Zgiełk Wojny. Tom 3. Cel uświęca środki - Kennedy Hudner - ebook
Opis

Ostateczna bitwa, która zakończy wojnę i zdecyduje o losach sektora Wiktorii.

Dominium zostało pokonane, jednak koszty tego zwycięstwa przerosły wszelkie oczekiwania. Flota Wiktorii jest pokiereszowana, okręty potrzebują napraw, a ludzie odpoczynku. Jednak wróg nadciąga z innej strony. Cesarstwo Tilleke szykuje się, żeby zdobyć sektor Wiktorii. Nie na darmo siły Tilleke obserwowały z ukrycia przebieg wojny między Wiktami a Dominium, czekając, aż ci wyniszczą się nawzajem. Teraz czekanie dobiegło końca...

Jednak zanim nastąpi atak, Cesarstwo chce sprawdzić przeciwnika, wysyłając szpiegów i skrytobójców. Tilleke przygotowali też śmiertelnie groźną broń, która ma ostatecznie rzucić siły Victorii na kolana.

Dla sierżant Cookie Sanchez ta ostatnia bitwa ma być szansą na odkupienie we własnych oczach – albo śmierć. Dla Hirama Brilla ta bitwa będzie największym sprawdzianem jego inteligencji i zdolności taktycznych. Dla królowej Anny – to być albo nie być całego sektora Victorii. A dla Emily Tuttle ta walka będzie zmaganiem z najtrudniejszym wyborem moralnym w jej życiu.

Bo ten cel – ostateczne zwycięstwo – uświęca wszystkie środki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 657

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2017

Tytuł oryginału: Alarm of War III: Desperate measures

Copyright © 2017 Kennedy Hudner

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:[email protected]

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-37-1

ISBN MOBI: 978-83-65661-38-8

 

Mężczyzna, który desperacko pragnie się znaleźć w objęciach kochanki, nie liczy się ze środkami.

– przysłowie z Azylu

Nie należy walczyć z ludźmi pogrążonymi w rozpaczy, bo doprowadzą cię do śmierci.

– Otto Wiśniowski, szeregowy marines Floty Victorii

Prolog

We wtorek zabili staruszkę.

Oczywiście nie od razu, ale po prostu zabili. Nawet nie poczuła. Jakiś mężczyzna zderzył się z nią w tłumie na ulicy i wytrącił jej torbę z zakupami. Potem zaczął przepraszać, pomógł pozbierać rozrzucone warzywa i owoce, w tym jabłka, które wypadły i potoczyły się po chodniku.

Wiedzieli, że uwielbiała jabłka. Obserwowali ją już od dawna.

Kilka kobiet zdenerwowało się i zaczęło pokrzykiwać, jakby to one były poszkodowane, ale staruszka tylko skinęła głową i spokojnie podziękowała. Nauczyła się już nie dopuszczać, aby drobne niedogodności wytrącały ją z równowagi, nie teraz, gdy jej świat toczył wojnę, królowa Beatrice zginęła, a ukochany wnuk zaciągnął się do Floty. W obliczu tych zdarzeń obtłuczone jabłko nie miało najmniejszego znaczenia.

Staruszka nie zwróciła uwagi, że mężczyzna nosił rękawiczki, a gdy zbierał jabłka, każde obrócił w dłoniach i posmarował… czymś.

Zabrała po prostu torbę i wróciła do domu. Tam schowała zakupy, przygotowała sobie mocną herbatę i starannie podzieliła jedno z jabłek na cząstki. Nie obrała go, nigdy tego nie robiła.

A oni doskonale o tym wiedzieli. Obserwowali ją przecież już od dawna.

Mocna herbata i pokrojone jabłko. Czy można wymarzyć sobie coś lepszego? Staruszka napiła się, potem ugryzła kawałek owocu. W tym momencie jej los był przesądzony. W całym sektorze Victorii nie istniało nic, co mogłoby ją uratować.

Oczywiście śmierć nie nastąpiła od razu. Musiało minąć jeszcze dwadzieścia dni, ale praktycznie kobieta była już martwa. Kiedy rzeczywiście zmarła, zespół zajmował się już drugą fazą i zaczął nawet przygotowania do kolejnej. Do fazy krytycznej.

Jak to na wojnie – tak wiele trzeba zaplanować…

A jest na to mało czasu.

Rozdział 1

Qom, planeta stołeczna Cesarstwa Tilleke, sektor Tilleke

Sierżant Kaelin z Oddziałów Specjalnych Floty Jej Królewskiej Mości stanął w gotowości z toporem bojowym. Gdyby rok temu powiedziano mu, że będzie walczył na śmierć i życie toporem, roześmiałby się tylko.

Ale rok to sporo czasu. A sierżantowi Kaelinowi nie było wcale do śmiechu. Zajmował się natomiast tym, co od roku robił codziennie – próbował zachować przy życiu swoich ludzi.

Pozostali mężczyźni znajdowali się za nim. Mrużyli oczy w ostrym świetle. Oprócz jednego wszyscy byli jeńcami wojennymi, pojmanymi przez Tilleke podczas napaści na Drugą Flotę Victorii. Ostatni był człowiekiem wolnym, instruktorem, który szkolił savaków w walce mieczem. Instruktor nie zrobił nic złego, posiadał po prostu umiejętności, które pozwalały przeprowadzić ten test. Ktoś musiał przecież nauczyć marines, jak używać broni białej. Rodzinie instruktora powiedziano, że zginął z honorem w służbie dla cesarza. I w zasadzie była to prawda.

Nikt nie miał wątpliwości, że wszyscy tutaj zginą. Jedyne, czego pragnęli, to zranić jak najwięcej swoich zabójców. Mężczyźni zostali uzbrojeni w miecze, włócznie i topory. Instruktor uczył ich walki przez ponad miesiąc. Osiągnęli sprawność, choć daleko im było do mistrzostwa. Jednak ten test nie dotyczył ich, miał sprawdzić to, co kryło się za drzwiami.

Pomieszczenie było przestronne jak sala gimnastyczna. Na podłodze rozłożono kilka przeszkód i podwyższeń. Kamery monitoringu obejmowały każdy kąt i zakamarek – ani sekunda testu nie zostanie pominięta w nagraniach. Początkowo mężczyźni nie rozumieli, o co chodzi, jednak po pewnym czasie zaczęło do nich docierać, że jeśli chcą przeżyć, niedługo będą musieli użyć broni, z którą nauczono ich się obchodzić.

Sierżant Kaelin zamachnął się toporem. Na rany boskie, cholernym toporem! Tego rodzaju bronią walczyli jego przodkowie w średniowieczu na Starej Ziemi! Kaelin przeleciał miliony mil na wyrafinowanym okręcie kosmicznym, jednym z najlepszych w siłach Victorii, a teraz miał walczyć o życie z czymś takim w dłoni?

Sierżant był głównym instruktorem w obozie szkolenia podstawowego Gettysburg, ale zgłosił się na ochotnika do oddziałów specjalnych i został przydzielony na pokład krążownika „St. Andrews”. Jednostka zajmowała się patrolowaniem szlaku handlowego z Gileadu do Cesarstwa Tilleke. Pewnego ranka jednak wszystko poszło w diabły, gdy podczas śniadania pojawiło się kilkudziesięciu drani, którzy wpadli do mesy prosto z głównego korytarza i od razu zaczęli strzelać z karabinków pneumatycznych i machać mieczami. Kaelin oberwał i stracił przytomność. Kiedy się ocknął, znajdował się w obozie jenieckim Tilleke z obrożą elektryczną na szyi. Od tamtej pory minął rok.

Gdy rozpoczęto test, w obozie znajdowało się pięciuset jeńców. Teraz zostało tylko dziesięciu.

Tilleke wykorzystywali więźniów, głównie żołnierzy oddziałów specjalnych, do szkolenia savaków w walce wręcz i najskuteczniejszych metodach zabijania. Tydzień po tygodniu strażnicy zaganiali po trzydziestu lub czterdziestu jeńców do makiety okrętu z drewna i plastiku, dawali im podstawową broń, strzelby i pistolety, a potem wysyłali na nich oddział savaków. Początkowo savakowie ginęli w potyczkach – komandosom udawało się ich wystrzelać w wąskich korytarzach. Jednak wtedy do gry włączył się darwinizm. Nielicznym savakom, którzy mieli więcej sprytu i woli przetrwania, udawało się przeżyć potyczkę, a potem kolejną…

Ci właśnie uczyli innych savaków i prowadzili ich szkolenie. A komandosi nieświadomie doskonalili swoich przeciwników… Tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. Gdy tylko się zorientowali, co robią, niektórzy odmówili walki. I umarli w męczarniach – włączone obroże zacisnęły się im na szyjach, a przez rdzeń kręgowy przemknęły impulsy bólu. Nie była to przyjemna śmierć, ale wielu ją wybrało.

Po kilku miesiącach z pięciuset jeńców zostało trzydziestu. Jednak ta trzydziestka walczyła wspaniale, wykorzystywała każdą okazję, każdy zakamarek okrętu-makiety, który dawał choć minimalną przewagę, przygotowywała błyskawiczne zasadzki i nieustannie zmieniała taktykę, aby zaskakiwać savaków.

Aż pewnego dnia sierżant Kaelin obudził się i znalazł na podłodze obok posłania topór, a obok człowieka z niechętną miną, instruktora, który miał go nauczyć walki tą bronią.

I teraz to. Grupa żołnierzy uzbrojonych tylko w miecze, włócznie i topory stojąca przed wrotami w wielkiej sali.

„A niech mnie” – pomyślał Kaelin. „Pieprzona wojna gladiatorów”.

– Może zamierzają się poddać – zauważył Hollingberry żartobliwym tonem. – Na bogów naszych matek, zabiliśmy już tysiące tych drani. Może wreszcie czegoś ich to nauczyło?

– Jasne, Holly, masz rację – odpowiedział Timothy O’Doherty. – Jak się uwiniemy, królowa osobiście nam podziękuje, a potem zaprosi na herbatę i ciasteczka.

Wystarczyło jedno spojrzenie sierżanta, żeby zamilkli. Kaelin zarzucił topór na ramię. Co kryło się za wrotami? Kątem oka podchwycił ruch. Instruktor walki. Niski, zwinny i giętki jak rzemień. Absolutnie zabójczy w walce białą bronią. Wolny człowiek z Tilleke, z prawami i przywilejami stosownymi do swojej klasy społecznej. Najwyraźniej jednak jego prawa i przywileje były gówno warte, skoro biedny drań znalazł się tutaj razem z niedobitkami jeńców wojennych.

– Wiesz, co czeka za tymi drzwiami? – zapytał cicho Kaelin.

Instruktor spojrzał na niego ponuro.

– Śmierć.

Kaelin tylko mruknął. Tilleke mówił dość słabo po angielsku, ale trafił w sedno.

– Słuchajcie uważnie. – Sierżant zwrócił się do swoich ludzi. – Za tymi drzwiami na pewno czai się coś paskudnego. Trzech ludzi odwróci uwagę wroga z prawej, a reszta zajmie się tym z lewej, a potem wszyscy wrócą do przeciwnika po prawej.

Żołnierze skinęli głowami, po czym wbili zaniepokojone spojrzenia we wrota.

– Bułka z masłem – stwierdził radośnie O’Doherty.

Zaraz potem jedno skrzydło wrót się uchyliło. Tylko jedno. Kaelin poczuł ulgę, ale na krótko.

– Och, niech mnie… – wydusił Hollingberry.

Stworzenie wyglądało jak lew z piekła rodem. Miało chyba ze dwa metry w kłębie, cztery metry długości, ogromny łeb, a z karku wyrastały mu dwie wiązki śliskich macek, nie wspominając o giętkim ogonie, zakończonym żądłem jak u gigantycznego skorpiona. Ogon kołysał się miarowo, gdy stwór rozglądał się po pomieszczeniu.

Zwierzę miało czarne futro, a jego ślepia lśniły czerwienią. Gdy ryknęło, zalśniły kły, długie jak u tygrysa szablozębnego. Żołnierze Victorii cofnęli się odruchowo. Ich miecze, włócznie i topory wydały się nagle żałosne.

Sierżant Kaelin prychnął z pogardą.

– Ten sam cyrk, ale inne małpy. Byliśmy już w gorszych tarapatach. Hollingberry, O’Doherty i Smith, zróbcie zamieszanie po prawej stronie. Reszta za mną. Uważajcie na ogon tego kociaka. Do boju!

– Zawsze chciałem być przynętą – rzucił O’Doherty.

Żołnierze rozdzielili się. Kaelin znalazł się obok instruktora, uzbrojonego w długi zakrzywiony miecz i krótki oszczep.

– Co to za zwierzę? – wyszeptał sierżant chrapliwie. Nie chciał, aby jego ludzie zauważyli, jak bardzo wstrząsnął nim widok stwora.

– Hok – odpowiedział krótko instruktor.

– Co?

– Hok. Dzieło cesarza.

Kaelin omal się nie potknął.

– Chcesz powiedzieć, że to stworzenie nie występuje w naturze?

Instruktor uśmiechnął się kpiąco. Kaelin zaklął pod nosem. Poprowadził ludzi przez niewielki labirynt przeszkód, które na chwilę przesłoniły widok. Z tyłu rozległy się okrzyki Hollingberry’ego, O’Doherty’ego i Smitha oraz rytmiczne uderzenia, zapewne bronią w jakieś metalowe części wyposażenia sali. Hok ryknął w odpowiedzi.

Kaelin dotarł do pięciometrowej ściany, ustawionej prostopadle do wrót i miejsca, gdzie trzech żołnierzy wykrzykiwało i robiło hałas. Ściana zasłaniała ich przed wzrokiem hoka, ale stwór i tak musiał przejść obok grupy sierżanta, żeby dotrzeć do trzech ludzi, wystawionych jako przynęta. A kiedy tak się stanie…

Niestety, teoria teorią, a praktyka praktyką.

Hok nie poszedł, lecz rzucił się do szarży. Wyskoczył spod wrót i pognał między przeszkodami, nie spuszczając ślepi z trzech żołnierzy, bijących w metalowe części sprzętu. Stwór przemknął przez zasadzkę Kaelina jak mroczna błyskawica. Hollingberry, O’Doherty i Smith zamarli z zaskoczenia w najgorszym momencie, a potem odskoczyli na prawo i lewo… Za późno. Bestia uderzyła, wysuwając kły, pazury i giętki ogon. Hollingberry z krzykiem próbował zrobić unik, ale hok zmiażdżył mu czaszkę jednym uderzeniem łapy, po czym odwrócił się do Smitha. Ten wciąż trzymał wysuniętą włócznię i pośpiesznie się cofał, nie spuszczając oka z bestii. Dźgnął raz, hok uchylił się i od razu rzucił się do ataku. Smith dźgnął ponownie, ale nie przestał się cofać. Szło mu całkiem nieźle, dopóki nie potknął się o jedną z przeszkód i nie upadł. Bestia skorzystała z okazji do ataku, ale szybko odskoczyła, bo Smith ciął ją po pysku grotem. Hok skoczył w lewo, a żołnierz rozpaczliwie zamachnął się włócznią, aby się osłonić.

Nie zauważył, że ogon bestii uniósł się z przeciwnej strony. Żądło wbiło mu się w gardło, koniec wyszedł karkiem. Hok szarpnięciem wyrwał kolec i zaatakował pozostałych żołnierzy. Smith bez życia osunął się na podłogę.

W tej samej chwili sierżant Kaelin wbił ostrze topora w czaszkę hoka.

Bestia padła równie bezwładna i martwa jak Smith.

Kaelin zatoczył się, od podwyższonego poziomu adrenaliny drżały mu ręce.

– No dobra – wydusił. Powiódł spojrzeniem po ocalałych towarzyszach oraz instruktorze walki, który szczerzył się jak dzikus. – Udało nam się!

W odpowiedzi O’Doherty zwymiotował.

***

Następnego dnia pojawiły się dwa hoki.

Sierżant Kaelin zmarszczył brwi. W nocy przyszła mu do głowy paskudna myśl, która sprawiła, że teraz się wahał. Hoki stały tuż przed wrotami, ryczały i ryły podłogę pazurami, ale jeszcze nie wyszły ani nie rzuciły się do ataku. Kaelin rozejrzał się po sali. Niedaleko wznosiła się sterta metalowych skrzyń.

– Wejdźmy na nie! – warknął. – Szybko!

Żołnierze zerwali się, aby wykonać rozkaz. Instruktor spojrzał na sierżanta z namysłem, a potem również się wspiął. Na szczycie sterty Kaelin rozejrzał się jeszcze raz. Nie ruszano przeszkód, więc tak jak poprzedniego dnia tworzyły wąskie przejście, którym zbliżył się hok. Sierżant z zadowoleniem przyczaił się i zaczął obserwować.

Dwa hoki wyszły zza wrót bez pośpiechu i rozejrzały się uważnie, jakby spodziewały się zasadzki. Potem popatrzyły na siebie, a w ich oczach błysnęła inteligencja. Sierżantowi Kaelinowi ten widok zmroził krew w żyłach.

Bestie na jakiś niewidzialny znak ruszyły leniwym truchtem w kierunku ludzi. Jedna skręciła i wskoczyła za ścianę, za którą poprzedniego dnia ukrywał się sierżant i jego ludzie. Hok z warknięciem dźgnął tam żądłem raz i drugi, a kiedy nic nie znalazł, odskoczył i ruszył za swoim pobratymcem. Bestie zatrzymały się przed metalowymi skrzyniami, a potem ryknęły na ukrytych tam żołnierzy.

Na szczycie sterty sierżant Kaelin obrócił się do instruktora walki.

– Widziałeś, co ten stwór zrobił? – Jego twarz wykrzywił gniew. – Sprawdził miejsce, gdzie wczoraj zrobiliśmy zasadzkę! A przecież zabiliśmy tamtego hoka! Skąd te wiedziały, co znajduje się za wrotami?

Instruktor wzruszył ramionami.

– Hoki agresywne, ale nic nie wiedzą o walce. Wy walczycie po ludzku. Wy uczycie, hok się uczy. Dlatego cesarz was tu sprowadził. Uczyć hoka.

Kaelin zacisnął zęby. Pomyślał o miesiącach walk w atrapie okrętu, gdy nieświadomie szkolił savaków. Nauczył wroga, jak skuteczniej walczyć z żołnierzami Victorii.

„Pieprzony głupiec ze mnie” – wyrzucał sobie w duchu. Przecież chciał tylko zachować swoich ludzi przy życiu.

W dole dwie przerośnięte bestie z piekła rodem krążyły wokół sterty skrzyń, zapewne szukały miejsca, z którego mogłyby wygodnie się wspiąć. Od czasu do czasu spoglądały sobie w oczy. Kaelin miał coraz większą pewność, że te dwa piekielne lwy porozumiewają się nie tylko ze sobą, lecz także z innymi hokami. Wszystko, czego te stwory nauczą się w potyczce, dotrze do innych, pomoże im się przygotować i rozwinąć. Kolejne bestie będą jeszcze sprytniejsze i jeszcze bardziej niebezpieczne.

Sierżant skrzywił się i popatrzył na instruktora walki.

– Nie rozumiesz? – Wskazał na zwierzęta niżej. – Skazano cię na śmierć, poświęcono, żebyś uczył te przeklęte monstra!

Tilleke zerknął na warczące hoki.

– Żyję, by służyć cesarzowi. – W jego głosie zabrzmiała rezygnacja, przesycona jednak dumą.

Kaelin wydął usta, ale skinął głową. A potem nieoczekiwanie zepchnął instruktora ze sterty skrzyń. Mężczyzna zawisł na jednej ręce, ale daremnie szukał oparcia, grawitacja zrobiła swoje – Tilleke spadł na twardą podłogę.

Hok dopadł go, jeszcze zanim mężczyzna dotknął podłoża.

– A ja służę swojej królowej – rzucił Kaelin cicho.

Żołnierze popatrzyli na niego ze strachem i zdumieniem. Sierżant posłał im ponury uśmiech, który zapowiadał, że czeka ich naprawdę trudne zadanie.

– Dranie z Tilleke wykorzystują nas, żeby uczyć te przerośnięte kociaki, jak walczyć – wyjaśnił swoim ludziom. – Gdy tylko je porządnie je wyszkolimy, jebany cesarz wypuści mnóstwo takich stworów na okręty Victorii.

Potem popatrzył im w oczy.

– Nie możemy do tego dopuścić.

Żołnierze spojrzeli po sobie z niepokojem.

A Kaelin wytłumaczył, co muszą zrobić.

Jeden z jeńców miał żonę i dwójkę dzieci, które czekały na niego na Kornwalii, stołecznej planecie sektora Victorii. Zacisnął usta po słowach sierżanta, ale skinął głową.

– Kto wie, może uda nam się zmylić te bestie – prychnął. – Lepsze to, niż je uczyć.

Ale jeden z żołnierzy był bardzo młody, ledwie chłopiec. Miał na imię Billy i właśnie zaczynał karierę jako majtek na niszczycielu „Cowlyn Bay”. Pojmano go, gdy savakowie abordażem przejęli okręt. Billy rozumiał, co chciał zrobić Kaelin. Rozumiał, ale nie potrafił się z tym pogodzić. Usta mu drżały, do oczu napłynęły łzy.

– Nie, nie mogę – wyszlochał i cofnął się od sierżanta. – Proszę!

Kaelin westchnął. Dopiero teraz poczuł znużenie. Uśmiechnął się do młodzieńca uspokajająco.

– W porządku, Billy.

A potem skinął głową, ale nie chłopakowi, lecz żołnierzowi, który stał za dzieciakiem.

Billy nawet nie zauważył, co się święci. Gdy upadł, był już martwy – topór rozpłatał mu czaszkę. O’Doherty spuścił wzrok. Dyszał ciężko jak po biegu maratońskim. Przykląkł, położył dłoń na piersi chłopaka i wymamrotał coś za cicho, żeby dało się odróżnić słowa. A potem wstał.

– Załatwmy to, zanim stchórzę – rzucił ochryple. Głos mu drżał.

Pod komendą Kaelina wszyscy jeńcy zebrali się blisko miejsca, gdzie skrzynie tworzyły stopnie, które pozwalały łatwo i szybko zeskoczyć. Hoki czekały przy stercie i niecierpliwie machały ogonami.

– Zaatakujmy tego po prawej – zdecydował Kaelin.

Pozostali skinęli tylko głowami i zacisnęli dłonie na broni tak mocno, że zbielały im kłykcie. Nie miało znaczenia, na którą bestię się rzucą. Właściwie nic już nie miało znaczenia.

– Niech bogowie naszych matek poprowadzą nas do domu – szepnął sierżant Kaelin.

– I jebać cesarza! – warknął O’Doherty.

Skoczyli.

***

Kiedy walka dobiegła końca, hok, który przeżył, uniósł zakrwawiony pysk i ryknął triumfalnie. A potem położył się na środku pobojowiska i zaczął lizać długą ranę na łapie. Po oczyszczeniu rany bestia podniosła się sztywno, podeszła do najbliższego ciała człowieka i zabrała się do jedzenia.

A w klatkach za areną dziesiątki hoków przeciągnęło się i przysiadło. Oczyma swojego brata ujrzały właśnie, jak walczą ludzie przyparci do muru – atakują jednego przeciwnika naraz i ignorują pozostałych.

Hoki dodały tę wiedzę do swojej wspólnej pamięci.

ROZDZIAŁ 2

Tymczasowa siedziba królewska na Kornwalii, planecie stołecznej, sektor Victorii

– Na pewno mamy jakichś agentów wśród Tilleke – westchnęła królowa Anna ze znużeniem.

Admirał Douthat zerknęła ponuro na kapitana Edera, a ten tylko odwrócił głowę do Hirama Brilla, komandora wywiadu Floty. Hiram skinął głową bratu Jongowi, który w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko.

– No? – zniecierpliwiła się królowa. – Nic nie mamy? Zupełnie nic?

– Wasza Wysokość… – Brat Jong pokręcił głową. – Zupełnie nic. Światłość posiadała kilku agentów na Qom, ale zostali szybko złapani albo musieli się ukryć. Mieliśmy również dwa zamaskowane okręty w systemie Tilleke, ale gdy „przekonaliśmy” księcia RaShahida, żeby odwołał atak na Victorię, flota Tilleke przeczesała dokładnie obszar wokół Qom i tunelu czasoprzestrzennego w Gileadzie. Zmusiło nas to do wycofania jednostek zwiadowczych. Mamy nadzieję, że uda się wkrótce umieścić tam nowe okręty, które przedostaną się do sektora Tilleke przez ukryty tunel, ale trzeba zachować daleko idącą ostrożność. Gdyby Tilleke odkryli ten tunel, byłaby to prawdziwa katastrofa.

– A co z agentami Victorii? Może nam się uda umieścić zamaskowany okręt w przestrzeni Tilleke? – zauważyła surowo królowa Anna.

– Nie, Wasza Wysokość, nic z tego – westchnął sir Henry. – Nie ma możliwości. I pragnę zaznaczyć, że nie z powodu braku starań albo lekceważenia obowiązków. Jeszcze przed wojną straciliśmy dziesięć sów, które próbowały się wślizgnąć do sektora Tilleke. Miesiąc temu odbyła się kolejna nieudana próba.

Nawet królową Anną wstrząsnęła liczba straconych jednostek zwiadowczych.

– Jak rozumiem, nie wiemy zatem nic o liczebności floty Tilleke, jej wielkości i uzbrojeniu?

– Niestety, Wasza Wysokość – westchnął znowu sir Henry. – Wiemy tylko, że książę RaShahid dysponuje trzydziestoma okrętami, ale brakuje informacji o siłach, które chronią Qom. Wiadomo jedynie, że Cesarstwo dysponuje dwoma rodzajami broni, których wcześniej nie widzieliśmy. To działa plazmowe, których użyto przeciwko okrętowi „Oxford”, oraz pole wysysające energię, zastosowane przeciwko „Edynburgowi”. Nasi naukowcy pracują jak szaleni, aby wydedukować zasady działania tych systemów.

Admirał Douthat odchrząknęła.

– Nie da się ukryć, że to złe wieści, Wasza Wysokość, ale przynajmniej wiemy, że Tilleke ma nową broń. Uwzględnimy to w naszych założeniach taktycznych.

– A co z bronią Tilleke, o której nie wiemy? – zapytała królowa ostro.

Zebrani popatrzyli po sobie, ale nikt nie odpowiedział.

Królowa wydęła usta.

– No dobrze. A co z naszą Flotą?

Douthat upiła herbaty. W Victorii był to mocny, gorzki napar i admirał chętnie dodałaby co najmniej trzy kostki cukru, ale naczelnemu dowódcy Floty po prostu nie wypadało pić słodzonej herbaty – naruszałoby to coś fundamentalnego, coś tak mocno wpisanego w tradycję i rolę Floty, w społeczeństwo Victorii, że nie wymagało nawet osobnej nazwy.

Herbata bez cukru smakowała obrzydliwie. Douthat upiła kolejny łyk i ukryła grymas.

– Walkę z Tilleke umożliwiają nam cztery aspekty. Po pierwsze, zasoby. Przeciągnęliśmy Atlasa z powrotem do sektora Victorii, aby wykorzystać jak najlepiej nasze pasy asteroid. Znajdują się tam lepsze złoża minerałów niż w Azylu. Atlas już działa i produkuje ciężkozbrojne kanonierki, niszczyciele, a nawet krążowniki.

Królowa Anna uniosła brew.

– A okręty flagowe?

Douthat pokręciła głową.

– Jeszcze nie. Budowa tak dużych jednostek jest długotrwała. W tym samym czasie możemy wyprodukować dwa lub trzy krążowniki i parę niszczycieli, a na dodatek eskadrę kanonierek. Budowa dużych okrętów jest kusząca, ale teraz najważniejsza jest liczebność naszych sił. Im więcej jednostek, tym większa elastyczność i manewrowość Floty. Wydaje mi się, że będzie nam to potrzebne w walce z Tilleke.

Królowa nie mogła się nie zgodzić z argumentami admirał.

– Mamy też asa w rękawie. – Douthat uśmiechnęła się oschle. – Kiedy przed miesiącami uciekaliśmy z sektora Victorii, wysadziliśmy stację Prometeusz, żeby nie wpadła w ręce wroga, ale pozostawiliśmy Hyperiona. Nie był skończony i mieliśmy pewność, że Dezeci raczej nie zdołają go użyć… – Uśmiech admirał nieco się ocieplił. – Max Opiński i jego gang inżynierów twierdzą, że zakończenie budowy tej stacji i jej uruchomienie potrwa wiele lat, ale możemy wykorzystać jej dok konstrukcyjny już za dwa miesiące. Trzeba będzie podłączyć zewnętrzne źródło zasilania, zapewne siłownię jednego z krążowników, ale wyposażenie pozostało nietknięte i wystarczy je zainstalować. Wszystko jest modularne, więc przy odrobinie szczęścia Hyperion mógłby zacząć produkcję okrętów za sześćdziesiąt dni, a jak się uda, to nawet za czterdzieści pięć.

– W rzeczy samej to dobra wieść, admirał Douthat. – Sir Henry nie krył ulgi. – Należą się pani gratulacje.

– Nie ma co gratulować, to tylko łut szczęścia. Gratulacje należą się co najwyżej Maxowi Opińskiemu. – Douthat zmarszczyła brwi. – Jednak jeżeli chodzi o zasoby, sprawa nie wygląda tak różowo. Gdy Dominium się poddało, mieliśmy prawie pięćdziesiąt cztery okręty, w tym „Lwie Serce” i „Zemstę”. Większość tej floty jest w złym stanie, kilka jednostek potrzebuje remontów w stoczni, zanim znowu będą zdatne do walki. Niektóre chyba trafią na złom.

– Co z flotą Dominium? Możemy coś wykorzystać?

– Nawet całkiem sporo – przyznała admirał. – Stocznia imienia Potęgi Ludowej wciąż działa. A chociaż nieźle pokiereszowaliśmy siły Dezetów, nadal zostało im ze dwadzieścia siedem jednostek w dobrym stanie, włącznie z okrętem flagowym „Mocarz”. Jeżeli zdołamy obsadzić wszystkie załogami, będziemy dysponować flotą złożoną z ponad osiemdziesięciu jednostek. Na dodatek zyskaliśmy dostęp do technologii jeży, która – co ciekawe – jest lepsza niż nasza.

Douthat przymknęła oczy.

– Ale liczby są mylące. Z tych osiemdziesięciu jednostek tylko połowa nadaje się do walki, chociaż wymaga też mniejszych lub większych napraw. Reszta potrzebuje remontów i sporych ulepszeń. – Spojrzała ponuro na zebranych. – Mówię tu o miesiącach w dokach remontowych.

– Wspomniała pani o czterech aspektach – wtrącił sir Henry.

Admirał skinęła głową.

– Drugi to ludzie. Brakuje nam załóg, a te, które zostały, są wykończone. Problem w tym, że większość naszych baz na Kornwalii znajdowała się blisko stolicy. Gdy Dezeci zbombardowali pałac, wyrządzili też sporo szkód w pobliskich bazach, gdzie stacjonowali nasi ludzie. Zwłaszcza że zaatakowali planetę po raz drugi… – Nie musiała mówić, co się wtedy stało, liczba ofiar wciąż budziła emocje. – Brak załóg to coraz bardziej palący problem – podjęła. – Trzeba jak najszybciej zdecydować, czy chcemy wykorzystać obsady z Dominium na jednostkach, w których nie wystarcza personelu z Victorii.

– A możemy im zaufać? – zapytała wprost królowa Anna.

Admirał wzruszyła ramionami.

– Należy to dokładnie przemyśleć, ale możliwe, że nie będzie innego wyjścia.

– A pozostałe aspekty? – Królowa spojrzała ze znużeniem na Brilla. Ostatnie miesiące nie były dla niej łatwe i choć miała dopiero dwadzieścia dwa lata, wyglądała na czterdziestopięciolatkę po przejściach.

Hiram Brill zastanawiał się, jak sam teraz wygląda.

– Trzeci to wywiad. – Admirał Douthat spojrzała na brata Jonga i uniosła brwi. – Nie mamy żadnego.

Brat Jong uśmiechnął się ze spokojem.

– Skonsultuję się z opatem i sprawdzimy, czy możemy skoordynować jakieś działania agentów w sektorze Tilleke.

Sir Henry nachylił się do admirał.

– A ostatni aspekt?

Douthat zdawała sobie sprawę, że znał odpowiedź równie dobrze jak ona.

– Potrzebny nam sojusznik, a najlepiej paru. Azyl już nam pomaga, jak może, ale to niewielki świat z ograniczonymi zasobami. Arkadia znalazła się pod okupacją Tilleke, więc o pomocy z jej strony można zapomnieć. Światłość dostarcza kluczowych informacji wywiadu, ale nie posiada bazy przemysłowej, którą mogłaby nas wesprzeć… Pozostają zatem Cape Breton, Sybilla i Sułtanat. – Admirał wyliczyła na palcach. – O Cape Breton należy zapomnieć, wypłynęły dowody, że pomagał Dezetom w przygotowaniu pierwszego ataku na Victorię. Nie możemy im zaufać.

Na te ostatnie słowa Hiram Brill skrzywił się lekko. Admirał nie zaufałaby ludziom z Cape Breton, ale rozważała, czy nie wykorzystać załóg z Dominium do obsługi zdobytych okrętów?

– W zasadzie – podjęła Douthat – powinno się zadbać, żeby Cape Breton zrozumiał, jakie konsekwencje grożą za angażowanie się w tę wojnę po stronie Tilleke.

– Zajmę się tym – zapewnił sir Henry. – Będę musiał pożyczyć jeden z pancerników i kilka krążowników, ale nie zabiorę ich na długo.

Królowa Anna skinieniem głowy wyraziła zgodę, po czym spojrzała znowu na admirał Douthat.

– Proszę mówić.

– Wydaje mi się, że jedyne nadzieje możemy pokładać w Sybilli albo w Sułtanacie. Ewentualnie w obu, jeżeli będziemy mieli szczęście. Oczywiście w tej kwestii polegam na sir Henrym, który na pewno znajdzie najlepszy sposób, by się z nimi dogadać.

Sir Henry z namysłem skinął głową. Spodziewał się takiego obrotu sprawy, dlatego sporo czasu poświęcił szukaniu sposobu na skłonienie obu sektorów, by przeszły na stronę Victorii.

– Wasza Wysokość, mam kilka pomysłów, jak się do tego zabrać. Z pewnością będę musiał złożyć wizyty zarówno sułtanowi Balturowi w Sułtanacie, jak i kanclerzowi Houtmanowi w Sybilli. Mogę prosić, żebyśmy omówili je dokładniej po tym spotkaniu?

„Niby jak to ma się udać?” – pomyślał Hiram. Sułtanat i Sybilla były od dawna wrogami, toczył się między nimi spór o planetę przygraniczną. Mieszkańcy Sybilli nazywali ją Essen, Sułtanat zaś Izmir. Był to świat bogaty w metale ziem rzadkich. Oba sektory walczyły o niego wielokrotnie, ostatnia wojna zakończyła się dwadzieścia lat temu. Obecnie planetą rządzili Sybillińczycy, chociaż znajdowała się na obszarze Sułtanatu, który chciał ją odzyskać.

Brill spojrzał na sir Henry’ego, a potem na królową.

– Czy Sybilla i Sułtanat nie zażądają za swoją pomoc wsparcia i przyznania praw do Essen? – zapytał cicho.

Sir Henry i królowa wymienili spojrzenia.

– Dziecięca bezceremonialność – mruknął sir Henry. Królowa z trudem opanowała uśmiech.

– Tak, komandorze – przyznała.

– Ale jeżeli obie strony oczekują deklaracji, że poprzemy ich żądania, co mamy zrobić? – Na jego twarzy odmalowała się ciekawość. – Łamigłówka, jak mi się zdaje…

– Czasami najlepszym podejściem do dyplomatycznej łamigłówki jest po prostu ją ignorować – zauważył spokojnie sir Henry.

– Czasami – dodała królowa Anna – najlepszym postępowaniem jest skupienie się na osiągnięciu własnych celów.

– Skoro nie można rozwiązać cudzych problemów, warto przynajmniej wziąć się za własne – dokończył sir Henry.

– Ale… – Hiram urwał.

Oboje wbili w niego wzrok, a młodzieniec poczuł gorąco na policzkach. Zawsze rumienił się jak smarkacz, gdy uświadamiał sobie, że królowa i jej doradca wyprzedzają go o lata świetlne. A przecież gdy dwóch adwersarzy pragnie uzyskać poparcie dla swoich żądań od jednej strony, a przy tym strona ta potrzebuje przynajmniej jednego z nich u swego boku, a najlepiej obu, wówczas… Och, to było takie oczywiste!

– Obiecamy zarówno Sybilli, jak i Sułtanatowi, że poprzemy ich prawo do Essen.

Królowa Anna i sir Henry nagrodzili go uśmiechami.

– Ale to dość kłopotliwe, prawda? – wytknął Hiram.

– Możliwe – zgodziła się królowa z powagą. – Ale to i tak wspaniała alternatywa w porównaniu z zagładą, nie sądzisz?

– Witaj w świecie dyplomacji – dodał ponuro sir Henry.

ROZDZIAŁ 3

Planeta Christchurch, sektor Victorii

Mąż siostry był następny.

Siostra chodziła w ciąży z pierwszym dzieckiem i miała termin za niecały miesiąc. Jak sama mówiła, czuła się wielka niczym dom.

– Nie wiem, jak wytrzymam jeszcze miesiąc – stwierdziła. – To dziecko chyba po prostu mnie rozerwie.

Na pewno urodzi się chłopiec, przynajmniej tak uważano. To musiał być chłopiec.

Przyszła matka nie sypiała zbyt dobrze, bolało ją w krzyżu i czasami miała chęć zjeść coś dziwnego. Mąż rozpieszczał ją bezwstydnie, wychodził nawet o trzeciej nad ranem, żeby znaleźć pizzę z anchois i salami. Nie odezwał się słowem, gdy żona wyrwała mu karton i praktycznie zjadła tę pizzę na stojąco. Dobrze radził sobie w kuchni, zwykle to on przygotowywał kolację. Utrzymywał też dom we względnej czystości, robił pranie, a nawet przemalował pokój, w którym zamierzali urządzić sypialnię dla dziecka, i przerwał wyjazdy służbowe. Oboje uważali za wielkie szczęście, że mają siebie nawzajem.

Bieżąca operacja była łatwa. Członkowie zespołu zaczekali, aż mąż, który właśnie wracał z kolejnym zamówionym jedzeniem dla żony, wejdzie na jezdnię. Wjechali w niego półciężarówką. Uderzenie odrzuciło mężczyznę na sześć metrów, a samochód przejechał go dla pewności.

Oczywiście zespół sprawdził, czy ofiara nie żyje. Byłoby zaniedbaniem, gdyby tego nie zrobili. Cel został wyeliminowany, więc zespół wsiadł do półciężarówki i odjechał.

Żona dowiedziała się o zdarzeniu dopiero wtedy, gdy do drzwi zapukała policja. Płakała przez trzy godziny, ale nieoczekiwanie przestała, gdy dziecko kopnęło. Zamknęła oczy. Mały wkrótce miał się urodzić. Nie dziś, nie jutro, ale już niedługo. A kobieta musiała zająć się do tego czasu wieloma sprawami. Przede wszystkim trzeba było zorganizować pogrzeb i sprawdzić finanse. Rozejrzała się po małym domu, na który tak ciężko pracowała. Nie zamierzała go stracić – dziecko będzie miało tu dobre warunki.

Ale potrzebowała pomocy. Rodzice nie żyli, pozostał jej tylko brat, John. Przebywał na Kornwalii i pracował dla królowej.

Następnego ranka kobieta wysłała mu wiadomość przez sieć sektora. Powiadomiła, co się stało, i poprosiła, żeby przyleciał jak najszybciej.

ROZDZIAŁ 4

Nova Scotia, planeta stołeczna,

sektor Cape Breton

Wiktoriański pancernik „Lwie Serce” wraz z dwoma wyglądającymi groźnie krążownikami pojawił się bez zapowiedzi na orbicie głównej planety Cape Breton, Novej Scotii.

Dowództwo sił zbrojnych sektora od miesięcy czekało z obawą na tę chwilę. Flotę Cape Breton można by porównać co najwyżej do straży granicznej – nie sprostałaby siłom Victorii, nawet tak zdziesiątkowanym jak teraz. Główni przedstawiciele rządu i wojska na Cape Breton wiedzieli, że ich doradca bezpieczeństwa narodowego pomagał Dominium i Tilleke w wojnie przeciwko Victorii. Krążyły pogłoski, że współdziałał z premierem Taylorem, ale wszyscy, którzy je rozpowszechniali, zginęli w tajemniczych okolicznościach, więc z plotek nic nie wynikło.

Doradca bezpieczeństwa narodowego również nie żył. Znaleziono go z podciętym gardłem, a głowa spoczywała w plastikowej torbie, uszczelnionej taśmą klejącą. Ręce miał skrępowane z tyłu. Z pewnością samobójstwo – jak ocenił główny koroner. Asystentka doradcy, Elizabeth Dreyer, znalazła się pod ścisłą strażą, zamknięta w celi bez okien na zimnej, szarej wyspie Ille d’Entreé.

Podobno samotność w celi doprowadzała ją do szaleństwa.

Minęła godzina. „Lwie Serce” krążył po orbicie synchronicznej nad stolicą planety, miastem Inverness, nie nawiązując kontaktu.

Wreszcie pojedynczy kuter Straży Granicznej zbliżył się powoli do okrętu Floty Victorii, z włączonym transponderem oraz wyłączonymi wszelkimi detektorami oprócz czujników nawigacyjnych. W odległości trzystu mil ustawił się na orbicie równoległej i wywołał „Lwie Serce”.

– Tu kapitan Boosey z pokładu kutra S-15, Straż Graniczna Cape Breton. Czy możemy poprowadzić wasz prom do celu?

– Tu sir Henry Truscott, kapitanie. Występuję jako osobisty wysłannik królowej Anny Radcliff Mendoza Churchill, królowej Victorii oraz protektorki Dominium Zjednoczenia Ludowego. Muszę się spotkać z waszym premierem. Natychmiast.

– Tak jest, sir Henry, zrozumiałem – odpowiedział bez wahania kapitan Boosey. Sir Henry od razu zaczął powątpiewać, czy to zwykły oficer Straży Granicznej. Ktoś taki byłby o wiele bardziej wstrząśnięty, gdyby pancernik i dwa krążowniki wisiały nad stolicą sektora. – Pozostaniemy na naszej pozycji, dopóki nie zgłosi pan gotowości do lotu, a potem będziemy eskortować prom prosto do siedziby premiera. Na tyłach kompleksu znajduje się nieduże lądowisko. Czy mogę założyć, że prom z pańskiego okrętu ma systemy pionowego startu i lądowania?

Sir Henry uniósł brew i zerknął na kapitana Edera. Dowódca okrętu skinął głową.

– Tak, kapitanie. – Sir Henry wstał. – Prom zaraz wystartuje.

A potem skinął na Hirama Brilla i trzech strażników eskorty. Wszyscy ochroniarze wyglądali na twardzieli w opancerzonych kombinezonach bojowych, z pełnym wyposażeniem. Dwóch nosiło lekkie karabiny pulsacyjne, a trzeci taszczył plecak z ogniwami zasilającymi oraz ciężki karabin plazmowy. Oczywiście trzech żołnierzy nie mogłoby obronić ani sir Henry’ego, ani Hirama Brilla, gdyby Bretoni chcieli ich skrzywdzić, ale nie o to chodziło. Żołnierze stanowili przypomnienie, że na pokładzie „Lwiego Serca” jest więcej takich jak oni, a sam okręt dysponuje wystarczającą siłą ognia, aby spalić Cape Breton na popiół.

Cztery minuty później prom opuścił hangar w środkowej części kadłuba i ruszył za kutrem do miasta, leżącego nad dużą zatoką.

– To Inverness – wyjaśnił sir Henry, chociaż Hiram doskonale o tym wiedział.

– Sir Henry, wdzięczny jestem za tę okazję, ale dlaczego chce mnie pan zabrać ze sobą? Kornwalia ma przecież wielu dyplomatów, którzy bardziej by się nadawali do tej misji.

Sir Henry prychnął z pogardą.

– Ci dyplomaci zostali powołani przez księcia Kentu, który stanowił żywy dowód na to, że królowa Beatrice, choć mądra i doświadczona, nie była jednak nieomylna. Powołała swojego młodszego brata, Harolda, wuja Anny, do prowadzenia Ministerstwa Spraw Zagranicznych. I co zrobił? Najpierw zwolnił wszystkich doświadczonych dyplomatów, a potem zastąpił ich kumplami z klubu polo. Zapewne uważał, że każdy, kto potrafi utrzymać się w siodle galopującego rumaka i trafić w drewnianą piłkę, ma wystarczające kwalifikacje, aby poradzić sobie w stosunkach międzyplanetarnych i międzysektorowych. – Zmarszczył gniewnie siwe, krzaczaste brwi. – Ten człowiek był zupełnym imbecylem. W mniej niż dwa lata całkowicie zrujnował ministerstwo. Jedyne, co udało mu się zrobić dobrze, to wybrać dzień bombardowania na wizytę w pałacu. Zginął w stosownym momencie.

– Ale na pewno… – zaprotestował Hiram.

Sir Henry uciszył go machnięciem ręki.

– Patrz i słuchaj, Brill. Właśnie dlatego zabrałem cię na tę krótką wizytę. Po prostu patrz i słuchaj.

Kiedy wylądowali przy siedzibie premiera Cape Breton, wyszedł im na spotkanie wysoki, chudy mężczyzna. Nie okazał zainteresowania ich wizytą, po prostu odwrócił się i bez słowa poprowadził do środka. Hiram obserwował go z rozbawieniem. Ten człowiek najwyraźniej należał do stałego personelu rezydencji, a w swojej karierze służył już wielu premierom, spotkał mnóstwo dygnitarzy i widział niejedną intrygę. W jego wieku – a miał zapewne około siedemdziesiątki – nic już nie mogło go wytrącić z równowagi. Zatrzymał się przy niewielkich, nieoznakowanych drzwiach.

– Sir Henry – oznajmił z powagą – premier czeka w środku. Gabinet jest dość mały. Czy mogę zaproponować, aby pańska ochrona zechciała pozostać przed drzwiami? Polecę przynieść krzesła i przekąski, aby wszystkim było wygodnie.

Kapitan Wilcock, dowódca niewielkiego oddziału ochrony, zjeżył się na tę propozycję, ale sir Henry powstrzymał go gestem.

– Doskonale – zapewnił.

Służący spojrzał znacząco na Hirama. Sir Henry uśmiechnął się lekko.

– To Hiram Brill, osobisty asystent królowej. Będzie mi towarzyszył.

A potem minął służącego, otworzył drzwi i wszedł. Hiram skinął uprzejmie głową. Służący skrzywił się, jakby zjadł cytrynę, a Brill, choć chwila była doniosła, wyszczerzył się jak mały chłopiec, któremu udało się niepostrzeżenie ukraść ciasteczko z kuchni.

Premier Alexander Taylor wstał zza biurka na powitanie przybyłych. Uśmiechał się ciepło i zapraszająco, ale spojrzenie miał zimne i czujne.

– Sir Henry! – Jego wyszkolony głos brzmiał głęboko. – Dawno się nie widzieliśmy!

Premier wyciągnął dłoń do uścisku, ale sir Henry to zignorował i zajął miejsce przy stole. Założył nogę na nogę, strzepnął z kolana wyimaginowany pyłek.

– Rzeczywiście dawno, premierze – przyznał. – I wiele się przez ten czas wydarzyło.

Premier, zaniepokojony, zmarszczył czoło.

– Pragnąłbym złożyć kondolencje w imieniu rządu i mieszkańców Cape Breton z powodu strasznej tragedii, jaka dotknęła Victorię – zaczął, ale sir Henry przerwał mu chłodno.

– Ciekawy dobór słów, premierze. „Tragedia, która dotknęła Victorię”. – Wydął wargi. – Można by sądzić, że to naturalny kataklizm, jak burza słoneczna, trzęsienie ziemi albo erupcja wulkanu, a nie starannie zaplanowany, podstępny atak nuklearny, w którym zostało zabitych prawie trzydzieści milionów niewinnych ludzi oraz wielu członków rządu, w tym także królowa, symbol naszego społeczeństwa. – Sir Henry spojrzał twardo na Taylora. – Słowa mogą być czasami tak… mylące, nie sądzi pan, panie premierze?

Premier Taylor nie należał do ludzi słabego charakteru. Nie zbladł ani nie przestał się uśmiechać, ale Hiram zauważył zmrużenie powiek. Nie chciałby z tym mężczyzną grać w pokera.

– Sir Henry, ma pan prawo czuć gniew, ale musi pan pamiętać, że to była nieautoryzowana akcja paru niesubordynowanych urzędników, którzy nie mają nic wspólnego z rządem Cape Breton. Nic o tym nie wiedziałem i gdy tylko spisek wyszedł na jaw, kazałem aresztować doradcę bezpieczeństwa narodowego i jego asystentkę. – Złożył błagalnie ręce. – Sprawcy stanęli przed trybunałem, sir Henry. Cape Breton nie jest wrogiem Victorii.

Sir Henry z namysłem skinął głową. Wyglądało, jakby się rozluźnił. Spojrzenie skierował w sufit. Hiram na ten widok ukrył uśmiech. Grał z tym mężczyzną w cha’rah i za każdym razem była to trudna rozgrywka, niezależnie od wyniku. Niekiedy Hiramowi wydawało się, że już wygrał, a sir Henry rozluźniał się wtedy i błądził spojrzeniem po suficie, po czym nieoczekiwanie zamykał zasadzkę albo przypuszczał ostateczny atak i gra kończyła się jego zwycięstwem.

Hiram szybko się nauczył, że musi być bardzo ostrożny, gdy sir Henry wygląda na zrelaksowanego.

– Panie premierze, czy dobrze pamiętam, że doradca bezpieczeństwa narodowego był pana bliskim kolegą? – rzucił doradca królowej beznamiętnym tonem.

Premier uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Znałem go, rzecz jasna, należeliśmy do tej samej partii politycznej i razem awansowaliśmy w rządzie, ale nie nazwałbym go bliskim kolegą. Och, z pewnością znajomym, ale…

– A jednak mianował go pan jako pierwszego, gdy tylko został pan premierem – wytknął sir Henry. – Pojawia się także pytanie, jak doradca bezpieczeństwa narodowego mógł wydać rozkaz dziesięciu frachtowcom, aby współpracowały z Dominium podczas inwazji na Victorię. – Uśmiechnął się lekko, jak ktoś, kto docenia własny żart, ale nie ma zamiaru tego okazać. – Zniszczyliście satelitę monitorującego ruch przy tunelu czasoprzestrzennym między Cape Breton i Victorią, ale zapomnieliście o tym drugim, który znajdował się pięćset mil dalej. Odczyty z detektorów pasywnych nie były tak wyraźne, jak od bliższego satelity, ale okazały się wystarczające. Mogliśmy policzyć, ile frachtowców z Cape Breton wspierało atak Dominium. Mój Boże, możemy nawet odczytać ich numery.

Premier Taylor wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale sir Henry powstrzymał go uniesieniem ręki.

– Wydobycie tych danych zajęło nam trochę czasu, ale proszę sobie wyobrazić moje zaskoczenie, gdy okazało się, że frachtowce nie były jednostkami cywilnymi. Były to frachtowce wojskowe, należące do waszej Straży Granicznej. Co więcej, jednostki te stanowią ponad połowę sił zaopatrzeniowych i transportowych Cape Breton. Moim zdaniem ktoś musiał zauważyć ich brak. – Doradca królowej splótł ręce na piersi i spojrzał na premiera.

Hiram nerwowo obejrzał się przez ramię. Zastanawiał się, czy trzech komandosów, których zabrali jako obstawę, wystarczy, żeby dotrzeć z powrotem do promu, jeżeli premier rozkaże aresztować gości z Victorii.

Premier Taylor milczał.

Sir Henry uniósł brwi.

– Czego pan chce? – premier przerwał ciszę.

Sir Henry skinął głową z satysfakcją.

– Oto, czego chcę… czego chce królowa. Cape Breton będzie się trzymać z daleka od wojny między Victorią i Cesarstwem Tilleke. Nie będzie udzielać wsparcia, nie będzie przekazywać informacji wywiadowczych, nie podejmie żadnych tajnych rozmów ani wypraw.

Premier Cape Breton wyraźnie się rozluźnił.

– Jak powiedziałem wcześniej, nasz rząd nie miał nic wspólnego z atakiem Dominium. Daję panu słowo, że Cape Breton nie będzie w żaden sposób pomagać ani wspierać Cesarstwa Tilleke w sporze z Victorią.

Sir Henry rozpromienił się jak sztubak.

– Wspaniale! Po prostu wspaniale. Z chęcią przyjmę pańskie słowo dżentelmena, jednak niektórzy z naszych wojskowych nie są tak spolegliwi. – Uśmiechnął się znowu. – Nie, wielu z nich chce bombardować pańską planetę pociskami kinetycznymi, dopóki oceany się nie zagotują, a kontynentów nie pokryje popiół. – Roześmiał się tubalnie i uderzył w stół. – Doprawdy, ci nasi admirałowie! Rozmowa z nimi przypominała negocjacje z Hunem Attylą! – Wspomnienie wywołało kolejny atak śmiechu. – Na szczęście zgodzili się, że wystarczy po prostu objąć sektor kwarantanną wojskową.

Premier Taylor zamrugał zaskoczony.

– Kwarantanną?

Wesołość zniknęła z twarzy sir Henry’ego w okamgnieniu.

– Tak, premierze, kwarantanna wojskowa. Podczas naszej rozmowy okręty Victorii, z którymi tutaj przyleciałem, rozstawiły platformy z wyrzutniami rakietowymi na orbicie wokół tej planety. Każda jednostka, która spróbuje się zbliżyć do Novej Scotii, zostanie ostrzeżona i poproszona o zawrócenie. Jeżeli któraś nie posłucha, zostanie natychmiast zniszczona. Zamierzamy utrzymać tę kwarantannę, dopóki nasz spór z Cesarstwem Tilleke nie zostanie rozwiązany.

– Ale… – Premier Taylor aż się zatchnął. – Ale prowadzimy handel międzyplanetarny, nasza ekonomia…

– Trzeba było o tym pomyśleć, zanim związał się pan z Dominium i pomógł w ataku na Victorię – odparł beznamiętnie sir Henry. – Powinien być pan wdzięczny, że nie zrównałem z ziemią tutejszych miast i nie stopiłem pól uprawnych na kwarc. – Pochylił się, nie spuszczając wzroku z premiera. – Mam jeszcze dwa warunki.

Hiram stłumił uśmiech. Sir Henry powiedział „warunki”, ale nie było wątpliwości, że w rzeczywistości stawiał po prostu żądania.

– Jakie konkretnie? – zapytał chłodno premier.

– Po pierwsze, z waszej Straży Granicznej oddacie nam jednostki zaopatrzeniowe oraz patrolowe powyżej pięćdziesięciu tysięcy ton masy. Niech przylecą do nas za dwa dni. Komputery pokładowe mają być w pełni sprawne. Nie wolno wam wymazywać baz danych, pamięci ani sztucznych inteligencji.

Taylor poczerwieniał jak burak, ale zanim otworzył usta, aby zaprotestować, sir Henry ponownie uciszył go uniesieniem ręki.

– Spokojnie, premierze Taylor, te jednostki zostaną zwrócone, gdy tylko zakończy się nasza kampania przeciwko Tilleke – zapewnił.

Premier wydął usta.

– A drugi warunek?

– Elizabeth Dreyer zostanie przekazana w nasze ręce. Jeszcze dzisiaj.

Hiram zmarszczył brwi. O co chodziło? Przecież Dreyer była w więzieniu, prawda?

Ale wtedy spojrzał na premiera.

Taylor pobladł jak kreda. Kiedy sięgnął po szklankę wody, ręka mu drżała. Hiram zerknął na sir Henry’ego. Starszy mężczyzna przyglądał się premierowi z kamienną twarzą.

O Boże! Hiram nareszcie zrozumiał, o co chodzi, choć nie znał szczegółów. Co za bezwzględność…

– Ale! – wybuchł premier. – Nie ma takiej potrzeby! Przecież jest w więzieniu. Niczego już nie zrobi. Doprawdy, sir Henry, to zupełnie niepotrzebne…

Sir Henry bez słowa wyciągnął tablet, włączył go i puknął w jedną z ikon. Na ekranie pojawiło się wideo przedstawiające piękną blondynkę, która ze śmiechem podnosiła małe dziecko. Gdy zakręciła się z nim w ramionach, oczy jej błyszczały, a twarz promieniała w uśmiechu. Dziecko, jasnowłose jak jego matka, piszczało z zachwytu. W tle widać było miejski park. Park w pobliżu centrum Inverness.

Premier obejrzał film z ledwie tłumionym przerażeniem. I z głębokim smutkiem.

– Nagranie zrobił wczoraj jeden z naszych agentów – stwierdził sir Henry bez emocji. – Nie wygląda to na więzienie, nieprawdaż, panie premierze?

Wydawało się, jakby Taylor postarzał się o dziesięć lat. Przygarbił się, zamknął oczy.

– Proszę – wydusił ochryple. – Proszę.

Sir Henry po raz kolejny uderzył dłonią w blat.

– Coś ty sobie myślał, człowieku? Wysłałeś własną córkę! Myślałeś, że obejdzie się bez konsekwencji?

Hiram zesztywniał. Elizabeth Dreyer była córką premiera?

– Weźcie mnie. – Taylor zdołał się już opanować. – Nie potrzebujecie jej, macie mnie.

– Nie, premierze. – Sir Henry pokręcił głową. – Potrzebujemy pana tutaj. Ktoś musi pilnować wojskowych. Córka będzie gwarancją pańskiego posłuszeństwa i dobrej woli. Proszę to mieć na uwadze.

A potem wstał.

– Oczekuję, że zostanie doprowadzona na nasz prom w ciągu godziny.

Premier Taylor znowu się zaczerwienił z gniewu, jak człowiek, który znalazł się pod ścianą.

– To nie do pomyślenia…

– Milczeć! – Sir Henry spojrzał na niego zimno. – Chciałeś grać o wysokie stawki, ty głupi, samolubny sukinsynu. No to zagrałeś i przegrałeś. A teraz już wiesz, co oznacza przegrana. – Zbliżył się do premiera tak, że ich twarze znalazły się zaledwie o centymetry od siebie. – Przyczyniłeś się do zamordowania trzydziestu milionów moich ludzi! Trzydzieści milionów! Masz szczęście, że nie zabierzemy ciebie, twojej córki oraz tej ślicznej wnuczki, a potem nie wyrzucimy w kosmos bez skafandrów.

Premier Taylor długo spoglądał mu w oczy, ale przezornie nie odezwał się ani słowem.

***

Później, po powrocie na „Lwie Serce”, które skierowało się do sektora Victorii, Hiram usiadł w kabinie sir Henry’ego, aby przy brandy przeanalizować przebieg spotkania. Penelopa McCrutchen, siwowłosa i ponura asystentka sir Henry’ego od ponad trzydziestu lat, zajęła miejsce w kącie i przygotowała się do zrobienia notatek.

– Myśli pan, że Taylor dotrzyma umowy? – zapytał Hiram.

– Tak sądzę. – Sir Henry z zadowoleniem napił się brandy. Spotkanie z Taylorem przebiegło lepiej, niż się spodziewał. – A w razie czego platformy z pociskami i miny mocno spowolnią siły Bretonów. Gdyby jednak udało im się wydostać, zostaniemy ostrzeżeni przez drony.

– A co z córką i wnuczką premiera?

– Z mojej strony nic im nie grozi. – Sir Henry machnął ręką. – Ale lepiej, żeby premier o tym nie wiedział, prawda? Włos im z głowy nie spadnie. Ukryjemy je gdzieś w dobrych warunkach i oddamy, gdy to wszystko się skończy. – Ziewnął, ale szybko zasłonił usta dłonią, wyraźnie zawstydzony, że okazał zmęczenie. Nie lubił przyznawać się do słabości. – Najważniejsze, że Cape Breton został zneutralizowany.

– A co z Sybillą i Sułtanatem? – zaciekawił się Hiram.

Sir Henry zmarszczył brwi.

– Hm… To będzie wymagało nieco bardziej wyrafinowanego podejścia. Czytałeś opracowanie dotyczące sporu o Essen, które przygotowała pani McCrutchen, prawda?

Oczywiście, że Hiram przeczytał. Pomiędzy sektorem Sybilli a Sułtanatem nie było bezpośredniego tunelu czasoprzestrzennego, jednak występowały silne pływy grawitacyjne, które pozwalały statkom docierać tam w ciągu czterech lub pięciu miesięcy. Planeta Essen znajdowała się w Sułtanacie, tuż przy granicy. Stanowiła punkt sporny, ponieważ Sybillińczycy odkryli ją przypadkowo jako pierwsi. Eksploatowali ją przez pięćdziesiąt lat, dopóki nie natknęły się na nich statki Sułtanatu. Sułtanat natychmiast ogłosił, że planeta prawnie należy do niego ze względu na położenie. Sybilla zaprzeczyła, powołując się na prawo odkrywcy. Od tamtej pory rządy obu sektorów nieustannie spierały się o to, do kogo należy glob. Każda ze stron złożyła oficjalne deklaracje w Trybunale Najwyższym Ligi Światów, żądając wyłącznego prawa do eksploatacji złóż mineralnych. Chociaż prawnicy wypełnili mnóstwo dokumentów i przeprowadzili wiele rozpraw, Sułtanat i Sybilla starały się mimo wszystko przejąć i utrzymać jak najwięcej terenów na planecie, w myśl zasady, że posiadanie to dziewięć dziesiątych prawa, niezależnie od opinii kauzyperdów.

Sybilla zdobywała przewagę w tym sporze, ponieważ miała liczniejszą flotę kosmiczną. W końcu przepychanki między obiema społecznościami eskalowały i stały się o wiele bardziej brutalne. Statki górnicze po obu stronach zaczęły znikać. Budowana właśnie przez Sułtanat elektrownia eksplodowała, w wybuchu zginął cały personel.

Polała się krew. Zaogniony spór nieuchronnie zamieniał się w wojnę.

– Jeżeli obiecamy nasze poparcie zarówno sułtanowi, jak i kanclerzowi Sybilli, na pewno wyjdzie to na jaw – zaoponował Hiram. – A wtedy stracimy szanse, bo obie strony odmówią nam pomocy.

Sir Henry upił brandy i ostrożnie odstawił lampkę na stolik.

– Może tak – mruknął z namysłem. – A może nie.

Hiram popatrzył na niego uważnie.

– Czy to nie przypomina sytuacji dziewczyny, która umówiła się na randkę z dwoma chłopakami tego samego wieczoru? Wcześniej czy później zostanie przyłapana.

– Oczywiście. Ale do tego czasu obaj mężczyźni będą jeść jej z ręki. – Sir Henry uśmiechnął się lekko. – Wszystko zależy od dobrego rozplanowania w czasie.

W kącie kabiny pani McCrutchen prychnęła z dezaprobatą.

– Ach, pani McCrutchen, byłaby pani tak miła i przyniosła mnie i młodemu Hiramowi trochę kawy? – poprosił uprzejmie sir Henry.

Pani McCrutchen posłała mu gniewne spojrzenie.

– Na pewno nie! Jestem pana asystentką, nie pokojówką. Pilnuję pańskiego planu spotkań, przygotowuję notatki i memoranda oraz staram się, aby wszystko przebiegało jak należy, chociaż wiem, że nie doczekam się za to podziękowań! A pan śmie jeszcze prosić, żebym przynosiła kawę jak jakaś niedorobiona sekretarka? – Zerwała się z krzesła i zebrała swoje notatki. – Idę spać! Przypomnę tylko, sir Henry, że ma pan spotkanie z królową, niech bogowie ją chronią, gdy tylko pan wyląduje.

Po czym pani McCrutchen wymaszerowała oburzona z kabiny, mamrocząc pod nosem obelgi. Hiram byłby zszokowany, gdyby nie widział już podobnej sceny ze dwadzieścia razy. Sir Henry i pani McCrutchen mieli długą wspólną historię.

– Pewnego dnia zaskoczy pana i przyniesie tę kawę – stwierdził Hiram z rozbawieniem.

– Tylko wtedy, gdy postanowi mnie otruć – prychnął sir Henry.

ROZDZIAŁ 5

W pobliżu Ouididi w górach Pelion

– Przede wszystkim starają się wywołać poczucie beznadziei. – Danny Eitan nie patrzył na nią, lecz w dal, na góry otaczające kotlinę. Poniżej drzewa shatah mallah kołysały się w porannym wietrze, a ich drobne liście falowały jak woda. Był to jeden z najpiękniejszych krajobrazów, jakie Cookie widziała w życiu. Drzewa naprawdę zdawały się tańczyć z Bogiem.

– Gwałcili mnie – oznajmiła beznamiętnie. – Gwałcili mnie miesiącami. Wiśniowskiemu odcięli ręce i przywiązali mu je na szyi, a kiedy któreś z nas stawiało choćby najmniejszy opór, grozili, że odetną mu też stopy.

Nie płakała, miała już dość płaczu.

Danny skinął głową.

– Oczywiście. Lubili sprawiać ci ból. Rozmawiałem raz z takim, jak oni. Powiedział, że seks był fajny, ale największą frajdę sprawiało mu, jak krzyczałem, gdy mnie brali.

Cookie odwróciła się, aby popatrzeć mu w twarz. Danny uśmiechnął się słabo i skinął głową.

– Byłem młodym komandosem, świeżo po szkoleniu. Posłano mnie na posterunek wydobywczy. Znaleziono tam zyryd, duże złoże, dlatego Victoria przydzieliła kopalni ochronę. Poleciało trzydziestu żołnierzy, sierżant i podporucznik. – Pokręcił głową. – Do dziś nie mam pojęcia, jak piraci dowiedzieli się o tej asteroidzie i skąd wzięli jej namiary, ale zbliżyli się niepostrzeżenie, zakamuflowani, wysadzili śluzę i dokonali abordażu. Sierżant Harstad zginął już na początku. Może gdyby przeżył, sprawy potoczyłyby się inaczej… Nasz porucznik nie wiedział, co robić, więc dość szybko zostaliśmy wyłapani. Myślałem, że po prostu zginiemy, ale piraci załadowali nas na statek, wszystkich ośmiu, którzy jeszcze trzymali się na nogach, oraz porucznika. Zabrali też wydobyty zyryd i odlecieli.

Cookie skrzywiła się mimowolnie. Piraci byli najgorsi. Gdy się miało szczęście, można było odzyskać wolność za okup od rodziny lub rządu. Jeżeli jednak nie przedstawiało się szczególnej wartości, trafiało się na targ niewolników, a stamtąd albo do arkadyjskich kopalń, albo do niezależnych konsorcjów wydobywczych. A jeżeli miało się prawdziwego pecha, pozostawało się u swoich oprawców. Piraci wykorzystywali mężczyzn do prac górniczych przy wydobywaniu „wielkiego zeta” lub innych surowców, a kobiety po prostu wykorzystywali.

Cookie zrozumiała już, dlaczego matki nalegały, aby poszła na patrol okolic Ouididi z Dannym. Przeżył coś równie koszmarnego jak ona.

– Ile czasu? – zapytała cicho.

Danny popatrzył na nią bez emocji.

– Dziesięć miesięcy, szesnaście dni i trzy godziny.

Wzdrygnęła się. Sama spędziła w niewoli siedem miesięcy i omal nie oszalała. Uśmiechnęła się ponuro. Niektórzy uważali, że naprawdę oszalała. Właśnie dlatego Emily Tuttle zabrała ją do Azylu, do osady wysoko w górach. Uznała, że tylko tutaj Cookie będzie miała szansę otrząsnąć się z najgorszych przeżyć i przekonać, że nadal ma dużą wartość dla oddziałów specjalnych Jej Królewskiej Mości.

Wraz z Dannym ruszyli dalej ścieżką meandrującą między zagajnikami shatah mallah, a potem przez górską łąkę otoczoną smukłymi drzewami o białej korze i drobnych zielonych liściach. Cookie nie znała tego gatunku.

– To brzozy – wyjaśnił Danny. – Zostały przywiezione z Ziemi przez pierwszych kolonistów. Dobrze się zaaklimatyzowały w tutejszych górach.

Po drugiej stronie łąki dostrzegli małe stado sambarów. Zwierzęta były duże, w kłębie osiągały prawie trzy metry. Cookie zatrzymała się i zapatrzyła. Sambary wyglądały pięknie – silne i atletyczne. Przypominały łosie, chociaż łosie chyba nie były takie duże. Byk miał dwa rogi, zakrzywione groźnie do przodu, a łaniom wyrastał jeden spiralny, przypominający kształtem spiczastą muszlę.

„Piękne” – pomyślała Cookie po raz kolejny. „I zapewne niebezpieczne”.

Zwierzęta uniosły głowy, gdy dostrzegły ludzi, po czym wróciły do jedzenia trawy, choć ich obojętności przeczyło zachowanie samca, który stanął między młodymi a potencjalnym zagrożeniem.

Danny z satysfakcją pokiwał głową.

– Kojący widok – wyjaśnił. – Gdyby w pobliżu było stado groginów, sambary już by uciekały. Wycofajmy się stąd powoli i pozwólmy się im paść.

– Jak się bronią przed drapieżnikami? – zapytała cicho Cookie. – Uciekają czy walczą?

– Zmykają, aż się kurzy. Założę się, że w życiu czegoś takiego nie widziałaś. Potrafią skakać wyżej niż konie. Głównym zagrożeniem dla sambarów są groginy, nie tak szybkie, ale wytrzymalsze. Zwykle groginy dopadają sambara, gdy się zmęczy i zwolni. Oczywiście sambary mogą walczyć, te rogi nie służą tylko do ozdoby, ale przeciwko więcej niż trzem, czterem groginom… Cóż… – Wzruszył ramionami. Natura była właśnie taka.

– Sambary nie walczą w grupach?

Danny zastanowił się nad odpowiedzią.

– Jeżeli w stadzie są młode, jeden lub dwa byki potrafią zawrócić i walczyć jak najdłużej, żeby reszta stada zdążyła uciec. Nie zawsze to działa, czasami groginy po prostu omijają byki i kontynuują pogoń za stadem. Jeżeli jednak zaatakują, jest co oglądać. Stąd nie widać, ale rogi sambarów mają nie tylko ostry szpic, lecz także krawędź, więc jeżeli byk znajdzie się blisko groginów, rzuca łbem na boki i tnie jak diabli. Może też nadziać grogina na rogi. Bardzo skuteczne. Łanie, które mają tylko jeden róg, używają go jak włóczni, zwłaszcza że ich róg jest dłuższy niż u byków. Dlatego łanie częściej dźgają groginy, niż tną.

Cookie z podziwem spojrzała na ogromne zwierzęta.

– Jeśli potrafią stanąć do walki w grupie, jak mogą przegrać?

Danny westchnął.

– Tak samo, jak wszyscy silni i waleczni wojownicy… Ulegają miażdżącej przewadze liczebnej przeciwnika.

Dopiero wtedy Cookie zrozumiała, że nie mówił już o sambarach.

***

Wycofali się do lasu i skierowali z powrotem do osady. Cookie wciąż myślała o wielkich zwierzętach. Wyglądały tak majestatycznie. Danny wybrał szlak, który mijał wodospad, a potem przecinał łąkę z dzikimi kwiatami, pachnącymi trochę jak mięta.

– Byłem osiemnastoletnim szeregowcem, świeżo po obozie szkoleniowym, zupełnie nieopierzonym. Właśnie dostałem swój pierwszy przydział – opowiadał Danny. – Byłem młody, zadziorny i pewny siebie. Nie miałem o niczym pojęcia, ale nikt nie zdołałby mnie o tym przekonać. Ot, gówniarz zielony jak trawa na wiosnę i głupi jak but.

Cookie wolałaby nie pytać, ale nie mogła się powstrzymać.

– Co się stało?

Danny zatrzymał się, przez twarz przemknął mu cień złych wspomnień.

– To, czego należało się chyba spodziewać. – Splunął na ziemię. – Potrzebowali niewolników, tyle że pokornych. Dlatego wzięli naszego porucznika i zabili naprawdę powoli na naszych oczach. Jako przykład. – W zamyśleniu przetarł usta. – Mówię ci, nigdy wcześniej ani później nie widziałem czegoś podobnego i modlę się do Najwyższego, żebym nigdy więcej nie zobaczył. Nasz porucznik, ten biedny drań, też był młody i głupi, ale w swoich ostatnich godzinach przeżył prawdziwe piekło, zanim oprawcy pozwolili mu wreszcie umrzeć. – Danny popatrzył w niebo. – Wciąż mi się śni, chociaż minęło już tyle lat. Porucznik Larsen. Nawet nie wiem, jak miał na imię. Piraci zmusili nas do patrzenia, co mu robią, a potem założyli nam obroże elektryczne i zamknęli w ładowni bez wody i jedzenia na trzy dni.

Pokręcił głową.

– Wydawało nam się, że to koszmar – prychnął ironicznie. – Nie mieliśmy pojęcia, co jeszcze nas czeka. Po trzech dniach ledwie mogliśmy ustać, a pragnienie doprowadzało nas do szaleństwa. Wtedy przyszli znowu piraci. Brali nas po jednym i gwałcili. Po dwóch lub trzech na jednego… – westchnął. – I to było najgorsze. Po prostu.

Cookie przypomniała sobie Schrodera i jego małą bandę oprawców. Wzdrygnęła się.

– Byłem chłopcem. W tym wieku poczucie męskości jest dość chwiejne. Och, uprawiałem już seks, ale nie było to nic poważnego, żadnych związków. Żyłem tu i teraz. Nie rozumiałem, że istnieją dobre lub złe chwile i trzeba się spiąć, aby przetrwać te złe najlepiej, jak się da. Nie wiedziałem, że po złych czasach nadchodzą dobre, o ile tylko wytrzyma się wystarczająco długo. Nie miałem wtedy poczucia, że bycie mężczyzną oznacza odpowiedzialność za siebie i za tych, którzy na mnie polegają. To przychodzi później, jeśli się ma szczęście…

Skrzywił się lekko do swoich myśli.

– Ach, gdy miałem osiemnaście lat, wydawało mi się, że męskość polega na tym, żeby nie ulec podczas bójki w barze i pokazać, że jest się równie silnym, jak każdy inny facet w okolicy. – Zaśmiał się bez radości. – Byłem zarozumiałym dupkiem. Oczywiście nie miałem o tym pojęcia. A potem nagle znalazłem się o krok od śmierci z pragnienia, gwałciło mnie trzech piratów, a kiedy próbowałem stawiać opór, wybuchali śmiechem, serwowali mi elektrowstrząs z obroży, a potem zabierali się do mnie od nowa.

Zatrzymali się wśród lasu. Z drzew niosły się odgłosy dziczy – ćwierkanie ptaków, skrzeczenie jakiegoś zwierzęcia podobnego do wiewiórki oraz szum liści na wietrze. Danny zerknął na Cookie, ale spojrzeniem sięgał w przeszłość, jakby chciał pocieszyć dawnego siebie w godzinie próby.

– Upokorzenie prawie mnie zabiło – wyznał. Cookie nie miała wątpliwości, że to było dla niego jak spowiedź. – Ten akt czystej nieprawości… Byłem tak cholernie zawstydzony. Nie mogłem się bronić, nie mogłem powstrzymać oprawców. Rozpłakałem się, a piraci ze śmiechem wepchnęli mnie do ładowni i zabrali kolejnego, żeby poddać go podobnym torturom. Popełniłbym pewnie samobójstwo, gdybym tylko zdołał wymyślić jakiś sposób. Śmierć wydawała się wtedy tak niewielką ceną za uwolnienie się od wstydu… Ogarnęło mnie poczucie całkowitej beznadziei. Chciałem po prostu ze sobą skończyć.

Odwrócił się i ruszył dalej. Cookie poszła za nim, starając się opanować własne wspomnienia.

– Jak udało ci się przeżyć? – zapytała w końcu.

Danny odetchnął głęboko.

– Miałem trochę szczęścia i wielką pomoc. Był tam marine, jeden z naszych, chuchro. Chudy, cichy i trochę nerwowy. Przechodził szkolenie w tym samym obozie, co ja. Instruktorzy zawsze czepiali się go najbardziej. Nic nie robił dobrze, nikt go nie chciał w plutonie. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak udało mu się przejść szkolenie i trafić do jednostki. Szeregowy Percival Stratton. Oczywiście przezwaliśmy go Percy, choć tego nienawidził. Piraci obeszli się z nim tak samo, jak ze mną i resztą, potem wrzucili z powrotem do ładowni. Nie mieliśmy ubrań, więc siedzieliśmy tam nadzy i posiniaczeni, szlochając i starając się nie myśleć, co nam zrobiono. Piraci zniszczyli nasze morale, na naszą wolę walki nie warto było nawet splunąć. Wszyscy stracili ducha, tylko nie Percy. Przykro to mówić, ale tak było.

Cookie skinęła głową. Rozumiała to aż za dobrze.

– Co zrobił Percy?

Danny parsknął śmiechem.

– Wtedy niezbyt to do mnie docierało, ale teraz już wiem, że nasz cherlak miał jaja jak grejpfruty. Trudno to sobie wyobrazić. Każdy z nas był od niego większy i silniejszy, każdy mógł go załatwić jednym ciosem, a jednak tylko on się nie poddał. Wstał i powiedział, żebyśmy przestali się mazać jak małe dziewczynki. – Zerknął na Cookie. – Bez obrazy, sierżant Sanchez, ale to właśnie jego słowa.

Cookie z powagą skinęła głową.

– Słyszałam to powiedzenie raz czy dwa.

– Percy kazał, żebyśmy przestali płakać – podjął Danny. – Stwierdził, że piraci paskudnie się z nami obeszli, więc teraz nasza kolej. Nie miało to żadnego sensu, biorąc pod uwagę, że byliśmy zamknięci, bez broni i ubrań, za to z tymi cholernymi obrożami na szyjach. A wtedy… – Danny zawiesił głos, aby podkreślić nadchodzącą puentę. – A wtedy oznajmił, że musimy wymyślić, w jaki sposób przejąć statek. Przejąć statek! Na Boga! Przestaliśmy szlochać, a jakże. Nikt nawet nie drgnął, wszyscy popatrzyliśmy na niego jak na wariata.

Danny uśmiechnął się pod nosem na to wspomnienie.

– Potem Percy wyjaśnił, że piraci zapewne wykorzystają nas do wydobywania zyrydu na asteroidach, więc kiedy się tam znajdziemy, mamy się rozglądać i słuchać uważnie, a nocą będziemy przekazywać reszcie, co widzieliśmy i słyszeliśmy podczas pracy, aby odkryć słabe punkty naszych oprawców.

Tym razem nie powstrzymał się i wybuchł tubalnym śmiechem, który spłoszył kilka ptaków.

– Wyobraź sobie, właśnie przeszliśmy tortury i upokorzenia, o jakich woleliśmy nawet nie myśleć, a Percy zaczął przydzielać każdemu zadania i wyjaśniać, za czym dokładnie należy się rozglądać. Niewiele to było, ale jednak coś.

– Misja – dopowiedziała Cookie. – Nadzieja.

Danny skinął głową.

– Dość słaba, ale jednak misja. A wraz z nią zakiełkowała w nas nadzieja.

– Udało się?

Danny znowu prychnął.

– Jasne, że nie! Nie mieliśmy żadnych szans, ale byliśmy zbyt głupi, żeby to rozumieć. A Percy… Cóż, Percy wciąż zlecał nam zadania i zbierał informacje. Ilu jest strażników? Kiedy się zmieniają? Czy jedzenie przynoszą wciąż ci sami, czy codziennie ktoś inny? Gdzie znajduje się pokładowy arsenał? I tak w kółko.

– A gdy nie zajmowaliście się zwiadem?

– Pracowaliśmy przy wydobywaniu zyrydu – westchnął. – Straciliśmy paru ludzi. Piraci robili to, co zawsze. Ciągnęło się to miesiącami. Aż pewnego dnia nagle pojawili się żołnierze z Victorii i byliśmy uratowani. – Pokręcił głową z uśmiechem. – Tak po prostu. Jednego dnia byliśmy niewolnikami, a następnego zostaliśmy uwolnieni.

Uniósł głowę i przez chwilę wpatrywał się w chmury.

– Marines zrobili mi psychoskan i od razu wysłali do izolatki. Lekarz zapytał, co mi się stało, więc mu opowiedziałem. Ze wszystkimi szczegółami. Wyglądał na skrępowanego, popatrzył na mnie, jakbym był brudny albo splugawiony. Już wcześniej czułem wstyd, ale wtedy do tego wstydu doszedł gniew. Wdałem się w parę bójek, zacząłem za dużo pić.

– Pijany i wściekły – rzuciła Cookie z rozbawieniem. – Zupełnie jak wszyscy znani mi marines.

Danny uśmiechnął się blado.

– Dowódca kompanii wezwał mnie i powiedział, że mam wziąć półroczny urlop, żeby dojść do siebie. Pójść na terapię, jeśli trzeba. A gdy wrócę, zastanowi się, czy jeszcze nadaję się do służby.

– Czyli albo się pozbierasz, albo wylecisz z marines – skomentowała Cookie. Wiedziała, jak to działa. Miała niewiarygodne szczęście, że Emily wmieszała się w jej sprawę.

– Nie powiedział tego głośno, ale tak właśnie należało to rozumieć.

– I co zrobiłeś?

– Poleciałem tutaj, na Azyl. Ze wszystkich planet sprzymierzonych z Victorią ta wydawała się najmniej zaludniona. Wciąż panowała tu dzika przyroda i otwarte przestrzenie. Pomyślałem, że spędzę trochę czasu na łonie natury.

Cookie odetchnęła głęboko i spojrzała w dolinę, gdzie shatah mallah kołysały się na wietrze.

– A teraz przyszła kolej na mnie – stwierdziła w zamyśleniu.

Danny nie odpowiedział. Dziewczyna spojrzała na niego.

– Jak sobie poradziłeś?

– Miałem szczęście. Amin i Aisza przyjęli mnie do pracy. Zajmowali się oprowadzaniem wycieczek po świątyni Ait Driss. Stare czasy. Byli nowożeńcami i nie mieli jeszcze dzieci. – Uśmiechnął się z rozrzewnieniem. – Niektóre z naszych wypraw w góry okazały się… nieoczekiwaną przygodą. Dzięki temu odzyskałem nieco pewności siebie.

– A potem?

– Miałem jeszcze więcej szczęścia. Pod koniec urlopu, gdy zdecydowałem się wrócić do armii, Aisza i Amin oświadczyli, że byliby dumni, gdybym dołączył do ich małżeństwa. – Danny uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Służyłem jeszcze przez piętnaście lat, ale na każdej przepustce gnałem do Azylu. A reszta jest historią.

Cookie zmarszczyła brwi.

– I tyle? – rzuciła z niedowierzaniem. – Wziąłeś ślub i już było ci lepiej? Koszmary, które przeżyłeś, po prostu zniknęły?

Danny popatrzył na nią ze spokojem.

– Nie wyciągaj pochopnych wniosków, dziewczyno. Małżeństwo dało mi coś, czego wcześniej nie miałem, coś, na czym mogłem się oprzeć. Nie było łatwo, a rezultaty nie pojawiły się od razu, ale z czasem pozbierałem się do kupy. Wymagało to mnóstwa pomocy Aiszy i Amina, ale dałem radę. Wszystko zaczęło się układać, gdy pokochało mnie dwoje dobrych ludzi. – Wzruszył ramionami. – Będziesz musiała sama odkryć, co działa na ciebie. A co ważniejsze, musisz chcieć to odnaleźć.

Cookie już miała odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Resztę drogi do Ouididi przebyli w milczeniu. W osadzie czekały na nich matki.

– Emily i Rafael musieli wracać do Victorii – powiedziała Leila do Cookie. – Możesz zostać jeszcze parę dni, a potem złapać jeden z frachtowców, które kursują codziennie z zaopatrzeniem. – Zmierzyła dziewczynę wzrokiem. – Wycieczka się udała?

Pytanie było znaczące i obie doskonale o tym wiedziały. Leila była jednak kobietą, która okazała Cookie tylko życzliwość i wsparcie, dlatego dziewczyna odpowiedziała szczerze:

– Zaczynam dostrzegać, że na świecie jest wiele piękna i równie wiele bólu.

Leila pokiwała głową.

– Owszem. – A potem wskazała na kuchnię. – Zostawiłam dla was kolację, lepiej zjedzcie, zanim zleci się szarańcza. To znaczy dzieci.

Cookie jadła w zamyśleniu, wspominając całodniową wyprawę. Piękno gór. Majestatyczne sambary. Po kolacji przeszła się po domu i w końcu stanęła pod uchylonymi drzwiami do pokoju Nouar.

Dziewczynka leżała w łóżku i przeglądała zdjęcia na tablecie. Początkowo Cookie sądziła, że to fotografie gwiazd filmowych albo sławnych sportowców, ale na jednej dostrzegła grogina, a potem sambara na skalistej turni.

– Są wspaniałe, Nouar! Skąd je masz?

Nouar podniosła wzrok, a na jej twarzy odmalowało się zmieszanie i duma.

– Sama je zrobiłam – przyznała trochę nieśmiało.

Cookie usiadła przy niej na łóżku.

– Mogę zobaczyć? – Wskazała tablet.

Nouar podała jej urządzenie i Cookie przez parę minut przeglądała kolejne zdjęcia. Kilka przedstawiało młode groginy podczas zabawy. Były bardzo wyraźne.

– Niesamowita ostrość. Jak zdołałaś podejść tak blisko? To niebezpieczne.

Zastanawiała się, czy Nouar nie dobrała się do wojskowego hełmu brata. Z dokładnie oczyszczonym wizjerem i odpowiednim oprogramowaniem można by zrobić takie fotografie z dużej odległości. Chyba…

– Stryj Yael podarował mi nikona 951-DS – wyjaśniła dziewczynka. Cookie rozpoznała markę cywilnych gogli z wbudowanym sprzętem rejestrującym. Oczywiście w cywilnych goglach, podobnie jak w hełmie wojskowym, znajdowały się plastikowe soczewki pokryte kleistą substancją, którą można było zmieniać ogniskową, zupełnie jak w dawnych obiektywach aparatów fotograficznych. Obecnie jednak wystarczyło tylko spojrzeć na cel, dopasować ostrość i zbliżenie, aby uzyskać obraz pożądanego obszaru, a potem po prostu zrobić zdjęcie.

Oprogramowanie w hełmie wojskowym, jaki nosiła Cookie, działało podobnie, ale zamiast robić zdjęcia, wykorzystywano je do rozpoznania zagrożenia ze strony wroga, wzywania artylerii i wsparcia powietrznego albo ustawienia natężenia ognia w broni.

– DS jest całkiem niezły – pochwaliła się Nouar. – Można bardzo szybko robić zdjęcia nawet w słabym świetle, pamięć podręczna wystarcza na dwa tysiące obrazów albo godzinę filmu, ma stukrotne zbliżenie… – Skrzywiła się. – Spore zbliżenie, ale nawet filtr wirtualnej rzeczywistości nie zapobiega poruszeniom obrazu, więc potrzebny jest stelaż, żeby oprzeć podbródek…

– Jasne – zgodziła się Cookie. – Rozumiem już, jak udało ci się zrobić takie ostre zdjęcia, ale nadal nie wiem, jak zdołałaś podejść tak blisko do groginów? Przecież mogły cię zaatakować!

– Och, wcale nie – roześmiała się Nouar lekceważąco. – To nic trudnego, pożyczyłam po prostu strój maskujący Amina. Dopóki jestem okryta ziemią i liśćmi, które maskują mój zapach, mogę podejść do groginów niezauważona.

Cookie zawsze uważała, że dzieci, które mówią do rodziców po imieniu, są dziwne.

„Ale gdy się żyje z trzema ojcami, wołanie »tato« może okazać się nieco problematyczne” – pomyślała z ironią. A potem przypomniała sobie o sambarach, które widziała w górach, i majestatycznych drzewach na tle błękitnego nieba i białych, postrzępionych obłoków.

– Nouar – odezwała się cicho – czy sfotografowanie stada sambarów jest trudne?

– Znam miejsce, gdzie lubią się paść. – Dziewczynce zabłysły oczy. – Tylko nic nie mów moim rodzicom.