Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 436 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zielarnia nad Sekwaną - Liliana Fabisińska

Finał trylogii "Jak pies z kotem".

A gdyby tak na twoim biurku pojawił się nagle bilet do Paryża w klasie biznes i opłacona rezerwacja pokoju z widokiem na Sekwanę?

Nina i Natalia nie zamierzają nigdzie lecieć. Nina ma na głowie firmę, rozrastającą się znacznie szybciej niż planowała, i rodzinną awanturę, która może na zawsze rozdzielić nierozłączne dotąd siostrzyczki Drop. Natalia, zamiast cieszyć się emeryturą, musi zmierzyć się z niespodziewaną sławą i wybrać między dwoma mężczyznami, energicznie starającymi się o jej rękę. Bilet do Paryża, dostarczony nieoczekiwanie w różowej kopercie bez nazwiska nadawcy, uruchamia lawinę zdarzeń. Nina trafia do paryskiego więzienia, a nagranie wideo wskazuje ją bez cienia wątpliwości jako bezwzględną morderczynię. Natalia rusza jej na pomoc i trafia w sam środek historii, o której od pięćdziesięciu lat bardzo stara się zapomnieć.

Rozpoczyna się szalona podróż przez Hel, Warszawę, oba brzegi Sekwany, małą wyspę z wielką historią i pewne ciche (do czasu!) uzdrowisko. A wszystko to w towarzystwie najbardziej niedobranych przyjaciółek na świecie, wśród smaków i aromatów francuskich dań, o których istnieniu nie ma pojęcia większość Francuzów…

Opinie o ebooku Zielarnia nad Sekwaną - Liliana Fabisińska

Fragment ebooka Zielarnia nad Sekwaną - Liliana Fabisińska

Nabiurku leży podłużna, seledynowa koperta zmoim imieniem, starannie wykaligrafowanym, dokładnie wpołowie wysokości.

Niepewnie zaglądam dośrodka. Bilet lotniczy? Namoje nazwisko?

Czy tomożliwe, żenie pamiętam ojakimś zagranicznym zaproszeniu? Paryż? Zcałą pewnością nie mam tej wiosny żadnego spotkania wParyżu…

Podnoszę bilet dooczu, żeby sprawdzić datę wypisaną maczkiem wjednej zrubryk.

Wtedy zkoperty wysuwa się arkusik kredowego papieru, naktórym skreślono zielonym atramentem kilka zdań.

Odrazu rozpoznaję ten charakter pisma ilekko uśmiecham się dosiebie.

Awięc… Paryż?

CZĘŚĆ I

KREMOWA KOPERTA

ROZDZIAŁ 1

POJEDYNEK WDESZCZU

Bywają dziwacy,

którzy z pokrzyw i mleczów składają bukiety,

lecz gdzież są tacy,

którzy by całowali włosy starej kobiety?

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Starość

NATALIA

Kiedy stara panna, w wieku bardzo emerytalnym, przywozi sobie nagle z sanatorium niewidzialnego psa, zwariowanego żeglarza i gadającą papugę, świat unosi brwi zezdziwienia.

Potem, wraz z upływem kolejnych miesięcy, brwi stopniowo wracają nazwykłe miejsce, a ludzie znowu zajmują się spokojnie swoimi sprawami, zapominając o tym, co jeszcze niedawno tak ich bulwersowało.

Bardzo miodpowiadała taka sytuacja. Wiktor rozgościł się w Helu nadobre, został zaakceptowany – choć nie bez trudności – w roli mojego kochanka albo konkubenta… Jego papuga Adela – z wielkimi oporami i niechęcią manifestowaną przy każdej okazji – zaczynała się adaptować donowych warunków, czyli dożycia zemną pod jednym dachem. A mój pies, cudowny przybłęda Maks, sprawiał wrażenie najszczęśliwszego kundelka naświecie, który marzy jedynie o tym, bybyć przy mnie (naco, oczywiście, z radością się godziłam).

Kilka miesięcy po przeprowadzce Wiktora na Półwysep osiągnęliśmy coś na kształt małej, pogodnej stabilizacji. Ludzie znowu mówili mi „dzień dobry” na ulicy, niektórzy nawet uśmiechali się przy tym przyjaźnie. Wiktor zawierał pierwsze znajomości, przecierał w Helu swoje ścieżki, a kilka razy wyszedł nawet pograć w Tawernie Portowej w kanastę z braćmi Borek, którzy natychmiast przyjęli go jak swego, gdy usłyszeli, że jest w tym prawdziwym mistrzem. Zawsze brakowało im czwartego do kart…

Ja, masię rozumieć, wciąż prowadziłam zakład fotograficzny „Mewa” przy ulicy Wiejskiej. Wiktor także miał swoją firmę, czarterującą jachty – w razie potrzeby razem z załogą. Wymagało toodniego krótszych i dłuższych wyjazdów doGdańska, doPoznania, doChorwacji albo doGrecji.

– Nie tęsknisz, kiedy tak znika? – pytała Nina, moja przyjaciółka.

Kręciłam głową, zakażdym razem z pełnym przekonaniem.

Nie tęskniłam. Cieszyłam się tymi chwilami, kiedy miałam dom tylko dla siebie. Tobyła idealna sytuacja. Mieć kogoś, kto kocha, troszczy się, piecze rogaliki z konfiturą różaną i zawsze punktualnie o jedenastej przynosi jedo„Mewy” razem z gorącą kawą… A jednocześnie zyskać przerwę odtych rogalików i tego kogoś. Wiedząc w dodatku, żenie potrwa ona zbyt długo. ŻeWiktor wróci, zanim zdążę naprawdę zatęsknić.

Wracał. Zawsze wracał. Wtedy, w listopadowy szary, deszczowy poranek, pojawił się trochę wcześniej, niż się spodziewałam. Krzątałam się pokuchni w szlafroku, gdy nagle stanął w drzwiach, uśmiechnięty oducha doucha, opalony – wręcz nieprzyzwoicie opalony, jak natęporę roku.

Zatonęłam w jego ramionach, nie zwracając uwagi nawodę płynącą z niedokręconego kranu i talerzyk chwiejący się niebezpiecznie nabrzegu blatu.

– Dobrze, żejuż jesteś – szepnęłam, kiedy zatopił usta w moich włosach.

– Nie mogłem się doczekać – odparł, otaczając mnie ramionami tak mocno, żeniemal nie byłam w stanie oddychać.

– Wiktorrrr, skarrrbie! Wiktorrrr, Wiktorrr!

Najwyraźniej nie szeptaliśmy dostatecznie cicho. A może Adela usłyszała jego kroki?

Wiedziałam, żenie przestanie się drzeć, dopóki go nie zobaczy.

– Idź, przywitaj się z nią – westchnęłam, wysuwając się z jego objęć. – No idź… Ona też bardzo zatobą tęskniła.

Posłał miprzepraszające spojrzenie, poczym ruszył dopokoju Adeli.

Zanim jednak wszedł dośrodka, ktoś energicznie zastukał donaszych drzwi.

– Kto to? – Wiktor spojrzał namnie, zaskoczony.

Wzruszyłam ramionami. Nikogo się dzisiaj nie spodziewałam. A naklientów „Mewy” było stanowczo zawcześnie.

– Sprawdzę – powiedziałam, zbiegając po schodach do atelier.

Wiktor zatrzymał mnie w połowie drogi, wyraźnie rozbawiony.

– Może japowinienem tozrobić? – mruknął, całując mnie szybko w policzek, kiedy się mijaliśmy. – Mój strój jest chyba odpowiedniejszy doprzyjmowania gości.

Faktycznie, on wciąż miał nasobie dżinsy i sweter, w których przyjechał z berlińskiego lotniska. Jabyłam jeszcze w ciepłym, kraciastym szlafroku… W sięgającym doziemi szlafroku Wiktora, który tak lubiłam nosić pod jego nieobecność.

– Dzięki – zawołałam i szybko wróciłam nagórę, żeby się przebrać. Jeśli tojakiś niecierpliwy klient, który potrzebuje „nawczoraj” zdjęcia dodokumentów, zdecydowanie nie powinnam pozwolić mu czekać. Może spieszy się naautobus?

– Kto przyszedł? – krzyknęłam pochwili, wyciągając z szafy mój szary sweter z mięciutkim golfem z angory. Idealny nataki deszczowy, ponury dzień, jak ten dzisiejszy.

Odpowiedziała micisza.

– Wiktor? – Serce skoczyło midogardła. Niejasne poczucie katastrofy przysłoniło radość tego uroczego poranka. – Wiktor?!

– Wiktorrr, skarrrbie… – Adela zaczęła głośno trzepać skrzydłami z niecierpliwości.

Pewnie znowu rozchlapie wodę zeswojej miseczki pocałym pokoju – pomyślałam, jakby tomiało teraz jakiekolwiek znaczenie.

A potem rzuciłam mój ukochany golf napodłogę i popędziłam nałeb naszyję poschodach nadół, dodrzwi wejściowych. W ciągu kilku sekund próbowałam przygotować się nanajgorsze. Nawidok złodziei w czarnych pończochach natwarzach plądrujących mój dom albo zakład fotograficzny. Nawidok Wiktora leżącego naprogu bez życia. Zawał, udar, strzał z broni palnej prosto w czoło… Istniało tyle możliwości!

Żadna z nich jednak nie okazała się prawdziwa.

Drzwi były niedomknięte. Wiktor gdzieś wyszedł. Poco? Z kim?

Otuliłam się ciaśniej szlafrokiem, postawiłam jego szalowy kołnierz jak najwyżej i wyjrzałam naulicę.

W oknach sąsiednich domów zafalowały firanki, a napiętrze nad sklepem spożywczym mignęła miłysa jak kolano głowa pana Kazika. Najwyraźniej w powietrzu wisiała jakaś sensacja. Ale jaka?

Zobaczyłam ich dopiero pochwili. Wiktora, w swetrze nasiąkającym deszczem w błyskawicznym tempie, i… drugiego mężczyznę, wyższego odniego o głowę, w eleganckim szarym płaszczu, trzymającego nad sobą czarny parasol i chroniącego pod nim wielki bukiet polnych kwiatów.

Powinien wystawić jenadeszcz, napewno byim nie zaszkodził. – Tak brzmiała moja pierwsza myśl. Drugiej nie było, bopoprostu zamurowało mnie w progu.

Zastygłam w bezruchu, nie mogąc wydusić słowa, a mój mózg nie produkował ani jednej sensownej myśli.

– Przyjechał się oświadczyć – szepnął nagle ktoś pomojej lewej stronie.

– Zjawił się, żeby zabić jego… albo ją – sprostował inny głos, nieco bardziej piskliwy. – Widziałaś? Maw kieszeni pistolet!

Cofnęłam się lekko, tak żeby nie było mnie widać, ukrytej w cieniu uchylonych drzwi.

A potem zaniosłam się śmiechem.

Czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach naprawdę mógł uwierzyć, żeStefan, mój ukochany, cudowny Stefan, zaktórego miałam wyjść pięćdziesiąt jeden lat temu, byłby zdolny strzelić dokogokolwiek?

Oczywiście, żenie był.

Napewno nie. Co za głupi, niedorzeczny, absurdalny pomysł…

Ale w takim razie pocosię tupojawił, tak nagle, w listopadowy poranek? Dlaczego zapukał domoich drzwi właśnie teraz, pięć minut popowrocie Wiktora z podróży? Tochyba nie mógł być przypadek? W jakim celu wyciągnął Wiktora nadwór, zamiast wejść dodomu i normalnie się z nami przywitać? A teraz stał naprzeciwko niego… Wyprężony, skupiony… Zupełnie, jakby mieli się pojedynkować. Jakby lada chwila miały paść pierwsze strzały.

Gdzieś po prawej stronie gwałtownie otworzyło się okno. Firanki we wszystkich domach falowały jak szalone.

Mieszkańcy Helu znowu mieli dzięki mnie naprawdę nielichą rozrywkę.

– Stefan! Wiktor! Na litość boską, cowywyprawiacie? – zawołałam, pędząc w kapciach przez błoto w ich kierunku.

Koło mojej nogi, oczywiście, truchtał Maks. Najmądrzejszy pies świata.

Skoczył naStefana z daleka, uderzając swoimi chudymi łapkami prosto w jego kolana. Ten zachwiał się nanogach, poczym upadł, upuszczając kwiaty w głęboką kałużę.

– Cotywyprawiasz? – jęknął, nie wiadomo czy domnie, czy dopsa.

– Maks chciał mnie obronić – wyjaśniłam. – Mnie i… Wiktora. Nie zamierzał przyglądać się spokojnie, jak doniego strzelasz.

– Jak corobię? – Oczy Stefana stały się nagle wielkie jak spodki.

– Natalia, cotypleciesz? – Wiktor podszedł domnie, przemoczony dosuchej nitki, delikatnie wziął mnie załokieć i odprowadził pod daszek, a dokładnie pod wąski występ nad wejściem dozakładu fotograficznego „Mewa”. – Ten pan…

– Stefan Wielowiejski – dokonałam prezentacji, może w nieco niekonwencjonalny sposób, ale przecież lepsza prezentacja taka niż żadna, prawda?

– Pan Wielowiejski – zgodził się Wiktor natychmiast, nieco rozbawiony całą sytuacją. – Dlaczego uważasz, żeon chciał mnie zastrzelić?

– Ktoś krzyknął, żebędziecie się pojedynkować – wytłumaczyłam zgodnie z prawdą. – I żeStefan maw kieszeni broń.

Profesor Wielowiejski, teraz już roześmiany oducha doucha, wywrócił obie kieszenie eleganckiego płaszcza. W jednej miał kluczyki odsamochodu, w drugiej skórzane rękawiczki w kolorze koniaku. Zapewne toone, zwinięte, przypominały z daleka rękojeść pistoletu.

Wiktor z niedowierzaniem kręcił głową, prawie płacząc ześmiechu. Wymienili zeStefanem porozumiewawcze spojrzenia, zupełnie jakby znali się odlat.

– Tonaprawdę trochę tak wyglądało – przerwałam im, sama nie wiedząc, czy mam się śmiać, czy denerwować. – Dwaj rewolwerowcy w strugach deszczu… Z kwiatami i parasolem dla niepoznaki.

– Oraz z próbkami płótna nanowe żagle, pewnie również dla niepoznaki… – Wiktor wydobył z kieszeni dżinsów kilka niedużych, kwadratowych kawałków sztywnego materiału.

– Zrobiłam z siebie idiotkę, prawda? – westchnęłam cicho.

Aoni obaj, jak na komendę, wykonali krok do przodu, by objąć mnie albo pogłaskać po włosach.

I obaj zastygli w pół gestu.

Wolałam nie podnosić głowy, żeby nie wiedzieć, w ilu mieszkaniach odsunięto już firanki i uchylono szyby, nie bacząc napogodę. Byle tylko nie uronić ani jednego słowa…

Dziesięć minut później siedzieliśmy przy kuchennym stole, zaśmiewając się dołez z tego nieporozumienia.

– Chciałem pokazać panu Stefanowi, jak wjechać donas oddrugiej strony, odSteyera, żeby wygodnie zaparkować – wyjaśniał Wiktor. – Uznałem, żelepiej będzie poprostu podejść z nim kawałek, niż tłumaczyć, żemusi skręcić w lewo, zakamieniem w prawo, a potem otworzyć furteczkę, która maodwrotnie wstawiony zamek…

No jasne. No jasne! Poprostu pokazywał mu drogę. Czy jaoszalałam z tym pojedynkiem? Zupełnie, jakbym ich nie znała!

– Co cię tutaj sprowadza? – zapytałam, stawiając przed Stefanem drugi kubek z herbatą. Jedną zdążył już wypić w towarzystwie Wiktora, podczas gdy japrzebierałam się zeszlafroka w dżinsy i malachitową bluzkę. Bow tej sytuacji straciłam ochotę namięciutki szary golf. Stefan zawsze najbardziej lubił mnie w odcieniach zieleni.

– Chciałem poprostu… – Speszył się jak sztubak, słysząc moje słowa. Niepewnie poprawił się nakrześle, wymieszał dokładnie herbatę, choć nie było w niej ani jednego ziarenka cukru, i wreszcie wyrzucił z siebie jednym tchem: – Chciałem ci zaproponować… Nie, tak właściwie toprzyjechałem, żeby prosić… albo błagać, gdyby proszenie nie przyniosło odpowiedniego rezultatu… Chciałem cię błagać, żebyś zemną wyjechała.

Czy on oszalał?

Miałam Wiktora, psa, mnóstwo pracy w „Mewie” od rana do nocy… Tu, w Helu, było całe moje życie. Nie zamierzałam wszystkiego rzucać dla kogoś, kogo nie widziałam odponad pół wieku, z jednym małym wyjątkiem, który zakończył się dość tragicznie…

– Żeby wyjechała? – powtórzył Wiktor, patrząc naStefana z niedowierzaniem. – Czy pan naprawdę uważa, żemożna tak poprostu…

Stefan znowu się zaczerwienił niczym dzieciak przyłapany nakradzieży jabłek.

Profesor Wielowiejski w takim stanie? On naprawdę musiał zwariować. Tobyło jedyne wyjaśnienie.

– Tonie potrwa długo… – zwrócił się doWiktora. – Chciałbym wyjechać z pańską żoną tylko nadwa… może trzy dni – doprecyzował, jąkając się i myląc, nawet w tym krótkim zdaniu. – Bardzo mizależy, żeby Natalia była zemną w Sztokholmie podczas wręczania Nagród Nobla. Tanagroda należy się w połowie jej. I chciałbym, żeby poznał jącały świat.

Nie odpowiedzieliśmy ani słowem. Wiktor pewnie wciąż trawił tępropozycję albo czekał, aż jawyrażę swoje zdanie.

Jazaś nie wyrażałam zupełnie niczego, bowciąż brzmiało miw głowie to, copowiedział napoczątku: „pańską żoną”. Naprawdę??? Czy naprawdę uważał, żewzięłam z Wiktorem ślub? I przyjechał tumimo tego?

– Opowiedz nam o wszystkim – poprosiłam łagodnym tonem i nastawiłam raz jeszcze wodę naherbatę.

– Skarrrrbie! – wrzasnęła Adela zza swoich drzwi.

Stefan poderwał się jak oparzony.

– Spokojnie – uśmiechnęłam się, widząc jego przerażoną minę. – Totylko papuga.

„Tylko” nie było chyba najlepszym słowem, żeby opisać rolę Adeli w naszym życiu. Ale, przynajmniej narazie, nie musiałam wtajemniczać profesora Wielowiejskiego w całą tęhistorię.

Wiktor nadal w milczeniu wpatrywał się w mężczyznę podrugiej stronie stołu. Może zastanawiał się, czy nie powinien traktować go jak rywala?

Stefan odchylił się nakrześle. Jego uwagę przykuły zdjęcia wiszące naścianie koło kredensu. Mikołaj i dziewczynki zawsze lubili oprawiać zemną fotografie z plaży, zespacerów polesie, z wycieczek doGdańska albo doSopotu. Nie zdejmowałam ich, tylko dowieszałam nowe, coraz ciaśniej i ciaśniej. Taściana stała się małą kroniką mojego rodzinnego życia. Scenki bez znaczenia, uśmiechy, których powodów nikt już dziś nie pamięta… Stefan przypatrywał im się uważnie. Jego oczy zasnuł nagły cień.

Nie tak tomiało wyglądać.

Miałam zostać jego żoną, zamieszkać w pięknej kamienicy przy krakowskich Plantach, zrobić doktorat, potem habilitację, pracować przez całe życie naWydziale Biologii, piętro wyżej niż on… Miałam urodzić dwójkę albo trójkę wesołych, pulchniutkich Wielowiejskich.

Stało się inaczej. Wszystko zmieniło się w okamgnieniu w pewien kwietniowy poranek. Stefan nie miał pojęcia, codziało się w moim życiu przez ponad pięćdziesiąt lat. Mógł tozobaczyć dopiero teraz, natych małych, wyblakłych fotografiach w tanich dębowych ramkach. Zadrżałam, zastanawiając się, czego się nanich dopatrzy…

– Cała trójka twoich bratanków wyjechała już z Helu? – zapytał.

Pokiwałam głową.

– Najstarsza, Basia, nie żyje odprawie dziesięciu lat – westchnęłam. – Umarła w Chicago, dowiedziałam się o jej śmierci dopiero pokilku miesiącach. Nigdy nie poznałam jej męża ani syna, nie mogę zapalić świeczki najej grobie. Młodsza, Bożenka, mieszka pod Rzeszowem i…

Urwałam. Zrozumiałam, żewcale mnie nie słucha.

Wpatrywał się w inne zdjęcie, wiszące naścianie koło okna. Tam nie było kilkunastu czy kilkudziesięciu małych fotografii. Była tylko tajedna, duża, ujęta dodatkowo w passe-partout… Pokazywała świt nad Sekwaną. Oklepany widoczek, jakich wiele… Bukiniści rozkładający swoje stoiska nalewym brzegu. Jakaś barka płynąca nieśpiesznie u ich stóp. Promienie słońca przebijające się przez wiosenne drobne listki. A w samym rogu, tuż przy latarni, niemal niewidoczna męska postać w brązowej kurtce i niedbale zawiązanym szaliku. Gdyby ktoś nie wiedział, żetam jest, pewnie w ogóle byjej nie dostrzegł.

Stefan patrzył właśnie na tego mężczyznę, uchwyconego w moim obiektywie na skraju kadru.

Patrzył nasamego siebie sprzed pięćdziesięciu jeden lat.

Drżącymi rękoma zrobiłam śniadanie dla całej naszej trójki. Przy stole panowała cisza ciężka i gęsta tak, żemożna byłoby pokroić jąnożem.

Podałam konfiturę ześliwek, którymi w połowie września zapłaciła zazdjęcia ślubne zwariowana para studentów z Katowic. Byli biedni jak myszy kościelne, mieli tylko kilka garści drobniaków i cały bagażnik wypełniony skrzynkami z owocami. Dostali jew prezencie ślubnym odjakiegoś krewnego, właściciela sadu. I ruszyli przez całą Polskę rozklekotanym golfem, z tymi śliwkami, nanową drogę życia. Bowymarzyli sobie noc poślubną w śpiworach nahelskiej plaży. „Właśnie tutaj poznaliśmy się dwa lata temu” – powiedziała midziewczyna z wielkimi, piwnymi oczami, kiedy załomotali o siódmej rano domojego atelier. „Czy zrobi nam pani kilka zdjęć?”

Tacy młodzi, szczęśliwi i zakochani. Mieli piach wewłosach, zapiaszczone stopy, piach zapaznokciami… I były tochyba najpiękniejsze fotografie, jakie wykonałam w ostatnim czasie. Ich miłość i wiara w to, żerazem zawojują świat, dosłownie rozsadzały każdy kadr.

Uparli się, żeby zostawić mite śliwki. Przez cztery dni smażyłam powidła nawszystkich palnikach, w największych garach, jakie udało misię znaleźć. Byłam pewna, żenigdy nie zużyjemy z Wiktorem tego zapasu.

– Dasz misłoiczek nadrogę? – Stefan zanurzył łyżeczkę w ustach i przymknął oczy w zachwycie. – Nie miałem pojęcia, żeumiesz smażyć powidła.

Przez pół wieku nauczyłam się wielu rzeczy. Naprzykład tego, żeczasami najlepiej jest odrazu rozmawiać o tym, conajtrudniejsze, zamiast czekać w nieskończoność nawłaściwy moment.

– Chyba nie miałam jeszcze okazji pogratulować ci tego Nobla – powiedziałam, powstrzymując się odentuzjastycznych okrzyków, które miałam ochotę wydawać już odkilku tygodni, odkiedy dowiedziałam się o nagrodzie. – Naprawdę natozapracowałeś. Bardzo się cieszę. Bardzo.

Uśmiechnął się, łapiąc moje spojrzenie i przytrzymując jedłużej, niż powinien.

Miałam nadzieję, żeWiktor tego nie zauważył. Nie chciałam mu robić przykrości.

– Wiesz, tonaprawdę niesamowite, żenagrodę w dziedzinie medycyny przyznano botanikowi… – mówiłam, mówiłam, mówiłam, zadużo, zaszybko, żeby tylko nie zapadła znowu takłopotliwa cisza. – Słyszałam w radiu bardzo poważną dyskusję naten temat, łączyli się nawet z profesorem Graffensonem z Oslo. Powiedział tosamo, cowszyscy: żetadecyzja Komitetu Noblowskiego otwiera nową erę, żebadania botaników zaczną wreszcie być powszechnie doceniane i postrzegane jak równoprawne z…

Przerwał miw pół zdania, zupełnie nie w swoim stylu, pytając prosto z mostu:

– Natalio, pojedziesz zemną poNagrodę Nobla?

Widocznie też nauczył się już mówić pewne rzeczy odrazu, bez czekania i kluczenia.

Może gdybyśmy byli tacy mądrzy już pięćdziesiąt lat temu, wszystko potoczyłoby się inaczej? Tylko jaki sens miało rozmyślanie teraz, przy moim kuchennym stole, o tym, cobybyło, gdybyśmy mogli cofnąć czas?

– Natalio, słyszałaś, o copytałem? – Stefan wpatrywał się wemnie z napięciem.

Wiktor też.

– Ale ja… Cojamiałabym tam robić? – Czułam się bezradna. – Tojest jakiś wielki bankiet, prawda? Bal czy kolacja… Uroczysta gala w sukniach balowych i smokingach, tylko dla laureatów… Nie wpuszczą mnie tam, nawet gdybyś chciał.

Potrząsnął głową.

– Oczywiście, żecię wpuszczą i przyjmą z wszelkimi honorami. Pojedziesz jako osoba towarzysząca nobliście, będziesz siedziała przez cały czas obok mnie. Muszę dojutra podać nazwisko organizatorom. Dlatego tuprzyjechałem. Żeby cię poprosić… – Nagle odwrócił się doWiktora i zaczął tłumaczyć mu z pasją: – Ten Nobel tonaprawdę zasługa Natalii. Ona mnie dopingowała dopracy, wierzyła wemnie… odsamego początku. Japrzecież zajmowałem się wtedy zupełnie czymś innym, ale Natalia była taką wizjonerką! Towłaśnie w czasie naszych rozmów, w Krakowie i w Paryżu, zrodził się pomysł tych badań, doktórych wróciłem polatach i które niespodziewanie doprowadziły mnie doNobla. Notowałem wtedy wszystko, o czym rozmawialiśmy, w małym czarnym zeszyciku. Minęło tyle lat, a pomysły Natalii sąwciąż rewolucyjne! Natalio, pamiętasz, jak kiedyś, latem, przyniosłaś z antykwariatu…

Błagam, daruj sobie szczegóły! – wołałam doniego w myślach. – Ani się waż wspomnieć o łóżku… O tym, żete rozmowy odbywały się pod kołdrą, pod kraciastym kocem zesfilcowanymi frędzlami lub nadywanie, naktórym leżeliśmy nago w upalny dzień w promieniach popołudniowego słońca.

Stefan przełknął ślinę i spojrzał namnie tak, jakbym znowu wylegiwała się leniwie obok niego, z podręcznikiem botaniki pod głową, natym lekko spłowiałym dywanie nastancji u pani Wieniawy-Lubeckiej. Nie miałam cienia wątpliwości, żeteż sobie przypomniał tamte chwile, gdy moja gospodyni wyjechała nacałe trzy dni napogrzeb jakiejś ciotki pod Lublinem, a Dorota – moja współlokatorka – obiecała nie wracać z biblioteki przed dziewiątą wieczorem.

Nie mów ani słowa więcej! – zaklinałam go wzrokiem. – Nie rób przykrości Wiktorowi, on naprawdę w niczym nie zawinił!

– Pójdę rozpakować bagażnik… – Wiktor podniósł się zza stołu i ruszył w kierunku schodów. – A potem zabiorę Maksa naplażę, niech trochę pobiega… A państwo załatwicie w tym czasie spokojnie swoje sprawy.

– Ale… Wiktor! – Poderwałam się również i pobiegłam zanim. – Słuchaj, nie chciałabym, żeby towyglądało, jakbym…

Jakbym co? Jakbym knuła coś zajego plecami? Chciała go zdradzić? Już podjęła decyzję, żepojadę do tego Sztokholmu bez względu na jego opinię? Nie bardzo wiedziałam, jak powinno brzmieć dokończenie tego zdania.

– Wszystko jest w porządku… – Wiktor przytulił mnie namoment i cmoknął leciutko w czoło. Jak starszy brat, nie jak kochanek. – Wszystko rozumiem, naprawdę. Porozmawiaj z panem profesorem, a ja… Jamuszę lecieć. Maks wyraźnie potrzebuje spaceru.

No i poleciał.

Z jakiegoś powodu bardzo misię towszystko nie podobało.

– Głupio wyszło – jęknął Stefan, gdy zaWiktorem zamknęły się drzwi. – Nie chciałem stawiać go w niezręcznej sytuacji.

Tak, jak nauczyła mnie tego Nina, policzyłam spokojnie odjednego dodziesięciu. A potem naodwrót: oddziesięciu dozera. Żeby tylko naniego nie wrzasnąć.

Pomogło umiarkowanie.

– Nie mogłeś zadzwonić? Jakoś mnie uprzedzić? – Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. – Zrobiliśmy z Wiktora idiotę! On naprawdę nie zasługuje natakie traktowanie. Wolałabym, żebyś…

– Nie miałem zamiaru upokarzać twego męża.

– Nie jest moim mężem – mruknęłam.

– No totwojego chłopaka.

Chłopaka? Tobrzmiało jak kpina. Jak obelga.

Nie miewałam chłopaków już odpół wieku.

– Chodziło mitylko o ciebie. – Delikatnie położył dłonie namoich ramionach. – Bardzo mizależy, żebyś tam zemną była. Naprawdę uważam, żetotakże twoja nagroda, Natalio.

ROZDZIAŁ2

NIETYPOWA SESJA

Ale popatrz… popatrz

Jak się kołysze i błyska

Wielkim ogniem… słoneczną iskrą

Nasze ognisko…

I nasz kot jest bardzo piękny z tym bursztynowym okiem

Andrzej Bursa, Nasze ognisko

NATALIA

Tydzień później listonosz przyniósł kopertę zaadresowaną namoje nazwisko. Bardzo elegancką kremową kopertę ze złoceniami.

W środku było zaproszenie nagalę i wszelkie wytyczne: jak należy się ubrać, kiedy wejść nasalę, gdzie usiąść… Jak spędzić czas między wręczeniem nagród a bankietem… Jak przywitać się z królem, a jak z jego córką, następczynią tronu.

Stefan naprawdę podał moje nazwisko i adres Komitetowi Noblowskiemu!

– Pojedziesz? – podpytywała Nina, kiedy siedziałyśmy przy kominku w jej małym domku przy samej plaży.

Uciekała ze swojego warszawskiego biura w każdej wolnej chwili, twierdząc, że właśnie tutaj, na Półwyspie, najlepiej jej się pracuje nad nowymi projektami… Jej siostry też coraz częściej wpadały do sąsiednich domków. Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, że kupiły te trzy śmieszne, kolorowe chatki. I z miejsca zabrały się za budowanie czwartej na wolnym skrawku działki. Tak, żeby każda z siostrzyczek Drop miała swoje własne miejsce na Czarcim Cyplu.

Bardzo się z tego cieszyłam. Lubiłam mieć jetak blisko.

– Pojedziesz? – Nina odstawiła energicznie kubek naniski stolik z surowego drewna. Tak energicznie, żekilka kropli herbaty wyskoczyło w powietrze tylko poto, byzaraz opaść nalśniącą, kremową kopertę.

– Boże, przepraszam! – Zaczęła wycierać plamy palcami, a potem chusteczką.

Potrząsnęłam głową.

– Nie przejmuj się. Toprzecież nic cennego, tylko koperta.

– Koperta z Komitetu Noblowskiego! – Nina wariowała, machała kopertą w powietrzu, żeby jak najszybciej jąosuszyć, oglądała pod światło każde przebarwienie. – Natalia, wiesz, ile osób w Polsce dostało dotej pory takie koperty? Tojest coś, czego nie da się kupić zażadne pieniądze!

Najwyraźniej naprawdę jej toimponowało.

Nie mogłam tego zrozumieć.

– Ninka, spokojnie. Tonie mój Nobel. Zapraszają mnie jako osobę towarzyszącą. Nie masię czym ekscytować.

Patrzyła namnie jak nawariatkę.

– Natalia, proszę cię. Tojest Nagroda Nobla! Nie rozdanie dyplomów uznania odstarosty powiatu w konkursie nanajładniej udekorowany parapet. TosąNoble! Jakieś miliony, tryliony dolarów! Największy dowód uznania, jaki można sobie wyobrazić. Media z całego świata, król, królowa, czerwony dywan. Natalia, typrzecież musisz tam jechać.

Nie umiałam jej tego wytłumaczyć. Tonie był mój Nobel i nie moja wielka gala. Nie chciałam stąpać poczerwonym dywanie jako osoba towarzysząca ani ściskać ręki królowi, stojąc krok zaStefanem.

Kiedyś, przed bardzo wielu laty, oczyma wyobraźni widziałam siebie podczas takiej wielkiej gali, w sukni dosamej ziemi, w misternym naszyjniku zamówionym specjalnie natęokazję.

Tonie musiał być Nobel. Wystarczyłaby miw zupełności nagroda ministra za najlepszą w Polsce pracę doktorską z dziedziny biologii… Albo drobne wyróżnienie najakimś międzynarodowym kongresie botanicznym.

Nie obroniłam doktoratu i nie dostałam żadnej nagrody. Poza tądla najlepszej cioci, narysowaną przez Bożenkę i Mikołaja.

I tozałatwiało sprawę. Skoro tonie był mój Nobel, nie widziałam naprawdę żadnego powodu, żeby lecieć doSzwecji.

Dwa dni później listonosz przyniósł kolejną kopertę. Tym razem z biletem nasamolot doSztokholmu nadziewiątego grudnia.

Gala miała się odbyć dziesiątego.

Wiktor stał w progu, oparty o framugę, i obserwował mnie uważnie, kiedy otwierałam tęprzesyłkę.

– Polecisz? – zapytał zupełnie tak samo, jak pytała mnie Nina.

A ja, tak samo jak u niej przy kominku, pokręciłam głową.

Tonie była moja gala. Nie miałam tam naprawdę nic doroboty.

– Profesor Wielowiejski będzie rozczarowany… – Wiktor chciał chyba, żebym jakoś mu wytłumaczyła swoją decyzję.

Nie miałam siły.

Tozaproszenie, oczywiście, było bardzo miłe. Tak jak i fakt, żeStefan jechał domnie z Krakowa, przez całą Polskę, z bukietem polnych kwiatów ozdobionych liśćmi młodego mniszka. Skąd on wziął taki mniszek w listopadzie?

Tobyła jego nagroda i jego wielka chwila. Powinien być tam z Dorotą… zeswoją żoną.

Ale Dorota nie żyła. Czy naprawdę byłam właściwą osobą, żeby jązastąpić? Powszystkim, cosię stało? Uznałam, żenie. Nie chciałam robić sensacji, odwracać uwagi mediów. Napewno szybko bysobie przypomniały nagłą śmierć pani Wielowiejskiej i moją rolę w wyjaśnianiu tej sprawy. Zaczęłyby grzebać w naszych życiorysach, doszukiwać się sensacji w romansie sprzed pięćdziesięciu lat.

Topoprostu nie miało sensu.

Czekam, aż zmienisz zdanie! – SMS-ował Stefan jeszcze dwa dni przed wylotem.

Nie odpowiedziałam.

– Wiem, żezrezygnowałaś zewzględu namnie… – Wiktor przytulał mnie dosiebie mocniej i częściej niż kiedykolwiek wcześniej.

Tonie było tak. On nie miał z tądecyzją nic wspólnego. Gdybym uznała, żepowinnam tam być, nawet Wiktor nie zdołałby mnie powstrzymać. Ale chyba nie było powodów, żebym musiała wyznawać mu teraz prawdę?

Niech myśli, żezostałam w Polsce z jego powodu. Jeżeli może mu topoprawić humor…

Dziesiątego grudnia Wiktor wyszedł z domu, kiedy jeszcze spałam.

Zwykle słyszałam, jak się krząta pokuchni, czułam w półśnie cudowny zapach kawy. Czasami wymykał się z Maksem nadługi spacer polesie, a w drodze powrotnej kupował ciepłe bułki. Budziło mnie skrzypnięcie trzeciego schodka pod jego stopą. Schodząc, pilnował, żeby stanąć nanim lekko, koniecznie z prawej strony. Wchodząc pospacerze nagórę, kompletnie już o tym nie pamiętał.

A może skrzypiał specjalnie, żebym nie wystraszyła się szorstkiego, psiego języka, który pięć sekund później przejedzie miradośnie popoliczku?

– Maks, kochany! – Dziesiątego grudnia otworzyłam oczy zaskoczona. Uśmiechnięty pies opierał namoim łóżku swoje chude nóżki i merdał jak szalony cienkim ogonkiem. Ale schodek nie skrzypnął, a w powietrzu nie unosił się zapach ani świeżo parzonej kawy zeszczyptą cynamonu, ani chrupiących bułeczek, naktórych lekko topiło się masło.

– Wiktor? – Podniosłam się nałokciu, tknięta nagłym, niejasnym jeszcze niepokojem.

Odpowiedziała micisza. Tylko rudy kocur sąsiadów miauczał zaoknem jak szalony, tak jak każdego poranka.

– Wiktor?! – powtórzyłam, zrywając się z łóżka. Wyobraźnia błyskawicznie podsunęła miwizję wypadku narondzie. Wbrew pozorom pieszych w nadmorskich kurortach potrącano najczęściej późną jesienią i zimą, pod nieobecność turystów. Kierowcy mieli wrażenie, żesątucałkiem sami i nie obowiązują ich żadne przepisy.

Moja przyjaciółka, Nina, pewnie umarłaby ześmiechu, słysząc, żektoś taki jak ja nagle tęskni zaprzepisami. „Natalio, jesteś piratką drogową” – powtarzała miczęsto z przyganą w głosie.

Ale przecież Wiktor nie chodził z Maksem dolasu przez rondo. Przechodził przez jezdnię nawysokości Żeromskiego. Nie było tam niebezpiecznych zakrętów, samochody pędzące Steyera było widać doskonale, z obu stron.

A więc… może tonie wypadek? Może Wiktor zasłabł poprostu naplaży albo w lesie? Nie. Maks napewno przybiegłby domnie popomoc. Był najmądrzejszym psem, jakiego spotkałam w życiu. Ale, nalitość boską, nawet taki geniusz jak on nie potrafił chyba otwierać drzwi zamkniętych naoba zamki?!

Podniosłam się z łóżka i zajrzałam dokuchni.

Nikogo.

Dotknęłam czajnika. Był zimny jak kamień, a tooznaczało, żeWiktor nie parzył tego dnia kawy ani dla mnie, ani dla siebie. Nie zalewał też herbaty.

Czy mógłby wyjść z domu bez śniadania? Tonaprawdę nigdy mu się nie zdarzało.

– Wiktor! – zawołałam w pustkę.

– Wiktorrrrr, skarrrbie!

No tak, naAdelę mogłam liczyć w każdej sytuacji. Trzepała skrzydłami jak szalona.

– Wiktor zaraz wróci – powiedziałam zrezygnowanym tonem, wchodząc dojej pokoju.

– Wiktorrr?

– Wrrrróci – zapewniłam jąnajbardziej papuzim tonem, najaki było mnie stać.

A potem podałam jej orzecha, sobie zaparzyłam kawę – oczywiście bez cynamonu, znaku firmowego Wiktora – poczym zeszłam nadół, do„Mewy”. Byłam umówiona nasesję z maturzystką z Pucka. A miała tobyć naprawdę nietypowa sesja.

Zamówienie przyszło mailem, jeszcze w listopadzie:

Szanowna Pani, potrzebuję pięciu lub sześciu bardzo brzydkich zdjęć. Zależy mizwłaszcza nafatalnych ujęciach mojego brzucha, twarzy i zębów. Rozstępy, krzywizny, pryszcze, zmarszczki. Cokolwiek uda się Pani wyciągnąć zemnie okropnego. Moim życiowym marzeniem jest udział w telewizyjnych metamorfozach, a tam przyjmują tylko ludzi z naprawdę poważnymi problemami. Mam nadzieję, żepodejmie się Pani tego wyzwania.

Zapowiadało się doprawdy bardzo interesująco…

Przez cały ranek wydzwaniałam doWiktora copięć minut. Nie odpowiadał.

Pod domem nie było jego samochodu. Napodjeździe zamiast auta siedział tylko ten naburmuszony bursztynowy kot, który odkilku tygodni błąkał się pookolicy, gardząc jednak życzliwym kici-kici i jedzeniem wystawianym regularnie na próg przez moich sąsiadów.

Czy tomożliwe, żezapomniałam o jakimś spotkaniu, naktóre wybierał się Wiktor?

A może poprzedniego dnia zrobiłam mu jakąś przykrość i w ogóle nie zwróciłam natouwagi?

Fotografując piękne, białe zęby puckiej maturzystki, doświetlone nienaturalnie żółtym światłem, raz poraz wybierałam numer jego komórki, jednocześnie nerwowo analizując każdą chwilę z ostatniego wieczoru… południa… potem poranka…

Kadrując jej płaski, jędrny brzuch odgóry, tak żeby wydawał się choć odrobinę pofałdowany i okrągły, cofałam się w myślach coraz dalej. O dzień, dwa, tydzień…

– Przyniosę inny obiektyw, proszę momencik poczekać – rzuciłam nagle i popędziłam nagórę.

Było jeszcze jedno miejsce, w które nie zajrzałam… Rano życie toczyło się w kuchni i w sypialni. Narelaks nakanapie lub wygodnym fotelu przy oknie przychodził czas dopiero pozmroku.

Ale może…?

W dużym pokoju, przed telewizorem, zobaczyłam na stoliku bukiet róż, butelkę różowego wina i jeden kieliszek. Oraz talerzyk z rogalikami z konfiturą. Moimi ulubionymi rogalikami, pieczonymi przez Wiktora regularnie, przynajmniej dwa razy w tygodniu.

Obok leżał liścik:

Wypisałem Ci programy, naktórych możesz obejrzeć transmisję zeSztokholmu. Polskie kanały nie pokażą jej w całości, ale masz kilka alternatyw. Wygląda nato, żeuroczystość wręczania nagród najlepiej będzie obejrzeć w telewizji niemieckiej, a nabankiet przerzucić się nakanał włoski albo francuski.

Wrócę dziś bardzo późno, mam kilka spraw dozałatwienia w Gdańsku i Sopocie. Gdybym miał zostać tutaj nanoc, wyślę SMS.

Twój W.

PS Wstaw wino dolodówki, schłodzone naprawdę smakuje lepiej.

Kochany Wiktor.

Uznał, żepowinnam spędzić ten wieczór sam nasam zeStefanem. I wiedział, żezaprotestuję, kiedy mipowie, żewychodzi, żebym w spokoju obejrzała uroczystość.

Kochany Wiktor. Pomyślał o wszystkim, nawet o moim ulubionym winie… A potem usunął się w cień.

– Proszę pani, ktoś dopani przyszedł! – Głos maturzystki przywołał mnie błyskawicznie dorzeczywistości.

Jak mogłam zapomnieć, żesiedzi tam i czeka, w dodatku z brzuchem nawierzchu?

– Momencik! Już wracam! – Złapałam długi obiektyw, którego oczywiście wcale nie potrzebowałam, i ruszyłam poschodach nadół.

W drzwiach „Mewy” stał zaróżowiony odmrozu Mikołaj, z wielką walizką w dłoni.

– Przepraszam, ciociu, żetak bez uprzedzenia.

Swoim zwyczajem podniósł mnie dogóry i zakręcił się w kółko. Machałam nogami i śmiałam się jak zawsze, kiedy torobił.

Nasz mały rytuał, który zaczął się w dniu, gdy przybiegł dodomu poustnej maturze z polskiego, wołając: „Zdałem, zdałem!”. Wciąż pamiętałam zapach papierosów, które palił wtedy z kolegami naznak, żesąjuż dorośli. W tamtych dniach często pachniał dymem, nie tylko papierosowym. Przez całe wakacje niemal cowieczór palili ogniska i śpiewali dobiałego rana jakieś zwariowane piosenki… Tobyło bodaj jego najszczęśliwsze lato…

– Czy możemy skończyć? – Maturzystka przeciągnęła się nawelurowej sofce, wystawiając nogę w stronę Mikołaja. Najwyraźniej nagle przestało jej zależeć, bywyglądać grubo i niechlujnie.

ROZDZIAŁ3

OKRAITOPINAMBUR

Chorągiewka nadachu śpiewa.

Pierwszej gwiazdy wypełza pająk.

Latarnie w czarnych drzewach,

kołyszących się,

mrugają.

Józef Czechowicz, Ulica Szeroka

NATALIA

Mikołaj zawsze wnosił dodomu tyle uśmiechu i młodości!

Fakt, żeodpoprzedniej wizyty nieco posiwiał naskroniach, a w kącikach oczu dostrzegłam całkiem wyraźne kurze łapki, wcale tego nie zmieniał.

– Usiądź, ciociu – zarządził, otwierając swoją walizkę. – Przywiozłem masę pomysłów i trochę przypraw z ostatniej podróży, zaraz zrobię dla nas pyszny obiad. Wiktor mówił, żesię przepracowujesz… Naprawdę bardzo się o ciebie martwi.

– Wiktor? – Nie miałam pojęcia, że kiedykolwiek ze sobą rozmawiali, nie licząc, oczywiście, ostatniej wizyty Mikołaja na Półwyspie. Wtedy Wiktor mieszkał tu już od kilku tygodni. Polubili się od pierwszego wejrzenia, chodzili z Maksem na długie spacery plażą, oglądali stare zdjęcia, wspólnie zrobili też porządek w pawlaczu, gdzie nie zaglądałam od ćwierć wieku.

Ale mimo wszystko nie przypuszczałam, że od tamtej pory utrzymują ze sobą kontakt.

– Dzwonię czasami doWiktora, żeby się dowiedzieć, jak się czujesz – wyjaśnił Mikołaj. – Tynigdy nie mówisz prawdy, zawsze udajesz, żewszystko jest w porządku. Wolę więc zapytać kogoś, komu też natobie zależy…

– Knujecie zamoimi plecami? – Z niedowierzaniem pokręciłam głową, ale w gruncie rzeczy zrobiło misię bardzo przyjemnie. Dwaj najważniejsi mężczyźni w moim życiu naprawdę się o mnie troszczyli.

– Usiądź, ciociu, tutaj, przy mnie. – Postawił mikrzesło naśrodku kuchni. – Będziesz miopowiadać, coostatnio robiłaś, a japrzygotuję dla nas coś pysznego. Tylko dla nas dwojga, prawda? Wiktor nie zmienił planów? Wróci dopiero przed północą, tak? Albo jutro rano, jeżeli ostatnie spotkanie trochę mu się przeciągnie…

Mój dobry humor nagle gdzieś się ulotnił.

Wiktor opowiedział mu o swoich zamiarach, a przede mną wcale się nie zdekonspirował?

Mikołaj, mimo żestał przy kuchence tyłem domnie, odrazu zorientował się, żenie jestem zachwycona tym, cousłyszałam.

– Podpytywałem go trochę o wasze najbliższe plany, nie zdradzając ani słóweczkiem, żeniebawem wybieram się doPolski – wyjaśnił. – Chciałem zrobić ci niespodziankę, ale bałem się, żeWiktor zaraz się wygada i wszystko zepsuje. Albo żegdzieś wyjedziesz, a japocałuję klamkę. Wiem, żejeździsz teraz cokilka tygodni nauczelnię, doKrakowa… Niesamowite, żetak szybko skończyłaś pisać ten doktorat i niebawem będziesz go bronić. Podobno zebrałaś fantastyczne opinie recenzentów, nawet z zagranicznych uczelni…

Wiktor naprawdę wszystko mu opowiedział!

– Kiedy usłyszałem, żebędziesz dziś sama przez cały dzień, poprostu musiałem przyjechać… – Mikołaj przesłał minajpiękniejszy zeswoich uśmiechów. – Nie mogłem przegapić okazji, żeby pobyć z moją ukochaną cioteczką sam nasam.

Nagle znowu poczułam, żenad mój dom nadciągają czarne chmury.

– Nie lubisz Wiktora? – zapytałam ześciśniętym sercem.

– Uwielbiam go! – Mikołaj odłożył marchewkę, którą właśnie obierał, i ukucnął przy krześle, żeby zajrzeć miw oczy. – Jak mógłbym nie lubić kogoś, kto dosłownie nosi cię narękach? Kogoś, przy kim rozkwitłaś i zamieniłaś się w młodą dziewczynę? Nie byłaś taka nawet wtedy, kiedy miałem siedem czy osiem lat. Wiktor najwyraźniej potrafi cofać czas. A poza tym toświetny facet! Mapoczucie humoru, pasję, jest inteligentny, no i te jego bajeczne jachty… Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego wujcia nastare lata!

– Wujcia? – roześmiałam się z ulgą i zmierzwiłam mu włosy jak wtedy, kiedy był mały i wracał zeszkoły spóźniony o godzinę, umorusany, z podartymi spodniami i rozbitym kolanem.

I wtedy, i teraz potrafił mnie rozbroić tym swoim uśmiechem.

Dlaczego z Basią i Bożenką nie szło mitak łatwo? Zawsze miałam wrażenie, żestoi między nami wysoki mur, przez który nie potrafię się przedrzeć.

– Dzwoniłem wczoraj doBożeny, chciałem też jąodwiedzić. – Znowu czytał miw myślach. A może raczej jajemu? – Pomyślałem nawet, żepojechalibyśmy razem, tyi ja. Nie widzieliśmy się przecież odwieków. No ale moja siostrzyczka uznała, żemożemy poczekać doprzyszłego roku. Nie materaz czasu, planuje remont łazienki…

Wiedział, tak samo jak ja, żetowymówka. Jedna z całej długiej listy wymówek Bożeny…

Było mu przykro. Mnie też. Ale comogliśmy jeszcze zrobić?

Znowu zmierzwiłam mu włosy. Nie umiałam powiedzieć niczego mądrego.

Tobył naprawdę wspaniały dzień.

Nie myślałam już dłużej ani o Basi i Bożence, ani o Wiktorze, który tak mnie wystraszył rano swoim zniknięciem.

Zjedliśmy przy kuchennym stole cieniutkie placki chapati usmażone przez Mikołaja błyskawicznie według przepisu, który przywiózł z Indii czy Pakistanu. Nagarnialiśmy nimi z głębokiego talerza gęsty, aromatyczny sos z mięsem i mnóstwem warzyw, które wyciągał z walizki jak magik z kapelusza.

– Nie musiałeś przywozić marchewki i ziemniaków – roześmiałam się na widok tych zapasów. – Może już nie pamiętasz, ale mamy w Helu kilka sklepów spożywczych i naprawdę da się tu kupić niezłe jarzyny.

– Okrę i topinambur też? – Mikołaj pokręcił głową z niedowierzaniem. – W takim razie faktycznie wiele się tutaj zmieniło…

– Punkt dla ciebie – przyznałam. – Nigdy nie widziałam napółwyspie okry…

Poobiedzie dyskretnie spojrzałam nazegarek. Nie chciałam narazie wspominać ani słowem o transmisji zeSztokholmu. Postanowiłam powiedzieć w ostatniej chwili, żeNobla odbiera kolega z wydziału… znajomy sprzed lat… i żechciałbym nachwilę usiąść przed telewizorem.

W końcu o Stefanie trąbiono odkilku dni wewszystkich serwisach informacyjnych. Nagroda Nobla dla Polaka nie zdarza się przecież codziennie. A jeśli jeszcze spotkało się tego Polaka osobiście, choćby i pół wieku temu, tochyba można obejrzeć fragment transmisji z uroczystości, nie wzbudzając żadnych podejrzeń?

Miałam nadzieję, żeMikołaj nie zada zbyt wielu pytań. I żeuda misię ukryć emocje… Emocje, których trochę się obawiałam.

Narazie jednak poprostu poszliśmy z Maksem nadługi spacer przez las i wydmę, aż naCzarci Cypel. Jak zwykle miałam w kieszeni klucze, skorzystałam więc z okazji, żeby sprawdzić, czy w trzech małych domkach nie wydarzyło się nic niepokojącego. Zimą Nina i jej siostry wpadały do Helu trochę rzadziej, chociaż zgodnie twierdziły, żenapewno przyjadą naBoże Narodzenie. Nina regularnie przesyłała miteż kopie najnowszych uzgodnień z architektem, który budował czwarty domeczek, przyklejony dotrzech pozostałych. Miałam kontrolować, czy prace przebiegają zgodnie z planem. Narazie z ziemi wyłaniał się tylko fundament, ale wiosną wszystko miało ruszyć z kopyta i zostać w pełni urządzone najpóźniej w połowie czerwca. Budynki z prefabrykatów dawały ogromne możliwości…

– Ładnie tu… – Mikołaj rozglądał się wokół, wyraźnie zaskoczony. – Biegałem przez cypel z chłopakami dobunkrów, paliłem nawydmie pierwsze papierosy… Ale nigdy nie przypuszczałem, żektoś dostanie pozwolenie nabudowę nadziałce przy samej plaży. W dodatku bez drogi dojazdowej. Jak tej twojej Ninie udała się taka sztuka?

Pokręciłam głową.

Nina nie załatwiała żadnych pozwoleń ani innych dokumentów. Kupiła gotowe, urządzone domki – i ziemię z zezwoleniem nawybudowanie jeszcze jednego, podobnego dopozostałych. Drogi wyznaczać nie zamierzała. Fakt, żenaCzarci Cypel nie da się wjechać samochodem, wyjątkowo jej się podobał. Przyjeżdżała tuprzecież pociszę, spokój i skupienie nad najtrudniejszymi projektami.

– Ktoś, kto postawił te kolorowe chatki, bardzo chciał pozostać anonimowy – wyjaśniłam. – Wynajmowanie domku odbywało się przez pośrednika, który nie miał pojęcia, dla kogo pracuje. Sprzedaż też wzięła nasiebie jakaś agencja z Gdyni, zobowiązana dopełnej dyskrecji.

– Ciekawa sprawa. – Oczy Mikołaja błysnęły żywiej, kiedy o tym usłyszał. W liceum chciał zostać dziennikarzem i chyba wciąż gdzieś tam tliła się jeszcze tajego reporterska pasja.

Otworzyłam drzwi i zajrzałam dodomku w kolorze limonki. Puszysty kasztanowy sweter Niny wciąż wisiał naoparciu kanapy, tak jakby wyszła dosłownie nachwilę. W powietrzu unosił się delikatny zapach jej perfum.

Mikołaj też go wyczuł, bouśmiechnął się z aprobatą.

Może ten pomysł, który zaświtał miw głowie w Ciechocinku, nie był taki głupi? Może faktycznie stworzyliby z Niną całkiem dobraną parę?

– Wracamy dodomu nakawę i ciacho? – zaproponował. – Albo nie, mam lepszy pomysł. Zajrzyjmy doCafe Classic, przywitać się z panią Tereską. Ciekawe, czy wciąż maw karcie tęcudowną gęstą czekoladę nagorąco.

– Jeśli nie ma, napewno zrobi jąspecjalnie dla ciebie – uśmiechnęłam się, starannie zamykając środkowy domek naklucz. – Poczekaj jeszcze momencik, zajrzę dopozostałych dwóch. Ostatnio chwycił mróz, lepiej sprawdzić, czy nie pękła jakaś rura…

Przerwa nagęstą, aksamitną czekoladę (Mikołaja) i nieprzyzwoicie wręcz pyszną pomarańczowo-czekoladową kawę Borgia (oczywiście moją) w kawiarni naWiejskiej przeciągnęła się dowieczora. Zerknęłam dwa razy nazegarek i wreszcie ostatecznie pożegnałam się z planem oglądania transmisji zeSztokholmu.

Może toi lepiej, żetak się stało? – myślałam, próbując jednocześnie nie stracić wątku w opowieści Mikołaja o kłopotach z chińskim bankiem. Zobaczę tow Internecie zakilka godzin. Zamknę się z komputerem w pokoju i nie będę musiała powstrzymywać łez ani panować nad drżeniem rąk. Nikt nie odczyta z mojej twarzy więcej, niż bym chciała.

Powyjściu ostatnich klientów właścicielka kawiarni usiadła z nami w głębokim fotelu i słuchała z uwagą opowieści Mikołaja o dalekich podróżach i pracy dla rządów egzotycznych krajów, próbujących przestawić swoją gospodarkę nanieco nowocześniejsze tory.

– Todokąd wybierasz się teraz? – zapytała pani Teresa, patrząc naniego zza okularów w ciemnej oprawce.

Mikołaj potrząsnął głową.

– Chcę się trochę uniezależnić od polityków, spróbować czegoś zupełnie nowego. Na razie w Londynie, a potem może w Polsce?

Todopiero była dla mnie niespodzianka! Spędziliśmy razem tyle godzin, rozmawialiśmy o drobiazgach bez żadnego znaczenia, a on nie zająknął się ani słowem o swoich planach!

Nie zdążyłam jednak skomentować tego w żaden sposób, bonagle drzwi kawiarenki otworzyły się gwałtownie i dośrodka, wraz z mroźnym powietrzem, wpadła zdyszana Agata, żona naszego helskiego aptekarza.

– Wiedziałam, żetupanią znajdę! – krzyknęła triumfalnie. – Może by pani zlitowała się nad sąsiadami i wreszcie poszła do siebie? Proszę rozgonić tych dziennikarzy! Spać nie dają, w okna świecą tymi swoimi lampami…

– Jakich dziennikarzy? – Kompletnie nie rozumiałam, o czym mówi.

– Jak tojakich? – Teraz toAgata patrzyła namnie jak nawariatkę. – Niech pani nie udaje takiej skromnej. Odkilku godzin szuka pani cała Polska. Ten profesor… No, ten codostał Nobla, wie pani, Staromiejski?

– Wielowiejski – poprawiłam jącicho, wbijając paznokcie w oparcie fotela. – Profesor Stefan Wielowiejski…

– No właśnie, Wielowiejski – zgodziła się natychmiast. – On przecież tak pięknie o pani mówił przy odbieraniu nagrody! Wszyscy chcą wiedzieć, kim pani jest… Dziennikarz z „Kuriera” obiecał minawet sto złotych, jeśli panią znajdę i przyprowadzę doniego, zanim porozmawia pani z jakąś inną redakcją. W telewizji w kółko pokazują tojego przemówienie zeSztokholmu…