicą i świetnym sportowcem – najlepszym w niewielkiej szkole do której chodziłyśmy, najlepszym w gminie, powiecie, a nawet województwie; zajmowałam medalowe miejsca na zawodach krajowych. Sport był moją największą miłością. Byłam przewodniczącą szkoły i założycielką sekcji lekkoatletycznej w szkole – razem z nauczycielem prowadziłam zajęcia. Z przyjemnością przekazywałam wiedzę i umiejętności zdobyte w klubie sportowym, w którym trenowałam, swoim koleżankom i kolegom ze szkoły. W końcu udało się stworzyć drużynę biegów sztafetowych, która zaczęła osiągać sukcesy. To był mój świat – moje całe życie. Dzięki sukcesom sportowym mogłam być pewną siebie spełnioną nastolatką. Zawsze uśmiechnięta, przebojowa dziewczyna będąca obiektem westchnień niejednego młodego chłopca – taka właśnie byłam. Niejednokrotnie świadomie wykorzystywałam słabość do mnie kolegów, na co moje przyjaciółki patrzyły tylko i z uśmiechem machały ręką. Nie protestowały zanadto, gdy miałyśmy najlepsze miejsca na szkolnych dniach kina czy wtedy, gdy koledzy zbierali za nas śmieci w Dzień Ziemi. Mimo kilku wielbicieli moje serce skradł pewien łobuz, nie do końca lubiany przez moje przyjaciółki. Ja byłam jednak bardzo szczęśliwa i zakochana. Ten chłopak miał coś takiego w sobie, co nie pozwalało mi przejść obok obojętnie. Gdy był blisko, czułam się bezpieczna i wyjątkowa. Imponowało mi, gdy się dowiedziałam, że mój chłopak pobił się z kimś o mnie. Miałam wszystko – niegłupią urodę, sukcesy sportowe, dobre wyniki w nauce, ukochane koleżanki, zachwyty ze strony innych i fajnego faceta. Radość ta przestała być wieczna, gdy mój tata zaczął zakazywać mi spotkań z Igorem. Jednak zdawało się, że nasza miłość była ponad jego zakazy i przy pomocy kolegów i koleżanek radziliśmy sobie z tym. Poza tym spotkania w szkole nam wystarczały, jak się potem okazało moje szczęście przerwało coś jeszcze...

Na jednym z obozów sportowych się przeziębiłam, ale nie odpuściłam treningów. Nie wiem, czy to był początek choroby, ale kilka tygodni później zemdlałam po treningu, zdarzyło się to jeszcze kilkukrotnie, zanim wyczułam na szyi niewielki guzek. Zaczęła się trwająca niemal rok hospitalizacja, by zdiagnozować raz powiększający, a raz znikający guz. Przez długie miesiące leżałam w różnych szpitalach z niewielkimi przerwami na pobyty w domu, by nadrobić zaległości w szkole. Oczywiście początkowo nie odpuszczałam zawodów i na każde z nich miałam wychodne ze szpitala, aż pewnego dnia Pani Doktor postawiła jasno diagnozę, że guz szyi jest spowodowany wysiłkiem fizycznym – zero sportu. Zawalił się cały mój świat. Musiałam zrezygnować z trenowania i ponad wszystko chciałam, by mój chłopak był ze mną, ale oprócz potajemnie przekazywanych listów nie mogłam liczyć na nic więcej. Zbuntowałam się na wszystko i wszystkich. Nie rozumiałam ojca, jego chorych zakazów; mamy, że mu na to pozwala; Igora, że nie walczy o mnie zbyt mocno i nie odwiedza w tych szpitalnych salach; lekarzy, że nie wiedzą co mi jest i rujnują mi przyszłość i nie lubiłam moich przyjaciółek, bo mogły żyć normalnie, podczas gdy ja snułam się po szpitalnych korytarzach, mijając współczujące spojrzenia personelu medycznego i zapłakane, ale milczące oczy moich rodziców. Domyślałam się, jaka jest diagnoza i czekałam na moment, kiedy zaczną mi podawać magiczne kroplówki, po których będą wypadać mi włosy i szlag trafi moją urodę... Kilkukrotnie zapytałam wprost moich rodziców, czy to rak, lecz nigdy nie uzyskałam odpowiedzi.

Teresa z Anną przychodziły prawie codziennie. Odrabiałyśmy razem lekcje, rozmawiałyśmy albo milczałyśmy jak miałam gorszy dzień. Otrzymywałam od nich listy pisane przez Igora, ale z czasem przestałam na nie odpisywać. On jednak dalej pisał. Nie raz w złości wykrzyczałam, by nie przychodziły i nie przynosiły listów, by mu powiedziały, żeby nie pisał, że nie chce ich wszystkich znać... Na szczęście ani on, ani one nie posłuchali mojego histerycznego krzyku. Miałam operację, bliznę na pół szyi, zdesperowanego chłopaka i zmęczone moją osoba przyjaciółki, skończone marzenia o studiach sportowych, nie rozumiejących mnie rodziców i mające mnie dość rodzeństwo. Mnóstwo rozmów z psychologiem nie przyniosło rezultatu. Na kilka dni przed wyjściem ze szpitala jakaś pielęgniarka powiedziała, że szukał mnie pewien chłopak... Zignorowałam temat, bo byłam pewna, ze to poznany przed gabinetem USG Maciek, któremu najwyraźniej się spodobałam, bo zaczepiał mnie co jakiś czas i próbował podtrzymywać znajomość, co wszystkim się podobało, ale nie mnie. Położyłam się tyłem do drzwi i gdy usłyszałam kroki, udałam, że śpię. Tajemnicza postać tak jakby usiadła na krześle przy moim łóżku. Dziwne, że Pani Jadzia – moja współlokatorka sali szpitalnej, nie zareagowała, przecież ona zawsze chce wszystko wiedzieć... Za chwilę usłyszałam głos Maćka:

– Ja do Marianny, jest?

Przymknęłam oczy jeszcze mocniej, pragnąc, by sobie poszedł.

– Kim jesteś i skąd znasz Mariannę? – wyrwało mnie z udawanego snu i natychmiast się odwróciłam. Przy moim łóżku ujrzałam siedzącego obok Igora ze wzrokiem wlepionym w Maćka. Nie umiałam zareagować, patrzyłam tylko na niego z oczyma pełnymi łez. Nagle te łzy zaczęły wypływać z oczu po moich policzkach i jak za dotknięciem czarodziejskiej dłoni wszyscy wiedzieli, co mają zrobić – Maciek wyszedł z sali bez słowa, Igor przytulił moje dłonie, kładąc głowę na łóżko, nic nie mówiąc, a Pani Jadzia wyszła, zamykając za sobą drzwi, co nigdy wcześniej jej się nie zdarzało.

– Nie płacz proszę już jestem – powiedział Igor, biorąc moją delikatną twarz w swoje młodzieńcze dłonie i patrząc mi w oczy...

Nie umiałam nic powiedzieć, zrobiło mi się wstyd każdego nieodpisanego słowa, każdej złej myśli, wszystkiego tego co powiedziałam dziewczynom i co te z pewnością przekazały Igorowi.

– Tak bardzo się o ciebie bałem wariatko – powiedział, nie puszczając z objęcia mojej twarzy i po raz pierwszy mnie pocałował. Pragnęłam, żeby nie przestawał, chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie...

– Wiesz, że nie będę mogła trenować – powiedziałam i ponownie zalałam się łzami.

– To nic. Jesteś tu cała i zdrowa. Wiesz, co ludzie mówili... Tak się bałem, że masz..., że cię stracę, że już nie zobaczę. Treningi to nic. Jesteśmy tu razem.

Patrzyłam w jego oczy i wiedziałam, że ma rację.

– Mam taką bliznę…

Tym razem nie pozwolił, by z moich oczu wypłynęły kolejne łzy... Zaczął mnie ponownie całować. Potem położył się obok mnie i mocno przytulał, bawiąc się związanymi w kucyk włosami. Nic nie mówiliśmy, tylko tak leżeliśmy przytuleni. Byłam zaskoczona jego zachowaniem i nagłym spokojem jaki w sobie miałam. Nie potrzebne były nam słowa wystarczyło, że byliśmy blisko siebie i zniknęły wszelkie obawy i wątpliwości. Nie czułam nawet wcześniej ciągle towarzyszącego mi lęku, że mógłby za chwilę wejść mój tata i nas zobaczyć. Nie zważałam na obecną już Panią Jadzię... W jego ramionach znalazłam odpowiedzi na wszystkie męczące mnie pytania i zaczęłam na nowo nabierać ochoty do życia.

– Nie zostawiaj mnie już nigdy, Igor, proszę – wyszeptałam.

– Nie zostawię, obiecuję – powiedział Igor i jeszcze mocniej mnie przytulił. Wtedy zadzwonił telefon, to była moja mama, właśnie z ojcem wybierali się do mnie. Musiałam posmutnieć, bo Igor tak jak przed pierwszym pocałunkiem objął moją twarz i spojrzawszy mi w oczy powiedział:

– Chcesz, to zostanę. Porozmawiamy, a jak się będą znów sprzeciwiać, to zamieszkamy razem.

Ponownie zaskoczyło mnie jego zachowanie. Stchórzyłam jednak...

– Nie, lepiej nie – odpowiedziałam.

Długo potem zastanawiałam się, co by było, gdybym zrobiła tak, jak chciał Igor. Żałowałam, że nie postąpiłam tak jak chciało moje serce. Odprowadziłam ukochanego do wyjścia. Kilkukrotnie jeszcze pytał, czy nie chce, żeby został, ja niestety nie miałam w sobie tyle odwagi. Całowaliśmy się ponownie, a potem ze łzami w oczach patrzyłam, jak wychodzi i kieruje się w stronę przystanku autobusowego.

– Jesteś jakaś milcząca, córeczko. Wszystko dobrze? – zapytała mama, kilkadziesiąt minut później siedząc przy moim łóżku.

– Tak, mamo, chce tylko już wyjść do domu – skłamałam.

– A ta pani psycholog? Jak? Podoba ci się?

– Więcej tam nie pójdę...

– Dlaczego? Coś się stało?

Nie odpowiedziałam na to pytanie, chociaż moje serce krzyczało z radości, że zostało uleczone jedną wizytą mężczyzny, który jest dla mnie najlepszym psychologiem, przyjacielem i dobrem, a jednocześnie jest mi zakazany.

Miałam wrażenie, że moja mama słyszała ten krzyk mojego serca. Następnego dnia już z samego rana był u mnie Igor – tylko na chwilę, by wręczyć mi bukiet stokrotek i mocno ucałować. Zaraz po jego wyjściu przyszły do mnie moje przyjaciółki.

– Marianna, przyszłyśmy, żeby ci powiedzieć, że możesz na nas krzyczeć, wyganiać nas, milczeć a my się stąd nie ruszymy... Jesteś dla nas jak siostra i wiemy, że nas potrzebujesz tylko twoja uparta natura nie chce się do tego przyznać.... – plotła jak nakręcona Anna.

– Tak właśnie jest – powtórzyła za nią Teresa, na co Anna tylko przewróciła oczami w jej kierunku.

– Przepraszam, dziewczyny i dziękuję – wyszeptałam rozkładając w ich kierunku ręce.

Chwile potem siedziałyśmy i rozmawiałyśmy jak dawniej. Opowiedziałam im o Igorze oczywiście i w tym moim szczęściu jak zawsze mnie wspierały. I chociaż wiedziałam, że Anna nie lubi Igora i nie rozumie tego całego naszego zakochania, to w rezultacie ona pomagała nam najczęściej. To dzięki niej udawało nam się spotykać, zawsze kryła mnie przed rodzicami i dawała konkretne alibi, była naszym pośrednikiem i organizatorem spotkań. Teresa zaś miała świetny kontakt z Igorem i zawsze podpowiadała jemu, co i kiedy powinien zrobić. Gdy tylko miałam gorszy dzień, poinformowany Igor zjawiał się, by mnie pocieszyć... Wiedział, o jakim prezencie marzę i jakie lubię kwiaty. Nie zadawał trudnych pytań i nie mówił tego, czego bym nie chciała usłyszeć. Dzięki dziewczynom żyło nam się lepiej...

– Wiesz, bardzo cię kocham i kiedyś zostaniesz moją żoną. Nasza miłość przetrwa wszystko zobaczysz... – wyszeptał, gdy szliśmy objęci przez korytarz w dniu zakończenia roku szkolnego.

– Obiecujesz? Obiecaj mi, proszę...

– Obiecuję, głuptasie, obiecuję już zawsze będziemy razem – obiecał i popędził do swojej szkoły, by odebrać świadectwo.

Niestety, obietnicy j Igor nie dotrzymał... Może miłość nasza była zbyt słaba wobec intryg i zakazów mojego taty. Może ja byłam zbyt młoda, za mało odważna by postawić na swoim. Wiele łez wylałam przez tę zakazane uczucie, a chwil spędzonych razem nigdy nie zapomniałam... Przez długi czas z nikim się nie spotykałam. Było wielu mężczyzn, ale ja oprócz jednej randki i koleżeństwa nie mogłam im nic zaoferować. Kiedyś nawet moja mama zapytała mnie, czemu tak jest, że nie mam nikogo... Nie odpowiedziałam, tylko popatrzyłam w jej oczy, a moje serce jakby ponownie zabiło z rozpaczy... Przez tę całą historię z Igorem bardzo się od siebie oddaliliśmy... Szanowałam swoich rodziców, ale nie ufałam im, nie zwierzałam się, nie radziłam w trudnych chwilach... Momentami bardziej żyłam życiem swoich przyjaciółek niż tym, co działo się w moim domu.

***

Wracając z pracy, wstąpiłam do ulubionej restauracji mojego męża i wzięłam dla nas ulubiony zestaw obiadowy... Ot tak, żeby chodź o jeden dzień przedłużyć sobie beztroskę urlopu i zrehabilitować się za szalone tempo dzisiejszego poranka... Wchodzę do salonu i co widzę.... identyczny obiad na naszym stole...

– Znamy się aż tak dobrze, że czytamy w swoich myślach – powiedział mój mąż, wskazując na torbę z logo restauracji, którą trzymałam w ręku.

– Chciałam przeprosić za poranek, wiem, że nie lubisz tak na wariackich papierach – zaczęłam się tłumaczyć.

– A ja chciałem byś jeszcze chociaż dziś poczuła się jak na urlopie.

Uśmiechnęłam się na te słowa z wiadomych powodów i nie przyznając się, że to był także argument, który skłonił mnie do zakupu gotowego obiadu, przytuliłam mocno męża.

– A do twoich szaleństw już się przyzwyczaiłem i kocham cię taką, jaką jesteś ze wszystkimi wadami – dodał Rafał, odwzajemniając mojego przytulasa.

Jedliśmy, wspominając czas