Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Zgoda na zabijanie ebook

Vince Flynn

4.75 (16)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zgoda na zabijanie - Vince Flynn

Vince Flynn pozostaje królem wyrafinowanej powieści politycznej.

Dan Brown

Mitch Rapp musi ocalić kolejne życie… tym razem swoje własne. Agent CIA jeszcze nigdy nie był tak wściekły! Oko za oko – tego żąda saudyjski miliarder za śmierć swojego syna terrorysty. Głowa Mitcha zostaje wyceniona na 20 milionów dolarów, a polują na nią były agent wschodnioniemieckiej Stasi oraz małżeństwo najwyższej klasy płatnych zabójców. Jakby tego było mało, nowy dyrektor wywiadu narodowego okazuje się niezwykle irytującym osobnikiem, a żona agenta oznajmia, że jest w ciąży. Czy Mitcha może spotkać go coś gorszego od śmierci?

Opinie o ebooku Zgoda na zabijanie - Vince Flynn

Fragment ebooka Zgoda na zabijanie - Vince Flynn

ZGO­DA NA ZA­BI­JA­NIE

VIN­CE FLYNN

prze­ło­żył

Zbi­gniew A. Kró­lic­ki

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu Con­sent to Kill

Co­py­ri­ght © by Vin­ce Flynn, 2005

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Prze­kład Zbi­gniew A. Kró­lic­ki

Ko­rek­ta Anna Olek­siak

Pro­jekt okład­ki Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Ko­or­dy­na­cja

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-257-9

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Moim bra­ciom i sio­strom

Da­nie­lo­wi, Pa­tric­ko­wi, She­ili,

Kel­ly, Ke­vi­no­wi i Ti­mo­thy’emu…

a tak­że

pa­mię­ci ko­cha­nej Lucy Flynn,

któ­rej uśmiech, mi­łość iwdzięk

żyją w Lau­ren, Con­no­rze iJac­ku

Wstęp

Sto­sun­ko­wo ła­two jest za­bić czło­wie­ka – szcze­gól­nie zwy­czaj­ne­go, któ­ry ni­cze­go się nie spo­dzie­wa. Jed­nak za­bić ko­goś ta­kie­go jak Mitch Rapp to zu­peł­nie inna spra­wa. To wy­ma­ga sta­ran­ne­go pla­no­wa­nia i bar­dzo uta­len­to­wa­ne­go za­bój­cy, a ra­czej za­bój­ców, do­sta­tecz­nie od­waż­nych lub sza­lo­nych, żeby pod­jąć się tego za­da­nia. Tak na­praw­dę ktoś zdro­wy na umy­śle nig­dy by się tego nie pod­jął.

Za­ma­chow­cy mu­sie­li­by za­sko­czyć Rap­pa, żeby po­dejść wy­star­cza­ją­co bli­sko i za­ła­twić go raz na za­wsze. Wstęp­ny ra­port nie wy­glą­dał do­brze. Ten Ame­ry­ka­nin był albo nie­zwy­kle czuj­ny, albo cier­piał na moc­no za­awan­so­wa­ną pa­ra­no­ję. Plan mu­siał być do­pra­co­wa­ny w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, a na­wet wte­dy po­trzeb­na by­ła­by odro­bi­na szczę­ścia. Wy­li­czy­li, że szan­se po­wo­dze­nia są w naj­lep­szym ra­zie oko­ło sie­dem­dzie­się­cio­pro­cen­to­we. Dla­te­go mu­sie­li zro­bić to tak, żeby w ra­zie po­trze­by móc się wszyst­kie­go wy­przeć. Je­śli ten, któ­re­go po­ślą, za­wie­dzie, Rapp od­szu­ka zle­ce­nio­daw­ców, nie zwa­ża­jąc na ich po­zy­cję na dra­bi­nie wła­dzy, a oni nie za­mie­rza­li przez resz­tę ży­cia ucie­kać przed kimś ta­kim jak Mitch Rapp.

1LANGLEY, WIRGINIA

Rapp stał przed biur­kiem sze­fo­wej. Za­pro­po­no­wa­ła, żeby usiadł, ale Rapp od­mó­wił. Słoń­ce za­cho­dzi­ło, ro­bi­ło się póź­no i wo­lał­by już być w domu z żoną, ale chciał za­ła­twić tę spra­wę. Tecz­ka mia­ła pra­wie trzy cen­ty­me­try gru­bo­ści. Wku­rza­ła go. Nie było na to lep­sze­go sło­wa. Chciał się jej po­zbyć. Usu­nąć z biur­ka, żeby móc się za­jąć czymś in­nym. Czymś waż­niej­szym i za­pew­ne bar­dziej iry­tu­ją­cym, nie­mniej te­raz po pro­stu chciał roz­wią­zać ten wła­śnie pro­blem.

Miał na­dzie­ję, że Ken­ne­dy po pro­stu prze­czy­ta koń­co­we wnio­ski i odda mu tecz­kę. Ale sze­fo­wa lu­bi­ła ro­bić wszyst­ko in­a­czej. Nie zo­sta­je się pierw­szą w hi­sto­rii dy­rek­tor­ką CIA dzię­ki cho­dze­niu na skró­ty. Mia­ła fo­to­gra­ficz­ną pa­mięć i nie­zwy­kle ana­li­tycz­ny umysł. Była jak je­den z tych naj­no­wo­cze­śniej­szych su­per­kom­pu­te­rów, któ­re dzia­ła­ją w pod­zie­miach du­żych firm ubez­pie­cze­nio­wych, prze­twa­rza­jąc dane, kal­ku­lu­jąc tren­dy, ry­zy­ko i mi­liard in­nych rze­czy. Ken­ne­dy jak nikt inny po­tra­fi­ła ogar­nąć sy­tu­ację. Była skarb­ni­cą wszel­kich in­for­ma­cji, w tym – szcze­gól­nie – o spra­wach, któ­re nig­dy nie mo­gły zo­stać ujaw­nio­ne. Ta­kich jak ta, któ­rej akta te­raz le­ża­ły na jej biur­ku.

Pa­trzył, jak szyb­ko prze­wra­ca kart­ki, a po­tem cofa się, by spraw­dzić pew­ne nie­kon­se­kwen­cje, któ­re nie­wąt­pli­wie tam były. Przy­go­to­wy­wa­nie ta­kich ra­por­tów nie było jego spe­cjal­no­ścią. Jego umie­jęt­no­ści mia­ły wię­cej wspól­ne­go z dru­gim koń­cem ich pra­cy. Cza­sa­mi czy­ta­ła jego spra­woz­da­nia z dłu­go­pi­sem w ręku. Po­pra­wia­ła je i ro­bi­ła no­tat­ki na mar­gi­ne­sach. Jed­nak nie te­raz. Ta tecz­ka mo­gła oka­zać się tru­ci­zną, czymś, co nisz­czy ka­rie­ry jak tor­na­do prze­cho­dzą­ce przez par­king przy­czep miesz­kal­nych. Kie­dy przy­cho­dził do jej ga­bi­ne­tu wcze­snym ran­kiem lub póź­nym po­po­łu­dniem i nie chciał usiąść, Ken­ne­dy wie­dzia­ła, że le­piej nie spie­szyć się z ro­bie­niem ad­no­ta­cji. Wie­dzia­ła, cze­go chciał, więc tyl­ko czy­ta­ła i nic nie mó­wi­ła.

Ken­ne­dy za­wsze chcia­ła mieć wgląd w ta­kie spra­wy. Rapp nie był pe­wien, czy to do­bry po­mysł, ale ona le­piej od nie­go ogar­nia­ła cały ob­raz sy­tu­acji. Była jego sze­fo­wą i w re­zul­ta­cie to jej ślicz­na głów­ka mo­gła spaść. Gdy­by bom­ba za­czę­ła ty­kać, Rapp bez wa­ha­nia za­sło­nił­by ją wła­snym cia­łem, ale sępy z Ka­pi­to­lu chcia­ły­by do­stać tak­że jej skalp. Rapp da­rzył ją sza­cun­kiem, co o czymś świad­czy­ło. Był sa­mot­ni­kiem. Wy­szko­lo­no go, żeby dzia­łał sa­mo­dziel­nie i mógł prze­trwać wie­le mie­się­cy w polu zda­ny wy­łącz­nie na sie­bie. Dla nie­któ­rych lu­dzi taka pra­ca by­ła­by ka­tor­gą. Nie dla Rap­pa. Dla nie­go to był raj. Żad­nych pa­pie­rów, ni­ko­go, kto za­glą­dał­by mu przez ra­mię. Żad­ne­go oba­wia­ją­ce­go się ry­zy­ka biu­ro­kra­ty, któ­ry kry­ty­ko­wał­by po fak­cie wszyst­kie jego dzia­ła­nia. Cał­ko­wi­ta au­to­no­mia. Tak go wy­szko­li­li i te­raz mu­sie­li ja­koś so­bie z nim ra­dzić.

Tacy fa­ce­ci jak Rapp nie lu­bią otrzy­my­wać roz­ka­zów, chy­ba że od ko­goś, kogo na­praw­dę sza­nu­ją. Na szczę­ście Ken­ne­dy zy­ska­ła so­bie jego sza­cu­nek i umia­ła ko­rzy­stać ze swej wła­dzy, żeby coś zro­bić lub – jak w tym przy­pad­ku – od­wró­cić gło­wę i po­zwo­lić mu dzia­łać. Tyl­ko tego chciał. Wła­ści­wie tak wo­lał. Nie po­trze­bo­wał jej pod­pi­su czy zie­lo­ne­go świa­tła. Cze­kał, aż zwró­ci mu tecz­kę, po­wie do­bra­noc i to bę­dzie ko­niec. Albo po­czą­tek, za­le­ży, jak na to pa­trzeć.

Współ­pra­cow­ni­cy Rap­pa byli już na miej­scu. Mógł do­łą­czyć do nich rano i za­koń­czyć ak­cję w cią­gu dwu­na­stu go­dzin albo szyb­ciej, je­śli nie bę­dzie żad­nych nie­spo­dzia­nek, a w tej spra­wie nie bę­dzie. Ten fa­cet był kom­plet­nym idio­tą. Na­wet nie bę­dzie wie­dział, co się sta­ło. Pro­ble­mem było za­mie­sza­nie, ja­kie mo­gło to wy­wo­łać. Re­per­ku­sje. Oso­bi­ście Rapp wca­le się tym nie przej­mo­wał, ale wie­dział, że sko­ro Ken­ne­dy się za­sta­na­wia, musi mieć ja­kiś po­wód.

Za­mknę­ła tecz­kę i zdję­ła oku­la­ry do czy­ta­nia. Po­ło­ży­ła je na biur­ku i za­czę­ła trzeć oczy. Rapp ob­ser­wo­wał to. Do­brze ją znał. Tak do­brze, jak to moż­li­we. Po­cie­ra­nie oczu nie było do­brym zna­kiem. Ozna­cza­ło ból gło­wy, spo­wo­do­wa­ny praw­do­po­dob­nie tą kupą, któ­rą wła­śnie zwa­lił na jej biur­ko.

– Niech zgad­nę – po­wie­dzia­ła, pa­trząc na nie­go zmę­czo­nym wzro­kiem. – Chcesz go wy­eli­mi­no­wać.

Rapp ski­nął gło­wą.

– Jak to jest, że two­je roz­wią­za­nia za­wsze obej­mu­ją za­bi­ja­nie?

Rapp wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Dzię­ki temu zwy­kle są trwal­sze.

Dy­rek­tor­ka CIA wy­glą­da­ła na roz­cza­ro­wa­ną. Po­krę­ci­ła gło­wą i po­ło­ży­ła dło­nie na za­mknię­tej tecz­ce.

– Co mam ci po­wie­dzieć, Ire­ne? Nie zaj­mu­ję się re­ha­bi­li­ta­cją. Ten fa­cet miał szan­sę. Fran­cu­zi wsa­dzi­li go na pra­wie dwa lata. Wy­szedł sześć mie­się­cy temu i już wró­cił do sta­rych nu­me­rów.

– Po­fa­ty­go­wa­łeś się, by oce­nić skut­ki?

– To chy­ba nie moja spe­cjal­ność?

Ob­rzu­ci­ła go gniew­nym spoj­rze­niem.

– Roz­ma­wia­łem już z na­szy­mi fran­cu­ski­mi ko­le­ga­mi. Są tak samo wku­rze­ni jak my. To ich prze­klę­ci po­li­ty­cy i ten nie­zdar­ny sę­dzia po­zwo­li­li temu idio­cie wyjść na wol­ność.

Ken­ne­dy nie mo­gła temu za­prze­czyć. Dłu­go roz­ma­wia­ła ze swo­im fran­cu­skim od­po­wied­ni­kiem o tym osob­ni­ku i kil­ku in­nych. Nie był za­do­wo­lo­ny z pod­ję­tej przez jego kraj de­cy­zji wy­pusz­cze­nia tego ra­dy­kal­ne­go is­lam­skie­go du­chow­ne­go. Lu­dziom z fran­cu­skich służb an­ty­ter­ro­ry­stycz­nych nie po­do­ba­ło się to tak samo jak jej.

– Ten gość jest zna­ną oso­bi­sto­ścią – po­wie­dzia­ła Ken­ne­dy.

– Pi­szą o nim w ga­ze­tach. Re­la­cjo­no­wa­li jego zwol­nie­nie. Je­śli te­raz umrze, wszy­scy się na to rzu­cą.

– Niech się rzu­ca­ją. Ta sen­sa­cja po­trwa kil­ka dni… naj­wy­żej ty­dzień, a po­tem zaj­mą się czymś in­nym. Po­nad­to… bę­dzie to wy­raź­na wia­do­mość dla tych wszyst­kich idio­tów, któ­rzy są­dzą, że mogą bez­kar­nie dzia­łać na Za­cho­dzie.

Spoj­rza­ła na nie­go wzro­kiem, któ­ry ni­cze­go nie zdra­dzał.

– A co z pre­zy­den­tem? Bę­dzie chciał wie­dzieć, czy ma­cza­li­śmy w tym pal­ce.

Rapp wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Po­wiesz mu, że nic o tym nie wiesz.

Ken­ne­dy zmarsz­czy­ła brwi.

– Nie chcę go okła­my­wać.

– Za­tem po­wiedz, żeby mnie o to za­py­tał. Zo­rien­tu­je się, co w tra­wie pisz­czy, i prze­sta­nie drą­żyć te­mat. Zna za­sa­dy tej gry.

Ken­ne­dy wy­cią­gnę­ła się na fo­te­lu i za­ło­ży­ła nogę na nogę. Spoj­rza­ła na prze­ciw­le­głą ścia­nę i po­wie­dzia­ła, bar­dziej do sie­bie niż do Rap­pa:

– To du­chow­ny.

– To ra­dy­kal­ny ban­dzior, któ­ry wy­ko­rzy­stu­je Ko­ran do wła­snych sa­dy­stycz­nych po­trzeb. Zbie­ra pie­nią­dze dla ugru­po­wań ter­ro­ry­stycz­nych, wer­bu­je po­dat­ne na pro­pa­gan­dę dzie­cia­ki do sa­mo­bój­czych ata­ków bom­bo­wych i robi to tuż pod na­szym no­sem.

– To ko­lej­ny pro­blem. Jak two­im zda­niem za­re­agu­ją na to Ka­na­dyj­czy­cy?

– Pu­blicz­nie… z pew­no­ścią nie­któ­rzy będą wście­kli, ale pry­wat­nie będą go­to­wi dać nam me­dal. Roz­ma­wia­li­śmy już z Kró­lew­ską Kon­ną i ludź­mi z SIS. Chcie­li­by de­por­to­wać tego idio­tę, lecz ich pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny za­wzię­cie pró­bu­je do­wieść, że jest uoso­bie­niem po­li­tycz­nej po­praw­no­ści. Na­wet prze­chwy­ci­li­śmy roz­mo­wę dwóch, któ­rzy za­sta­na­wia­li się, jak ten fa­cet mógł­by znik­nąć.

– Nie mó­wisz po­waż­nie?

– Jak naj­bar­dziej. Co­le­man i jego lu­dzie prze­chwy­ci­li to w tym ty­go­dniu.

Ken­ne­dy przy­glą­da­ła mu się.

– Nie wąt­pię, że nasi ko­le­dzy pry­wat­nie przy­kla­sną śmier­ci tego czło­wie­ka, ale to w ni­czym nie zmie­nia po­li­tycz­nych re­per­ku­sji.

Rapp nie chciał się wda­wać w po­li­tycz­ne roz­wa­ża­nia. Wie­dział, że szyb­ko by się po­gu­bił.

– Po­słu­chaj… wy­star­czy, że ci fa­na­tycz­ni sza­leń­cy ro­bią swo­je w Ara­bii Sau­dyj­skiej i Pa­ki­sta­nie, ale to pew­ne jak dia­bli, że nie mo­że­my po­zwo­lić im na to w Ame­ry­ce Pół­noc­nej. Będę z tobą szcze­ry. Mam na­dzie­ję, że pra­sa roz­dmu­cha tę spra­wę… a tak­że że resz­ta tych fa­na­ty­ków wy­raź­nie od­czy­ta na­szą wia­do­mość. Ire­ne, to­czy­my woj­nę i mu­si­my za­cząć dzia­łać w taki spo­sób.

Nie po­do­ba­ło jej się to, ale przy­zna­ła mu ra­cję.

– Jak za­mie­rzasz to zro­bić? – spy­ta­ła z re­zy­gna­cją.

– Ze­spół Co­le­ma­na już od sze­ściu dni jest na miej­scu i ob­ser­wu­je go. Fa­cet robi wszyst­ko punk­tu­al­nie jak w ze­gar­ku. Nie ma po­rząd­nej ochro­ny, któ­rą mu­sie­li­by­śmy się przej­mo­wać. Mo­że­my po­dejść i krop­nąć go na uli­cy, ale wte­dy mu­sie­li­by­śmy zli­kwi­do­wać każ­de­go, kto mu to­wa­rzy­szy, albo zdjąć go z ka­ra­bi­nu z tłu­mi­kiem z od­le­gło­ści kil­ku­set me­trów. Wolę strzał z ka­ra­bi­nu. Przy od­po­wied­nim wy­ko­naw­cy szan­se będą duże, a skut­ki ubocz­ne mniej­sze.

Prze­su­nę­ła pal­cem po nu­me­rze akt i za­py­ta­ła:

– Mo­żesz spra­wić, żeby znik­nął?

– Gdy­bym miał dość cza­su, pie­nię­dzy i wła­dzy, mógł­bym zro­bić wszyst­ko, ale po co to kom­pli­ko­wać?

– Wrza­wa by­ła­by znacz­nie mniej­sza, gdy­by nie było cia­ła, któ­re dzien­ni­ka­rze mo­gli­by sfo­to­gra­fo­wać.

– Ni­cze­go nie mogę obie­cać, ale zo­ba­czę, co się da zro­bić.

Ken­ne­dy po­wo­li po­ki­wa­ła gło­wą.

– W po­rząd­ku. Za­sa­da nu­mer je­den, Mitch. Nie daj się zła­pać.

– To się ro­zu­mie samo przez się. Mam bar­dzo roz­wi­nię­ty in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy.

– Wiem. Ja tyl­ko mó­wię, że gdy­byś wy­my­ślił ja­kiś spo­sób, żeby nig­dy go nie zna­le­zio­no, bar­dzo by nam to po­mo­gło.

– Ro­zu­miem. – Rapp wy­cią­gnął rękę i chwy­cił tecz­kę. – Jesz­cze coś?

– Tak. Kie­dy wró­cisz, chcę, że­byś się z kimś spo­tkał. Wła­ści­wie z dwie­ma oso­ba­mi.

– Z kim?

Po­krę­ci­ła gło­wą.

– Kie­dy wró­cisz, Mitch. Na ra­zie masz moją zgo­dę. Zrób to i za­dzwoń do mnie za­raz po­tem.

2MEKKA, ARABIA SAUDYJSKA

Chcę śmier­ci pew­ne­go czło­wie­ka.

Te sło­wa zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne zbyt gło­śno, w obec­no­ści zbyt wie­lu lu­dzi i w oto­cze­niu, któ­re nie sły­sza­ło ta­kiej wy­po­wie­dzi od dzie­się­cio­le­ci. Dwu­dzie­stu ośmiu męż­czyzn, włącz­nie z ochro­nia­rza­mi, sta­ło lub sie­dzia­ło w urzą­dzo­nej z prze­py­chem sali au­dien­cyj­nej księ­cia Mu­ham­ma­da Ibn Ra­szi­da w jego pa­ła­cu w Mek­ce. Ra­szid był sau­dyj­skim mi­ni­strem do spraw is­la­mu, bar­dzo waż­ną oso­bi­sto­ścią w kró­le­stwie. Swo­ich co­ty­go­dnio­wych me­dżli­sów, czy­li au­dien­cji, lu­bił udzie­lać w pa­ła­cu, zgod­nie z tra­dy­cją pu­styn­nych szej­ków. Nie­któ­rzy przy­by­wa­li tu pro­sić o róż­ne ła­ski, inni, żeby tyl­ko zna­leźć się bli­sko księ­cia, a jesz­cze inni bez wąt­pie­nia po to, aby szpie­go­wać go z po­le­ce­nia jego przy­rod­nie­go bra­ta, kró­la Ab­dul­la­ha.

Po tak bez­ce­re­mo­nial­nie wy­gło­szo­nej proś­bie po­rzu­co­no wszel­kie po­zo­ry dys­kre­cji, zwy­kle osią­ga­ją­ce ran­gę sztu­ki pod­czas tych co­ty­go­dnio­wych au­dien­cji. Le­d­wie te sło­wa wy­szły z ust mó­wią­ce­go, wszyst­kie gło­wy zwró­ci­ły się w kie­run­ku księ­cia.

Ksią­żę Mu­ham­mad Ibn Ra­szid nie ro­zej­rzał się, ale czuł na so­bie spoj­rze­nia wszyst­kich obec­nych. Kie­dy usły­szał te zu­chwa­łe sło­wa przy­ja­cie­la, tyl­ko przez mo­ment po­czuł lek­ki nie­po­kój i wca­le nie dla­te­go, że cho­dzi­ło o za­bój­stwo. Ra­szid spo­dzie­wał się tego. Już od pew­ne­go cza­su pod­su­wał swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi in­for­ma­cje, któ­re mia­ły go skło­nić do wy­stą­pie­nia z tą proś­bą. Na­praw­dę zi­ry­to­wa­ło go tyl­ko to, że jego sta­ry przy­ja­ciel był na tyle nie­roz­waż­ny, że wy­gło­sił te sło­wa w obec­no­ści tak wie­lu lu­dzi, któ­rym nie moż­na ufać. Kró­le­stwo sta­ło się bar­dzo nie­bez­piecz­nym miej­scem, na­wet dla czło­wie­ka tak wpły­wo­we­go jak Mu­ham­mad Ibn Ra­szid.

Ra­szid uści­snął dłoń klę­czą­ce­go i sta­ran­nie roz­wa­żył swo­ją od­po­wiedź. Do za­cho­du słoń­ca za­rów­no ta proś­ba, jak jego sło­wa będą po­wta­rza­ne w ca­łym kró­le­stwie, a być może i da­lej. W domu Sau­dów pa­no­wał roz­łam. Brat sta­wał prze­ciw­ko bra­tu i Ra­szid wie­dział, że musi być bar­dzo ostroż­ny. Za­bi­to już kil­ku człon­ków kró­lew­skiej ro­dzi­ny i zgi­nie jesz­cze wie­lu in­nych, za­nim to się skoń­czy. Jego głów­nym prze­ciw­ni­kiem był sam król, na­zbyt mięk­ki przy­wód­ca, któ­ry na­zbyt czę­sto słu­chał Ame­ry­ka­nów.

Oparł­szy się wro­dzo­nej skłon­no­ści do wy­gła­sza­nia zu­chwa­łych słów, skar­cił przy­ja­cie­la:

– Nie wol­no ci tak mó­wić, Sa’idzie. Wiem, że utra­ta syna to cięż­ki cios, ale mu­sisz pa­mię­tać, że Al­lah jest po­tęż­ny, a ze­msta na­le­ży do nie­go.

Tam­ten od­parł gniew­nie:

– My jed­nak je­ste­śmy na­rzę­dzia­mi Al­la­ha i do­ma­gam się ze­msty. Mam do tego pra­wo.

Ksią­żę ode­rwał wzrok od zbo­la­łej twa­rzy swo­je­go sta­re­go przy­ja­cie­la, któ­ry przed nim klę­czał, i ski­nął na swo­ich asy­sten­tów, żeby opróż­ni­li salę. Po­tem wy­cią­gnął rękę i do­tknął ko­la­na sie­dzą­ce­go po jego pra­wej stro­nie męż­czy­zny, da­jąc mu znak, aby zo­stał.

Kie­dy po­zo­sta­li opu­ści­li salę, ksią­żę su­ro­wo spoj­rzał na swe­go przy­ja­cie­la.

– Zło­ży­łeś u mo­ich stóp bar­dzo po­waż­ną proś­bę – rzekł.

Sa’id Ah­med Ab­dul­lah miał łzy w oczach.

– Nie­wier­ni za­bi­li mo­je­go syna. Był do­brym chłop­cem. – Zwró­cił udrę­czo­ną twarz do męż­czy­zny, któ­re­mu Ra­szid ka­zał zo­stać. Szejk Ah­med al-Gham­di był du­cho­wym przy­wód­cą z Wiel­kie­go Me­cze­tu w Mek­ce. – Mój syn był głę­bo­ko wie­rzą­cym mu­zuł­ma­ni­nem, któ­ry od­po­wie­dział na we­zwa­nie do dżi­ha­du. Po­świę­cił wszyst­ko, pod­czas gdy tak wie­lu nie robi nic.

Sa’id ro­zej­rzał się po sali, chcąc skie­ro­wać część swo­je­go gnie­wu na tych człon­ków uprzy­wi­le­jo­wa­nej kla­sy, któ­rzy wy­gła­sza­li od­waż­ne sło­wa, sza­sta­li pie­niędz­mi, ale nie prze­la­li ani kro­pli wła­snej krwi. Był tak po­grą­żo­ny w bólu, że na­wet nie za­uwa­żył, że wszy­scy już wy­szli.

Szejk Ah­med ła­ska­wie ski­nął gło­wą.

– Wa­hid był dziel­nym wo­jow­ni­kiem.

– Bar­dzo dziel­nym. – Sa’id znów spoj­rzał na sta­re­go przy­ja­cie­la. – Zna­my się od bar­dzo daw­na. Czy kie­dy­kol­wiek by­łem nie­roz­sąd­ny? Czy kie­dy­kol­wiek obar­cza­łem cię ja­ki­miś try­wial­ny­mi proś­ba­mi?

Ra­szid prze­czą­co po­krę­cił gło­wą.

– Nie przy­szedł­bym tu te­raz pro­sić o to, gdy­by ci tchó­rze w Ri­ja­dzie speł­ni­li moją skrom­ną proś­bę i po­sta­wi­li się Ame­ry­ka­nom. A pro­si­łem tyl­ko o cia­ło mo­je­go naj­młod­sze­go dziec­ka, że­bym mógł wy­pra­wić mu na­le­ży­ty po­grzeb. Za­miast tego po­wie­dzia­no mi, że zo­sta­ło ono zbez­czesz­czo­ne przez Mit­cha Rap­pa, któ­ry w ten spo­sób chciał za­gro­dzić mu dro­gę do raju. Co in­ne­go mi po­zo­sta­ło?

Ra­szid wes­tchnął.

– O co mnie pro­sisz?

– Chcę, że­byś za­bił dla mnie czło­wie­ka. Nic wię­cej. Oko za oko.

Ra­szid uważ­nie przyj­rzał się przy­ja­cie­lo­wi.

– Pro­sisz o dużą przy­słu­gę.

– Zro­bił­bym to sam – od­parł za­pal­czy­wie Sa’id – ale je­stem la­ikiem w ta­kich spra­wach, pod­czas gdy ty, mój sta­ry przy­ja­cie­lu, masz kon­tak­ty w świe­cie wy­wia­du.

Ra­szid przez osiem lat był sau­dyj­skim mi­ni­strem do spraw za­gra­nicz­nych, któ­re­mu pod­le­ga­ły po­li­cja i służ­by wy­wia­dow­cze. Po je­de­na­stym wrze­śnia zo­stał w nie­sła­wie zdy­mi­sjo­no­wa­ny przez przy­rod­nie­go bra­ta, pa­nu­ją­ce­go wład­cę, któ­ry ugiął się pod pre­sją Ame­ry­ka­nów. Tak, Ra­szid miał kon­tak­ty. W rze­czy sa­mej wy­brał już na­wet w du­chu kon­kret­ne­go wy­ko­naw­cę tego zle­ce­nia.

– Kim jest czło­wiek, któ­re­go śmier­ci pra­gniesz?

– Na­zy­wa się Rapp… Mitch Rapp.

Ksią­żę ukrył ra­dość. Pla­no­wał to od wie­lu mie­się­cy. Od kie­dy przy­ja­ciel po­pro­sił go, żeby się do­wie­dział, co spo­tka­ło jego syna, któ­ry opu­ścił kró­le­stwo, by wal­czyć w Afga­ni­sta­nie. Ra­szid wy­ko­rzy­stał swo­je źró­dła w wy­wia­dzie i od­krył znacz­nie wię­cej, niż ujaw­nił. Po­wo­li kar­mił swo­je­go przy­ja­cie­la in­for­ma­cja­mi, wie­dząc, że w ten spo­sób wzbu­dzi w nim żą­dzę ze­msty.

– Sa’idzie, czy wiesz, o co mnie pro­sisz? – po­wie­dział wy­ćwi­czo­nym, zło­wiesz­czym gło­sem. – Czy masz po­ję­cie, kim jest ten Mitch Rapp?

– Jest za­bój­cą, nie­wier­nym, czło­wie­kiem od­po­wie­dzial­nym za śmierć i zbez­czesz­cze­nie zwłok mo­je­go syna. Nic wię­cej nie mu­szę wie­dzieć.

– Mu­szę cię ostrzec – rzekł z na­ci­skiem Ra­szid – że ten Mitch Rapp jest nie­zwy­kle nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem. Po­dob­no jest ulu­bień­cem ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta, a tak­że na­sze­go kró­la.

– Jest nie­wier­nym – po­wtó­rzył zbo­la­ły oj­ciec i zwró­cił się do du­chow­ne­go: – Słu­cha­łem two­ich ka­zań. Czy nie to­czy­my woj­ny o prze­trwa­nie is­la­mu? Czy nie mó­wi­łeś nam, aby­śmy chwy­ci­li za broń prze­ciw­ko nie­wier­nym?

Ta nie­wiel­ka część twa­rzy, któ­rej nie za­sła­nia­ła gę­sta siwa bro­da, nie zdra­dza­ła żad­nych uczuć. Szejk tyl­ko za­mknął oczy i ski­nął gło­wą.

Sa’id znów spoj­rzał na księ­cia, sta­re­go przy­ja­cie­la.

– Nie je­stem po­li­ty­kiem, mę­żem sta­nu ani słu­gą Boga. Je­stem czło­wie­kiem in­te­re­su. Nie spo­dzie­wam się, by któ­ryś z was pu­blicz­nie czy pry­wat­nie wsparł mnie w tym, co chcę zro­bić. Pro­szę tyl­ko, Ra­szi­dzie, abyś wska­zał mi od­po­wied­ni kie­ru­nek. Po­daj mi na­zwi­sko, a ja zaj­mę się resz­tą.

Gdy­by nie wcze­śniej­sze pu­blicz­ne wy­stą­pie­nie Sa’ida, Ra­szid nie mógł­by być bar­dziej za­do­wo­lo­ny z ob­ro­tu wy­da­rzeń. Nie­mal ide­al­nie prze­wi­dział re­ak­cję przy­ja­cie­la. Te­raz sie­dział spo­koj­nie, sta­ra­jąc się nie zdra­dzać en­tu­zja­zmu.

– Sa’idzie, znam czło­wie­ka, któ­ry jest bar­dzo zręcz­nym wy­ko­naw­cą ta­kich za­dań. Jest bar­dzo dro­gi, ale zna­jąc cię tak do­brze, wąt­pię, aby to mia­ło ja­kieś zna­cze­nie.

Sa’id ener­gicz­nie kiw­nął gło­wą. Za­ro­bił mi­liar­dy, naj­pierw prze­cią­ga­jąc li­nie te­le­fo­nicz­ne i ener­ge­tycz­ne w kró­le­stwie oraz są­sied­nich kra­jach re­gio­nu, a obec­nie kła­dąc ty­sią­ce ki­lo­me­trów świa­tło­wo­dów.

– Przy­ślę go do cie­bie, ale nie wol­no ci wspo­mi­nać o na­szym dzi­siej­szym spo­tka­niu ani jemu, ani ko­mu­kol­wiek in­ne­mu. Po­dzie­lam twój gniew i ży­czę ci po­wo­dze­nia, ale mu­sisz mi dać sło­wo jako mój naj­star­szy przy­ja­ciel, że nig­dy ni­ko­mu nie po­wiesz o mo­jej roli w tej spra­wie. Kró­le­stwo jest dzi­siaj bar­dzo nie­bez­piecz­nym miej­scem i nie­któ­rzy z mo­ich bra­ci nie oka­za­li­by ci ta­kie­go współ­czu­cia jak ja. – Ta alu­zja Ra­szi­da do pro­ame­ry­kań­skie­go rzą­du Ara­bii Sau­dyj­skiej była oczy­wi­sta.

Sa’id prych­nął.

– Chciał­bym wie­le po­wie­dzieć, ale jak za­uwa­ży­łeś, kró­le­stwo jest dziś bar­dzo nie­bez­piecz­nym miej­scem. Masz moje sło­wo. Nie po­wiem o tym ni­ko­mu. Na­wet czło­wie­ko­wi, któ­re­go przy­ślesz.

– Do­brze. – Ra­szid się uśmiech­nął. Wstał i po­mógł pod­nieść się przy­ja­cie­lo­wi. Obaj po­szli przez roz­le­głą salę, zo­sta­wia­jąc sie­dzą­ce­go du­chow­ne­go. – Po­nie­waż, mój przy­ja­cie­lu, je­śli uda ci się za­bić pana Rap­pa i Ame­ry­ka­nie do­wie­dzą się, że za tym sta­łeś, król utnie ci gło­wę. Je­śli ci się nie po­wie­dzie i pan Rapp do­wie się, że za tym sta­łeś… przy­spo­rzy to­bie i two­jej ro­dzi­nie wię­cej cier­pień, niż mo­żesz so­bie wy­obra­zić.

Sa’id ski­nął gło­wą.

– Jak roz­po­znam czło­wie­ka, któ­re­go przy­ślesz?

– To Nie­miec. Na pew­no go po­znasz. Jest nie­zwy­kle uta­len­to­wa­ny. Po pro­stu po­wiedz mu, cze­go chcesz, a on zaj­mie się resz­tą.

3MONTREAL, KANADA

Rapp przy­był na­stęp­ne­go ran­ka pry­wat­nym od­rzu­tow­cem Fal­con 2000, wy­czar­te­ro­wa­nym przez fir­mę z Wir­gi­nii, któ­ra była jed­ną z przy­kry­wek agen­cji. Rapp peł­nił rolę dru­gie­go pi­lo­ta, ubra­ny w od­po­wied­ni mun­dur. Ten mun­dur i zu­ży­ty, lecz fał­szy­wy pasz­port za­pew­ni­ły mu bez­pro­ble­mo­we przej­ście przez po­bież­ną kon­tro­lę cel­ną na pry­wat­nym lot­ni­sku, z któ­re­go tak­sów­ką do­je­chał do ho­te­lu, gdzie za­trzy­ma­ła się resz­ta ze­spo­łu. Była so­bo­ta rano. Siód­my dzień ak­cji dla ze­spo­łu. Two­rzy­ły go czte­ry oso­by, włącz­nie z Co­le­ma­nem. Pra­co­wa­li z Rap­pem od ja­kichś pięt­na­stu lat. Każ­dy z nich do­brze wie­dział, jak dzia­ła­ją po­zo­sta­li, i wszy­scy so­bie ufa­li, co w ich fa­chu było bar­dzo waż­ne.

Co­le­man cze­kał na nie­go w po­ko­ju ho­te­lo­wym, go­to­wy szyb­ko za­po­znać go z bie­żą­cą sy­tu­acją. Po­zo­sta­li trzej męż­czyź­ni byli w mie­ście i ob­ser­wo­wa­li cel. Co­le­man, daw­ny ko­man­dos SEAL, był o dwa cen­ty­me­try niż­szy od Rap­pa. Za­zwy­czaj blond wło­sy miał krót­ko ostrzy­żo­ne, ale ostat­nio po­zwo­lił im od­ro­snąć, tak że za­kry­wa­ły mu uszy i do­ty­ka­ły koł­nie­rzy­ka ko­szu­li na kar­ku. Uło­żo­ne w fale, po­skrę­ca­ły się na koń­cach. Był szczu­pły i mu­sku­lar­ny, ale miał swo­bod­ny spo­sób by­cia, któ­ry mógł być zwod­ni­czy. Znał swo­je moż­li­wo­ści i nie czuł już po­trze­by ni­cze­go udo­wad­niać. Ro­bił wszyst­ko, prze­szedł wie­le na­praw­dę pa­skud­nych chwil i prze­żył, ale nig­dy o tym nie mó­wił. Tak już jest z ludź­mi z SEAL. Mogą wy­mie­niać się wo­jen­ny­mi opo­wie­ścia­mi mię­dzy sobą lub in­ny­mi ko­man­do­sa­mi, ale na tym ko­niec. To bar­dzo eli­tar­ny klub, w któ­rym nie lu­bią sa­mo­chwa­łów.

Rapp po­ło­żył swój wo­rek na jed­nym z łó­żek i spoj­rzał na mapę roz­po­star­tą na dru­gim.

– Tu­taj jest ho­tel, tu me­czet – rzekł Co­le­man, wska­zu­jąc je­den obiekt, a po­tem dru­gi – a tu jego miesz­ka­nie.

Rapp spoj­rzał na mapę uka­zu­ją­cą frag­ment cen­trum Mont­re­alu.

– Ile cza­su za­bie­ra mu przej­ście z me­cze­tu do miesz­ka­nia?

– Prze­cięt­nie pięć mi­nut i dwa­dzie­ścia trzy se­kun­dy. Naj­szyb­ciej prze­szedł tę tra­sę w czte­ry mi­nu­ty i osiem­na­ście se­kund. Był spóź­nio­ny i spie­szył się na mo­dły. Naj­dłu­żej szedł po­nad dzie­sięć mi­nut. Przy­sta­nął, żeby z kimś po­roz­ma­wiać.

– Za­uwa­ży­li­ście coś, co wska­zy­wa­ło­by, że jest śle­dzo­ny przez po­li­cję lub służ­bę wy­wia­dow­czą?

– Nie.

Rapp zmarsz­czył brwi.

– To dziw­ne.

– Z po­cząt­ku też tak my­śla­łem, ale do­sze­dłem do wnio­sku, że może mają ko­goś we­wnątrz.

– Ko­goś z wier­nych?

– Taa. – Co­le­man wska­zał na zdję­cie me­cze­tu w for­ma­cie po­dwój­nej pocz­tów­ki. – Prze­chwy­ci­li­śmy roz­mo­wę. Nie wszy­scy zga­dza­ją się z jego ra­dy­kal­ną in­ter­pre­ta­cją Ko­ra­nu.

Rapp uniósł pra­wą brew, wy­ra­ża­jąc swo­je zdzi­wie­nie.

– Za­ło­ży­li­ście pod­słuch w me­cze­cie?

– Nie. Na­słu­chu­je­my roz­mów wcho­dzą­cych i wy­cho­dzą­cych wier­nych za po­mo­cą mi­kro­fo­nów pa­ra­bo­licz­nych. Wczo­raj, po tym jak Cha­lil wy­gło­sił swo­je po­po­łu­dnio­we piąt­ko­we ka­za­nie, na­gra­li­śmy roz­mo­wę dwóch fa­ce­tów w po­de­szłym wie­ku. Uwa­ża­ją, że jest ra­ko­wa­tą na­ro­ślą na ich spo­łecz­no­ści. Ma zły wpływ na dzie­ci. Na­bi­ja im gło­wy ga­da­ni­ną o dżi­ha­dzie i mę­czeń­stwie.

To nie zdzi­wi­ło Rap­pa. Prze­wa­ża­ją­ca więk­szość mu­zuł­ma­nów nie zga­dza się z tym, co ter­ro­ry­ści ro­bią w imię Al­la­ha. Rapp wo­lał­by tyl­ko, żeby gło­śniej wy­ra­ża­li tę nie­chęć.

– Jesz­cze coś?

– Tak. Ten gość to na­praw­dę za­kła­ma­ny drań. Wczo­raj pod­czas po­po­łu­dnio­we­go ka­za­nia wła­ma­li­śmy się do jego miesz­ka­nia. Cały bu­dy­nek wte­dy pu­sto­sze­je, więc za­kła­da­li­śmy, że bę­dzie­my bez­piecz­ni. Zaj­rze­li­śmy do jego kom­pu­te­ra. – Co­le­man wy­jął z kie­sze­ni kar­tę pa­mię­ci. – Sko­pio­wa­li­śmy dla cie­bie za­war­tość jego twar­de­go dys­ku.

Rapp uśmiech­nął się i wziął kar­tę.

– Dzię­ku­ję.

– Jest za­pcha­ny por­no­gra­fią.

– Żar­tu­jesz?

– Mó­wię po­waż­nie. Mnó­stwo na­praw­dę ostrych scen. Głów­nie sa­do­ma­so.

Rapp po­pa­trzył na kar­tę pa­mię­ci.

– Po tych idio­tach moż­na się spo­dzie­wać wszyst­kie­go, praw­da?

– Tak, ale to wca­le mnie nie dzi­wi.

– Owszem, chy­ba masz ra­cję. Oni wszy­scy ucie­ka­ją przed czymś. Co jesz­cze?

– Naj­le­piej by­ło­by za­ła­twić go mię­dzy me­cze­tem a miesz­ka­niem. Prze­by­wa tę tra­sę pięć razy dzien­nie. Przed wscho­dem słoń­ca, w po­łu­dnie, po po­łu­dniu, po za­cho­dzie słoń­ca i – co naj­bar­dziej mi się po­do­ba – o dzie­sią­tej wie­czo­rem.

– Dla­cze­go nie wcze­snym ran­kiem?

– Też moż­na – od­parł Co­le­man – ale na mo­dły o wscho­dzie słoń­ca przy­cho­dzi dwa razy wię­cej wier­nych niż na mo­dły wie­czor­ne. Kie­dy je od­pra­wi i ru­szy do domu, jest już pra­wie je­de­na­sta i uli­ce są pu­ste.

– Cho­dzi sam? – za­py­tał Rapp, wciąż nie wie­rząc da­nym, któ­re wy­wiad prze­ka­zał mu na po­cząt­ku ty­go­dnia.

– Yhm.

Ten fa­cet był praw­dzi­wym czub­kiem, ale trud­no się temu dzi­wić, je­śli przyj­rzeć się jego mło­do­ści. Cha­lil Mu­ham­mad, uro­dzo­ny w Egip­cie, do­ra­stał pod wpły­wem jed­ne­go z od­ga­łę­zień Sto­wa­rzy­sze­nia Bra­ci Mu­zuł­ma­nów, in­dok­try­no­wa­ny przez or­to­dok­syj­nych wy­znaw­ców is­la­mu, za­chę­ca­nych i fi­nan­so­wa­nych przez wa­ha­bi­tów z Ara­bii Sau­dyj­skiej. W wie­ku pięt­na­stu lat wraz z grup­ką ró­wie­śni­ków uka­mie­no­wał re­por­te­ra, któ­ry na­pi­sał kry­tycz­ny ar­ty­kuł o ich me­dre­sie. Ta re­li­gij­na szko­ła, do któ­rej uczęsz­czał, wy­sła­ła wszyst­kich swo­ich ab­sol­wen­tów do Afga­ni­sta­nu na woj­nę prze­ciw­ko So­wie­tom. Krą­ży­ły po­gło­ski, że wie­lu tych chłop­ców po­sła­no wbrew ich woli.

Pod­czas gdy po­zo­sta­li sta­nę­li przed są­dem za uka­mie­no­wa­nie, Cha­lil uciekł do Ara­bii Sau­dyj­skiej, gdzie nadal po­bie­rał re­li­gij­ny in­struk­taż u wa­ha­bi­tów. W wie­ku dwu­dzie­stu paru lat za­koń­czył na­ukę i zo­stał ima­mem. Kie­dy miał dwa­dzie­ścia sześć lat, wy­emi­gro­wał do Ka­na­dy, aby wy­bu­do­wać tam nowy me­czet i sze­rzyć po­glą­dy wa­ha­bi­tów w Ame­ry­ce Pół­noc­nej. Jego me­czet po­wstał szyb­ko, więc w na­gro­dę otrzy­mał fun­du­sze na zbu­do­wa­nie dru­gie­go, we Fran­cji.

Po­dró­że Cha­li­la prze­waż­nie nie zwra­ca­ły ni­czy­jej uwa­gi. Do je­de­na­ste­go wrze­śnia. Po­tem wszyst­ko się zmie­ni­ło. Cha­lil w koń­cu zo­stał aresz­to­wa­ny przez Fran­cu­zów, jako za­mie­sza­ny w spi­sek, któ­ry miał na celu po­wtó­rze­nie w Pa­ry­żu za­ma­chu do­ko­na­ne­go w po­cią­gach w Ma­dry­cie. Na­mó­wił sze­ściu mło­dych lu­dzi, z któ­rych ża­den nie miał wię­cej niż sie­dem­na­ście lat, aby zo­sta­li mę­czen­ni­ka­mi. Obie­cał im wspa­nia­łą na­gro­dę w raju. Tam mie­li być oczysz­cze­ni i wy­wyż­sze­ni. Mie­li być pa­mię­ta­ni jako bo­ha­te­ro­wie, a ich ro­dzi­ny mia­ły być oto­czo­ne opie­ką i da­rzo­ne sza­cun­kiem. Jego re­kru­ci mie­li wy­ko­nać brud­ną ro­bo­tę. Cha­lil wo­lał po­zo­stać w cie­niu. Plan po­wiódł­by się, lecz CIA już ob­ser­wo­wa­ła Cha­li­la. Ha­ke­rzy w Lan­gley w po­śpie­chu ła­ma­li za­po­ry sie­cio­we, aby wy­tro­pić, do­kąd pły­ną sau­dyj­skie pie­nią­dze wy­sy­ła­ne za gra­ni­cę. Na­tknę­li się na Cha­li­la i za­wia­do­mi­li fran­cu­ski DST.

Pod­czas prze­szu­ka­nia jego miesz­ka­nia nie zna­le­zio­no żad­nych ob­cią­ża­ją­cych go do­wo­dów. Jed­nak po­li­cyj­ne psy wy­ka­za­ły nie­zwy­kłe za­in­te­re­so­wa­nie in­nym miesz­ka­niem w głę­bi ko­ry­ta­rza. Kie­dy wy­ła­ma­no drzwi, zna­le­zio­no ka­mi­zel­ki sa­mo­bój­ców z ła­dun­ka­mi o mocy wy­star­cza­ją­cej do zrów­na­nia bu­dyn­ku z zie­mią. Cha­lil po­szedł za krat­ki ra­zem z sze­ścio­ma chłop­ca­mi. Wszy­scy trzy­ma­li ję­zy­ki za zę­ba­mi i prze­sie­dzie­li po­nad rok, pod­czas gdy służ­by wy­wia­dow­cze za­sta­na­wia­ły się, ile mogą wy­ja­wić po­li­cji, nie zdra­dza­jąc ro­dzin­nych se­kre­tów. Za­nim spraw­cy sta­nę­li przed ob­li­czem sę­dzie­go, sto­sun­ki fran­cu­sko-ame­ry­kań­skie sta­ły się gor­sze niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Sę­dzia był obu­rzo­ny bra­kiem kon­kret­nych do­wo­dów, nie­do­star­czo­nych przez oskar­że­nie. Prze­cież Cha­lil nie po­peł­nił żad­ne­go prze­stęp­stwa. Był du­chow­nym, któ­re­go je­dy­ną winą były kon­tak­ty z kil­ko­ma za­ka­ła­mi. Sę­dzia na­ka­zał jego na­tych­mia­sto­we zwol­nie­nie. Sze­ściu chłop­ców uznał za win­nych po­sia­da­nia nie­bez­piecz­nych sub­stan­cji i ska­zał na kary wię­zie­nia. Cha­li­la ode­sła­no do Ka­na­dy. Nim mi­nął ty­dzień, znów był w me­cze­cie, wzy­wa­jąc mło­dych męż­czyzn do dżi­ha­du i oplu­wa­jąc te same wła­dze, któ­re bro­ni­ły jego pra­wa swo­bo­dy wy­po­wie­dzi. Po­stę­po­wa­nie fran­cu­skie­go sę­dzie­go spra­wi­ło, że Cha­lil po­czuł się nie­zwy­cię­żo­ny.

Tak na­praw­dę Rapp miał więk­sze zmar­twie­nia, ale ten fa­cet za­lazł mu za skó­rę. Trzy ty­go­dnie wcze­śniej w Afga­ni­sta­nie pe­wien sa­mo­chód sta­ra­no­wał ba­ry­ka­dę przed bu­dyn­kiem na­le­żą­cym do rzą­du Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Straż­ni­cy zna­leź­li w środ­ku ka­mień do­ci­ska­ją­cy pe­dał gazu i pół­przy­tom­ne­go chło­pa­ka przy­ku­te­go do kie­row­ni­cy. Sa­mo­chód był wy­peł­nio­ny ma­te­ria­ła­mi wy­bu­cho­wy­mi, któ­re na szczę­ście nie wy­bu­chły z po­wo­du wa­dli­we­go de­to­na­to­ra. Chło­pak zo­stał uwol­nio­ny i za­raz za­czął opo­wia­dać swo­ją hi­sto­rię każ­de­mu, kto tyl­ko chciał słu­chać. Po­wie­dział, że jego ro­dzi­ce wy­emi­gro­wa­li do Ka­na­dy z Je­me­nu, kie­dy był jesz­cze dziec­kiem. Szejk Cha­lil Mu­ham­mad wy­słał go do Ara­bii Sau­dyj­skiej, gdzie chło­pak miał stu­dio­wać is­lam, lecz za­raz po przy­by­ciu do Mek­ki zo­stał zwią­za­ny, za­kne­blo­wa­ny i ogłu­szo­ny. Na­stęp­ne, co pa­mię­tał, to wy­cią­ga­ją­cych go z sa­mo­cho­du ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy.

Wszyst­kie te in­for­ma­cje prze­ka­za­no ka­na­dyj­skiej Służ­bie Wy­wia­dow­czej, któ­ra z ko­lei pró­bo­wa­ła prze­słu­chać Cha­li­la w związ­ku z po­rwa­niem chłop­ca. Cha­lil stał się wo­jow­ni­czy, we­zwał na po­moc praw­ni­ka oraz Is­lam­ską Radę Mont­re­alu. Pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny Ka­na­dy, mię­czak ja­kich mało, prze­ra­ził się, że przy­kle­ją mu ety­kie­tę nie­to­le­ran­cyj­ne­go, i wy­warł na­cisk na Służ­bę Wy­wia­dow­czą. Ka­zał im trzy­mać się z da­le­ka od Cha­li­la i jego me­cze­tu. Lu­dzie wciąż zni­ka­ją na ca­łym świe­cie. To, że zła­pa­no tego chłop­ca, wca­le nie ozna­cza, że Cha­lil ma­czał w tym pal­ce.

Rapp nie był tak ufny. Przy­dzie­lił do tej spra­wy Mar­cu­sa Du­mon­da, swo­je­go naj­lep­sze­go ha­ke­ra, a ten w cią­gu trzy­dzie­stu sze­ściu go­dzin zna­lazł mnó­stwo nie­pra­wi­dło­wo­ści w wy­cią­gach ban­ko­wych Cha­li­la. Du­chow­ny wciąż ko­rzy­stał z pie­nię­dzy wa­ha­bi­tów i wy­słał na na­uki do Ara­bii Sau­dyj­skiej jesz­cze dwóch in­nych chłop­ców. Do­tych­czas nie uda­ło się usta­lić, czy ci chłop­cy rze­czy­wi­ście uczęsz­cza­ją do szko­ły, lecz ich ro­dzi­ce po­twier­dzi­li, że już od kil­ku mie­się­cy nie mie­li od nich żad­nych wia­do­mo­ści. Po­wie­dzia­no im, że za­pew­ne mi­nie rok, za­nim o nich usły­szą, ze wzglę­du na su­ro­we re­gu­ły tej me­dre­sy. Rapp wy­czuł skunk­sa, a tym skunk­sem był Cha­lil Mu­ham­mad.

Oczy­wi­ście na pew­no byli groź­niej­si prze­ciw­ni­cy, ale ten dzia­łał zbyt bli­sko. I był zbyt zu­chwa­ły. Kto wie, co te­raz wy­my­śli, je­śli się go nie po­wstrzy­ma? Nie, le­piej zro­bić to te­raz. Niech po­słu­ży za przy­kład. Ken­ne­dy chcia­ła, żeby znik­nął, ale Rapp miał lep­szy po­mysł. Im dłu­żej się nad nim za­sta­na­wiał, tym bar­dziej mu się po­do­bał.

Pod­szedł do okna, spoj­rzał na sza­re nie­bo i po­wie­dział:

– W po­rząd­ku, oto, co zro­bi­my.

4

Był chłod­ny po­god­ny wie­czór, do­sko­na­ły na spa­cer, więc Rapp po­szedł się przejść. Chciał roz­pro­sto­wać ko­ści. Po­sta­wił koł­nierz swo­jej czar­nej skó­rza­nej kurt­ki, a gło­wę na­krył zno­szo­ną cza­pecz­ką Mont­re­al Ca­na­diens. Ku­pił te rze­czy w skle­pie z uży­wa­ną odzie­żą, ra­zem z parą dżin­sów i tu­ry­stycz­ny­mi bu­ta­mi. Za­pła­cił go­tów­ką i był wdzięcz­ny za to, że w skle­pie nie ma ka­mer wi­deo. Kurt­ka nada­wa­ła się ide­al­nie, przy­najm­niej do tego, do cze­go była mu po­trzeb­na. Mia­ła duże na­szy­te kie­sze­nie. Do­bre do scho­wa­nia bro­ni. Bez klap. To po­zwo­li szyb­ko wy­cią­gnąć broń. Mia­ła roz­pru­ty szew na le­wym ra­mie­niu, ale nic nie szko­dzi. Nie wy­bie­rał się w niej do Rit­za. Za­rów­no me­czet, jak miesz­ka­nie Cha­li­la znaj­do­wa­ły się w nędz­nej dziel­ni­cy mia­sta. Szko­da, że nie bę­dzie mógł za­trzy­mać so­bie tej kurt­ki, ale ist­nia­ło zbyt duże praw­do­po­do­bień­stwo, że zo­sta­nie za­krwa­wio­na. To nie bę­dzie czy­sta ro­bo­ta. Po jej za­koń­cze­niu wszyst­ko, co miał na so­bie, zo­sta­nie we­pchnię­te do wor­ka na śmie­ci i wrzu­co­ne do Rze­ki Świę­te­go Waw­rzyń­ca.

Rapp trzy­mał obie ręce w kie­sze­niach kurt­ki i nie uno­sił gło­wy. W le­wej kie­sze­ni miał tak­tycz­ny nóż Rip Cord, a w pra­wej gloc­ka 26 ka­li­bru 9 mm z tłu­mi­kiem. Tę broń wwiózł do Ka­na­dy w po­dwój­nym dnie tor­by lot­ni­czej. Od kie­dy CIA przez pod­sta­wio­ną fir­mę wy­na­ję­ła znacz­ną część pew­ne­go pry­wat­ne­go lot­ni­ska w Wir­gi­nii, ba­gaż z ła­two­ścią prze­cho­dził przez kon­tro­lę, a po wy­lą­do­wa­niu w Ka­na­dzie nie trze­ba było się mar­twić o to, że zo­sta­nie prze­świe­tlo­ny. Pi­sto­let był do­dat­ko­wym za­bez­pie­cze­niem. Na­rzę­dziem miał być nóż. Rapp za­mie­rzał prze­ka­zać pew­ną wia­do­mość. A wła­ści­wie kil­ka wia­do­mo­ści.

Obej­rzał wszyst­kie fo­to­gra­fie, za­pa­mię­tał roz­kład ulic i ty­po­we tra­sy po­li­cyj­nych pa­tro­li spraw­dza­ją­cych oko­li­cę. W po­rów­na­niu z więk­szo­ścią ope­ra­cji, ja­kie prze­pro­wa­dził, ta ce­cho­wa­ła się bar­dzo ni­skim stop­niem ry­zy­ka. Kie­dy Rapp po­wie­dział Co­le­ma­no­wi, co chce zro­bić, były ko­man­dos SEAL za­ła­pał to w lot. Za­dał kil­ka py­tań, pró­bu­jąc zna­leźć ja­kąś lukę w pla­nie, ale tyl­ko z przy­zwy­cza­je­nia. Plan był roz­sąd­ny, ce­lem była owiecz­ka. Tak na­zy­wa­li ta­kich fa­ce­tów jak Cha­lil. Ta­kich, któ­rzy nie będą gryźć. Je­dy­nym praw­dzi­wym zmar­twie­niem była po­li­cja, ale jej pa­tro­le nie po­ja­wia­ły się zbyt czę­sto. Naj­wy­żej raz na go­dzi­nę.

Co­le­man wie­dział, że nie ma sen­su spie­rać się z Rap­pem. Nie­któ­rzy lu­dzie z Wa­szyng­to­nu wpa­dli­by w szał, gdy­by się do­wie­dzie­li, że Rapp za­mie­rza się tak wy­sta­wiać, ale w prze­ci­wień­stwie do nich Co­le­man wy­star­cza­ją­co czę­sto wi­dy­wał młod­sze­go ko­le­gę w ak­cji, by za­wie­rzyć jego do­świad­cze­niu. Rapp ide­al­nie rów­no­wa­żył w so­bie siłę, zręcz­ność i umie­jęt­no­ści. Co­le­man pra­co­wał z naj­lep­szy­mi i sam też na­le­żał do ich gro­na. Za­mknię­ty klub człon­ków sił spe­cjal­nych skła­dał się z do­sko­na­le wy­szko­lo­nych i wy­pró­bo­wa­nych lu­dzi. Co­le­man znał paru lep­szych strzel­ców od Rap­pa, paru sil­niej­szych i może jed­ne­go lub dwóch rów­nie wy­trzy­ma­łych. Jed­nak wszyst­kim im bra­ko­wa­ło jego do­świad­cze­nia, czy­li wła­śnie tego, cze­go szko­le­nie nig­dy nie zdo­ła za­stą­pić. Rapp miał nie­zrów­na­ny in­stynkt ope­ra­cyj­ny. Po­tra­fił rzu­cić okiem na sy­tu­ację tak­tycz­ną i prze­ana­li­zo­wać ją w kil­ka se­kund, znaj­du­jąc naj­bar­dziej sku­tecz­ny spo­sób na przej­ście od punk­tu A do B.

Dla­te­go Co­le­man nie spie­rał się. Rapp bę­dzie wy­ko­naw­cą. Co­le­man i jego ze­spół zaj­mą się ob­ser­wa­cją i zo­sta­ną w od­wo­dzie, na wy­pa­dek gdy­by coś źle po­szło. Nikt nie pod­wa­żał pla­nu Rap­pa. W grun­cie rze­czy lu­dzie byli zmę­cze­ni. Sześć dni śle­dze­nia fa­ce­ta, któ­ry był tak nie­ostroż­ny, może szyb­ko się znu­dzić. Co­le­man i jego lu­dzie byli znie­cier­pli­wie­ni. Im szyb­ciej Rapp za­koń­czy tę ak­cję, tym dla nich le­piej. Wró­cą do Ame­ry­ki. Od­bio­rą za­pła­tę w go­tów­ce, po czym zaj­mą się swo­imi ro­dzi­na­mi, przy­ja­ciół­mi i pra­cą.

Rapp ni­cze­go nie pró­bo­wał udo­wod­nić. Nie mu­siał. Szcze­gól­nie tym lu­dziom. Wi­dzie­li, jak ra­dził so­bie w znacz­nie trud­niej­szych sy­tu­acjach. W tym, co za­mie­rzał zro­bić, nie było ni­cze­go od­waż­ne­go czy śmia­łe­go. Nie ata­ko­wał gniaz­da ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych ani nie zdo­by­wał bu­dyn­ku ob­sa­dzo­ne­go przez ostrze­li­wu­ją­cych się lu­dzi. Jed­nak z pew­nych wzglę­dów za­mie­rzał zro­bić to oso­bi­ście. Chciał prze­pro­wa­dzić to w okre­ślo­ny spo­sób, nie mu­sząc wy­ja­śniać tego Co­le­ma­no­wi i jego lu­dziom. Po pro­stu bę­dzie le­piej, je­śli zro­bi to sam.

Rapp wszedł w ulicz­kę od wscho­du. W uchu miał ma­leń­ką słu­chaw­kę bez­prze­wo­do­wą i Co­le­man po­da­wał mu naj­now­sze in­for­ma­cje.

– To tu­taj. Skręć w lewo.

Rapp nie od­po­wie­dział. Po pro­stu skrę­cił i po­szedł za­śmie­co­ną alej­ką. Kro­czył głę­bo­kim na dwa pię­tra ka­nio­nem z ce­gieł i za­pra­wy. Na po­zio­mie uli­cy po obu stro­nach były pral­nie che­micz­ne, wy­po­ży­czal­nie wi­deo, re­stau­ra­cje i skle­py z elek­tro­ni­ką oraz cała ple­ja­da ba­rów i in­nych lo­ka­li two­rzą­cych każ­dy wiel­ko­miej­ski kra­jo­braz. Na pierw­szym pię­trze znaj­do­wa­ły się biu­ra i nie­licz­ne apar­ta­men­ty. Co­le­man i jego ze­spół wy­ko­na­li do­brą ro­bo­tę. To było ide­al­ne miej­sce na ak­cję.

Rapp omi­nął cuch­ną­cą ka­łu­żę ja­kie­goś pły­nu i spoj­rzał na okna na pierw­szym pię­trze. Świa­tło pa­li­ło się tyl­ko w dwóch. Oba znaj­do­wa­ły się nie­mal w sa­mym środ­ku bu­dyn­ków. Ulicz­ne la­tar­nie na obu jego koń­cach zo­sta­ły ze­psu­te kil­ka dni wcze­śniej, wraz z sied­mio­ma in­ny­mi w są­siedz­twie. Je­den z lu­dzi Co­le­ma­na prze­szedł się tam z za­opa­trzo­nym w tłu­mik pi­sto­le­tem ka­li­bru 22 mm i po­roz­bi­jał ża­rów­ki. Ty­po­wy ele­ment ak­cji szpie­gow­skiej w mie­ście. Przy­go­to­wa­nie pola bi­twy. Cały czas mo­ni­to­ro­wa­li po­li­cyj­ne czę­sto­tli­wo­ści, aby mieć pew­ność, że nikt z są­sia­dów nie zgło­sił tego fak­tu. Jak to w ta­kim du­żym mie­ście – miną mie­sią­ce, za­nim te świa­tła zo­sta­ną na­pra­wio­ne. A póki co ktoś taki jak Cha­lil bę­dzie miał kil­ka dni na oswo­je­nie się z tą zmia­ną w swo­im oto­cze­niu.

Co­le­man na­pi­sał w ra­por­cie, że ob­ser­wo­wa­li po­wrót Cha­li­la do domu tam­tej nocy, kie­dy po­roz­bi­ja­li ża­rów­ki. Na­wet nie za­uwa­żył zmia­ny. Rapp nie mógł w to uwie­rzyć. Ten fa­cet był nie­wia­ry­god­nie głu­pi. Nie miał po­ję­cia, w jak po­waż­ne wpa­ko­wał się ta­ra­pa­ty. Wer­bo­wał mło­dych lu­dzi, żeby ru­sza­li wal­czyć za jego eks­tre­mi­stycz­nie poj­mo­wa­ne za­sa­dy is­la­mu, i na­praw­dę my­ślał, że jest bez­piecz­ny tyl­ko dla­te­go, że ja­kiś li­be­ral­ny ka­na­dyj­ski urzęd­nik oba­wiał się ety­kie­ty czło­wie­ka nie­to­le­ran­cyj­ne­go.

Rapp był żoł­nie­rzem na woj­nie, a Cha­lil był jego prze­ciw­ni­kiem. Nie, to nie­zu­peł­nie tak. Gdy­by Cha­lil oso­bi­ście brał udział w wal­ce, był­by praw­dzi­wym prze­ciw­ni­kiem i może Rapp da­rzył­by go odro­bi­ną sza­cun­ku. Tak jak za­ma­chow­ców sa­mo­bój­ców. Nie­za­leż­nie od kwe­stii po­li­tycz­nych, na­zy­wa­nie ich tchó­rza­mi mija się z praw­dą. Trze­ba mieć jaja, żeby wło­żyć ka­mi­zel­kę wy­peł­nio­ną ma­te­ria­łem wy­bu­cho­wym, wejść w tłum i wy­sa­dzić się w po­wie­trze. Oczy­wi­ście są to cho­rzy lu­dzie o po­kręt­nych i wy­pa­czo­nych umy­słach, ale nie tchó­rze.

Myśl o tym czło­wie­ku nie za­kłó­ci Rap­po­wi spo­koj­ne­go snu. Tak jak zwy­kle. Cha­lil był tchó­rzem. Co pią­tek sta­wał przy swo­im min­ba­rze, mów­ni­cy w me­cze­cie, i wy­le­wał po­to­ki jadu i nie­na­wi­ści na cały Za­chód, a szcze­gól­nie na Ame­ry­kę. Za­tru­wał umy­sły po­dat­nych na ma­ni­pu­la­cję mło­dych lu­dzi i na­ma­wiał ich, żeby przy­łą­czy­li się do dżi­ha­du. Po­tem ra­zem z jemu po­dob­ny­mi tchó­rza­mi wy­ko­rzy­sty­wał ich jako ludz­kie bom­by. Cha­lil nic nie ry­zy­ko­wał i Rapp zli­kwi­du­je go bez żalu.

Do­tarł na ko­niec ulicz­ki. Wo­kół za­le­gał gę­sty mrok. Sierp księ­ży­ca wsta­wał na wscho­dzie, le­d­wie do­da­jąc swo­ją po­świa­tę do łuny świa­teł mia­sta. Mur, przy któ­rym Rapp chciał prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję, znaj­do­wał się do­kład­nie tam, gdzie za­po­wie­dział to Co­le­man. Do­bre trzy me­try ce­gieł, a po­tem kon­te­ner na śmie­ci. Ide­al­na kry­jów­ka. Na­wet groź­ny prze­ciw­nik miał­by nie­wiel­kie szan­se ujść z ży­ciem z ta­kiej za­sadz­ki. Oczy­wi­ście gdy­by to był nie­bez­piecz­ny prze­ciw­nik, Rapp nie po­słu­żył­by się no­żem, tyl­ko pi­sto­le­tem z tłu­mi­kiem. Jego wzrok już oswo­ił się z ciem­no­ścią. Rapp przy­kuc­nął, żeby le­piej obej­rzeć te­ren, i zna­lazł pusz­kę po na­po­ju ga­zo­wa­nym oraz kil­ka bu­te­lek po pi­wie. Ostroż­nie po­zbie­rał je rę­ka­mi w rę­ka­wicz­kach i uło­żył pod po­jem­ni­kiem na śmie­ci. Nie chciał kop­nąć cze­goś ta­kie­go jak bu­tel­ka po pi­wie i ostrzec cel, że jest tuż za nim. Sta­nął pod ce­gla­ną ścia­ną. Zo­sta­ło kil­ka mi­nut. Wy­li­czył czas tak, żeby nie stać tu zbyt dłu­go i nie ry­zy­ko­wać, że ktoś go za­uwa­ży. Głos Co­le­ma­na w słu­chaw­ce oznaj­mił, że Cha­lil za­my­ka drzwi me­cze­tu. Na ze­wnątrz sta­ło kil­ku męż­czyzn, roz­ma­wia­jąc z nim. Nic nie­zwy­kłe­go, do­niósł Co­le­man. Cha­lil ru­szył, kie­ru­jąc się w stro­nę Rap­pa.

Rapp oparł się o ścia­nę. Roz­luź­nił mię­śnie rąk i nóg. Prze­chy­lił gło­wę w lewo, a po­tem w pra­wo. Tęt­no miał rów­ne, do­kład­nie ta­kie, ja­kie po­win­no być. Nie był ani zbyt roz­luź­nio­ny, ani na­zbyt spię­ty. Wparł sto­py w zie­mię, go­to­wy za­koń­czyć ak­cję.

W na­stęp­nej chwi­li przy­szedł pierw­szy sy­gnał za­po­wia­da­ją­cy kło­po­ty. W słu­chaw­ce usły­szał po­waż­ny głos Co­le­ma­na i wy­chwy­cił w nim nutę iry­ta­cji.

– Mamy pro­blem. Nie jest sam.

Rapp nadal nie od­ry­wał oczu od ce­gla­nej ścia­ny na­prze­ciw­ko. Do koł­nie­rza kurt­ki miał przy­mo­co­wa­ny ma­leń­ki mi­kro­fon.

– Ilu? – szep­nął.

– Oprócz na­sze­go fa­ce­ta jesz­cze dwóch.

– Cho­le­ra – za­klął pod no­sem Rapp. – Zi­den­ty­fi­ko­wa­li­ście tych dwóch po­zo­sta­łych?

– Nie.

Rapp z ła­two­ścią mógł so­bie wy­obra­zić prze­bieg wy­da­rzeń. Je­den do­dat­ko­wy fa­cet to nic wiel­kie­go. Szyb­ki cios kol­bą w kark po­zba­wił­by go przy­tom­no­ści. Pod­cię­cie nóg i Cha­lil le­żał­by na bru­ku, za­nim zo­rien­to­wał­by się, co się dzie­je. Jed­nak trzech prze­ciw­ni­ków to pro­blem. Mógł­by w se­kun­dę wpa­ko­wać wszyst­kim trzem po kuli w tył gło­wy, ale nie mógł za­bić dwóch po­stron­nych osób. To nie było w jego sty­lu. Gdy­by spró­bo­wał ogłu­szyć tych dwóch, a po­tem za­bić Cha­li­la, wszyst­ko mo­gło się bar­dzo skom­pli­ko­wać. Któ­ryś z nich mógł­by uciec albo krzy­kiem za­alar­mo­wać oko­li­cę. Albo go­rzej, strze­lić do Rap­pa, je­śli byli uzbro­je­ni.

– Są­dzę, że po­win­ni­śmy zre­zy­gno­wać – rzekł Co­le­man.

– Nie. Po­cze­kaj­my, co bę­dzie. Ile mam jesz­cze cza­su?

– Za ja­kieś trzy mi­nu­ty do cie­bie doj­dzie.

Rapp ski­nął gło­wą. Trzy mi­nu­ty to mnó­stwo cza­su. W my­ślach przej­rzał kil­ka sce­na­riu­szy wy­da­rzeń. Wszyst­kie spro­wa­dza­ły się do jed­ne­go pro­ble­mu. Jak ma wy­glą­dać to za­bój­stwo. Z ła­two­ścią mógł za­strze­lić Cha­li­la i ka­zać dwóm po­zo­sta­łym ucie­kać, ale wte­dy na­ro­bił­by wła­śnie ta­kie­go za­mie­sza­nia, ja­kie­go chcia­ła unik­nąć Ken­ne­dy. Może po pro­stu pójść za tym idio­tą do jego miesz­ka­nia i tam go za­ła­twić.

– Je­den z tych dwóch wła­śnie od­szedł – za­mel­do­wał Co­le­man.

– Do­brze – rzekł Rapp. – Wra­ca­my do gry. Wszy­scy uwa­żać. Dwaj to nie pro­blem. Zo­stań­cie na po­zy­cjach, do­pó­ki nie po­wiem.

Rapp po­now­nie roz­luź­nił mię­śnie. Wyj­rzał zza kon­te­ne­ra i ro­zej­rzał się na pra­wo i lewo. Uli­ca była pu­sta. Żad­nych prze­chod­niów. Żad­nych sa­mo­cho­dów. Co­le­man i po­zo­sta­li zgła­sza­li ko­lej­ne po­zy­cje obiek­tów, jak­by od­li­cza­li czas przed star­tem wa­ha­dłow­ca, tyl­ko za­miast se­kund po­da­wa­li prze­czni­ce. Puls Rap­pa odro­bi­nę przy­spie­szył. Nic nie­zwy­kłe­go, nor­mal­na re­ak­cja cia­ła przy­go­to­wa­ne­go do ak­cji. Za chwi­lę ad­re­na­li­na za­cznie dzia­łać, a wte­dy bę­dzie mu­siał coś zro­bić albo tyl­ko go to spo­wol­ni. Tam­ci się zbli­ża­li. Rapp prze­niósł cię­żar cia­ła z nogi na nogę i prze­chy­lił się z boku na bok jak bok­ser wcho­dzą­cy na ring.

Dzie­sięć me­trów da­lej stał mi­ni­van z przy­ciem­nio­ny­mi szy­ba­mi. W ba­gaż­ni­ku je­den z lu­dzi Co­le­ma­na uważ­nie ob­ser­wo­wał prze­bieg ak­cji, go­to­wy otwo­rzyć drzwi na pierw­szy sy­gnał kło­po­tów. Był uzbro­jo­ny w pi­sto­let z tłu­mi­kiem. Nie po­trze­bo­wał ni­cze­go in­ne­go. Na dru­gim koń­cu alej­ki Co­le­man w dru­gim mi­ni­va­nie już zaj­mo­wał po­zy­cję. Gdy­by coś po­szło nie tak, wkro­czy­li­by do ak­cji. Je­śli wszyst­ko pój­dzie do­brze, po pro­stu po­zbę­dą się ubra­nia Rap­pa, wró­cą do ho­te­lu, prze­śpią się kil­ka go­dzin i od­le­cą pierw­szym po­ran­nym sa­mo­lo­tem.

Rapp już sły­szał tam­tych. Roz­ma­wia­li po arab­sku. Sły­szał ich kro­ki na ce­men­to­wym chod­ni­ku. Było ich dwóch. Po­znał to po od­gło­sie. Je­den z nich po­włó­czył no­ga­mi, a dru­gi sta­wiał naj­pierw pię­tę, a po­tem resz­tę sto­py. W słu­chaw­ce usły­szał spo­koj­ny głos Co­le­ma­na:

– Cha­lil jest bli­żej cie­bie. Ten dru­gi idzie dru­gą stro­ną ulicz­ki. Obaj trzy­ma­ją ręce w kie­sze­niach.

Rapp wy­obra­ził ich so­bie. Nie wie­dział, czy któ­ryś z nich jest uzbro­jo­ny, ale po­nie­waż mógł wy­ko­rzy­stać ele­ment za­sko­cze­nia, nie było to waż­ne. Na­wet po­do­ba­ło mu się to, że trzy­ma­li ręce w kie­sze­niach. Gdy­by miał do czy­nie­nia z do­świad­czo­ny­mi prze­ciw­ni­ka­mi, może był­by za­nie­po­ko­jo­ny, ale nie z tymi dwo­ma. Cha­lil na­praw­dę był głup­cem. Każ­dy, kto miał­by choć za grosz roz­sąd­ku, zmie­niał­by tra­sę doj­ścia do me­cze­tu i po­wro­tu do domu. Za­uwa­żył­by, że nie palą się la­tar­nie, któ­re dzia­ła­ły w ze­szłym ty­go­dniu. Nie po­szedł­by ciem­ną ulicz­ką, tyl­ko ja­sno oświe­tlo­ną uli­cą. Ob­ser­wo­wał­by oto­cze­nie. Ten fa­cet tego nie ro­bił.

Byli już bli­sko. Co­le­man od­li­czał ich kro­ki i Rapp wy­raź­nie sły­szał roz­mo­wę. Po­ja­wią się za kil­ka se­kund. Rapp ob­ró­cił się twa­rzą w kie­run­ku chod­ni­ka i przy­kuc­nął, go­to­wy do sko­ku. Po­sta­no­wił, że lewą rękę bę­dzie miał wol­ną. Pi­sto­let trzy­mał w pra­wej. Zo­ba­czył dłu­gie cie­nie nad­cho­dzą­cych, rzu­ca­ne przez świa­tło la­tar­ni na sa­mym koń­cu alej­ki. Czas zwol­nił bieg. Wszyst­kie zmy­sły Rap­pa wy­ostrzy­ły się. Usły­szał war­kot ja­kie­goś sta­re­go sa­mo­cho­du, mi­ja­ją­ce­go wy­lot alej­ki. Gę­sty mrok do­sko­na­le ukry­wał Rap­pa. Na­piął mię­śnie, szy­ku­jąc się do ata­ku.

Szli ra­mię w ra­mię. Rapp cze­kał. Po­zwo­lił im przejść obok, żeby nie do­strze­gli go ką­tem oka. Po­wo­li się pod­niósł, ale tyl­ko tro­chę. Zro­bił je­den bez­gło­śny krok, a po­tem dru­gi. Te­raz zna­lazł się na od­sło­nię­tej prze­strze­ni, więc przy­spie­szył, wciąż zgię­ty. Wy­pro­sto­wał się do­pie­ro w ostat­niej chwi­li. Pew­nie sto­jąc na no­gach, lek­ko po­chy­lił się do przo­du. Obaj męż­czyź­ni zna­leź­li się w za­się­gu jego rąk i ża­den z nich go nie za­uwa­żył. Kol­bą trzy­ma­ne­go w pra­wej ręce pi­sto­le­tu Rapp moc­no ude­rzył w kark nie­zna­jo­me­go męż­czy­znę. Tro­chę zmie­nił swój po­cząt­ko­wy plan. Za­miast pod­ciąć Cha­li­lo­wi nogi lewą sto­pą, prze­niósł na nią cały cię­żar cia­ła, ob­ró­cił się w pra­wo, ugiął ko­la­na i z ca­łej siły ude­rzył w jego pra­wą ner­kę.

Jed­no­cze­śnie spo­glą­dał w pra­wo, spraw­dza­jąc, czy pierw­szy prze­ciw­nik zo­stał wy­eli­mi­no­wa­ny. Ude­rzo­ny osu­wał się na chod­nik, z bez­wład­nie opusz­czo­ny­mi rę­ka­mi. Już stra­cił przy­tom­ność. Cha­lil spa­zma­tycz­nie ła­pał po­wie­trze sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi. Wy­giął się do tyłu, przy­ci­ska­jąc dło­nie do miej­sca, gdzie zo­stał ude­rzo­ny. Szy­ję miał od­sło­nię­tą. Wła­ści­wie już był mar­twy. Rapp bły­ska­wicz­nie chwy­cił lewą dło­nią gar­dło ter­ro­ry­sty, ni­czym noc­ny dra­pież­nik za­ci­ska­ją­cy szczę­ki. Te­raz stał oko w oko z Cha­li­lem, jak­by byli part­ne­ra­mi wy­ko­nu­ją­cy­mi ele­ment ja­kie­goś skom­pli­ko­wa­ne­go tań­ca. W oczach tam­te­go wi­dział tyl­ko strach, za­pew­ne taki sam, jaki mie­li w oczach mło­dzi chłop­cy, kie­dy zda­li so­bie spra­wę z tego, że są przy­ku­ci do kie­row­ni­cy sa­mo­cho­du peł­ne­go ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych.

Moc­no trzy­ma­jąc go dło­nią w rę­ka­wicz­ce za kark, Rapp za­darł mu bro­dę do góry i we­pchnął w mrok. Pod­sta­wo­wa za­sa­da wal­ki wręcz gło­si, że cia­ło po­dą­ża tam, gdzie gło­wa. Cha­lil obu­rącz chwy­cił przed­ra­mię Rap­pa, ale za póź­no. Rapp pra­wie zmiaż­dżył mu krtań i po­zba­wił rów­no­wa­gi. Cha­lil mógł tyl­ko z prze­ra­że­niem ob­ser­wo­wać roz­wój wy­pad­ków, roz­gry­wa­ją­cych się w cią­gu kil­ku na­stęp­nych se­kund ni­czym kosz­mar­ny sen. Spra­wie­dli­wy kres ży­cia czło­wie­ka, któ­ry od po­nad dwu­dzie­stu lat sze­rzył ter­ror i nie­na­wiść.

Rapp po­pchnął moc­niej, jak naj­da­lej od­chy­la­jąc gło­wę Cha­li­la w tył. Ter­ro­ry­sta stra­cił rów­no­wa­gę. Pa­dał i już w ża­den spo­sób nie mógł utrzy­mać się na no­gach. Rapp wy­ko­rzy­stał cię­żar cia­ła prze­ciw­ni­ka. W ostat­niej chwi­li pchnął lewą ręką jak tło­kiem, tak że Cha­lil moc­no ude­rzył po­ty­li­cą o twar­dy bruk. Prze­ciw­nik na mo­ment zwiot­czał. Być może ude­rze­nie gło­wą o bruk już było śmier­tel­ne, ale Rapp nie za­mie­rzał ni­cze­go po­zo­sta­wiać przy­pad­ko­wi.

Nie tra­cił cza­su. Scho­wał pi­sto­let do kie­sze­ni, od­wró­cił się, prze­biegł kil­ka kro­ków i chwy­cił pierw­sze­go prze­ciw­ni­ka za nogi. Co­le­man i jego lu­dzie otrzy­ma­li wy­raź­ny roz­kaz, żeby nie wy­sia­dać z sa­mo­cho­dów, do­pó­ki Rapp ich nie we­zwie. Wcią­gnął nie­przy­tom­ne­go w za­ułek i zo­sta­wił go obok śmiet­ni­ka. Na­stęp­nie zła­pał Cha­li­la pod ręce i po­sa­dził pod ce­gla­ną ścia­ną bu­dyn­ku. Wszyst­ko to zro­bił bez chwi­li wa­ha­nia i bar­dzo szyb­ko. Po­tem z le­wej kie­sze­ni kurt­ki wy­jął nóż sprę­ży­no­wy, na­ci­snął gu­zik i usły­szał trzask wy­ska­ku­ją­ce­go ostrza. Sta­nąw­szy nie­co z pra­wej, Rapp oparł pra­wą dłoń na czo­le Cha­li­la i wbił mu nóż w szy­ję, tuż pod pra­wym uchem. Sta­lo­we ostrze we­szło jak w ma­sło. Rapp moc­no ści­snął rę­ko­jeść i po­cią­gnął, roz­ci­na­jąc Cha­li­lo­wi gar­dło od ucha do ucha.

5RIJAD, ARABIA SAUDYJSKA

Na pierw­szy rzut oka ten czło­wiek wy­da­wał się pa­so­wać do oto­cze­nia. No­sił tra­dy­cyj­ny strój sau­dyj­skie­go biz­nes­me­na. Bia­ły thawb, czy­li ba­weł­nia­na suk­nia, okry­wał mu ra­mio­na i opa­dał do ko­stek, ciem­no­blond wło­sy okry­wa­ła ghu­tra, owią­za­na ozdob­nym sznur­kiem. Mimo to przy do­kład­niej­szych oglę­dzi­nach moż­na było za­uwa­żyć szcze­gó­ły wy­raź­nie świad­czą­ce o tym, że nie jest ro­do­wi­tym miesz­kań­cem Pół­wy­spu Arab­skie­go. Jego opa­lo­na skó­ra mia­ła nie­co inny od­cień, był gład­ko ogo­lo­ny i za­miast san­da­łów no­sił czar­ne pół­bu­ty na gru­bych po­de­szwach, a przede wszyst­kim jego oczy były bla­do­nie­bie­skie, pra­wie sza­re. W tym mo­men­cie za­kry­wa­ły je szkła czar­nych oku­la­rów.

W Ri­ja­dzie była do­pie­ro dzie­wią­ta rano, a tem­pe­ra­tu­ra już się­ga­ła trzy­dzie­stu sze­ściu stop­ni. Jed­nak Eri­cho­wi Ablo­wi skwar nie prze­szka­dzał. Na­wet go lu­bił. Jako ast­ma­tyk wo­lał su­chy pu­styn­ny kli­mat sto­li­cy Ara­bii Sau­dyj­skiej od wil­got­nej po­go­dy miast na brze­gach Mo­rza Czer­wo­ne­go. Abel szcze­rze in­te­re­so­wał się Ara­bią Sau­dyj­ską. Nie ze wzglę­du na kli­mat, oczy­wi­ście, ani na­wet jej miesz­kań­ców. Ra­czej dla­te­go, że wkrót­ce mia­ła ukształ­to­wać dal­sze losy świa­ta. Cie­ka­we miej­sce na pro­wa­dze­nie in­te­re­sów.

Były wschod­nio­nie­miec­ki szpieg uwa­żał, że na­le­ży wto­pić się w oto­cze­nie. To je­dy­ny spo­sób, żeby rze­czy­wi­ście po­znać kul­tu­rę da­ne­go na­ro­du. Tak na­praw­dę był to tyl­ko je­den z po­wo­dów, dla któ­rych no­sił tra­dy­cyj­ny arab­ski strój. W rze­czy­wi­sto­ści Ara­bia Sau­dyj­ska sta­ła się bar­dzo nie­bez­piecz­nym miej­scem dla przy­by­szy z Za­cho­du. Oczy­wi­ście po­rwa­nie za­wsze było moż­li­we, ale każ­dy głu­piec, któ­ry by to zro­bił, na­tych­miast uwol­nił­by go, gdy­by się do­wie­dział, dla kogo Abel pra­cu­je, a po­tem bła­gał­by o prze­ba­cze­nie u stóp księ­cia Mu­ham­ma­da. Praw­dzi­wym pro­ble­mem były przy­pad­ko­we za­bój­stwa po­peł­nia­ne przez opę­ta­nych wa­ha­bi­tów. W pu­styn­nym kró­le­stwie za­pa­no­wał nie­po­kój, więc na­le­ża­ło jak naj­mniej rzu­cać się w oczy.

Je­śli Abel miał ja­kiś praw­dzi­wy ta­lent, to był nim dar prze­wi­dy­wa­nia zmian. Kie­dy pra­co­wał dla Sta­si, bez­względ­nej i bu­dzą­cej po­wszech­ny lęk taj­nej po­li­cji Nie­miec Wschod­nich, jako je­dy­ny w wy­dzia­le prze­wi­dział upa­dek ko­mu­ni­zmu i ber­liń­skie­go muru. Cho­ciaż prze­ka­zy­wał swo­je ra­por­ty zwierzch­ni­kom, wszy­scy mó­wi­li mu, że jest za mło­dy, żeby wie­dzieć, co mówi. Zim­no­krwi­ści zwierzch­ni­cy w głów­nej kwa­te­rze Sta­si w Ber­li­nie Wschod­nim uwa­ża­li Abla, któ­ry w chwi­li upad­ku muru miał dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, za za­ro­zu­mia­łe­go in­te­lek­tu­ali­stę. Sta­si była dum­na ze swo­je­go okru­cień­stwa, któ­re­go bra­ko­wa­ło Ablo­wi. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, le­piej nada­wał­by się do pra­cy w bry­tyj­skim wy­wia­dzie MI6. Abel da­rzył An­gli­ków ogrom­nym sza­cun­kiem. Twór­czo pod­cho­dzi­li do ope­ra­cji i czer­pa­li dużo ra­do­ści z prze­chy­trze­nia prze­ciw­ni­ków. Sta­si bar­dziej przy­po­mi­na­ła sku­tecz­ną i bez­względ­ną ame­ry­kań­ską ro­dzi­nę ma­fij­ną. W każ­dym ra­zie nikt nie chciał słu­chać jego ostrze­żeń, że nad­cho­dzi ko­niec rzą­dów ter­ro­ru.

Abel był cho­ro­wi­tym dziec­kiem, czę­sto le­czo­nym w szpi­ta­lu. Kie­dy się nie le­czył, le­żał osła­bio­ny w łóż­ku i mógł je­dy­nie czy­tać. Inne dzie­ci roz­wi­ja­ły się fi­zycz­nie, a on roz­wi­jał swój in­te­lekt. W wie­ku dwu­dzie­stu lat ukoń­czył stu­dia z dwo­ma dy­plo­ma­mi, z ma­te­ma­ty­ki i eko­no­mii, a po­tem zo­stał zwer­bo­wa­ny przez Sta­si. W Niem­czech Wschod­nich na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych moż­li­wo­ści ka­rie­ry były moc­no ogra­ni­czo­ne. Ten fakt oraz per­spek­ty­wa ode­gra­nia się za mło­dzień­cze nie­po­wo­dze­nia po­cią­ga­ły go w dziw­nie per­wer­syj­ny spo­sób.

Przez pierw­sze trzy lata pra­cy w Sta­si sta­rał się o prze­nie­sie­nie z sek­cji ana­liz do sek­cji ope­ra­cyj­nej, ale unie­moż­li­wia­ły mu to wa­run­ki fi­zycz­ne. Wpraw­dzie Abel miał metr sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu, ale wa­żył za­le­d­wie sie­dem­dzie­siąt kilo. Po­wo­li przy­bie­rał na wa­dze i każ­dą wol­ną chwi­lę spę­dzał w si­łow­ni, li­cząc na to, że zdo­ła speł­nić wy­ma­ga­nia ko­mi­sji i wy­rwać się zza biur­ka.

Po trzech la­tach zo­stał wy­na­gro­dzo­ny za swo­je wy­sił­ki przy­dzia­łem do sek­cji ope­ra­cyj­nej i za­czął brać udział w sys­te­ma­tycz­nych po­rwa­niach za­chod­nich oby­wa­te­li, któ­rzy przy­by­wa­li do Nie­miec Wschod­nich. Abel po­ma­gał zi­den­ty­fi­ko­wać cele i cza­sem na­wet wcią­gał je w pu­łap­kę. Dzię­ki dzie­cin­nej twa­rzy i szczu­płej bu­do­wie cia­ła mógł ucho­dzić za na­sto­lat­ka. Przy­by­wa­ją­cy na Wschód biz­nes­me­ni o ho­mo­sek­su­al­nych skłon­no­ściach byli ła­twy­mi obiek­ta­mi szan­ta­żu. Abel krę­cił się w od­po­wied­nim miej­scu, par­ku lub ba­rze, cze­ka­jąc, aż ofia­ra po­dej­dzie i zło­ży mu nie­przy­zwo­itą pro­po­zy­cję. Wte­dy da­wał znak po­zo­sta­łym człon­kom gru­py, a ci wkra­cza­li do ak­cji, wrzu­ca­li ofia­rę do fur­go­net­ki i wieź­li do po­ko­ju prze­słu­chań. Biz­nes­me­no­wi mó­wio­no, że może wy­bie­rać mię­dzy wię­zie­niem a pu­blicz­ną kom­pro­mi­ta­cją albo może się wy­ku­pić. Na­wet po tylu la­tach Abel pa­mię­tał, że wszy­scy prócz jed­ne­go wo­le­li się wy­ku­pić. Tam­te­go jed­ne­go upar­te­go su­kin­sy­na w koń­cu umiesz­czo­no w cięż­kim wię­zie­niu, gdzie po mie­sią­cu ka­to­wa­nia zo­stał udu­szo­ny przez sa­dy­stycz­ne­go i nie­na­wi­dzą­ce­go ho­mo­sek­su­ali­stów ofi­ce­ra Sta­si.

Każ­de ta­kie po­rwa­nie zwy­kle przy­no­si­ło kil­ka ty­się­cy ma­rek. Sta­si mia­ła kon­tak­ty w nie­mal każ­dym za­chod­nim ban­ku i za­zwy­czaj so­lid­nie się przy­go­to­wy­wa­ła, za­nim wy­zna­czy­ła wy­so­kość oku­pu. Naj­bar­dziej zy­skow­ne było po­rwa­nie za­chod­nio­nie­miec­kie­go ary­sto­kra­ty, któ­ry za­pła­cił pół mi­lio­na do­la­rów. Trzy­ma­li go nie­ca­łe dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. Abel sza­co­wał zy­ski, ja­kie tyl­ko jego sek­cja przy­nio­sła przez te dwa i pół roku, na po­nad pięć mi­lio­nów do­la­rów.

Po­tem prze­nie­sio­no go do kontr­wy­wia­du, co po­zwo­li­ło mu czę­ściej po­dró­żo­wać do Nie­miec Za­chod­nich. Aku­rat kie­dy przy­dzie­lo­no go do kil­ku po­waż­nych ope­ra­cji szpie­gow­skich, wszyst­ko się roz­pa­dło. Od mie­się­cy ostrze­gał swo­ich zwierzch­ni­ków, że do­strze­ga ozna­ki nad­cho­dzą­ce­go kry­zy­su, ale oni byli zbyt za­ję­ci po­dró­żo­wa­niem do Mo­skwy i ca­ło­wa­niem tył­ków swo­ich sze­fów z KGB. Za nic nie chcie­li po­wie­dzieć au­to­kra­tom z KGB, że tra­cą kon­tro­lę nad naj­bar­dziej wy­su­nię­tym na za­chód sa­te­li­tą Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Taka wia­do­mość nie­chyb­nie zo­sta­ła­by na­gro­dzo­na kulą w łeb.

Abel stu­dio­wał eko­no­mię so­cja­li­stycz­ną i ka­pi­ta­li­stycz­ną. Wie­dział, że dane sta­ty­stycz­ne po­da­wa­ne przez rzą­dy Nie­miec Wschod­nich i Ro­sji są nie­praw­dzi­we. Z za­sa­dy dzie­lił je przez dwa, uwzględ­nia­jąc prze­sa­dę i oszu­stwo. Z Za­cho­dem było zu­peł­nie in­a­czej. Ci pa­skud­ni ka­pi­ta­li­ści mie­li swo­je nie­go­dzi­we kor­po­ra­cje, a te mia­ły sta­tu­to­wy obo­wią­zek praw­do­mów­no­ści wo­bec ak­cjo­na­riu­szy. Zdu­mie­wa­ją­co wie­le in­for­ma­cji po­da­wa­no do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej. I za każ­dym ra­zem gdy prze­glą­dał te dane, Abel do­cho­dził do tego sa­me­go wnio­sku. Sami pod­kła­da­li się Za­cho­do­wi i wkrót­ce mie­li się za­ła­mać pod cię­ża­rem kłamstw i go­spo­dar­czej nie­wy­dol­no­ści. Em­pi­rycz­ne ozna­ki kry­zy­su były do­sko­na­le wi­docz­ne dla każ­de­go, kto otwo­rzył oczy. Już same te dane po­win­ny wy­star­czyć, ale Abel do­strzegł jesz­cze coś, co było rów­nie alar­mu­ją­ce.

Ko­mu­ni­stycz­ni dyk­ta­to­rzy utrzy­my­wa­li się u wła­dzy dzię­ki dwóm na­rzę­dziom. Pierw­szym był strach. Ople­ce­ni siat­ką taj­nej po­li­cji, pod­słu­chów i in­for­ma­to­rów oby­wa­te­le żyli w cią­głym stra­chu, że za naj­mniej­szą kry­ty­kę rzą­du zo­sta­ną wy­cią­gnię­ci w środ­ku nocy z łó­żek i znik­ną bez śla­du. Dru­gim na­rzę­dziem nie był ter­ror fi­zycz­ny, ale de­mo­ra­li­za­cja. Sze­rzy­ły ją kon­tro­lo­wa­ne przez rząd środ­ki ma­so­we­go prze­ka­zu. Po­nu­ry wer­bel pro­pa­gan­dy, z tak nie­sa­mo­wi­tą wni­kli­wo­ścią prze­po­wie­dzia­ny przez Geo­r­ge’a Or­wel­la w jego mo­nu­men­tal­nej po­wie­ści Rok 1984, roz­brzmie­wał co dzień w rzą­do­wej te­le­wi­zji, ra­diu i ga­ze­tach. Abel zro­zu­miał zna­cze­nie nad­cho­dzą­cej ery in­for­ma­ty­ki i po­jął, że Nie­miec­ka Re­pu­bli­ka De­mo­kra­tycz­na nie­ba­wem stra­ci mo­no­pol na wia­do­mo­ści, a tym sa­mym prze­sta­nie kon­tro­lo­wać umy­sły oby­wa­te­li. Na rok przed upad­kiem ber­liń­skie­go muru dla mło­de­go szpie­ga zjed­no­cze­nie Nie­miec było rze­czą pew­ną.

Po­nad pięt­na­ście lat póź­niej Abel od­niósł to samo wra­że­nie, kie­dy przy­był do Ara­bii Sau­dyj­skiej. Nad­cho­dzi­ły zmia­ny i w ża­den spo­sób nie moż­na było ich po­wstrzy­mać. To nie była kwe­stia tego, czy do nich doj­dzie, tyl­ko kie­dy. Już sam skraj­nie nie­rów­ny po­dział dóbr do­pro­wa­dzał kraj do wrze­nia. Wy­star­czy­ło do­dać do tego su­per­wy­bu­cho­wy skład­nik re­li­gij­ny i Abel był go­tów za­ło­żyć się o swo­ją gło­wę, że Ara­bia Sau­dyj­ska zmie­rza do po­waż­ne­go kry­zy­su.

Ogól­no­świa­to­we kon­se­kwen­cje ta­kie­go wy­da­rze­nia za­pie­ra­ły dech. Dla więk­szo­ści lu­dzi zmia­ny są stre­su­ją­ce, ale dla Abla były do­god­ną oka­zją. Już był mi­lio­ne­rem, ale w wie­ku czter­dzie­stu sied­miu lat miał więk­sze pla­ny i tym ra­zem jego rad słu­cha­ły wie­lo­na­ro­do­we kor­po­ra­cje, mię­dzy­na­ro­do­we ban­ki, fun­du­sze in­we­sty­cyj­ne, roz­ma­ite fir­my, a na­wet kil­ka rzą­dów. Wszy­scy na­le­ży­cie opła­ca­li jego usłu­gi, ale to nie wy­star­cza­ło ta­kie­mu czło­wie­ko­wi jak Abel. Jako praw­dzi­wy Nie­miec za­wsze wie­rzył, że efek­tyw­ność i per­fek­cja są dro­gą do sa­mo­re­ali­za­cji. We wszyst­kich swo­ich umo­wach umie­ścił klau­zu­lę gwa­ran­tu­ją­cą mu duże zy­ski w przy­pad­ku zisz­cze­nia się jego glo­bal­nych prze­po­wied­ni. Nie­któ­re z tych kon­trak­tów mia­ły wy­ga­snąć w przy­szłym roku i Ablo­wi nie po­do­ba­ła się myśl, że może mieć ra­cję, ale za póź­no. Re­wo­lu­cja mia­ła na­stą­pić. Była nie­unik­nio­na. Rów­nie do­brze mógł na niej sko­rzy­stać.

Przy­sta­nął przed oka­za­łą, mo­no­li­tycz­ną sie­dzi­bą Ab­dul­lah Te­le­com­mu­ni­ca­tions. Na kimś wy­cho­wa­nym w Lip­sku, mie­ście zna­nym z re­ne­san­so­wej ar­chi­tek­tu­ry, ten bu­dy­nek nie ro­bił żad­ne­go wra­że­nia. Cho­ciaż były szpieg bar­dzo sta­rał się ogar­nąć sau­dyj­ską kul­tu­rę, w tu­tej­szej ar­chi­tek­tu­rze nie zdo­łał od­kryć ja­kich­kol­wiek war­to­ści.

Przed­sta­wił się męż­czyź­nie za du­żym ka­mien­nym blo­kiem, peł­nią­cym funk­cję kon­tu­aru re­cep­cji, i uprzej­mie ka­za­no mu cze­kać. Za­le­d­wie trzy­dzie­ści se­kund póź­niej z win­dy wy­siadł bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ny czło­wiek, któ­ry szyb­kim i sztyw­nym kro­kiem prze­szedł przez hol. Wy­cią­gnął rękę i przed­sta­wił się jako je­den z wi­ce­pre­ze­sów Ab­dul­lah Te­le­com­mu­ni­ca­tions.

Na do­brze zna­ją­cym arab­ski świat biz­ne­su Ablu ten ty­tuł nie zro­bił żad­ne­go wra­że­nia. Taka fir­ma jak ta za­pew­ne mia­ła dzie­siąt­ki, je­śli nie set­ki, wi­ce­pre­ze­sów – i nie­mal każ­dy z nich był w ja­kimś stop­niu spo­krew­nio­ny z pre­ze­sem, Sa’idem Ah­me­dem Ab­dul­la­hem. Wszy­scy byli hoj­nie opła­ca­ni, mie­li oka­za­łe ga­bi­ne­ty i z wy­jąt­kiem garst­ki naj­zdol­niej­szych krew­nych Ab­dul­la­ha scho­dzi­li z dro­gi za­chod­nim kon­sul­tan­tom, któ­rzy pro­wa­dzi­li in­te­re­sy fir­my. Abel i jego prze­wod­nik wje­cha­li win­dą na ostat­nie pię­tro, gdzie prze­szli przez trzy pary obi­tych zło­tem drzwi. Z sza­cun­kiem za­pro­wa­dzo­no go do po­miesz­cze­nia, któ­re było uoso­bie­niem ma­rzeń każ­de­go Ara­ba.

Na wy­kła­da­nych ma­ho­niem ścia­nach wi­sia­ły łby eg­zo­tycz­nych zwie­rząt. Na środ­ku po­ko­ju, nie da­lej niż trzy me­try, cęt­ko­wa­ny lam­part spo­glą­dał nań szkla­ny­mi śle­pia­mi. Wy­pcha­ne zwie­rzę było roz­wście­czo­ne, o czym świad­czy­ły groź­nie wy­szcze­rzo­ne, ostre kły. Duży olej­ny ob­raz przed­sta­wia­ją­cy pu­styn­ny kra­jo­braz wi­siał nad gra­ni­to­wym gzym­sem ko­min­ka, któ­ry zda­niem Abla nig­dy nie był uży­wa­ny. Cały ten po­kój miał świad­czyć o ener­gii i sile wła­ści­cie­la. To było oczy­wi­ste. Na­to­miast Abel nie był pe­wien, jak ma to zin­ter­pre­to­wać. Nie­któ­rzy Ara­bo­wie za po­mo­cą ta­kich de­ko­ra­cji de­mon­stro­wa­li, ja­kie miej­sce zaj­mu­ją w hie­rar­chii, a inni po pro­stu pła­ci­li fran­cu­skie­mu de­ko­ra­to­ro­wi wnętrz, żeby zro­bił to samo, co dla ja­kie­goś in­ne­go człon­ka kró­lew­skiej ro­dzi­ny. Nie mie­li wła­sne­go gu­stu ani sty­lu.

Otwo­rzy­ły się drzwi na dru­gim koń­cu po­ko­ju. Abel od­wró­cił się i zo­ba­czył wcho­dzą­ce­go star­ca w tra­dy­cyj­nym stro­ju. Na twa­rzy nad­cho­dzą­ce­go do­strzegł na­pię­cie. Abel spo­tkał go w po­ło­wie dro­gi, przy szcze­rzą­cym kły ko­cie.

– Je­stem Sa’id Ah­med Ab­dul­lah – po­wie­dział męż­czy­zna, wy­cią­ga­jąc rękę.

Abel nie zdzi­wił się, sły­sząc, że tam­ten mówi po an­giel­sku, któ­ry był ję­zy­kiem świa­ta in­te­re­sów w kró­le­stwie.

– Je­stem Erich Abel. – Uści­snął dłoń Sa’ida. – Ksią­żę Mu­ham­mad po­pro­sił mnie, że­bym się z pa­nem spo­tkał. Mówi, że je­ste­ście sta­ry­mi przy­ja­ciół­mi.

– Zna­my się, od kie­dy obaj skoń­czy­li­śmy dzie­więć lat. – Sa’id ge­stem za­chę­cił go­ścia, żeby usiadł. – Na­pi­je się pan cze­goś?

– Chęt­nie na­pił­bym się kawy, je­śli moż­na.

Abel usiadł na jed­nej z dłu­gich sof.

Sa’id na­ci­snął gu­zik sto­ją­ce­go obok te­le­fo­nu, wy­rzu­cił z sie­bie kil­ka zdań po arab­sku, po czym usiadł na in­nej ka­na­pie. Nie­mal na­tych­miast dwaj In­do­ne­zyj­czy­cy w nie­na­gan­nie wy­pra­so­wa­nych bia­łych uni­for­mach wto­czy­li do po­ko­ju ba­rek na kół­kach. Na­peł­ni­li fi­li­żan­ki kawą i po­sta­wi­li przed obo­ma męż­czy­zna­mi ta­le­rzy­ki ze sma­ko­wi­cie wy­glą­da­ją­cy­mi słod­ko­ścia­mi, po czym zni­kli rów­nie bez­gło­śnie, jak się zja­wi­li.

– Ksią­żę Mu­ham­mad za­wsze był moim bar­dzo do­brym przy­ja­cie­lem. – Sa’id upił łyk kawy. – Są­dzę, że zo­stał nie­spra­wie­dli­wie po­trak­to­wa­ny przez swo­je­go bra­ta, kró­la.

Abel na­tych­miast uznał, że go­spo­darz jest dość nie­ostroż­ny, sko­ro wy­gła­sza ta­kie opi­nie przed nie­zna­jo­mym.

– Da­rzę księ­cia Mu­ham­ma­da ogrom­nym sza­cun­kiem – od­parł, jak za­wsze ostroż­nie.

Sa’id się­gnął po ciast­ko, ale się roz­my­ślił.

– Czy po­wie­dział panu o mo­jej tra­ge­dii?

Te­raz Abel był już pe­wien, że jego go­spo­darz jest bar­dzo wzbu­rzo­ny.

– Nie, po­wie­dział mi tyl­ko, że jest pan jego dro­gim przy­ja­cie­lem i wy­świad­czył­bym mu przy­słu­gę, gdy­bym się z pa­nem spo­tkał.

Sa’id splótł dło­nie i spoj­rzał na pej­zaż za­wie­szo­ny na ścia­nie.

Abel upił łyk kawy i od­sta­wił fi­li­żan­kę.

– Pa­nie Ab­dul­lah, po­zwo­li pan, że będę szcze­ry. Nie je­stem mię­cza­kiem. Wąt­pię, żeby zdo­łał mnie pan za­szo­ko­wać. Niech mi pan po­wie, dla­cze­go po­trze­bu­je pan mo­ich usług, a je­stem pe­wien, że doj­dzie­my do po­ro­zu­mie­nia.

Sa’id spoj­rzał Niem­co­wi w oczy i po­wie­dział:

– Chcę śmier­ci pew­ne­go czło­wie­ka.

Abel obo­jęt­nie kiw­nął gło­wą, da­jąc mu znać, że to żą­da­nie go nie dzi­wi.

– A kim jest ten czło­wiek, któ­re­go chce pan zli­kwi­do­wać?

– To Ame­ry­ka­nin.

Abel z ro­sną­cym za­in­te­re­so­wa­niem upił na­stęp­ny łyk kawy

– Pro­szę da­lej.

– Pra­cu­je dla ich rzą­du.

Co­raz le­piej, po­my­ślał Abel.

– Jak się na­zy­wa?

Cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­uwa­żył kro­ple potu na czo­le Ab­dul­la­ha.

– Na­zy­wa się Mitch Rapp.

Abel od­jął fi­li­żan­kę od ust i po­wo­li od­sta­wił ją na spodek, sta­ra­jąc się, by go­spo­darz nie za­uwa­żył, że dłoń za­czę­ła mu drżeć.

– Mitch Rapp – po­wtó­rzył spo­koj­nie.

– Sły­szał pan o nim?

– Oba­wiam się, że tak. Wąt­pię, czy ktoś z mo­jej bran­ży o nim nie sły­szał.

Nie­cier­pli­wy i zde­ner­wo­wa­ny Ab­dul­lah nie dał mu cza­su do na­my­słu.

– Za­tem po­dej­mie się pan tego?

Abel po­czuł, że ser­ce za­czę­ło mu moc­niej bić. Pod­niósł rękę.

– Po­wo­li, pa­nie Ab­dul­lah. Za­bi­cie ko­goś ta­kie­go jak Mitch Rapp to po­waż­ne przed­się­wzię­cie. Trze­ba omó­wić wie­le spraw. Do­pra­co­wać wie­le szcze­gó­łów, a na­wet wte­dy nie je­stem pe­wien, czy po­dej­mę się tego za­da­nia.

– Czy cho­dzi o wy­na­gro­dze­nie? Pro­szę mi po­wie­dzieć, ile pan żąda za taką ro­bo­tę. Za­cznij­my ne­go­cjo­wać.

Abel wbił pra­wy kciuk w lewą dłoń, pró­bu­jąc uspo­ko­ić się przez aku­pre­su­rę. W koń­cu to tyl­ko czło­wiek i przy od­po­wied­nich przy­go­to­wa­niach każ­de­go moż­na za­bić.

– To by­ło­by bar­dzo kosz­tow­ne.

Sa’id na­ci­snął przy­cisk in­ter­ko­mu. Po­wie­dział coś szyb­ko po arab­sku i po chwi­li do po­ko­ju we­szli dwaj ogrom­ni Sau­dyj­czy­cy, nio­sąc duże czar­ne wa­liz­ki. Po­sta­wi­li je na sto­le przed Niem­cem, otwo­rzy­li i opu­ści­li po­kój.

– Pięć mi­lio­nów do­la­rów w go­tów­ce po przy­ję­ciu zle­ce­nia. Ko­lej­ne pięć mi­lio­nów po wy­ko­na­niu.

Abel pa­trzył na pie­nią­dze, co­raz moc­niej wbi­ja­jąc kciuk w dłoń i po­spiesz­nie ob­li­cza­jąc wszyst­ko w my­ślach. W kil­ka se­kund do­szedł do wnio­sku, że to bę­dzie trud­ne, ale nie nie­moż­li­we. Oczy­wi­ście ktoś inny zaj­mie się brud­ną ro­bo­tą. Szcze­gó­ły moż­na i na­le­ży opra­co­wać póź­niej, więc sku­pił się na wy­na­gro­dze­niu. By­wał już za­mie­sza­ny w za­bój­stwa na zle­ce­nie, ale jesz­cze nig­dy nie sły­szał o dzie­się­cio­mi­lio­no­wej na­gro­dzie. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że Rapp wy­rzą­dził ja­kąś oso­bi­stą krzyw­dę Ab­dul­la­ho­wi. Trud­no osza­co­wać bo­gac­two Sau­dyj­czy­ków, ale Abel oce­niał ma­ją­tek Ab­dul­la­ha na co naj­mniej dwa mi­liar­dy do­la­rów. Dzie­sięć mi­lio­nów do­la­rów to dla nie­go kie­szon­ko­we.

Wie­dział, że po wy­ra­że­niu zgo­dy nie bę­dzie mógł się wy­co­fać, i cho­ciaż to za­brzmi dziw­nie, wca­le nie miał na to ocho­ty. Za­bój­stwo ta­kie­go czło­wie­ka jak Mitch Rapp by­ło­by świa­dec­twem mi­strzow­skich umie­jęt­no­ści. Na­gle bli­ski eu­fo­rii na myśl o ta­kim wy­czy­nie, Abel po­sta­no­wił, że po­dej­mie się tego za­da­nia, ale naj­pierw spró­bu­je zwięk­szyć swo­je i tak so­wi­te wy­na­gro­dze­nie.

– Obec­nie w Ame­ry­ce za­bój­stwa na zle­ce­nie są trud­ne do prze­pro­wa­dze­nia, a za­mach na ko­goś ta­kie­go jak Mitch Rapp wią­że się z mnó­stwem do­dat­ko­wych pro­ble­mów.

– Niech pan poda cenę, pa­nie Abel – po­wie­dział spo­koj­nie Arab.

– Dwa­dzie­ścia mi­lio­nów do­la­rów. Dzie­sięć te­raz… dzie­sięć po wy­ko­na­niu zle­ce­nia.

Ab­dul­lah wy­cią­gnął dłoń.

– Dwa­dzie­ścia mi­lio­nów do­la­rów.

Abel uści­snął ją.

– Umo­wa stoi.

– Ile cza­su to zaj­mie?

– Zaj­mę się tym na­tych­miast, ale nie spo­dzie­wam się re­zul­ta­tów wcze­śniej jak za mie­siąc.

– Naj­szyb­ciej, jak to moż­li­we, pa­nie Abel – po­wie­dział groź­nie Arab.

Jego nie­na­wiść do Rap­pa była nie­mal na­ma­cal­na.

– Czy mogę spy­tać, pa­nie Ab­dul­lah, co zro­bił pan Rapp, że przy­spo­rzył panu tyle cier­pie­nia?

– Za­bił mo­je­go syna.

Oczy­wi­ście, po­my­ślał Nie­miec. Oczy­wi­ście.

6WASZYNGTON

Rapp za­dzwo­nił do nich o umó­wio­nej po­rze i po­wie­dział, że jest po dru­giej stro­nie uli­cy. Wy­da­wa­ło się, że to ich za­nie­po­ko­iło i zi­ry­to­wa­ło, co naj­zu­peł­niej od­po­wia­da­ło Rap­po­wi. Naj­trud­niej było pod­jąć de­cy­zję o spo­tka­niu, a po­tem zna­leźć miej­sce od­po­wia­da­ją­ce im wszyst­kim. Chcie­li, żeby przy­szedł do ga­bi­ne­tu któ­re­goś z nich. Na­le­że­li do lu­dzi, któ­rzy przy­wy­kli do na­rzu­ca­nia swo­je­go zda­nia, a po­nad­to Rapp nie ufał żad­ne­mu z nich, więc sta­now­czo od­mó­wił. To oni chcie­li tego spo­tka­nia, co ozna­cza­ło, że mógł dyk­to­wać wa­run­ki, i im prę­dzej będą mie­li to za sobą, tym le­piej. Od­da­wał przy­słu­gę Ken­ne­dy i nic poza tym.

Nie trze­ba było wy­bu­ja­łej wy­obraź­ni, żeby wy­obra­zić so­bie, że co naj­mniej je­den z nich spró­bu­je na­grać tę roz­mo­wę. Wza­jem­ne pod­słu­chi­wa­nie było na po­rząd­ku dzien­nym w Wa­szyng­to­nie. Pro­blem Rap­pa po­le­gał na tym, że nie ufał tym reszt­kom tak­tu, ja­kie mu po­zo­sta­ły. Stał się tak szorst­ki, że mógł po­wie­dzieć wszyst­ko. Pierw­szy z tych dwóch męż­czyzn bu­dził w nim mie­sza­ne uczu­cia, dru­gi po­gar­dę. Nie ma­jąc nic do stra­ce­nia, Rapp wie­dział, że ry­zy­ko za­ognie­nia sy­tu­acji jest bar­dzo duże. Tak na­praw­dę miał wiel­ką ocho­tę wy­rzu­cić z sie­bie tro­chę tego, co le­ża­ło mu na ser­cu. Cho­ciaż po­my­ślał o tym do­pie­ro póź­niej. W grun­cie rze­czy zgo­dził się na spo­tka­nie z po­wo­du Ken­ne­dy. Za­dzwo­nił do niej w nie­dzie­lę z rana i zo­sta­wił wia­do­mość. Pro­blem już nie jest pro­ble­mem. Nic poza tym.

W nie­dzie­lę rano nie było jesz­cze wia­do­mo­ści o zna­le­zie­niu cia­ła Cha­li­la. Jed­nak to było w nie­dzie­lę, a dzi­siaj był po­nie­dzia­łek. Wia­do­mość po­da­wa­no we wszyst­kich środ­kach prze­ka­zu i Ken­ne­dy nie była uszczę­śli­wio­na. Mimo to nie mo­gła nic zro­bić, do­pó­ki nie sta­nie przed nią w jej prze­stron­nym na­roż­nym ga­bi­ne­cie w Lan­gley. Ta­kich spraw nie oma­wia się przez te­le­fon, nie­za­leż­nie od tego, jak bez­piecz­ne są two­im zda­niem łą­cza. Tak więc, aby od­wlec tę kon­fron­ta­cję i być może dać Ken­ne­dy tro­chę cza­su na ochło­nię­cie, za­dzwo­nił do tych dwóch męż­czyzn, z któ­ry­mi chcia­ła go umó­wić, i w re­zul­ta­cie zna­lazł się w czę­ści mia­sta, w któ­rej rzad­ko by­wał, szy­ku­jąc się na spo­tka­nie z ludź­mi, któ­rych nie da­rzył sza­cun­kiem.

Rapp miał nie­wie­le sła­bych stron, je­śli w ogó­le ja­kie­kol­wiek. Jego kwa­dra­to­wa szczę­ka zdra­dza­ła de­ter­mi­na­cję, a ciem­no­brą­zo­we oczy po­tra­fi­ły spo­glą­dać za­ska­ku­ją­co by­stro. Były to oczy, któ­re do­strze­ga­ły wszyst­ko i zdra­dza­ły do­sta­tecz­nie czuj­nym oso­bom, że ich wła­ści­ciel jest nie­zwy­kle nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem. Jego kru­czo­czar­ne wło­sy za­czy­na­ły si­wieć na skro­niach, a twarz była po­ora­na zmarszcz­ka­mi, na­by­ty­mi w wy­ni­ku dłu­gie­go prze­by­wa­nia na otwar­tej prze­strze­ni i wy­sta­wia­nia na ka­pry­sy ży­wio­łów. Lewy po­li­czek prze­ci­na­ła cien­ka szra­ma, nie­ustan­nie przy­po­mi­na­ją­ca o nie­bez­pie­czeń­stwach jego za­wo­du. Miał metr osiem­dzie­siąt i wa­żył dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów – nie­mal sa­mych mię­śni. Szyb­kość i siła, za­zwy­czaj za­re­zer­wo­wa­ne dla czo­ło­wych za­wod­ni­ków NFL, w jego przy­pad­ku były ce­cha­mi zręcz­ne­go i prze­wi­du­ją­ce­go za­bój­cy.

Rapp chęt­nie to przy­zna­wał, na­wet je­śli oto­cze­nie tego so­bie nie ży­czy­ło. Wbrew temu, co wie­lu są­dzi­ło, spał jak nie­mow­lę. Jego pra­ca nie była skom­pli­ko­wa­na. Po pro­stu za­bi­jał ter­ro­ry­stów. Lu­dzi, któ­rzy mor­do­wa­li nie­win­nych cy­wi­lów albo pu­blicz­nie przy­się­ga­li to ro­bić. Nie za­bie­gał o tę ro­bo­tę. Jako dziec­ko nie wy­ry­wał skrzy­deł mo­ty­lom i nie drę­czył ko­ciąt. Jego ży­ciem była ro­dzi­na, szko­ła, przy­ja­cie­le, pry­wat­ki, fut­bol i wia­ra ty­po­wa dla miesz­kań­ca przed­mieść – co ozna­cza­ło, że cho­dził do ko­ścio­ła dwa razy w roku, na Wiel­ka­noc i na Boże Na­ro­dze­nie. Myśl o za­bi­ja­niu ko­go­kol­wiek nig­dy nie przy­szła mu do gło­wy, do­pó­ki sa­mo­lot Pan Am nr 103 nie wy­buchł w po­bli­żu Loc­ker­bie w Szko­cji. Tam­te­go zim­ne­go ran­ka zgi­nę­ło dwie­ście pięć­dzie­siąt dzie­więć nie­win­nych osób. Trzy­dzie­ści pięć z nich było stu­den­ta­mi jego Uni­wer­sy­te­tu Sy­ra­cu­se, a jed­ną z nich była mi­łość jego ży­cia. Wkrót­ce po­tem, i bez wie­dzy Rap­pa, za­czął go wcią­gać ta­jem­ni­czy i zdra­dziec­ki świat szpie­gów.

Rapp miał na so­bie gar­ni­tur z sza­rej fla­ne­li, bia­łą ko­szu­lę, kra­wat w pa­ski – strój wy­bra­ny przez jego żonę. Jak za­wsze był uzbro­jo­ny. Do­kład­nie spraw­dził cały po­kój palm­to­pem Black­Ber­ry. To nie­wiel­kie urzą­dze­nie słu­ży­ło jako te­le­fon ko­mór­ko­wy i prze­glą­dar­ka in­ter­ne­to­wa. Po­nad­to lu­dzie z sek­cji na­uki i tech­no­lo­gii w Lan­gley prze­ro­bi­li tę nie­wiel­ką czar­ną skrzyn­kę tak, żeby wy­kry­wa­ła i za­kłó­ca­ła dzia­ła­nie urzą­dzeń pod­słu­cho­wych. Po­kój o wy­mia­rach dwa i pół na czte­ry me­try był czy­sty. Rapp usiadł na jed­nym z sze­ściu drew­nia­nych krze­seł, po­ło­żył nogi na sto­le i splótł dło­nie za gło­wą.

Tam­ci dwaj przy­by­li pięć mi­nut póź­niej – i do­brze, gdyż Rapp po­wie­dział im, że nie bę­dzie cze­kał dłu­żej niż dzie­sięć mi­nut. Usły­szaw­szy zgrzyt ob­ra­ca­nej klam­ki, Rapp wstał i od­ru­cho­wo wsu­nął dłoń za pa­zu­chę. Dla nie­wy­szko­lo­ne­go ob­ser­wa­to­ra wy­glą­da­ło to tak, jak­by po­pra­wiał kra­wat. To był od­ruch, któ­ry nie wy­ni­kał z prze­stra­chu. W jego fa­chu nig­dy nie było wia­do­mo, kto wej­dzie do po­ko­ju, a ła­twiej jest się­gnąć po broń, kie­dy się stoi.

Dwaj męż­czyź­ni two­rzy­li nie­zwy­kłą parę. Je­den wy­so­ki i chu­dy jak szkie­let, z ha­czy­ko­wa­tym no­sem, dru­gi ni­ski i gru­by, z no­sem bok­se­ra, któ­ry prze­grał zbyt wie­le walk. Z jego bio­gra­fii Rapp wie­dział, że istot­nie tak było. Se­na­tor Bill Walsh miał metr osiem­dzie­siąt pięć i po­cho­dził z Ida­ho. Był prze­wod­ni­czą­cym Se­nac­kiej Ko­mi­sji do spraw Wy­wia­du. Rapp do­my­ślał się, że to on za­żą­dał tego spo­tka­nia. Cho­ciaż znacz­nie straw­niej­szy od to­wa­rzy­szą­ce­go mu męż­czy­zny, był rów­nież mniej prze­wi­dy­wal­ny. Jego to­wa­rzy­szem był se­na­tor Carl Harts­burg z New Jer­sey. Mie­rzą­cy za­le­d­wie metr sześć­dzie­siąt Harts­burg wy­cho­wał się w Ho­bo­ken, gdzie kie­dyś był zwy­cięz­cą tur­nie­ju Zło­tych Rę­ka­wic. Mó­wio­no o nim, że nie był do­brym bok­se­rem, ale po­tra­fił przyj­mo­wać cio­sy – dla­te­go stra­cił prze­gro­dę no­so­wą. Obaj byli po sześć­dzie­siąt­ce, nie­mal o trzy­dzie­ści lat star­si od Rap­pa. Harts­burg ode­zwał się pierw­szy.

– Bi­blio­te­ka Kon­gre­su. Prze­cież mo­gli­śmy spo­tkać się w moim ga­bi­ne­cie po dru­giej stro­nie uli­cy.

Rapp wy­brał jed­ną z wie­lu sal kon­fe­ren­cyj­nych w Bi­blio­te­ce Kon­gre­su na Ka­pi­to­lu.

– Neu­tral­ny grunt jest lep­szy – od­parł Rapp.

Walsh wy­cią­gnął rękę.

– Dzię­ku­je­my, że zna­lazł pan czas, żeby się z nami spo­tkać.