Zgiełk wojny. Tom 2. W głębi strachu - Kennedy Hudner - ebook
Opis

Los sektora Victorii wisi na włosku.

Podstępny atak Dominium zakończył się niemal całkowitym sukcesem. Główna planeta sektora została podbita, w bitwie zniszczono Drugą i Trzecią Flotę sił kosmicznych Victorii. Flota Ojczysta stoczyła ciężką i krwawą bitwę, gdy osłaniała ucieczkę królowej Anny i stacji kosmicznej Atlas do Azylu. Tam jednak Wiktowie znaleźli się w pułapce. Flota Dominium naciera na tunel czasoprzestrzenny i jej siła rośnie z każdym dniem – nikt nie przedrze się z Azylu. To wojna na przetrzymanie, której Victoria nie może wygrać.

Jednak sprzymierzeńcy Victorii przez tysiąclecia ukrywali tajemnicę. Ujawnienie sekretu może okazać się szansą na przetrwanie… o ile królowa Anna i admirał Douthat odważą się ją wykorzystać. Admirał musi podzielić słabą flotę Victorii i przeprowadzić brawurowy atak. Zwycięstwo pozwoli odeprzeć wroga i zyskać na tak potrzebnym czasie.

Jednak przegrana oznacza utratę wszystkiego.

Dla Emily Tuttle atak to szansa, aby odpokutować za porzucenie przyjaciółki.

 

Dla Hirama Brilla to tylko przemyślana zasłona dymna do ukrycia jego prawdziwej misji – abordażu na statek więzienny „Tartarus” i uratowania kobiety, którą kocha.

Dla Cookie Sanchez, poniżonej i torturowanej w niewoli Dominium, to jedyna szansa na odzyskanie wolności. Jednak Cookie również ma tajemnicę, którą poznała podczas niełatwej służby – nie chodzi o to, aby przeżyć za wszelką cenę, lecz żeby umrzeć na własnych warunkach. Tą mądrością Cookie zamierza podzielić się ze swoimi oprawcami.

I każde z nich w końcu będzie musiało stawić czoła okrutnej prawdzie, że wszystko, czego pragną w tym życiu, znajduje się w głębi strachu.

 

Powieść „W głębi strachu” to druga część trylogii „Zgiełk wojny”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 572

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2016

Tytuł oryginału: Alarm of War II: The Other Side of Fear

Copyright © 2014 Kennedy Hudner

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:[email protected]

www.drageus.com

ISBN ePub: 978-83-64030-92-5

ISBN mobi: 978-83-64030-93-2

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Dla Jennifer, za trzydzieści osiem lat wypełnionych śmiechem, doznaniami, dziećmi, cierpliwością i miłością. Za Twoje wsparcie, chociaż naprawdę twardo się targowałaś o to, która postać powinna zostać przy życiu.

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od „cześć” na chodniku. Tak niewiele wystarczyło, aby zmienić Twoje i moje życie.

Pamięci Flossie i Harolda Hudnerów, którzy stanowili wzór miłości, troski i życzliwości. Bez nich świat stał się uboższy.

To powieść fantastycznonaukowa, której akcja rozgrywa się w dalekiej przyszłości. Postacie są wyłącznie produktem mojej nadpobudliwej wyobraźni. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób, żyjących lub zmarłych, są całkowicie przypadkowe. Jeżeli komuś wydaje się, że dostrzega siebie w tej powieści, powinien wsiąść na najbliższy statek i udać się do Sztabu Głównego na planecie Kornwalia w sektorze Victorii, a tam od razu skonsultować się z terapeutą.

Wszystko, czego pragniemy, znajduje się w głębi strachu.

– George Addair

Prolog

Na pokładzie statku więziennego Dominium „Tartar”

Zabiła pierwszego oprawcę, który przyszedł ją zgwałcić.

Był muskularnym mężczyzną z wijącym się wężem wytatuowanym na torsie. Myślał, że po prostu rzuci ją na podłogę celi i zrobi, na co ma ochotę. Wydawał się rozbawiony, gdy dziewczyna zerwała się do walki. Lubił się poszarpać, dodawało to pikanterii. Krew również lubił, szczerze mówiąc. Wyszczerzył się dziko.

Nie przyszło mu do głowy, że Cookie może być równie niebezpieczna jak on.

Wyczekała, balansując na ugiętych nogach i oddychając powoli. Oprawca był cholernie dużym draniem, więc wiedziała, że będzie miała tylko jedną szansę, aby go załatwić. Ale wiedziała też, że tę szansę od niego dostanie.

Mężczyzna podszedł bliżej z uśmiechem. Ręce miał opuszczone, myśl o zagrożeniu ze strony Cookie nie zagościła mu w głowie.

„O, bogowie naszych matek, przyjmijcie podziękowania od waszej córki” – pomodliła się w duchu. Kiedy oprawca wyciągnął ręce, nie cofnęła się, jak oczekiwał, lecz zrobiła krok do przodu i zaatakowała szybko jak żmija. Wbiła palce głęboko w oczy mężczyzny, zgięła i wykręciła. Wrzasnął z bólu, a gdy uniósł dłonie do twarzy, Cookie z półobrotu pchnęła go na ścianę, chwyciła za głowę, wykręciła i podcięła przeciwnikowi nogi.

Resztę załatwiła grawitacja.

I w okamgnieniu było po wszystkim.

Dziewczyna cofnęła się i nabrała tchu.

– Nareszcie trochę zabawy! – krzyknęła wyzywająco. Wiedziała, że jest obserwowana. Niedługo potem usłyszała łomot kroków, zbliżających się korytarzem do jej celi. Przygotowała się na to, co miało zaraz się zdarzyć. Będzie miała ogromne szczęście, jeżeli oprawcy ją zabiją.

Rozdział 1

W sektorze Azylu

Spotkanie odbywało się w sali widokowej pałacu Amandżena na zboczu pasma gór Pelionu. Widok zapierał dech w piersi. Na południu rozciągał się Tindżad, a dalej pustynia. Od północy po zachód ośnieżone turnie Pelionu wznosiły się w niebo, a na wschodzie leżała Kiriat Arba, niegdyś osada rolnicza, która rozrosła się w stolicę Azylu. Otaczały ją pola uprawne, poprzecinane rowami irygacyjnymi wiodącymi od czterech płynących tutaj rzek. Jak twierdził organizator spotkania, z tego tarasu roztaczał się najpiękniejszy widok na planecie.

Niestety, nie zostało to docenione.

– Dobra wiadomość jest taka, że mamy prawie trzydzieści okrętów bojowych zdolnych do walki oraz całkiem sporo uszkodzonych, ale nadających się do naprawy. – Admirał Douthat opanowała grymas. Podczas starć wojennych jej definicja określenia „zdolny do walki” uległa drastycznej zmianie. Obecnie każdy okręt z czterema sprawnymi wyrzutniami, kilkoma laserami oraz stanem osobowym wystarczającym, aby je obsłużyć, liczył się jako jednostka taktyczna. Niedobitki Floty dotarły do Azylu miesiąc wcześniej, uciekając przed przeważającymi siłami Dominium. Flota Dominium podbiła główną planetę sektora Victorii, Kornwalię. Królowa Beatrice została zabita. Tylko szczęśliwy traf ocalił księżniczkę Annę, teraz już królową – znajdowała się wtedy na stacji kosmicznej Atlas. Flota Ojczysta przejęła każdy holownik w przestrzeni sektora Victorii, aby przeciągnąć Atlasa przez tunel czasoprzestrzenny do bezpiecznego Azylu, jednak schronienie było w najlepszym razie tymczasowe.

Przez miniony miesiąc Dominium przypuściło trzy ataki przez tunel. Flota Ojczysta, wzmocniona kanonierkami i fortami Azylu, odparła wszystkie, ale nie bez strat. Jeden z fortów został zniszczony, drugi ciężko uszkodzony, a liczba kanonierek drastycznie spadła – jednostki dysponowały dużą siłą ognia, lecz były mało odporne na trafienia. A chociaż Flota Victorii nie straciła już ani jednego okrętu, wszystkie wymagały mniej lub bardziej poważnych napraw.

– Zła wiadomość jest taka, że Dominium praktycznie zdołało nas zamknąć w klatce. Nie możemy się przebić do naszego sektora bez ogromnych strat, a takie rozwiązanie jest nie do przyjęcia. – Niewiele to znaczyło, ponieważ w obecnej sytuacji utrata nawet paru okrętów była nie do przyjęcia i admirał doskonale o tym wiedziała. – Dominium nie może się przebić do Azylu, przynajmniej nie bez ogromnych strat. W tej chwili mamy zatem impas.

– A co z Atlasem? – zapytał Eder, kapitan okrętu bojowego „Lwie Serce”.

– Atlas przeszedł przez tunel bez jednego zadrapania. Już teraz prowadzone są naprawy naszych jednostek.

– Bogom niech będą dzięki – mruknął ktoś z zebranych.

Królowa Anna popatrzyła po twarzach ludzi siedzących przy stole. Zastanawiała się, czy wygląda na równie znużoną jak wszyscy pozostali. Miała tylko dwadzieścia lat i była najmłodsza spośród zebranych, a obowiązki, które przejęła po śmierci matki, niełatwo jej było dźwigać. Zmęczone twarze wokół świadczyły, że nie tylko królowa musiała się zmagać z brzemieniem odpowiedzialności. Anna nie zamierzała się jednak skarżyć.

– Kiedy będziemy mogli się przedrzeć i odbić Kornwalię?

Przy stole zapadła cisza. Admirał Douthat i kapitan Eder wymienili niepewne spojrzenia. Opiński, główny inżynier mechanik Atlasa, drgnął nerwowo. Premier Tal i minister gospodarki Azylu, Tarek Allali, zacisnęli usta i spuścili wzrok pod spojrzeniem królowej.

– No, kiedy? – powtórzyła Anna. – Dominium czeka u wrót tunelu czasoprzestrzennego, panie i panowie. Nie zdołamy pokonać go z Azylu.

Odpowiedziała jej znowu tylko krępująca cisza.

– Nie zdołam podjąć żadnej rozsądnej decyzji, jeżeli moi doradcy będą się obawiali przekazywania mi nieprzyjemnych wieści – westchnęła Anna i popatrzyła na zgromadzonych. Na dłużej zatrzymała spojrzenie na admirał Douthat. – Mianowałam panią admirałem Floty. Pomyliłam się, gdy przyznałam pani ten awans?

– Wasza Wysokość. – Admirał nie odwróciła oczu. – Nawet z możliwościami stoczni Atlasa nie zdołamy skonstruować wystarczającej liczby okrętów wojennych, aby przebić się przez tunel czasoprzestrzenny i wrócić do naszego sektora. Nie przy tak dużych siłach Dominium strzegących tunelu. Musimy albo wykorzystać dodatkowo stocznie Azylu, albo…

– …albo znaleźć jeszcze jednego sprzymierzeńca – włączył się do rozmowy sir Henry. – Sektor, który ma flotę i zechce nią wesprzeć nasze siły w nadchodzących bitwach.

– Możemy się przebić, Wasza Wysokość, mamy szansę – odezwał się kapitan Eder, dowódca jedynego okrętu bojowego, jaki ocalał z Floty Victorii.

– Ryzyko jest za wysokie! – Admirał Douthat spojrzała na niego gniewnie. – Jeżeli stracimy zbyt wiele okrętów, gdy będziemy się przedzierać do sektora Victorii, stracimy wszystko. Flota Dominium zapędzi nas z powrotem do Azylu i tym razem nie uda nam się wydostać…

Uniosła ręce w nieskrywanej bezradności.

– Nie mamy dość sił. Potrzebujemy czasu, żeby odbudować Flotę.

Królowa spojrzała na głównego inżyniera Atlasa.

– Panie Opiński, proszę oszacować możliwości produkcyjne stacji.

Opiński wyglądał gorzej niż zwykle, a nigdy nie należał do ludzi, którzy dbali o swoją prezencję. Potarł z westchnieniem nieogolony policzek.

– Cóż, Wasza Wysokość, taka prawda. Na Atlasie mamy trzy stocznie, ale tylko jedną wystarczająco dużą, żeby wybudować okręt bojowy. Zakładając, że zdobędziemy dość surowców, bo na razie z tym kiepsko… Tak czy inaczej, możemy wybudować niszczyciel w trzy do czterech tygodni, zależnie od wyposażenia elektronicznego, jakie mu zamontujemy. Oczywiście mówię o jednej stoczni, więc teoretycznie możemy wyprodukować trzy niszczyciele co miesiąc.

Inżynier ponownie potarł ze znużeniem kilkudniowy zarost.

– Ale stocznie różnią się poziomem technicznym. Powstawały kolejno, każda większa i bardziej zaawansowana, dlatego w tej najstarszej i najmniejszej nie da się już wybudować krążownika. W drugiej możemy budować albo niszczyciel przez miesiąc, albo krążownik przez dwa miesiące. Co oznacza, że podczas budowy krążownika możemy w pozostałych stoczniach skonstruować dwa niszczyciele.

– A okręt liniowy?

Opiński pokręcił głową.

– Tylko w najnowszej stoczni, Wasza Wysokość. W sprzyjających okolicznościach potrwałoby to ze trzy miesiące, ale należy się raczej liczyć, że dłużej, w zależności od zasobów, czyli nie tylko surowców, lecz także gotowych części, elektroniki oraz wyszkolonego personelu.

– Nie wspomniał pan o fregatach – zauważyła królowa.

Znowu nastąpiła wymiana znaczących spojrzeń.

– Żadna fregata nie przetrwała pierwszych starć, co skłania do wniosku, że nie powinniśmy tracić czasu i zasobów na ich budowanie – stwierdził beznamiętnie sir Henry.

– Obawiam się, że sir Henry ma rację – dodała admirał Douthat. – Fregaty nie wytrzymały tak silnego ostrzału. Nie możemy jednak zapominać o kanonierkach. Azyl buduje cztery takie jednostki na tydzień. Ziemscy dowódcy często powtarzali, że ilość ma równie wiele zalet, co jakość. W odpowiednich warunkach taktycznych kanonierki okazują się bardzo skuteczne.

– A co z załogami do tych okrętów? – zapytał sir Henry. – Mamy przynajmniej wyszkolone załogi?

– Znajdziemy załogi – zapewnił go premier Tal. Królowa Anna dostrzegła, że minister spraw zagranicznych posłał mu ostre spojrzenie, ale postanowiła się tym na razie nie przejmować. Miała dość kłopotów, jak na jeden dzień.

– Musimy zaatakować już teraz, zanim Dezeci wzmocnią swoje pozycje przy tunelu czasoprzestrzennym – upierał się kapitan Eder.

– Powiedziałam, że nic z tego – warknęła admirał Douthat ponuro. – Nie możemy postawić wszystkiego na jedną kartę!

– Musimy – sprzeciwił się Eder. – Inaczej zostaniemy tutaj uwięzieni na zawsze.

– Musimy znaleźć jeszcze jednego sprzymierzeńca – powtórzył sir Henry – i stworzyć drugi front.

– Dość! – Królowa Anna uciszyła go uniesieniem ręki. Nad stołem zapadła ponura cisza. – Cztery tygodnie temu uciekaliśmy z sektora Victorii, a cała flota Dominium deptała nam po piętach – przypomniała zgromadzonym. – Dzisiaj trzeba się zastanowić, jak poradzić sobie z najeźdźcą. Musimy go pokonać. I wolałabym zająć się bieżącymi problemami, nie przeszłością.

Wstała z krzesła i spojrzała surowo na swoich doradców.

– Oto moje rozkazy. Po pierwsze, wszyscy pójdziecie zaraz do łóżek i prześpicie przynajmniej osiem godzin. Ledwie trzymacie się na nogach i ewidentnie wpływa to na poziom waszego myślenia. Po drugie, spotkamy się tutaj jutro o tej samej porze. Przygotujecie dwa plany działania z analizą słabych i mocnych stron każdego z nich. – Uśmiechnęła się lekko. – Życzę przyjemnych snów.

A potem odwróciła się i wyszła. Dwoje strażników z gwardii królewskiej poszło za nią.

***

Hiram Brill czekał w korytarzu prowadzącym do sali. Ruszył za królową, gdy tylko skierowała się do apartamentów, przydzielonych jej przez zarządcę pałacu, drobnego, szczupłego mężczyznę, który po marokańskich przodkach odziedziczył smagłą karnację i ciemne, przenikliwe oczy. Zarządca wiele razy powtarzał, jaki to zaszczyt gościć w tym skromnym kurorcie praprawnuczkę słynnego króla Adolfa. Brill nie próbował zagaić rozmowy. Po stracie dziewczyny, która utknęła na „Zemście”, okręcie flagowym Dominium, zrobił się mrukliwy. Królowa Anna martwiła się, czy młodzieniec nie zaczyna wpadać w depresję. Zauważyła jednak, że co rano Brill osobiście przegląda raporty dronów zwiadowczych z sektora Victorii, i wtedy zrozumiała, że chłopak szuka choć strzępków informacji na temat Cookie. Absurdalne przezwisko dla dorosłej kobiety i na dodatek marine z krwi i kości. Brill nie popadł zatem w depresję, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka, lecz skoncentrował się na działaniu, przez co najwyraźniej zupełnie zapomniał o drobnych codziennych radościach. Dopóki jednak młody adiutant wypełniał swoje obowiązki, królowa nie zamierzała wtrącać się w jego życie uczuciowe.

– Słuchałeś? – zapytała, choć doskonale wiedziała, że tak było, przecież wydała mu taki właśnie rozkaz.

– Tak – zapewnił Brill.

– Kapitan Eder chce atakować natychmiast, admirał Douthat uważa, że taki atak skazany jest na porażkę, chyba że odbudujemy znacząco nasze siły zbrojne, a sir Henry chce szukać sprzymierzeńców. Bóg jeden wie, jak długo to potrwa. – Królowa zerknęła na Brilla. – Nic nie pominęłam?

– Nie.

Królowa westchnęła ciężko i potrząsnęła głową.

– Dobrze by było, gdybyś właśnie teraz zaczął widzieć wszystko bardzo jasno, komandorze.

Znajdowali się niemal pod jej apartamentami. Hiram zatrzymał się gwałtownie. Dwójka uzbrojonych gwardzistów również stanęła i odruchowo napięła mięśnie, ale nie podjęli żadnego działania. Wciąż jeszcze przyzwyczajali się do ekscentrycznych nawyków Brilla i tylko nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymywali się od obezwładniania za każdym razem młodego adiutanta i wbijania mu luf blasterów w podbródek. Zdarzyło się to wcześniej. Dość rzec, że królowa nie była zadowolona.

Hiram uniósł trzy palce.

– Po pierwsze… – Zgiął jeden. – Należy pamiętać, że zarówno admirał, jak i kapitan mają rację, ale czas jest w obu przypadkach nieodpowiedni.

Zgiął drugi palec.

– Po drugie, aby osiągnąć cokolwiek, musimy poznać lokację tajnej stoczni, w której Dominium zbudowało swoją tajną flotę. Stocznia to kluczowy element. Gdy tylko ją zniszczymy, Dominium zostanie strategicznie okaleczone, niezdolne do uzupełnienia strat. Ale… i to jest bardzo duże ale, największy problem stanowi odszukanie tej stoczni. Wiem, że istnieje, musiistnieć, ale Dominium ukryło ją gdzieś z dala od lokalizacji zwykle wybieranych dla takich kompleksów. Myślę, że zdołamy znaleźć tę stocznię, będziemy jednak potrzebowali do tego pomocy Światłości. – Zgiął trzeci palec. – I właśnie to jest po trzecie. Nieważne, z kim jeszcze się sprzymierzymy, przede wszystkim należy pomyśleć o Światłości. Ponieważ Światłość ma najlepszą sieć wywiadowczą.

– Światłość? – Królowa Anna uniosła brew.

Hiram skinął głową.

– Tak, Wasza Wysokość. I proszę sobie darować zgrywanie przede mną niewiniątka, naprawdę staram się tylko pomóc.

Anna zerknęła na dwoje gwardzistów ze swojej ochrony osobistej. Ani John, ani Betty nawet na nią nie zerknęli – skupiali uwagę na korytarzu i ewentualnych zagrożeniach, które tam mogłyby się pojawić. Gwardzistom nie podobało się, że królowa przebywa na planecie, woleli strzec jej na stacji Atlas.

– Chodź – rozkazała Anna i weszła do apartamentu. W środku czekała już na stole taca z dzbankiem herbaty i filiżankami. Królowa nalała sobie i młodemu doradcy, podała mu napar. Brill z uznaniem wciągnął mocny aromat. Azyl uprawiał własne gatunki herbaty na zboczach gór Pelion, a ta odmiana przypominała Darjeeling ze Starej Ziemi.

– Jakieś wieści o Marii? – zapytała Anna. Nigdy nie nazywała dziewczyny „Cookie”.

– Zmieniacie temat, Wasza Wysokość, a robicie to zawsze, gdy chcecie uniknąć pytań dotyczących waszych powiązań ze Światłością. – Brill upił herbaty. – Jeszcze do końca tego nie rozgryzłem, ale Światłość odgrywa kluczową rolę w naszym małym przedstawieniu. Najpierw próbowała ostrzec nas przed Dominium i Tilleke, ale admirał Teehan nie uznał tych informacji za wiarygodne. Potem Światłość powiadomiła nas, że tunel czasoprzestrzenny się przemieści, i przekazała dokładne koordynaty, kiedy i gdzie się przesunie. Niesamowite dane, jak się nad tym zastanowić.

Hiram przenikliwie popatrzył na królową znad filiżanki.

– Sądzę, że Wasza Wysokość ma powiązania ze Światłością, a admirał Teehan nic o tym nie wiedział. – Zamyślił się. – Możliwe, że nawet sir Henry nie ma o tym pojęcia. Czyli to powiązania na bardzo wysokim poziomie…

Młodzieniec urwał, a jego twarz przybrała bezmyślny, nieobecny wyraz. Anna widziała to już wcześniej, więc cierpliwie czekała. Wreszcie Brill oprzytomniał.

– To ma sens tylko w jednym przypadku… Światłość utrzymywała stałe kontakty z królową Beatrice, a teraz z wami, skoro jesteście królową Victorii, Wasza Wysokość. Ale dlaczego? – Zamyślił się znowu.

Anna pokręciła głową.

– Masz paskudnie niepokojący nawyk wykrywania spraw, które powinny pozostać tajemnicą, komandorze. – Urwała, rozważając, czy powinna zdradzić więcej, czy też lepiej milczeć, w końcu jednak uznała, że lepiej wszystko wyjaśnić. – To brat Jong. Spotkałam się z nim, zanim opuściłam Kornwalię i poleciałam na Atlasa. Matka była zbyt chora, aby skorzystać z jego informacji, dlatego poprosiłam, aby to mnie przekazywał wszystko, co wcześniej mówił jej.

– A sir Henry nic nie wie. – Było to raczej stwierdzenie niż pytanie.

– Nie i nic mu nie powiesz – odparła Anna. – Sir Henry nie rozumie i nie ufa Światłości.

Hiram spoglądał na nią beznamiętnie. Królową opanowało poczucie winy, ale szybko je stłumiła.

– Matka nauczyła mnie dwóch podstawowych zasad przetrwania: królowej potrzeba jak najwięcej źródeł informacji i nikt nigdy nie powinien wiedzieć wszystkiego o jej planach. Nie będę za to przepraszać, to po prostu zasady, którymi muszą kierować się rządzący.

Brill z namysłem pokiwał głową.

– Wasza Wysokość, jestem całkowicie lojalny. Ocaliliście mnie przed wyrzuceniem przez śluzę. Ale nie mogę pomóc, jeżeli nie będę dysponował każdym, najmniejszym nawet okruchem informacji, jakie posiadacie. Moja umiejętność, żeby widzieć wszystko jasno, bez kompletu danych okaże się nieprzydatna. – Spojrzał królowej w oczy. – Jeżeli miałbym zgadywać, zakładałbym, że Światłość ma szpiegów w sektorze Dominium, a Jong od lat przekazywał królowej Beatrice, a teraz wam, informacje.

Królowa Anna parsknęła śmiechem.

– Nie tylko o Dominium, komandorze, lecz także o innych sektorach, w tym również o Tilleke. Siatka szpiegowska Jonga jest zdumiewająco rozwinięta.

Hiram uniósł brew. Victoria miała agentów w wielu sektorach, również w Dominium, ale żadnemu ze szpiegów nie udało się przeniknąć do Cesarstwa Tilleke. Jeżeli Światłość zdołała tego dokonać, jej siatka rzeczywiście była fantastyczna.

– No dobrze, ale po co dzielić się informacjami z Victorią? Nasz sektor nie był nigdy zaprzyjaźniony ze Światłością…

– Ale Światłość zrozumiała na długo przed nami, że Dominium i Tilleke to ekspansjoniści. – Anna w zamyśleniu ostrożnie dobierała słowa. – „Ekspansjonista” to takie sterylne określenie. A Dominium i Tilleke zależy na podbojach. Chcą zaspokoić swoje dążenia i nie cofną się przed użyciem siły. A Światłość obawia się, że prędzej czy później najeźdźcy mogliby zapragnąć również jej sektora, dlatego wolała mieć pod ręką silnego sojusznika.

Hiram starał się to przeanalizować.

– Dlaczego nie zwróciła się do nas wcześniej i nie ostrzegła przed Dominium?

Anna wzruszyła ramionami.

– Może nie miała pewności? Albo polityka wewnętrzna Światłości miała inne cele? To bez znaczenia, dopóki możemy liczyć na pomoc Azylu. – Uśmiechnęła się. – Ale kwestie z tym związane to moje zadanie, komandorze Brill, nie twoje. Masz inne sprawy na głowie.

– Wasza Wysokość, znalezienie tajnej stoczni Dominium naprawdę jest ważne. Musimy się dowiedzieć, czy Światłość wie, gdzie znajdują się te zakłady produkcyjne. A jeżeli szpiedzy brata Jonga jeszcze tego nie odkryli, trzeba będzie wysłać okręty zwiadu do sektora Dominium i rozpocząć poszukiwania. A to zajmie sporo czasu.

– Jutro o ósmej wieczorem mam kolejne spotkanie z admirał Douthat i Radą Starszych. Weźmiesz w nim udział, komandorze Brill – oznajmiła Anna z drapieżnym uśmiechem. – Nie zamierzam się męczyć tutaj ani dnia dłużej, niż to konieczne. Im szybciej Dominium będzie musiało reagować na nasze działania, tym lepiej.

***

Gdy Brill wyszedł z apartamentów królowej, dwoje gwardzistów wymieniło porozumiewawcze spojrzenia, a potem John się odezwał:

– Komandorze Brill, królowa pana słucha. Gdyby zechciał pan przekonać ją do powrotu na stację, bylibyśmy oboje bardzo zobowiązani.

Hiram zamrugał, zaskoczony. Po raz pierwszy gwardzista królowej zwrócił się do niego bez wymierzonej broni.

– W czym problem, John?

Gwardzista zmarszczył brwi.

– To pałac. Kurort, nie baza wojskowa. Otwarta przestrzeń. Nie ma tu bezpiecznych kryjówek, dróg ewakuacyjnych, nie można nawet porządnie zabarykadować tego skrzydła. A mamy tylko dziesięciu gwardzistów i paru komandosów. Jeżeli zostaniemy zaatakowani… – Wzruszył ramionami. – Królowa będzie o wiele bezpieczniejsza na Atlasie, z „Lwim Sercem” w pobliżu. A my wreszcie będziemy mogli spać spokojniej.

– Rozmawiałeś z sir Henrym?

John potwierdził ponuro.

– Jasne. Podobno mówił nawet o tym z królową, ale powiedziała, że nie chce obrazić Azylu, skoro tak bardzo stara się zapewnić jej gościnę.

– Na pewno zauważyłeś, że nasza królowa jest nieco uparta – rzekł Hiram. – Ale spróbuję.

***

Martha Wilkinson wcisnęła guzik dzwonka.

– Proszę! – usłyszała zza drzwi.

Admirał Douthat z nieukrywanym rozdrażnieniem spojrzała na gościa. Pod oczyma miała ciemne kręgi i wyglądała jak śmierć o północy.

– Próbuję położyć się spać, cholera jasna! – warknęła niechętnie. – Dostałam rozkaz od królowej, żeby się przespać! Dlaczego nie mogę choć chwilę odpocząć?

– Och, przestań z tym płaczliwym narzekaniem – prychnęła Wilkinson i bez zaproszenia rozsiadła się w fotelu. – Na bogów naszych matek, zachowujesz się gorzej, niż gdy uczyłyśmy się razem w Akademii, a już wtedy byłaś nieznośna.

Douthat spojrzała na nią groźnie. Admirałowie kulili się pod tym spojrzeniem.

– Daruj sobie to straszenie wzrokiem, Alyce. Dobrze wiesz, że na mnie nie działa – skrzywiła się Wilkinson. – Zrobią ci się tylko dodatkowe zmarszczki, a bogowie wiedzą, że obie mamy ich wystarczająco dużo.

Rozejrzała się po pokoju.

– Nie masz tu nic do picia? To był cholernie długi dzień i potrzebuję szklaneczki dżinu.

– Naprawdę powinnam się przespać – powiedziała ze znużeniem Douthat.

Wilkinson poklepała ją po ramieniu.

– Wiem, wiem. Sama podsunęłam królowej myśl, że jej sztab doradców ledwie trzyma się na nogach. Ale zanim jutro pójdziesz na spotkanie, musisz przejrzeć mój raport o swoich kapitanach. To potrwa tylko chwilę. – Uśmiechnęła się ciepło. Dzięki pulchnym policzkom wyglądała jak dobroduszna babcia, ale Douthat doskonale wiedziała, że to tylko pozory.

Admirał stłumiła westchnienie. Martha Wilkinson była jej wypróbowaną przyjaciółką z dawnych lat i naczelnym psychologiem Floty. A przynajmniej tego, co z Floty zostało. Przebywała na stacji Atlas, gdy nastąpił atak Dominium, więc niejako automatycznie uciekła do Azylu. Martha ostrzegała, że bardzo wielu żołnierzy odczuje niedługo skutki syndromu stresu pourazowego – staroświecko nazywanego szokiem wojennym – i nikt we Flocie, niezależnie od rangi, nie jest na to odporny.

– Czy ci się to podoba, czy nie, nasza Flota działała dotychczas w warunkach pokoju – wyjaśniła Martha. – I praktycznie nikt nie miał doświadczeń z prawdziwego pola walki. Aż nagle w ciągu paru godzin warunki się zmieniły, zniknęły pokój i bezpieczeństwo, stanęliśmy w obliczu najazdu silniejszego wroga. Walczyliśmy zajadle i udało nam się uciec w ostatniej chwili. Ale zostawiliśmy wszystko – nasz świat, domy, rodziny, królową… Straciliśmy przekonanie, że Victoria jest niepokonana. Jako naczelna admirał Floty musisz zrozumieć, Alyce, że to ogromna trauma. Miażdżąca. Niektórzy z twoich ludzi tego nie wytrzymają, wkrótce czekają cię załamania nerwowe na wszystkich poziomach, od najmłodszych rekrutów po najstarszych dowódców.

Dlatego właśnie Douthat poprosiła, aby Wilkinson przeprowadziła neuroskany u kapitanów trzydziestu czterech okrętów, jakie zostały z całej wielkiej Floty. Musiała wiedzieć, jak wielu z nich poradzi sobie z napięciem, a ilu trzeba wykluczyć.

– Streść mi wyniki badań, Martho. Jestem zbyt zmęczona, żeby czytać cały raport.

Wilkinson otworzyła plik na swoim tablecie.

– Z trzydziestu czterech kapitanów pilnie musisz zastąpić pięciu, a troje uważnie obserwować.

Douthat nie potrafiła ukryć zdumienia.

– Ośmioro? Na bogów naszych matek, ośmioro?!

Zamknęła oczy. Jak ma znaleźć zastępców? Pokręciła głową w rozpaczy. Brak kapitanów…

– Przestań, Alyce! – napomniała ją ostro Wilkinson. – Już widzę, co się rodzi w twoim ponurackim umyśle. Zawsze widziałaś każdą sytuację w czarnych barwach. Niczego się nie nauczyłaś na drugim roku psychologii w Akademii?

Kiedy mieszały razem w akademiku, Douthat panikowała, że nie zda egzaminów końcowych. Psychologia była przedmiotem wymaganym na kierunku mechaniki i niezaliczenie jej oznaczało zawalenie studiów. Douthat nieustannie płakała i mamrotała, jaka jest głupia i jak zrujnowała sobie życie, zaczęła się nawet pakować, bo wolała wyjechać, niż stawić czoła upokorzeniu, gdy zostaną podane wyniki. Wilkinson tłumaczyła i pocieszała, a kiedy wszystko zawiodło, naszprycowała drinka współlokatorki silnymi środkami uspokajającymi. Kiedy Douthat obudziła się po dziesięciu godzinach, podano już wyniki egzaminów.

Dostała trzy z plusem. Popatrzyła wściekle na Wilkinson, która rozpakowywała jej bagaże, potem jednak opanowała się i przyrzekła sobie, że nigdy więcej nie pozwoli, aby strach wziął nad nią górę.

– Powiedziałam ci, że pięciu. Pięciu, a nie ośmiu trzeba zastąpić – przypomniała surowo Wilkinson. – Zaczęłam już przeszukiwać dossier Floty, żeby znaleźć odpowiednich kandydatów. Na pewno będzie z kogo wybierać.

Douthat odetchnęła głęboko.

– No dobrze, ale i tak wszystko wisi na włosku. Możemy zbudować więcej okrętów, ale dopóki nie wrócimy na Kornwalię i Christchurch, zabraknie nam ludzi do obsadzenia nowych jednostek. Najbardziej dotkliwy będzie brak oficerów.

Wilkinson skinęła głową.

– Na dodatek musisz się zająć jeszcze jedną osobą. Nie dotknął jej syndrom stresu pourazowego, chociaż nie rozumiem, jak jej się udało, ale bardzo mocno przeżyła to, co ją spotkało.

– Emily Tuttle? – upewniła się Douthat.

Wilkinson zerknęła na nią uważnie, a potem potwierdziła.

– Skan neurologiczny wskazuje, że Tuttle jest na skraju poważnej depresji. Przejrzałam jej akta i rozmawiałam nawet z jej pierwszym oficerem… Tak na marginesie, jest starszy stażem od niej i powinien zostać kapitanem. Pierwszy, Rudd, nie mógł się jej nachwalić, stwierdził, że Tuttle jest genialna. Zainteresowało mnie to, więc kazałam Gandalfowi zdać raport z jej działań podczas walki.

Psycholog przerwała na chwilę, pokręciła głową.

– Alyce, ta dziewczyna brała udział w walkach dwa razy częściej niż dowolna para twoich innych kapitanów. Była w grupie zadaniowej Grey, która miała zniszczyć konwój zaopatrzeniowy Dominium. Wszyscy wtedy omal nie zginęli. Potem trafiła do Zimowej Straży kapitana Rowe’a, która niemal w całości została zniszczona podczas osłaniania ucieczki Atlasa. Według raportów zostały jej tylko trzy jednostki, bardzo uszkodzone, a mimo to próbowała powstrzymać ogromny okręt flagowy Dominium i pięć niszczycieli z jego eskorty. Jeżeli dobrze odczytałam dziennik pokładowy, zamierzała staranować okręt liniowy, żeby go powstrzymać.

– Przeżyła – mruknęła Douthat. – Niewielu się udało.

– Nie udawaj głupiej, Alyce, jesteś na to za inteligentna! – prychnęła Wilkinson z irytacją. – I ani się waż zgrywać macho. Ile razy muszę ci powtarzać, że postawa macho to marny substytut myślenia? Jesteś kobietą i powinnaś wiedzieć lepiej. Oczywiście, że Tuttle przeżyła, ale wcześniej posłała swoją najlepszą przyjaciółkę – jakąś marine, z tego, co pamiętam – na misję samobójczą unieruchomienia okrętu flagowego Dominium od wewnątrz. Albo, aby zobrazować to dosadniej, Tuttle przeżyła, wszyscy przeżyliśmy, ponieważ dziewczyna poświęciła przyjaciółkę. I ta świadomość niszczy ją psychicznie.

– Proponujesz, żeby zwolnić Tuttle?

– Absolutnie nie. Na ile mogę ocenić, będzie jednym z twoich najlepszych kapitanów. Nie ma potrzeby jej zwalniać, ale jeżeli nie dasz dziewczynie odrobiny czasu, żeby mogła dojść do siebie, może się załamać. I wtedy stracisz naprawdę dobrego kapitana. Musisz zapewnić jej trochę spokoju, odesłać ją gdzieś na parę dni. Nie na stację, lecz na Hajfę, gdzie nic nie będzie jej nieustannie przypominało o wojnie. Niech Tuttle pospaceruje po plaży albo wybierze się w góry, gdziekolwiek, gdzie się jej przejaśni w głowie. Niech ma trochę zabawy, zachowa się głupio, upije. Przez dziesięć dni żadnych obowiązków. A jeżeli ma chłopaka lub dziewczynę, wyślij ich razem. Warto doceniać ożywczą moc wakacyjnego seksu.

Douthat przytaknęła w milczeniu, jednak miała własne pomysły na wakacje odpowiednie dla Emily Tuttle.

I właśnie wtedy steward wniósł butelkę schłodzonego białego wina oraz dżin i tonik z lodem. Wilkinson skrzywiła się na widok toniku.

– Chcesz rozcieńczać porządny dżin? – oburzyła się. Steward wymamrotał przeprosiny, zabrał niepożądaną butelkę i czmychnął za drzwi. Obie kobiety nalały sobie i upiły po łyczku.

– Na bogów naszych matek – westchnęła z zadowoleniem psycholog. – Czekałam na to cały dzień.

– Wciąż mamy problemy, Martho – szepnęła Douthat. – Wróg nas zapędził w kozi róg. Ma większą flotę niż nasza, trzyma nasze światy jak zakładników. Nawet jeżeli zwyciężymy, zapłacimy za to wysoką cenę.

Wilkinson pokręciła głową.

– To głupcy. Myślą, że wygrają, bo mają przewagę liczebną. Ale nie odrobili porządnie zadania domowego, zanim zaczęli tę głupią wojnę. Gdyby to zrobili, wiedzieliby, że umiesz nie tylko panikować jak wariatka, ale masz jedną niebezpieczną cechę. Gdy walczysz, nigdy się nie poddajesz.

Z powagą trąciła kieliszek, który trzymała Douthat.

– Za Billy’ego MacLeoda, niech gnije w piekle na wieki wieków. I za prawo nieprzewidzianych konsekwencji.

Douthat prychnęła, ale upiła wina. Billy MacLeod był z nimi w Akademii, ale na wyższym roku. Alyce i Martha właśnie zaczęły drugi rok nauki. MacLeod ignorował niską, pulchną Douthat, ale spodobała mu się szczupła, wysoka i rudowłosa Wilkinson. Uczucie nie zostało odwzajemnione, jednak oziębłość Marthy prowokowała MacLeoda tylko do coraz bardziej agresywnych zalotów. U innego mężczyzny mogło to nawet uchodzić za urocze, ale MacLeod był brutalny do szpiku kości i zdecydowanie brakowało mu wdzięku. Zaczął dręczyć Marthę. Osiągnęło to szczyt na tydzień przed ostatnim weekendem, po którym MacLeod miał zakończyć studia. Martha i Alyce wybrały się wtedy na piwo. W jednym z barów rozdzielił je tłum. Początkowo Douthat się nie zaniepokoiła, jednak po paru minutach zaczęła się rozglądać za przyjaciółką.

Znalazła ją w pomieszczeniu dla personelu na zapleczu baru. MacLeod i dwóch jego kumpli przyciskało Marthę do podłogi. Zdążyli już zedrzeć jej bluzkę i biustonosz, dobierali się właśnie do spodni. MacLeod spoliczkował ją i stwierdził, że sama się prosiła. Martha szlochała i przeklinała – nigdy w życiu nie była tak przerażona.

Douthat wkroczyła bez zastanowienia. Wiele lat później przyznała, że powinna była raczej wykazać się sprytem i najpierw wezwać pomoc, ale wtedy nie przyszło jej to do głowy. Kopnęła jednego z mężczyzn w twarz, odepchnęła drugiego, po czym natarła na MacLeoda. Element zaskoczenia dał jej chwilową przewagę, ale w starciu trzech na jedną szybko ją straciła. Jeden z osiłków złapał Douthat z tyłu, a MacLeod przyłożył jej kilka razy pięścią w twarz.

Potem rzucili Alyce w kąt i zajęli się Wilkinson, nagą i zakrwawioną. MacLeod rozpiął rozporek, rozwarł jej nogi i ukląkł.

Zlekceważył Douthat, pobitą i leżącą gdzieś pod ścianą. Nie stanowiła zagrożenia.

Ale Douthat, choć została powalona, nie straciła przytomności. Wypluła ząb i wstała. Na półce stała butelka z wybielaczem. Douthat otworzyła ją i chlusnęła zawartością w twarz MacLeoda. Zaatakowany szarpnął się i wrzasnął, gdy płyn dostał się mu do oczu. Wtedy Douthat chwyciła miotłę i zamachnęła się na dwóch pozostałych mężczyzn. Podcięła im nogi. Martha opowiadała potem, że Alyce wrzeszczała jak banshee. Douthat nie była tego świadoma, pochłaniała ją prymitywna żądza mordu.

Czysta wściekłość jednak nie zawsze wystarcza, aby wyrównać szanse w walce. Po chwili zaskoczenia obaj mężczyźni ruszyli na Douthat, powalili ją na ziemię i zaczęli kopać. Douthat ugryzła jednego z napastników w łydkę, za co oberwała w głowę. Przetoczyła się i kopnęła drugiego w kolano. Rozległo się satysfakcjonujące trzaśnięcie.

Pierwszy miał znowu ją kopnąć, kiedy drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wbiegło czterech kadetów Akademii. Szybko ocenili sytuację, po czym spacyfikowali MacLeoda i jego kumpli do nieprzytomności.

Douthat spędziła tydzień w izbie chorych. Doznała wstrząśnienia mózgu, miała złamaną szczękę i straciła dwa zęby. Połamała sobie również kłykcie, a dłonie jej spuchły. Jedno podbite oko szybko się zagoiło, drugie jednak wciąż zamykała opuchlizna. Niezbyt ładny nos, zmiażdżony w walce, wymagał interwencji chirurga.

Kiedy Douthat przyjechała do budynku Akademii, czekał już na nią rektor.

– Pozwoliłem sobie przenieść twoje akta służby we Flocie z inżynierii do szkoły dowodzenia, Douthat – oznajmił. – Rzucanie się samotnie na trzech gości było głupie, ale widziałem, co im zrobiłaś, zanim cię powalili. W szkole dowodzenia uczymy, jak nie być głupim, ale trudno znaleźć ludzi, którzy nie boją się narażać w walce.

W akademiku Martha Wilkinson powitała ją wraz z kadetem, jednym z czterech, którzy rzucili się na pomoc tamtej pamiętnej nocy. Nazywał się Albert Hanaway. Martha wyszła za niego dwa lata później. Spędzili razem dwadzieścia sześć lat i wychowali cztery córki. Albert zmarł na serce w swoim domu i w otoczeniu najbliższych.

I tak oto przemoc i próba gwałtu sprawiły, że Martha spotkała przyszłego męża, a Alyce Douthat wkroczyła na ścieżkę kariery w dowództwie i została admirałem Floty Ojczystej w najcięższych dla Victorii czasach.

– Za prawo nieprzewidzianych konsekwencji – powtórzyła Alyce Douthat i uniosła lampkę wina w toaście.

Wilkinson wstała.

– Na mnie już pora. Przejrzyj ten raport, Alyce, nie odkładaj tego. I upewnij się, że ta dziewczyna, Tuttle, dostanie trochę wolnego.

Douthat skrzywiła się ze znużeniem.

– Chyba nie dane mi będzie zaznać dzisiaj snu.

Wilkinson uśmiechnęła się słodko.

– Nie bądź taka pewna. Dodałam ci środek nasenny do wina.

I chichocząc, wyszła.

Rozdział 2

Na pokładzie „Sowy Śmieszki”

Przy stacji kosmicznej na orbicie Timora

W sektorze Dominium

„Sowa Śmieszka” zeszła na orbitę synchroniczną kosmodromu wojskowego dwadzieścia pięć tysięcy mil nad Timorem. Za rufą okrętu ciągnęły się na dwieście mil zestawy sensorów pasywnych wychwytujące sygnały wizualne, radiowe i elektromagnetyczne z obszaru wokół stacji kosmicznej.

„Sowa Śmieszka” należała do korwet klasy Visby, nazwanej tak na cześć szwedzkich okrętów zwiadowczych, budowanych na Starej Ziemi i uznawanych za najlepsze w tamtych czasach. Chociaż we Flocie obowiązywała oficjalna nazwa „korwety klasy Visby”, wszyscy, którzy je poznali, pieszczotliwie przezywali je „sowami”. Były o połowę mniejsze od niszczycieli, ich kadłuby wykonano z nieprzenikliwych dla czujników kompozytów, a napęd zapewniały silniki na antymaterię o mocy godnej krążownika i z kompensatorem inercji potężniejszym niż na innych jednostkach sił Victorii. Sowy miały piekielne przyśpieszenie, wyposażono je w najnowocześniejsze detektory pasywne, jakie udało się stworzyć inżynierom z Victorii. Nie były opancerzone i uzbrojone, ale posiadały spore zasoby dronów zwiadowczych i komunikacyjnych. Korwety tej klasy powstały tylko w jednym celu – do szpiegowania. I sprawdzały się w tym doskonale.

Zwykle wysyłano je na misje trwające najwyżej pół roku, chociaż zdarzało się, że okręt nie wracał nawet przez dziewięć miesięcy lub dłużej, ponieważ albo natrafił na coś interesującego, co wymagało dłuższej obserwacji, albo czaił się długo przy wlocie do tunelu czasoprzestrzennego, aby przemknąć się niezauważenie. Załoga sowy liczyła jedenastu ludzi, których kajuty znajdowały się od siebie jak najdalej, aby dać im choć odrobinę prywatności, zwłaszcza podczas nocnych, dyskretnych wizyt, koniecznych podczas tak długich misji. Członków załogi wybierano bardzo starannie spośród obu płci i zwykle byli mniej więcej w tym samym wieku. Oprócz niezbędnych kwalifikacji zawodowych wszyscy załoganci w klasie Visby musieli charakteryzować się trzema głównymi cechami osobowości – zdolnością do dzielenia tej samej przestrzeni z tą samą grupą przez wiele miesięcy, poczuciem humoru i cierpliwością. Zwłaszcza cierpliwością, ponieważ okręt szpiegujący mógł skradać się tygodniami i miesiącami w poszukiwaniu cennych informacji, a na dodatek stale groziło mu wykrycie. Okręty szpiegowskie toczyły zupełnie inną wojnę, wymagającą od załóg dojrzałości i wytrzymałości na nieustanny stres. Nic dziwnego, że średnia wieku na takich jednostkach była o dziesięć lat wyższa niż na zwyczajnych okrętach.

– Jakieś wieści z Floty? – zapytała Zahiri oficera łączności.

– Żadnych, kapitanie – odpowiedział służbistym tonem Dennie Hod. Nieśmiało podniósł wzrok. – Myślisz, że przebili się do Azylu? Od ostatniej wiadomości minęło siedem tygodni.

Sadia starała się, aby jej głos brzmiał radośnie.

– Nie ma się co martwić, Dennie. Chroni ich cała Flota Ojczysta. Dotarli do Azylu, to pewne. Nie mamy wieści, bo musiałyby pokonać dwa tunele czasoprzestrzenne, a dron temu nie podoła, potrzebny byłby statek.

Drony komunikacyjne mogły wytrzymać jedno przejście przez tunel czasoprzestrzenny, kolejne kończyło się raczej żałośnie. Dlatego kapitan Zahiri podjęła trudną decyzję. Miała pod rozkazami dziesięć okrętów szpiegowskich w sektorze Dominium. „Sowa Śmieszka” czaiła się nad kosmodromem Herzberg, w pobliżu największej bazy militarnej Timora, a pozostałejednostki uformowały sieć wokół planety, aby monitorować ruch na orbicie. Tyle tylko, że od wielu dni nie było żadnego ruchu. Siedem tygodni temu wyruszyła stąd flota licząca z osiemdziesiąt jednostek i skierowała się do tunelu czasoprzestrzennego, wiodącego do sektora Victorii, potem nadleciały frachtowce z ojczyzny, niosąc wieść o inwazji.

Wiadomość zaskoczyła wszystkich. Dominium i Tilleke podstępnym atakiem pokonali Victorię! Królowa Anna prowadzi do Azylu tych, którzy ocaleli… Anna? Co się stało z królową Beatrice?

A potem żadnych wieści.

Sadia musiała zdecydować, czy wysłać jedną z sów w długą i niebezpieczną podróż do Azylu, aby nawiązać kontakt z resztą Floty. Właściwie nie było wyboru, na okrętach kończyły się zapasy żywności. Sowy miały zaopatrzenie na siedem miesięcy, a przebywały z dala od domu już pół roku. Kapitan Zahiri zmniejszyła racje i pewnie będzie musiała znowu to zrobić, ale za osiem, dziewięć tygodni i tak skończy się prowiant.

Po dłuższym namyśle postanowiła wysłać jednak dwie sowy do Azylu. Dzięki temu mogła zabrać żywność z obu jednostek i zyskać cztery dni dla pozostałych, które pozostaną nad Timorem. Może potem wszystko się wyjaśni.

– Kapitan Zahiri! Okręt z Herzberga! – zameldowała Fatima Binissa, specjalistka od detekcji.

– Identyfikacja?

– Mam. To statek „Tartar”. Duży, może z milion ton masy. Zbliża się.

Sadia zmarszczyła brwi. „Tartar”? Już słyszała tę nazwę…

– Merlinie?

– Pani kapitan.

– „Tartar”, jednostka Dominium. Szczegóły na jej temat poproszę.

– Jednostka „Tartar” została skonstruowana w roku dziewięćset trzydziestym po przełomie, w stoczni imienia Potęgi Ludowej. Miała być transportowcem, ale nigdy nie wypełniała tego rodzaju funkcji. Na rozkaz Rady Sztabu Wywiadu Dominium została przekształcona w statek więzienny i od tamtej pory na jej pokład wysyłani są więźniowie polityczni, których z różnych względów rząd nie chce przetrzymywać na planecie Timor. „Tartar” może przyśpieszyć maksymalnie do…

– Dość! – przerwała Sadia. Więźniowie polityczni? Och. Przesunęła dłonią po policzku w głębokim zamyśleniu. Jacy jeszcze więźniowie mogą przebywać na pokładach? Czy ten statek właśnie wyruszał na Kornwalię, przenosząc tam jeńców wojennych wysokiej rangi?

– Eskorta?

– Żadnej nie wykrywam, pani kapitan – zapewniła Binissa. – Ale tak głęboko w sektorze Dominium pewnie dowódca czuje się bezpieczny.

„Słusznie” – pomyślała Sadia.

– Dobrze, Fatimo. Czy ten statek przejdzie przez kontrolę orbitalną?

Binissa skinęła głową.

– Za czterdzieści minut zgłosi cel lotu i dostanie pozwolenie na opuszczenie orbity.

– Dennie, namierz go bardzo dokładnie. Musisz przechwycić wszystkie transmisje audio i wideo między „Tartarem” i kontrolą orbitalną.

Dennie Hod pochylił się nad oknem komend i zaczął wpisywać polecenia.

– Nie powinno być problemu, kapitan Zahiri.

Już dawno ustawili drony zwiadowcze w odległości dwóch tysięcy mil od stacji kontroli orbitalnej. Na polecenie Hoda skierowały swoje czułe detektory na „Tartara”.

Po czterdziestu trzech minutach drony wychwyciły i nagrały transmisje.

– Kontrola orbitalna, tu „Tartar”, ID 3941-545, prosimy o pozwolenie na lot do celu o kryptonimie Alfa 3-100-X.

– Kontrola do ID 3941-545, macie pozwolenie na lot do Siegestora. Szerokiej drogi.

– Merlinie, wyszukaj dane o celu pod kryptonimem Alfa 3-100-X i Siegestor – rozkazała Sadia. Spodziewała się, że Merlin jak zwykle od razu zacznie udzielać odpowiedzi. Jednak minęło pięć sekund, potem dziesięć. Kapitan uniosła brwi. Wreszcie sztuczna inteligencja odpowiedziała:

– Brak informacji w wiktoriańskich bankach danych, do których mam dostęp. Jednak moja baza danych jest przestarzała o siedemdziesiąt dziewięć dni. Zalecam aktualizację…

– Dość! – przerwała kapitan. Gdzie, do cholery, znajdował się Siegestor? I dlaczego leciał tam statek więzienny?

– Kapitan Zahiri? – w głosie Binissy zabrzmiał niepokój i Sadia spojrzała na nią ostro. – „Tartar” nie kieruje się do tunelu na Victorię, lecz skręca w głęboką przestrzeń kosmiczną.

Sadia sprawdziła holo. Na schemacie „Tartar” zmierzał dokładnie w przeciwną stronę niż zaznaczony wlot do tunelu czasoprzestrzennego.

– Merlinie, oblicz potencjalny kurs „Tartara” z Timora. Co znajduje się w zasięgu sześćdziesięciu dni lotu ze średnią prędkością?

– Dwa pola asteroid, pierwsze w zasięgu około dwudziestu dni lotu z planety, drugie około pięćdziesięciu dni lotu. Nie zostały oznakowane jako istotne. Nie ma tam żadnych placówek wydobywczych ani innych konstrukcji wykonanych przez ludzi. Jednak moja baza danych jest przestarzała o…

– Dość.

Sadia zastanawiała się często, czy SI mówiłaby nieprzerwanie, gdyby nie rozkaz, aby zamilkła.

Jednak jaki jest sens wysyłać więźniów politycznych głęboko w kosmos?

– Fatimo, przeczesz ten statek falami ELF – rozkazała specjalistce od detekcji. Binissa uniosła brew, ale pochyliła się nad konsolą, aby wykonać rozkaz. Sadia rozumiała ostrożność podwładnej, ale ryzyko mogło się tym razem opłacić. „Tartar” znajdował się przecież w ojczystym sektorze, jego dowódca na pewno nie podejrzewał, że zostanie przeskanowany falami o skrajnie niskiej częstotliwości, ani tym bardziej nie będzie próbował ich wychwycić. Spektrum fal o skrajnie niskiej częstotliwości nie należało do szczególnie precyzyjnych metod namierzania i badania okrętów, ale też „Tartar” nie zaliczał się do jednostek bojowych. Ryzyko wykrycia detekcji było niewielkie.

Niedługo potem wąskie pasmo fal ELF dotarło do statku. Kapitan przyglądała się na zbliżeniu holograficznemu obrazowi „Tartara”. Wewnątrz rozbłysły dwie czerwone kropki, ale po kilku sekundach znikły. Sadia poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Binissa zamarła zaskoczona.

Na statku więziennym Dominium znajdowało się dwóch jeńców z Victorii.

„A niech mnie!” – pomyślała kapitan.

– Merlinie, przeanalizuj dane z detekcji i zidentyfikuj wiktoriański personel na pokładzie statku „Tartar”!

– Z odczytów wynika, że to sierżant Maria Sanchez z oddziałów marines Floty Ojczystej, przydzielona na okręt „Yorkshire” z zadaniem specjalnym, oraz szeregowy Otto Wiśniowski z oddziałów marines Floty, przydzielony na okręt „Yorkshire” z zadaniem specjalnym. Sanchez, lat dwadzieścia cztery, pochodzenie…

– Dość. – Co tych dwoje nieszczęśników robiło na statku więziennym i dokąd, cholera, ich zabierano? A co najważniejsze, co mogła z tym zrobić Sadia?

Rozdział 3

Timor, stolica sektora Dominium

Anthony Nasto przyglądał im się z namysłem. Widok naczelnika ludowego tak spokojnego i czekającego w milczeniu na odpowiedź sprawił, że czoło Michaela Hudisa zrosił pot.

Anthonym Nasto zawsze targały namiętności, spokój był mu obcy.

Anthony Nasto nie tolerował również porażek i nie wybaczał błędów. Kiedy coś poszło źle, gdy plany zawiodły, Anthony Nasto karał winnych w sposób, który raz na zawsze uniemożliwiał im popełnienie kolejnej pomyłki. Uważał, że dzięki temu zachęca ludzi, aby starali się ze wszystkich sił już za pierwszym razem.

Michael Hudis zaczął się zastanawiać, czy wyjdzie stąd żywy.

– Wyjaśnijcie mi – poprosił Nasto cicho – jak to się stało, że ruszyliście do walki z ponad stu siedemdziesięcioma okrętami i ogromną przewagą liczebną, a teraz nasza flota jest zniszczona, zaś ta suka królowa Wiktów oraz ich stacja kosmiczna znajdują się w sektorze Azylu?

Hudis, który miał bardzo silny instynkt samozachowawczy, przezornie milczał, ale zerknął znacząco na admirała Kaesera. Kaeser posłał mu zimne spojrzenie, a potem skinął głową, jakby przyznawał, że wina spoczywa na nim, a zarazem chciał odprawić Hudisa.

– Naczelniku, wiem, że moje życie jest stracone – stwierdził. Nawet naczelnik ludowy uniósł brwi zaskoczony tą prostą prawdą. – Admirał Mello dowodził większą z flot bojowych. Kiedy przyleciałem na Kornwalię, zresztą na czas, co potwierdzą zapisy w dzienniku pokładowym, sił admirała tam nie zastałem. Jedna ze stacji kosmicznych była zniszczona, ale druga zniknęła. Po prostu nie było jej tam, gdzie powinna się znajdować. Nie znalazłem również fregaty, która czekałaby z instrukcjami od admirała, co robić dalej, ani nawet boi komunikacyjnej. Zgodnie z planem czekałem na pojawienie się sił admirała Mello. Miał ze mną nawiązać łączność po dotarciu na Kornwalię. Zostało to nie tylko ustalone w planach bitwy, lecz stanowi również standardową procedurę w podobnych sytuacjach.

Naczelnik ludowy skinął głową.

– Wszystko jasne, admirale Kaeser, ale powiedzcie mi, jak to się stało, że straciliście tyle moich okrętów?

– Z całym szacunkiem, naczelniku, to nie ja. Kiedy admirał Mello wreszcie się ze mną skontaktował, od razu nałożył na mnie areszt i przejął dowództwo nad moją flotą. Następnie zaatakował siły Victorii, a kiedy dotarł do pola minowego, użył okrętów do detonacji min, żeby przebić sobie drogę.

Nasto popatrzył na niego z niedowierzaniem.

– Co zrobił?

– Admirał Mello, naczelniku, wierzył w koncept decydującej bitwy. Zakładał, że jeśli uda się zgromadzić większość sił wroga w jednym miejscu i pokonać je od razu, będzie to oznaczało ostateczne zwycięstwo, nie tylko w bitwie, lecz również w wojnie. Pomysł jest stary, ale, jak pokazuje historia, gdy się go wykorzystało właściwie, przynosił sukces. Admirał Mello często o tym mówił. Sądząc po jego działaniach, przypuszczam, że uważał właśnie tę bitwę za decydującą. Sądził chyba, że jeżeli zdoła się przebić przez zaminowany obszar, podczas gdy większość sił obronnych Victorii znajdowała się daleko, zajęta przy wlocie do tunelu czasoprzestrzennego, będzie mógł przejąć lub zniszczyć stację kosmiczną Atlas. Chroniły ją bardzo słabe siły. Bez Atlasa Victoria zostałaby całkowicie pokonana. Admirał Mello przebił się przez to pole minowe, ale kosztem utraty większości okrętów. Jednak nawet wtedy mógł jeszcze wygrać… – przyznał Kaeser i zamyślił się.

Anthony Nasto zmarszczył brwi.

– Nie przerywajcie, admirale Kaeser. Drżę z niecierpliwości, aby dowiedzieć się, co było dalej.

Hudisowi zmiękły kolana. Żart? U Anthony’ego Nasto? Czy admirał Kaeser zdawał sobie sprawę, co mu grozi?

Kaeser dostrzegł, że Hudis drgnął na ten niezbyt udany żart naczelnika.

„Za grosz charakteru” – pomyślał z pogardą i obiecał sobie, że pewnego dnia zajmie się tym żałosnym robakiem. Dominium Zjednoczenia Ludowego zmieni się na lepsze, gdy nie będzie w nim Michaela Hudisa. Zaraz jednak z autoironią przypomniał sobie, że sam pewnie umrze, nim ten dzień się skończy.

– Zanim jednak „Zemsta” mogła zaatakować, oddział marines z Floty Victorii dokonał abordażu. Przejęli okręt i zabili admirała Mello.

Nasto nawet nie mrugnął. Widział nagranie, na którym marine przebił włócznią admirała.

– I coście zrobili, admirale? – zapytał cicho.

No i doszło do najgorszego. Kaeser wziął głęboki oddech. Od tej odpowiedzi zależało, czy przeżyje, czy umrze.

– Wykonałem swój obowiązek, naczelniku ludowy – odpowiedział beznamiętnie. – Admirał Mello stworzył dla nas okazję, jednak zbyt wielkim kosztem. Wysłałem oddziały, aby odzyskać „Zemstę”, i posłałem krążowniki, aby zaatakowały Atlasa. Jednak nasza pogoń nastąpiła za późno, stacja kosmiczna dotarła już do tunelu czasoprzestrzennego. Wystrzeliłem w tunel kilka pocisków z ładunkiem antymaterii w nadziei, że ją trafią po drugiej stronie, ale chybiły.

Nasto wydął wargi, jego spojrzenie stało się nieobecne, gdy pogrążył się znowu w myślach.

– No i mamy teraz impas. – Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie.

– Na razie – zgodził się Kaeser. – Ale Siegestor jest wyposażony do budowy okrętów wojennych, a Atlas przez ostatnie dziesięć lat produkował tylko frachtowce. Sporo czasu zajmie przestawienie maszyn i urządzeń, jeszcze więcej znalezienie odpowiednich surowców na polach asteroid, na dodatek trzeba wyszkolić obsługę. W tym czasie zdążymy zbudować dość okrętów, aby przebić się przez obronę wylotu z tunelu czasoprzestrzennego i zniszczyć raz na zawsze Atlasa. Bez tej stacji Victoria będzie martwa.

Nasto zerknął pytająco na Hudisa.

– Rozważano jakieś inne, alternatywne możliwości?

– Tak, naczelniku. Jak wiecie, tunel się przemieszcza, niekiedy gwałtownie. Pozwala to przemknąć się niezauważenie małym jednostkom. Zdołaliśmy przerzucić na Hajfę czterdziestu naszych ludzi. Nowa królowa Victorii, Anna, z tego, co nam wiadomo, znajduje się na planecie. Przy odrobinie szczęścia zdołamy ją znaleźć i zaatakować. Anna nie ma następcy, więc jej śmierć wywoła poruszenie wśród poddanych.

– Doskonale. – Nasto pokiwał głową. – Chociaż przepadła prawdziwa okazja, wydaje się, że staracie się odzyskać przewagę, na ile to możliwe w obecnych okolicznościach.

Popatrzył przenikliwie na obu mężczyzn.

– Niech takie błędy nie powtórzą się w przyszłości.

A potem wstał, co oznaczało, że Hudis i Kaeser mają odejść.

Admirał odchrząknął niepewnie.

– Jeśli można, naczelniku.

Nasto uniósł brew.

– Kiedy marines z Floty Victorii dokonali abordażu na „Zemście”, okazało się, że wykorzystali urządzenie z Cesarstwa Tilleke – oznajmił Kaeser. – Rodzaj transportera molekularnego.

Nasto usiadł.

– Wiemy, skąd je wzięli?

– Atak na „Zemstę” przeżyło tylko dwoje marines, sierżant i szeregowy. Podczas przesłuchania powiedzieli wszystko, co wiedzieli o urządzeniu, jednak było to niewiele. Urządzenie zostało przejęte przez okręty Pierwszej Floty Victorii. Jeńcy nie mają pojęcia, jak działa. W rękach wroga znajdują się trzy takie maszyny, należy zatem założyć, że wiktoriańscy specjaliści już zaczęli bardzo dokładne badania. – Admirał wyraźnie się wzdrygnął. – Musimy też założyć, że wkrótce dowiedzą się, jak zostały skonstruowane.

– A czy wróg wie coś o stoczni na Siegestorze? – zapytał Nasto.

– Jeńcy nie mieli pojęcia, ale to nic dziwnego. Jeżeli wróg o niej wie, raczej nie podzielił się taką informacją z żołnierzami niskiej rangi.

Naczelnik ludowy potarł policzek. Wieść, że Wiktowie mają technologię Tilleke, którą Cesarstwo nie podzieliło się z Dominium, była nieprzyjemna, lecz mało zaskakująca. Cesarz Chalabi był paranoikiem, nie ujawniał swoich sekretów i nikomu nie ufał. Nasto uśmiechnął się w duchu – nic dziwnego, przecież Tilleke wykorzystali Dominium tak samo, jak Dominium ich. Zaraz jednak przyszło mu do głowy coś jeszcze – czy Wiktowie odkryli zasadę działania transportera Tilleke samodzielnie, czy Cesarstwo udostępniło im tę technologię, aby pomóc w wojnie z Dominium? Wymagało to dokładnego przemyślenia.

– Admirale, czy któryś z jeńców przeżył przesłuchania?

Kaeser skinął głową.

– Oboje, naczelniku. Wydałem jasne rozkazy, że można używać środków chemicznych, lecz nie metod… bezpośrednich, tak bardzo cenionych przez Radę Bezpieczeństwa Ludowego.

– Gdzie są teraz ci jeńcy? – Nieważne, jak bardzo się starał, nie zdołał wyeliminować wszystkich grup opozycji, które podważały władzę naczelnika ludowego. Lepiej, żeby jeńcy z Victorii nie trafili w niepowołane ręce.

– Gdy tylko dowiedziałem się o sytuacji, kazałem ich przenieść na „Tartara”, naczelniku, i ruszać na Siegestora – zapewnił Hudis gorliwie. – Pomyślałem, że lepiej będzie przetrzymywać jeńców w bezpiecznej kryjówce.

Nasto opanował grymas niezadowolenia. „Tartar” był statkiem więziennym i złą sławą dorównywał mitologicznemu miejscu, od którego wziął swoją nazwę – najgłębszym i najmroczniejszym podziemiom królestwa zmarłych. Nasto osobiście zesłał tam wielu politycznych rywali, a ich śmierć nie była ani szybka, ani bezbolesna.

Hudis dostrzegł minę Nasto i od razu zrozumiał, co to oznacza.

– Wydałem rozkazy, że jeńcy mają pozostać żywi, naczelniku.

Nasto powoli skinął głową.

– Dobrze. A jeżeli chodzi o bieżącą budowę okrętów, jak długo będziemy się przygotowywać do decydującego ataku na Azyl?

– Cztery miesiące – odpowiedział admirał Kaeser bez wahania. – Z jednostkami, które już mamy, i tymi, które wyjdą ze stoczni na Siegestorze za cztery miesiące, powinniśmy uzyskać wystarczającą przewagę, żeby przebić się przez obronę przy tunelu czasoprzestrzennym i przejąć stację Atlas. Jedyną przeszkodę stanowić mogą Wiktowie. Jeżeli spróbują wydostać się z Azylu i odbić swoją planetę, możemy stracić sporo okrętów, aby ich odeprzeć, a to opóźni realizację naszych planów.

Nasto znowu pokiwał głową w zamyśleniu, a potem spojrzał na Hudisa.

– W takim razie, Michaelu, mam dla was zadanie.

Hudis wyprostował się czujnie.

– Oczywiście, naczelniku.

– Za cztery miesiące admirał Kaeser będzie gotów, by rozpocząć atak. Wy natomiast udacie się do Azylu z misją dyplomatyczną. Wiecie, co robić.

Hudis uśmiechnął się lekko. Zdradę rozumiał doskonale.

– Oczywiście, naczelniku.

Rozdział 4

Góry Pelion, w sektorze Azylu

Emily zeszła z promu.

Pilot wyglądał młodo, jakby jeszcze wczoraj chodził do szkoły. Uniósł kciuki, a potem wystartował pionowo na silnikach odrzutowych. Gdy prom znalazł się sto stóp nad ziemią, przyśpieszył z rykiem. Dzieciak wyraźnie próbował zaimponować oficer z Victorii, co u Emily wywołało uśmiech. I rzeczywiście zrobił na niej wrażenie – przez cały lot czekała, aż się rozbiją.

Rozejrzała się. Prom zbliżał się właśnie do dużej osady. Na wschodzie ciągnęły się pola uprawne, a na zachodzie wznosiły się majestatycznie górskie szczyty, u podnóża porośnięte gęstymi lasami, a wyżej spowite śniegiem. Emily miała strój do górskich wędrówek i ciepłe buty, jak jej nakazano, oraz nieduży plecak.

Ale po jaką cholerę tutaj przyleciała? Admirał Douthat nie była skora do wyjaśnień. Wezwała Emily przed śniadaniem i powiedziała, że młoda kapitan zostaje oddelegowana na cztery dni.

– Oficjalnie jesteś na urlopie, Tuttle – stwierdziła admirał. – Ubierz się stosownie do górskich wycieczek i spakuj kamerę. Kiedy jednak już tam dotrzesz, postaraj się jak najwięcej dowiedzieć o tutejszych ludziach i ich kulturze. Zawdzięczamy Azylowi życie, ale tak naprawdę prawie wcale nie znamy tutejszego społeczeństwa. Dowiedz się, ile możesz, a po powrocie porozmawiamy o przydzieleniu cię na okręt.

Emily podejrzewała, że naczelna psycholog Floty, doktor Wilkinson, maczała w tym palce. Dziewczyna nie wiedziała, co o tym sądzić. A potem zobaczyła mężczyznę prowadzącego przez wioskę trzy konie. Zawołał coś, czego Emily nie usłyszała dokładnie, i pomachał jej z szerokim uśmiechem. Zapewne właśnie on miał być przewodnikiem. Emily poczekała, aż nieznajomy podejdzie. Wyszczerzył śnieżnobiałe zęby. Był wysoki, o smagłej od wiatru, ciemnej skórze i kruczej, starannie przystrzyżonej brodzie. Przyłożył dłoń do serca i ukłonił się lekko.

– Zasłużyłaś na uznanie, Emily Tuttle. – W jego głosie zabrzmiał śpiewny akcent Azylu. A potem się roześmiał. – Nie pamiętasz mnie, prawda?

Dopiero po chwili Emily przypomniała sobie, gdzie już słyszała ten głos.

– Rafael! – Roześmiała się i ku własnemu zaskoczeniu uścisnęła mocno mężczyznę. – Nie poznałam cię przez tę brodę!

Rafael Eitan z uśmiechem odsunął ją nieco, żeby się lepiej przyjrzeć.

– Dobrze cię widzieć, Emily. – Przekrzywił głowę. – Zmieniłaś się od czasów mostu Killarney, Em. Jesteś równie piękna jak wtedy, ale chyba bardziej smutna. Sporo widziałaś na tej wojnie, co?

Emily zalała fala emocji. Poznała Rafaela podczas ostatnich ćwiczeń polowych w obozie szkoleniowym Gettysburg. Dowodziła wtedy kompanią, której zadaniem było zdobyć ważny strategicznie most, żeby grupa Rafaela mogła przetransportować ładunek na skrzyżowanie nazywane Cztery Drogi. Emily postanowiła ominąć most i przeprawić się brodem. Zwyciężyli, ale właśnie wtedy kadet Tuttle poznała ciemną stronę dowodzenia – dwóch jej ludzi utonęło podczas wykonywania tego zadania.

A teraz, w ciągu zaledwie trzech miesięcy wojny, zginęło już milion ludzi. Emily miała wrażenie, że jej duszę plami krew i poczucie winy. Wiedziała, że ją to zmieniło.

– Rafaelu, co się dzieje? Powiedziano mi rano, żebym wzięła dziesięć dni urlopu i spotkała się tutaj z „przewodnikiem”. – Przyjrzała się dokładniej Eitanowi. – Nie jesteś przewodnikiem górskim, Rafaelu, jesteś żołnierzem. Skąd się tu wziąłeś?

Rafael nadal się uśmiechał.

– Dzisiaj jestem przewodnikiem, Emily. Szef wezwał mnie rano i oznajmił, że mam cię przeprowadzić do świątyni Ait Driss, wysoko w górach. Pochodzę stąd i dobrze znam tę okolicę, więc dzisiaj nie będę projektował kosmicznych fortec, ale po prostu pójdę w góry. Co ty na to?

Zmarszczyła brwi. Świątynia Ait Driss była wcześniej kapliczką wzniesioną przez pierwszych kolonistów, ale Emily nie mogła sobie przypomnieć, z jakiego powodu. Chodziło chyba o grupę osadników, którzy zostali zamordowani przez… Potrząsnęła głową z irytacją. Jeden z koni parsknął. Emily popatrzyła na zwierzę.

– Konie? – zdziwiła się.

– O tak, Emily. Droga kończy się w wiosce. W górach są tylko szlaki. Dlatego pojedziemy konno, a kiedy zrobi się stromo, będziemy prowadzić nasze wierzchowce. Spodoba ci się, zobaczysz!

Emily musiała się roześmiać.

– Ostatni raz siedziałam w siodle, gdy miałam czternaście lat, ale szalałam na punkcie koni. Po śmierci ojca przeprowadziłyśmy się z matką do miasta i już nie miałam okazji jeździć.

Podeszła do kasztanowej klaczy z białą strzałką na czole. Koń pachniał ziemią i naoliwioną skórą, niósł się od niego również staroświecki zapach końskich odchodów. Klacz parsknęła i trąciła Emily chrapami.

– Jak ma na imię?

– Po berberyjsku nosi długie imię, Tislit n’Azwu, co znaczy „Oblubienica Wiatru”. W jidysz to Kalat Haruacz, co znaczy to samo. Ale ja nazywam ją Różyczka.

– Sporo imion, jak na jednego konia – zauważyła Emily z rozbawieniem.

Rafael pomógł jej wsiąść, przypiął plecak do siodła, a potem z wprawą dosiadł swojego wierzchowca.

– Czeka nas cały dzień jazdy do Ouididi, wioski, gdzie przenocujemy. Jutro ruszymy wyżej, a do Ait Driss dotrzemy około południa trzeciego dnia.

Emily wierciła się w siodle – usiłowała sobie przypomnieć poprawny i wygodny dosiad. Ale Różyczce chyba to nie przeszkadzało, truchtała radośnie i bez niepokoju. Kilku miejscowych zatrzymało się i pomachało jeźdźcom, jednak pora była dość wczesna i jeszcze niewiele osób wyszło z domów. Wkrótce Emily i Rafael opuścili wioskę, przecięli pole i skierowali się na ścieżkę prowadzącą w stronę lasu u podnóża gór.

Dopiero wśród drzew Emily dostrzegła wybrzuszenie pod kurtką Rafaela. Kabury z pistoletem impulsowym nie dało się z niczym pomylić. Dlaczego projektant pancernych okrętów kosmicznych nosił broń? Zrównała się z towarzyszem.

– Raf, podobno to urlop, mam się odprężyć i spędzić przyjemnie czas. I wiem, że czeka nas spokojna wycieczka w góry do pięknej świątyni… Dlatego zastanawiam się, po co nosisz gnata?

Rafael spojrzał na nią zaskoczony.

– Ależ, Em, na pewno słyszałaś o groginach, prawda?

– Kto to są groginy? – Dziewczyna zmarszczyła brwi, starając się przypomnieć sobie, czy nie słyszała o jakimś groźnym dzikim plemieniu, które zamieszkiwało w górach Azylu.

Rafael roześmiał się znowu. Dużo się śmiał i to było miłe.

– Nie „kto”, lecz „co”, Emily. Groginy to drapieżniki. Polują w dużych stadach, trochę jak wilki u ciebie, na Christchurch, albo raczej jak hieny ze Starej Ziemi. Są zajadłe, ale żyją wyżej, nad Oudidi, więc zapewne na razie ich nie spotkamy.

– Po co ci pistolet?

– Ponieważ z groginami nigdy nie wiadomo – zapewnił ze śmiechem. – Właśnie tego uczono nas na Akademii, prawda? Dobry żołnierz musi być zawsze przygotowany, żeby stawić czoła zagrożeniu. Ale nie przejmuj się, kiedy wyruszymy wyżej w góry, załatwię nam obojgu strzelby, będziemy też mieli przenośne ogrodzenie elektryczne, którym zabezpieczymy obozowisko w nocy.

Emily wytrzeszczyła oczy i chyba nie zdążyła się opanować, bo Rafael roześmiał się i poklepał ją pokrzepiająco po ramieniu.

– To tylko środki ostrożności. Spędziłem w tych górach całe życie, zanim poleciałem do Akademii. Nigdy nie miałem problemów z groginami… No, może raz albo dwa.

– Na bogów naszych matek! To nie wygląda na spokojny urlop, tylko na te szalone obozy przetrwania w dziczy!

Rafael roześmiał się i ponownie poklepał ją po ramieniu.

– Nie, nic z tych rzeczy, Emily, zobaczysz. A tymczasem ciesz się widokiem najpiękniejszych gór we wszechświecie!

Emily zawtórowała mu śmiechem i uznała, że lubi, gdy jej dotyka. Na tę myśl roześmiała się jeszcze głośniej i potrząsnęła głową nad własną głupotą. Różyczka zastrzygła uszami, słońce przebiło się przez liście. Emily widziała jednak, że na niebie zbierają się chmury.

A ponieważ jej przeklęty umysł nigdy się nie wyłączał, pomyślała o dłoniach Rafaela. Były twarde i poznaczone odciskami. Emily widziała takie dłonie u górników z Christchurch.

I u marines Floty.

W zamyśleniu przyjrzała się Rafaelowi Eitanowi jeszcze raz.

***

Królowa Anna przebywała na krążowniku „Wellington” i czekała na gościa, którego wcale nie chciała widzieć. Nerwowo bębniła palcami w podłokietniki i planowała z wyprzedzeniem, co powie. Negocjacje przypominały szachy losowe – można zaplanować swoje ruchy, ale trzeba być gotowym na nieprzyjemne niespodzianki. Nieświadomie zaczęła nucić kołysankę.

Hiram Brill nie czuł się dobrze. Rozumiał potrzebę zbierania informacji wywiadowczych, rozumiał taktykę i strategię, ale nie miał pojęcia o dyplomacji.

– Co spodziewają się na tym zyskać? – zapytał sir Henry’ego.

Sir Henry, weteran wielu dyskusji i niezliczonych negocjacji, popatrzył na niego ze spokojem.

– Czas, panie Brill. Czas i odwrócenie uwagi.

Królowa Anna wydęła usta.

– Chcą sprawdzić nasze nastroje, komandorze. Chcą się dowiedzieć, czy jesteśmy zdenerwowani, niepewni i udajemy odważnych, czy też mają szczęście, bo już czujemy się przegrani i zależy nam na uzyskaniu tylko jak najlepszych warunków.

– Wasza Wysokość, a jeżeli chcą tylko odwrócić waszą uwagę, by przygotować kolejny atak na tunel czasoprzestrzenny? – zaniepokoił się Hiram.

Królowa spojrzała na sir Henry’ego. Oboje uśmiechnęli się pobłażliwie do Hirama. Brill zerknął na Annę, potem na jej doradcę, i westchnął.

– No dobrze, to była niewiarygodnie głupia uwaga, bo oczywiście chcą zyskać na czasie i przeprowadzić kolejny atak. Ale skoro to oczywiste, po co w ogóle się fatygować i spotykać z przedstawicielem Dominium?

– Panie Brill, na razie obie strony są w impasie. Co znaczy, że walka toczy się teraz o wolę do walki w każdej ze społeczności. Chcemy sprawdzić, jaka jest wola walki Dominium, a Dominium chce sprawdzić nas. Jeżeli wróg zdoła wmówić swojemu przeciwnikowi, że już jest pokonany, dalsza walka nie ma sensu, bo przeciwnik już jest pokonany. – Sir Henry spojrzał na Brilla beznamiętnie. – Rozumie pan?

Hiram skinął głową, ale nadal czuł niepewność.

– Chociaż istnieje wiele sposobów, aby podważyć wolę walki, wszystko sprowadza się do dwóch. – Sir Henry uniósł lewą rękę. – Trzeba zasiać zwątpienie albo… – Uniósł prawą dłoń. – Albo wzmacniać samozadowolenie.

– Albo jedno i drugie jednocześnie – dodała królowa. – Ponieważ jedno może przeważyć nad drugim.

Hiram pokręcił głową. Wydawało się to takie… głupie.

Sir Henry chyba odgadł, o czym chłopak myśli.

– Nigdy nie należy lekceważyć wartości zwątpienia, panie Brill. Zwątpienie rodzi niepewność. Niepewność rodzi niezdecydowanie i niepokój, a to może doprowadzić do błędnych osądów i błędnych decyzji. Zwątpienie może być równie cenne jak dodatkowy okręt wojenny, nawet dwa, a ponieważ brakuje nam okrętów, musimy wykorzystać narzędzia, które mamy pod ręką.

Popatrzył na Hirama z powagą.

– Samozadowolenie jest jeszcze cenniejsze. Samozadowolenie często opiera się na uprzedzeniach, a uprzedzenia to nic więcej jak przekonanie o własnej wyższości, niewsparte żadną krytyczną analizą. Jeżeli zdołamy utwierdzić wroga w jego uprzedzeniach, przekonać go, że jesteśmy słabi, wtedy może zaatakować, gdy nie powinien, albo nie ustawić rozważnie obrony. Zawsze daje nam to możliwości wykorzystania takich niedopatrzeń. – Henry uśmiechnął się ironicznie, odsłaniając pożółkłe zęby. – A gdy tylko wykorzystamy samozadowolenie przeciwnika, wtedy oczywiście Dominium ogarnie zwątpienie i niepewność. Jak pan widzi, istnieje sporo korzyści.