Wydawca: Karakter Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 668 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne - Rebecca Solnit

Spacer, przechadzka, marsz, pielgrzymka, wędrówka, włóczęga – to tylko niektóre z form pieszego obcowania z miastem i z naturą. Kto i dlaczego miał do nich prawo, a komu tego prawa odmawiano? Rebecca Solnit przekonuje, że przemierzanie przestrzeni rzadko bywa niewinne, często ma charakter aktu estetycznego, filozoficznego lub politycznego. Przyglądając się historii wędrowania oraz współistnieniu chodzenia i myślenia, autorka opowiada o dziejach zachodniej kultury, a jej opowieść swobodnie meandruje od perypatetyków do Rousseau, od Baudelaire’a do marszy antyglobalistów i ekologów.

Gdy przechadzamy się ścieżkami przemierzonymi kiedyś przez naszych przodków bądź staramy się wskrzesić jakieś wydarzenie z dawnych dziejów a nawet z naszego własnego życia, próbując prześledzić na powrót jego szlak, przeszłość łączy się z teraźniejszością. A każda przechadzka pokonuje przestrzeń niczym wątek biegnący w tkaninie, splatając z sobą kolejne, póki nie utworzą ciągłego przeżycia – w przeciwieństwie do podróży samolotem, a nawet samochodem czy pociągiem, która rozczłonkowuje czas i przestrzeń. Ciągłość jest właśnie jedną z tych rzeczy, które, jak mi się zdaje, utraciliśmy w epoce przemysłowej, ale wciąż możemy starać się ją odzyskać, co niektórym się udaje. Pola i ulice czekają na nas.

Opinie o ebooku Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne - Rebecca Solnit

Fragment ebooka Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne - Rebecca Solnit

Wanderlust

Część pierw­sza

Kro­cze­nie my­śli

 

Roz­dział pierw­szy

Prze­mie­rza­jąc cy­pel – wpro­wa­dze­nie

Od cze­go wszyst­ko się za­czy­na? Od na­pię­cia mię­śni. Jed­na noga ni­czym fi­lar, na któ­rym wspie­ra się wy­pro­sto­wa­ne cia­ło roz­pię­te mię­dzy zie­mią a nie­bem. Dru­ga ni­czym wa­ha­dło ko­ły­szą­ce się od tyłu. Pię­ta do­ty­ka pod­ło­ża. Cały cię­żar cia­ła prze­ta­cza się do przo­du, na kulę sto­py. Pa­luch po­ma­ga się ode­pchnąć, a ści­śle wy­wa­żo­ny cię­żar cia­ła znów się prze­su­wa. Nogi zmie­nia­ją po­zy­cję. Wszyst­ko za­czy­na się od pierw­sze­go kro­ku, po­tem czy­ni się na­stęp­ny i na­stęp­ny, te zaś na­kła­da­ją się na sie­bie ni­czym ude­rze­nia bę­ben­ka wy­bi­ja­ją­ce rytm – rytm stą­pa­nia. Jako coś naj­bar­dziej oczy­wi­ste­go, a za­ra­zem naj­bar­dziej ta­jem­ni­cze­go na świe­cie, kro­cze­nie nie­po­strze­że­nie prze­cho­dzi w re­li­gię, fi­lo­zo­fię, kra­jo­braz, urba­ni­sty­kę, ana­to­mię, ale­go­rię i mi­ło­sny za­wód.

Hi­sto­ria cho­dze­nia po­zo­sta­je nie­na­pi­sa­na, owia­na ta­jem­ni­cą, a jej ukry­te strzę­py od­na­leźć moż­na w ty­sią­cach na­po­my­ka­ją­cych o nim je­dy­nie przy oka­zji ustę­pów ksią­żek, w pio­sen­kach, na uli­cach i w nie­mal każ­dym na­szym prze­ży­ciu. Cie­le­sne dzie­je cho­dze­nia to opo­wieść o ewo­lu­cji dwu­noż­no­ści i ludz­kiej ana­to­mii. Za­zwy­czaj cho­dze­nie jest czy­sto prak­tycz­nym, nie­mal nie­zau­wa­żal­nym środ­kiem prze­miesz­cza­nia się po­mię­dzy miej­sca­mi. Ob­ró­ce­nie cho­dze­nia w do­cho­dze­nie, w ry­tu­ał, w ro­dzaj me­dy­ta­cji daje jego szcze­gól­ną od­mia­nę, któ­ra pod wzglę­dem psy­cho­lo­gicz­nym, ale już nie fi­lo­zo­ficz­nym, od­po­wia­da czyn­no­ści, jaką wy­ko­nu­je li­sto­nosz roz­no­szą­cy pocz­tę czy urzęd­nik wsia­da­ją­cy do po­cią­gu. Co ozna­cza, że te­ma­tem cho­dze­nia jest w pew­nym sen­sie to, że i w jaki spo­sób po­wszech­nie spo­ty­ka­nym dzia­ła­niom na­da­je­my szcze­gól­ne zna­cze­nia. Po­dob­nie jak je­dze­niu czy od­dy­cha­niu, cho­dze­niu bo­wiem moż­na przy­pi­sy­wać ra­dy­kal­nie od­mien­ne zna­cze­nia kul­tu­ro­we, od ero­tycz­nych po du­cho­we, od re­wo­lu­cyj­nych po ar­ty­stycz­ne. W ten spo­sób jego hi­sto­ria za­czy­na sta­no­wić ele­ment ca­ło­ści dzie­jów wy­obraź­ni i kul­tu­ry, tego, ja­kich od­mian przy­jem­no­ści, ja­kich swo­bód i ja­kich zna­czeń po­szu­ki­wa­no w róż­nych epo­kach, po­stę­pu­jąc na róż­ne spo­so­by. Wy­obraź­nia za­rów­no kształ­to­wa­ła po­ko­ny­wa­ną na dwóch no­gach prze­strzeń, jak i była przez nią kształ­to­wa­na. Cho­dze­nie wy­ty­czy­ło ścież­ki, dro­gi, szla­ki han­dlo­we, wy­two­rzy­ło lo­kal­ne i łą­czą­ce kon­ty­nen­ty roz­ma­ite for­my od­czu­wa­nia prze­strze­ni, zbu­do­wa­ło mia­sta i par­ki, spo­rzą­dzi­ło mapy i prze­wod­ni­ki, skon­stru­owa­ło róż­no­ra­kie urzą­dze­nia, a po­nad­to zgro­ma­dzi­ło ogrom­ną bi­blio­te­kę wę­drow­nych opo­wie­ści i wę­drow­nej po­ezji, hi­sto­rii o piel­grzym­kach, gór­skich wspi­nacz­kach, włó­czę­gach i let­nim pik­ni­ko­wa­niu. Prze­mie­rza­ne w ten spo­sób kra­jo­bra­zy miast i wsi zro­dzi­ły opo­wie­ści, te zaś przy­wo­dzą nas z po­wro­tem ku miej­scom, w któ­rych roz­gry­wa się ta hi­sto­ria.

Dzie­je cho­dze­nia to hi­sto­ria two­rzo­na po ama­tor­sku, tak jak samo wę­dro­wa­nie jest dzia­ła­niem ama­tor­skim. Się­ga­jąc do me­ta­fo­ry wę­dro­wa­nia, moż­na po­wie­dzieć, że jego hi­sto­ria nie­ustan­nie wkra­cza na cu­dze ob­sza­ry – ana­to­mii, an­tro­po­lo­gii, ar­chi­tek­tu­ry, ogrod­nic­twa, geo­gra­fii, po­li­ty­ki i hi­sto­rii kul­tu­ry, li­te­ra­tu­ry, sek­su­al­no­ści, re­li­gio­znaw­stwa – nie za­trzy­mu­jąc się w żad­nym z nich w swej da­le­kiej dro­dze. Je­śli bo­wiem ob­szar ba­daw­czy wy­obra­zić so­bie jako rze­czy­wi­ste pole – jako ści­śle wy­ty­czo­ny, pro­sto­kąt­ny i za­mknię­ty grunt, upra­wia­ny po to, by wy­dał okre­ślo­ny plon – za­gad­nie­nie cho­dze­nia przy­po­mi­na samo cho­dze­nie, w któ­rym nie zwa­ża się na ja­kie­kol­wiek ogra­ni­cze­nia. A cho­ciaż hi­sto­ria cho­dze­nia jako taka jest – jako część wszyst­kich tych ob­sza­rów i każ­de­go oso­bi­ste­go do­świad­cze­nia – po­ten­cjal­nie nie­skoń­czo­na, te opo­wie­ści, któ­re tu spi­su­ję, mogą być je­dy­nie cząst­ko­we, jak oso­bli­we ścież­ki wy­ty­czo­ne przez po­je­dyn­czą, kon­kret­ną wę­drow­nicz­kę, nie­jed­no­krot­nie co­fa­ją­cą się po wła­snych śla­dach i nie­ustan­nie roz­glą­da­ją­cą wo­kół. Na ko­lej­nych stro­nach sta­ram się prze­mie­rzać ścież­ki, któ­re przy­wio­dły więk­szość osób w moim kra­ju, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, do obec­ne­go mo­men­tu, prze­śle­dzić hi­sto­rię czer­pią­cą w znacz­nej mie­rze z eu­ro­pej­skich źró­deł, prze­kształ­co­ną jed­nak i na róż­ne spo­so­by prze­ni­co­wa­ną przez skraj­nie od­mien­ną ska­lę ame­ry­kań­skiej prze­strze­ni, wie­ki przy­sto­so­wań i mu­ta­cji oraz przez inne tra­dy­cje, któ­re zbie­gły się ostat­nio z owy­mi ścież­ka­mi, zwłasz­cza tra­dy­cje azja­tyc­kie. Hi­sto­ria cho­dze­nia to hi­sto­ria każ­dej i każ­de­go z nas, a ja­ka­kol­wiek jej pi­sa­na wer­sja może je­dy­nie wska­zać nie­któ­re z moc­niej wy­dep­ta­nych ście­żek po­zo­sta­ją­cych w za­się­gu au­tor­ki czy au­to­ra – in­ny­mi sło­wy, ścież­ki wy­ty­czo­ne prze­ze mnie nie są je­dy­ny­mi.

Pew­ne­go wio­sen­ne­go dnia za­sia­dłam do pi­sa­nia tek­stu o cho­dze­niu, by na­tych­miast z po­wro­tem wstać, biur­ko bo­wiem nie jest naj­lep­szym miej­scem do my­śle­nia w więk­szej ska­li. Z cy­pla na pół­noc od mo­stu Gol­den Gate, usia­ne­go opusz­czo­ny­mi umoc­nie­nia­mi obron­ny­mi, po­sta­no­wi­łam wspiąć się po zbo­czach do­li­ny i przejść wzdłuż gra­ni, by na­stęp­nie zejść ku wy­brze­żu Oce­anu Spo­koj­ne­go. Wio­sna na­de­szła wów­czas po wy­jąt­ko­wo mo­krej zi­mie, zaś wzgó­rza po­kry­ły się ową roz­pa­sa­ną, wy­bu­ja­łą zie­le­nią, o któ­rej za­wsze za­po­mi­nam, by przy­po­mnieć so­bie o niej ko­lej­ne­go roku. Spod nowo wy­ro­słej tra­wy prze­bi­ja­ła ze­szło­rocz­na darń, już nie zło­ta­wa, lecz wy­bla­kła od desz­czu i zsza­rza­ła do od­cie­nia po­pio­łu, część bo­ga­tej pa­le­ty sub­tel­nych, zmie­nia­ją­cych się przez cały rok barw. Hen­ry Da­vid Tho­re­au, prze­mie­rza­ją­cy z o wie­le więk­szym wi­go­rem ode mnie oko­li­ce po dru­giej stro­nie kon­ty­nen­tu, tak je opi­sy­wał: „Cał­kiem nowa per­spek­ty­wa spa­ce­ru to wiel­kie szczę­ście i do­świad­czam go każ­de­go po­po­łu­dnia. Dwu- lub trzy­go­dzin­ny spa­cer prze­no­si mnie do nie­zna­ne­go kra­ju, jaki mo­głem so­bie tyl­ko wy­ma­rzyć. Ja­kieś go­spo­dar­stwo, któ­re­go ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem, jest cza­sa­mi cu­dow­niej­sze od pa­ła­cu kró­la Da­ho­me­ju. Ist­nie­je na­wet pew­na har­mo­nia mię­dzy moż­li­wo­ścia­mi kra­jo­bra­zu w pro­mie­niu dzie­się­ciu mil, ogra­ni­cze­nia­mi po­po­łu­dnio­we­go spa­ce­ru a dłu­go­ścią ludz­kie­go ży­cia. Ni­g­dy nie jest nam dane się nu­dzić”1.

Te prze­ci­na­ją­ce się ścież­ki i dro­gi two­rzą dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wą tra­sę, któ­rą de­ka­dę temu za­czę­łam wę­dro­wać, by wy­cho­dzić z sie­bie nie­po­kój, drę­czą­cy mnie w trak­cie jed­ne­go z trud­niej­szych lat mo­je­go ży­cia. Po­wra­cam na ten szlak, by od­po­cząć od pra­cy i za­ra­zem na­brać do niej sił, gdyż w na­sta­wio­nej na wy­twa­rza­nie kul­tu­rze od­da­wa­nie się my­śle­niu na ogół uzna­je się za nie­pro­duk­tyw­ne, a nie­ro­bie­nie ni­cze­go pro­duk­tyw­ne­go zwy­kle przy­cho­dzi z tru­dem. Naj­le­piej za­tem przy­brać my­śle­nie w przy­naj­mniej po­zór ja­kie­goś dzia­ła­nia, dzia­ła­niem zaś naj­bliż­szym bez­czyn­no­ści jest wła­śnie cho­dze­nie. Samo w so­bie jest tą in­ten­cjo­nal­ną czyn­no­ścią, któ­rej naj­bli­żej do mi­mo­wol­nych ryt­mów cia­ła, od­dy­cha­nia i bi­cia ser­ca. Po­zwa­la zna­leźć chwiej­ną rów­no­wa­gę mię­dzy pra­cą a próż­no­wa­niem, by­ciem a dzia­ła­niem. Jest pra­cą cia­ła nie­wy­twa­rza­ją­cą ni­cze­go prócz my­śli, prze­żyć, olśnień. Po tych wszyst­kich la­tach wę­dro­wa­nia po to, by prze­pra­co­wać coś in­ne­go, sen­su na­brał po­wrót do pra­cy bli­sko domu, tak jak ro­zu­miał ją Tho­re­au, i prze­my­śle­nie sa­me­go wę­dro­wa­nia.

Cho­dze­nie, w wer­sji ide­al­nej, jest sta­nem, w któ­rym umysł, cia­ło i świat spo­ty­ka­ją się z sobą, jak gdy­by były trze­ma pro­wa­dzą­cy­mi roz­mo­wę po­sta­cia­mi, trze­ma dźwię­ka­mi nie­spo­dzie­wa­nie łą­czą­cy­mi się w akord. Wę­dro­wa­nie po­zwa­la nam na osa­dze­nie się we wła­snym cie­le i w świe­cie bez ko­niecz­no­ści zaj­mo­wa­nia się nimi. Daje swo­bo­dę my­śle­nia bez nie­bez­pie­czeń­stwa cał­ko­wi­te­go po­grą­że­nia się i za­tra­ce­nia we wła­snych my­ślach. Nie by­łam wów­czas pew­na, czy spóź­ni­łam się, czy też przy­by­łam za wcze­śnie na kwit­nie­nie fio­le­to­we­go łu­bi­nu, tak wi­do­wi­sko­we na na­szym cy­plu, ka­li­for­nij­ska rze­żu­cha ob­ra­sta­ła już za­cie­nio­ną stro­nę dro­gi wio­dą­cej do mo­je­go szla­ku, bu­dząc we mnie wspo­mnie­nie z cza­sów dzie­ciń­stwa: gór­skich zbo­czy, któ­re co roku jako pierw­sze po­kry­wa­ły się ca­łym tym fan­ta­stycz­nym bo­gac­twem bia­łych kwiat­ków. Wo­kół mnie trze­po­ta­ły czar­ne mo­ty­le, pcha­ne wia­trem i ru­chem skrzy­deł, przy­wo­łu­jąc inną epo­kę z mo­jej prze­szło­ści. Wy­da­je się, że pie­sza wę­drów­ka uła­twia rów­nież po­ru­sza­nie się w cza­sie, umysł bo­wiem wę­dru­je swo­bod­nie mię­dzy pla­na­mi, wspo­mnie­nia­mi i ob­ser­wa­cja­mi.

Rytm kro­ków wy­bi­ja swo­isty rytm my­śle­niu, a prze­cha­dza­nie się wśród zmie­nia­ją­cych się kra­jo­bra­zów przy­po­mi­na i po­bu­dza prze­cho­dze­nie sze­re­gu my­śli. To zaś two­rzy oso­bli­we współ­brz­mie­nie mię­dzy prze­cho­dze­niem we­wnętrz­nym a ze­wnętrz­nym, su­ge­ru­jąc, że umysł tak­że jest swe­go ro­dza­ju kra­jo­bra­zem, wę­dro­wa­nie zaś – spo­so­bem po­ru­sza­nia się w jego ob­rę­bie. Po­ja­wia­ją­ca się nowa myśl wy­da­je się czę­sto­kroć czymś na kształt ce­chy pej­za­żu tkwią­cej w nim od sa­me­go po­cząt­ku, jak gdy­by my­śle­nie było ra­czej od­mia­ną po­dró­żo­wa­nia ani­że­li wy­twa­rza­niem cze­go­kol­wiek. Jed­nym z aspek­tów hi­sto­rii cho­dze­nia jest hi­sto­ria my­śle­nia ukon­kret­nio­ne­go, gdyż ru­chu my­śli, w od­róż­nie­niu od ru­chu stóp, nie da się prze­śle­dzić. Wę­dro­wa­nie moż­na so­bie rów­nież wy­obra­zić jako czyn­ność wzro­ko­wą, a każ­dą prze­chadz­kę jako po­dróż na tyle swo­bod­ną, by po­zwa­la­ła za­ra­zem oglą­dać wi­do­ki i je prze­my­śleć, przy­swo­ić so­bie to, co nowe, i uczy­nić je czymś zna­nym. Praw­do­po­dob­nie w tym wła­śnie tkwi szcze­gól­na uży­tecz­ność cho­dze­nia dla my­śli­cie­li. Za­sko­cze­nia, oswo­bo­dze­nia i wy­ja­śnie­nia, ja­kich do­star­cza po­dróż, zgro­ma­dzić moż­na, nie tyl­ko prze­mie­rza­jąc świat, lecz cza­sem rów­nież prze­cha­dza­jąc się wo­kół wła­sne­go domu, się­ga­jąc wła­snym kro­kiem za­rów­no naj­bliż­szych, jak i naj­dal­szych oko­lic. Być może cho­dze­nie na­le­ża­ło­by na­zwać ru­chem, nie po­dró­żą, moż­na bo­wiem cha­dzać w kół­ko i moż­na po­dró­żo­wać do­oko­ła świa­ta, sie­dząc nie­ru­cho­mo w fo­te­lu, tym­cza­sem pe­wien ro­dzaj na­mięt­no­ści do wę­drów­ki speł­nić się może wy­łącz­nie dzię­ki czyn­no­ści cia­ła, któ­re samo jest w ru­chu, nie zaś dzię­ki po­ru­sza­niu się sa­mo­cho­du, stat­ku czy sa­mo­lo­tu. To ruch i prze­su­wa­ją­ce się wraz z nim wi­do­ki zda­ją się wy­wo­ły­wać zda­rze­nia w umy­śle, a to wła­śnie czy­ni wę­dro­wa­nie tak za­gad­ko­wą i nie­wy­czer­pa­nie płod­ną ak­tyw­no­ścią – jest ono za­ra­zem środ­kiem i ce­lem, po­dró­żą i punk­tem doj­ścia.

Sta­ra, czer­wo­na, brud­na dro­ga zbu­do­wa­na przez woj­sko za­czę­ła się wić i piąć w górę wzdłuż do­li­ny. Spo­ra­dycz­nie sku­pia­łam się na czyn­no­ści cho­dze­nia, lecz przez więk­szość cza­su wy­ko­ny­wa­łam ją nie­świa­do­mie, a sto­py same mnie nio­sły dzię­ki wła­ści­wej im umie­jęt­no­ści utrzy­my­wa­nia rów­no­wa­gi, uni­ka­nia skał, ka­mie­ni i szcze­lin, kro­cze­nia o wła­snych si­łach i we wła­snym ryt­mie, po­zwa­la­jąc mi swo­bod­nie przy­glą­dać się fał­dom wzgórz w od­da­li, a z bli­ska po­dzi­wiać ob­fi­tość kwie­cia: hia­cyn­tów ka­li­for­nij­skich, ró­żo­wych kwiat­ków o przy­po­mi­na­ją­cych per­ga­min płat­kach, któ­rych na­zwy ni­g­dy nie by­łam w sta­nie za­pa­mię­tać, buj­nie kwit­ną­cych na żół­to, przy­wo­dzą­cych na myśl ko­ni­czy­nę szcza­wi­ków i na­po­tka­nych w po­ło­wie ostat­nie­go za­krę­tu dro­gi bia­łych jak pa­pier nar­cy­zów. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach mo­zol­ne­go mar­szu pod górę za­trzy­ma­łam się, by je po­wą­chać. Nie­gdyś w do­li­nie tej mie­ści­ła się mle­czar­nia, a fun­da­men­ty ja­kie­goś wiej­skie­go domu i parę wy­bu­ja­łych drze­wek owo­co­wych wciąż trwa­ły gdzieś po­ni­żej, po dru­giej stro­nie pod­mo­kłe­go, po­ro­śnię­te­go wierz­bi­ną dna do­li­ny. Przez o wie­le dłuż­szy czas były to zie­mie, na któ­rych pra­co­wa­no, ani­że­li kra­jo­braz prze­zna­czo­ny do po­dzi­wia­nia i wy­po­czyn­ku: naj­pierw przy­by­li tu­taj Mi­wo­ko­wie, na­stęp­nie rol­ni­cy, wy­par­ci sto lat póź­niej przez po­wsta­ją­cą tu bazę woj­sko­wą, któ­rą w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych za­mknię­to, gdy wy­brze­że oce­anu stra­ci­ło na zna­cze­niu wo­bec co­raz bar­dziej abs­trak­cyj­nych i w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze po­wietrz­nych me­tod pro­wa­dze­nia woj­ny. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych te­ren ten prze­ka­za­no w za­rząd Służ­bie Par­ków Na­ro­do­wych i lu­dziom ta­kim jak ja, spad­ko­bier­com i spad­ko­bier­czy­niom kul­tu­ro­wej tra­dy­cji wę­dró­wek kra­jo­znaw­czych od­by­wa­nych dla czy­stej przy­jem­no­ści. Ogrom­ne, be­to­no­we sta­no­wi­ska ar­ty­le­rii, bun­kry i tu­ne­le nie znik­ną ni­g­dy, pod­czas gdy za­bu­do­wa­nia mle­czar­ni znik­nę­ły, jed­nak to ro­dzi­ny mle­cza­rzy po­zo­sta­wi­ły po so­bie żywe dzie­dzic­two upra­wy ro­ślin ogro­do­wych, wy­ra­sta­ją­cych po­mię­dzy tu­tej­szą dzi­ką ro­ślin­no­ścią.

Wę­dro­wa­nie jest za­ra­zem błą­ka­niem się, i ja tak błą­dzi­łam od kęp­ki nar­cy­zów na­po­tka­nych na za­krę­cie czer­wo­nej dro­gi, wpierw w my­ślach, na­stęp­nie zaś na wła­snych no­gach. Dro­ga zbu­do­wa­na przez woj­sko wspię­ła się do gra­ni i prze­cię­ła szlak, któ­ry miał mnie prze­pro­wa­dzić przez grzbiet wzgó­rza, mimo wia­tru, su­nąc w dół, za­nim z po­wro­tem za­cznie się piąć na za­chod­nie zbo­cze ku ko­lej­ne­mu grzbie­to­wi. Na szczy­cie po­nad ścież­ką, zwró­co­na ku ko­lej­nej do­li­nie na pół­noc, wzno­si­ła się sta­ra sta­cja ra­da­ro­wa, oto­czo­na ośmio­kąt­nym ogro­dze­niem. Zbie­ra­ni­na dzi­wacz­nych urzą­dzeń i ce­men­to­wych bun­krów na wy­la­nym as­fal­tem lą­do­wi­sku sta­no­wi­ła ele­ment sys­te­mu na­pro­wa­dza­nia NIKE, ra­kiet nu­kle­ar­nych, wy­ce­lo­wa­nych z bazy w miesz­czą­cej się po­ni­żej do­li­nie ku in­nym kon­ty­nen­tom, na­wet je­śli ni­g­dy żad­nej z nich nie wy­strze­lo­no w trak­cie dzia­łań zbroj­nych. Ob­raz tej ru­iny na­su­wał myśl o od­wo­ła­nym koń­cu świa­ta.

Wła­śnie od bro­ni ato­mo­wej za­czę­ła się moja dro­ga ku pi­sa­niu hi­sto­rii wę­dro­wa­nia, tak peł­na nie­spo­dzia­nek, jak każ­dy bieg czy tok my­śli2. W la­tach osiem­dzie­sią­tych zo­sta­łam dzia­łacz­ką ru­chu prze­ciw uży­wa­niu bro­ni ją­dro­wej i bra­łam udział w wio­sen­nych de­mon­stra­cjach na po­li­go­nie Ne­va­da – na­le­żą­cym do De­par­ta­men­tu Ener­gii USA, o roz­mia­rach zbli­żo­nych do Rho­de Is­land, po­ło­żo­nym na po­łu­dniu sta­nu, któ­re­mu za­wdzię­cza na­zwę – gdzie ame­ry­kań­ski rząd od 1951 roku zde­to­no­wał po­nad ty­siąc bomb ją­dro­wych. Broń ją­dro­wa nie­kie­dy wy­da­je się je­dy­nie mało kon­kret­ną po­zy­cją w bu­dże­cie, ra­chun­kiem w go­spo­dar­ce od­pa­da­mi, ra­chun­kiem ewen­tu­al­nych ofiar i szkód, z któ­ry­mi moż­na się upo­rać na dro­dze kam­pa­nii po­li­tycz­nych, z po­mo­cą pra­sy czy dzię­ki lob­bin­go­wi. Biu­ro­kra­tycz­na abs­trak­cyj­ność za­rów­no wy­ści­gu zbro­jeń, jak i wszel­kich form sta­wia­ne­go mu opo­ru utrud­nia cza­sem zro­zu­mie­nie, że praw­dzi­wym pro­ble­mem było i na­dal jest znisz­cze­nie rze­czy­wi­stych ciał i rze­czy­wi­ście ist­nie­ją­cych miejsc. Na sa­mym po­li­go­nie rzecz przed­sta­wia­ła się zgo­ła ina­czej. Broń ma­so­we­go ra­że­nia od­pa­la­no tam po­śród ema­nu­ją­ce­go su­ro­wym pięk­nem kra­jo­bra­zu, w któ­rym obo­zo­wa­li­śmy przez ty­dzień czy dwa w cza­sie ko­lej­nych de­mon­stra­cji (po roku 1963 prze­pro­wa­dza­no tam pró­by pod­ziem­ne, któ­re za każ­dym ra­zem wy­wo­ły­wa­ły lo­kal­ne wstrzą­sy zie­mi i w wy­ni­ku któ­rych nie­jed­no­krot­nie do at­mos­fe­ry prze­ni­ka­ły mimo wszyst­ko sub­stan­cje ra­dio­ak­tyw­ne). Nam jed­nak – a „my” wy­wo­dzi­li­śmy się i wy­wo­dzi­ły­śmy z osła­wio­nej nie­chluj­nej ame­ry­kań­skiej kontr­kul­tu­ry, choć na­le­że­li do „nas” rów­nież oca­le­ni z Hi­ro­szi­my i Na­ga­sa­ki, bud­dyj­scy mni­si, fran­cisz­kań­scy za­kon­ni­cy i za­kon­ni­ce, we­te­ra­ni, któ­rzy za­mie­ni­li się w pa­cy­fi­stów, zbun­to­wa­ni fi­zy­cy, ka­zach­scy, nie­miec­cy i po­li­ne­zyj­scy dzia­ła­cze ży­ją­cy w cie­niu bom­by, a tak­że Szo­szo­ni Za­chod­ni, do któ­rych tak na­praw­dę na­le­ża­ła ta zie­mia – uda­ło się prze­bić przez tę abs­trak­cję. Za nią zaś znaj­do­wa­ły się rze­czy­wi­ste, kon­kret­ne miej­sca, ob­ra­zy, dzia­ła­nia i do­świad­cze­nia – sku­wa­nia kaj­dan­ka­mi, po­kłu­cia kol­ca­mi, go­rą­ca, pra­gnie­nia, ry­zy­ka na­pro­mie­nio­wa­nia, świa­dectw ofiar na­pro­mie­nio­wa­nia – a tak­że wi­do­wi­sko­wy blask pu­sty­ni, po­czu­cie swo­bo­dy, ja­kie daje otwar­ta prze­strzeń, oraz po­ry­wa­ją­cy wi­dok ty­się­cy osób dzie­lą­cych z nami prze­świad­cze­nie, że bom­by ją­dro­we to naj­gor­sze na­rzę­dzie do pi­sa­nia hi­sto­rii świa­ta. Da­li­śmy swe­go ro­dza­ju cie­le­sne świa­dec­two na­szych prze­ko­nań, za­ra­zem cie­le­śnie do­świad­cza­jąc nie­okieł­zna­ne­go pięk­na pu­sty­ni oraz prze­czu­cia go­to­wa­nej dla nas już gdzieś w po­bli­żu apo­ka­lip­sy. For­mą, jaką przy­bra­ła na­sza de­mon­stra­cja, był rzecz ja­sna marsz: to, co po pu­blicz­nie do­stęp­nej stro­nie ogro­dze­nia było uro­czy­stym po­cho­dem, po dru­giej stro­nie, gdzie obo­wią­zy­wał za­kaz wstę­pu, sta­no­wi­ło wtar­gnię­cie, akt bez­praw­ne­go wkro­cze­nia i na­ru­sze­nia wła­sno­ści ob­ło­żo­ny karą aresz­tu. Tym spo­so­bem da­li­śmy wy­raz, na nie­spo­ty­ka­nie wiel­ką ska­lę, oby­wa­tel­skie­mu nie­po­słu­szeń­stwu i oby­wa­tel­skie­mu opo­ro­wi, wpi­su­jąc się w dłu­gą ame­ry­kań­ską tra­dy­cję, po raz pierw­szy sfor­mu­ło­wa­ną przez Tho­re­au.

Sam Tho­re­au był jed­no­cze­śnie po­etą na­tu­ry i kry­ty­kiem spo­łe­czeń­stwa. Jego słyn­ny akt oby­wa­tel­skie­go nie­po­słu­szeń­stwa przy­brał bier­ną for­mę – sta­no­wi­ła go od­mo­wa pła­ce­nia po­dat­ków na rzecz woj­ny i nie­wol­nic­twa, wraz z po­go­dze­niem się z aresz­tem i ko­niecz­no­ścią spę­dze­nia nocy w wię­zie­niu, któ­re od­mo­wa ta za sobą po­cią­gnę­ła – i nie miał bez­po­śred­nie­go związ­ku z jego za­an­ga­żo­wa­niem w od­kry­wa­nie i in­ter­pre­to­wa­nie lo­kal­ne­go kra­jo­bra­zu, choć Tho­re­au wy­pra­wił przy­ję­cie po­łą­czo­ne ze zbie­ra­niem ja­gód w dniu, w któ­rym wy­pusz­czo­no go z wię­zie­nia. Na­sze dzia­ła­nia na po­li­go­nie do­świad­czal­nym w Ne­va­dzie tak­że łą­czy­ły w so­bie, w tym na­szym obo­zo­wa­niu, ma­sze­ro­wa­niu, prze­kra­cza­niu ba­rier i za­sie­ków i wtar­gnię­ciach na cu­dzy te­ren, po­ezję na­tu­ry z kry­ty­ką spo­łecz­ną, jak gdy­by i nam uda­ło się za­mie­nić ja­go­do­wy pik­nik w re­wo­lu­cyj­ne dzia­ła­nie. Było dla mnie wów­czas ob­ja­wie­niem to, że marsz przez pu­sty­nię i prze­ła­że­nie przez ogro­dze­nia dla krów na za­ka­za­ny te­ren mo­gły stać się spo­so­bem wy­ra­ża­nia po­li­tycz­ne­go prze­sła­nia. Wła­śnie w trak­cie tam­tej wę­drów­ki za­czę­łam od­kry­wać inne za­chod­nie kra­jo­bra­zy, od­le­głe od zna­ne­go mi wy­brze­ża, i zwie­dzać je, śle­dząc za­ra­zem opo­wie­ści, któ­re mnie do nich przy­wio­dły – opo­wie­ści nie tyl­ko o po­stę­pie na Za­cho­dzie, lecz rów­nież o ro­man­tycz­nym za­mi­ło­wa­niu do wę­drów­ki i pej­za­żu, o de­mo­kra­tycz­nej tra­dy­cji opo­ru i re­wo­lu­cji, a tak­że o o wie­le jesz­cze daw­niej­szych dzie­jach piel­grzy­mo­wa­nia i wę­dro­wa­nia w ce­lach du­cho­wych. W opi­sy­wa­niu roz­ma­itych warstw i po­kła­dów hi­sto­rii, któ­re ukształ­to­wa­ły moje do­świad­cze­nie na po­li­go­nie w Ne­va­dzie, od­na­la­złam wła­sny au­tor­ski głos. I za­czę­łam wów­czas my­śleć i pi­sać o cho­dze­niu w trak­cie pi­sa­nia o miej­scach i ich hi­sto­riach.

Cho­dze­nie, o czym wie każ­dy czy­tel­nik ese­ju Tho­re­au Sztu­ka cho­dze­nia, nie­uchron­nie wie­dzie ku in­nym te­ma­tom. Cho­dze­nie bo­wiem za­wsze zba­cza – z dro­gi i te­ma­tu. Choć­by ku spa­da­ją­cym gwiaz­dom po­wy­żej sta­cji na­pro­wa­dza­nia po­ci­sków, miesz­czą­cej się na wzgó­rzach na pół­no­cy od Gol­den Gate. Moje ulu­bio­ne po­lne kwia­ty, przy­po­mi­na­ją­ce drob­ne roż­ki w ko­lo­rze fuk­sji, upstrzo­ne wy­raź­ny­mi czar­ny­mi punk­ci­ka­mi, za spra­wą swe­go ae­ro­dy­na­micz­ne­go kształ­tu wy­da­ją się wprost stwo­rzo­ne do lotu, do któ­re­go ni­g­dy się nie wzbi­ją, jak gdy­by w toku ewo­lu­cji roz­wi­ja­ły się nie­po­mne, że kwia­ty osa­dzo­ne są na ło­dy­gach, a ło­dy­gi wy­ra­sta­ją z ko­rze­ni. Szlak, zra­sza­ny na­pły­wa­ją­cą w mie­sią­cach su­chych znad oce­anu mgłą i ukry­ty w cie­niu wy­sta­ją­ce­go pół­noc­ne­go zbo­cza, po­ro­śnię­ty był z obu stron buj­nym cha­par­ra­lem. Pod­czas gdy miesz­czą­ca się na gór­skim grzbie­cie sta­cja na­pro­wa­dza­nia po­ci­sków ra­kie­to­wych nie­odmien­nie przy­po­mi­na mi o pu­sty­ni i woj­nie, po­ło­żo­ne po­ni­żej kępy ro­ślin­no­ści przy­wo­dzą na myśl an­giel­skie ży­wo­pło­ty oka­la­ją­ce pola, z ich ob­fi­to­ścią ro­ślin i pta­ków, cały ów siel­ski pej­zaż an­giel­skiej wsi. Ro­sły tu pa­pro­cie, po­ziom­ki, zaś pod osło­ną krze­wu ko­jo­tów roz­kwi­ta­ło kil­ka bia­łych iry­sów.

Choć przy­szłam tu­taj, by po­my­śleć o cho­dze­niu, nie po­tra­fi­łam prze­stać my­śleć o wszyst­kim in­nym, o li­stach, któ­re po­win­nam na­pi­sać, o roz­mo­wach, któ­re pro­wa­dzi­łam. Na wła­ści­wym szla­ku po­zo­sta­wa­łam przy­naj­mniej wte­dy, gdy mój umysł zba­czał ku roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej, jaką od­by­łam tam­te­go ran­ka z moją przy­ja­ciół­ką Sono. Spod jej miesz­ka­nio-pra­cow­ni w Za­chod­nim Oakland skra­dzio­no sa­mo­chód i po­wie­dzia­ła mi, że choć wszy­scy przyj­mo­wa­li tę wia­do­mość jak ka­ta­stro­fę, jej sa­mej wca­le nie było spe­cjal­nie żal, że już go nie ma, i wca­le nie było jej spiesz­no, by ku­po­wać nowy. Czer­pa­ła pew­ną ra­dość, jak mi wy­zna­ła, z tego, że mia­ła oka­zję się prze­ko­nać, iż wła­sne cia­ło na­dal po­tra­fi za­pro­wa­dzić ją tam, do­kąd zmie­rza, a poza tym całe zda­rze­nie oka­za­ło się praw­dzi­wym da­rem losu tak­że dla­te­go, że po­zwo­li­ło jej na­wią­zać bar­dziej na­ma­cal­ną, kon­kret­ną re­la­cję z oko­li­cą, w któ­rej miesz­ka, i z są­sia­da­mi. Roz­ma­wia­ły­śmy wów­czas o tym, jak po­ru­sza­nie się na pie­cho­tę i środ­ka­mi trans­por­tu pu­blicz­ne­go roz­wi­ja po­czu­cie cza­su, wszyst­ko bo­wiem wy­ma­ga wcze­śniej­sze­go za­pla­no­wa­nia i usta­le­nia i nie da się już ni­cze­go za­ła­twić na ostat­nią chwi­lę, w nie­ustan­nym po­śpie­chu. I o po­czu­ciu prze­strze­ni i świa­do­mo­ści miej­sca, ja­kich na­by­wa się, cho­dząc na wła­snych no­gach. Wie­le osób funk­cjo­nu­je dzi­siaj w sze­re­gach osob­nych po­miesz­czeń – dom, sa­mo­chód, si­łow­nia, biu­ro, skle­py. Gdy po­ru­sza­my się pie­cho­tą, wszyst­ko łą­czy się z sobą, po­nie­waż cho­dząc, zaj­mu­je­my prze­strzeń po­mię­dzy tymi po­miesz­cze­nia­mi w taki sam spo­sób, w jaki zaj­mu­je­my ich wnę­trza. Ży­je­my wów­czas w ca­łym świe­cie, nie tyl­ko we­wnątrz po­miesz­czeń zbu­do­wa­nych po to, by się przed nim bro­nić.

Wą­ski szlak, któ­rym wę­dro­wa­łam, skoń­czył się na wznie­sie­niu, łą­cząc się ze sta­rą as­fal­to­wą dro­gą wio­dą­cą do sta­cji na­pro­wa­dza­nia po­ci­sków. Przej­ście ze ścież­ki na dro­gę ozna­cza­ło wspi­nacz­kę po­zwa­la­ją­cą uj­rzeć cały bez­miar oce­anu roz­cią­ga­ją­ce­go się aż po Ja­po­nię. Dreszcz roz­ko­szy prze­cho­dzi mnie za każ­dym ra­zem, gdy prze­kra­czam tę gra­ni­cę, by na po­wrót od­kryć oce­an, lśnią­cy ni­czym kute sre­bro w naj­sło­necz­niej­sze dni, zie­lon­ka­wy przy po­chmur­nej po­go­dzie, bru­nat­nie­ją­cy zaś za spra­wą męt­nych wód stru­mie­ni i rzek spły­wa­ją­cych do nie­go z da­le­ka w trak­cie zi­mo­wych po­wo­dzi, opa­li­zu­ją­co cęt­ko­wa­ny błę­ki­tem w dni, gdy chmu­ry się roz­pra­sza­ją, le­d­wie wi­docz­ny, kie­dy za­le­ga gę­sta mgła, a wy­czu­wal­na w po­wie­trzu sło­na­wa woń zwia­stu­je zmia­nę. Tego dnia mo­rze było jed­no­li­cie błę­kit­ne i cią­gnę­ło się aż po roz­my­ty ho­ry­zont, za spra­wą lek­kiej mgieł­ki nie­wy­raź­nie prze­cho­dzą­cy w czy­ste nie­bo. Z tego miej­sca dro­ga wio­dła mnie już w dół. Opo­wie­dzia­łam Sono o re­kla­mie, na jaką na­tknę­łam się w „Los An­ge­les Ti­me­sie” kil­ka mie­się­cy temu i o któ­rej od tam­tej pory nie prze­sta­ję my­śleć. Była to re­kla­ma en­cy­klo­pe­dii na CD-ROM-ie, a jej zaj­mu­ją­cy całą stro­nę ga­ze­ty tekst gło­sił: „Do­tąd w stru­gach desz­czu prze­mie­rza­łeś mia­sto, by sko­rzy­stać z na­szych en­cy­klo­pe­dii. Je­ste­śmy pew­ni, że two­je­mu dziec­ku damy je na klik­nię­cie”. Wy­da­wa­ło mi się do­tych­czas, że wła­śnie spa­ce­ry w stru­gach desz­czu sta­no­wią dla dzie­ci praw­dzi­wą na­ukę, a przy­naj­mniej ćwi­cze­nie zmy­słów i wy­obraź­ni. Być może dziec­ko wy­po­sa­żo­ne w en­cy­klo­pe­dię na CD-ROM-ie na chwi­lę za­po­mni o za­da­niu, któ­re ma wy­ko­nać, i gdzieś po­błą­dzi my­śla­mi, tak czy owak jed­nak wę­drów­ki w książ­ce czy w kom­pu­te­rze od­by­wa­ją się w o wie­le bar­dziej ogra­ni­czo­nych i mniej zmy­sło­wych ra­mach. Wszak na ży­cie skła­da się suma nie­prze­wi­dy­wal­nych zda­rzeń za­cho­dzą­cych mię­dzy ru­ty­no­wy­mi dzia­ła­nia­mi, a na­dej­ście tego, co nie­ocze­ki­wa­ne, na­da­je mu war­tość. Przez ostat­nie dwa stu­le­cia pod­sta­wo­wym spo­so­bem od­kry­wa­nia tego, co nie­prze­wi­dzia­ne i nie­ocze­ki­wa­ne, były miej­skie i wiej­skie prze­chadz­ki, tym­cza­sem dziś z wie­lu stron czy­ha­ją na nie za­gro­że­nia.

Mno­że­nie tech­no­lo­gii, wdra­ża­nych w imię wy­daj­no­ści, sku­tecz­nie wy­pie­ra czas wol­ny, umoż­li­wia­jąc mak­sy­ma­li­za­cję cza­su i prze­strze­ni prze­zna­czo­nych do ce­lów pro­duk­cyj­nych i przy­czy­nia­jąc się do mi­ni­ma­li­za­cji wci­śnię­te­go mię­dzy nie nie­zor­ga­ni­zo­wa­ne­go cza­su po­dró­ży. Nowe tech­ni­ki oszczę­dza­nia na cza­sie pod­no­szą pro­duk­tyw­ność pra­cow­ni­ków, jed­nak nie czy­nią ich bar­dziej wol­ny­mi w świe­cie, któ­ry wszę­dzie wo­kół zda­je się nie­ustan­nie przy­spie­szać. Re­to­ry­ka wy­daj­no­ści zwią­za­na z tymi tech­no­lo­gia­mi su­ge­ru­je rów­nież, że to, co nie­mie­rzal­ne, musi być bez­war­to­ścio­we: że cała prze­bo­ga­ta pa­le­ta przy­jem­no­ści, szcze­gól­nie tych, któ­re pod­pa­da­ją pod ka­te­go­rie nie­rób­stwa – jak bu­ja­nie w ob­ło­kach, ga­pie­nie się w nie­bo, włó­cze­nie bez celu, przy­glą­da­nie wi­try­nom skle­po­wym – jest je­dy­nie pust­ką, któ­rą na­le­ży wy­peł­nić czymś in­nym, czymś bar­dziej okre­ślo­nym, bar­dziej pro­duk­tyw­nym albo przy­naj­mniej szyb­szym. Na­wet w po­przek tej cią­gną­cej się przez cy­pel dro­gi, któ­ra nie wie­dzie ku ni­cze­mu uży­tecz­ne­mu, dro­gi, któ­rą po­ko­nu­je się je­dy­nie dla przy­jem­no­ści, lu­dzie wy­dep­ta­li skró­ty, jak gdy­by oszczęd­ność cza­su była na­wy­kiem, któ­re­go nie są już w sta­nie się wy­zbyć. Bez­ce­lo­wość pie­szej wy­ciecz­ki, w trak­cie któ­rej jest wie­le do od­kry­cia, zo­sta­ła za­stą­pio­na przez ce­lo­we wy­zna­cza­nie dróg naj­krót­sze­go cza­su, a tak­że przez elek­tro­nicz­ne trans­mi­sje, spra­wia­ją­ce, że rze­czy­wi­ste po­dró­że w co­raz więk­szym stop­niu sta­ją się zbęd­ne. Jako oso­ba sa­mo­za­trud­nio­na, któ­ra dzię­ki tech­no­lo­gii oszczę­dza czas, by na­stęp­nie móc mar­no­tra­wić go na sny na ja­wie i błą­ka­nie się bez celu, znam do­sko­na­le jej uży­tecz­ność i ko­rzy­stam z jej osią­gnięć – z sa­mo­cho­du, kom­pu­te­ra, mo­de­mu – a za­ra­zem oba­wiam się fał­szy­we­go wra­że­nia pil­no­ści, jaka wią­że się z tego ro­dza­ju tech­ni­ka­mi, przy­mu­su przy­spie­sze­nia, jaki wy­wo­łu­ją, prze­ko­nu­jąc nas, że po­dróż jest o wie­le mniej waż­na ani­że­li jej cel. Lu­bię włó­czę­gę dla­te­go wła­śnie, że jest po­wol­na, i po­dej­rze­wam, że umysł, na po­do­bień­stwo na­szych nóg, dzia­ła w tem­pie pię­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. A je­śli tak, ozna­cza­ło­by to, że współ­cze­sne ży­cie ma o wie­le szyb­sze tem­po ani­że­li na­sza myśl i na­sza re­flek­syj­ność.

W cho­dze­niu cho­dzi bo­wiem o by­cie gdzieś na ze­wnątrz, w pu­blicz­nej prze­strze­ni, ta zaś w star­szych mia­stach rów­nież opu­sto­sza­ła i się roz­pa­dła, przy­ćmio­na przez tech­no­lo­gie i usłu­gi, któ­re nie wy­ma­ga­ją już opusz­cza­nia wła­sne­go domu, kur­czą­ca się w wy­ni­ku lęku, jaki bu­dzi wie­le miejsc (obcy te­ren nie­odmien­nie bu­dzi więk­szy lęk ani­że­li do­brze nam zna­ny, za­tem im rza­dziej włó­czy­my się po mie­ście, tym groź­niej­sze nam się ono wy­da­je, a im mniej w nim prze­chod­niów, tym bar­dziej opu­sto­sza­łe i nie­bez­piecz­ne sta­je się w rze­czy­wi­sto­ści). Tym­cza­sem w wie­lu nowo po­wsta­ją­cych miej­scach na­wet w pla­nach nie uwzględ­nia się prze­strze­ni pu­blicz­nej: to, co nie­gdyś ją sta­no­wi­ło, dziś pro­jek­tu­je się tak, by spro­stać po­trze­bie pry­wat­no­ści wła­ści­cie­li sa­mo­cho­dów, ga­le­rie han­dlo­we zaj­mu­ją miej­sce ulic, uli­ce po­zba­wio­ne zo­sta­ją chod­ni­ków, do bu­dyn­ków wcho­dzi się wy­łącz­nie przez ga­ra­że, przed gma­cha­mi pu­blicz­ny­mi bra­ku­je pla­ców, wszyst­ko zaś jest oto­czo­ne mu­ra­mi, za­mknię­te szla­ba­na­mi i bram­ka­mi. Strach stwo­rzył cał­kiem nowy styl w ar­chi­tek­tu­rze i w pla­no­wa­niu prze­strzen­nym miast, zwłasz­cza w po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii, gdzie by­cie pie­szym w wie­lu kwar­ta­łach dziel­nic czy na gro­dzo­nych osie­dlach sta­je się rów­no­znacz­ne z by­ciem po­dej­rza­nym. Rów­no­cze­śnie grun­ty wiej­skie i ku­szą­ce nie­gdyś wy­ciecz­ko­wi­czów obrze­ża miast zo­sta­ją wchło­nię­te przez ko­lej­ne dziel­ni­ce sy­pial­nie, prze­zna­czo­ne wy­łącz­nie dla osób po­ru­sza­ją­cych się sa­mo­cho­da­mi, bądź za­ję­te w inny spo­sób. W nie­któ­rych miej­scach nie spo­sób już na­wet po­ka­zać się pu­blicz­nie: zni­ka za­rów­no moż­li­wość tych ob­ja­wień, ja­kie daje sa­mot­ny spa­cer, jak i sama de­mo­kra­tycz­na funk­cja prze­strze­ni pu­blicz­nej. Ta­kie­mu roz­człon­ko­wa­niu na­sze­go ży­cia i kra­jo­bra­zu daw­no temu usi­ło­wa­li­śmy dać ja­kiś od­pór, na roz­le­głej prze­strze­ni pu­sty­ni, któ­ra na krót­ki czas sta­ła się miej­scem pu­blicz­nym w tym sa­mym stop­niu jak miej­ski plac.

Jak zgrab­nie uję­ła to Sono, gdy za­ni­ka prze­strzeń pu­blicz­na, zni­ka rów­nież cia­ło, ob­da­rzo­ne zdol­no­ścią sa­mo­dziel­ne­go po­ru­sza­nia się. Roz­ma­wia­ły­śmy o wspól­nym od­kry­ciu, że oko­li­ce, w któ­rych miesz­ka­my – ucho­dzą­ce za jed­ne z naj­nie­bez­piecz­niej­szych w Bay Area – nie są wca­le aż tak wro­gie (choć nie są też wy­star­cza­ją­co bez­piecz­ne, by­śmy mo­gły cał­ko­wi­cie za­po­mnieć o za­gro­że­niu). Raz, daw­no temu, sama pa­dłam ofia­rą gróźb i na­pa­ści na uli­cy, ty­siąc­krot­nie czę­ściej jed­nak spo­ty­ka­łam na niej prze­cho­dzą­cych przy­ja­ciół, nie­raz na­tra­fia­łam na cie­ka­wą książ­kę wy­sta­wio­ną w wi­try­nie księ­gar­ni, otrzy­my­wa­łam kom­ple­men­ty i wy­mie­nia­łam po­zdro­wie­nia z mo­imi ga­da­tli­wy­mi są­sia­da­mi, mo­głam po­dzi­wiać ar­chi­tek­tu­rę, afi­sze wy­stę­pu­ją­cych tu­taj ze­spo­łów mu­zycz­nych oraz iro­nicz­ne graf­fi­ti na mu­rach, sta­no­wią­ce traf­ny po­li­tycz­ny ko­men­tarz do bie­żą­cych zda­rzeń, na­po­ty­ka­łam bud­ki te­le­fo­nicz­ne, wróż­ki, wpa­try­wa­łam się w księ­życ wscho­dzą­cy mię­dzy bu­dyn­ka­mi, przy­glą­da­łam ob­raz­kom z cu­dze­go ży­cia i cu­dzym do­mom, wsłu­chu­jąc się w śpie­wy pta­ków do­cho­dzą­ce z ko­ron ulicz­nych drzew. Przy­pad­ko­wość, brak okre­ślo­nych fil­trów i utar­tych ram po­zwa­la­ją nam się na­tknąć na to, cze­go nie­świa­do­mie szu­ka­my, i ni­g­dy nie wia­do­mo, ja­kie jesz­cze miej­sca mogą nas za­sko­czyć, póki ich nie od­kry­je­my. Ta­kie wa­łę­sa­nie się bez celu jest jed­nym ze spo­so­bów obro­ny przez słab­nię­ciem umy­słu, cia­ła, przed roz­pa­dem kra­jo­bra­zu i mia­sta, a każ­dy ze spa­ce­ro­wi­czów jest straż­ni­kiem w trak­cie pa­tro­lu, w służ­bie ochro­ny tego, co nie­wy­sło­wio­ne.

Na wy­so­ko­ści oko­ło jed­nej trze­ciej dro­gi ku pla­ży roz­pię­to po­ma­rań­czo­wą sieć. Z da­le­ka przy­po­mi­na­ła siat­kę do gry w te­ni­sa, gdy zaś się do niej zbli­ży­łam, oka­za­ło się, że od­gra­dza ko­lej­ną ogrom­ną wy­rwę w na­wierzch­ni dro­gi, któ­ra roz­pa­da­ła się od dzie­się­ciu lat, od­kąd za­czę­łam swo­je nią wę­drów­ki. Nie­gdyś wio­dła bez przerw od mo­rza do gór­skie­go grzbie­tu. W roku 1989 wzdłuż dro­gi od stro­ny wy­brze­ża po­ja­wi­ło się nie­wiel­kie pęk­nię­cie, któ­re moż­na było omi­nąć, póź­niej wo­kół ro­sną­cej wy­rwy po­wstał wą­ski okrą­ża­ją­cy ją szlak. Każ­dej zimy, gdy nad­cho­dzi­ły desz­cze, co­raz więk­szy ob­szar czer­wo­nej zie­mi wraz z na­wierzch­nią dro­gi za­pa­dał się, osu­wa­jąc ku do­ło­wi i usy­pu­jąc u stóp stro­me­go zbo­cza, któ­re nie­gdyś ta dro­ga prze­ci­na­ła, ru­mo­wi­sko. Na po­cząt­ku wi­dok ury­wa­ją­cej się w pew­nym mo­men­cie dro­gi zdu­mie­wał, ocze­ku­je­my bo­wiem od dróg i ście­żek, że będą cią­gnąć się nie­prze­rwa­nie. Tej jed­nak uby­wa­ło z roku na rok co­raz bar­dziej. A prze­cha­dza­łam się nią na tyle czę­sto, że każ­dy jej od­ci­nek bu­dzi we mnie ja­kieś sko­ja­rze­nia. Pa­mię­tam wszyst­kie ko­lej­ne sta­dia jej roz­pa­du i to, jak od­mien­ną oso­bą by­łam wów­czas, gdy ona znaj­do­wa­ła się jesz­cze w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Pa­mię­tam, jak nie­mal trzy lata temu tłu­ma­czy­łam pew­nej przy­ja­ciół­ce, dla­cze­go lu­bię spa­ce­ro­wać bez ustan­ku tą samą dro­gą. Żar­to­wa­łam wów­czas, nie­udol­nie pa­ra­fra­zu­jąc słyn­ne po­wie­dze­nie He­ra­kli­ta o rze­ce, że ni­g­dy nie cha­dza się dwa razy tym sa­mym szla­kiem, i wkrót­ce po­tem na­tknę­ły­śmy się na nowo wy­bu­do­wa­ne scho­dy, pro­wa­dzą­ce w dół wzdłuż zbo­cza, umiesz­czo­ne na tyle da­le­ko, że przez wie­le ko­lej­nych lat nie znisz­czy­ło ich za­pa­da­nie się grun­tu. Je­śli ist­nie­je hi­sto­ria cho­dze­nia, ona rów­nież musi do­trzeć do miej­sca, w któ­rym dro­gi ury­wa­ją się i roz­pa­da­ją, miej­sca, w któ­rym nie ma już prze­strze­ni pu­blicz­nej, a ota­cza­ją­cy je pej­zaż w ca­ło­ści wy­be­to­no­wa­no, gdzie za­ni­ka­ją moż­li­wo­ści spę­dza­nia wol­ne­go cza­su, dła­wio­ne przez na­pę­dza­ny lę­kiem przy­mus pro­duk­tyw­no­ści, gdzie cia­ła nie prze­by­wa­ją już w świe­cie, lecz je­dy­nie we wnę­trzach sa­mo­cho­dów i bu­dyn­ków, zaś uwznio­śle­nie pręd­ko­ści ska­zu­je je na prze­sta­rza­łość i chro­mość. W tym kon­tek­ście cho­dze­nie oka­zu­je się wy­wro­to­wym obej­ściem, ma­low­ni­czą dro­gą przez na poły opu­sto­sza­łą oko­li­cę, na któ­rej na­po­ty­ka­my po­rzu­co­ne idee i do­świad­cze­nia.

Mu­sia­łam za­tem obejść ten ko­lej­ny ode­rwa­ny frag­ment te­re­nu i skrę­cić nową ścież­ką w pra­wo. W dro­dze tej za­wsze przy­cho­dzi taki mo­ment, kie­dy zgrza­nie wy­ni­ka­ją­ce ze wspi­nacz­ki wśród chro­nią­cych przed wia­trem wzgórz ustę­pu­je miej­sca mi­łe­mu uczu­ciu wy­wo­ła­ne­mu przez rześ­kie po­wie­trze na­pły­wa­ją­ce znad oce­anu; tym ra­zem nad­szedł on na scho­dach omi­ja­ją­cych nowe osy­pi­sko, wio­dą­cych ku zie­lo­nym ser­pen­ty­ni­to­wym ska­łom wzgó­rza. Stąd nie było już da­le­ko do wi­ra­żu pro­wa­dzą­ce­go ku dru­giej czę­ści dro­gi, wi­ją­cej się co­raz bli­żej kli­fów ster­czą­cych nad oce­anem, któ­re­go fale z grom­kim ry­kiem roz­trza­ski­wa­ły się o ciem­ne ska­ły, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie bia­łą pia­nę. Wkrót­ce do­tar­łam do pla­ży, gdzie sur­fe­rzy, lśnią­cy w swych czar­nych mo­krych kom­bi­ne­zo­nach ni­czym foki, ła­pa­li fale na za­to­ce, inni wy­le­gi­wa­li się na ko­cach, psy ga­nia­ły za kij­ka­mi, a woda ude­rza­ła o brzeg, by roz­le­wa­jąc się z plu­skiem, ochla­pać nogi spa­ce­ru­ją­cych po utwar­dzo­nym przy­pły­wem pia­sku. Po­zo­stał przede mną już tyl­ko ostat­ni od­ci­nek dro­gi, bie­gną­cy w górę, przez piasz­czy­sty grzbiet, i cią­gną­cy się wzdłuż męt­nej la­gu­ny, peł­nej że­ru­ją­cych wod­nych pta­ków.

Za­sko­czył mnie tam wi­dok węża, poń­czosz­ni­ka – roz­po­zna­wal­ne­go dzię­ki żół­ta­wym prąż­kom bie­gną­cym wzdłuż ciem­ne­go cia­ła – nie­wiel­kich roz­mia­rów i uro­cze­go, gdyż wił się ni­czym stru­myk po ścież­ce, zni­ka­jąc w tra­wie po jed­nej stro­nie. Nie tyle mnie prze­stra­szył, ile roz­bu­dził. Nie­spo­dzie­wa­nie wy­rwa­na z za­my­śle­nia, za­czę­łam na­gle na nowo za­uwa­żać wszyst­ko, co mnie ota­cza­ło – po­kry­te ba­zia­mi wierz­by, plu­ska­nie wody, cie­nie li­sto­wia ukła­da­ją­ce się na dro­dze. A tak­że samą sie­bie, wę­dru­ją­cą w rów­nym tem­pie – uzy­ski­wa­nym zwy­kle do­pie­ro po prze­mie­rze­niu paru ki­lo­me­trów – w luź­nym prze­ciw­staw­nym ryt­mie rąk ko­ły­szą­cych się w takt kro­ków sta­wia­nych przez cia­ło, któ­re wy­da­wa­ło się wy­dłu­żo­ne i wy­cią­gnię­te, gięt­kie ni­czym wąż. Mój ob­chód nie­mal do­bie­gał koń­ca, a u jego kre­su mia­łam już pew­ność, co sta­nie się te­ma­tem mo­jej książ­ki i jak na­le­ży go pod­jąć – pod­czas gdy jesz­cze dzie­sięć ki­lo­me­trów wcze­śniej było to dla mnie za­gad­ką. Ten te­mat przy­szedł do mnie nie w chwi­li ja­kie­goś na­głe­go olśnie­nia, lecz z na­ra­sta­ją­cym po­czu­ciem pew­no­ści, po­czu­ciem sen­su, przy­po­mi­na­ją­cym wy­czu­cie miej­sca. Gdy od­da­je­my sie­bie ja­kimś miej­scom, one zwra­ca­ją nas so­bie z po­wro­tem; im le­piej je po­zna­je­my, tym wię­cej uda­je nam się w nich za­siać na­sion wspo­mnień i sko­ja­rzeń, cze­ka­ją­cych na nasz po­wrót. Nowe miej­sca z ko­lei da­ro­wu­ją nam nowe my­śli, nowe moż­li­wo­ści. Od­kry­wa­nie świa­ta to je­den z naj­lep­szych spo­so­bów od­kry­wa­nia umy­słu, a w wę­drów­ce prze­mie­rzyć moż­na je oba.

Przy­pi­sy

Część pierw­sza. Kro­cze­nie my­śli

Roz­dział pierw­szy. Prze­mie­rza­jąc cy­pel – wpro­wa­dze­nie

1. Hen­ry Da­vid Tho­re­au, Sztu­ka cho­dze­nia, przeł. Piotr Ma­dej, Troj­ka, Po­znań 2000, s. 7.

2. Moje pierw­sze tek­sty po­świę­co­ne cho­dze­niu i po­li­ty­ce ją­dro­wej zo­sta­ły wy­da­ne w 1994 roku w książ­ce Sa­va­ge Dre­ams: A Jo­ur­ney into the Land­sca­pe Wars of the Ame­ri­can West, Sier­ra Club Bo­oks, San Fran­ci­sco 1994; Uni­ver­si­ty of Ca­li­for­nia Press, Ber­ke­ley 1999.

Spis tre­ści

Marsz bez ustan­ku

Część pierw­sza. Kro­cze­nie my­śli

1. Prze­mie­rza­jąc cy­pel – wpro­wa­dze­nie

2. Umysł w tem­pie pię­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę

3. Wsta­wa­nie i upad­ki – teo­re­ty­cy dwu­noż­no­ści

4. Pię­cie się ku ła­sce – o piel­grzy­mo­wa­niu

5. La­bi­ryn­ty i ca­dil­la­ki. Wę­drów­ka do kró­le­stwa sym­bo­lu

Część dru­ga. Z ogro­du ku dzi­kim ostę­pom

6. Ścież­ką poza ogród

7. Nogi Wil­lia­ma Word­swor­tha

8. Ty­sią­ce ki­lo­me­trów kon­wen­cjo­nal­nych uczuć – li­te­ra­tu­ra o cho­dze­niu

9. Góry mro­ku i góra celu

10. O klu­bach kra­jo­znaw­czych i woj­nach o zie­mię

Część trze­cia. Ży­cie ulic

11. Sa­mot­na spa­ce­ro­wicz­ka i mia­sto

12. Pa­ryż, albo bo­ta­ni­cy as­fal­tu

13. Wspól­no­ta oby­wa­tel­ska na uli­cach. Par­tie, pa­ra­dy i re­wo­lu­cje

14. Spa­cer po pół­no­cy. Ko­bie­ty, seks i prze­strzeń pu­blicz­na

Część czwar­ta. Za krań­cem dro­gi

15. Sy­zy­fo­wy ae­ro­bik i pod­miej­ska du­sza

16. Kształt kro­ków

17. Las Ve­gas, albo naj­dłuż­sza od­le­głość mię­dzy dwo­ma punk­ta­mi

Po­dzię­ko­wa­nia

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Wan­der­lust. A Hi­sto­ry of Wal­king

Re­dak­cja: Ka­mil Bo­gu­sie­wicz, Jo­an­na Grodz­ka

Opie­ka re­dak­cyj­na: Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Stę­plew­ska, Pau­li­na Le­nar

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Ilu­stra­cja na ob­wo­lu­cie: Mar­ta Lu­dwi­szew­ska, mar­ti­szu.com

Co­py­ri­ght © Re­bec­ca Sol­nit 2001, 2002

The ri­ght of Re­bec­ca Sol­nit to be iden­ti­fied as the au­thor of this work has been as­ser­ted by her in ac­cor­dan­ce with the Co­py­ri­ght, De­si­gns and Pa­tents Act, 1988.

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Anna Dzierz­gow­ska, 2018

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Sła­wo­mir Kró­lak, 2018

ISBN 978-83-65271-96-9

106. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień