Wydawca: MUZA SA Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zginę bez ciebie - Robert Ostaszewski

Akcja powieści rozgrywa się w Ciechanowie w dniach 7-16 czerwca 2012, czyli na początku trwania piłkarskiego Euro. Popełnia samobójstwo nastoletnia córka wiceprezydenta Ciechanowa, Jowita Dudek. Sprawa trafia do podkomisarza Konrada Rowickiego. Jego przełożeni, naciskani przez miejscowych notabli, chcą jak najszybciej zamknąć śledztwo. Ale podkomisarz , dręczony traumatycznymi wspomnieniami depresji swojej żony, postanawia mimo wszystko bliżej przyjrzeć się sprawie, nawet gdy zostaje ona oficjalnie zamknięta. Odkrywa, że w ostatnich latach w Ciechanowie i okolicach odebrało sobie życie podejrzanie wiele nastolatek.

Opinie o ebooku Zginę bez ciebie - Robert Ostaszewski

Fragment ebooka Zginę bez ciebie - Robert Ostaszewski

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja: Wydawnictwo FA-art

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zespół

© by Robert Ostaszewski

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0346-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

Hannie Cygler – za wszystko

Dźwigom durch tyn ciynżki krzyż, jak mom pedzieć, wybocz mi? Dyć ciebie już niy ma, przykryła cie ziymia…

Oberschlesien, Krzyż

Prolog

Czuła, że musi to zrobić.

Promienie czerwcowego słońca dziurawiły witraże. Drobinki kurzu pojawiały się i znikały w kolorowych smugach. Wczesnym popołudniem wnętrze kościoła farnego było ciche i prawie puste, tylko w pierwszym rzędzie ławek siedziała dziewczyna patrząca przed siebie niewidzącym wzrokiem. Właściwie spała, śniła na jawie już od kilku dni. Ocknęła się na chwilę, gdy światło padające z witraży przesłonił cień.

– Dziecko, nic ci nie jest? – Staruszka z naręczem piwonii pochyliła się nad nią, próbując zajrzeć w oczy.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Ale na pewno?

Zostaw mnie, daj mi spokój, zaklinała w myślach. Po chwili, zbyt długiej jak dla niej, usłyszała głębokie westchnienie i szuranie kroków. Przez chwilę patrzyła, jak kobieta krząta się wokół ołtarza, przestawia lichtarze, wyciera kurz przybrudzoną szmatką, wkłada kwiaty do wazonów, zmagając się z nadmiarem liści. Ale zaraz zapadła w płytki sen-nie-sen. Znowu widziała jego ni to wykrzywioną, ni to uśmiechniętą twarz, słyszała głęboki, lekko chrapliwy, choć wyraźny głos, który zawsze wzbudzał w niej trudny do zdefiniowania niepokój. Mówił wprost do ucha, obejmował ją ramieniem, drażniąc skórę oddechem. Nie słyszała, co mówił, bo słyszeć nie chciała, ale to i tak niewiele zmieniało, bo jego słowa już dawno temu odcisnęły się, wypaliły w jej pamięci. Tyle razy próbowała je usunąć, ale bez powodzenia, więc i tym razem, mimo że nie słyszała słów układających się w zdania, wiedziała, co mówił. Namawiał, kusił, monologował, zdawać się mogło, bez końca. Wiedziała, że aby przerwać dręczący słowotok, wyrwać się z uścisku, musi powiedzieć: „Tak”. I mówiła, choć właściwie jedynie kiwała głową, w tej samej chwili czując, jak zalewa ją fala nienawiści. Nienawidziła go za to, co jej robił, ale bardziej siebie, że nie potrafiła się sprzeciwić, strząsnąć jego ręki z ramienia, odejść, zapomnieć. Że brakowało jej odwagi. Gdy już było po wszystkim, mówił: „Przecież sama tego chciałaś, prawda?”, i krzywił usta w grymasie, który miał być uśmiechem. Chciała wreszcie pozbyć się obrazów nawiedzających ją na jawie i we śnie, dręczących, odbierających spokój. Właśnie – spokój, wiedziała, że jest tylko jeden sposób, aby go odzyskać.

Dzisiaj, zdecydowała.

Poderwała się gwałtownie z ławki. Nie przyklękając przed ołtarzem, ruszyła szybkim krokiem do wyjścia. Stukot obcasów rozproszył ciszę w głównej nawie kościoła. Staruszka, mrużąc oczy, patrzyła na nią i kręciła powoli głową.

Rozdział 1

(Boże) Ciało

7 czerwca 2012, czwartek

Zwykle nie budziłem się w środku nocy, a jeżeli już, zawsze zwiastowało to kłopoty. Nie wierzyłem w prorocze sny, przepowiednie, wróżby szemranych wróżów Marcinów, którzy sprzedawali naiwnym ściemę za 4,99 plus VAT. Wierzyłem za to w złośliwą powtarzalność życia, bo nie jest prawdą, że nic dwa razy się nie zdarza. Przynajmniej nie mnie. Próbowałem rozewrzeć powieki, ale czułem, że coś mi je skleiło. Na zawsze? Umarłem? Jeszcze nie tym razem. Przetarłem oczy dłonią. Żadnego obola. Usiadłem na łóżku i rozejrzałem się wokoło. Powoli przyzwyczajałem wzrok do półmroku, przełamanego trupim światłem pobliskiej latarni. Rozpadająca się szafa gdańska po dziadkach, jedyna rodzinna pamiątka przechodząca z pokolenia na pokolenie, tani fotel z równie niedrogiego sklepu meblowego zawalony pomiętymi ubraniami, szafka, na której zwykle zostawiałem komórkę, wciśnięte w kąt niewielkie narożne biurko z martwym okiem ekranu laptopa.

„Sajgon, cholera, wciąż tylko Sajgon”, bezwiednie zacytowałem frazę z ulubionego filmu, a potem wstałem z łóżka, drapiąc się po brzuchu, na którym coraz wyraźniej zaznaczała się tłuszczowa oponka. Od dawna planowałem, że wreszcie zacznę ćwiczyć na poważnie, oczywiście od jutra, zawsze od jutra. Albo najlepiej od najbliższego poniedziałku. Taka gra z samym sobą, podobna do zabawy w „rzucam palenie”. Z bardzo nikłym prawdopodobieństwem wygranej.

Zakaszlałem, jak na długoletniego palacza przystało. Ponoć niedawno wynaleziono tabletki na kaszel palacza. Nie zamierzałem ich kupować. Było ledwie po trzeciej, ale nosiło mnie, więc ubrałem się, przekonując samego siebie, że papieros będzie lepiej smakował na świeżym powietrzu. Czego jak czego, ale świeżego powietrza w tej mieścinie nie brakowało.

Ulica Sienkiewicza była martwa. Zawsze umierała tuż przed zmierzchem. Po kilku godzinach, bardzo wczesnym rankiem, budziła się do udawanego życia niczym zombie, bo niedaleko był dworzec kolejowy, z którego autochtoni przemieszczali się dzień w dzień do Warszawy, by zarobić na bułkę z masłem. Ewentualnie z szynką. Teraz wciąż jeszcze było pusto, cicho, zresztą później też tak będzie, w końcu zbliżał się świąteczny dzień, szczęsny czas chwalenia Pana i okadzania grillowymi kadzidłami bożka konsumpcji. Wyszedłem przed dom i zapaliłem. Po raz kolejny przyszło mi do głowy, że w takiej chwili mógłbym zrobić wszystko. Krzyczeć. Rozebrać się i stanąć nagi na środku Sienkiewicza. Położyć się na ulicy, by poczuć stary, pamiętający przedwojenne czasy, bruk. W gruncie rzeczy byłem sam, w każdym tego słowa znaczeniu, więc mogłem robić, co tylko przyszło mi do głowy. „Pozostaliśmy sami, bez taty, bez mamy”, zanuciłem. Właściwie czemu pamiętam tylko najbardziej bzdurne piosenki? I zaraz: „Na kłopoty i na troski pijcie browar ciechanowski”. Jasne. Teraz jest ciechan, a nie zamkowe – i jasny, i miodowy, i jaki kto tylko sobie zażyczy. Wróciłem do domu, zapakowałem się do łóżka. Śniła mi się wietnamska dżungla. Chyba…

Sajgon… Dobra, to już było. Przebudzenie sponiewierało mnie, w ostatnich miesiącach z coraz większym trudem i znojem zwlekałem się z łóżka. Tłumaczyłem to sobie brakiem witamin czy magnezu, tak było bezpieczniej. Miałem niczym niezmąconą pewność, że tego dnia nie stanie się nic. Chyba że Doda zjedzie do miasta, ściągając za sobą tabuny paparazzich, albo kibice, ćwiczący przed Euro podlany alkoholem doping, zrobią dym. Lub też zjawi się ze swą biznesową świtą doktor Kostrzewa, od jakiegoś czasu kreowana na zbawczynię Ciechanowa i okolic. Jednak szansa, że stanie się to akurat w dzień Bożego Ciała, była nikła. Poza tym co mnie to właściwie obchodziło? Przez chwilę myślałem, by darować sobie poranne rytuały. Jednak wszedłem pod prysznic i stałem chwilę pod strugami gorącej wody. Postanowiłem się ogolić, co robiłem z rzadka i niechętnie. Z lustra spoglądał na mnie z lekka wymięty facet, którego pociągłą twarz znaczyły głębokie bruzdy wokół ust i dwie poziome krechy na czole. To ja, taki stary i złachany?, przemknęło mi przez myśl. Moje własne zdawały mi się tylko oczy, intensywnie zielone. Przeczesałem dłonią gęsto poprzetykane siwizną włosy, za długie, falujące we wszystkie strony. Przydałby się fryzjer. A co mi tam, przecież nie jestem żadnym metroseksualnym typem, żeby podziwiać samego siebie. Nie ma to jak drobny wkurw z rana. Dokończyłem, co zacząłem.

Nastawiłem wodę na kawę, zrobiłem sobie śniadanie, klasyka rocka, czyli jajecznica na boczku. Skończyłem jeść, zapaliłem. Spojrzałem na zegarek. Zbliżała się ósma, nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, bo raz, wiedziałem, że koledzy przyzwyczaili się do moich spóźnień, dwa, przecież było święto. Po raz kolejny dałem się wrobić w nadprogramowy dyżur, przecież nie miałem żony, dzieci – tak mówili kumple – nikt mnie nie ograniczał, do nikogo nie było mi spieszno. Wkurzające argumenty, bo z jakiej racji miałem być karany za to, że jestem sam. Choć prawdę rzekłszy, nie do końca. Tak, miałem przecież babkę, niezniszczalną, która przeżyła wszystkich i wszystko, przeżyła swoją jedyną córkę oraz jedną wojnę prawdziwą, a jedną jaruzelską. Prawdopodobnie mnie też przeżyje. „Stary, dobry, przedwojenny materiał”, zwykła mawiać, odpalając jednego papierosa od drugiego i dyskretnie popluwając fusami z kawy nieodmiennie parzonej po turecku.

Wyszedłem przed blok, spojrzałem na czarne mitsubishi eclipse, jedyny luksus, na który jakiś czas temu sobie pozwoliłem, ale postanowiłem się przejść. Poranek był rześki, niespecjalnie ciepły, lecz w miarę przyjemny. Sienkiewicza wciąż była niemal pusta, nim doszedłem do dworca autobusowego, minąłem ledwie kilka osób. Ani mnie to dziwiło, ani smuciło. Przeciąłem skrzyżowanie i poszedłem w stronę mostu nad Łydynią, który kiedyś nazywał się Pierwszego Maja, a teraz Trzeciego. Z lewej strony naciskało na mnie wzgórze, w które wieki temu wbito strzelistą bryłę kościoła farnego. Z prawej był miejski stadion, na murawie którego dokonywałem niegdyś czynów heroicznych, a dalej majaczył za drzewami niewielki kościół, zwany Klasztorkiem, przed którym krzątali się ludzie przygotowujący ołtarz przed procesją. Wzruszyłem ramionami. Jeszcze w podstawówce przestałem chodzić do kościoła, Felicja przyjęła to bez komentarza. Podejrzewałem, że ona też jest na bakier z wiarą, ale nigdy o tym nie rozmawialiśmy, było przecież tyle ciekawszych tematów. W liceum miałem zresztą zabawne przejścia z facetem w czerni. Załapałem się na czas, kiedy nauka religii w wielkim stylu powróciła do szkół średnich i wręcz wypadało, w ramach manifestacji niechęci do schyłkowego PRL-u, zapisać się na lekcje religii. W całej szkole tylko ja i jeszcze jeden znajomek z humanistycznej nie zrobiliśmy tego. Biedny księżulo prawie rok chodził za nami, prosząc, żebyśmy jednak raczyli uczęszczać na religię, bo psujemy mu statystyki. Jako wredne szczeniaki odpowiadaliśmy mu nieodmiennie, że – ochrzczeni – jesteśmy statystycznymi katolikami i to musi wystarczyć.

Przecinając plac Kościuszki, natknąłem się na Czesia Kolesia, wiekowego menela, który odkąd pamiętam, pałętał się po mieście, choć na dobrą sprawę dawno już powinien pójść do piachu. Ot, biologiczna anomalia. Jak zwykle chciał wysępić fajkę.

– Nie palę – rzuciłem, choć przecież nie raz, nie dwa częstowałem go papierosami.

– No, władza nie pali, świat się, kurwa, kończy. – Czesia Kolesia, który zazwyczaj nie pamiętał, co działo się kilka godzin wcześniej, lekko zniosło w lewo.

Wyminąłem go i powlokłem się na komendę. Jej widok nieodmiennie wyciągał z mojej pamięci ten sam obrazek: jest początek stanu wojennego, mam dziewięć lat, niby jest tak samo jak zwykle, ale widzę czołgi niczym w filmie wojennym, idę jednak dalej, bo babka kazała mi spytać matkę, co zrobić na obiad, więc mijam ciężki sprzęt, wchodzę tam, gdzie jest władza, do urzędu, ale tam są jedynie żołnierze z kałachami. „Co tu robisz?”, pytają. A ja, dziewięcioletni chłopiec, wybucham płaczem, bełkoczę coś nieskładnie. Potem zjawia się matka i mówi: „Idź do domu”. Tak… Ale o co chodzi, nic nie wiadomo. Niby jest wojna, ale nikt nie strzela. Grzeczny, wracam, jak mi kazano. Mróz dotkliwie szczypie w twarz, wszędzie stoją czołgi, skoty, żołnierze grzejący dłonie nad koksownikami. Idę, czując, jak łzy zamarzają mi na policzkach. Przewracam się na zlodowaciałej grudzie, moje sztuczne futerko całe utytłane jest w śniegu. Zaczynam biec, najszybciej jak mogę. Chcę wtulić się w spódnicę babki, poczuć, jak jej pachnące mocnym tytoniem palce mierzwią mi włosy.

Nie miałem pojęcia, czemu akurat to wspomnienie ostatnio wciąż do mnie powracało. I nie blakło, w odróżnieniu od innych wspomnień z udziałem matki. Może akurat to wiązało się z miejscem, które teraz było moim miejscem pracy, a niegdyś, gdy mieściły się tu siedziby miejskich urzędów, miejscem pracy matki? A może zwyczajnie się starzałem i pamięć płatała mi nieoczekiwane figle? Staruszek lat czterdzieści, dobre sobie, prychnąłem. Stanąłem przed wejściem do komendy. Znowu zapaliłem, miałem gdzieś problemy z coraz krótszym oddechem. Przede mną ciągnęła się ulica 11 Pułku Ułanów Legionowych. Ta absurdalnie długa nazwa zawsze mnie śmieszyła. Tym bardziej że wcześniej była to ulica Generała Świerczewskiego, który ponoć kulom się nie kłaniał, ale w końcu klęknął przed nimi. Ot, rechot historii nieodmiennie popisującej się mrocznym poczuciem humoru. Patrzyłem na przemykające obok mnie, niezbyt często, samochody. Miałem nadzieję, że dziś spokojnie przesiedzę cały dyżur za biurkiem, grając w nieskomplikowane gry sieciowe, by później wrócić do domu i, popijając piwo, czytać książki ze stosu, który wciąż rósł przy łóżku. Na samej górze była nowa powieść Mariusza Czubaja. Czasami dobrze jest się pośmiać z pisarzy, którzy nie mają pojęcia o policyjnej robocie.

Zagadałem do dyżurnego przy furtce, spytałem, jak tam żona i dzieciaki, choć właściwie nie wiedziałem, czemu to robię, bo jego familia nie interesowała mnie ani trochę. Zatrzymałem się na pogaduszki chyba tylko po to, aby opóźnić moment wejścia do fabryki. Nie spiesząc się, doszedłem do pokoju, który dzieliłem z dwoma kolegami. Odpaliłem kompa, a potem poszedłem do klitki socjalnej zrobić sobie kawę. Z kubkiem w ręku zatrzymałem się w drzwiach. Za moim biurkiem siedział Szybki Romek. Skrzywiłem się lekko na jego widok, nie lubiłem go. Z wzajemnością.

– Co jest grane? – spytałem, wyburczawszy wcześniej powitanie.

– O, podkomisarz Konrad Rowicki raczył się zjawić.

Wiedziałem, że Romek nie może znieść, że jest niższy stopniem.

– Złaź z mojego fotela i powiedz, o co chodzi. – Postawiłem kubek z kawą na zawalonym papierami biurku. – Bo chyba nie wpadłeś, żeby sobie ze mną pokonwersować z rana? – Wiedziałem, że nic tak nie irytuje Szybkiego Romka jak wyszukane słownictwo. Miał kompleksy chłoptasia, który z ledwością zmęczył maturę w liceum dla dorosłych, kompleksy wielkie jak Chrystus w Świebodzinie.

– Młoda laska strzeliła samobója – rzucił. Powoli podniósł się z siedziska. – Głównodowodzący powie ci więcej.

Zatkało mnie. Po chwili poczułem, że tętno gwałtownie mi skacze. Spokój, tylko spokojnie, klarowałem sam sobie.

– Trochę szacunku dla zmarłej – jednak wybuchnąłem. Opanowałem się jako tako i już neutralnym tonem zapytałem: – To on jest dzisiaj w fabryce?

– Euro się zbliża, czuwamy.

To sobie czuwajcie, pomyślałem, ale zachowałem tę błyskotliwą ripostę dla siebie.

Szef, którego nazywaliśmy Głównodowodzącym, formalnie był drugi po komendancie. Po Bogu, jak zwykł mawiać Szybki Romek. Ale jaki to Bóg, ledwie bożek powiatowej jednostki. Głównodowodzący, czyli młodszy inspektor Krystian Gajowniczek. Wlokąc się do gabinetu przełożonego, zastanawiałem się, czemu nie zmienił nazwiska. Mógłby wziąć po żonie – Stalmawskiej. Mimo wszystko lepiej by to brzmiało, poważniej, bardziej bojowo.

Bez pukania wszedłem do sekretariatu. Kinga zawzięcie piłowała paznokcie jednorazowym pilnikiem.

– Czołem. Wiesz, o co chodzi? – zapytałem.

Sekretarka spojrzała na mnie z lekka nieprzytomnym wzrokiem. Ciekawe, co robiła wczoraj wieczorem, myślałem. Coraz mniej orientowałem się w zwyczajach dwudziestokilkuletnich kobiet i, prawdę powiedziawszy, miałem z roku na rok mniejszą ochotę, by je poznawać. I zwyczaje, i dwudziestokilkuletnie kobiety.

– Hej. Ja tam nic nie wiem poza tym, że jest mocno wkurwiony – wyszeptała.

Z trudem tolerowałem przekleństwa w ustach kobiet. Szczególnie tych co bardziej dekoracyjnych. Tym razem jednak powstrzymałem się od komentarzy, nie chciałem wyjść na starego dziada moralistę.

Gajowniczek stał przy oknie. Nie zareagował na powitanie. Doskonale znałem jego zagrywki i humory, więc klapnąłem na krzesło i spokojnie czekałem na rozwój wypadków. Wreszcie Głównodowodzący oderwał się od kontemplowania wątpliwej urody zaokiennych widoczków, zasiadł za biurkiem i splótł dłonie.

– Dobrze, że wreszcie jesteś – zaczął.

Taki spokojny, nieomal przyjacielski, początek rozmowy nie wróżył niczego dobrego. Byłem przyzwyczajony do wrzasków Krystiana, niewielkiego wzrostem, grubawego facecika, który w ten nieskomplikowany sposób próbował stać się większy. Na wszelki wypadek zacząłem przeglądać w pamięci katalog swoich licznych przewin.

– Mamy problem – wycedził.

Czy on nie potrafi normalnie rozmawiać, myślałem, powiedzieć w krótkich, żołnierskich słowach, o co chodzi, wydać prostych i jasnych rozkazów? Przecież raz do roku ponoć nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem. Wykonałem ręką gest, który mógł znaczyć cokolwiek. Czekałem. W czekaniu byłem przecież dobry. Lata praktyki.

Głównodowodzący skupił się na przeglądaniu papierów rozrzuconych na biurku. To jedno nas łączyło, specyficzne podejście do dbałości o porządek. Wreszcie westchnął, wbił we mnie wzrok i zaczął mówić:

– Mamy problem, bo mamy trupa. Te sprawy. – Frazy „te sprawy” używał jako przecinka. Cóż, lepsze to niż najpopularniejsze między Odrą a Bugiem słówko powszechnie uznawane za obelżywe.

– Trupa? – udałem zdziwienie. – A myślałem, że Smuda do nas jedzie. I Piszczek, i Lewy. A prezydent pewnie dostał spazmów…

– „Spazmy”… Skąd ty bierzesz takie słowa? – zirytował się Gajowniczek.

– Z książek. – Nie zamierzałem mu odpuszczać. – To takie coś, co w razie potrzeby świetnie przydaje się do podkładania pod nogi kolebiących się stołów.

– Pieprzony intelektualista się znalazł – wysyczał. – Nie przeginaj, żeby ktoś cię nie przegiął.

Uśmiechnąłem się szeroko. Od dawna przestałem reagować na zaczepki i komentarze tyczące mojego sposobu życia i bycia, pogodziłem się z tym, że w robocie raczej za mną nie przepadają, zaakceptowałem wątpliwy dar zrażania do siebie ludzi. I nie zamierzałem w jakikolwiek sposób się zmieniać. Bo właściwie po co?! Na karierze od dawna już mi nie zależało. Zresztą jakąż to karierę można zrobić w prowincjonalnej jednostce policji?!

– Więc nie, tym razem nie chodzi o piłkę nożną – ciągnął szef.

Przypomniawszy sobie bohatera kryminałów, policjanta, który nieustannie poprawiał błędy językowe kolegów, już chciałem rzucić, że nie zaczyna się zdania od „więc”, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język.

– Mamy trupa – powtórzył, jakby nie był pewien, czy ta fatalna, jak niechybna klęska naszej reprezentacji na Euro, wiadomość dotarła do mnie z dostateczną mocą.

Poderwał się z fotela i znowu stanął przy oknie. Chyba naprawdę nie jest dobrze, przemknęło mi przez myśl. I dobrze nie było. Młodszy inspektor odwrócił się do mnie i zaczął mówić:

– Kojarzysz wiceprezydenta Stanisława Dudka, on ma córkę, której na imię… – Podszedł do biurka i znowu zaczął nerwowo grzebać w papierach. – Gdzieś tu miałem zapisane.

– Mniejsza o imię. O co chodzi? – nie zdzierżyłem.

Zignorował moje pytanie. Mrucząc pod nosem, metodycznie przerzucał papiery. Taki typ, zawzięty.

– Mam! – wrzasnął. – Jowita! Trzeba być naprawdę rąbniętym, żeby unieszczęśliwić dziecko takim imieniem. Jowita Dudek. Nieźle.

Westchnąłem, dogrzebując się do najgłębszych pokładów cierpliwości. Policzyłem w myślach od dziesięciu do jednego i spytałem znowu:

– I co z tą Jowitą Dudek?

– Dziś rano ojciec znalazł ją w łazience. Sztywną w wannie. Podcięte żyły. Te sprawy.

– Więc jak te sprawy, to nie ma sprawy – zrymowałem kulawo.

W sytuacjach stresowych zawsze reagowałem tak samo – bzdurnymi tekstami, żenującymi rymowankami, które mój profesor z polonistyki na UJ-ocie, Marian Stala, na pewno skwitowałby wszystkomówiącym skrzywieniem pulchnych ust. A to właśnie była sytuacja stresowa. Spokojnie znosiłem zmasakrowane ciała pijaczków, którzy w alkoholowym widzie rzucali się na siebie z czym popadnie, rozdęte, śmierdzące truchła topielców, rozkładające się ciała samotnych staruszków, o których wszyscy zapomnieli… Ale zwłoki samobójców nieodmiennie wprawiały mnie w nieopanowany dygot, rozwalały psychicznie. Nie bez powodu.

– Wygląda to na oczywistą sprawę, ale na wszelki wypadek jedź i pogadaj z rodzicami – powiedział.

– Dlaczego ja? Czemu nie Szybki Romek? – Nie chciałem poddawać się bez walki, chociaż zdawałem sobie sprawę, że szanse na wygraną mam nikłe. Gajowniczek nie zwykł zmieniać raz podjętej decyzji.

Szef prychnął i zaczął gwałtownie machać ręką, jakby opędzał się od natrętnego mola chcącego wgryźć się w materiał odprasowanego na sztywno munduru.

– Nie nazywaj go tak! Aspirant Roman Małochleb! Tak masz o nim mówić! Ile razy mam ci powtarzać, że nie chcę kwasów w drużynie, a ty ciągle wszystkich wkurwiasz. – Uspokoił się nieco. – Romek średnio się nadaje, tu trzeba delikatnie, bo to i sprawa… no, sam rozumiesz, i ojciec polityk.

Tu cię boli, pomyślałem. Jak w każdej pipidówie wszyscy trzęśli portkami przed byle lokalnym urzędasem, żeby tylko nie stracić ciepłych posadek.

– Dobra, będzie delikatnie jak w salonie tajskiego masażu – powiedziałem i wyszedłem, nim zdążył otworzyć usta.

Nie musiał mi tego robić, ale z właściwym sobie wyczuciem właśnie to zrobił. W gruncie rzeczy nie powinienem się spodziewać niczego innego. To ja tu robię za bystrzaka i intelektualistę, on jest tylko administratorem, sprawnym, co przyznaję z niejaką niechęcią. Przez myśl przeleciało mi, że być może Głównodowodzący stworzył jakiś chytry plan, którego miałem być częścią. Jednak myśl, jak to myśl, przeleciała i uleciała.

Zszedłem na dół i wziąłem nieoznakowany wóz. Wprawdzie wszyscy w Ciechanowie i okolicach wiedzieli, że to policyjna bryka, ale teraz i tak nie miało to znaczenia. W pierwszej chwili chciałem przejechać koło Krubina bez zatrzymywania się, ale nie dałem rady. Zaparkowałem koło niewielkiej plaży i patrzyłem na glinianki, ciechanowskie Lazurowe Wybrzeże… Maria je lubiła…

Kiedyś.

Ruszyłem z piskiem opon i o mało nie władowałem się w bok busa. Kierowca pokazał mi faka. „Spiesz się, spiesz, bo na cmentarz nie zdążysz”, rzuciłem za nim zgryźliwie. Za laskiem krubińskim skręciłem w prawo, w nie najlepszą drogę. Kolebałem się wolno na wybojach i rozglądałem dokoła, nigdy w tym miejscu nie byłem, widywałem je tylko z daleka, z okien samochodu albo pociągu. Kiedyś były tu pola, a teraz powoli wyrastało kolejne chaotycznie rozplanowane podmiejskie osiedle domków. Kto miał trochę kasy, inwestował w działkę i wynosił się za miasto. Ludzie szukali spokoju albo zwyczajnie ciągnęło ich do grzebania się w ziemi, sadzenia kwiatków i krzewów, plewienia, doglądania rocznych przyrostów, wypatrywania jakże szczodrych darów natury, beznadziejnej walki ze szkodnikami i kretami. W końcu w całym tym, pożal się Boże, mieście prawie wszyscy pochodzili ze wsi.

Do domu Dudków nie było trudno trafić, stał przed nim radiowóz, van techników i samochód żuków gnojarzy. Szybcy są, pomyślałem. Zanim wysiadłem, przyjrzałem się rezydencji. Chałupa kiepsko udawała szlachecki dworek, otaczały ją solidne ogrodzenie z kamieni i drewnianych dech oraz wypielęgnowany ogród. Niby prostota, trochę na pokaz, ale bez przesady. Widywałem w okolicy zdecydowanie większe kurioza architektoniczne.

Posterunkowy Tadeusz Nowak stał przy otwartej na oścież furtce i rzygał wprost na niedawno skoszony, świetnie utrzymany trawnik. Miał taki feler, że mimo kilku lat służby nie potrafił zaimpregnować się na koszmary, z którymi przychodziło mu się stykać. Wysyłali go raz po raz do psychologa, ale nieodmiennie okazywało się, że psychika posterunkowego Nowaka jest stabilna jak wartość złota w niespokojnych czasach kryzysu. Tyle tylko że nad odruchem trzewi nijak nie umiał zapanować. Wszyscy się już do tego przyzwyczaili, docinki spowszedniały, pozostała tylko niezbyt wyszukana ksywka – Żyguli.

– Aż tak źle? – Poklepałem go po plecach i wyciągnąłem w jego stronę paczkę chusteczek. – Poczęstowałbym cię jakąś wódeczką, ale zupełnie wyjątkowo nie wziąłem piersiówki.

– Konrad, daj spokój…

– Czyli źle?

– Ona jest goła.

Ciekawostka, gołej dziewczyny nie widział. Muszę się opanować, przestać wymyślać bzdurne teksty, okiełznać stres i po prostu skupić się na robocie. Rutynowe czynności śledcze, nuda procedur, tylko to mi może teraz pomóc.

Zostawiłem Nowaka z jego gastryczną karmą i poszedłem ścieżką, wykładaną precyzyjnie dopasowanymi kamieniami, w stronę domu. Na ganku stał szef techników, palił papierosa, strzepując popiół do pudełka po zapałkach. Co to jednak pracownicze nawyki robią z człowiekiem, zawsze dba, żeby nie zapaskudzić miejsca zbrodni, choć pewnie całkiem bezwiednie.

– Czołem. Nie ma to jak popracować przy święcie, co?

Leszek Koziej uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Eee, mnie to nawet pasuje, bo mieliśmy po procesji jechać na obiad do teściowej, więc znowu musiałbym słuchać przez pół dnia pierdoletów o tym, jak to źle wychowujemy dzieci i jak fatalnie moja praca wpływa na zdrowie psychiczne rodziny.

Proszę bardzo, jak miło spotkać choć jednego człowieka zadowolonego z życia i pozytywnie nastawionego do pracy w nielimitowanym wymiarze godzin.

– Znaleźliście coś ciekawego?

– Nie było specjalnie czego szukać. Ewidentny samobój, co potwierdził zimny. Podcięte żyły… Znaleźliśmy skalpel, którym się pochlastała. Wygląda na to, że zrobiła wszystko, żeby nikt jej przypadkiem nie odratował.

– Biernacki był? – upewniłem się, czy do sprawy skierowano mojego ulubionego łapiducha.

– Tak, ale już się zwinął.

– Mówił coś ciekawego?

– On nigdy za wiele nie mówi. – Koziej się zaśmiał. Zaczął pieczołowicie gasić papierosa, syknął, gdy poczuł żar przez tekturę.

– Fakt, nie pamiętam, by kiedykolwiek powiedział za jednym razem więcej niż trzy zdania.

– Jakbyś go dziś słyszał. Nasz doctore rzekł, cytuję: „Najprawdopodobniej samobójstwo. Orientacyjny czas zgonu: między godziną trzecią a dziewiątą rano. Więcej po sekcji”.

Karol Biernacki do specjalnie rozmownych nie należał, ale w pracy był perfekcyjny. Właściwie to nawet lepiej, że nie gadał zbyt wiele, przynajmniej nie drażnił mnie absurdalnym poczuciem humoru, które uwielbiało wielu znanych mi lekarzy.

– Wychodzi na to, że jestem na miejscu ostatni – stwierdziłem. Nie był to specjalny powód do narzekań.

– O, nie. – Koziej odpalił następnego papierosa, miał gdzieś modę na niepalenie. Zresztą akurat w tej mieścinie wszyscy generalnie mieli wszystko albo prawie wszystko gdzieś, co, trzeba przyznać, czasami czyniło życie całkiem znośnym. – Szanowna prokuratura jeszcze nie raczyła nas nawiedzić.

Czemu mnie to nie zdziwiło? Szanowna prokuratura zapewne miała przy święcie dużo ciekawsze zajęcia niż oglądanie solidnie martwych nastolatek. Zastanawiałem się, co robić, czy zacząć przesłuchiwać rodziców, czy czekać na krawaciarza. Wyjątkowo postawiłem na działanie.

– Mogę już tam wejść? – Nie musiałem wyjaśniać technikowi gdzie.

– Marek jeszcze strzela foty, ale pewnie, idź.

Pchnąłem masywne drewniane drzwi z wmontowanym dziwacznym panelem z matowego szkła, który nijak się miał do dworkowej konwencji. Mogli sobie zafundować żeliwną kołatkę z łbem lwa, przemknęło mi przez głowę, ale zaraz przywołałem się do porządku, powtarzając mantrę: rutynowe czynności śledcze, rutynowe czynności śledcze…

– Gdzie to jest? – spytałem Kozieja.

– Korytarz w lewo, pierwsze drzwi.

Wszedłem. Obszerny hol zamykały kręcone schody prowadzące na poddasze. Wąskie korytarzyki odchodziły na prawo i lewo. Zanim jako tako zorientowałem się w przestrzeni, zobaczyłem przed sobą wiceprezydenta Dudka. Znałem jego fizis drobnego cwaniaczka ze zdjęć w „Tygodniku Ziemi Ciechanowskiej”. Wysoki, dość szczupły i lekko przygarbiony. Nie byłem pewien, czy już wcześniej nie nosił się zbyt prosto, czy też dzisiejszy poranek przygiął go do ziemi.

– Pan… – ni to spytał, ni zagaił.

– Podkomisarz Konrad Rowicki.

Chciałem tylko machnąć mu przed oczami legitymacją, jak to zwykłem robić, ale przechwycił ją w locie. Cóż za refleks! Przez chwilę wpatrywał się uważnie w dokument, potem podał mi go, trzymając w dwóch palcach, niczym usyfioną smarkami chusteczkę jednorazową wielokrotnego użytku.

– Taaak…

Zacząłem się zastanawiać, czy Dudek jest w stanie wydusić z siebie cokolwiek poza monosylabami. Pewnie był w szoku. Najwyższy czas, żebym przejął inicjatywę.

– Chciałbym z panem porozmawiać. I z pana żoną. Tylko najpierw rzucę okiem na…

Zawiesiłem się, no zawiesiłem. Szukałem słowa, które całkiem się zagubiło.

– Oczywiście, ale z moją żoną to pan podkomisarz dzisiaj raczej nie porozmawia – powiedział wiceprezydent i odwrócił się na pięcie.

A jednak zapamiętał moją wątpliwego znaczenia szarżę. Chyba nie był w szoku. Kawał twardego sukinsyna? Kto wie, ludzie bardzo różnie reagują na sytuacje stresowe. Skręciłem w korytarz po lewej. W uchylonych drzwiach błyskało. Łazienka była wielka niczym pokój w moim mieszkaniu. Jasnozielona glazura od podłogi po sufit. Lustra, dużo luster. Umywalka i bidet. Podwieszany sufit z mikroskopijnymi oczkami lampek. Duża kabina prysznicowa, pewnie z biczami wodnymi, masażami i innymi bajerami…

– Cze. – Technik wreszcie mnie zauważył.

Nie odpowiedziałem. Skupiłem się, skoncentrowałem, by zmusić samego siebie do spojrzenia tam… Porażająca biel wanny i czerwień wody. Czarne, długie włosy, pływające niczym wodorosty, nienaturalnie białe kolana… Czemu, Ofelio, nie poszłaś do klasztoru…

– Ale syf – Marek jakby czytał w moich myślach.

Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Odwróciłem się na pięcie, wróciłem do holu, oparłem czoło o ścianę. Była lekko chropowata, chłodna. Oddychać, oddychać, liczyć każdy wdech i wydech, tak jak mówił lata temu terapeuta. Oddychałem, liczyłem… Puściło.

W pierwszej chwili chciałem wyjść na zewnątrz i zapalić, ale wiedziałem, że to kiepski unik. No dobrze, wiedziałem, że jeśli wyjdę, to już nie wrócę do tego pseudodworku. Przez drugi korytarzyk dotarłem do salonu. Był tam Dudek, była jego ślubna, był skórzany wypoczynek za wiele średnich krajowych i plazma wielka jak Bitwa pod Grunwaldem.

– Dzień dobry.

Nie ma to jak kretyński tekst na początek. Ale przynajmniej trzymałem się konwencji typu: gość w dom… W sensie – w dworek.

– Se pan daruje – powiedział Dudek.

„Se”? Wyszło szydło z worka, a słoma z butów. Szydło – bo już byłem stuprocentowo pewien, że pan wiceprezydent wcale nie jest nadmiernie wstrząśnięty śmiercią jedynaczki albo wstrząśnięty jest w stopniu znikomym, a słoma… „Kondzio, syp słomę pod krzaki porzeczek”, dźwięczał mi w uszach chrapliwy głos Felicji musztrującej mnie przy pracach w ogródku. Słomą postanowiłem zająć się później. O ile, oczywiście, będę zmuszony zająć się prześwietlaniem historii życia pana Dudka.

– Muszę zadać państwu kilka pytań – starałem się brzmieć zimno, a zarazem kojąco jak Kurt Wallander ze szwedzkiego serialu.

Spojrzałem na żonę Dudka, siedziała wbita w kąt rozległej kanapy, obejmowała ramionami kolana i kiwała się miarowo. Skądś to znałem, ale nie chciałem dopuścić do siebie myśli, w jakich okolicznościach nabyłem tę wiedzę. Stałem na środku salonu i czekałem, kiedy wróci do mnie to, co nieuniknione. Ale nim powróciło, Dudek wziął mnie pod ramię i pociągnął za sobą. Właściwie podpadało to pod naruszenie nietykalności fizycznej funkcjonariusza na służbie, ale metaforycznie machnąłem na to ręką.

– Chodźmy do mojego gabinetu – nie musiał tego mówić, ale tacy ludzie jak on lubili konkrety oraz tautologie pod wszelkimi postaciami.

W naszym mieszkaniu w Krakowie nie było gabinetu, a tym bardziej w chałupince Felicji. Może to i nawet lepiej. Coś, co Dudek nazwał gabinetem, było niewielkim pokojem, w którym stało masywne biurko z imponującym skórzanym siedziskiem do kompletu, dwa fotele obok niewielkiego stolika kawowego i regał ciasno wypchany książkami. Ciekawe, czy faktycznie czyta, czy to tylko na pokaz, przeleciało mi przez głowę. Miałem ochotę przeciągnąć palcem po grzbietach, aby przekonać się, czy nie jest to przypadkiem atrapa, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili. Nad biurkiem wisiało wielkie poroże jelenia. Myśliwy? W całej swojej mizernej karierze strzelałem raz, nie trafiłem, ale ten, który mierzył do mnie, też chybił. Więc niestety wciąż żyję i muszę wymyślić jakieś sensowne pytanie. Jakiekolwiek. Usiedliśmy w fotelach, bez zastanowienia wypaliłem:

– Co pan robił dziś wczesnym rankiem? – Zanim wybrzmiał mój głos, wiedziałem już, że jestem ciężkim kretynem. Dudek nie podobał mi się, pewnie dlatego nie mogłem się zdobyć na zalecaną przez Głównodowodzącego delikatność, a może w ten właśnie prymitywny sposób odreagowywałem stres. Nie ma co, pełen profesjonalizm…

Wiceprezydent spojrzał na mnie spode łba, przez jego twarz przebiegło kilka nerwowych grymasów, ale szybko się opanował.

– To bardzo nietaktowne pytanie – powiedział cicho.

W pierwszej chwili chciałem go przeprosić, ale uznałem, że nie ma sensu od razu przechodzić do defensywy, tym bardziej że, byłem tego pewien, specjalnie mocno go nie uraziłem.

– W takiej sytuacji jak ta nie ma taktownych pytań.

– Dobra, pytaj pan, miejmy już to z głowy. – Wiceprezydent zaczął pieczołowicie podwijać rękawy koszuli, jakby szykował się do pojedynku na pięści.

– To gdzie pan wtedy był?

– W łóżku, a gdzie miałem być? Dzisiaj święto, to nie musiałem się zrywać skoro świt. Żona potwierdzi, jakby to pana podkomisarza interesowało. To znaczy teraz raczej nie potwierdzi, ale pewnie potem. Kiedyś potem.

Czyżby pan wiceprezydent zaczynał się plątać?

– Co było później? – zapytałem i zaraz w myślach skląłem się grubym słowem. Już bardziej niekonkretnego pytania chyba nie mogłem zadać.

– Wstałem koło siódmej, żona jeszcze spała. Ona lubi gnić w łóżku do późna. – Wyczuwam niechęć do połowicy? Zastanowił mnie ton głosu Dudka. – Wypiłem kawę, przegryzłem tosta. A potem mnie coś tak jakby tknęło. Jowita wczoraj była na imprezie, chciałem sprawdzić, czy wróciła do domu.

– A zdarzało się, że nie wracała? – drążyłem.

– Panie, to dorosła kobieta jest… była. – Płynnie zmienił czas teraźniejszy na przeszły. Jak na mój gust, zbyt płynnie. – Po maturze. Na siłę w domu jej nie trzymałem.

Dorosła jak dorosła, chciałem mruknąć, ale się powstrzymałem.

– Sprawdził pan i…?

– W sypialni jej nie było, ale łóżko było rozgrzebane, a ciuchy śmierdzące petami wisiały na krześle. Pomyślałem, że jest w łazience. Stanąłem przy drzwiach i zapytałem, czy chce śniadanie. Nie odpowiedziała, pchnąłem drzwi i…

Wbił wzrok w regał, jego prawa noga nerwowo podrygiwała. Nie zamierzałem dręczyć go ponad miarę, nie chciałem, żeby opisywał to, co zobaczył. I co ja też widziałem. Choć lata temu mój terapeuta zapewniał, że słowa mają wielki dar leczenia, tonowania emocji. Gówno prawda.

Odwrócił twarz w moją stronę i spytał głuchym głosem:

– Dlaczego ona to zrobiła?

– Będziemy to wyjaśniać. Czy córka nie miała ostatnio jakichś problemów?

– Nie sądzę – odparł szybko. – Dostawała, co tylko chciała, dobrze się uczyła, na prawo miała pójść.

– A może z kimś się kłóciła? Zna pan jej kolegów, przyjaciół? Chłopaka?

– Nie bardzo. – Uciekł wzrokiem. – To raczej żona się w tych jej znajomościach rozeznawała. Ja nie mam za dużo czasu, wie pan, służba publiczna…

Aha, publiczna… Raczej ciężka, wytężona praca ku chwale i pożytkowi rodu Dudków.

– Porozmawiam z pana żoną… we właściwym czasie.

– Nie dzisiaj? – zdziwił się Dudek. – Myślałem, że sprawa zostanie szybko zamknięta.

– Śledztwo to nie skręcanie długopisów, trudno powiedzieć, ile potrwa – rzuciłem wątpliwej jakości bon motem.

Wiceprezydent zamruczał coś niewyraźnie pod nosem, już chciałem zapytać, w czym problem, kiedy w drzwiach stanął Żyguli, który najwyraźniej jako tako doszedł do siebie. Choć ciągnęła od niego kwaśna woń.

– Prokurator przyjechał.

Powiedziałem wiceprezydentowi, że jeszcze wrócimy do rozmowy, i wyszedłem na spotkanie prawnika, który, jak się okazało, wyjątkowo nie występował w korporacyjnym mundurku. Prokurator Tadeusz Nowicki wyglądał tak, jakby ściągnięto go wprost z pola golfowego, miał na sobie krótkie lniane spodnie i beżową koszulkę polo z krokodylem na piersi. Pomyślałem, że ze względu na powagę urzędu mógłby przynajmniej zamienić gatki na długie. Rzucił niewyraźne „dobry”, nie raczył mi podać ręki. Nie zdziwiło mnie to wcale. Od razu przeszedł do konkretów, spiesząc się tak, jakby w samochodzie czekało na niego zaryczane dziecko. Nie czekało, Nowicki był notorycznym kawalerem i dzieci nie miał. A jeśli nawet, to się do nich nie przyznawał. Obejrzał łazienkę, pochylił się nad ciałem Jowity, porozmawiał chwilę z Dudkiem na osobności, a potem, już w drzwiach, rzucił, że koniecznie chce być informowany o wszelkich czynnościach podejmowanych w śledztwie. I już go nie było. Został po nim tylko wolno opadający tuman kurzu, który wznosiła mknąca ku szosie beemka. Zastanowiło mnie, że prokurator, który zwykle nie wnikał, co i jak robią policjanci, byle kwity jako tako się zgadzały, aż tak bardzo zainteresował się tym dochodzeniem. Nie wróżyło to niczego dobrego. Postanowiłem, że będę się tym martwił później.

Technicy powoli kończyli swoją robotę. Żuki gnojarze niecierpliwie dreptali przed drzwiami. Nagle obok mnie zmaterializował się Dudek. Niczym duch zgnębionego ojca. Z tandetnej inscenizacji sztuki Szekspira w prowincjonalnym teatrze.

– Gdzie zabieracie… – głos mu się załamał. Nie był więc aż tak zimnym sukinsynem. – Gdzie zabieracie Jowitę? – dokończył nie bez trudu.

Nie cierpiałem przekazywać tego rodzaju informacji, ale cóż było robić, musiałem.

– Do zakładu medycyny sądowej. Zrobią tam sekcję zwłok.

– Będziecie kroić moją córkę? – Brwi Dudka podjechały nieomal na czubek pokrytej rzadkimi włosami głowy.

– Takie są procedury w tego rodzaju przypadkach.

– Nie pozwolę – wysyczał, zbliżając się do mnie z zaciśniętymi pięściami.

– Przykro mi. – Rozłożyłem ręce.

Wiceprezydent zastygł w bezruchu.

– Zaraz dzwonię do komendanta.

Westchnąłem. Wiedziałem, że to zaklęcie prędzej czy później padnie. Wprawdzie miałem jeszcze w planach przeszukanie pokoju nieszczęsnej dziewczyny, ale uznałem, że w tym momencie będzie zdecydowanie lepiej, jeśli zniknę panu wiceprezydentowi z oczu. Na odchodne poprosiłem tylko Kozieja, aby jego ludzie dokładnie obejrzeli, obfotografowali i zaplombowali pokój dziewczyny. Tak na wszelki wypadek.

Nie spieszyło mi się do komendy, jechałem poniżej przepisowej pięćdziesiątki. Najchętniej w ogóle nie wracałbym tego dnia do fabryki, tylko zaszyłbym się w mojej zagraconej dziupli. Rozdzwoniła się komórka. Felicja. Zjechałem na pobocze i odebrałem. Pytała, pokasłując jak dwusuw leciwej syrenki, czy może nie wpadnę do niej. Przez chwilę zastanawiałem się, co zrobić, z jednej strony pogawędka z Felicją pewnie pomogłaby mi odegnać złe myśli, z drugiej – jak najszybciej chciałem zostać sam. Wybrałem drugą opcję, wymówiłem się robotą, właściwie nawet zbytnio nie nałgałem. Nie naciskała, nie jęczała, że ją zaniedbuję, nigdy tego nie robiła i za to, między innymi, ją uwielbiałem. Nie miałem wyrzutów sumienia, wiedziałem, że na pewno nie będzie tkwiła sama w domu, gapiąc się przez okno na ludzi przechodzących ulicą Płońską. Ciągle ktoś ją odwiedzał, albo przyjaciółeczki, żeby poplotkować przy kawusi i ciasteczku, albo absztyfikanci w wieku poprodukcyjnym z klubu seniora, nazywanego przez babkę z właściwym jej poczuciem humoru Geriatrycznym Klubem Rozrywki. Umówiliśmy się, że podjadę do niej nazajutrz.

Zaparkowałem przed fabryką, ale zamiast pójść w stronę budynku, ruszyłem ku Warszawskiej. Z oddali dobiegało zawodzenie kościelnych pieśni, szuranie stóp powoli przesuwanych po asfalcie. Nie wiem, co mnie tam pognało. Stałem na chodniku, oparty plecami o mur kamienicy, patrzyłem na przeciągającą procesję. Dziewczynki w białych sukienkach i takiego samego koloru stroikach, czy jak tam to się nazywa, sypały z koszyczków płatki kwiatów, wirujące powoli w podmuchach słabego wiatru. Były tak poważne – i niewinne. Pewnie Jowita Dudek też swego czasu paradowała po ulicy w podobnej sukienczynie, wyglądała jak aniołek, była oczkiem w głowie rodzicieli i miała szczęście prawie na stałe wymalowane na buźce. „Na głowie kwietny ma wianek” – te sprawy, jak rzekłby Głównodowodzący. Aż wreszcie kilka lat później dopadły ją demony. Niby historia, jakich wiele, nic specjalnego, nic dziwnego, ale… „Dlaczego to zrobiłaś?”, wyszeptałem, powtarzając pytanie Dudka. Przechodząca obok kobieta z dzieckiem na ręku przyjrzała mi się uważnie, ale pewnie pomyślała, że się modlę. „Dlaczego to zrobiłaś?” Pytanie powracało jak echo z przeszłości, którą, jak mi się zdawało, kiedyś skutecznie odkreśliłem bardzo grubą kreską.

W kieszeni spodni zawibrowała komórka, odebrałem, nie spoglądając na wyświetlacz.

– Gdzie ty się podziewasz? – Gajowniczek darował sobie wstępy.

– Zaraz będę. – Nie zamierzałem się tłumaczyć.

– Od razu wal do mnie.

„Wal do mnie”, uwielbiałem wyszukane zwroty Głównodowodzącego.

Szef wędrował równo odmierzonymi krokami od ściany do ściany, jakby jego gabinet był więzienną celą. Nie odbiegało to wiele od prawdy.

– Zadzwonił do mnie komendant, któremu przy obiedzie bardzo popsuł humor wiceprezydent Dudek.

– I przez to rosół już mu nie smakował? Szkoda jedzenia, bo na przykład w takiej Afryce… – udawałem głupiego, co czasami wychodziło mi całkiem znośnie.

– Zamknij się, debilu!

Też mi nowina! Byłem nazywany debilem raz w miesiącu. Może nawet częściej. Poza tym miałem też pewność, że średnio zbolały po stracie jedynaczki ojciec chwyci za telefon, nim zdążę zatrzasnąć drzwi jego domu. W spokoju, nie odzywając się słowem, wysłuchałem dramatycznego monologu szefa, który opierniczał mnie za rzeczony debilizm, objawiający się brakiem delikatności w rozmowie z Dudkiem, i wyklinał swoich podwładnych w ogóle, a w szczególności mnie od matołów i nieudaczników, którzy nie są w stanie załatwić jak trzeba nawet najprostszej sprawy. Gdy, zasapany, przerwał, rzuciłem krótkie:

– Tak.

Wbiło go w ziemię.

– Co znowu za „tak”?

– W zupełności zgadzam się z szefem.

– Ty mnie, Konrad, nie wkurwiaj, bo wywalę cię z roboty z takimi kwitami, że w tym mieście nie znajdziesz zajęcia nawet jako śmieciarz.

– Jest jeszcze w okolicy kilka innych sympatycznych miasteczek. Przasnysz?

– Się zdziwisz.

Wizja pójścia na zasiłek nie przeraziła mnie ani trochę, ale dla świętego spokoju zmilczałem i zrobiłem minę w rodzaju „taki mały, taki biedny”. Miałem nadzieję, że ma już dość połajanek. Nie byłem tego dnia w nastroju do wysłuchiwania jego tekstów.

– W takim razie jakie są rozkazy wiceprezydenta… chciałem powiedzieć, komendanta?

Gajowniczek znowu podjął wędrówkę po gabinecie, ale zaraz opadł na fotel i wbił we mnie wzrok.

– Przypomnij mi, dlaczego ja cię tu jeszcze trzymam?

Byłem pewien, że jest to pytanie retoryczne, ale nie mogłem sobie odmówić odpowiedzi:

– Ze względu na mój urok osobisty i niezwykłą jak na psa erudycję.

– Zamknij się! – ryknął. Chwycił leżący na biurku długopis i zaczął nim pstrykać. Trochę mnie to irytowało. – Jutro przesłuchasz Dudkową… I jeszcze może ze dwie osoby, ja wiem… Jej wychowawczynię z ogólniaka, czy kogoś tam, żeby było parę kwitów na wszelki wypadek. Poczekasz na dokumenty od zimnego i jak najszybciej zamkniesz sprawę. Bo nie ma sprawy. Te sprawy.

Trochę z rzeczownikiem „sprawa” się zaplątał, ale cóż, nigdy nie był wybitnym mówcą. Nie zamierzałem jednak prostować zawiłości jego stylu. Zmyłem się od razu. W pokoju nie zastałem nikogo, pewnie koledzy pozorowali działania w terenie. Poczułem głód, jednak szansa, że w Boże Ciało uda mi się znaleźć jakąkolwiek otwartą knajpę w okolicy komendy, była nikła, nie pozostawało mi więc nic innego jak ścisły post. To nawet lepiej, w końcu regularną aktywność fizyczną zarzuciłem już dawno, a czasy, kiedy mogłem objadać się bezkarnie, odeszły w niepamięć lata temu. Zaparzyłem kolejną kawę, odpaliłem komputer i w nowym dokumencie wpisałem nagłówek: „Kejs Jowity Dudek”… A potem zapadłem w iście buddyjski bezruch, dosłownie i w przenośni, tkwiłem wbity w fotel, gapiąc się tępym wzrokiem w ekran monitora, bez choćby jednej myśli w głowie. Nie wiem, ile to trwało, chyba dosyć długo, bo gdy ocknąłem się z letargu, kawa była już zimna. „Kejs Jowity Dudek”, przeczytałem. Na pozór szykowała się krótka piłka, ale tylko na pozór. Przypomniałem sobie słowa Kozieja: „Ewidentny samobój”… Z drugiej jednak strony wypadało nieco podrążyć, przesłuchać kilka osób, a to wcale nie musiało być proste. Właśnie zaczął się długi weekend, jeden z wielu podobnych w tym roku, skwapliwie wykorzystywany przez rodaków, mających gdzieś szalejący dokoła kryzys, na wojaże po kraju i okolicach, więc szansa, że szybko dotrę do interesujących mnie ludzi, była niewielka. Właśnie, kogo powinienem odpytać? Psiapsiółki, znajomków, kolegów z klasy? Świętej pamięci Jowita była w klasie maturalnej, a matura już się skończyła, dzieciarnia mogła się gdzieś rozjechać. Po pierwsze, musiałem od matki wyciągnąć informacje o znajomościach córki, nie miałem jednak pewności, czy z wiceprezydentową da się w najbliższym czasie sensownie porozmawiać, wyglądała na całkiem rozbitą. Po drugie, powinienem rozejrzeć się w jakże dobrze znanym mi I Liceum Ogólnokształcącym im. Zygmunta Krasińskiego, co w czas cholernego długiego weekendu może być trudne do zrealizowania. Same wątpliwe punkty programu. Co masz zrobić dziś, spokojnie możesz zrobić jutro, przeleciała mi przez głowę jedna z moich ulubionych maksym. Maksyma Gorkiego.

Do końca szychty z umiarkowanym zapałem produkowałem kolejne dokumenty w zupełnie innej sprawie. Papierologia stosowana, na tym właśnie głównie opierała się policyjna robota, zresztą nie tylko policyjna. Przygotowywałem teczkę dla prokuratora. Innego niż ten, którego dzisiaj miałem wątpliwą przyjemność oglądać. Przypadek był banalny, typowy dla Ciechanowa, w ogóle dla tego zapyziałego kraju ze śmiesznie europejskimi ambicjami, choć też tragiczny – z zapłakanymi, zawodzącymi matkami, żonami i kochankami w tle. Niespełna dwa tygodnie wcześniej w podciechanowskiej wiosce odbywała się cotygodniowa zabawa w remizie. Atmosferę podkręcał nieśmiertelny discopolowy band Weekend Boys, do spółki z przemycanym przez Ukraińców spirytusem. Nic więc dziwnego, że w pewnym momencie dwóch niespecjalnie przytomnych dżentelmenów chwyciło się za koszule, każdy z nich miał przyjaciół, kolegów i znajomków, którzy postanowili włączyć się do wymiany zdań i ciosów, zaczęła się bezładna bójka, podczas której każdy chwytał za to, co akurat miał pod ręką. Na nieszczęście strażacy ochotnicy spod znaku Waldemara „Tableta” Pawlaka byli właśnie w trakcie remontu swoich włości i przy remizie stały palety z kostką brukową. Jeden z kogucików złapał kostkę i trafił precyzyjnie w czerep drugiego. Zgon na miejscu, tyle dobrego, że gość się nie męczył. Na początku, jak zwykle w tego rodzaju przypadkach, sprawa posuwała się powoli, działała lokalna solidarność, nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał, a nawet gdyby, to niezbyt wyraźnie, bo przecież pan władza wie, jak to na zabawie, trochę się wypiło. Istna epidemia pomroczności jasnej. Ale do czasu… Na wioskową, mniej lub bardziej posuniętą w latach kawalerkę, żyjącą zazwyczaj nie wiadomo z czego, to znaczy głównie z rolniczych rent i emerytur rodziców, zawsze dawało się coś znaleźć w naszych bazach, tym razem też znaleźliśmy; niewesoła perspektywa odwieszenia wyroków w cudowny sposób przywróciła niektórym uczestnikom bójki pamięć. Wiadomo było, jak zginął dwudziestojednoletni mężczyzna, który na jesieni miał się żenić, wiedzieliśmy, kto rzucił kostką brukową, tylko motywu nie dało się ustalić, bo nikt nie był w stanie stwierdzić, o co właściwie poszło. Typowa zbrodnia po polsku, przypadkowa, bezsensowna przemoc z ponurym finałem.

Zorientowałem się, że jest już dobrze po czwartej. Nie zamierzałem siedzieć w robocie dłużej, niż ustawa przewiduje, wymknąłem się chyłkiem z komendy, aby przypadkiem nie trafić na Gajowniczka. Miałem go już na dzisiaj serdecznie dosyć, podobnie jak ledwie zaczętej sprawy. Pomaszerowałem do domu, próbując stłumić wszystkie cisnące mi się do głowy myśli. Z nie najgorszym skutkiem.

Szwendałem się po mieszkaniu, starając się opóźnić nieuniknione. Odgrzałem resztkę bigosu z ostatniej dostawy Felicji. Smakował wybornie, gdyby spróbował go któryś z kulinarnych celebrytów w swoim telewizyjnym programie kulinarnym, na pewno miałby malowniczy orgazm na wizji. Babka, której krew płynęła w moich żyłach, nigdy nie przepadała za gotowaniem, ale z dziwnym zapamiętaniem warzyła bigos, tłumacząc, że przygotowywanie akurat tej potrawy ją uspokaja. Zapaliłem papierosa, włączyłem telewizor i popstrykałem pilotem. Nie zaciekawiło mnie nic oprócz programu o waranach z Komodo, pomyślałem jednak, że to może przesada, że chyba mimo wszystko jestem za młody, żeby spędzać wieczór na oglądaniu kanałów przyrodniczych. Wyciągnąłem z szafki czerwone mołdawskie wino, tanie, ale niezłe, a do tego odpowiednio krwiste w kolorze, wręcz doskonałe jako dodatek do atrakcji nadchodzącego wieczoru. Wątpliwych atrakcji, oczywiście. W końcu zrobiłem to, o czym myślałem od momentu, gdy tylko zobaczyłem martwą Jowitę Dudek. Zza rzędu kryminałów Iana Rankina wydobyłem sporego formatu zeszyt w sfatygowanych czarnych okładkach. Po cholerę kupiłem wtedy zeszyt w tym właśnie kolorze?! Przecież nigdy go nie lubiłem, nawet w głębokiej żałobie nie nosiłem się na czarno. Cóż, robiłem w tamte ponure dni różne dziwaczne, trudne do racjonalnego wyjaśnienia rzeczy.

Rozdział 2

Zapiski depresjoholika I

Nazywa się Konrad Rowicki i jest depresjoholikiem.

Wahadło. Czasami odnosił wrażenie, że wahadłowy ruch to jedyna stała określająca jego życie. Od Ciechanowa do Krakowa, od Krakowa do Ciechanowa, w tę i we w tę. Zdawać się mogło – bez końca. Latami. Bez żalu, ale i bez przyjemności. Spadło to na niego niespodziewanie, przecierpiał, co miał przecierpieć, ale przetrwał. Oswoił sytuację. Tak przynajmniej myślał. Zarzucił kotwicę w grodzie Kraka, Felicja zdalnie sterowała nim z Ciechanowa. Taki układ, niezbyt, w gruncie rzeczy, uciążliwy. Babka w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że musi dać mu jak najwięcej swobody. Może dać mu swobodę, bo miała pewność, że nie zrobi żadnej głupoty. On wreszcie zresetował się, zapomniał o tym, co było, i kiedyś odbierało mu sen. O rodzicach, którzy zginęli w bezsensownym wypadku samochodowym. Na dobrej drodze, w słoneczny przepiękny dzień. O pustce i strachu, które zagarniały go co jakiś czas. Wreszcie był na prostej, właściwie robił, co chciał, może bez wyjątkowej przyjemności, ale też bez większego stresu. Wtedy, w 1999 roku, tak właśnie myślał o sobie, że wyszedł na prostą. Aż pojawiła się Maria.