Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 312 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zgrany duet - Diana Palmer

Agent FBI Jon Blackhawk nie ma łatwego życia ze swą asystentką Joceline Perry. Wiele ich różni. Ona jest spontaniczna, pełna życia i wiecznie uśmiechnięta. On skryty, małomówny, całkowicie skupiony na pracy. Chociaż nieustannie kłócą się na gruncie prywatnym, to w sprawach zawodowych działają jak zgrany zespół. Łączy ich brak życia osobistego. Są samotni, ale w głębi serca oboje marzą o prawdziwej miłości. Z czasem ich relacje ulegną zmianie. Widać, że Jon jest coraz bardziej zauroczony Joceline. Jednak idealna asystentka ukrywa sekret, który może zburzyć jego poukładane życie…

Opinie o ebooku Zgrany duet - Diana Palmer

Fragment ebooka Zgrany duet - Diana Palmer

Diana Palmer

Zgrany duet

Tłumaczenie: Janusz

Dla D. A. z wyrazami głębokiej wdzięczności.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Atrakcyjna blondynka siedząca przed biurkiem Jona Blackhawka w biurze FBI w San Antonio była irytująca, zresztą jak większość kandydatek na żonę, które zwalała mu na głowę jego pełna najlepszych intencji matka. I tak już był całkiem nie w sosie, jako że niebawem miał zeznawać przed sądem w charakterze świadka. Zafascynowanie tej kobiety najnowszymi trendami we fryzjerstwie sprawiło, że zaczął tęsknie rozmyślać o barach, chociaż nigdy nie pił ani kropelki.

– Uczesał mnie pan James w zakładzie Sherigana – paplała dalej, wskazując swoją fryzurę, która, prawdę mówiąc, wyglądała, jakby ktoś włożył głowę blondynki do miksera. Jon powstrzymał się jednak przed wygłoszeniem tej uwagi. – Mógłby dokonać cudów z twoimi długimi włosami. Są takie retro!

Zapukano do drzwi, ale tylko pro forma, bo nie czekając na „Proszę wejść!”, do gabinetu wetknęła głowę Joceline Perry, asystentka Jona.

– Przepraszam, panie Blackhawk, ale za dziesięć minut ma pan być w sądzie.

Skinął głową, pohamowując chęć zatańczenia z radości na biurku. Wprawdzie byłoby to zupełnie nie w jego stylu, ale wysłuchiwanie przez pół godziny informacji o modzie kompletnie go otumaniło.

Wstał.

– Miło mi się z tobą gawędziło, Charlene. Proszę, przy najbliższej okazji pozdrów ode mnie moją matkę.

– Będę się z nią widzieć dziś wieczorem. Idziemy na tę romantyczną komedię Szekspira w nowoczesnej inscenizacji – oznajmiła z entuzjazmem. – Twoja matka ma trzy bilety – dodała z pełnym nadziei uśmiechem.

Jon odchrząknął, rozpaczliwie usiłując znaleźć jakąś wymówkę. Czuł pustkę w głowie, szczęśliwie w sukurs przyszła mu Joceline:

– Dziś o siódmej ma pan spotkanie z informatorem. – Patrzyła na niego szeroko otwartymi niebieskimi oczami, nawet nie mrugnęła powieką.

– Całkiem wyleciało mi z głowy. Dziękuję, że mi przypomniałaś – rzekł ze skrywaną ulgą, zarazem zły na siebie, że mógł zapomnieć o czymś takim. Tylko o którego informatora chodziło? – Cóż, może innym razem – zwrócił się do Charlene.

Blondynka najpierw wzruszyła ramionami, po czym oznajmiła:

– Jak widzę, w twojej profesji pracuje się o najdziwniejszych porach. – W zadumie zmarszczyła brwi. – Mógłbyś pomyśleć o zmianie zawodu. Kiedy się ożenisz, nie będziesz miał czasu na takie wieczorne spotkania służbowe.

– Nie planuję małżeństwa. – W czarnych oczach Jona pojawił się niepokojący błysk.

Obrzuciła go dziwnym spojrzeniem, nim rzekła beznamiętnym tonem:

– Twoja matka mówiła, że zamierzasz ustatkować się i założyć rodzinę.

– To jej zdanie, nie moje – oświadczył stanowczo z pochmurną miną.

Charlene obdarzyła go uroczym uśmiechem i dotknęła rękawa jego szarej marynarki nienagannie wymanikiurowaną dłonią.

– Większość mężczyzn wzdraga się przed ożenkiem i założeniem rodziny, dopóki nie uświadomią sobie, jakie to cudowne. – Gdy Jon niewzruszenie milczał, zaryzykowała uwagę: – Cóż, nie od razu Rzym zbudowano.

– Za to został błyskawicznie zburzony przez Karola V i jego armię podczas jednego z najbardziej gwałtownych ataków w historii wojen – wtrąciła Joceline. – Papież musiał salwować się ucieczką, żeby ocalić życie. – Jej niebieskie oczy przybrały rozmarzony wyraz. Miała krótko obcięte czarne włosy, które ledwie zakrywały małe kształtne uszy. – Karol V był teściem Marii Tudor, siostry Elżbiety I. Kiedy Maria i Filip II się pobrali, ona miała trzynaście lat, a on dwadzieścia. To było bardzo dziwne małżeństwo, ale w rodzinach królewskich w szesnastym wieku traktowano te kwestie inaczej niż obecnie. Czy interesuje się pani historią? – spytała z uśmiechem.

– Brr... – wzdrygnęła się demonstracyjnie Charlene. – Co za straszna, co za obrzydliwa dziedzina. Dzieje dawno zmarłych ludzi!

Joceline uniosła brwi.

– Przeszłość wyznacza naszą przyszłość – oznajmiła. – Na przykład czy pani wie, że w siedemnastowiecznej Ameryce kobiety oskarżano o czary i wieszano nawet za najdrobniejsze występki? – Przechyliła głowę na bok. – Gdyby w owych czasach w Massachusetts pokazała się pani w tej bluzce, natychmiast wylądowałaby pani w rzece, uważano bowiem w tamtych czasach, że tylko czarownice nie toną, kiedy wrzuci się je do wody. – Znów się uśmiechnęła.

Charlene zmierzyła ją tak bardzo obojętnym, że aż obraźliwym spojrzeniem, i powiedziała:

– Ta bluzka to ostatni krzyk mody. – Popatrzyła z irytacją na prostą czarną spódniczkę Joceline, czarne pantofle na niskich obcasach i niebieską bluzkę zapinaną na guziki. – Za to pani mogłaby trafić do więzienia za taki okropny gust – zakończyła z jawną pogardą.

– Nie, nie, wtedy za coś takiego nie zamykano ludzi w więzieniach – zripostowała Joceline. – Owszem, zakuwano ich w dyby, ale nie za konserwatywny strój. – Znów przechyliła głowę. – Natomiast kobiety zdradzające mężów piętnowano żelazem, wypalając im wielką literę A.

Coraz bardziej rozgniewana Charlene odchrząknęła, po czym oznajmiła:

– Jesteśmy z mężem w separacji i w trakcie rozwodu.

– Naprawdę? – Joceline nie odrywała od niej wzroku. – Co za szczęście, że mamy dwudziesty pierwszy wiek.

– Nie zdradzałam go! – rzuciła z furią Charlene.

W oczach Joceline malowała się czysta niewinność.

– Mój Boże, przecież niczego takiego nie sugerowałam – powiedziała słodziutko.

Charlene zaczerwieniła się, zaciskając wymanikiurowane dłonie w pięści i przyciskając je do spodni z kosztownego materiału opinających wąskie biodra.

– Ja i dżentelmen, którego ma pani na myśli, zjedliśmy tylko razem kolację po teatrze. Cała reszta to stek kłamstw!

– Nie wątpię – odrzekła Joceline, uśmiechając się leciutko.

Jon, który przysłuchiwał się z rozbawieniem temu słownemu pojedynkowi, w końcu się opamiętał.

– Panno Perry, czy przypadkiem nie wzywają pani pilne obowiązki? – zapytał z naciskiem.

– Słucham, sir? – Joceline aż zamrugała ze zdziwienia.

– Chodzi mi o przygotowanie materiałów do kolejnego przesłuchania w sądzie w prowadzonej przeze mnie sprawie o porwanie.

– Ach, racja, sprawa w sądzie – rzekła, ale nie wyszła z gabinetu.

Charlene z irytacją sięgnęła po torebkę.

– Widzę, że to nieodpowiednia pora na rozmowę – zwróciła się do Jona. Podeszła do niego bliżej, zakasłał, gdyż owionęła go woń jej drogich perfum. – Pogawędzimy jeszcze później, w bardziej... sprzyjających okolicznościach, dobrze?

Odchrząknął. Nie mógł się już doczekać, kiedy nieszczęsna Charlene opuści gabinet.

– KK – odparł, używając skrótu, którym internetowi gracze zastępują słowo „okay”.

– Te skróty są idiotyczne. – Spiorunowała go wzrokiem. – Ty też, tak jak twój brat, grasz w te kretyńskie gry wideo, prawda? Cóż, to kolejna rzecz, z której będziesz musiał zrezygnować. Żadna kobieta nie zniesie tego, by jej mąż każdą wolną chwilę spędzał przy grach komputerowych.

– Chyba że sama też w nie gra – wtrąciła Joceline ze słodkim uśmiechem. – W dzisiejszych czasach wiele z nas to robi.

Zdumiony Jon po prostu gapił się na asystentkę, a Charlene obrzuciła ją gniewnym spojrzeniem.

– Nie wątpię – rzekła szorstko.

Wciąż uśmiechnięta Joceline ostentacyjnie zmierzyła wzrokiem jej fryzurę.

– Ojej, czy pani przypadkiem nie wsadziła głowy do miksera?

Jon zakasłał gwałtownie, maskując parsknięcie śmiechem.

– Informuję panią, że zapłaciłam za to czesanie sto dolarów! – wrzasnęła wściekle Charlene.

Joceline uniosła rękę.

– Proszę trochę ciszej. To urząd federalny, tu nie wolno krzyczeć.

Rozdrażniona Charlene spojrzała kolejno na nich oboje.

– Moja noga nigdy więcej tu nie postanie! – oznajmiła wyniośle. – Jon, spotkamy się u Cammy, gdzie będziemy mogli normalnie porozmawiać.

Nie odpowiedział, natomiast Joceline z chłodnym uśmiechem ostentacyjnie otworzyła drzwi.

– Miłego dnia – rzuciła za wychodzącą Charlene, która idąc przez sekretariat, mamrotała coś do siebie.

Jon wybuchnął długo hamowanym śmiechem, a gdy już się trochę uspokoił, zaczął strofować Joceline:

– To było bardzo nieuprzejme.

– Naprawdę? – Zupełnie niespeszona zerknęła w stronę drzwi. – Mam ją tutaj zawołać i przeprosić? – Patrzyła na niego niczym ucieleśnienie niewinności.

– Jeśli to zrobisz, z miejsca cię wyleję.

Wzruszyła demonstracyjnie ramionami, po czym odparła z uśmiechem:

– Nie tak trudno znaleźć pracę kobiecie, która pisze na komputerze i udziela darmowych porad w kwestii gier wideo.

Blackhawk niecierpliwie machnął ręką.

– Wracaj do swoich obowiązków. Aha, z którym informatorem mam spotkanie o siódmej? – zapytał, marszcząc brwi.

– Jeśli pan tak bardzo nalega, mogę jakieś zorganizować.

Najpierw się zaśmiał, potem westchnął ciężko.

– Cammy doprowadza mnie do szału tym nasyłaniem coraz to nowych kandydatek na żonę. A ja nie chcę się żenić! – zakończył stanowczo, spoglądając gniewnie na stojącą w progu Joceline.

Uniosła ręce w obronnym geście.

– Niech pan tak na mnie nie patrzy! Też nie marzy mi się żaden ślub, więc jeśli zamierza mi się pan oświadczyć – zmierzyła go wyniosłym spojrzeniem – to radzę zrezygnować, bo znam tylko jedną odpowiedź: nie! „Tak” nigdy pan nie usłyszy, bo mój synek byłby zrozpaczony, gdyby musiał dopuścić kogoś trzeciego do naszych bitew w Super Mario. – Chodziło o jedną z najpopularniejszych gier komputerowych.

– Nie ma problemu. Lubię gry militarne – oświadczył Blackhawk.

– A MMORPG, w którą gra pan z bratem? – spytała, mając na myśli agenta federalnego McKuena Kilravena.

– Masowa gra RPG online – rozwinął skrót, po czym dodał z uśmiechem: – Nigdy nie podejrzewałem, że jesteś takim zagorzałym graczem.

– Też siebie o to nie podejrzewałam – wyznała z westchnieniem – ale Markie uwielbia gry komputerowe.

Jej syn. Nigdy nie była mężatką, ale spotykała się z żołnierzem, który został wysłany na Bliski Wschód i już nie wrócił. Blackhawka zaskoczyła wiadomość, że konserwatywna i religijna Joceline Perry ma nieślubne dziecko. Nigdy nie wspominała o ojcu chłopca, a o synku bardzo rzadko. Podobnie jak Jon, skrupulatnie strzegła swej prywatności, tę sferę życia otaczała wielką dyskrecją.

Joceline zdawała sobie sprawę, że budzi w Jonie ciekawość. Przyjrzała mu się ukradkiem i pomyślała, że jest bardzo seksowny. Był wysoki i szczupły, miał świetną sylwetkę i naturalną elegancję w ruchach, wrażenie robiły też jego długie, gęste czarne włosy związane w koński ogon. Kobiety uważały go za atrakcyjnego, on jednak zachowywał się nieprzystępnie. Plotkowano, że nigdy z żadną się nie związał. Zarówno on, jak i jego brat wyznawali konserwatywne poglądy, co nadawało im rys pewnej wyniosłości wobec tych, którzy inaczej traktowali życie, uważano też powszechnie, że nigdy nie sprzeniewierzyli się swym ideom i prowadzili powściągliwy, surowy tryb życia.

Odsunęła od siebie te rozmyślania. Znała Jona Blackhawka lepiej niż ktokolwiek inny. Od pięciu lat pracowała z nim w terenowym biurze Oddziału Zwalczania Ciężkich Przestępstw i często obserwowała z podziwem, jak skutecznie rozwiązywał sprawy porwań, w których się specjalizował. Szczególnie interesował się problematyką handlu ludźmi, zwłaszcza dziećmi. W pracy odznaczał się zawziętą nieustępliwością. Była to jedna z wielu cech, które Joceline w nim podziwiała.

Zastanawiała się, co Jon Blackhawk sądzi o jej moralności, skoro wie, że ma nieślubnego syna. Markie był jedynym cudem w jej życiu, jedynym czystym dobrem, jedynym prawdziwym szczęściem, ale kiedy zorientowała się, że zaszła w ciążę, nie tylko była zaskoczona, ale i przeżyła wstrząs. Cóż, zdarzyło się to w najmniej odpowiedniej chwili. Joceline mówiła wszystkim, że ojciec dziecka był tylko jej dobrym przyjacielem, który przyjechał do domu na przepustkę z wojska. Współczuła mu, gdyż właśnie porzuciła go dziewczyna, z którą był związany przez wiele lat. Joceline często się z nim spotykała, ale wyłącznie towarzysko. Jednakże tamtej nocy oboje za dużo wypili... a w każdym razie taka była oficjalna wersja Joceline.

Choć nie całkiem zgodna z prawdą.

Joceline miotały sprzeczne emocje, nie wiedziała, czy w ogóle powinna donosić ciążę. Istniało mnóstwo powodów, dla których powinna była ją usunąć. Jednak miłość do ojca dziecka – mężczyzny, który nigdy się o nim nie dowie – sprawiła, że nie poszła do kliniki aborcyjnej. Taki oto mroczny i dramatyczny sekret ukrywała...

– Pytałem – powtórzył zniecierpliwiony Jon – czy w związku z tym, że muszę stawić się w sądzie, poleciłaś przesłać akta sprawy do mojego notebooka?

– Przepraszam, ale o jakiej rozprawie pan mówi? – spytała zdziwiona.

– O dzisiejszej! – Z irytacją zmarszczył brwi. – Sama o niej mówiłaś, a nawet mnie popędzałaś, żebym się nie spóźnił. Sprawa dotyczy uprowadzenia dziecka Rodrigueza. Sądziłem, że rozprawa odbędzie się dopiero w przyszłym tygodniu.

– Faktycznie, w przyszłym tygodniu – powiedziała, wydymając wargi.

– Świetnie. I dzięki, że mnie uratowałaś, może nawet ocaliłaś życie. Jeszcze pięć minut rozmowy z Charlene o najmodniejszych fryzurach, a bym wyskoczył przez okno.

– Pana gabinet jest na parterze – stwierdziła beznamiętnie.

– Tak, oczywiście... W takim razie wyskoczyłbym przez okno i pognał przed siebie.

– Czy nie tak właśnie zrobił sierżant detektyw Rick Marquez, kiedy złodziej ukradł mu laptop? – Zachichotała. – Oskarżono go o obrazę moralności, ponieważ gnał za rabusiem ulicami miasta całkiem goły. – Pokręciła głową. – Podobno w wydziale policji wciąż się z niego nabijają.

Jon też się roześmiał, po czym dorzucił swój komentarz:

– Marquez to zagadkowy typ. Pewnego dnia zostanie porucznikiem, zapamiętaj sobie moje słowa.

– Też tak sądzę.

Gdy zadzwonił telefon, wciąż uśmiechnięta Joceline wyszła z gabinetu szefa.

Następnego ranka spóźniła się do pracy o prawie pół godziny. Kiedy weszła do biura, miała pod oczami ciemne kręgi, a na twarzy malowało się napięcie. Skończyła zaledwie dwadzieścia sześć lat, lecz tego dnia wyglądała na znacznie starszą. Włożyła torebkę do szuflady biurka i podniosła wzrok na Jona, który zniecierpliwiony stanął w drzwiach gabinetu.

– Przepraszam pana – powiedziała zgnębionym głosem. – Zaspałam.

Popatrzył na nią surowo zwężonymi oczami.

– Nie robiłbym z tego problemu, ale ostatnio przydarza ci się to dość często.

– Wiem. – Oblała się rumieńcem. – Naprawdę bardzo przepraszam.

Joceline Perry była dobrą pracownicą. Wprawdzie zdecydowanie odmówiła parzenia kawy dla szefa czy biegania po ciastka, co zwyczajowo czyniły asystentki i sekretarki pod każdą szerokością geograficzną, choć nie ujmował tego formalny zakres obowiązków, ale była najbardziej kompetentną asystentką, z jaką Jon kiedykolwiek się zetknął. Nigdy się nie obijała, sumiennie wykonywała swoją pracę, a nawet, jeśli było trzeba, zostawała w biurze do późnych godzin bez dodatkowego wynagrodzenia. Imprezowanie nie było w jej stylu, więc jeśli zaspała, to z jakiegoś innego powodu.

Jon stanął przed jej biurkiem.

– Co się stało, Joceline? – zapytał łagodnie.

Tak bardzo łagodnie, że łzy napłynęły jej do oczu. Przygryzła wargę, by je powstrzymać.

– Kłopoty osobiste, proszę pana – oparła schrypniętym głosem, a gdy Jon chciał coś powiedzieć, powstrzymała go gestem ręki. – Przepraszam, ale... nie mogę o nich rozmawiać. Naprawdę zrobię wszystko, by więcej się nie spóźniać.

Ciekawe, czy te kłopoty wynikają z pojawienia się w jej życiu nowego mężczyzny? Ta myśl bardzo mu się nie spodobała, zaraz jednak się zdziwił, że w ogóle go to obeszło. Joceline jest jego asystentką i nie powinien zajmować się jej prywatnym życiem. Tyle tylko, że pracują razem już kilka lat, więc gdy zobaczył, że coś złego z nią się dzieje, po prostu zmartwił się o nią.

– Jeśli potrzebujesz pomocy... – zaczął.

Uśmiechnęła się z przymusem.

– Dziękuję panu, ale poradzę sobie.

– Jak wygląda dzisiejszy rozkład dnia? – Nie pozostało mu nic innego, jak przejść do spraw zawodowych. Był umówiony ze swoim bratem, McKuenem Kilravenem, na lunch, musiał się jednak upewnić, czy nie koliduje to z ważnymi obowiązkami. Nagle dostrzegł, że na twarzy Joceline pojawił się niepokój, może nawet strach, dlatego spytał: – Co się dzieje?

– Dziś rano zwolniono Harolda Monroego – poinformowała z niejakim wahaniem, niepewna reakcji szefa.

I się doczekała, bo Jon przewrócił oczami, po czym spytał ironicznie:

– Możesz sprawdzić, czy moja polisa ubezpieczeniowa na życie jest nadal aktualna?

– To nie żarty. – Joceline miała poważną minę. – Wprawdzie Monroe często zachowuje się jak patałach i potrafi schrzanić wszystko, czego tylko się tknie, proszę jednak nie zapominać, że kiedy kazał go pan aresztować, zaatakował policjanta nożem.

Wcześniej tego roku inny przestępca, który również mógł być dla Jona poważnym zagrożeniem, zmarł w więzieniu na atak serca w przeddzień zwolnienia. Joceline pomyślała wówczas z ulgą, że szef jest wreszcie bezpieczny. Lecz nie trwało to długo. Gdy dwa dni później Harold Monroe został aresztowany i oskarżony o handel ludźmi, poprzysiągł krwawą zemstę wszystkim, którzy wpakowali go do więzienia, w tym również Jonowi Blackhawkowi.

– Rzeczywiście straszny patałach z niego. Nie pamiętasz, jak to było? Monroe rzucił się z wielkim nożem na funkcjonariusza policji, ale potknął się o dywan, wywinął orła i wbił sobie ostrze w nogę – przypomniał jej z błyskiem rozbawienia w czarnych oczach. – Potem próbował oskarżyć tego policjanta o napaść.

– Owszem, niektórzy ludzie stale ośmieszają nasz system prawny – przyznała Joceline. – Ale nawet kompletnym nieudacznikom czasami udaje się spełnić swoje groźby.

– Jeśli on mnie kiedyś zabije, staniesz nad moim grobem i powiesz: „A nie mówiłam?”. – Lekceważąco machnął ręką. – Jestem pewien, że cię usłyszę, gdziekolwiek będę przebywał.

Joceline bardzo nie lubiła takich żartów, dlatego umknęła wzrokiem i powiedziała oficjalnym tonem:

– Sir, być może Monroe jest wiecznym pechowcem i nieudacznikiem, jednak w biurze prokuratora okręgowego uznano, że powinien pan się dowiedzieć o tym, że wyszedł na warunkowe zwolnienie.

– Jestem im naprawdę bardzo wdzięczny. W wolnej chwili możesz przekazać moje podziękowania Mary Crawford.

Joceline rozpromieniła się. Mary miała opinię bardzo zdolnego prawnika. Była zastępcą prokuratora okręgowego, a zarazem w powszechnej opinii jego przyszłym następcą.

Gdy Blackhawk zauważył zadowoloną minę Joceline, dorzucił komentarz w swoim stylu:

– Nawet jeżeli Crawford zostanie prokuratorem generalnym, i tak nie będziesz u niej pracowała – oświadczył stanowczo. – Jestem już za stary na to, żeby wdrażać w obowiązki nowych pracowników. Ta dziewczyna, którą przydzielono nam na niepełny etat, działa mi na nerwy.

– Phyllis Hicks jest bardzo miła – zaprotestowała Joceline. – Tylko dlatego, że pokręciła jedno zeznanie przed sądem...

– Pokręciła?! – pieklił się Jon. – Ona nawet nie potrafi poprawnie pisać!

– Wysiadła funkcja sprawdzania pisowni w kompute...

– Joceline, ona studiuje wieczorowo w college’u! – ostro wszedł jej w słowo. – Zanim ktoś zacznie studia, powinien w szkole poznać choćby podstawy gramatyki ojczystego języka, prawda? – Dramatycznym gestem wyrzucił w górę ręce. – Czy wymagam zbyt wiele? Ale cóż, ilekroć wchodzę do internetu, widzę, że ludzie nie potrafią poprawnie napisać najprostszych słów! – nakręcał się coraz bardziej.

Jednak Joceline uniosła dłoń, by go powstrzymać, i powiedziała spokojnie:

– Nie wszyscy z nas mogą zdobyć świetne wykształcenie i władać literackim językiem, a każdy komputer ma funkcję sprawdzania pisowni.

Jon spojrzał na nią gniewnie, po czym rzekł ponuro:

– Ta cywilizacja upadnie, i to już niedługo, sama się o tym przekonasz. Jeśli ludzie nie umieją poprawnie pisać, to już tylko krok do tego, żeby stracili zdolność czytania. I wiesz, co wtedy się stanie? Miliony Amerykanów nie będzie potrafiło przeczytać instrukcji żadnego z tych wszystkich urządzeń, które nas otaczają i bez których nie potrafimy już żyć. W rezultacie nastąpi totalny chaos – stwierdził z niejaką grozą. Cóż, ta katastroficzna wizja stała się jego obsesją.

– Nieumiejętność odczytania instrukcji nie może wywołać chaosu – zaoponowała Joceline.

– Ciekawe, czy tak powiesz, kiedy jakiś idiota zapali zapałkę przy zbiorniku z płynnym tlenem?

Jej oczy rozbłysły.

– W serialu „Policjanci z Miami”, mam go na DVD, facet wszedł z zapalonym papierosem do hali, w której nielegalnie produkowano narkotyki, i wysadził w powietrze cały budynek!

– Nawet nie chcę tego słuchać. Pewnie też na okrągło oglądasz „Drużynę A”? – spytał z jawnym niesmakiem.

– Za każdym razem, kiedy gdzieś lecą samolotem, muszą ogłuszać sierżanta B.A., którego gra zapaśnik Mr. T, bo się boi latać – mówiła rozchichotana.

– W telewizji są różne rodzaje programów... – zaczął Blackhawk.

– Właśnie! – pełna entuzjazmu wpadła mu w słowo. – To wspaniałe dla ludzi, których stać na kablówkę albo antenę satelitarną. – Westchnęła z rozmarzeniem. – Cudownie mieć odtwarzacz DVD, nawet stary.

Jon był wstrząśnięty. Nigdy nie wypytywał Joceline, jak sobie radzi z finansami, teraz jednak uważniej jej się przyjrzał. Ubranie wyglądało na praktyczne, lecz dość wiekowe. Nie zwracał szczególnej uwagi na kobiece stroje, jednakże ubiór Joceline wydawał się kilka lat do tyłu za modą, a starannie wypastowane pantofle były znoszone i popękane.

Zaczerwieniła się, spostrzegłszy jego taksujące spojrzenie.

– W klasycznych strojach nie ma niczego złego – wymamrotała.

Uniósł brwi, po czym rzucił swoisty komentarz:

– Nie daj Boże, żeby zakuto cię w dyby.

– Och, nie żyjemy w tym idiotycznym siedemnastym wieku w Massachusetts.

– Racja... Czy mój brat przyjedzie po mnie przed lunchem?

Przycisnęła palec do czoła i w przesadnie głębokim namyśle przymknęła powieki.

– Tak, już wiem! Przed chwilą widziałam, jak czarny suv wjechał na parking. – Otworzyła oczy i zerknęła przez okno.

Blackhawk teatralnie wzniósł ręce i wyszedł z gabinetu.

Joceline uśmiechnęła się do siebie. Lubiła się z nim przekomarzać i często to robiła. Uważała, że Jon jest zbyt ponury. Powinien trochę wyluzować i przestać brać życie aż tak serio.

Potem pomyślała o swoim położeniu i westchnęła smętnie. Na szczęście ma poczucie humoru, bo inaczej troski by ją zabiły. Jej życie wcale nie jest usłane różami, jednakże równie dobrze można się uśmiechać, jak płakać. Ani jedno, ani drugie i tak niczego nie zmieni.

– Znowu jesteś nie w sosie – zauważył Kilraven, w zadumie przyglądając się bratu, który tak bardzo był do niego podobny.

Mieli taki sam kolor włosów, ale Kilraven strzygł się krótko. Różniła ich barwa oczu – Jon miał bardzo ciemne, natomiast on jasnoszare i błyszczące. Byli tylko braćmi przyrodnimi, lecz mimo to łączyła ich mocna więź.

– Cammy działa mi na nerwy – wyjaśnił Jon. – Wczoraj znów nasłała na mnie kolejną stukniętą kobietkę. Przez pół godziny musiałem wysłuchiwać paplaniny o modzie i fryzurach.

Kilraven zerknął na niego, po czym włączył się do ruchu.

– Przydałaby ci się odrobina wyczucia współczesnego stylu – rzucił kpiąco. – No, bez urazy.

– Uważam, że ubieram się całkiem dobrze – oświadczył Jon, wskazując na trzyczęściowy szary garnitur z mory.

– Owszem, nosisz się elegancko – przyznał Kilraven, sam odziany spodnie khaki i koszulkę polo. – Ale masz bardzo niemodną fryzurę.

– Wywodzę się z Siuksów. Nie widzę niczego złego w długich włosach.

– Pochodzisz także od Czirokezów – dodał z rozbawieniem Kilraven.

– Lubię moje korzenie i kulturowe dziedzictwo.

– Ja również.

Jon otaksował brata wzrokiem.

– Jakoś tego nie okazujesz.

Kilkraven wzruszył ramionami.

– Wiesz, spróbuję tak to ująć: nie jestem prostą kontynuacją moich przodków.

– Ani ja – gniewnie odparł Blackhawk. – Ale wolę tych spośród nich, którzy byli rdzennymi Amerykanami, czyli Indianami.

– O nic cię nie oskarżam – rzucił Kilraven lekkim tonem. – Jesteś po prostu wytrącony z równowagi, ponieważ Cammy chce, żebyś się ożenił i obdarzył ją gromadką wnucząt.

– A czyż ty i Winnie nie popracowaliście już nad tym? – odparował Jon, mając na myśli nową żonę brata, Winnie Sinclair z Jacobsville.

– Owszem, mocno się staraliśmy. – Kilraven zachichotał. – Nie mogę się już doczekać, kiedy będzie po wszystkim.

– Cieszę się, że w końcu zapomniałeś o przeszłości – powiedział cicho Jon.

Przed siedmioma laty brutalnie zamordowano żonę i dziecko Kilravena. Jon nawet nie marzył, że starszy brat kiedykolwiek jeszcze założy rodzinę. Był zachwycony, że Kilraven znalazł uroczą i kochającą partnerkę.

– Zamierzasz się kiedyś ożenić?

Jon się skrzywił.

– Na pewno nie z żadną spośród idiotycznych kandydatek Cammy.

– Czy ta ostatnia nie pracuje przypadkiem w agencji towarzyskiej? – zapytał ze śmiechem Kilraven.

– Nie wiem. – Wydął wargi. – Polecę Joceline, żeby ją sprawdziła. Tak z czystej ciekawości.

– To nielegalne, chyba że ślicznotka ubiega się o pracę w FBI.

Blackhawk uniósł brwi.

– Odkąd to stałeś się takim obrońcą zasad, skoro sam notorycznie je łamiesz?

– Słuchaj, wszyscy jesteśmy dorośli. Po prostu niektórzy z nas zaczynają je łamać później iż inni.

– To prawda.

– Kupiłeś tę nową grę Halo?

– Już dawno – odparł z uśmiechem Jon – ale wciąż jeszcze leży na półce.

– Ty i gra World of Warcraft. – Kilraven też się uśmiechnął. – Mój mały szwagier Matt ma hopla na jej punkcie. Kiedy nie jest w szkole, wchodzi do internetu i razem z innymi graczami uśmierca potwory. Jego najnowszą przyjaciółką jest sześćdziesięcioczteroletnia babcia trojga wnuków. Razem włóczą się po wirtualnych lochach.

Jon gwizdnął.

– Czy ona wie, ile on ma lat?

– Och, jasne. Matt gra również z pensjonariuszami domu spokojnej starości. Wszyscy mają łącza internetowe, a większość gra w World of Warcraft. Obecnie to ich jedyna rozrywka, ponieważ są fizycznie niepełnosprawni i nie mogą prowadzić normalnego życia. Wiesz, granie w internecie wcale nie jest dla nich takie złe. Pomaga zachować koordynację wzrokową i ruchową, no i zapewnia kontakt ze światem.

– Wiem. Ja też gram. Jaki Matt ma pseudonim?

– Jedną z postaci, którą gra, jest Mroczny Rycerz z osiemdziesiątego poziomu noszący imię Pocałunek Śmierci.

– To jest Matt?! – zdumiał się Jon. – Wędruję z tym rycerzem po podziemiach! On uzupełnia energię i leczy się u mojego druida.

– Muszę powiedzieć o tym Mattowi. Będzie się turlał ze śmiechu.

– Ani się waż! Skoro już wiem, kim on jest, dam mu niezły wycisk.

Kilraven wjechał na parking meksykańskiej restauracji. Zgasił silnik i spojrzał z powagą na młodszego brata.

– Wypuścili Harolda Monroego – powiedział cicho.

– Tylko nie zaczynaj. Joceline już mnie powiadomiła. Ona też się martwi – rzekł Jon z lekkim rozdrażnieniem. – Posłuchaj, ten gość to skończony kretyn. Nie potrafiłby nawet jednocześnie chodzić i żuć gumy.

– Od lat macza palce we wszystkich ciemnych interesach w San Antonio. Był oskarżony o drobną kradzież, organizowanie nielegalnego hazardu, nie wspominając już o prowadzeniu domów publicznych i tym ostatnim oskarżeniu o stręczenie młodych imigrantek. Zdołał się wykręcić od wszystkich innych zarzutów, ale ty i Joceline znaleźliście świadków, dzięki którym mogliście go oskarżyć o porwanie dziesięcioletniej córeczki nielegalnych imigrantów i umieszczenie jej w miejscowym burdelu – powiedział ponuro Kilraven. – Monroe utrzymywał, że sprawa zostanie umorzona, a po wyjściu na wolność porachuje się z tobą. Przez trzy miesiące oczekiwał w więzieniu na proces i spędził w izolatce więcej czasu niż jakikolwiek inny więzień.

– To tylko dowodzi, że za każdym razem daje się złapać.

– Co ci z tego przyjdzie, że złapią go po tym, jak cię załatwi? – zauważył trzeźwo Kilraven.

– Jestem czujny, mam wewnętrzny radar, który wykrywa wszelkie zasadzki. Pamiętaj, że nigdy nie dostałem mandatu za przekroczenie prędkości.

– To mnie zadziwia, zważywszy na to, jak wariacko jeździsz.

Jon uśmiechnął się szeroko.

– Zawsze wiem, gdzie czai się drogówka.

To była prawda. Kiedyś jechali razem i Kilraven osłupiał ze zdumienia, kiedy brat kazał mu zwolnić, ponieważ za następnym wzgórzem stoi pod mostem samochód policji drogowej. Kilraven wyśmiał go, ale usłuchał. I rzeczywiście, gdy wjechali na szczyt wzgórza, ujrzeli radiowóz ukryty pod mostem.

– Z takim talentem mógłbyś zostać gliną – rzekł oskarżycielskim tonem.

Jon wzruszył ramionami.

– Po prostu nie wypada, żeby starszy agent FBI został przyłapany na własnym terenie za przekroczenie prędkości.

– Przede wszystkim nie powinieneś jeździć szybciej niż to dozwolone.

– Wszyscy tak robią. Ja tylko nie daję się złapać.

– Pewnego dnia cię przyskrzynią – rzekł proroczo starszy brat.

– Wtedy zapłacę mandat. To co, idziemy coś zjeść czy dalej będziemy siedzieć tu i gadać?

Kilraven z trzaskiem rozpiął pas bezpieczeństwa i otworzył drzwi samochodu.

– W porządku, jeśli chcesz, możesz chować głowę w piasek w sprawie Monroego, ale proszę cię, zamykaj dobrze drzwi na noc i miej oczy szeroko otwarte, kiedy będziesz pracował do późna.

– Jesteś gorszy niż Cammy!

– Wcale nie – odparł z urazą Kilraven. – Nie przysłałem ci w niecnych celach ani jednej niezamężnej kobiety.

– Tak, racja.

Ruszyli w kierunku restauracji.

– Przypuszczam, że nigdy nie zauważyłeś tego, co masz tuż pod nosem.

– To znaczy?

– Joceline – wyjaśnił Kilraven lekkim tonem. – To urocza młoda kobieta. Przydałoby jej się wprawdzie kilka rad w kwestii mody, ale jest bystra i inteligentna.

– Lubisz ją tylko dlatego, że zna się na szesnastowiecznej historii Szkocji – rzekł Jon oskarżycielskim tonem, ponieważ brat pasjonował się tą tematyką.

– Zna również historię Europy, a także siedemnastowiecznej Ameryki.

– Tak, wczoraj przytłoczyła swoją wiedzą kandydatkę Cammy. Nieszczęśnica ględziła bez końca o modzie, aż w końcu Joceline przerwała jej bezceremonialnie i wygłosiła wykład o historycznych strojach.

– Mówiłem ci, że jest bystra.

– Nie przeczę. – Jon spojrzał na brata. – Ale jeszcze długo nie zamierzam się żenić. Mam dopiero trzydzieści lat.

– Już prawie trzydzieści jeden, braciszku – poprawił go Kilraven. – I naprawdę nie wiesz, co tracisz.

– Skoro nie wiem, to mi tego nie brak – rzucił lekceważąco. – A teraz chodźmy wreszcie coś zjeść.

Brat zaśmiał się, idąc za nim do restauracji. W istocie Jon raz zaprosił Joceline na randkę. To zdarzenie miało dziwaczne skutki, między innymi wizytę w szpitalu i kilka gróźb wystąpienia na drogę sądową. Jon nigdy o tym nie wspomniał. Dochowywał sekretów, tak jak jego starszy brat. Poza tym niewątpliwie wolał nie pamiętać, że pozwolił, by niepostrzeżenie dosypano mu wtedy coś do drinka.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Ale przecież to taka miła dziewczyna – zaoponowała Cammy, rozmawiając przez telefon z Jonem. – Jest ładna i obraca się w najlepszym towarzystwie!

– Przez pół godziny nawijała mi o najnowszych trendach w modzie i fryzjerstwie.

Po tej kąśliwej odpowiedzi usłyszał w słuchawce poirytowane westchnienie, a potem słowa:

– Przynajmniej ubiera się lepiej niż ta twoja sekretarka o niewyparzonym języku!

– Asystentka – skorygował Jon. – A Joceline nie żyje ponad stan. Nie musi się zapożyczać na kupno strojów.

– To widać – padła sarkastyczna replika.

Jon zmarszczył brwi.

– Cammy, nie pamiętasz, jak sama byłaś uboga? – spytał cicho.

– Owszem, pamiętam. I jestem twoją matką, więc przestań zwracać się do mnie po imieniu.

– Przepraszam, to z przyzwyczajenia. Mac stale tak robi.

– Bądź łaskaw nazywać go McKuenem. Nie cierpię tego przezwiska.

– On też.

– Twoja sekretarka ma nieślubne dziecko – drążyła nieustępliwie Cammy. – Bardzo mi się nie podoba, że zadajesz się z kimś takim.

– Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku! – Cały aż się najeżył.

– I co z tego! Naprawdę tego nie rozumiesz? Tylko przestrzeganie moralnych zasad odróżnia nas od barbarzyńców – odparowała z miejsca. – Reguły zachowania chronią naszą cywilizację przed upadkiem. Rozejrzyj się i zobacz, jakich skandalicznych rzeczy ludzie się dopuszczają! Kobiety już nie wychowują dzieci, tylko kierują korporacjami! Nic dziwnego, że tak bardzo wzrosła liczba przestępstw wśród nieletnich. Kto ich uczy wartości? Kto ich...?

Jon odchrząknął.

– Cammy, mam się zaraz stawić w sądzie.

– No tak... – Nadal kipiała złością. – Powinieneś znaleźć sobie inną sekretarkę!

– Bardzo się cieszę, że zadzwoniłaś. Życzę ci miłego dnia. Odezwę się pod koniec tygodnia.

– W weekend przyjedź na ranczo.

Gdzie będzie radośnie oczekiwać kolejna kandydatka na żonę, pomyślał Jon.

– Niestety nie mogę. Mamy śledzić podejrzanego.

– Jesteś starszym agentem i z pewnością mógłbyś zlecić to komuś innemu.

– Nie w tym przypadku. A teraz naprawdę muszę już kończyć.

– Nie podoba mi się, że zajmujesz się tymi ciężkimi przestępstwami. Mógłbyś pracować w wydziale do spraw wykroczeń. Posłuchaj, Jon...

– Pa, Cammy!

– Nie nazywaj mnie...!

Odłożył słuchawkę i głośnio wypuścił z płuc powietrze. W tym momencie spostrzegł Joceline za drzwiami, które zapomniał zamknąć. Okropnie blada, bez słowa weszła do gabinetu, zmusiła się do uśmiechu i położyła mu na biurku jakiś dokument. Zanim Jon, zaniepokojony tym, jak wiele usłyszała z jego rozmowy z Cammy, zdołał cokolwiek powiedzieć, asystentka wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Joceline usiadła ciężko przy biurku. Usiłowała zagłuszyć rozbrzmiewające jej w głowie słowa matki Jona, której głos niósł się przed chwilą na odległość paru metrów od telefonu. Większość agentów używała komórek, które praktycznie uniemożliwiały podsłuchanie, ale Jon Blackhawk w gabinecie korzystał z linii stacjonarnej. Joceline poczuła mdłości, gdy przypomniała sobie nieskrywaną wrogość tej kobiety wobec niej.

Wiedziała, że ludzie o niej plotkują. W jej sytuacji było to nieuniknione nawet w dzisiejszych czasach i w wielkim mieście. Cammy Blackhawk stanowiła relikt ustępującej generacji, lecz była tylko odrobinę mniej tolerancyjna i otwarta niż nadające obecnie ton młodsze od niej pokolenie. Na domiar złego Joceline była beznadziejnie zakochana w przystojnym szefie i śniła o nim niemal co noc, co wprawiało ją w zażenowanie.

Jonowi odpowiadało życie singla. Rzadko umawiał się na randki, a jeśli już, to zwykle z którąś z kobiet z branży – prokuratorką lub sędziną sądu okręgowego. Raz była to atrakcyjna obrończyni z urzędu. Ale zazwyczaj kończyło się na jednej randce, zresztą jak i w jej przypadku. Nie ośmielała się zbyt wiele myśleć o tym zdarzeniu.

Jednakże ciekawiło ją, dlaczego Jon unika randek. Oczywiście nie mogła go zapytać, byłaby to stanowczo zbyt duża ingerencja w prywatność. Ale słyszała kiedyś, jak mówił do brata, że kobiety często są okropnie natarczywe. Joceline wiedziała, że jego cnotliwa reputacja działa na wyzwolone przedstawicielki jej płci jak czerwona płachta na byka, zapewne więc nieraz musiał odpierać uwodzicielskie zabiegi, które budziły w nim niechęć. Jon Blackhawk wyznawał równie surową moralność jak jego matka. W istocie oboje byli do gruntu konserwatywni.

Joceline przyjrzała się zdjęciu Markiego, które wyjęła z portfela. Chłopiec był podobny zarówno do niej, jak i do ojca. Miał po nim wytworny prosty nos i czarne włosy. Jego ojciec był przystojny i bystry. Joceline żywiła nadzieję, że Markie odziedziczył po nim te cechy.

Westchnęła nad fotografią. W okresie poprzedzającym urodzenie Markiego jej fascynacja ciążą rosła z każdym dniem. Teraz był uroczym dzieckiem, szczupłym i niebieskookim, z charakterystyczną figlarną miną. Przepadał za zabawą w chowanego i uwielbiał gry wideo, zwłaszcza Super Mario Brothers. Stale błagał matkę, żeby kupiła mu szczeniaka albo kociaka, lecz wytłumaczyła synkowi łagodnie, że to niemożliwe. Przecież w godzinach jej pracy przebywał w ośrodku dziennej opieki – obecnie przez część dnia także w szkole – a poza tym nie mieli podwórka, na którym piesek mógłby się bawić. Nie mieli też miejsca dla psa w ciasnym mieszkanku. Markie sypiał w małym łóżeczku obok jej łóżka. Zresztą w nocy tak było wygodniej ze względu na jego problemy zdrowotne, o których Joceline nigdy nie wspominała szefowi. Jednak nieustannie martwiła się o synka. Istniały skuteczne lekarstwa na jego chorobę, ale te, na które było stać Joceline, niezbyt pomagały, a już zwłaszcza wiosną i jesienią. W San Antonio aura zrobiła się chłodniejsza i liście już zaczęły opadać z drzew, a Markie miał większe niż zwykle kłopoty ze zdrowiem. Nic dziwnego, że Joceline przychodziła do pracy spóźniona i z ciemnymi kręgami pod oczami. Zwłaszcza po nocach takich jak ostatnia...

– Pytałem, czy dzwonił Riley Blake – powtórzył z naciskiem Jon.

Joceline drgnęła i upuściła trzymane w dłoni małe zdjęcie w plastikowej koszulce. Zachmurzony Jon podniósł je i przyjrzał się podobiźnie chłopczyka.

– Jest podobny do ciebie – orzekł wreszcie i zwrócił fotografię.

Schowała ją pośpiesznie.

– Tak... – wyjąkała. – Przepraszam pana.

Wsadził ręce w kieszenie i popatrzył na nią z nieskrywanym zaciekawieniem.

– Mieliśmy w pracy dni otwarte dla dzieci, ale nigdy nie przyprowadziłaś synka.

– To byłoby kłopotliwe. Markie wśród ludzi zachowuje się trochę niesfornie. Robiłby czapki z kartonowych teczek na dokumenty i właziłby na biurko – dodała ze śmiechem.

Jon uniósł brwi. Cammy mówiła, że on w dzieciństwie też był wyjątkowo psotny.

Joceline zerknęła na niego.

– Lekarze uważają, że być może cierpi na zespół nadpobudliwości psychoruchowej – powiedziała. – Chcieli przepisać mu leki...

– Co? W jego wieku? – zawołał Blackhawk.

Poruszyła się niespokojnie.

– Chodzi do przedszkola, ale z powodu nadpobudliwości denerwuje tam inne dzieci.

– Zamierzasz pozwolić na podawanie mu leków? – zapytał Jon ze szczerym zainteresowaniem.

– Nie wiem – odpowiedziała z wahaniem. – Niełatwo mi podjąć decyzję. Pomyślałam, że najpierw porozmawiam z naszym lekarzem rodzinnym i poznam jego opinię.

– To rozsądne. – Jon głęboko wciągnął powietrze. – W takiej kwestii mnie też trudno byłoby się zdecydować.

Joceline zdobyła się na nikły uśmiech.

– Czasy się zmieniły.

– Tak.

Spojrzała w jego czarne oczy i przeniknął ją zmysłowy dreszcz. Szybko odwróciła wzrok. To mrzonki. Wepchnęła torebkę z powrotem pod biurko.

– Właśnie zamierzałam wydrukować dla pana te akta. – Otworzyła plik w komputerze. – I ma pan się dziś spotkać na lunchu z zastępcą szeryfa w związku z ewentualnym federalnym aktem oskarżenia o porwanie.

– Tak, uznaliśmy, że nieformalnie omówimy tę sprawę, zanim włączą się do niej prawnicy.

– Hm... Sądziłam, że pan jest prawnikiem.

– Jestem agentem federalnym.

– Z ukończonym prawem i arabistyką.

Wzruszył ramionami i ściągnął czarne brwi.

– Jak poradziłaś sobie w college’u?

– Słucham? – Nie bardzo wiedziała, o co mu chodzi.

– Pracujesz do późna i masz małe dziecko. – Nie dodał, że problemem musiała być również jej sytuacja finansowa.

– Korzystałam z internetu. – Uśmiechnęła się. – Edukacja zaoczna. Tą drogą zrobiłam nawet magisterium.

– Imponujące.

– Owszem – przyznała nieskromnie. – Chciałam zgłębić mnóstwo zagadnień.

Jej ulubioną dziedziną była szesnastowieczna Szkocja, ale zainteresowania miała znacznie rozleglejsze, między innymi dzieje Siuksów, lecz nie zamierzała wyjawić tego Jonowi. Mogłoby to zabrzmieć niezręcznie, ponieważ jego przodkowie należeli do tego indiańskiego plemienia.

– Historia szesnastowiecznej Szkocji – rzekł w zamyśleniu. – Nie zadawałaś się przypadkiem z moim bratem? To także jego pasja.

Obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.

– Pański brat jest okropny – stwierdziła stanowczo. – Winnie Sinclair musi mieć świętą cierpliwość, skoro z nim wytrzymuje. Biedna dziewczyna...

Blackhawk spiorunował ją wzrokiem.

– Winnie jest z nim szczęśliwa. A Mac wcale nie jest okropny.

– Z pewnością nie wobec pana, ale przecież pan nigdy nie będzie musiał go poślubić. – Gdy Jon zachichotał, dodała: – Moja matka nazywała się MacLeod. Wywodziła się ze szkockich górali. Kilku jej przodków walczyło u boku królowej Szkocji Marii, kiedy usiłowała odzyskać koronę po tym, jak została zdetronizowana przez swojego przyrodniego brata Jakuba Stuarta, hrabiego Moraya.

– A zatem byli lojalistami.

– Tak... Natomiast rodzina mojego ojca nosiła nazwisko Stewart, chociaż pisane z angielska, a nie z francuska, i stanęła po stronie hrabiego Moraya. Tak więc można by rzec, że ślub moich rodziców pojednał zwaśnione klany.

– Czy twoi rodzice się kłócili?

– I to ostro. Pobrali się, ponieważ matka zaszła w ciążę, a rozwiedli się, kiedy miałam sześć lat. – Jej wzrok powędrował gdzieś w przestrzeń. – Ojciec był zawodowym wojskowym. Ożenił się powtórnie i przeprowadził na Zachodnie Wybrzeże. Zginął podczas manewrów, pilotując odrzutowiec w zwartym szyku.

– A twoja matka?

– Też ponownie wyszła za mąż. Ma córkę... trochę młodszą ode mnie. Ja... nie utrzymuję z matką żadnych kontaktów.

– Dlaczego? – Zmarszczył brwi.

– Kiedy dowiedziała się, że mam nieślubne dziecko, wyparła się mnie. Jest bardzo religijna.

– Sądziłem, że religia powinna uczyć tolerancji i przebaczania – stwierdził rozdrażniony. – Poza tym czy nie wspomniałaś, że była z tobą w ciąży, kiedy brała ślub z twoim ojcem?

– Cóż, czasami nie udaje się pogodzić tych spraw z religią, a dla matki liczyło się to, że kiedy mnie urodziła, była już zamężna. Nigdy nie łączyła nas naprawdę bliska więź. Natomiast bardzo kochałam ojca. – Odchrząknęła i zaczerwieniła się. – Przepraszam pana. Nie zamierzałam rozmawiać w pracy o osobistych sprawach.

– To ja cię do tego sprowokowałem. – Przyjrzał się jej z jawną ciekawością. – Bardzo kochasz synka.

– Tak, bardzo... Cieszę się, że nie zdecydowałam się przerwać ciąży... – Urwała. Omal się nie wygadała! Sięgnęła po telefon i wybrała numer. – Zapomniałam zarezerwować dla pana stolik na lunch.

Czego zresztą nigdy nie robiła, uważając to za nazbyt uciążliwy obowiązek. Lecz Jon nie poruszył tej kwestii. Mimo woli zirytował Joceline wypytywaniem o osobiste sprawy, ale po prostu rozmyślał o jej prywatnym życiu i o synku.

Gdy zaczęła rozmawiać przez telefon, wrócił do gabinetu. Wcześniej zamierzał ją przeprosić za nieuprzejme słowa Cammy, które niewątpliwie usłyszała, jednak jego uwagę odwróciło zdjęcie dziecka. A więc Joceline rozważała aborcję. Dlaczego? Sprawiała na nim wrażenie kobiety bardzo moralnej i pełnej macierzyńskich uczuć, ale może była to niechciana ciąża? Tak się zdarza. Tyle tylko, że jego trzeźwo myśląca asystentka nie wydawała się osobą skłonną do lekkomyślnych miłosnych przygód. Nie pamiętał, by w ciągu minionych czterech lat kiedykolwiek umówiła się na randkę.

Usiadł za biurkiem i znów pomyślał o jej ciąży. W FBI nie dyskryminuje się samotnych matek, chociaż sytuacja Joceline nie była dobrze widziana przez niektórych pracowników. Ale w trakcie ciąży zachowywała się bardzo dyskretnie i powściągliwie.

Przypomniał sobie, że omal nie umarła przy porodzie. Kiedy później zobaczył ją po raz pierwszy, przeraził się widokiem bladej, apatycznej twarzy wyniszczonej cierpieniem.

Wówczas przypisał jej stan działaniu leków i traumie po cesarskim cięciu, lecz teraz zastanowił się głębiej nad losem Joceline i tajemniczą postacią ojca jej dziecka.

Zadźwięczał telefon i Jon podniósł słuchawkę.

– Dzwoni sierżant Marquez – oznajmiła Joceline oficjalnym tonem i przełączyła rozmowę.

– Witaj, Rick – rzucił Jon. – Co u ciebie?

– Jeżeli zamierzasz wspomnieć o moim pościgu za złodziejem komputera, to ani się waż – padła cierpka odpowiedź. – Wystarczy, że ostro mnie krytykuje cała góra, w tym burmistrz.

– Naprawdę? Może po prostu widzieli, jak goły pędzisz ulicą, i są pod wrażeniem.

– Nie przynudzaj, Blackhawk! Najzwyczajniej zazdrościsz mi rozgłosu – rzekł kpiąco Marquez. – Założę się, że gdybyś to ty biegł nago po ulicy, nikt nie zwróciłby na ciebie uwagi.

Jon roześmiał się na całe gardło.

– Nie bądź tego taki pewien.

– Dzwonię, by cię poinformować, że Harold Monroe przy pomocy cwanego obrońcy z urzędu odparł oskarżenie o handel ludźmi i został zwolniony z aresztu po tym, jak rodzice dziewczynki nieoczekiwanie odmówili złożenia zeznań. Pewnie biuro prokuratora okręgowego już cię o tym powiadomiło, ale czasami zdarza im się zwlekać, dlatego chciałem się upewnić, że wiesz.

– Nie ty pierwszy mi o tym mówisz. Ten gość to skończony idiota i nieudacznik. Nie potrafi jednocześnie iść i żuć gumy.

– Nawet niezgule może się udać zadziwiający wyczyn. Radzę ci, uważaj na swój tyłek.

– Namaluję sobie na nim tarczę strzelniczą, żeby Monroe miał mniejszy kłopot z celowaniem – ze śmiechem odparł Jon. – W każdym razie dzięki za ostrzeżenie.

– Nie ma sprawy. Nadal interesujesz się piłką nożną?

– Nie bardzo. Cały wolny czas pochłaniają mi gry wideo.

– Tak słyszałem. – Marquez zamilkł na chwilę. – Pomogłeś wojownikowi z dziesiątego poziomu zdobyć torbę, żeby mógł wnieść łup do Sawann.

– Co?! Skąd wiesz?

– To była jedna z moich postaci. – Marquez zachichotał. – Widzisz? Nigdy nie wiesz, z kim grasz.

– To mi coś przypomniało. Wiesz, że mały szwagier mojego brata też w to gra? Ma rycerza śmierci osiemdziesiątego poziomu. – Jon podał imię postaci.

– Dobry Boże, kilka miesięcy temu walczył razem ze mną na przystani na Mrocznym Wybrzeżu przeciwko Hordzie, zanim została unicestwiona!

– Jest niesamowity.

– Powiem wprost: ocalił mi tyłek. W tej grze nigdy nic nie wiadomo, prawda?

– Dlatego jest taka ekscytująca. – Jon zawahał się, a potem zapytał: – Zamierzasz się kiedyś ożenić?

– I kto to mówi! Czy ostatnim razem nie byłeś na randce z obrończynią z urzędu, która umówiła się z tobą tylko po to, żeby wyciągnąć informacje i uratować swojego klienta?

– Tak. – Twarz Jona stężała.

– Powinna lepiej wybrać. Chyba była dla ciebie trochę za młoda.

– Ma dwadzieścia dwa lata, a ja trzydzieści... prawie trzydzieści jeden. To nie taka wielka różnica.

– Różnica pokolenia – odparował rozbawiony Rick. – Ale miała w tym ukryty cel.

– Za ten numer omal nie pozbawiono jej uprawnień adwokackich.

– Przynajmniej nie kazałeś wyprowadzić jej z twojego gabinetu w kajdankach.

– Ta kobieta to call girl – burknął Jon. – Nie mogę ci nawet powiedzieć, co zrobiła, i to w moim cholernym gabinecie! A wszystkiemu jest winna moja matka.

– Przeklinanie w urzędzie federalnym jest niestosowne i mogłoby pana narazić na krytykę ze strony zwierzchników – dobiegł go ze słuchawki beztroski głos Joceline.

– Przestań podsłuchiwać! – wrzasnął Blackhawk.

– A podnoszenie głosu to z kolei naruszenie zasad dobrego wychowania – dodała słodziutko.

– Joceline! – warknął ostrzegawczo.

– Przyszedł obrońca z urzędu i chce z panem porozmawiać. – Gdy Jon milczał, a Marquez chichotał, dodała równie jak on rozbawiona: – Och, nie tamta obrończyni. To mężczyzna, w dodatku całkiem przystojny.

Dlaczego ta uwaga tak rozdrażniła Jona?

– Spotkam się z nim za chwilę. Zaprowadź go do stołówki i pokaż mu dzbanek z kawą.

– To byłoby zbyt uciążliwe – odparła niefrasobliwie Joceline. – Jak pan doskonale wie, takie czynności nie należą do moich obowiązków. – Odłożyła słuchawkę.

Blackhawk walnął dłonią w blat biurka.

– Pewnego dnia każę cię powiesić na maszcie! – warknął.

– Proszę się opanować – powiedziała, wtykając głowę w drzwi. – Zniszczy pan politurę. Poprosiłam agenta Barry’ego, żeby zaprowadził pańskiego gościa do źródełka kawy. – Widać było po niej, że jest z siebie bardzo rada. – Najwyraźniej agenci nie mają nic przeciwko parzeniu kawy. Czy to należy do zakresu waszych obowiązków?

Jon z groźnym błyskiem w oczach zwinął w rulon jakieś czasopismo i zważył je w dłoni.

– Napaść z użyciem śmiercionośnej broni...! – Joceline z trzaskiem zamknęła drzwi.

– Magazyn poświęcony grom komputerowym nie jest śmiercionośną bronią!

– Być może, ale takie magazyny są niezgodne z polityką agencji...

Blackhawk rzucił wiązankę przekleństw.

– Ależ proszę pana! – zawołała zgorszona Joceline.

Na drugim końcu linii telefonicznej Marquez zaśmiewał się do rozpuku.

– Kiedyś wyleję jej na głowę mój lunch – mruknął Jon.

– Postaraj się, żeby to było coś smacznego – usłużnie doradził Marquez. – Nie będę ci dłużej przeszkadzał w tych potyczkach. Chciałem się tylko upewnić, czy wiesz już, że Harold Monroe jest na wolności.

– Naprawdę bardzo ci dziękuję.

– Hej, a od czego są przyjaciele? Cześć. – Rozłączył się.

Jon popatrzył gniewnie na zamknięte drzwi, a potem wstał i je otworzył. Joceline siedziała przy biurku z miną niewiniątka, a na widok gniewnej twarzy szefa mocno przygryzła wargę, żeby przypadkiem się nie roześmiać.

Obrońca z urzędu, szczupły młody człowiek ze starannie ostrzyżonymi jasnymi włosami, szedł korytarzem, niosąc plastikowy kubek z czarną kawą. Ujrzawszy Jona, skrzywił się.

– Nie macie tu nikogo, kto potrafiłby zaparzyć przyzwoitą kawę? – narzekał. – Tą cieczą można by czyścić z rdzy stare samochody.

– Ja umiem parzyć doskonałą kawę – oznajmiła sucho Joceline.

Gość spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Więc dlaczego pani tego nie robi?

– To nie należy do moich obowiązków, proszę pana – odparła nonszalancko. – To zbyt uciążliwe.

– Jest pani jego sekretarką i nie parzy szefowi kawy?

– Nie jestem sekretarką, tylko asystentką, a pan Blackhawk zemdlałby z wrażenia, gdybym uczyniła coś tak dziwacznego jak przyrządzenie mu kawy.

– Wcale bym nie zemdlał – zaprzeczył z oburzeniem Jon, a po chwili dodał: – Dostałbym zawału.

– Na szczęście znam się na reanimacji – oświadczyła Joceline. – Jest pan przy mnie bezpieczny.

Jon spiorunował ją wzrokiem.

– Niech pan lepiej żyje z nią w zgodzie – poradził obrońca z urzędu. – Jeżeli będzie pan nadal pił taką lurę, może pan rzeczywiście potrzebować pomocy medycznej swojej asystentki. – Skrzywił się i odstawił kubek na biurko Joceline.

– Proszę tego nie robić – zareagowała natychmiast. – Nie ponoszę odpowiedzialności za cudze napoje. Jeśli ta kawa wyleje się na komputer, agencja będzie zmuszona obciążyć pana zwrotem kosztów.

– Jak mogłaby się wylać na komputer? – zapytał zdumiony.

Joceline przesunęła dłoń w kierunku kubka.

– Stoi w bardzo nieodpowiednim miejscu – wyjaśniła, wskazując komputer znajdujący się w odległości zaledwie kilkunastu centymetrów. – Gdyby omsknęła mi się ręka...

Obrońca z urzędu z cierpką miną zabrał kubek.

– Ja nigdy... – zaczął.

– Proszę mi to dać. – Blackhawk wziął od niego kubek, poszedł w głąb korytarza i wylał kawę do doniczki z fikusem.

– Jakie to okrutne! – zawołała Joceline, kiedy Jon wrócił i cisnął pusty kubek do kosza. – Co panu zawiniła ta nieszczęsna roślina?

– Nikt jej nigdy nie podlewa, więc nie będzie się skarżyć. A ty też nie próbuj – dorzucił.

– Niestety nie znam nikogo, kto ma dojście do stowarzyszenia niosącego pomoc maltretowanym roślinom.

– Przy moim pechu sama takie założysz – burknął Jon. – Zapraszam do mojego gabinetu, panie... Harris, prawda? – zwrócił się do obrońcy z urzędu, otwierając drzwi.

– Bill Harris.

– Proszę usiąść. A więc jaką sprawę chce pan omówić?

Joceline była spóźniona, ponieważ musiała przepisać trzy listy, a potem sporządzić wydruki, których zażądał Blackhawk. W drukarce skończył się tusz i trwało wieczność, zanim znalazła pełny pojemnik. Potem zabrakło papieru i musiała otworzyć następny karton. Spojrzała na zegarek i skrzywiła się. Miała zaledwie dziesięć minut, by dotrzeć przed zamknięciem do ośrodka dziennej opieki. Właścicielka będzie wściekła. Już raz ją ostrzegła, żeby się nie spóźniała.

– Co się dzieje? – spytał Jon, widząc jej zdenerwowanie.

– Zostało mi dziesięć minut do zamknięcia ośrodka dziennej opieki... – zaczęła.

– Więc uciekaj. Sam dokończę. – Gdy zawahała się, ponaglił: – No, jazda!

– Dziękuje panu. – Chwyciła torebkę.

– Nie ma za co.

Zdążyła, ale zjawiła się ledwie dwie minuty przed porą zamknięcia ośrodka. Mina właścicielki ośrodka, pani Morris, była nader wymowna. Joceline niepokoiła się również tym, że skarżono się na zachowanie Markiego.

– Jeżeli jeszcze raz pani się spóźni... – zaczęła pani Norris.

– Nie zdarzy mi się – przyrzekła Joceline. – Jeśli kiedyś będę musiała zostać dłużej w biurze, załatwię, żeby ktoś odebrał chłopca.

– Pracuje pani w FBI, a tam nie mają stałych godzin, takich od do, jak w zwykłym biurze.

– To nie jest dla mnie łatwe – przyznała Joceline. – Za bardzo zależy mi na tym etacie, żeby odrzucać nadgodziny. W sytuacjach kryzysowych oczekuje się ode mnie, że będę dyspozycyjna, no i są to dodatkowe pieniądze.

– Przed wielu laty mój mąż był agentem federalnym – nieoczekiwanie oświadczyła pani Norris. – Musiał zawsze być gotowy na wezwanie.

– Z pewnością dla pani to również było trudne. Znam żony kilku agentów, w tym także żonę naszego agenta specjalnego. Bardzo się niepokoją, kiedy wypełniamy niebezpieczne zadania.

– Tak, wiem coś o tym – odparła z uśmiechem. – W ogóle nie było lekko. Miałam dwoje dzieci i brakowało nam pieniędzy na umieszczenie ich w ośrodku dziennej opieki, toteż nie pracowałam, tylko zajmowałam się nimi. Kiedy poszły do szkoły, też nie mogłam znaleźć dla nich ośrodka, na który byłoby mnie stać, a na pół etatu nic nie znalazłam, zatem otworzyłam własny. Miałam więc pełnoetatową pracę i dzieciaki na oku.

– Rozsądne rozwiązanie – rzekła z uśmiechem Joceline.

Pani Norris skinęła głową i odetchnęła głęboko.

– Jeśli będzie musiała się pani znowu spóźnić, tak jak dzisiaj, proszę do mnie zadzwonić. Znam dziewczynę, która zrezygnowała z pracy u mnie, żeby wychowywać własne dzieci. Bardzo chętnie zaopiekuje się Markiem i odbierze go za panią. Chce pani jej numer telefonu?

– Tak – odpowiedziała Joceline bez wahania, zastanawiając się jednocześnie, skąd weźmie na to pieniądze.

Pani Norris zapisała numer i podała kartkę Joceline.

– To nie będzie kosztować majątku – zapewniła z uśmiechem.

– Opłaty u pani też są bardzo umiarkowane.

– To dlatego, że kiedyś nie stać mnie było na korzystanie z ośrodka dziennej opieki. Dlatego swój zorganizowałam w taki sposób, by był dostępny dla ludzi o skromnych dochodach.

– Jestem pani ogromnie wdzięczna – rzekła Joceline. – Mam ostatnio wiele wydatków i z trudem wiążę koniec z końcem.

– Mogłaby pani poprosić tego swojego przystojnego szefa o podwyżkę.

– Skąd pani wie, że jest przystojny? – spytała zdziwiona Joceline.

– Jego zdjęcie ukazało w gazecie po tym, jak wraz z drugim agentem wytropił i pojmał handlarza żywym towarem. To wstrętne, jak niektórzy potrafią dla zysku krzywdzić nieszczęsnych bezradnych ludzi. Mój Boże, umieszczać małe dzieci w burdelach... – Urwała. – Przepraszam, ale nienawidzę osobników, którzy wykorzystują dzieci. Mam na tym punkcie obsesję. Zaraz przyprowadzę Markiego.

Wyszła i po paru chwilach wróciła z chłopcem, który wyciągnął rączki do Joceline i zawołał radośnie:

– Mamusiu! Panna Ellie nauczyła mnie rysować ptaka! Powiedziała, że naprawdę dobrze mi wyszedł!

– Będziesz musiał koniecznie mi pokazać. A teraz pożegnaj się z panią Norris.

– Dobranoc, pani Norris – powiedział posłusznie Markie i uśmiechnął się do niej, a potem przytulił się do matki.

– Dziękuję pani – rzekła Joceline.

– Nie ma za co. – Urwała na moment. – Mężczyźni nie mają pojęcia, jak trudno żyje się pracującym kobietom.

– Wcale nie – odrzekła szybko Joceline. – Są wyjątki...

– Fajnie się bawiłem! – oznajmił Markie, gdy znaleźli się już w małym, skąpo umeblowanym mieszkaniu i Joceline zamknęła drzwi na trzy zamki. – Muszę pokazać ci moje rysunki! – Wręczył matce kartonową teczkę.

Kompletnie wyczerpana Joceline usiadła i otworzyła ją bez entuzjazmu, jednak to, co zobaczyła, wzbudziło jej szczery podziw.

– Markie! – wykrzyknęła. – Sam to narysowałeś?

– Tak! Zobaczyłem tego ptaka na dworze. To jest...

– ...szczygieł – dokończyła za synka, przyglądając się podobiźnie małego samczyka o żółtych piórkach z czarnymi cętkami. W zimie upierzenie tych ptaszków zmienia barwę z żółtej na matową zieleń, charakterystyczną dla samiczek.

– Lubisz ptaki. – Malec oparł się o kolana matki oglądającej rysunki. – Masz o nich mnóstwo książek. I masz lornetkę. – Potarł głową o ramię Joceline. – Czy mogę znowu przez nią popatrzyć? Chcę zobaczyć, czy te ptaszki są koło naszego domu.

– Prawdopodobnie nie ma tu szczygłów. – Nie stać jej było na specjalną, skandalicznie drogą mieszankę złożoną z ulubionych nasion tych ptaków.

– Mogłabyś upiec dla nich trochę chleba – powiedział Markie. – Naprawdę dobrze gotujesz.

– Dziękuję, kochanie. – Pochyliła się i pocałowała jego gęstą, czarną czuprynę.

– Lubię naleśniki. Moglibyśmy je zjeść?

Spojrzała na jego zaróżowione policzki, wielkie oczy, uroczą minę. Markie był całym jej życiem. Zadziwiające, jak bardzo je zmienił od pierwszej chwili, gdy na niego spojrzała.

– Tak – odpowiedziała, jak zwykle chcąc mu dogodzić. Zapewne nawet z tym przesadzała. – Naleśniki, bekon i syrop klonowy. To będzie dziś na obiad, ale tylko dlatego, że jestem bardzo zmęczona.

Chłopiec rozpromienił się w uśmiechu.

– Dzięki, mamusiu!

– Proszę bardzo.

Inne obrazki również przedstawiały ptaki. To były tylko szkice, ale zapowiadały wielki talent chłopca, który należy rozwinąć. Jeśli Markie nie straci pasji do rysowania, będzie musiała znaleźć dla niego nauczyciela.

Co oznacza kolejny wydatek, a pod koniec każdego tygodnia nie miała już nawet centa. Westchnęła, a potem powiedziała sobie, że przynajmniej ma Markiego. To wystarczy jej za wszystko.

ROZDZIAŁ TRZECI

Obrońca z urzędu Bill Harris starał się znaleźć pracę swojemu klientowi. W zasadzie nie leżało to w zakresie jego obowiązków, ale ów klient, zaledwie dwudziestoletni młody człowiek, miał żonę i dziecko. Zarzucono mu obrabowanie banku, toteż znalazł się w orbicie zainteresowania FBI. Został aresztowany, oskarżony, postawiony przed sądem, uznany za winnego, skazany i osadzony w więzieniu. Obecnie przebywał na zwolnieniu warunkowym za dobre sprawowanie dzięki kilku spektakularnym posunięciom prawnym adwokata. Jego sprawą zajmował się Jon Blackhawk.

– Pewnej nocy upił się z kilkoma kumplami, którzy rano napadli na oddział banku tuż po jego otwarciu – powiedział Harris, bawiąc się serwetką w restauracji, do której zaprosił Jona na obiad. – Dostał wyrok w przedziale od pięciu do dziesięciu lat, chociaż przez cały czas spał na tylnym siedzeniu samochodu.

– Sporo – stwierdził Jon.

– To moja pierwsza poważna sprawa – wyznał młody adwokat. – Chcę ją dobrze rozegrać. – Oczy błysnęły mu gniewnie. – Nadużywanie środków odurzających powoduje tak wiele problemów w naszym społeczeństwie.

– Kiedyś próbowano zakazać spożywania alkoholu – przypomniał Jon.

– Owszem, z ciekawym rezultatem. Jedynymi, którzy wzbogacili się podczas prohibicji, byli gangsterzy.

– Tak zwykle bywa, gdy coś się delegalizuje. Czy to pierwsze przestępstwo pańskiego klienta?

– Tak. – Przerwał na moment. – Wcześniej uczył w szkółce niedzielnej.

– Znam pastora, który był zamieszany w morderstwo – skomentował kpiąco Blackhawk.

– Wiem, co pan ma na myśli, ale ten chłopak do tego okropnego zdarzenia żył bardzo przykładnie. Rozmawiałem z jego krewnymi i przyjaciółmi, a także z byłymi nauczycielami, którzy za niego poręczyli.

– Zadał pan sobie mnóstwo trudu.

– Owszem. I robiłem to w wolnym czasie. Wierzę w tego chłopaka i chcę mu pomóc. Jeśli zdołam znaleźć mu pracę i przekonać go, żeby trzymał się z daleka od swoich tak zwanych przyjaciół, którzy również wyszli na zwolnienie warunkowe, to może mu się udać. Ma trzyletnie dziecko i uroczą młodą żonę, która go uwielbia.

– Rzeczywiście smutny przypadek – rzucił niezobowiązująco Jon.

Słyszał już tak wiele podobnych historii, że na nie zobojętniał. Zazwyczaj kończyły się źle, jednak nie zamierzał tego mówić naiwnemu, lecz pełnemu pasji młodemu adwokatowi. Idealizm zawsze zasługuje na szacunek.

– Chłopak mieszka w Jacobsville – ciągnął Harris. – Pomyślałem, że ponieważ pański brat pracuje tam z Cashem Grierem, może zechciałby porozmawiać z tamtejszym kuratorem sądowym i wstawić się za moim klientem. Rozumie pan, wspomnieć kuratorowi, że chłopak dostał się w złe towarzystwo, i dopilnować, by zerwał z nim na dobre – powiedział z nadzieją. – Porządna reprymenda na samym początku zwolnienia warunkowego też mogłaby się przydać.

– Dobrze, poproszę brata.

Harris rozpromienił się.

– Dziękuję! Naprawdę jestem panu wdzięczny.

– Żaden z nas, funkcjonariuszy ochrony prawa, nie lubi patrzeć, jak ktoś marnuje sobie życie wskutek jednego popełnionego błędu. Jednakże – dodał z powagą – jeśli on znowu naruszy prawo, nie kiwnę dla niego palcem, choćby pan nie wiem jak mnie błagał.

– Wiem.

Jon uśmiechnął się raczej smętnie. Owszem, porozmawia z bratem, był jednak pewien, że ta sprawa źle się skończy.

– Ten gość to urodzony nieudacznik – powiedział zgodnie z przewidywaniem Mac, kiedy Jon do niego zadzwonił. – Jeśli okazał się na tyle głupi, by dać się wciągnąć w przestępstwo, dostał to, na co zasłużył. Jest bezwolny, podatny na wpływy i nie potrafi trafnie ocenić ludzi.

– Też tak sądzę, ale obiecałem Harrisowi, że poproszę cię o interwencję. Gdyby udało się odciągnąć chłopaka od dawnych kumpli, to już byłoby coś. Naturalnie możesz odmówić. To nie mój problem.

– Chyba mógłbym porozmawiać z Grierem – nie kryjąc niechęci, odparł Mac. – Ale jeżeli ten klient Harrisa znów wpakuje się w kłopoty, gorzko tego pożałuje. Osobiście dobiorę mu się do skóry.

– Ja też. Dzięki.

– Dlaczego sam dzwonisz? – zapytał Kilraven. – Czy twoja asystentka już nawet nie załatwia za ciebie telefonów?

– Dziś rano nie przyszła do pracy – wyjaśnił Jon zatroskanym tonem. – Nawet nie powiadomiła biura. To do niej niepodobne.

– Dzwoniłeś do jej mieszkania?

– Tak, ale nikt nie odebrał.

– Dziwne... Czy ma jakichś wrogów?