Ziele na kraterze. Tędy i owędy. Wybór - Melchior Wańkowicz - ebook
Opis

Wybór tekstów z Ziela na kraterzeTędy i owędy Melchiora Wańkowicza, przygotowany z myślą o uczniach i nauczycielach oraz wszystkich miłośnikach pasjonujących historii, układa się w opowieść o domu i rodzinie. O budowaniu domu i traceniu go. O więziach, które się w nim rodzą. O rodzinnych zwyczajach i osobliwościach. O opuszczaniu domu i niesieniu go ze sobą w świat. O wartościach w nim pielęgnowanych. Poruszanie się po różnych piętrach wańkowiczowskiego domu ułatwią czytelnikom wprowadzenie dr hab. Beaty Nowackiej i przypisy.

 

Obowiązkowa lektura szkolna dla klas 7/8 szkoły podstawowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 251

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Rodzina Melchiora Wańkowicza, 2017

Koordynator projektu:

Sylwia Sawicka

Opracowanie tekstu, przypisy i redakcja wprowadzenia:

Zofia Krzywicka-Vauthier

Korekta:

Irena Siwińska

Wydawnictwo składa serdeczne podziękowania Panu Grzegorzowi Nowakowi za cenne i wnikliwe uwagi edytorskie do tekstu Ziela na kraterze, dzięki którym można było przywrócić utworowi pierwotny, zamierzony przez Autora kształt.

Projekt graficzny, skład i łamanie:

zespół wespół (www.zespolwespol.org)

Polarny Lis

ul. Dąbrowiecka 22

03-932 Warszawa

www.polarnylis.pl

www.facebook.com/polarnylis

ISBN 978-83-948999-0-5

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Wprowadzenie1

Jestem filodomem. Zasiedlam każdy nowy kąt sobą, swoją atmosferą, moimi fluidami, które ze mną przychodzą i z latami nabierają aromatu. Siadywałem w więzieniach, od pierwszego dnia zaczynałem zagospodarowywać celę, aż stawała się z oporami moim domem. […] Każdy dom, do którego rzuciły mnie losy, musi zrastać się ze mną. Wiozę nie tylko walizki ze sobą, ale niewidoczne walizki mojej psychiki.

Melchior Wańkowicz

w rozmowie z Krzysztofem Kąkolewskim2

Motyw domu traconego z wyroków historii i niestrudzenie odbudowywanego jest centralnym tematem twórczości i biografii Melchiora Wańkowicza. Kilkuletni Mel najpierw utracił obydwoje rodziców, a u progu dorosłego życia – rodzinny majątek, który od końca XVIII w. należał do jego przodków. Utrata polskich ziem i znajdujących się na nich posiadłości była konsekwencją traktatu ryskiego z 1921 r., który został zawarty po wojnie polsko-bolszewickiej i na nowo regulował układ granic między Polską, Rosją i Ukrainą.

To jednostkowe doświadczenie rodziny stanowiło zaledwie odprysk wielkiej historii. Utrata majątku zawsze była przecież zjawiskiem niepożądanym, choć trwale obecnym w całej historii polskiej szlachty. Młody Mel miał stać się jednak świadkiem zdarzenia o znacznie większym, niewyobrażalnym wręcz zasięgu – miał oto doświadczyć kresu szlachectwa, przeżyć zagładę własnej sfery wraz z jej systemem wartości. Na to ostatnie nie potrafił się zgodzić. Obrazy utraconego świata przechował więc w idei domu. Dlaczego? Najprościej mówiąc – bo „dom” jest terminem znacznie pojemniejszym niż „strony rodzinne” czy nadużywana „mała ojczyzna” (rozumiana jako przestrzeń geograficzna i społeczno-kulturowa, w której człowiek żyje i z którą czuje się silnie związany). Zagadnienie domu w twórczości Wańkowicza przybiera zatem rozmaite formy: struktury materialnej, rodzinnych relacji oraz więzi z tradycją3.

Dom – substancja materialna

Warto się zastanowić, skąd tak silna determinacja posiadania domu, „zasiedlania każdego nowego kąta” u człowieka, który potrafił zaakceptować utratę ojcowskich Kalużyc. Zgoda na bezlitosne wyroki historii jest o tyle zdumiewająca, że obawa o utratę majątku była przecież nieodłączną cechą Polski szlacheckiej. Nie oznaczała tylko pogorszenia sytuacji materialnej, ale nader często wiązała się także z utratą rozmaitych świadectw własnej tożsamości, od pokoleń przechowywanych w rodzinnych zbiorach. Budowa Domeczku w okresie międzywojnia, której opis stanowi zresztą narracyjną oś Ziela na kraterze, stała się możliwa dzięki pieniądzom pochodzącym ze sprzedaży jodańskich lasów dębowych. Przypadły one rodzinie Melchiora po podziale matczynego majątku w litewskich Nowotrzebach. Pomijając zrozumiałe – choć przecież ledwie zaznaczone w tekście – trudności natury emocjonalnej, trzeba zauważyć, że nowa siedziba staje się niejako symbolicznym przedłużeniem tamtej posiadłości, daje szansę na zadzierzgnięcie więzi z miejscem, w którym żyli przodkowie4. Jednak wybudowanie nowego domu nie wydaje się bohaterowi zadaniem łatwym. Wśród szlachetnie urodzonych zwykło się uważać, że domy stawiali albo magnaci, albo aspirujący do wyższej sfery nowobogaccy. „Zwykły porządny dom szlachecki – czytamy w Zielu na kraterze – trwał bez wymiaru czasu zakreślonym sobie trwaniem od Boga, po czym płonął” (Z. 48)5.

Wątpliwości znaczą zatem każdy etap budowy: „Jakże bo wytłumaczyć architektowi, żeby projektował szklarnię z paru nadbitymi szybkami, drzewo od razu stuletnie, kanapę z wysiedzianymi poduszkami, dach z łatką […], klamki wyślizgane od dotyku rąk pokoleń, klucze do szaf o zgliwiałych bródkach, deskę jedną w podłodze, która przy nastąpieniu skrzypi?” (Z. 49). Lecz wreszcie stanął – przestronny, nowoczesny, wygodny, tonący w zieleni, usytuowany nieopodal Wisły, skąd rodzina wyruszała na swe osławione kajakowe eskapady. Solidny dom na długie lata, budowany z myślą o przyszłych pokoleniach, istniał zaledwie lat kilkanaście. W 1945 r. Zofia Wańkowiczowa, zbliżając się do jego ruin, zastanawiała się: „czy to możliwe, aby do tego stopnia nie było domu?” (Z. 147). Losy nowej siedziby układają się analogicznie do dziejów rodziny, bo Ziele na kraterze jest przecież opowieścią o domu. Ten – jak nazywa go pisarz – „bohater […] książki” (Z. 48) to przecież pełnoprawny uczestnik życia swoich mieszkańców, doskonały kompan wesołych zabaw, ale i najwierniejszy przyjaciel w czasie wojny. Upersonifikowany Domeczek jest nie tylko niemym świadkiem, ale też aktywnym uczestnikiem rodzinnej historii: przyjmuje pod dach potrzebujących, daje schronienie prześladowanym. Jest miejscem wojennej konspiracji, tajnego nauczania, czynnie walczy, stając się częścią ulicznej barykady. Wreszcie bezsensownie ginie, najpierw potrzaskany pociskami i granatami, celowo podpalony i ostatecznie wysadzony w powietrze. Jednak nawet zupełnie zniszczony nadal będzie przechowywał ślady rodzinnej historii.

Gdy po raz ostatni jego ruiny odwiedzi Zofia Wańkowiczowa, potknie się o próg piwnicy i trafi przypadkiem na resztki skrzyni zawierającej pamiątki po bracie zabitym w wojnie 1920 r.: „Sięga ręką w głąb podpisanych kart, albumów i czuje jakiś twardy przedmiot. Pudełko. Gdzieś kiedyś sama skryła, schowała, zaprzepaściła je – najgłębiej. Wyszarpuje zameczek. Na białym atłasie złoty medalik. I pożółkła karta, którą Stasiek napisał, zanim sam poległ, odsyłając pamiątki po poległym bracie: Non omnis moriar” (Z. 149). Uwaga czytelnika jest tu kierowana na niezauważany zazwyczaj fragment domowej przestrzeni – piwnicę. W wyeksponowaniu tej niedocenionej, a przecież najbardziej odpornej na zniszczenie, części domu można by ujrzeć samą istotę zamieszkiwania. Jest bowiem piwnica początkiem i końcem każdego domu, gromadzi zapomniane rodzinne skarby i odwrotnie niż wyniosły, pełen nieraz czczej gadaniny salon – okazuje się od niego trwalsza, bo ocala żywą historię rodziny.

Dom – więzi

Potrzeba zakorzenienia, która nie mogła się ziścić w konkretnej przestrzeni materialnej domu, realizuje się zatem w innych aspektach tego bogatego pojęcia. Wańkowicz przywiązuje dużą wagę do wszelkich, także tych zawieszonych w odległej przeszłości, relacji rodzinnych. Sfabularyzowana historia Domeczku jest jednak poświęcona rodzinie dwupokoleniowej, przedstawia losy rzeczywistych, choć niewątpliwie literacko odmienionych postaci żony i córek pisarza. Wańkowicz wielokrotnie „używał” przecież w swojej twórczości najbliższych jako figur literackich, kreował pewien model rodziny, który odnosić należy raczej do ogólniejszych wzorców kulturowych niż do rzeczywistych osób. Najprawdopodobniej – rozpięte między wojnami, doświadczone utratą majątku, złowrogo naznaczone śmiercią bliskich – małżeństwo Wańkowiczów odległe było od swej literackiej reprezentacji w Zielu na kraterze6. Raczej nie myli się więc Aleksander Małachowski, który pisze we wstępie do jednego z wydań tej książki, że kreując obraz domowego ciepła, autor decyduje się „zapożyczyć to cudze szczęście”7, by na tle wyidealizowanej wizji mógł mocniej wybrzmieć najtragiczniejszy akord opowieści – śmierć córki. Opis tego traumatycznego doświadczenia ma zresztą raczej literacki niż osobisty charakter: pisarz wyraźnie zaznacza swój dystans wobec tragedii, emocje starannie ukrywa za stylistycznymi parawanami. Swój ból po śmierci córki wyraża przecież za pomocą literackiego toposu ojca-pisarza, a informację o jej odejściu poprzedza obrazem ostatniego mazura odtańczonego przez radosną młodzież w przededniu wielkiego powstania8.

Dom – sfera wartości

Dom – miejsce, w którym kultywuje się tradycje i przekazuje patriotyczne wzorce – to trzecia sfera, w jakiej funkcjonuje ten niezwykły bohater Wańkowiczowskiej twórczości. Jego atmosferę chyba szybciej chłonie młodsza córka Marta, która w pierwszych dniach września 1939 r. wraca do bombardowanej stolicy, by być z bliskimi oraz wspierać potrzebujących. Po wydostaniu się z okupacyjnego piekła, już przebywając w Stanach Zjednoczonych, organizuje pomoc dla uwięzionych, zajmuje się nagłaśnianiem sprawy polskiej poza krajem i własną edukacją. Inaczej będzie z Krystyną: oboje rodzice, którzy brali udział w poprzedniej wojnie, pielęgnują tradycję powstańczą rodziny i żywią kult dla poległych, z niepokojem przyglądają się starszej córce. Przez długi czas zdaje się ona w ogóle nie przejmować wojną, pokrywa lęk przed nią – obojętnością. Katalizatorem nowej, aktywnej postawy Krystyny jest uświadomienie sobie własnej, zobowiązującej tradycji. Jej namacalnym znakiem staje się portret wuja, zabitego podczas wojny 1920 r. Wańkowiczówna znosi ze strychu jego oprawioną fotografię i uroczyście zawiesza na centralnym miejscu w salonie. Ojciec interpretuje ten gest jednoznacznie – „Ognie doszły”. Tymczasem w wydanej niedawno książce Antoniego Kroha, współpracującego z pisarzem w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych oraz należącego do zaprzyjaźnionej z Wańkowiczami (ciepło opisanej na kartach Ziela…) rodziny Lechnickich, znajdujemy zupełnie inną obserwację: „W rodzinie opowiadano, że Wańkowicz, rozstając się z córkami jesienią 1939 roku, przykazał im, żeby się w nic nie angażowały, bo w Polsce po wojnie będzie potrzebna inteligencja i nie można dać się wyzabijać, bo kto będzie potem rządził”9.

Odnotowując ten interesujący dysonans w dwu opisach jednej rodziny, nie jesteśmy zobligowani do ustalenia, co naprawdę pisarz powiedział swym córkom w przededniu wojny. Zastosowanie konwencji literackiej w Zielu na kraterze jest na tyle czytelne, że odbiera sens pytaniom o fakty i fikcję w tym reportażu. Wańkowicz nie odnosi się wszak do konkretnego domu, ale raczej do jego ogólniejszej idei, do sielankowej wersji rodem z XIX w. Dom był wówczas często postrzegany jako ostoja polskości, skarbnica narodowych pamiątek, dobre miejsce zasiedlone przez wyidealizowane, żyjące harmonijnie, choć w sposób zhierarchizowany, rodzinne stadło. Jego członkowie oddawali cześć pamięci przodków i byli zawsze gotowi do ofiarnej służby ojczyźnie. Czas upływał im na snuciu poczciwych domowych pogwarek, kultywowaniu codziennych i świątecznych rytuałów, służących podtrzymywaniu narodowej tożsamości. Pełna swady gawęda – stroniąca od tematów niewygodnych, bolesnych rozliczeń, ambitnych wyzwań intelektualnych – od wieków stanowi zachętę do życia w zgodzie, umiarkowaniu i powszechnej miłości. Wańkowicz nieprzypadkowo sięga po ten czytelny mit domu. Pracując u schyłku lat czterdziestych nad Zielem na kraterze, jest wszak kolejnym wielkim pisarzem emigrantem, który po przegranej wojnie przywołuje ideę utraconego domu rodzinnego, by po raz kolejny wypełnić tę arcypolską romantyczną powinność.

Nasza kamienica

Dołączony do niniejszego wyboru Ziela na kraterze ostatni rozdział Tędy i owędy pozwala ujrzeć późniejsze losy bohaterów rodzinnej opowieści. Spotykamy tu Wańkowicza u schyłku życia, gdy po latach emigracji wrócił do Polski. Pisarz jest już uznanym autorem wielu drobnych i kilku istotnych publikacji, które wydał w trakcie wojny, m.in. Wrześniowym szlakiem i Dziejów rodziny Korzeniewskich (przetłumaczonych niemal od razu na języki angielski, francuski, włoski, a po śmierci pisarza – na hiszpański). Później opublikował jeszcze monumentalną Bitwę o Monte Cassino, dwie książki piętnujące przywary emigracji (Kundlizm, Klub trzeciego miejsca), wspomnienioweZiele na kraterze i niedokończoną trylogię o emigracyjnych losach Polaków (Tworzywo, Drogą do Urzędowa). Pisarz nie zdołał zakorzenić się po wojnie ani w Wielkiej Brytanii, ani w Stanach Zjednoczonych, gdzie wraz z małżonką pomagał młodszej córce Marcie w prowadzeniu kurzej fermy. Marta, która na emigracji poślubiła dziennikarza sportowego Jana Erdmana oraz została matką dwóch córek: Anny Krystyny i Ewy, nie rozważała już powrotu do Polski. Wańkowicz zdecydował się jednak przyjechać do kraju, by kontynuować pracę pisarską. Plonem tych lat są m.in. następujące tomy: Westerplatte, Hubalczycy, Tędy i owędy, Anoda-katoda oraz dwutomowa Karafka La Fontaine’a.

Rozdział Nasza kamienica pokazuje Wańkowicza pozbawionego już nie tylko kresowego gniazda, ale też warszawskiego Domeczku. Przede wszystkim jednak jest okazją do spotkania z człowiekiem niełatwo poddającym się trudnym wyrokom losu. W obskurnej warszawskiej kamienicy Wańkowiczowie znów, jak na początku małżeńskiej drogi w mieszkaniu na Elektoralnej, zdołali stworzyć przestrzeń dobrą do życia i pracy twórczej. Wartość więzi międzyludzkich mieli teraz okazję wypróbować w otoczeniu sąsiedzkim. W barwnym środowisku, złożonym głównie z warszawskiej biedoty, zdołali stworzyć niezłe relacje, oparte na wzajemnym – choć czasem osobliwie pojmowanym – szacunku i współzależności. Obserwacjom Wańkowicza, które są przykładem nieuprzedzonego spojrzenia na życie współlokatorów, zawdzięczamy wiedzę o swoistym kodeksie honorowym charakteryzującym ludzi pozostających na marginesie głównego nurtu historii. Nośnikiem informacji o wartościach tego świata – jakże innych od patriotycznych wzorców, które przynosi np. Ziele na kraterze – są tutejsze dzieci: nieraz uciążliwe, lecz jednocześnie pełne inwencji, wykazujące się wzajemną troską i twardym poczuciem sprawiedliwości.

Reportaż literacki

Nazwa „reportaż” pojawiła się w Polsce w drugiej połowie XIX w., co wiązało się z rozwojem prasy. Reportaż gazetowy miał wówczas charakter głównie nowinkarski. Jego artystycznie wysubtelniona wersja, zwana reportażem literackim, rozwinęła się dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym, m.in. za sprawą Melchiora Wańkowicza. Autor Tędy i owędy od początku swej kariery pisarskiej nie godził się, by reportaż uważać za gatunek podrzędny, o obojętnej wartości artystycznej. Jego utwory odnoszą się zatem do zdarzeń realnych, są jednak wyraźnie ukształtowane za pomocą chwytów przypisywanych literaturze. W swoich dziełach Wańkowicz chętnie sięga po zróżnicowane formy narracyjne (np. gawęda, nowela, opowiadanie, szkic, esej), z powikłanych zdarzeń realnych tworzy przejrzyste konstrukcje fabularne, w tekście umieszcza dialogi, czasem zdaje się nawet penetrować myśli swych bohaterów i – co jest uznawane za główny wyróżnik jego pisarstwa – tworzy mozaikę faktów oraz barwne postacie z okruchów różnych zdarzeń i losów rozmaitych bohaterów. Tę autorską metodę tak dookreślał: „Dla wielotomowego w czasie i przestrzeni reportażu wycina się z każdego życiorysu kulminacyjny punkt. Na przykład: przygody w kampanii wrześniowej określonego osobnika; potem szukam ucieczki przez granicę, bo ten, co ciekawą rzecz w kampanii przebył, wcale przez granicę nie szedł. Dopasowuję szereg istnień ludzkich, wreszcie jedno pasuje; ale w tym błyszczy tylko jedno zdarzenie szczytowe, tylko przejście granicy, potem już ktoś spędził resztę wojny w sztabie; teraz dla kontynuacji szuka się lotnika; błyszczy w tym paśmie jego życia chwila, kiedy przebił się przez barierę ogniową nad Hamburgiem, ale stracił rękę, a mój zbiorowy bohater ma jeszcze pracować na emigracji; szukajmy nowego pasemka”10. Na wątpliwości dotyczące faktograficznej jakości tekstów skrojonych tą metodą zwykł był odpowiadać, posługując się koncepcją legendarnego dziennikarza „The New York Timesa”, Jamesa Restona, że istnieją dwa typy prawdy: dosłowna (literal truth) i syntetyczna (essential truth)11. Wańkowicz uważał, że zastosowanie reportażowej mozaiki złożonej ze strzępów realnej rzeczywistości pozwala mu uzyskać uniwersalny obraz zdarzeń.

Zebrane w niniejszym tomie fragmenty także zawierają drobne przykłady mozaik, co pisarz zaznacza nawet we wstępie do pełnego wydania Ziela na kraterze, jednak tym, co charakteryzuje zgromadzone tu teksty, jest gawędowość potraktowana jako tworzywo reporterskie. Reportaże Wańkowicza wyróżnia bowiem barwna postać narratora, który przetyka materię tekstu licznymi dygresjami, zdaje się nie dbać o przejrzystą kompozycję, układa zdarzenia w retrospekcje i antycypacje, nade wszystko zaś wypowiada się soczystą frazą i nie stroni od potoczności stylu. Pomysł pisarza, by pożenić gawędę z reportażem, z początku wydaje się niedorzeczny. Pierwsza jest gatunkiem dawnym, charakteryzującym się subiektywnością, nierzadko ksenofobią, najchętniej podejmującym wątki historii minionej; drugi natomiast deklaruje obiektywizm, więź z bieżącymi wydarzeniami i otwartość wobec inności. Tymczasem właśnie zastosowanie tego zabiegu pozwoliło Wańkowiczowi stworzyć oryginalny utwór, w którym współczesne autorowi dzieje wojen i pokojowego bytowania opisywane są w sposób czuły i bliski. Nie przypominają beznamiętnego raportu, ale brzmią jak swojska pogwarka snuta w otoczeniu bliskich. Trzeba zaznaczyć, że Wańkowicz dba o prawdopodobieństwo opisywanych faktów – w swoich książkach często przywołuje liczby, kreśli tabele, umieszcza w tekście cytaty, konfrontuje opinie, przywołuje relacje świadków, lecz te podstawowe reporterskie czynności pokrywa barwną narracją, słowną wynalazczością, ubarwioną historią własnej rodziny.

Wybór tekstów

Praca nad wyborem z tych dwu dzieł liczących z górą osiemset stron przypominała czasem zadania opisanego przez Wańkowicza mozaikarza. Nie mam wątpliwości, że – mimo dołożenia wszelkich starań – każda kolekcja fragmentów, także i ta, ma swoją cenę. Styl Wańkowicza: dla jednych porywający, dla innych nader rozwlekły i przegadany, został tu w znacznym stopniu utemperowany, a więc – niestety – także pozbawiony swego rosochatego uroku.

W przygotowaniu niniejszego wyboru pomagali mi synowie: licealista Jakub i gimnazjalista Szymon. Nie zaakceptowali kilku moich decyzji redaktorskich, np. pominięcia losów Buby Zalutyńskiego, bohatera Tędy i owędy, odrzucenia iście „bondowskiego” rozdziału Wykrywam zamachowca z tej samej książki, nade wszystko zaś nieuwzględnienia przeze mnie opisu wyborów Migdałowego Króla z Ziela na kraterze. Niech zatem ta publikacja stanie się dla Czytelników zachętą do przeczytania pełnych wersji obu książek, pozbawionych – mówiąc za Wańkowiczem – „dydaktycznego smrodku”.

Biogram

Melchior Wańkowicz urodził się w 1892 r. w ziemiańskim majątku Kalużyce, koło Mińska (który wówczas należał do zaboru rosyjskiego, dziś – do Białorusi), w rodzinie zesłanego na Sybir powstańca z 1863 r. Zanim ukończył trzy lata, stracił oboje rodziców. W 1903 r. został oddany na nauki do Warszawy, gdzie szybko dał się porwać pracy dziennikarskiej, społecznej i politycznej, co zresztą przypłacił pobytem w carskim więzieniu (w roku 1911). Za służbę wojskową w trakcie I wojny światowej został odznaczony Krzyżem Walecznych, brał udział także w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. W roku 1924 założył Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, gdzie publikował m.in. utwory Witolda Gombrowicza, Jerzego Andrzejewskiego i Brunona Schulza. Odbył wiele reporterskich podróży, m.in. do Meksyku, USA i Związku Radzieckiego. Okres II wojny światowej spędził na emigracji. Był wówczas aktywny jako korespondent wojenny, reporter, pisarz i publicysta. Po wojnie pozostał na obczyźnie i publikował w czasopismach emigracyjnych: m.in. w londyńskich „Wiadomościach Literackich” i paryskiej „Kulturze”. Wrócił do Polski na stałe w 1958 r. W ojczyźnie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem czytelników, wygłaszał popularne pogadanki telewizyjne i radiowe, miewał liczne odczyty w całym kraju. Był jednym z sygnatariuszy Listu 34, który pisarze i uczeni skierowali do władz peerelowskich w obronie wolności słowa. W roku 1964 oskarżony o przesyłanie za granicę informacji szkalujących PRL, został skazany na trzy lata więzienia (wyroku nie wykonano). Zmarł w Warszawie w 1974 r.

Beata Nowacka

Zasady wydania

Pierwsze wydanie Ziela na kraterze ukazało się w 1951 r. w Nowym Jorku nakładem oficyny Roy Publishers, edycja krajowa opublikowana została sześć lat później przez Pax. Od tego czasu utwór doczekał się licznych wznowień. Tekst obecnego wydania został opracowany z uwzględnieniem wnikliwych uwag Grzegorza Nowaka, wybitnego znawcy tej twórczości. Przywrócono pierwotny kształt fragmentom usuniętym lub zmienionym przez cenzurę oraz skorygowano usterki, najczęściej korektorskie lub redakcyjne, które znalazły się w kolejnych wydaniach utworu po 1957 r.

Zbiór gawęd Tędy i owędy, wydany po raz pierwszy w 1961 r., był od tego czasu wielokrotnie wznawiany. W obecnej edycji poprawiono, na podstawie pierwszego wydania tej książki, nieliczne usterki korektorskie.

Ziele na kraterze

Pisane po i przed wybuchem kraterów w Azji – w Jerozolimie

w Afryce – w Meadi

w Europie – w Londynie i Rzymie

w Ameryce – w Lakewood, N.J.

Dedykowane przyszłym ekskawatorom

Przedmowa

Radość wzrostu i rozpacz zniszczenia były w każdej rodzinie.

Pisałem przez pryzmat dla mnie najwyrazistszy – własnego domu. Ten dom w czasie pokoju miał swoje cechy ujemne, w czasie okupacji nie całopalił się, w czasie pogromu nie został porażony więcej niż inne domy.

Chciałbym więc tylko, aby czytający przez jego dzieje ujrzeli dzieje swoich domów i swoich rodzin, i żeby wywołane wspomnienie rozdarło na chwilę nieznośny osad życia.

Książka była pisana na emigrcji, nie uniknąłem nieścisłości. Na przykład Andrzej Romocki (Losy szesnastki) nie tańczył mazura, a odtworzyć sobie właściwego nazwiska nie mogę. Po ukazaniu się krajowego wydania powiadomiono mnie, że Aniela Załęska przeżyła powstanie. Za możliwe inne nieścisłości tyczące personaliów przepraszam uczestników i ich rodziny.

Kiełkowanie

Wielkopolskie niemowlęctwo

Najpierw był embrion.

Potem było w łonie matki zamknięte pulsujące życie.

Wreszcie był dziecinny pokój – świat nie do ogarnięcia w całym swoim ogromie, całej niespożytej różnorakości. Dla opanowania tego pokoju przebyć dopiero trzeba było całe epoki poprzez rozróżnianie poszczególnych sprzętów.

Nim się ogarnęło dziw nad dziwy – kończenie się miękkości dywanu i poczynanie się twardości podłogi, uchylanie się jednego, z lekka poznanego świata i ukazywanie się drugiego, absolutnie nierozpoznawalnego, którym było wnętrze szafy po rozwarciu się drzwi, nim się opanowało wstrząs, jakim jest odbicie w lustrze, i zupełnie przechodzące pojęcie zjawisko szyby, po której z tamtej strony łazi mucha – dumną opoką, z której szły dzień w dzień te wspaniałe podboje, było głębokie łóżeczko, kolebusia, obciągnięta kretonem, mieszcząca w sobie zasiedziałe sprawy: kołderkę, przyjemnym ciepłem podpełzającą pod brodę, ściankę kolebusi, łaskawym cieniem wstającą między oczkami zapuchającymi na sen a dalekim mżeniem nieznanej lampy, sztucznego kota z obćmoktanym ogonem. […]

To łóżeczko dziecinne – to był pierwszy cypel nowego życia, wynurzającego się z topieli, rozpoczynanego w mieszkaniu na trzecim piętrze warszawskiej kamienicy czynszowej na Elektoralnej. Front kamienicy zajęty był przez sklep gotowych ubrań pana Segała; w oknach sklepu stały zabójcze brunety z wosku w tandetnych ubraniach; w bramie pyszniły się gabloty pana Piekacza, fotografa, który miał pracownię w podwórzu; okna naszego mieszkania wychodziły na toż samo zaplute podwórko, na którym chrypiały zaropiałe dziady; mieszkanko to na trzecim piętrze nie miało windy, elektryczności, łazienki, miało za to pluskwy o żelaznych zasadach i ubikację zrujnowaną. Było zimno. Na opał nie było nas stać.

Przed urodzeniem pierwszego dziecka matka jego została porażona nieszczęściem: w lipcu 1919 roku polegli w odstępie trzytygodniowym jej jedyni, nad wszystko ukochani bracia12. Jako starsza siostra w domu, który za ich wczesnego dzieciństwa odumarła matka, była ich opiekunką. Teraz, kiedy powstawała Polska i zdawało się, że rozpocznie się nowe życie, zabrakło ich.

Kiedy Krysia wreszcie przyszła na świat w tym zimnym mieszkaniu na Elektoralnej, matka jej nie była zdolna do życia. Przenosząc dziecko do przewijania, trzymała je kurczowo w obawie, że wypadnie… przez okno. Problemat wygotowania butelki, ugotowania kaszy, każdy element realnego świata był skomplikowaną nad siły czynnością.

Świat ten przesiąkał brzydotą. Na pierwsze miejsce wypychała się ohydna wysiedziana zielona kanapa, na której trzeba było słać wieczorem pościel dla męża. Przy mijaniu manekinów pana Segała, gablot pana Piekacza należało wyrobić w sobie całą skomplikowaną dyscyplinę – niewidzenia.

Ratunki nikłe były i słabe: batik13 zielony, ukajający lampę… hejnał z wieży strażackiej w koszarach Mirowskich… tani kwiatek od przekupki za pobliską Żelazną Bramą14.

I dziecko nie było zdolne do życia. Konało z przeżyć matki i nie mogło oddychać w tym świecie. Dusiło się. Lekarze mówili – „astma”, mówili – „fałszywy krup”. Trzy lata gościły w domu butle z tlenem, wilgotne prześcieradła wisiały dokoła kolebki. Dopiero pediatra, doktor Szenajch, odkrył, że te duszności są na tle nerwowym, i z wolna wyprowadził z tego dziecko jakąś surowicą sprowadzoną z Paryża.

Tak zapewne po wybuchu wulkanu ziele na kraterze puszcza ponownie pierwsze pędy ze spopielałego gruntu – z trudem i niełatwo.

Pomagają mu ptaki, wiatry nanoszące, słońce, woda i bieg lat.

Pomagali koledzy chłopców, narzeczona poległego brata i także pomagał płynący czas.

Żołnierze z pancerki przysyłali delegacje, prezenty, krzyżyk złoty, kołderkę, misiulka. Przyjeżdżali na urlopy, stawali spartym murem dokoła kolebki, patrząc ponuro i bezradnie.

– Czy jednak wyżyje?…

Czy wzrośnie?…

Czy na wypalonym miejscu pójdą pędy? […]

Popiół z kataklizmu dziejowego sypał się na dom, ludzie ratowali się, jak mogli.

Czy dzięki tym lekom paryskim, czy też dzięki tym lekom serc – ziele na kraterze przechorowało wejście w życie i poczęło rosnąć.

Dwudziestokilkuletni ojciec rodziny był również nieprzygotowany do życia. Wychowano go w nabożnej obawie pokoleń przed stratą majątku. Taki, co stracił majątek, szedł na rezydenta15 albo zmywał się z oczu sąsiadów w nieznany świat i „na pewno gdzieś teraz nocuje po ławkach w parkach miejskich”.

A właśnie on stracił majątek, świat otaczający był obcy, siły własne niewiadome i wiara w możność „zarobienia czegoś” – bardzo mglista.

Tymczasem już wzburzona fala historii wygładzała się drobnym ciurkiem napływających na wystawy sklepowe towarów.

Po latach uniesień zrobiło się w mieszkaniu na Elektoralnej szaro i bezradnie.

Z tych lat we wspomnieniu moim pozostaje – deska klozetowa. Długośmy cierpieli jej brak, nie przypuszczając, że naszą kieszeń stać na inwestycje. Wreszcie dowiedziałem się ze zdumieniem, że kosztuje drobną sumę, i przyniosłem ją z triumfem. Odtąd w języku rodzinnym mówiło się: „A może to jest jak z tą deską?”. Co po Mickiewiczowsku znaczyło: „Mierz siły na zamiary”16.

Wsparty o to doświadczenie, postanowiłem dokończyć zaczęte przed wojną prawo, bo posiadany dyplom Szkoły Nauk Politycznych był według oceny teścia (który swoje Dobrogoszczyce wymienił na kamienice, a te z kolei na błyskawicznie spadające marki17) – „dobry dla dziedzica Jodańc18, ale nie dla człowieka, który musi zarabiać”.

Zredagowałem więc numer kresowy „Świata”19, zastrzegłszy połowę dochodu z ogłoszeń jako honorarium, kupiłem najlepszą, jaka była, lampę naftową, zapakowaliśmy w pieluszki wciąż chorą Krysię i pojechaliśmy na pół roku mego końcowego kucia do brata w Poznańskie […].

Tam właśnie przyszła na świat następna córka, Tili. Rodząc się, z punktu zademonstrowała, że zamierza iść przez życie w sposób lżejszy niż starsza siostra: po prostu, wybrawszy niedzielne popołudnie, kiedy wszyscy byli w kościele, skorzystała, że Mama przechodzi od okna, pod którym bawiła się Krysia, na łóżko, wycelowała, gdzie miękko, i wypadła głową na dywanik przy łóżku.

Domownicy, otoczywszy kolebkę maleńtasa, którego znaleźli w wyśmienitym humorze, kiwali głowami. Krysia, licząca rok i dziesięć miesięcy, zajrzawszy do kolebki, rozpromieniła się:

– Rąćki – tili… Nóziećki – tili – pokazywała rozstawionymi paluszkami – malusieńka tili-tili…

Wobec czego nazwa „Tili”, używana żartobliwie, zdawałoby się przejściowo, przylgnęła.

Łóżeczko Tili stało więc w Jerce. Jerka była to dzierżawa domeny państwowej, którą Tol20 otrzymał na osiemnaście lat. Mały domek ekonomski stał na skrzyżowaniu szos: Leszno–Śrem i Kościan–Gostyń.

Do tego domku spłynęły jakimś cudem ocalałe rozbitki: jakieś trochę trofeów z polowań najstarszego brata w Afryce i w Azji. Jakieś obrazy Walentego Wańkowicza, Czechowicza, Smuglewicza21, rękopisy Bartelsa22, nieco portretów rodzinnych; wszystko to – w tym domku przy skrzyżowaniu dwu szos, dwu traktów, przy skrzyżowaniu jakichś nie w pełni nam wówczas znanych rzutów idących z głębi dziejów w głąb przyszłości.

Sześć głowin dziecinnych znowu rosło ze stratowanego życia. Jur, Hania, Rom, Irenka – Tolów; Krysia oraz Tili – nasze. […]

Warszawskie dzieciństwo

Wraz z powrotem do mieszkania na Elektoralnej skończyła się, choć tak ubożuchna w Jerce, wieś, skończyły się, choć tak nieliczne, cudem z topieli wojennej ocalałe portrety rodzinne. I atmosfera, którą stwarzali Tolowie. […]

W to życie szare, jeżeli dziecinne życie może być szare, w to życie, w każdym razie niezwiązane z kulturalnym podłożem pokoleń, wlewała matka piosenki, lśniące jak słońce w trawie, mieniące się jak słońce w obłokach, drgające jak słońce na wodzie. Przebijały one życie w kamienicy na Elektoralnej, jak promień przebija do głębi wodę i z nagła na jej dnie rozświetla żwir, piasek i wodorosty – inny świat zupełnie: z tamtej strony, a przecież tu – wyrazisty, namacalny, istniejący.

Krysia wiele jeszcze chorowała. Duszące się, gorączkujące dziecko padało po ataku na poduszki i prosiło:

– Mama, piewaj.

I Mama śpiewała – całe noce. Czasem już zdawało się, że jest zupełnie źle, dziecko majaczyło.

– Powiedz, że wyżyje. – Mama podnosi oczy ku Tacie.

I nagle z poduszki szedł zakrztuszony spazmem szept:

– Piewaj.

Mama znowu śpiewała o kotkach, o pieskach, o aniołkach, o wodzie, o łące.

Kiedy dzieci były zdrowe, piosenki rozświetlały się, opowiadały o cudach, cudecznościach.

Dzieci chodziły w piosenkach na spacer:

Rosną sobie kwiatki na łące,

Maki, chabry i goździki pachnące…

Natykały się na rzekę:

Za tą groblą, za tym brodem,

Tam stanęła rzeka lodem,

Ani szumi, ani płynie,

Tylko duma w swej głębinie.

Dzieci widziały, jak:

Ukryte w gałązkach tarni czy kaliny

Jaś znalazł gniazdeczko maleńkiej ptaszyny.

[…]

[…] Ale po spacerze – znów było szare mieszkanko, szare mimo wszelkie mamowe przypstrzania.

Wówczas Tata począł urządzać Cooka23. Wyprawy imaginacyjne po różnych krajach. Córeczki siadały na kolana i jechaliśmy w nieznane.

– Kolacja gotowa! – wołał melodyjny głos Mamy.

– Mamusiu! – rozlegał się dwugłos protestujący – właśnie wjeżdżamy do „połtu”.

Jednak Tata był niemiłosierny. Kolana poczynały podrzucać coraz ciszej – to kapitan kazał iść małą parą – i przyjeżdżamy na kolację specjalnie spuszczoną szalupą, bo pilot, który wprowadzi okręt do portu, ma dopiero przyjechać po kolacji.

Tatowe biuro podróży organizowało też podróże kolejami. Tata, który najprzód był kasjerem, sprzedawał bilety za całuski.

– Szanpani bilecik? Może do Szczypina? Piękne letnisko. Bilecik – trzy całuski.

– A ja wolę dalej jechać – mówi Krysia.

– Do Kłujewa może?

– A ile to kosztuje?

– Cztery całuski.

Tili, młodsza, podejrzewa, że znów jest wykiwana, ale przez honor wydyma się i mówi:

– Wciale.

„Wciale” to jest pierwsza pomoc w nagłych wypadkach. Wypaliwszy to „wciale”, dopiero szuka w kilkuletniej głowie uzasadnienia:

– Bliżej będzie do Wałsawy, a jesce, nie daj Boże, któłe dziecko zachołuje – mówi małpeczka-gramofonik, naśladując Mamę. Siadły, pociąg rusza. Najprzód lokomotywa poczyna sapać:

– O-o-ch – ciężko! o-o-o-ch – ciężko!… och-czko, och-czko, czko-czko, czko-czko, czko-czko…

Potem duże pulmany24:

– To nic… To nic… To nic – nic… nic… nic…

Wreszcie cieszą się małe wagoniki na końcu:

– Po-je-e-e-chali… po-je-e-chali, pojech-li, pojechali… p-chli… pchli… p-chli, li… lil… li…

Pociąg odszedł, już ledwo tylko słychać ostatnie wagoniki. Mama bowiem, przechodząca właśnie przez pokój, ma stać na peronie i machać chusteczką, póki słyszy ten dźwięk wagoników.

– Szczypin! – anonsuje Tata, który tymczasem stał się konduktorem (w kolejnych metamorfozach bywa portierem, dyrektorem hotelu, kelnerem, złodziejem hotelowym, policjantem, sędzią, właścicielem traktierni portowej, przemytnikiem, toreadorem – a ponieważ dzieci siedzą w loży na corridzie i nie mogą być bykiem, a Mama nie chce, więc cały Cook z klientelą jest rozżalony, a Tata gorzko wymawia, że „ty każdą zabawę musisz nam zepsuć”).

Na dowód tego, że to istotnie Szczypin, pasażerka wysiadająca otrzymuje pełno szczypów. Krysia triumfuje – niech tam Tili cierpi za to, że będzie miała do dzieci bliżej.

– Kłujewo! – tu Krysia musi wysiadać, wobec czego dostaje kłujkę w bok.

– Mamo, nie pozwól!… – krzyczy cały pociąg. Mama łapie, osłania i, jak zawsze poniewczasie, sączy miodopłynną mądrość:

– Zawsze się dacie oszukać…

Toteż już następnym razem starannie wybierają stację. Jedna wykupuje bilet do Całuska, druga do Gładkowa.

Ledwie jednak wyjechali za Śródborów, konduktor straszliwym głosem obwieszcza:

– Szczypin! Przesiadka do Całuska i Gładkowa.

Znowu gwałt. Mama, interwencja. Następnym razem wykupują bilety, informując się u bardzo uprzejmego kasjera, że jedzie się bez przesiadania. Tymczasem w drodze Tata zmienia się w nadkonduktora, który przychodzi bardzo przeprosić szanowne pasażerki za niewygodę, jaka je spotyka, bowiem lokomotywa zepsuła się i należy wysiąść.

– A jak się nazywa ta stacja? – pytają struchlałe. Ale już wypada Tata z rykiem wielkim jako naczelnik stacji… Szczypin. No i wyładowuje.

– Mamusiu, bo ON taki oszukliwy – skarżą się, pocierając niewymawialne części ciała.

– Nie będę was bronić – mówi oburzona Matka, dmuchając na poszkodowane okolice – zawsze same się napraszacie, a potem ryk.

Ale jazd nie dosyć – trzeba jakoś ubarwić tę nudną Elektoralną. Cóż bo tu jest? Tyle, że ta nieszczęsna Siusia. Jest to wielka lalka celuloidowa, nie wiadomo czemu umiłowana przez dzieci i prześladowana przez Tatę. To ON tak paskudnie przerobił poetyczną nazwę Wisienka na Wisia, Wisiusia i wreszcie – Siusia. Co dzień, gdy wraca do domu, po chwili powstaje gwałt, okazuje się, że Siusię postawił w kącie do góry nogami.

Więc aby choć coś żywego i ciepłego wreszcie było, Tata znosi wszelakie zwierzaki. Najprzód były dwa purpurowe tkacze australijskie25 – Mama się cieszyła. Potem wjechało akwarium. Mama siadała pod nim z cerowaniem, a słońce, przefiltrowane przez wodne rośliny, padało na pokój. Dzieci promenowały26 na tratwach aksalotle27.

Wtedy Tata wybrał chytrze czas, kiedy Mama wyjechała na parę dni, i przyniósł jeża. Kiedy Mama wróciła, było już za późno na interwencję. Jeż gospodarował po całym domu jak po swoim. Dał się nosić dzieciom, zwisając czterema łapkami i nie próbując się zwijać; łapał jak kot papierek ciągany na sznurku; puszczony na stół, bezceremonialnie odpychał ręce domowników, dobierając się do półmiska.

Wreszcie kiedyś Mama zastała pałac z białymi myszami. Pałac był ogromny, zawadzał w pokoju, miał cztery baszty, wiele krużganków i zwodzony most – huśtawkę. Już w przedpokoju powitała Mamę „ciała łodzina wesioła”, tym razem rodzina prestidigitatorów, bo każdemu mysz wyłaziła z każdego rękawa, zza kołnierza, a Tacie i z nogawek ku wielkiej zazdrości latorośli.

Mama bezradna stanęła w tym myszowisku i wówczas musiała odsłuchać ogłuszającej serenady murzyńskiej, a potem odtańczyć dwa rodzinne tany. Jeden, wcześniejszy, zwał się „Tutti-Rutti” i był dosyć głupawym freblówkowym28 podrygiwaniem w miejscu; za to drugi rodowy tan, zwany, nie wiem już dlaczego, „terebenten”, wymagał wielkiej precyzji: tańczący brali jeden drugiego za głowę i pląsali w dostojnym zwolnionym tempie, podnosząc w bok jak najwyżej nogi i przechylając ciała.

Dziwne to było wychowanie – między Mamą i Tatą. Mama to miękkie ręce. Mama to melodyjny głos, to chuchanie na uderzone miejsce. Mama to samo dobro i sama przyjemność, coś, co dobrze jest mieć w każdej chwili życia koło siebie, dookoła siebie, gdzieś na horyzoncie.

A jednak równocześnie Mama to szereg praw, niezłomnych „pójściów spać”, okropnych „proszę to włożyć”; Mama to szorowanie ostrym ręcznikiem, to godziny odmierzone, żywot przyjemny, życzliwy, słoneczny, ale bez niespodzianek i zanadto świątobliwy.