Zgliszcza. Cykl Wierni i Upadli. Tom 3 - John Gwynne - ebook

36 osób właśnie czyta

Opis

"Zgliszcza", trzecia część cyklu "Wierni i Upadli" autorstwa Johna Gwynne'a, podejmuje temat porywającej batalii między dobrem i złem.

Ziemie Wygnanych pogrążyły się w wojnie i w chaosie. Przebiegła królowa Rhin zawładnęła całym zachodem, a najwyższy król Nathair przejął kontrolę nad kotłem, najpotężniejszym spośród Siedmiu Skarbów. Za jego plecami czuwają krętacz Calidus wraz z hufcem Kadoshim, przerażających wojowników z Zaświatu. Planują sprowadzenie Asrotha oraz zastępów Upadłych do świata ludzi, ale do tego potrzebują wszystkich siedmiu Skarbów. Nathair został oszukany, ale wreszcie poznał prawdę i dokonać decyzji, które zadecydują o losie Ziem Wygnanych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1194

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Ruin. The Faithful and the Fallen – Book Three

Copyright © 2015 by John Gwynne Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Anna Włodarkiewicz Korekta: Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Paul Young Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydanie II ISBN 978-83-66409-91-0

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228134743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o. o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Dla Williama, który zawsze przypomina mi onajlepszych chwilach życia iprzynosi mi radość,

Podziękowania

Trudno mi uwierzyć, że cykl Wierni iUpadli liczy już trzy tomy. Wciąż nie przyzwyczaiłem się do tego, że widzę okładki Zawiści i Męstwa na półkach księgarń, a tu już mamy część trzecią! Podobnie jak w przypadku dwóch pierwszych tomów, praca nad Zgliszczami przypominała jazdę kolejką górską, ale na szczęście mogłem liczyć na wsparcie pokaźnego hufca życzliwych przyjaciół.

W pierwszej kolejności chciałbym podziękować mojej żonie Caroline oraz moim dzieciom – Harriett, Jamesowi, Edowi i Willowi – za ich nieustające wsparcie i zapał, z jakim podchodzili do Ziem Wygnanych, a także za to, że przez sporą część ubiegłego roku pozwalali mi na ucieczkę do własnego świata fantasy. Wyłaniałem się z mojej wieży z kości słoniowej (czyt. znad zabałaganionego biurka) głównie po to, by wprawiać się w walce (czyt. pomagać w zadaniach domowych), co rzadko wychodziło mi na dobre. Ta książka nigdy by nie powstała, gdyby nie ich pomoc.

Chciałem także podziękować mojemu agentowi, Johnowi Jarroldowi, bez którego pomocy Wierni iUpadli nigdy nie ujrzeliby światła dziennego. To doprawdy fantastyczny agent oraz człowiek z ogromną klasą. Nie wyobrażam sobie nikogo innego w moim narożniku.

Dziękuję również mojej wspaniałej redaktorce w brytyjskim oddziale Tor, Julie Crisp, jednej z nielicznych osób na świecie bardziej krwiożerczych ode mnie. Jej talent i umiejętności językowe są dla mnie źródłem nieskończonej uciechy i jestem przekonany, że bez Julie praca nad cyklem okazałaby się o wiele nudniejszym wyzwaniem. Ponadto chciałem oczywiście podziękować Belli Pagan, Louise Buckley, Samowi Eadesowi, Robowi Coxowi, Jamesowi Longowi i wszystkim ludziom w Tor, dzięki którym cała ta pisanina wydaje się bułką z masłem (podczas gdy jest zupełnie inaczej, zapewniam was). Jestem również winien wdzięczność drugiej mej redaktorce, Jessice Cuthbert-Smith, damie, która ma niezwykłe oko do najdrobniejszych nawet szczegółów, oraz oczywiście Willowi Hintonowi, memu redaktorowi po drugiej stronie oceanu, i całemu amerykańskiemu zespołowi w Orbit US.

Chcę podziękować także tym, którzy czytali Zgliszcza i podzielili się ze mną swoimi uwagami. To przecież nie jest mała książka – ba, wydaje mi się, że można by nią utłuc dorosłego olbrzyma! Na moją wielką wdzięczność zasłużyli w pierwszej kolejności Edward i William Gwynne. Mówiąc, że przeczytali Zgliszcza, dopuściłbym się sporego niedopowiedzenia – wszak obaj dosłownie zagrzebali się w treści i bez ustanku wyłapywali drobiazgi, które mnie umknęły (no dobra, o których zapomniałem) lub zgoła przyłapywali mnie na błędach. Zdradzę również, choć może nie powinienem, że lektura Zgliszcz doprowadziła Edwarda do łez. Powoli dochodzę do wniosku, iż być może oznacza to, że w książce jest trochę dobrego.

Powieść czytało też kilka innych osób – moja żona Caroline, Mark Roberson oraz David Emrys, którego dogłębna wiedza o walce wręcz okazała się niezwykle pomocna, jak i odrobinę niepokojąca. Nie chcę wiedzieć, w jakich okolicznościach ją posiadł. Na liście pierwszych czytelników znajduje się również Sadak Miah, mój najstarszy przyjaciel, jeden z dwóch postrzeleńców, którzy utworzyli własny klub tolkienistyczny w szkole, z quizem dla każdego, kto chciałby do niego wstąpić. Lektura siedmiu rozdziałów Zgliszcz to ciut za mało, wiesz?

Chciałem także podziękować memu dobremu przyjacielowi Robertowi Sharpe’owi, jego bratu Johnowi i ich przyjacielowi Ciaránowi Mac Murchaidhowi za to, że pomogli mi wprowadzić język gaelicki do powieści.

I wreszcie chciałem podziękować wszystkim tym, którzy kupili książki z cyklu Wiernych iUpadłych i znaleźli w nich coś wartościowego. Niech kieruje Wami prawda i odwaga!

Klęska, zgliszcza I spustoszenie, każde jest mym zyskiem.

John Milton,

Rozdział pierwszy    ULFILAS

Rok 1143 Ery Wygnańców, Księżyc Orła

Ulfilas trącił piętami końskie boki, a wierzchowiec ruszył pod górę wśród szarych głazów i dawno zeschłych drzew. Obok niego podążał król Jael o zaciętej twarzy, a kilka kroków przed nimi jechał królewski łowczy, Dag.

Jaela nie powinno tu być, myślał Ulfilas, a żołądek ściskał mu niepokój. To nie do pomyślenia, by król Isiltiru wędrował bez celu po północnych pustkowiach.

Ulfilas bynajmniej nie odczuwał wobec Jaela wielkiej lojalności, gdyż w gruncie rzeczy nawet niespecjalnie go lubił. Odnosił jednakże wrażenie, że po wszystkim, przez co wspólnie przeszli, śmierć podczas wyprawy, która jego zdaniem była tylko stratą czasu, zakrawałaby na głupotę.

Miał świadomość, że czasy się zmieniają, na horyzoncie czai się wojna, a w Isiltirze należy umocnić władzę. Służył Jaelowi jako przyboczny od jego Długiej Nocy i choć nie przepadał za charakterem swego władcy i nie podobały mu się jego postępki, był człowiekiem pragmatycznym.

Jestem wojownikiem, myślał. Muszę dla kogoś walczyć.

Ostatnie wydarzenia pokazały, że dokonał sensownego wyboru. Król Romar nie żył. Nie żyli też Kastell, kuzyn Jaela, oraz Gerda, była żona Romara. Jej nieletni syn Haelan, który z technicznego punktu widzenia nadal był dziedzicem tronu Isiltiru, zaginął bez śladu. Ulfilas wiedział, że Jael nie bywał lojalny wobec ludzi, którzy za nim podążali. Zdawał sobie sprawę z tego, że samozwańczy król Isiltiru to próżny, żądny władzy intrygant, gotów zrobić wszystko, by zachować koronę. Jednakże młodzieniec odnosił coraz to nowe sukcesy, więc Ulfilas trwał u jego boku, choć głos w jego głowie mówił mu, by odszedł i znalazł sobie innego, zacniejszego władcę.

Czym jest ten głos?, zastanawiał się. Sumieniem? Cóż, sumienie nie nałoży mi jedzenia do misy. Nie uchroni mnie też przed nadzianiem mej głowy na pal.

– Daleko jeszcze?! – zawołał Jael.

– Jeszcze kawałek, mój panie! – odkrzyknął Dag. – Dołączymy do nich przed zachodem słońca.

Niedaleko szczytu Ulfilas ściągnął wodze i spojrzał za siebie.

Po zboczu wiła się kolumna wojowników, którzy eskortowali dwa wozy ciągnięte przez potężne woły. Za nimi roztaczały się szare pustkowia, a dalej na południu widać było zielony skraj lasu Forn. W promieniach zachodzącego słońca migotały wody odległej rzeki, która wyznaczała granicę między pustkowiami na północy i leżącym w dali królestwem.

Isiltir, pomyślał Ulfilas. Dom.

Znów spojrzał na swego króla i popędził konia w ślad za nim.

Słońce było coraz niżej, a drużyna kontynuowała podróż pośród wydłużających się cieni. Szlak prowadził ich przez puste równiny i wąwozy o stromych zboczach, aż dotarli do kamiennego mostu, który rozciągał się nad głęboką przepaścią. Ulfilas zerknął w ciemność. Serce przestało mu na moment bić, gdy jego wierzchowiec poślizgnął się na luźnym kamieniu. Na samą myśl o upadku w taką czeluść odruchowo szarpnął za wodze. Odetchnął głęboko, gdy znalazł się po drugiej stronie przepaści, a lęk opuścił go równie szybko, jak się pojawił.

Następnie wjechali w labirynt nagich, jałowych pagórków w drodze na kolejne wzniesienie, na którym czekał milczący Dag. Ulfilas i jego król zrównali się z łowcą i ściągnęli wodze, by spojrzeć przed siebie.

Patrzyli na płaską, ciągnącą się daleko równinę. Na horyzoncie sterczały poszarpane szczyty gór. U swych stóp natomiast ujrzeli cel podróży – wielki krater, który wyglądał, jakby sam Elyon Stwórca wybił dziurę w tkaninie ziemi. Wokół nie było śladów życia i panowała absolutna, niewzruszona cisza.

– Krater gwiezdnego kamienia – szepnął Jael.

Ulfilas słyszał wielokrotnie opowieści o miejscu, w którym gwiezdny kamień uderzył w ziemię, ale jak do tej pory był skłonny włożyć je między bajki.

Ile tysięcy lat temu miał się tu rozbić?, zastanawiał się.

Mówiono, że z owego kamienia wykuto Siedem Skarbów, o które później toczono zaciekłe wojny. Wszystko zakończył Elyon, który, jeśli wierzyć opowieściom, zesłał na świat Plagę i spopielił wiele krain.

Ulfilas spojrzał na szare niebo zasnute obrzmiałymi chmurami. Przez chwilę wyobrażał sobie, że unoszą się na nim białoskrzydłe zastępy Ben-Elim i demoniczna horda Asrotha. Mógł niemalże usłyszeć rozbrzmiewające echem okrzyki bojowe, szczęk oręża, wrzaski umierających.

Elyon i Asroth, Stwórca i Niszczyciel, ich anioły i demony walczące o władzę nad Ziemiami Wygnanych, myślał. Wszystko to wydawało mi się zaledwie bajką, a teraz mówią mi, że historia ma się powtórzyć.

Podczas podróży przez pustkowia Ulfilas zaczął wierzyć w to, co kiedyś, zaledwie rok temu, uważał za opowiastkę dla dzieci. Przypominał sobie chwile spędzone w Haldis, leżącym w samym sercu lasu Forn, gdzie olbrzymy Hunen chowały swych zmarłych. Na własne oczy widział króla, który został zdradzony i zabity z powodu czarnego topora, rzekomo należącego do Siedmiu Skarbów wykutych z gwiezdnego kamienia. Widział białożmije oraz magię, która zamieniała twardą ziemię w błoto wysysające życie z jego towarzyszy broni. Był człowiekiem praktycznym i wolnym od przesądów. Niełatwo więc przyszło mu uwierzyć w potwory, które nagle stały się żywym przeciwnikiem. Na samo wspomnienie tamtych wydarzeń czuł, że ściska go lęk.

Lęk czyni czujniejszym, pomyślał.

W dole zbocza, na skraju krateru, wznosiły się szczątki starożytnej fortecy. Jej mury i wieże dawno skruszył ząb czasu, ale wśród ruin poruszały się postacie, ledwie widoczne z tej odległości.

– Jotun – oznajmił Jael.

Olbrzymy z północy. Rzekomo najsilniejsze i najbardziej zaciekłe z ocalałych klanów, pomyślał Ulfilas i nie po raz pierwszy zastanowił się, czy ich wyprawa ma sens.

– Żadnych gwałtownych ruchów – rzekł Dag. – Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte.

Niektóre olbrzymy wyłoniły się spomiędzy ruin i zebrały na drodze, która przecinała zniszczoną twierdzę. Zachodzące słońce odbijało się od ich kolczug oraz ostrzy włóczni. Kilka spośród nich dosiadało wielkich, kudłatych bestii.

– Oni siedzą na niedźwiedziach? – spytał Ulfilas.

– Wszyscy słyszeliśmy opowieści o Jotun z północy – rzekł Jael. – Wygląda na to, że niektóre z nich są prawdziwe.

Zatrzymali się na skraju pierwszych ruin, a kolumna jeźdźców wyhamowała za nimi. Wojownicy – dwie setki najlepszych przybocznych Jaela – otoczyli władcę ochronnym kordonem. Ulfilas wyczuwał wśród nich napięcie i widział, jak zaciskają dłonie na drzewcach włóczni i rękojeściach mieczy.

Olbrzymy wyłoniły się spomiędzy zgliszczy. Pomimo swych rozmiarów poruszały się z zaskakującą zwinnością. Niektóre w istocie dosiadały niedźwiedzi o ciemnym futrze i żółtych szponach. Ulfilas wiedział, że Jael ma wszelkie powody, by zachować czujność. Podczas bitwy o Haldis obaj widzieli na własne oczy, jak straszliwa jest szarża oddziału olbrzymów. Gdyby wojownicy z Tenebralu nie zatrzymali Hunen murem tarcz, z hufców Isiltiru i Helvethu nie przetrwałby nikt.

Na razie nie ma czasu, by się uczyć walki w murze tarcz, ale jeśli wrócę do domu..., pomyślał Ulfilas.

Jeden z niedźwiedzich jeźdźców wysunął się przed pozostałych. Ziemia drżała lekko pod krokami jego wierzchowca. Wojownik zatrzymał się przed Jaelem, ogromny i majestatyczny. Po chwili zsunął się z siodła o wysokim łęku i podszedł jeszcze bliżej.

Jasne włosy i wąsiska miał splecione w grube warkocze. Z jego ramion spływał płaszcz z ciemnego futra, pod którym połyskiwała kolczuga. Dzierżył włócznię o grubym drzewcu, a przy jego siodle wisiał młot wojenny. Niedźwiedź przyglądał się przybyszom małymi, inteligentnymi oczkami, aż uniósł wargę, odsłaniając rząd ostrych zębów.

– Witaj na Pustkowiu, Jaelu, królu Isiltiru – oznajmił olbrzym.

Jego głos brzmiał jak kamień trący o żwir.

– Witaj, Ildaerze, przywódco Jotun – odparł Jael i skinął na swoich wojowników, którzy rozstąpili się, by przepuścić wóz. Jeden z kudłatych wołów parsknął i uderzył o ziemię kopytem.

Czyli nie tylko mnie przeszkadza smród tego niedźwiedzia, pomyślał Ulfilas.

Jael ściągnął sukno, które narzucono na towar.

– Oto trybut, zapowiedziany przez moich wysłanników. Broń twoich przodków, trzymana w skarbcu Dun Kellen – oznajmił, po czym pochylił się i z niemałym trudem podniósł jeden z wielkich toporów. – To mój dar dla was.

Ildaer skinął na jednego ze swych towarzyszy, olbrzyma z szerokim mieczem przytroczonym do pleców, wzrostem dorównującego siedzącemu na koniu Jaelowi. Olbrzym wziął od króla topór, obrócił go w dłoniach, a potem zerknął do wnętrza wozu. Nie był w stanie ukryć radości, która pojawiła się na jego twarzy.

– To broń naszego ludu! – Skinął Ildaerowi.

– Zwracam wam ją jako dowód dobrej woli i część zapłaty za zadanie, do wykonania którego potrzebuję waszej pomocy.

Ildaer zajrzał do mijającego go wozu. Inne olbrzymy przepychały się, by również zerknąć do środka.

– A co ma mnie powstrzymać od pozabijania was wszystkich i rzucenia waszych ścierw moim niedźwiedziom?

– Żywy jestem dla ciebie cenniejszy – odparł Jael. – Opowiadano mi o twoim wielkim intelekcie. Mam cię za rozsądnego olbrzyma, a nie byle dzikusa.

Ildaer spoglądał na Jaela, mrużąc oczy pod masywnym czołem. Raz jeszcze zerknął na wóz pełen broni.

– A poza tym, któż może wiedzieć, czy wraz z moimi ludźmi nie wycięlibyśmy was do nogi – dodał Jael.

Olbrzymy za plecami Ildaera spojrzały na przybysza z wrogością, a jeden z niedźwiedzi zawarczał. Ulfilas poczuł znajome ukłucie lęku, które zawsze poprzedzało wybuch agresji. Zacisnął dłoń na rękojeści miecza.

– Ha, ha! – zaśmiał się Ildaer. – Chyba cię lubię, południowcu.

Ulfilas poczuł, jak napięcie słabnie.

Południowcu?, zdziwił się. Przecież Isiltir nie leży na południu. Ale zaraz, te olbrzymy mieszkają na północy. Dla nich każdy człowiek z południa to południowiec.

Ildaer znów wbił wzrok w wóz.

– Twój dar jest dla mego ludu niezwykle cenny – przyznał.

– Ale to nic w porównaniu z tym, co jestem gotów ci wręczyć, jeśli mi pomożesz – rzekł Jael.

– A czego żądasz?

– Chcę, żebyście znaleźli dla mnie pewnego zaginionego chłopca.

Rozdział drugi    CORBAN

Corban przebudził się z mocno bijącym sercem, a resztki snu natychmiast się rozpierzchły, pozostawiając na moment jedynie wspomnienie czarnych ślepi i uczucie bezdennej nienawiści. Potem znikło również i to.

Otaczała go zimna ciemność.

Usłyszał warknięcie Burzy i podniósł się, kładąc jedną dłoń na rękojeści miecza.

Coś jest nie tak, pomyślał.

Wyciągnął rękę i przekonał się, że sierść na grzbiecie wilkunicy się podniosła.

– Co się dzieje, mała? – szepnął.

W obozowisku panowała cisza. Z lewej strony migotał żar ogniska, ale Corban nie spojrzał w tamtym kierunku, wiedząc, że blask oślepi go na moment. Dostrzegł ciemną sylwetkę wartownika stojącego na wzniesieniu, u stóp którego obozowali. Pojawił się księżyc, a jego blask wydobył z mroku inną postać, wysoką i ciemnowłosą.

Meical.

Stał całkowicie nieruchomo i wpatrywał się w skraj doliny. Za plecami Corbana zarżał koń.

W górze rozległ się trzepot skrzydeł.

– Pobudka, pobudka! Wróg, wróg! Pobudka! Wróg!

Craf albo Fech, pomyślał Corban.

Zerwał się na równe nogi, podobnie jak wszyscy dookoła niego. Zewsząd dobiegał zgrzyt wyciąganych mieczy. Na skraju doliny pojawiły się postacie. Na moment opromienił je blask księżyca, potem runęły w dół. Z wrzaskiem i szczękiem oręża uderzyły w obrońców.

– Kadoshim! – krzyknął Meical.

Eksplodował chaos. Ciała wirowały, cienie zlewały się z blaskiem gwiazd, aż strzeliły iskry i buchnęły płomienie, zamieniając noc w dzień. Corban dostrzegł Brinę, która wykrzykiwała inkantacje przy ogniu. Ten, posłuszny jej woli, płonął coraz wyżej i zwracał się ku napastnikom.

W nowym blasku młodzieniec ujrzał wśród atakujących tuzin wojowników ubranych jak Jehar, ale w ich ruchach nie było ani śladu płynnej gracji cechującej plemię Tukula. Poruszali się tak, jakby ich śmiertelne ciała z trudem mieściły moc, która na nie spłynęła. Przebijali się przez obozowisko i bez wysiłku odrzucali każdego, kto stanął im na drodze. Corban dobrze pamiętał, jak Kadoshim walczyli w Murias tuż po wyjściu z kotła. Wciąż miał przed oczami dziką, nieludzką furię, z którą rozrywali ludzi na strzępy. Jego serce niespodziewanie skuł strach, który nie pozwolił mu wykonać ani jednego kroku więcej. Wtedy usłyszał harde słowa wykrzyczane w obcej mowie. Odwrócił się i ujrzał Balura Jednookiego oraz jego pobratymców, którzy rzucili Kadoshim wyzwanie. Ci zamarli na moment i ruszyli ku Balurowi.

Przybyli po topór!, domyślił się Corban.

Przyglądając się ich szarży, naraz wspomniał swą matkę, która również padła ofiarą Kadoshim. Przypomniał sobie, jak próbował zatamować jej krew, jak tulił jej stygnące ciało, jak z jej oczu powoli znikało światło. Jego serce zalała nienawiść do istot z innego świata, a lęk, który paraliżował go jeszcze przed chwilą, wyparował. Niespodziewanie uświadomił sobie, że pędzi prosto na wroga, przyśpieszając z każdym krokiem. Wilkunica podążała tuż obok niego.

Dostrzegli go, nim do nich dotarł. A może zwrócili na niego uwagę za sprawą Burzy? Corban wiedział tylko tyle, że Kadoshim odgadli jego tożsamość. Wiedzieli, że jest Seren Disglairem, Jasną Gwiazdą i ucieleśnionym awatarem Elyona. Kilku spośród nich oderwało się od pozostałych, zwartych w walce z Balurem i jego pobratymcami. Tukul i jego Jehar przypadali do nich z boków, tnąc i chlastając.

Burza przyśpieszyła. Corban dostrzegł, jak spina mięśnie do skoku, a sekundę później była już w powietrzu. Wpadła na jednego z Kadoshim, przewróciła go na ziemię, przetoczyła się wraz z nim i zacisnęła kły na jego gardle.

Władzę nad ciałem Corbana przejął instynkt. Ujął miecz w obie dłonie, uniósł go wysoko i ciął po przekątnej, jednocześnie przenosząc ciężar ciała tak, by bez trudu wylądować za plecami przeciwnika. Poczuł, jak miecz przecina wyprawioną skórę i ogniwa kolczugi, jak miażdży kości i tnie mięśnie. Nie było człowieka, który przeżyłby taki cios. Kadoshim zachwiał się, ale jedną ręką pochwycił za ostrze Corbana. Przez sekundę wpatrywał się w młodzieńca czarnymi oczami, a potem się uśmiechnął. Z jego ust ściekała krew czarna niczym atrament. Ciała Jehar, które przejęli Kadoshim, wyłoniwszy się się z kotła, stały się o wiele silniejsze.

Corban wyszarpnął miecz, odcinając demonowi kilka palców, gdy ten nadal próbował zaciskać dłoń na ostrzu. Druga ręka napastnika wystrzeliła naprzód, chwyciła młodzieńca za gardło i poderwała go z ziemi. Uścisk był nieprawdopodobnie potężny. Corban kopał, próbował zamachnąć się mieczem, ale nie potrafił już odnaleźć w sobie siły. Na skraju jego pola widzenia zamigotały gwiazdki, potem wszystko zaczęło ciemnieć. Bicie serca stawało się coraz głośniejsze, aż zagłuszyło wszystko inne. Panika wyzwoliła jednakże nowe siły – młody wojownik wzniósł rękojeść miecza i rąbnął nią Kadoshim w głowę. Usłyszał trzask pękającej czaszki, ale demon nie puszczał.

Przyglądał się Corbanowi spokojnie, z głową przechyloną na bok.

– A więc to ty jesteś marionetką Meicala? – wywarczał. Jego głos był równie przerażający jak reszta: chrapliwy, pierwotny, niemalże zbyt niski jak na ludzkie gardło.

Corban próbował wznieść miecz, ale ostrze naraz stało się ciężkie. Nazbyt ciężkie. Wyślizgnęło mu się z palców. Siły opuszczały jego ciało, a w ich miejsce wnikała wielka apatia.

To by chyba było na tyle, przemknęło mu przez głowę. Jak widać, niepotrzebnie się wszyscy upierali, że jestem Jasną Gwiazdą. To tak wygląda umieranie? Przynajmniej niebawem ujrzę mamę...

Niespodziewanie poczuł wstrząs i ujrzał ostre zęby wbijające się w kark i ramię Kadoshim.

Burza, uświadomił sobie, półprzytomny.

Demon odwrócił się, odciągany przez wilkunicę, ale nie puszczał gardła Corbana. Młodzieniec poczuł kolejny wstrząs, któremu tym razem towarzyszył odgłos przywodzący na myśl rozszczepiane mokre drewno. Ostrze topora odrąbało nadgarstek Kadoshim.

Corban osunął na ziemię. Kolana ugięły się pod nim. Uniósł głowę i ujrzał Tukula walczącego z demonem i Burzę szarpiącą go za nogę. Potem pojawił się ktoś jeszcze. Śmignął miecz i głowa Kadoshim zakreśliła łuk w powietrzu.

Bezgłowe ciało padło na ziemię, a stopy uderzyły kilkakrotnie o zdeptaną darń, gdy znad trupa uniosła się czarna mgła w kształcie wielkiej skrzydlatej istoty. Jaśniejące oczy wpatrywały się w młodzieńca z nienasyconą nienawiścią, aż zostały rozwiane podmuchem wiatru. W powietrzu zawisł jęk cierpienia.

Nad Corbanem stanął Gar. Wyciągnął rękę, by pomóc chłopakowi wstać.

– Trzeba odrąbywać im głowy! – rzekł.

– Już sobie przypomniałem – wychrypiał Corban.

– Następnym razem przypomnij sobie szybciej.

Młodzieniec pokiwał głową i pomasował obolałą szyję. Dotknął torkwesu wojownika i wyczuł wygięcie metalu.

Gdyby nie Gar, demon zmiażdżyłby mi gardło, pomyślał.

Bitwa trwała nadal. Na niebie rozlewała się szarość świtu, gdy Corban ujrzał, jak kilku olbrzymów przyciska do ziemi ostatniego Kadoshim, a Balur wznosi nad nim swój topór. Broń opadła i nad trupem pojawiła się mglista postać, która wrzasnęła z furią i opuściła świat żywych.

Nastała niosąca ulgę cisza, zwiastująca koniec bitwy. Corban stał nieruchomo, ciesząc się z tego, że zdołał ujść z życiem. Lęk i napięcie opuszczały jego ciało. Nie on jeden to czuł – inni wojownicy również się odprężali, ich twarze łagodniały, w oczach pojawiła się wdzięczność. Potem wzięli się do pracy.

* * *

Gdy zrobiło się jaśniej, zebrali poległych i ułożyli ich na brzegu strumienia obok kopca, który wznieśli wczoraj. Corban stał i wpatrywał się w wysoką stertę głazów wyciągniętych z dna strumienia.

Moja matka spoczywa pod tymi kamieniami, pomyślał.

Po jego policzku spłynęła łza, a rozpacz przemieszana z wyczerpaniem odebrała mu na moment oddech. Skądś dobiegło skomlenie. Burza wcisnęła w dłoń młodzieńca pysk pokryty zakrzepłą krwią.

Corban stał i wpatrywał się w kopiec, a zimny wiatr przeszywał go dreszczem.

Jak to możliwe, że już jej nie ma?, zastanawiał się.

Odczuwał nieobecność matki w sposób niemalże fizyczny, jakby odcięto mu kończynę. Wydarzenia z poprzedniego dnia wydawały się snem.

A raczej koszmarem, poprawił się w myślach.

Widział śmierć matki oraz tylu innych ludzi, olbrzymów i żmijów. Widział kocioł, jeden z Siedmiu Skarbów, pozostałość z czasów baśni. Widział wreszcie falę niematerialnych demonów, którzy przechodzą z Zaświatu i wypełniają ciała zaczarowanych Jehar. Wiedział, że ich przeciwnicy w nocnej bitwie stanowili zaledwie drobną cząstkę armii demonicznych wojowników Nathaira, stacjonujących kilkanaście mil na północ w Murias.

I co teraz?

Patrzył, jak tego towarzysze zaczynają zwijać obóz. Rozglądał się w poszukiwaniu Meicala, ale nigdzie go nie widział. Brina stała przy ogniu, a Craf i Fech uwijały się wokół niej. Dostrzegł Coralen, która szła skrajem obozowiska, by sprawdzić, czy nic się nie stało koniom w zagrodzie. Pazury wilkuna przewiesiła sobie przez ramię.

Corban przypomniał sobie ich rozmowę przed bitwą o Murias, gdy dowiedzieli się o upadku Domhainu i śmierci ojca dziewczyny, króla Eremona. Coralen uciekła wówczas między drzewa, a on podążył za nią, by ją pokrzepić, choć nie wiedział jak. Zamienili kilka słów i przez moment Corbanowi wydawało się, że potrafi przeniknąć wzrokiem zimne, twarde ściany, które dziewczyna wzniosła wokół siebie. Dałby wiele, by powrócić do tamtej chwili i powiedzieć jej coś więcej. Ujrzał, jak odwraca ku niemu głowę i omiata go spojrzeniem, ale szybko ucieka wzrokiem w innym kierunku. Daleko za nią widział ogromne postacie olbrzymów, którzy zbiegli z Murias. Ich sylwetki przypominały skalne ostańce. Przy strumieniu stali Jehar, którzy przygotowywali się do tańca miecza. Corban instynktownie zapragnął do nich dołączyć. Bez namysłu podszedł bliżej, chcąc zająć się czymś, co znał, i choć na chwilę zapomnieć o strachu, śmierci i rozpaczy.

Jehar gromadzili się przy swoim przywódcy, Tukulu. Gar stanął obok niego, a kilkudziesięciu towarzyszy zebrało się za plecami starego wojownika – Corban rozpoznał w nich tych, którzy ocalili go z fortecy Rhin. Pozostali, a było ich ponad dwa razy tyle, stanęli przed Tukulem. Gdy Corban podszedł bliżej, przywódca Jehar powiedział coś głośno w nieznanym mu języku, na co wojownicy opadli na kolana i pochylili głowy. Wyłamał się tylko jeden z nich – ten, który towarzyszył Nathairowi, nim uzmysłowił sobie, że zostali zdradzeni. Wyglądał na rozgniewanego. Gar podszedł do niego, a Corban, który znał stajennego od lat, uświadomił sobie, że jego przyjaciel z trudem nad sobą panuje. Zarówno w postawie, jak i w mięśniach Gara krył się tłumiony gniew.

Przez chwilę obaj Jehar stali naprzeciwko siebie, mierząc się wściekłymi spojrzeniami, jakby lada moment mieli pochwycić za broń, aż Tukul warknął rozkaz i mężczyźni wycofali się. Obcy wojownik odszedł na bok.

Gar dostrzegł Corbana i zbliżył się do niego. Jego oczy były zapuchnięte i przekrwione. Młodzieniec przypomniał sobie, jak jego nauczyciel szlochał nad kurhanem jego matki. Nigdy dotąd nie widział, by mężczyzna okazał tak wiele emocji.

Zawsze wydawał się taki silny, taki opanowany...

Mimo to widok płaczącego Gara sprawił, że stajenny wydał się chłopakowi bardziej ludzki. Poczuł w sercu nagły przypływ sympatii dla tego człowieka, jego nauczyciela i obrońcy. Jego przyjaciela.

– Co się dzieje? – zapytał.

– Jehar, którzy służyli Sumurowi i Nathairowi – Gar wskazał skinieniem głowy wojowników, którzy podnieśli się z kolan i uformowali szeregi, by wykonać taniec miecza – uznali mego ojca za swego przywódcę.

– To dobrze. A on? – Corban spojrzał na mężczyznę, który rozmawiał z Tukulem.

– To Akar. Był kapitanem Sumura. Jest mu wstyd, że służyli Czarnemu Słońcu i zostali oszukani przez Nathaira. Do tego powoduje nim duma, przez co czasami wygaduje głupoty. – Gar wzruszył ramionami. Emocje, które okazywał jeszcze chwilę temu, znikły bez śladu bądź zostały dobrze ukryte.

– Miałem wrażenie, że chce z tobą walczyć – rzekł Corban.

– Niewykluczone, że jeszcze do tego dojdzie. – Mężczyzna powiódł wzrokiem za Akarem, który dołączył do ćwiczących. – Nie zawsze się ze sobą zgadzaliśmy.

Corban milczał wyczekująco, ale Gar nie powiedział już ani słowa.

– Gdzie Meical? – spytał chłopak.

– Niedługo po ataku wziął jednego olbrzyma oraz kilku moich braci w mieczu i wyruszył na zwiady.

– Może powinniśmy go odnaleźć?

– Myślę, że Meical jest w stanie zatroszczyć się o siebie. Niebawem wróci. Nie marnujmy czasu.

Z tymi słowami Gar popchnął Corbana ku szeregom Jehar. Młodzieniec dobył miecza i przybrał pierwszą pozycję w tańcu. Jego umysł wniknął w rytm ćwiczeń, a pamięć mięśniowa automatycznie przejęła funkcję świadomego rozumowania. Upływ czasu przestał się liczyć. Ważne były tylko rozciągające się i kurczące muskuły, skupienie oraz pot, szumiąca krew, dudniące serce i ciężar miecza. Gdy trening dobiegł końca, Tukul wystąpił z szeregu i nakazał Jehar zwijać obóz.

Corban stał przez chwilę, rozkoszując się dobrze sobie znanym bólem nadgarstków. Potem dostrzegł stojących nieopodal przyjaciół – Farrella, Coralen i Datha – którzy przyglądali mu się. Cywen podeszła do niego. Przez pierś miała przewieszony pas z nożami ich matki.

– Wszystkiego najlepszego, Ban – rzekła.

– Co?

– To dzień twego imienia. Kończysz siedemnaście lat.

Naprawdę?, pomyślał i pokręcił głową. A więc minął już ponad rok, od kiedy opuściliśmy Dun Carreg, od chwili, gdy po raz ostatni widziałem Cywen. Dwanaście miesięcy uciekania, walki, krwi i strachu. Dobrze, że przynajmniej spędziłem ten czas wśród przyjaciół i bliskich. A Cywen? Przez co ona przeszła? Cały rok samotności. Pojęcia nie mam, co musiała znosić. A krótko po tym, jak wreszcie udało nam się spotkać, musieliśmy pochować naszą matkę.

Przyglądał się jej uważnie. Była szczuplejsza, a na jej brudnych policzkach znać było ślady łez. Jej kości policzkowe zdawały się teraz wydatniejsze, a w oczach pojawiła się dzikość. Nie rozmawiali dużo zeszłej nocy przed zaśnięciem. Wydarzyło się przecież zbyt wiele, by od razu o tym mówić. Siedzieli długo przy ogniu i milczeli, ciesząc się swoim towarzystwem. Dath naigrywał się z Cywen i próbował ją rozśmieszyć. Farrell przyglądał się im w ciszy, a Coralen miotała się to w jedną, to w drugą stronę, jakby nie mogła się uspokoić.

Corban chciał zareagować na życzenia siostry, ale przerwał mu narastający łoskot kopyt. Na skraju doliny pojawiło się kilku jeźdźców, którzy ruszyli w dół. Prowadził ich Meical, a za konnymi biegły olbrzymy. Corban nie mógł wprost uwierzyć w to, że istoty, które jeszcze niedawno były najzacieklejszymi wrogami ludzkości, stały teraz po ich stronie.

Meical wjechał do obozu, płynnie zeskoczył z konia i podszedł do Corbana.

Towarzyszyli mu Balur oraz jakaś olbrzymka, dołączył też Tukul.

– Tylko jeden Kadoshim uniknął śmierci po ataku zeszłej nocy – rzekł Meical. – Porzuciliśmy pościg w połowie drogi do Murias. Wygląda na to, że teren między naszym obozem a twierdzą jest póki co czysty. Przypuszczam, że Kadoshim zostaną tam jeszcze jakiś czas, by przyzwyczaić się do swych nowych ciał.

– Fech nie spuszcza ich z oczu – powiedziała olbrzymka. – Już nas nie zaskoczą.

– Świetnie. – Corban pokiwał głową, a potem spojrzał na Meicala. – Co teraz?

– O to właśnie chcieliśmy spytać ciebie. – Tukul wpatrywał się w młodzieńca.

– Mnie?

– Oczywiście. Jesteś Seren Disglair, a my ci służymy.

Corban wyczuł zmianę wokół siebie. Rozejrzał się. W obozie zapadła cisza. Wszyscy mu się przyglądali.

Przełknął ślinę.

Rozdział trzeci    UTHAS

Promienie słońca ogrzewały plecy Uthasa z klanu Benothi, który stał na progu wielkich wrót Murias i wpatrywał się w poukładane rzędami ciała poległych. Były ich całe dziesiątki. Kwiat jego klanu poległ w podziemnej bitwie. Tu i ówdzie kręcili się ci, którzy przeżyli – nie wiedział, czy uzbierałoby się ich pół setki. Zajęci byli wyciąganiem poległych Benothi z kłębowiska ciał olbrzymów, ludzi i koni. Woń krwi i odchodów przysłaniała wszelkie inne zapachy.

Wśród cieni kryły się również inne postacie – Kadoshim, którzy poruszali się niezdarnie, wciąż nienawykli do nowych ciał. Uthas powstrzymał dreszcz i odwrócił wzrok. Teraz, gdy bitwa dobiegła już końca, uzmysłowił sobie, że ich widok budzi w jego sercu wielki niepokój.

Większość jego ocalałych pobratymców zebrała się wokół wielkiego kotła z atramentem, w którym zanurzali kościane igły, a potem grawerowali na swych ciałach kolejne ciernie. Każdy z nich zabił jakiegoś przeciwnika podczas bitwy, każdy miał prawo dodać kolejny cierń do swej opowieści. Uthas zauważył swego przybocznego Salacha, który nachylał się nad Eisą i tatuował jej ramię.

Przeniósł wzrok na martwych i raz jeszcze przyjrzał się ich obliczom. Wciąż nie widział tego, kogo miał nadzieję ujrzeć.

Balur. Powinienem był się domyślić, że nie wyświadczy mi tej uprzejmości i nie zginie.

Przez moment poczuł lęk na myśl o tym, że stary wojownik wciąż żył. Dobrze wiedział, co Balur będzie chciał mu zrobić.

Nigdy nie zapomni o zemście. Nie, trzeba go zabić, postanowił.

Jego spojrzenie padło na ciało Nemain, ongiś jego królowej, a teraz ledwie padliny dla ptactwa.

I co ja najlepszego zrobiłem?, pomyślał.

Wciąż dokuczały mu lęk oraz zwątpienie. Przeklął w myślach wydarzenia, które doprowadziły do tej chwili. Przeklął cholernego Fecha, który ostrzegł Nemain przed jego zdradą. Dotknął twarzy i wymacał skaleczenia pozostawione przez szpony kruka na czole i policzkach.

Wszystko ułożyłoby się inaczej, gdybym miał czas, by przemówić Nemain do rozumu, pomyślał i zazgrzytał zębami. Nie. To wszystko już przeszłość. Nie ma do czego wracać. Muszę teraz ocalić, ile się da. Muszę ochronić i odbudować mój klan. Jestem teraz królem Benothi.

Jakieś głosy przyciągnęły jego uwagę. Uniósł głowę i ujrzał doradcę Nathaira, Calidusa, który wyszedł z korytarza. Za nim podążał olbrzym Alcyon. Po bitwie obaj urządzili sobie nocleg w sali, gdzie stał kocioł, głęboko we wnętrzu góry, ale Uthas nie był w stanie wytrzymać tam ani minuty. Smród gnijących żmijów przyprawiał go o mdłości, a poza tym należało obsadzić zbrojnymi wielką bramę Murias, jedyne wejście do twierdzy. Wrogowie najwyraźniej umknęli, ale któż mógł wiedziec, do czego byli zdolni? Meical i jego poplecznicy wszak wdarli się już raz do Murias i przerwali ceremonię, przez co wielu Kadoshim nie zdołało przejść przez kocioł do świata żywych.

Calidus zauważył go i podszedł bliżej.

– Ilu Benothi przeżyło? – spytał.

Rozcięcie na jego czole już zasychało, a skóra marszczyła się lekko, gdy mówił. Po bitwie wydawał się Uthasowi znużony. Jego twarz była ściągnięta, a srebrzyste włosy utraciły swój blask i po raz pierwszy od chwili, gdy się poznali, wydawał się jedynie kruchym starcem. Wrażenie to minęło jednakże bezpowrotnie. Calidus znów stał prosto, a jego ciało emanowało nową energią. Żółte oczy jaśniały mocą.

– Z tych, którzy opowiedzieli się po mojej stronie, czterdziestu pięciu, może pięćdziesięciu. Oprócz nich żyje wielu spośród tych, którzy mi się sprzeciwili. Ich ciała wciąż nie zostały odnalezione. Jednym z nich jest Balur.

– Balur odebrał Alcyonowi topór z gwiezdnego kamienia – rzekł Calidus i obrzucił swego towarzysza miażdżącym spojrzeniem.

Olbrzym stał ze spuszczoną głową, a na jego twarzy widniał fioletowy siniak. Uthas zauważył, że w miejsce czarnego topora Alcyon przytroczył sobie inny.

Ani chybi odebrany poległemu Benothi, pomyślał i spojrzał na olbrzyma z wściekłością. Wszak Alcyon należał do wrogiego klanu Kurgan.

Nie, napomniał sam siebie. Jeśli moje marzenie ma się urzeczywistnić, nie mogę tak myśleć. Przed Rozdzieleniem byliśmy wszak jednym klanem i znów może tak być.

Patrząc na Alcyona, uświadomił sobie jednak, jak silne są stare uprzedzenia.

– Masz mi coś do powiedzenia? – warknął Alcyon i wyprostował się, odwzajemniając ponure spojrzenie.

Panuj nad sobą, szepnął Uthas do siebie w myślach. Buduj mosty.

– Widzę, że wybrałeś sobie broń Benothi. To wielki honor.

– Od kiedy to Benothi mają coś wspólnego z honorem? – parsknął Alcyon.

– Każdy klan ma swój honor! – warknął Uthas, w którym obudził się gniew. – Nawet Kurgan.

Alcyon rozejrzał się powoli po poległych.

– Jakoś nie widzę dowodu na to, by Benothi rzeczywiście mieli się czym poszczycić.

– Zrobiłem to, co należało – warknął Uthas. – Dla naszej przyszłości. Mojej, twojej i wszystkich klanów!

Gdyby Nemain nadal zachowywała bierność, klany olbrzymów znikłyby jeden po drugim i stały się opowiastką, którą się straszy nieposłuszne dzieci.

– I uznałeś, że należy wyrżnąć się do nogi.

Głupcze, pomyślał Uthas, czując, jak opuszczają go resztki spokoju. Nie widzisz końca ścieżki, a jedynie kolejny krok.

– Dobrze by było, gdybyś skupił się na własnych zadaniach – oznajmił i wzruszył ramionami, choć gniew wzbierał w nim niczym żółć po wypiciu nadmiernej ilości wina. – Ale chyba ci to nie wychodzi, skoro nie udało ci się nawet zachować topora z gwiezdnego kamienia!

– Ty mnie chcesz oceniać? Ty, który zdradziłeś własny lud oraz swą królową? – Alcyon rozejrzał się po sali, aż dostrzegł szczątki Nemain. – A topór straciłem na rzecz Balura Jednookiego. Dla mnie to żadna hańba, podczas gdy ty zaczynasz cuchnąć strachem, ledwie ktoś wspomni jego imię.

Uthas miał wrażenie, że ktoś rąbnął go prosto w twarz.

– Obaj służymy temu samemu panu! – oznajmił.

– Tak, ale ty to czynisz z wyboru! – burknął wściekle Alcyon.

– Dość tego – warknął Calidus i wbił wzrok w Alcyona, aż ten odwrócił wzrok od Uthasa. – Balur stanowi problem. Miałem nadzieję, że zginie w bitwie.

Ja też, pomyślał Uthas.

– Zrobi wszystko, co w jego mocy, by mnie zabić – rzekł i ze wstydem uzmysłowił sobie, że głos mu zadrżał. Mocniej ujął włócznię. – Choć może został zabity przez Kadoshim, którzy ruszyli nocą w pościg.

Po bitwie doszło bowiem do nieporozumienia – jeden z Kadoshim starł się z Calidusem. Uthasa przeszył dreszcz, gdy usłyszał tak obcy, nieludzki głos z ust Jehar, chrapliwy i syczący.

– Zawiodłeś Asrotha! – oskarżył Kadoshim Calidusa. Jego ramiona podrygiwały chaotycznie. – Musimy odzyskać topór, nim będzie za późno, a potem na powrót otworzyć przejście.

Calidus, drżąc na całym ciele, nabrał tchu i opanował się.

– Zbyt wielkie ryzyko, Danjalu – odparł. – Bitwy nadal się toczą. Musimy zabezpieczyć fortecę i zapewnić kotłowi bezpieczeństwo. Chcesz nas porzucić?

– Nasz wielki pan musi otrzymać możliwość przejścia do tego świata, a w tym celu potrzebujemy topora z gwiezdnego kamienia.

– By otworzyć przejście dla Asrotha, potrzeba Siedmiu Skarbów, a nie samego topora. Zgromadzimy je, ale jeszcze nie teraz. Wykorzystałem okazję, dzięki czemu ponad tysiąc naszych braci otrzymało materialne ciała. Ciesz się z tego. Asroth czeka na możliwość dołączenia do nas, ale uczyni to we własnym ciele, zamiast zająć czyjeś, jak ty. Poza tym, ściganie Meicala to czysta głupota, bo narazi na niebezpieczeństwo kocioł, a wielu z was straci swe ciała.

– Żyjąc w ludzkim ciele, stałeś się tchórzem! – warknął w odpowiedzi Kadoshim. – Asroth nagrodzi mnie, gdy się dowie, kto odzyskał topór i umożliwił mu przejście.

Calidus cofnął się o krok od demona i wysunął miecz z pochwy. Zgrzyt metalu przyciągnął uwagę wszystkich zebranych.

– Tchórzem? Walczyłem z Meicalem, jednym z najwyższych Ben-Elim, i widziałem, jak ucieka! Nie zliczę, w ilu bitwach wziąłem udział, by znaleźć się tu i otworzyć przejście między Zaświatem i światem materialnym, a następnie ściągnąć tu twego bezwartościowego ducha. Nie pozwolę, byś mnie wyzywał od tchórzy. A może chcesz mi rzucić wyzwanie, nierozważny Danjalu?

Kadoshim napinał i rozluźniał mięśnie, aż w końcu spuścił wzrok.

– Zależy mi tylko na chwale naszego pana! – wywarczał.

– Mnie również – rzekł Calidus. – Udaj się za Meicalem, a dołączysz do Asrotha w Zaświecie szybciej, niż ci się wydaje.

Następnie odwrócił się i odszedł, a demon, który zawładnął ciałem Jehar, wezwał garść pobratymców i wybiegł z podziemnej sali.

– Jeśli ich odnajdziesz, spróbuj zabić marionetkę Meicala, jego Jasną Gwiazdę! – zawołał w ślad za nim Calidus. – Dzięki temu być może zdołasz coś osiągnąć swą śmiercią.

Uthas poczuł wówczas cień nadziei. By odzyskać topór z gwiezdnego kamienia, obcy musieli zabić Balura. Niestety, jak do tej pory nie było po nich śladu.

– Twoi towarzysze, którzy postanowili odzyskać topór, być może dopięli swego i zabili Balura.

– Może. – Calidus wzruszył ramionami. – Ale wątpię w to. Raczej zostali zabici, a ich dusze powróciły do Zaświata. Meical czasem okazuje wielką niefrasobliwość, ale na pewno wystawił wartę i zna się na walce.

Uthas nie potrafił ukryć rozczarowania. Czuł, jak nadzieja w jego sercu gaśnie.

– To bez znaczenia. Danjal zawsze był głupcem i jego buntownicza natura nie będzie już nam dłużej przeszkadzać. Nie obawiaj się Balura. Ochronię cię. Twoja przyszłość jest związana ze mną. Lojalność, którą okazałeś Asrothowi, nie zostanie zapomniana. Dzięki tobie mam kocioł i jestem ci za to wdzięczny.

Starzec zamilkł na chwilę. Jego słowa podniosły olbrzyma na duchu.

– Ilu twoich rodaków towarzyszy Balurowi? – spytał Calidus.

– Nie możemy się doliczyć około dwóch dziesiątek, w tym tej suki Ethlinn, jego śniącej córki. Nie odnaleźliśmy też żadnego spośród naszych dzieci, które zostały ukryte w górnych komnatach. Było ich również około dwadzieścioro. – Potrząsnął głową, znów czując, że zalewa go fala rozpaczy. – Benothi znaleźli się na skraju zagłady. Pozostało nas zaledwie...

– Zbyt późno na żale. Dokonałeś wyboru i to mądrego wyboru, gdyż znalazłeś się po zwycięskiej stronie. Kadoshim znów stąpają po tym świecie, a to dopiero początek! – Calidus uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały zimne.

Ma rację. Co więcej, czy pozostał mi jakiś inny wybór? Los Benothi jest teraz spleciony z Kadoshim, pomyślał Uthas i, drżąc, nabrał tchu.

– I co teraz? – spytał Calidusa. – Macie kocioł. Co z nim zrobicie?

– Zapewnimy mu bezpieczeństwo.

– Przecież jest tu bezpieczny.

– Nie wydaje mi się. Właśne go przejęliśmy, prawda? Nie, kocioł musi zostać zabrany do Tenebralu. Znajdzie się w ten sposób w samym sercu sieci, którą tworzę od wielu lat. Będzie chroniony przez Lykosa i jego Vin Thalun, a do tego orlą straż Nathaira, twoich Benothi i moich Kadoshim.

– To długa podróż. – Uthas zmarszczył brwi. – Wiele się może wydarzyć.

– Prawda, ale kocioł będzie miał gwardię honorową, jakiej ten świat nie widział. Twoi Benothi i ponad tysiąc Kadoshim!

– A gdy znajdzie się w Tenebralu?

– Powoli. Najpierw musimy się tam dostać. Chciałbym, byś wraz ze swoimi olbrzymami zbudował mocny wóz, na którym przewieziemy kocioł.

– Zajmiemy się tym. A więc do Tenebralu, tak? Do tego będziemy potrzebowali Nathaira.

Calidus zadumał się i ściągnął brwi.

– Tak. Nadszedł czas, bym porozmawiał z naszym odartym ze złudzeń władcą.

Calidus przekazał Nathaira pod opiekę Uthasa. Młody król przesiedział całą bitwę na stopniach podwyższenia, na którym spoczywał kocioł, powoli uświadamiając sobie, do czego doprowadziły jego czyny. Przez wiele miesięcy żył w przeświadczeniu, że jest Seren Disglairem, lecz po tym, co ujrzał, niespodziewanie zaczął wątpić w swoją rolę. Po bitwie próbował się rozmówić z Calidusem, który go całkiem zignorował. Postawa starca była kroplą, która przelała czarę goryczy. Nathair wpadł w furię i rzucił się na doradcę, obrzucając go wyzwiskami, opluwając i wyzywając od zdrajców, ale Uthas pochwycił go i przytrzymał. Calidus wziął wówczas zamach i jednym ciosem pozbawił króla przytomności, a potem odciął mu lok.

– Gdzie jest Nathair? – spytał starzec.

– Tam. – Uthas wskazał bramy.

– Chodź. Chcę, żeby ze mną współpracował, więc będę musiał go przekonać. Twój przykład okaże się bardzo pomocny.

– A jeśli się nie zgodzi?

– Wówczas wykorzystam to – rzekł Calidus i rozchylił płaszcz, by pokazać olbrzymowi nieforemną figurkę z gliny, z której sterczały ciemne włosy.

Czy moje włosy też ma wciśnięte w jakąś glinianą figurkę?, pomyślał Uthas z lękiem.

– Wolałbym jednak, by do tego nie doszło – zakończył Calidus i opuścił płaszcz.

– Przemawia przez ciebie współczucie?

– Nie bądź idiotą – parsknął szyderczo starzec. – Nie chcę mieć jeszcze jednej sprawy na głowie. Podbijanie całego świata to kupa roboty.

Gdy zmierzali w stronę bram, jeden z Kadoshim zawołał Calidusa po imieniu. Uthas rozpoznał jego nowe ciało – demon wniknął w Sumura, byłego przywódcę Jehar towarzyszących Nathairowi.

– To ciało słabnie! – wysyczał Kadoshim. – Nie reaguje tak jak wcześniej.

– Mieszkańcy tego świata muszą jeść, by odzyskać siły! – odparł Calidus. – Idealnie by było, gdyby robili to codziennie.

– Jeść?

– Tak. Musisz konsumować żywność, jak owoce, mięso i inne produkty. – Calidus machnął ręką.

Na oczach Uthasa twarz Sumura nagle wykrzywił gwałtowny grymas. Były Jehar wybałuszył czarne oczy, odsłonił zęby, jakby przeszył go ból, i wrzasnął przeraźliwie. Przez moment skóra na jego twarzy zafalowała, jakby coś chciało się spod niej wydostać, ale demon przekręcił gwałtownie głowę i jęknął głucho, a wtedy rysy jego twarzy na powrót stały się spokojne. Oblicze straciło wszelki wyraz.

– Ten człowiek sprzeciwia się mojej obecności – dodał Sumur gadzim głosem, po czym przez jego twarz przemknęło coś, co przypominało uśmiech. Język oblizał wargi. – Niezła zabawa.

Uthas był przerażony. Sądził, że dusze tych ludzi zostały wyparte bądź zniszczone. Nie przyszło mu nawet do głowy, że nadal istniały w obrębie własnych ciał, próbując pozbyć się tych, którzy nimi zawładnęli. Zadrżał na myśl o tym, że mógłby umrzeć, a jednocześnie zachować życie.

– Ten człowiek był znakomitym szermierzem, podobnie jak reszta spośród zajętych przez was ludzi – rzekł Calidus, po czym podniósł głos, by usłyszeli go wszyscy Kadoshim. – Zbadajcie ich dusze. Rozbierzcie je na kawałki, wchłońcie ich umiejętności. Nauczcie się poruszać w nowych ciałach. I jedzcie!

Zewsząd dobiegły syczące śmiechy. Uthas zobaczył, jak jeden z Kadoshim padł na ziemię i wgryzł się w podbrzusze martwego konia, po czym usłyszał mokry odgłos rozrywanego mięsa.

– Są jak dzieci! – westchnął Calidus. – Muszę ich tyle nauczyć, a mam tak niewiele czasu. Z tego właśnie powodu muszę nakłonić Nathaira do współpracy.

Odnaleźli króla Tenebralu kilkadziesiąt kroków za bramą pośród wielkiego pobojowiska pozostawionego przez stada kruków królowej Nemain. Jak okiem sięgnąć, ciągnęły się poszarpane zwłoki Jehar oraz ich rumaków. Król trzymał luźno wodze draiga, który ucztował pośród końskich trupów. Słysząc kroki nadchodzących, stwór wysunął pysk ze strzaskanej klatki piersiowej konia i przyjał się im małymi, czarnymi oczkami. Z jego pyska ściekała krew. Pośród janowców i paproci Uthas dostrzegł jednego ze swoich pobratymców, któremu powierzył zadanie strzeżenia króla.

Nathair również ich usłyszał i uniósł głowę. Szepnął coś do draiga, który powrócił do pożerania zwierzęcych wnętrzności, a sam odwrócił się plecami do przybyszów. Wpatrywał się w ponure, porośnięte wrzosami wzgórza na horyzoncie.

– On tam jest – rzekł cicho.

– O kim mówisz? – spytał Calidus.

– O Jasnej Gwieździe. Tak długo wierzyłem w to, że ów tytuł należy się mnie.

Odwrócił się ku nim. Uthas widział, że odzyskał już panowanie nad sobą, a wściekłość, którą okazał w komnacie kotła, wyczerpała swój potencjał. Pod przekrwionymi oczami widniały ciemne plamy, a na szczęce rozlewał się wielki siniec.

– Oszukiwałeś mnie przez cały ten czas. – Nathair spojrzał najpierw na Calidusa, a potem na Alcyona, który zwiesił głowę, chcąc uniknąć jego wzroku.

– Nie zrozumiałbyś – rzekł Calidus.

Nathair uniósł brwi, słysząc te słowa.

– Przynajmniej w czymś się zgadzamy. Mój pierwszy miecz Veradis zetnie wam obu za to głowy. Prawdziwe szczęście, że go tu nie ma. Nie chcę, by widział, jak nisko upadliśmy.

– Historia nas oceni. – Calidus wzruszył ramionami. – Dla ciebie jednakże nadal istnieje przyszłość. Dla ciebie i dla nas.

– Coś takiego. A spodziewałem się, że nadszedł czas mojej egzekucji. – Nathair zerknął na Alcyona i Uthasa, a potem na innych wojowników Benothi, czających się wśród cieni.

– Nie. Przychodzę, by porozmawiać.

– Mam wrażenie, że czas rozmów już minął. Ale cóż, mów.

– Postrzegasz wszystko tak, jak cię nauczono. Widzisz dobro i zło, sprawiedliwość i występek. Ale rzeczy nie zawsze są takie, jakimi się wydają...

– Czego najlepszym przykładem jesteś ty sam. Podawałeś się za jednego z Ben-Elim, a tymczasem jesteś jego przeciwieństwem. Jesteś Kadoshim, upadłym aniołem, sługą Asrotha.

– Mówisz o rzeczach, których nie pojmujesz – warknął Calidus. – Kadoshim czy Ben-Elim to jedynie nazwy nadane przez tych, którym zabrakło pomyślunku, by pojąć całość. Pamiętaj, że historia jest spisywana przez zwycięzców i nie jest zbiorem bezspornych faktów, ale chaotycznym zlepkiem informacji, przekazywanych z punktu widzenia zwycięzcy. Elyon nie jest dobry, a Asroth nie jest zły. Tak mogą myśleć o tym dzieci. Rzeczywistość nie jest czarna i biała, ale składa się z odcieni szarości.

– A więc chcesz, bym uwierzył, że Asroth jest dobry? Że to Elyon jest oszustem?

– Nie. Chcę, byś wybrał pośrednie rozwiązanie. Takie, w którym obaj są zdolni zarówno do czynienia dobra, jak i zła. Jak ty. Pomyśl o nich jak o ludziach. Naprawdę tak trudno sobie to wyobrazić?

Uthas ujrzał, jak przez twarz Nathaira przemknęło coś nowego. Czyżby zwątpienie?

– Ze spisanej przez was historii wynika, że Asroth ma zniszczyć świat materialny – ciągnął Calidus. – Że podczas Wojny Skarbów chodziło mu tylko o to. Zastanów się więc. Gdyby to było prawdą, po co ze wszystkich sił usiłowałby wrócić tutaj i ponownie przyjąć materialną powłokę?

– Właśnie udowodniłem sam sobie, że jestem wprost niebywale naiwny. Wybacz, ale nie będę się bawił w twe gierki – odparł Nathair z kwaśnym grymasem. Furia, której byli wcześniej świadkami, zaczynała się najwyraźniej odradzać. Na skroni króla pulsowała żyłka.

– Nie dramatyzuj – ofuknął go Calidus. – Marudzisz jak kapryśne dziecko. Przyszedłem, by ci przekazać brutalną prawdę, i życzę sobie, byś rozmawiał ze mną jak mężczyzna, którym potrafisz być, jak przywódca i król. Nie mam ochoty wysłuchiwać fochów! – Odczekał chwilę, aby jego słowa załagodziły gniew Nathaira. – Zastanów się. Asroth przybędzie tu, by rządzić, a nie niszczyć. Zbuduje imperium, takie jakie ty sobie wymarzyłeś. Stworzy nowy porządek, którego celem, po wyeliminowaniu wszelkiego oporu, będzie utrzymanie pokoju. Tobie, o ile dobrze pamiętam, zależało na tym samym. Co więcej, nadal będziesz częścią wielkiego planu. Nie jesteśmy liczni i potrzebujemy kogoś, kto będzie rządził Ziemiami Wygnanych. Kogoś, kto będzie mógł zjednoczyć królestwa. Mam nadzieję, że to ty.

– I myślisz, że uwierzę w cokolwiek, co pada z twoich ust? Po tym? – Nathair wskazał masyw Murias.

– Tak. Tak właśnie myślę. Zduś swój gniew, dumę oraz wstyd i zastanów się dobrze. Wojna w Zaświecie trwa od eonów. To krwawe, bezlitosne zmagania, a liczba ofiar budzi rozpacz. Niejeden z moich braci padł w walce, ale każdą stratę odpłaciłem Ben-Elim stukrotnie. Robiłem to, co należało. Zatajenie części prawdy przed tobą było konieczne. Podczas wojen należy podejmować trudne decyzje, mając na względzie większe dobro, i sam doskonale o tym wiesz.

Calidus urwał i milczał przez moment, patrząc Nathairowi prosto w oczy.

– Są jednakże granice, których przekraczać nie wolno, bez względu na większe dobro – parsknął król Tenebralu.

– Zapominasz się, Nathairze. Ja cię znam na wylot i wiem, czego się dopuściłeś. Wiem, jakie granice ty przekroczyłeś w imię większego dobra.

Nathair uniósł dłoń i cofnął się o krok, jakby chciał zasłonić się przed ciosem. Draig przerwał na moment miażdżenie kości i obrzucił Calidusa złowrogim spojrzeniem.

– To nie krytyka, ale wyraz uznania. Właśnie ci przypomniałem, że jeśli opowiesz się po danej stronie, zrobisz wszystko, by doprowadzić plan do końca. Absolutnie wszystko, bez względu na to, ile by cię to miało kosztować. To rzadka umiejętność w tym świecie, gdzie na ogół widzi się ludzką kruchość i niestałość. Potrzeba nam kogoś takiego. Szanuję cię za to. A więc proszę cię, Nathairze, dołącz do nas. Wesprzyj naszą sprawę, a zdobędziesz wszystko, czego pragniesz. Ujrzysz, jak spełniają się twe marzenia i jak wynagradzane są twe trudy. A gdy się raz jeszcze zastanowisz, uświadomisz sobie, że ostateczny cel nie różni się wcale od tego, do którego dążyłeś, nim łuski spadły ci z oczu.

Stojący za Calidusem Alcyon poruszył się.

– Ktoś nadciąga – rzekł i ściągnął swój nowy topór z pleców.

– Gdzie? – spytał Calidus i położył dłoń na mieczu. Zmrużył oczy.

Alcyon wskazał wrzosowiska na południowym wschodzie, skąd ze sporą prędkością nadciągała pojedyncza postać.

– To jeden z moich braci – oznajmił Calidus. – Jeden z tych, którzy wyruszyli z Danjalem.

Stali w milczeniu i przyglądali się przybyszowi, który biegł długimi susami. Gdy znalazł się blisko, Uthas dostrzegł, że chwieje się na nogach.

I coś jest nie tak z jego ramieniem, pomyślał.

Przybysz zapewne ich zauważył, gdyż skręcił ku nim i padł przed Calidusem. Jego dłoń została odrąbana w nadgarstku, a z rany wciąż ciekła krew. Od białej jak mleko skóry wyraźnie odcinały się czarne żyły. Draig Nathaira zawarczał głucho.

– Jestem słaby – wyrzęził Kadoshim. – To ciało jest w coraz gorszym stanie.

– Ostrzegałem was – rzekł Calidus. – Wasze nowe ciała są nadal śmiertelne. Wkrótce umrzesz z upływu krwi.

– Pomóż mi – wyszeptał Kadoshim.

– Przysięgnij więc, że spełnisz każdy mój rozkaz – powiedział Calidus głosem lodowatym jak stal w środku zimy.

– Przysięgam! Proszę...

– Obwiąż mu ramię – warknął Calidus na Alcyona, po czym uklęknął i otoczył rannego Kadoshim ramieniem. – Musisz dbać o swe nowe ciało, Bune. Musisz się o nie troszczyć jak o swą broń. Straciłeś mnóstwo krwi, ale jeśli opatrzymy twą ranę i nakarmimy cię, nic ci nie będzie.

– Dziękuję – wychrypiał demon. – Nie chcę jeszcze wracać do Zaświatu.

– A więc unikaj idiotycznych szarż w bitwach, których wygrać nie jesteś w stanie. A co z Danjalem i resztą?

– Wszyscy przepadli. Wrócili do Zaświatu. Mieliśmy przeciwko sobie zbyt wielu wrogów, a te ciała... – Bune uniósł zdrowe ramię. – Trzeba się do nich przyzwyczaić.

– Tak, potrzebujecie czasu. Wrócisz teraz do swoich pobratymców. Tam się tobą zajmiemy.

Calidus zerknął na Alcyona, który skończył opatrywać ranę Bune’a i uniósł go w ramionach. Starzec poprowadził ich z powrotem ku bramom Murias, a Nathair i jego draig powoli wlekli się za nimi. Nad ich głowami leniwie krążyły kruki, niedobitki z wielkich stad Nemain, zwabione smrodem padliny. Uthas wpatrywał się w nie z nienawiścią, myśląc o Fechu. Gdy zatrzymali się w cieniu fortecy, ujrzał ptaka, który przysiadł na skraju klifu i wpatrywał się w niego. Przez moment olbrzym był przekonany, że spogląda na Fecha, i odruchowo dotknął ran na swej twarzy.

Skądże znowu, pomyślał. Fech nie jest na tyle odważny czy głupi, by tu wrócić.

Calidus przeniósł wzrok na Nathaira.

– Rozważ me słowa, królu Tenebralu. Chcę, byś walczył po mojej stronie podczas nadciągającej wojny. Koniec z oszustwami czy kłamstwami.

Nathair zatrzymał się przed bramami i położył dłoń na karku draiga. Razem patrzyli, jak Calidus i jego towarzysze wkraczają do Murias.

– Nie spuszczaj go z oczu – szepnął starzec do Uthasa. – Jeśli będzie chciał nas opuścić, zatrzymaj go. Bez przebierania w środkach.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.