Ziarno prawdy. Tom I Kres wędrówki - Robert Janas - ebook
Opis

Europa od wieków była areną licznych wędrówek wielu plemion i ludów szukających wygodniejszych miejsc na własne siedziby. Powstawały i upadały kolejne królestwa. Nie mogło to też ominąć żyznych ziem Panonii, leżącej niemal w samym sercu starego kontynentu, gdzie we wczesnym średniowieczu swoje siedziby znalazły liczne plemiona słowiańskie. Względny spokój nie trwał jednak zbyt długo. Panonię najechali straszliwi Awarzy. Los podbitych plemion został przypieczętowany. Musieli poddać się woli najeźdźcy. W jednej z wiosek, wraz ze swoją rodziną zamieszkiwali trzej bracia: Czech, Lech i Rus. Czy poddali się woli agresora? Czy pogodzili się z losem? Jakie były ich dzieje?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 266

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Robert Janas

Ziarno prawdy

czyli o tym,jak zwykłe dzieje stawały się historią,a historia legendą.

Tom I

Kres wędrówki

Drogi czytelniku!

Odrobinę Ziarna Prawdy z dawnych wieków, które kształtowały późniejszą polską państwowość i tożsamość odkryją przed tobą:

Tom I – Kres wędrówki

Tom II – Wojewoda

Tom III – Nieodgadniony los

Tom IV – Wit

Do pobrania w dobrych księgarniach internetowych.

Copyright © by Robert Janas

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Projekt okładki: Paweł Ryży

ISBN 978–83–941031–1–8 ePub

ISBN 978–83–941031–2–5 Mobi

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Od autora,

Podróżując po Polsce z moimi dziećmi (obecnie już nastoletnimi) starłem się ukazywać im miejsca, mniej lub bardziej ważne dla historii naszego kraju. Ze wzruszeniem wspominam ich dziecięcy zachwyt gdy czytałem im legendy: o smoku wawelskim przed wejściem do groty gada, albo o zaczarowanych gołębiach na krakowskim rynku, o Kraku i Wandzie na dziedzińcu Zamku Wawelskiego, albo gdy opowiadałem im o złym Popielu na wieży w Kruszwicy, lub o Chrzcie Polski przy okazji odwiedzin Gniezna. Każda opowieść pobudzała dziecięcą wyobraźnię łaknącą dalszych przygód i rodziła wiele pytań: „a co było później, a dlaczego do tego doszło, a kiedy to było?”

Dziecięca ciekawość skłoniła mnie, aby w znanych skąd inąd bohaterów, tchnąć nowe życie, zaopatrzyć ich w fascynujące przygody i, choć w całej swej skromności nie pretenduję do roli znawcy epoki, umieścić to wszystko na tle wczesnego średniowiecza.

Życzę wszytkim czytelnikom przyjemnej lektury i odkrywania „Ziaren prawdy” we wszytkich tomach całego cylku, osobiście czy też w familijnym gronie, jak też się to stało w mojej rodzinie; dlatego:

moim dzieciom – Zosi i Bartkowi, pierwszym czytelnikom, słuchaczom i krytykom,

oraz Kasi, mojej żonie, która wytrwale inspirowała mnie do wydania „Ziarna Prawdy”,

i by nie spoczęły na zawsze w szufladzie

– cały cykl poświęcam.

Księga IKres wędrówki

Osada powoli wyludniała się. Ludzie kończyli załatwiać swoje sprawy i wraz z niknącym blaskiem słońca zamykali się w swych domostwach. Była to dobra pora, aby po skończonym dniu usiąść do wieczornego posiłku.

Rodzina Gorazda również posilała się przy wspólnej kolacji. Dla postronnych, ze względu na ilość osób, wydawać się mogło, że jest obchodzona jakaś uroczystość. Nie było jednak żadnej przyczyny do świętowania. Było za to rodzinnym zwyczajem, aby kolację spożywać w całym rodzinnym gronie. Częstokroć była to jedyna okazja w ciągu dnia, aby wszyscy mogli się wspólnie spotkać w jednym momencie. Gorazdowi bardzo na tym zależało. Szczególnie ze względu na liczebność rodziny. Miał bowiem trzech synów i sześć córek. Dwie z nich były już zamężne oraz miały własne dzieci. Mieszkały razem ze swoimi rodzinami w domu ojca. Było to wygodne dla wszystkich. Duża gromada łatwiej sobie radziła w codziennym bycie. Starsze dziewczęta dzieliły się pracą i opieką nad młodszymi członkami rodziny, czy też przygotowywaniem posiłków albo dbaniem o porządek w całym domu. Męska część rodziny, zdatna do pracy pomagała Gorazdowi w jego zajęciach.

Wspólna kolacja dawała możność omawiania wielu spraw. Ów obyczaj pozwalał na pielęgnowanie zwyczajów rodziny, a co najważniejsze wytwarzała poczucie jedności i odpowiedzialności za siebie nawzajem poprzez wspólne omawianie problemów i możność pochwalenia się swoimi osiągnięciami.

– Biełka urodziła dwa szczeniaki – oznajmił Czech, najstarszy z synów Gorazda.

– Mogę je zobaczyć? – spytała natychmiast mała Tomiłka, ulubienica całej rodziny.

– Pewnie, jutro ci pokażę – odrzekł brat.

Biełka była suczką nazwana tak przez dzieci z uwagi na jej umaszczenie i przed laty przygarniętą do domu. Kiedyś dzieci bawiły się u progu domostwa, gdy się pojawiła. Zachęcone jej miłym usposobieniem przywołały ją do siebie. Suczka z chęcią odpowiedziała na zaproszenie dzieciarni. Pozwalała się głaskać i pieścić. Bawiła się z nimi razem i nijak nie chciała sobie pójść od nowego towarzystwa. Na noc, gdy wszyscy poszli na spoczynek miły psiak został pod drzwiami i przeczekał całą noc. Gdy rano dzieci zauważyły ją ponownie i uświadomiwszy sobie, że spała na ich progu postanowili ją przygarnąć. Gorazd z małżonką nie sprzeciwiali się. Pies został oficjalnie przygarnięty do rodziny ku uciesze najmłodszych.

Biełka była nie tylko dobrą przyjaciółką dziecięcych zabaw, ale również dobrą matką dla swych szczeniąt. I odchowawszy jedne, po jakimś czasie spodziewała się kolejnego miotu. Córki Gorazda zawsze z utęsknieniem czekały na psie potomstwo, którym mogły się opiekować.

– A wy, co tak się przedrzeźniacie. – Matka rodu, żona Gorazda zwróciła się do Rusa najmłodszego z synów oraz do jednej z córek.

– Bo Krzesia się zakochała! – Rus wypalił na cały głos z wielkim chichotem.

– To kłamstwo! – zaprzeczyła Krzesia rumieniąc się, jakby ze wstydu, że wydała się tajemnica.

Lutosława, jedna ze starszych sióstr trąciła lekko Rusa jakąś ścierką chcąc go skarcić za wyśmiewanie się z siostry. Jednocześnie zwróciła się do niej ze zrozumieniem ale jednocześnie z jakąś dziewczęcą solidarnością i ciepłem w głosie: – To prawda?

– To nie to. Pewien chłopiec jest dla mnie po prostu bardzo miły. Pomógł mi nieść wodę. – Tłumaczyła się Krzesia. – To Rus gada głupoty.

– Akurat głupoty!? – dalej śmiał się Rus. – A w lesie to z kim byłaś wczoraj wieczorem, a nad rzeką parę dni temu? Jakimś trafem to ten sam chłopak.

Wszyscy spojrzeli na dziewczę z zaciekawieniem, a ku uciesze Rusa.

– Czy on cię nachodzi bez twego przyzwolenia? – tym razem Czech skierował swe pytanie do siostry chcąc się dowiedzieć czy nie trzeba interweniować w jej ewentualnej obronie.

– Ależ nie – Rus pośpiesznie odpowiedział za siostrę kontynuując swoje naigrywanie. Wyciągnął przed siebie rękę, parodiując jakby podawał komuś własną dłoń i naśladując dziewczęcy głosik dalej brnął w temat. – Oni się trzymają za rączki.

Młodsi członkowie rodziny śmiali się z komicznej scenki odegranej przez ich brata. Jego błazeństwa wszystkich wprawiły w radosny nastrój. Nawet Krzesia się uśmiechała i tylko tuląc głowę w ramionach mimo woli przyznała, że nie jest to zmyślona historia.

Lutka objęła młodszą siostrę w geście zrozumienia dla jej uczuć i ponownie przylała Rusowi ścierką, aby się nie naigrywał z siostry. Skutek był jednak odwrotny od zamierzonego. Młodzież śmiała się jeszcze bardziej, co Rusa ponownie ośmieliło do dalszych błazeństw.

– Sam tak zbytkujesz, a niedługo i ty się będziesz uganiał za dziewczętami. Ciekawe jaką to piękność sobie upatrzysz? – Kolejna z dziewcząt poszła w sukurs siostrom obracając zdarzenie przeciwko Rusowi. Wstała i pokracznie przeszła się po izbie jakby trzymając kogoś pod ramię ku kolejnej fali śmiechu, tym razem z inicjatora całego przedstawienia.

– O, co to, to nie – Rus szybko zaprzeczył – Nie mam zamiaru zadawać się z dziewuchami.

Chłopiec rzeczywiście jeszcze z racji wieku nie interesował się dziewczętami ale to nie przeszkadzało innym aby teraz ponaigrywać się trochę z brata. Rus był jednak pogodnego usposobienia i śmiał się razem z innymi nawet z siebie samego.

Gorazd z żoną nie reagowali, bowiem całe zdarzenie było raczej radosne. Byli świadomi, że Krzesia już w swym wieku dorasta do czasu, kiedy to młodzi zaczynają zwracać na siebie uwagę, a i widzieli, że ich córka, która stała się bohaterką dzisiejszego wieczoru nie jest zbytnio skonfundowana całym wydarzeniem. Rzeczywiście tak było. Dziewczyna odwzajemniała sympatię chłopca, który się nią zainteresował. Właściwie to nawet była zadowolona, że wszystko się wydało, a całe zdarzenie tylko usankcjonowało ich, rodzące się ku sobie, uczucie.

– Kiedy to poznamy tego młodzieńca? – ojciec spytał się córki.

– Oj tatko – odpowiedziała nieco z zawstydzeniem Krzesia, bo jeszcze nie całkiem do niej dotarło, że już może tak swobodnie rozmawiać o chłopcu, który zawrócił jej w głowie ze wzajemnością.

– To powiedz, choć jak jego imię? – dopytywał dalej ojciec. – Z czyjego on rodu?

Wszyscy byli ciekawi toteż wzrok wszystkich skupił się na Krzesi z wyczekiwaniem na podanie imienia. Dziewczyna nie była jeszcze przygotowana do rozmowy na ten temat tym bardziej, że obawiała się trochę, aby rodzice dowiedziawszy się, kim jest ów młodzieniec nie zakazali jej spotykania się z nim.

Rus widząc, że siostra milczy, a że przeszpiegował ich dokładnie, szybko wtrącił – Ja wiem! To … – nie skończył. Błagalne spojrzenie siostry kazało mu zamilknąć i choć cały wieczór żartował sobie z niej, to jednak miłość rodzeństwa przezwyciężyła chęć dokazywania. Nawet począł zdawać sobie sprawę, że swoimi wygłupami wprawił swoją, przecież bardzo drogą mu siostrę, w nielichy kłopot.

Nagłe zamilknięcie Rusa spowodowało, że większość zorientowała się, iż z tą sympatią Krzesławy coś jest nie tak, jak być powinno. Wszyscy wpatrzeni w nią, oczekiwali dalszych informacji, lecz ich miny nie okazywały już tylko zaciekawienia, ale pojawiła się w nich nuta zaniepokojenia.

Krzesia nie mogła już dłużej zwlekać z odpowiedzią. Wiedziała, że teraz i tak wszystko szybko wyjdzie na jaw.

– Ingwar – szepnęła cichutko.

Wszyscy patrzyli na nią jakby nie dosłyszeli i jakby oczekiwali ponownego wyjawienia imienia jej wybrańca.

– To Ingwar – rzekła ponownie, tym razem głośniej, spuszczając wzrok jakby chowając się przed spojrzeniami pełnymi niedowierzania.

* * *

– Ingwar? – Imię to przebrzmiało wśród rodziny z niedowierzaniem

– To nie jest nasze imię – stwierdził Czech. – Co to za jeden?

Krzesława była nieco zaniepokojona, aby nie spotkać się z gniewem ojca. Gorazd jednak nie był skłonny do gniewu wobec córki, którą przecież jakieś tajemne porozumienie, któremu żaden człowiek przeciwstawić się nie może, pchnęła ku temu młodzieńcowi. Zastanawiał się raczej, jaki to będzie miało skutek dla przyszłości jednej z ukochanych córek. Czy wśród własnego ludu nie będzie uznana za odszczepieńca i jaki to będzie miało skutek dla całej rodziny? Wiedział jaki rodowód ma imię Ingwara, wydawało mu się nawet, że już gdzieś się zetknął z jakimś młodzieńcem o tym imieniu.

– Jest z Gepidów – wtrącił raczej bierny tego wieczoru Lech, środkowy wiekiem spośród trzech braci.

Gorazd widząc coraz większe zakłopotanie córki wstał, podszedł do niej i przytulił do siebie jakby gestem chcącym ochronić ją przed niebezpieczeństwem.

– No cóż serce nie sługa. Mamy jednak nadzieję, że niedługo przedstawisz nam tego młodzieńca. – Gorazd postanowił nie ingerować w sprawy sercowe swojej córki, co było zwyczajem ich ludu. Młodzi sami kojarzyli się w pary i jeśli nie było jakowejś jawnej przeszkody, rodzina nie stawała młodym na drodze. Co prawda sprawa Krzesławy była precedensem, bowiem nie znalazł w swojej pamięci, aby dziewczyna z ich ludu poślubiona była obcemu, choć odwrotne przypadki czasem się już zdarzały.

– Gepidzi, choć odmienne zwyczaje mają, to tacy sami ludzie jak my – zauważył ponownie Lech.

– No właśnie tatko, a skąd tu ci Gepidzi? w naszej ziemi? – spytał Rus.

Wszyscy chcieli usłyszeć odpowiedź. Czasami jakieś opowieści dochodziły do uszu dzieciarni, to jednak nie mieli jeszcze sposobności, aby porozmawiać o tym poważnie. Gorazd stwierdził, że właściwie nadarzyła się dobra okazja, aby o tym opowiedzieć.

– Panonia to właściwie nie jest nasza ziemia – rozpoczął Gorazd siadając pomiędzy córkami, które ustąpiły mu miejsca rozsuwając się nieco na boki.

– Jak to? – zdziwił się Czech. – Przecież tu się rodziliśmy i tu umierali nasi przodkowie.

– To prawda – kontynuował Gorazd. – Ja się tu rodziłem, wasza matka się tu rodziła i wasi dziadkowie też się tu rodzili. Ale ich ojce – Gorazd wciągnął większą ilość powietrza jakby obawiał się by nie zabrakło mu tchu, gdy będzie wyjawiał własnym dzieciom nieznaną genezę pochodzenia ich ludu – przybyli tu z krain daleko na wschodzie.

Wszyscy pospuszczali szczęki ze zdziwienia. Gorazd stwierdził, że rozpoczętą już sagę należy kontynuować.

Nasz lud wywodzi się z plemion zwanymi przez innych Wenedami1, Antami2 lub Sklawinami3. W rzeczywistości były to plemiona bardzo ze sobą spokrewnione używające podobnego do siebie języka toteż sami o sobie mówili, że są „jednego słowa”. Z czasem wszystkie te plemiona zmieszały się, że już nie można było rozróżnić jednych od drugich a jako, że na oznaczenie różnych rzeczy używaliśmy jednakowych lub podobnych słów toteż powoli zaczęliśmy sami siebie określać mianem…

– Słowian – wtrącił bystry jak zawsze Rus.

Wszyscy spojrzeli na Rusa z wyrzutem, aby nie przerywał ojcu opowieści.

– Otóż to. Rus ma rację – przyznał Gorazd. – Z czasem i inne plemiona zupełnie z nami niespokrewnione, a mające z nami styczność przejęły tą nazwę na określenie naszego ludu i tak już miano Słowian przylgnęło do nas chyba na zawsze. Nasi praojce żyli w spokoju i dostatku przez wiele pokoleń. Był to lud wolny, mieszkający w dużym rozproszeniu na ogromnym terenie. Były tam stepy ogromne zdatne do hodowli zwierząt, były tez ziemie żyzne gdzie rodziły się rozmaite zboża i rośliny wszelakie, lasów tez było dostatek zasobnych w zwierza płochego.

– No to czemuż nam było stamtąd wychodzić? – pytał tym razem zdumiony Czech.

– W naszych ziemiach pojawili się pewnego razu jacyś ludzie, którzy podobno zamieszkiwali ziemie jeszcze bardziej na wschód położone. Najpierw byli to nieliczne grupki. Zupełnie nieszkodliwe. Budzili wielkie zaciekawienie wśród miejscowych. Byli niskiej i krępej budowy ciała. Ludzie ci byli bardzo ruchliwi. Nigdzie nie usiedzieli dłużej niż dzień cały, a przemieszczali się bardzo szybko. Jednego dnia byli w jednym miejscu, a innego już można ich było spotkać zupełnie gdzie indziej. Zdawało się, że w ogóle mieszkają na swych koniach w ogóle z nich nie złażąc.

– A skąd oni mieli tyle koni? – zaciekawił się Rus.

– Cicho, daj ojcu opowiadać – ktoś go skarcił.

– No cóż. Ponoć każdy miał swojego konia. Całe życie spędzali na ich grzbietach przemieszczając się z miejsca w miejsce, nigdzie nie pozostając na długo. Cały dobytek oraz kobiety wozili na wozach, które im za mieszkanie służyły. Pojawiali się w coraz większych i coraz liczebniejszych grupkach. Okazało się, że pojawiające się grupy były zwiadami, które rozpoznawały teren, bowiem ich zamiary były wrogie wobec naszego ludu. Pewnego dnia doszło do pierwszych napaści, grabieży i mordów. Kobiety brano w niewolę, a mężczyzn wybijano w pień. Od najmłodszego do najstarszego. Jeśli ktoś jakimś zrządzeniem losu ocalał nigdy już nie zobaczył swych bliskich. Hunowie4 przybywali coraz większymi masami. Osiedlali się na naszych ziemiach czyniąc naszych niewolnikami.

– A dlaczego nie walczyli? Przecież mogli się bronić. – Rus był już wzburzony i szczerze nie cierpiał Hunów.

– Walczyli, jednak przeciwnik miał wielokrotnie większą siłę. Poza tym Słowianie żyjący w rozproszeniu na ogromnym obszarze nie mogli się szybko porozumieć i zebrać wspólnych sił przeciw najeźdźcy by pokonać wroga. Nasze ludy od niepamiętnych czasów nieznające wojen nie były przygotowane na taki najazd. Jednym sposobem na zachowanie częstokroć życia, a już na pewno jedności rodzin, czy też własnych nieskrępowanych zwyczajów było uciekać. Jak najdalej od wroga. Część naszych grup poszła na północ, inni na zachód. Najliczniejsza rzesza, którym udało się jeszcze uciec poszła na południe. Ku granicom cesarstwa rzymskiego licząc na jego ochronę.

Częściowo tak się stało. Imperium zgodziło się na osiedlenie Słowian w nadgranicznych prowincjach, ale za cenę udziału w wyprawach właśnie przeciw Hunom lub w pacyfikacji wszelakich buntów wewnątrz cesarstwa. Wtedy też Słowianie nauczyli się żołnierskiego fachu. Walki z Hunami przechylały szalę zwycięstwa raz w jedną, innym razem w drugą stronę.

Okazało się jednak, że nasze obecne ziemie były też atrakcyjne dla innego ludu. Byli to Gepidzi, z których jest właśnie Ingwar. – Gorazd zwrócił się do Krzesławy: – Gepidzi przybyli z dalekiej północy, gdzie klimat ponoć surowy, zimy długie, a ziemia słabo rodzi rośliny. Dla nich wędrówka na południe oznaczała lepsze i zasobniejsze życie. Tak też doszli do północnych granic cesarstwa. Tutaj zjednoczyli swe siły z wojskami cesarskimi, pod których dowództwem walczyli również Słowianie i pokonali Hunów raz na zawsze. Podobno była to walka straszliwa. Niektórzy opowiadali, że podczas bitwy ludzie spotykali po stronie wroga swych krewnych, których Hunowie pojmali w niewolę i którymi zasilili własne oddziały. Pokonani cofnęli się na wschód na nasze dawne tereny, a my nie mając dokąd iść pozostaliśmy w Panonii. Niestety Imperium Rzymskie rozpadło się pod wpływem wewnętrznych walk i wpływów o władzę. Teraz razem z Gepidami bronimy się przeciw Longobardom, którzy uparcie nękają nas od zachodu. Na szczęście Hunowie od lat podzieleni, toczą własne potyczki między sobą, pozostawiając nas od wschodu bezpiecznymi.

– To Panonia była kiedyś częścią Cesarstwa? – zapytał zaciekawiony Lech.

– Tak. – Gorazd kontynuował swoją opowieść: – Niegdyś obejmowało całe ziemie od Panonii właśnie, aż po wielki nieprzebyty ocean daleko na zachodzie. No, ale chyba starczy na dzisiaj tych opowieści. Trzeba iść spać.

– Nie tatko, opowiedz coś jeszcze – słuchacze zaprotestowali.

Szczególnie chłopcy byli złaknieni ojcowskich opowieści, które przeżywali w swojej wyobraźni jakby na jawie.

– To tyle, trzeba odpocząć przed jutrzejszym dniem – zadecydował Gorazd. – Jutro czeka nas trochę pracy. Lech pójdziesz z Czechem na pastwiska. Zdaje się, że kilka krów i owiec może w krótkim czasie rodzić młode, więc pasterzom przyda się pomoc.

– A ja mogę iść? – spytał Rus, który jeszcze nie był na pastwiskach, a co było jego długo wyczekiwanym marzeniem.

– Akurat, młokosie. Myślisz, że ktoś będzie miał czas, aby się tobą opiekować – odpalił Czech, który już całkiem dorosły nie miał ochoty brać na siebie odpowiedzialności za najmłodszego z barci, który był bardzo żywym chłopcem i ciężko było go upilnować.

– No właściwie to mógłbyś się już przysposabiać do pracy – zauważył ojciec.

Lech chwycił Rusa w swoje ramiona, nieco go ścisnął, aby młodzik odczuł siłę brata. – No cóż. Skoro tak, to damy sobie radę. Prawda młody?

– A jakże – przytaknął Rus udając, że ledwie może wydobyć z siebie jakikolwiek głos.

Dwaj młodsi bracia rozumieli się wyśmienicie. W ich głowach już się tliły pierwsze pomysły na jutrzejsze spędzenie dnia poza domem i na wspólne przygody. Tylko Czech słusznie się domyślał, że jak Rus pójdzie na pastwiska to i z Lecha nie będzie większego pożytku.

– Dziewczęta pójdą jutro na targ sprzedać sery. – Tym razem matka wydała rozporządzenia. – Ostatnio sporo narobiłyśmy i trzeba trochę sprzedać.

– Słusznie – przytaknął Gorazd. – Przyda się trochę grosza.

Wszyscy powoli rozchodzili się po domu, aby pozałatwiać swoje sprawy i powoli kłaść się na nocny spoczynek.

* * *

Rodzina Gorazda wiodła całkiem znośny byt. Co prawda nie opływali w złoto ani nie byli najbogatsi pośród całej okolicznej społeczności, ale radzili sobie całkiem dobrze, aby nie zaznać głodu i móc zaspokoić swoje najważniejsze potrzeby.

Źródłem utrzymania rodziny była hodowla. Gorazd odziedziczył niewielkie stado kóz i owiec po swoim ojcu. Jednak był to dobry początek. Najpierw sam zajmował się swoim stadem, ciężko pracując od świtu do nocy. Gdy poślubił swoją małżonkę zyskał cenną pomoc. Najpierw młodym wiodło się całkiem dobrze. Koczowali razem ze stadem doglądając je w każdej chwili i ciągle powiększając, aby móc wieść w przyszłości dostatnie życie. Jednak po pewnym czasie w stadle5 pojawiło się dziecko, potem drugie. Dla młodych małżonków jasnym się zdało, że nie sposób jednocześnie wędrować z trzodą po pastwiskach i zajmować się drobną dziatwą.

Gorazd zbudował na skraju lasu lichą chatę z drewna, gdzie rodzina mogła osiąść by spokojnie wychowywać kolejne, powoli się powiększające, pokolenie. Gorazd, jak dawniej, zaczął sam zajmować się stadem, ale już znacznie większym. Zdarzało się nawet, że musiał prowadzić trzodę na odleglejsze tereny, przez co nie było go w domu przez kilka dni. Pojawiły się nowe trudności. Gorazd troskał się o bezpieczeństwo rodziny pozostawionej bez opieki w chacie. Nie dawał też sobie samodzielnie rady ze stadem przerastającym siły pojedynczego człeka. Sam musiał pilnować stada, aby się jakaś sztuka gdzieś nie zapodziała. Dojenie mleka zajmowało ogromną ilość czasu. To, co pozostało, trzeba było poświęcić na strzyżenie owiec, lub na uciążliwe wyrabianie sera. Nocami trzeba było pilnować stado przed drapieżnikami, co nie zawsze się udawało. Cały dorobek pracy Gorazd trzymał na dwukołowej kolasce, którą przepychał wraz z przepędzanym stadem na nowy teren. Jasnym się stało, że trzeba mu nowych rąk do pracy.

Tak też się stało. Przyjął w końcu do pracy pastuchów, płacąc im z początku tym, co dało stado. Gdy Gorazd odzyskał nieco siły zaczął dalej powiększać hodowlę. Zauważył, że dzięki pracy innych może sam mieć więcej czasu. Powoli zaczął zwalniać się z pilnowania trzody i prowadzaniem ich po pastwiskach. Potem nawet dojenie, strzyżenie owiec, wyrabianie sera, ubój i wyprawianie skóry zlecał swoim najemnikom, pozostawiając sobie tylko handel wytworzonymi dobrami. Nowa organizacja pracy zaczęła przynosić większe dochody.

Gorazd był sprawiedliwy dla zatrudnianych pasterzy. Jeśli który przykładał się do swojej pracy otrzymywał lepszą zapłatę. Ci, którym było to na rękę i nie stronili od roboty jeszcze bardziej przykładali się do swoich obowiązków. Wytworzyło to między właścicielem, a pasterzami wzajemne zaufanie i przynosiło wszystkim coraz większe korzyści. Kilku pasterzom pomógł nawet założyć własne stada, przez co stał się dla nich niby patronem, a oni sławili jego szlachetność w całej okolicy

Bezpośredni handel dobrami uzyskanymi z hodowli bydła przyniósł większy dochód niż korzystanie z całego mnóstwa pośredników zajmujących się handlem różnymi towarami. Po pewnym czasie Gorazd doszedł do znacznej majętności., a że już tylko sporadycznie nocował przy stadzie postanowił przenieść się z całą rodziną do najbliższej osady, gdzie życie było łatwiejsze i bezpieczniejsze.

Majętność i niezależność rodziny sprawiły, że w nowym miejscu zamieszkania Gorazd szybko zdobywał uznanie wśród współplemieńców stając się z czasem członkiem miejscowej starszyzny.

* * *

– Gdzie Czech i Lech? – Rus wstawszy po nocnym odpoczynku rozglądał się za braćmi, z którymi miał się zabrać na pastwisko. Marzył od dawna, aby iść do stada. Spodziewał się tam doświadczyć wielu przygód. Liczył, że będzie mógł pomagać pasterzom w ich obowiązkach. Obecna wycieczka była tym bardziej pociągająca, że po raz pierwszy w życiu miał pójść gdziekolwiek dalej bez matczynej, a nawet ojcowskiej opieki, tylko z braćmi i na dodatek na kilka dni. Tylko on, bracia i pasterze, przy nocnych ogniskach, słuchając opowiadań o leśnych strachach, o dawnych dziejach, wojnach i potyczkach, ale także być uczestnikiem różnych pasterskich żartów.

– Chyba nie poszli beze mnie? – dopytywał krzątającej się w izbie matuli, jednocześnie, nieco niezdarnie, że wydawałoby się wręcz komicznie, podtrzymując jedna ręką wciągnięte przed chwilą portki, drugą ręką poprawiał właśnie zarzuconą na siebie koszulinę.

– Są na podwórzu, szykują się do drogi – odparła matka chcąc uspokoić obawy najmłodszego syna.

Chłopak wybiegł z domu nie dbając o to, że się jeszcze nie przyodział do końca. Doszedł go tylko wołający głos matki.

– Gdzie biegniesz, toć śniadanie już prawie przyszykowane.

Rus nie dbał teraz o pusty żołądek. Wyprawa była ważniejsza. Po chwili dopadł braci przy stajni.

– Jesteście! – zawołał na ich widok.

Starsi bracia właśnie szykowali osły do drogi. Przyczepiali jakieś tobołki, w których był prowiant i różne przedmioty, które uznali, że będą im potrzebne na pastwisku.

– Kiedy wyruszamy? – zapytał, zadowolony, że widzi trzy objuczone osły, co oznaczało, że bracia o nim nie zapomnieli.

– Zaraz – odpowiedział Czech puszczając porozumiewawczo oko do Lecha. – Jak tylko skończymy przytraczać tobołki.

– No właśnie, a że już kończymy to zaraz nas tu nie będzie – Lech poparł najstarszego z braci.

– Ale ja jeszcze nie jestem gotowy? – Rus, zorientował się, że jeszcze nie odział się odpowiednio.

– No cóż? My w każdym razie już wyruszamy – stwierdził Czech.

– Tak, tak – przytaknął Lech – musimy jak najszybciej iść. Szkoda czasu.

Rus był coraz bliższy rozpaczy na myśl, że bracia mogą odejść zostawiwszy go w domu, z siostrami, co prawda bardzo mu drogimi, ale one przecież nie znały się na chłopięcych zabawach. Natomiast on sam tęskniłby za przygodami jakie mogłyby go ominąć gdyby nie udał się na wyprawę.

Czech i Lech domyślali się co czuje ich braciszek i uśmiechali się pod nosem, zadowoleni, że udało im się go nabrać.

W tym momencie nadszedł Gorazd.

– Jak tam przygotowania do drogi? Nie zapomnieliście spakować powrozów? Pasterze prosili aby im dowieźć.

– Już zapakowane. I już wyruszamy – odrzekł Czech, chcąc jeszcze trochę pożartować z Rusa.

– To dobrze – stwierdził Gorazd zadowolony, że synowie pamiętają o jego poleceniach i chętnie je wypełniają. – Ale jak to wyruszacie? – spytał zdziwiony. – Matka kazała was przynaglić bo strawę ciepłą nawarzyła co byście się przed drogą dobrze posilili.

Rus pojął w mig, że bracia się z niego naigrywali.

– O wy oszuści jedni! – Rzucił się na nich udając wielką złość, ale tak naprawdę nie czuł do nich żalu. Przyzwyczaił się już, że bracia często robili mu psikusy ku radości jego samego.

Lech złapał chłopca i radośnie uniósł go w górę. – A co myślałeś, że cię zostawimy mimo, że przyobiecywaliśmy co innego?

– A kto może wiedzieć co zrobicie? – odparł Rus.

Czech poczochrał najmłodszego brata po czuprynie. – Chodźmy jeść, a zaraz potem ruszamy co by jeszcze dzisiaj wczesną porą dotrzeć do celu.

Lech posadził sobie Rusa na barki i niósł go niczym piórko do domu.

Gorazd zadowolony z widoku synów pałających do siebie braterską miłością, powolutku szedł za nimi do kuchennej izby.

* * *

Posiłek przebiegł w radosnej atmosferze. Nadszedł też czas by wyruszyć w drogę.

Wszyscy odprowadzili chłopców do czekających osiołków.

– Tylko uważajcie na siebie. – Matka upomniała chłopców. – Żadnych głupot nie wyczyniajcie co by jakimś nieszczęściem się nie skończyło.

Rus podbiegł do rodzicielki i przytulił się, mocno ją obejmując. – Kocham Cię matulu.

– Też cię kocham synku. – Matka odwzajemniła się synowi. Wzięła go za rękę i podprowadziła do jednego z osłów. – Posadzie go na ośle, będzie mu lżej.

Rus odczuwał w sercu jakiś niepokój, jakby tęsknotę za matką, której jeszcze nie opuścił, a jakby już tęsknił za jej widokiem, za pocałunkiem przed snem, przed poczuciem bezpieczeństwa, które gwarantowały jej ramiona w chwili niepewności. Jednak ekscytacja podróżą tylko z samymi braćmi, z dala od rodziców oraz pierwszej nocy poza domem zdanym jakby tylko na siebie, no i oczywiście braci, sprawiało, że czuł iż z tej wyprawy wróci już nie byle pacholęciem jakim go traktowano do tej pory ale już prawie mężczyzną.

Ojciec posadził Rusa na ośle. W tym czasie, starsi bracia pożegnali się z matką oraz siostrami.

– Odprowadzę was nieco – zadeklarował Gorazd.

Czech chwycił sznurek od wędzidła swego osiołka i wyprowadził go z podwórza na drogę. Za nim szedł Lech, a na końcu Gorazd trzymający osła niosącego na grzbiecie Rusa.

Czas jakiś szli drogą, prowadzącą na północ osady, w kierunku gdzie znajdowały się ich stada.

Gorazd po drodze wydawał synom ostatnie polecenia i rady. Tak minęli ostatnie zabudowania. Ich uszu dochodził przyjemny, jakby przytłumiony, odgłos oślich kopyt stąpających po ziemnej drodze.

– Tutaj się pożegnamy – postanowił Gorazd.

Ojciec podszedł do najmłodszego z synów, a jako że ten siedział na ośle, chwycił go w pasie. – Pilnuj się braci. Nigdzie sam się nie oddalaj. – Gestem dał znać, że chce go uściskać. Rus nachylił się ku ojcu, który złożył na czole syna pocałunek.

Potem uściskał Lecha i Czecha. Obaj dosiedli swoich wierzchowców. Gorazd począł przywiązywać wodze zwierzęcia, na którym podróżował najmłodszy z synów do osła Czecha. Obawiał się bowiem, że synek samemu prowadząc zwierzę nie zdoła go opanować gdyby coś niespodziewanie je spłoszyło.

– Tatko, ja sam pojadę. Umiem już.– protestował syn.

– To fakt. Potrafi już trzymać wodze w ręce – potwierdził Lech.

Gorazd spojrzał na najstarszego z synów oczekując poparcia dla jego zamiaru. Jednak Czech tylko z lekkim uśmiechem na twarzy kiwnął na znak, że bracia mają rację. Przez ułamek sekundy, Gorazdowi zdało się, że wyraz twarzy Czecha mówi, iż nie wszystko wie o własnych synach, że mają swoje sekrety. Spojrzał jeszcze na Lecha. Jego twarz mówiła to samo.

– Ale to dobrze – pomyślał Gorazd. – To znaczy, że są za sobą, że łączą ich nie tylko więzy krwi, ale i przyjaźń serdeczna.

Gorazd poczuł jak jego serce napełnia się ciepłem szczęścia. Podał wodze Rusowi, ku jego zadowoleniu.

– Uważaj na siebie.

Chłopiec mocno chwycił sznurki, jakby się obawiał, że może je jeszcze stracić, a w tej chwili wydawały mu się oznaką niepohamowanej wolności, której pragnął z całej siły.

– Jeźdźcie prosto do stada co byście przed nocą zdążyli. – Mimo wszystko Gorazd postanowił jeszcze na koniec upomnieć synów.

Chłopcy obrócili swoje rumaki w kierunku ich marszruty. Pchnęli lekko piętami, dając osiołkom sygnał by ruszyły się z miejsca.

– Bywaj ojcze. – Doszedł go głos jednego z synów.

– Bywaj. Bywaj. – Zawtórowali dwaj pozostali.

Gorazd odprowadzał wzrokiem oddalających się powoli synów wdzięczny bogom za dar jakim go obdarzyli.

* * *

Dzień był piękny. Chłopcy wędrując na grzbietach osiołków cieszyli się otaczającą ich przyrodą, obfitością barw, odgłosami natury. Jak okiem sięgnąć rozpościerały się przepięknie migocące kępy kwitnących ziół na soczyście zielonym dywanie traw. Panoramę równiny łamały stojące gdzieniegdzie pojedyncze drzewa lub zgrupowane, tworzyły mniejsze lub większe zagajniki i laski. Linię horyzontu zamykał ciemnozielony, a nawet czasem granatowy pas lasu a ponad nim rozmywał się w błękicie nieba nieco rozmyty zarys odległego pasma górskiego.

Ścieżka, którą wędrowali chłopcy była przeplatana to piaskiem, to żwirem, a czasem i grubszym kamieniem, o które obijały się ośle kopytka. Obok wił się mały strumyk skrząc się w słonecznym blasku. Gdzieniegdzie był tak płytki, że zdawało się, iż woda tylko z ledwością przepływa ponad gruntem odsłaniając mniejsze i większe kamienie. Droga czasem wykorzystywała takie miejsca, aby przeprowadzić jeźdźców na drugą stronę.

Czech, jako