Zew nicości - Maxime Chattam - ebook

58 osób właśnie czyta

Opis

Ludivine Vancker i jej koledzy z paryskiego wydziału śledczego prowadzą dochodzenie w sprawie nieuchwytnego mordercy, który nie pozostawia po sobie żadnych śladów umożliwiających identyfikację. Kiedy francuskie tajne służby postanawiają pomóc w rozwiązaniu zagadki, padają słowa „seryjny morderca” oraz „terroryzm”. Ludivine Vancker, porucznik żandarmerii, z trudem dochodzi do siebie po traumie, której doznała w toku poprzedniego śledztwa, a tymczasem na torach kolejowych znalezione zostają niezidentyfikowane zwłoki. Obok ciała mężczyzny stróże prawa odkrywają dużą torbę narkotyków, zbyt cennych, by mogło chodzić o porachunki między handlarzami, którzy za nic nie porzuciliby takiej ilości towaru. Dzięki FAED (automatycznemu systemowi identyfikacji daktyloskopijnej) szybko udaje się ustalić tożsamość ofiary – Laurent Brach popełnił serię wykroczeń, ale wygląda na to, że po pobycie w więzieniu wyszedł na prostą. Śledczy podejrzewają jednak, że podczas odsiadki nabrał radykalnych poglądów. Dziwne zabójstwa nie ustają. Zbrodnie częściowo wpisują się w model działania seryjnego mordercy, a częściowo wskazują na islamskiego terrorystę. Do zespołu dołącza Marc Tallec, agent DGSI, Dyrekcji Generalnej Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Podczas dochodzenia śledczy zmierzą się z kwestiami takimi jak tajemnica państwowa, bezpieczeństwo wewnętrzne, żądza śmierci, upadek wolnej woli i zdolność rozróżniania dobra od zła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 613

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: L’Appel du néant

© Editions Albin Michel – Paris 2017

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Elżbieta Janota (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-8110-945-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dedykuję tę powieść siłom porządkowym,nauczycielom i ofiarom.

„Jeśli różnię się od ciebie, zamiast obrażać – uzupełniam cię”.

Antoine de Saint-Exupéry, List do zakładnikaw przekładzie Anny Cierniakówny

„W jego czaszce było pęknięcie i przez nie dostała się odrobina świata ciemności, która pchała go ku śmierci”.

Rudyard Kipling, Riksza widmo

1

Ta dziewczyna miała wszystko, o czym można zamarzyć. Począwszy od wyglądu. W społeczeństwie, w którym liczą się przede wszystkim cechy fizyczne, mogła pochwalić się nieprzeciętną urodą. A nawet ponadprzeciętną, jeśli przyjrzeć się szczegółom. Figura stereotypowej blondynki, średni wzrost, półdługie włosy w niesfornych puklach zdradzających buntowniczą naturę, piękne jasnobłękitne oczy przywodzące na myśl drogocenne kamienie, wysokie kości policzkowe, wystarczająco wydatne, by wydłużyć twarz i utworzyć atrakcyjne wgłębienia w policzkach, nadające jej rysom szlachetny, niemal słowiański wygląd. Pełne wargi, różowe niczym dojrzały grejpfrut, jakby miały odwracać uwagę od zarysów sylwetki ukształtowanej powoli kosztem niezliczonych godzin regularnego uprawiania sportu. Ubrania i dodatki dobierała, jak się zdawało, starannie, tak by przyciągać spojrzenia.

Ale poza wspaniałą powierzchownością z tłumu wyróżniała ją postawa, to, co od niej biło: miała w sobie coś, co powszechnie zwykło się nazywać nieodpartym urokiem. Jej sposób przyglądania się ludziom, z przechyloną głową, uśmiech bez śmiechu, dołeczki w policzkach zdradzające rozbawienie, płynne ruchy kobiety, która czuje się dobrze we własnym ciele, oraz zniewalająca intensywność spojrzenia składały się na swego rodzaju warstwę lakieru losowo przyznawaną niektórym ludziom przez naturę, coś jak nieujarzmiona aura. Prawdę mówiąc, nawet drobne niedoskonałości fizyczne dziewczyny tak idealnie wpisywały się w całość, że stawały się raczej ujmującymi cechami szczególnymi. Na przykład nieco krzywe kły, akurat na tyle, że czyniły jej buzię wyjątkową, albo brązowa plamka od słońca dawno minionego lata, którą można było wziąć za dużego piega w kąciku ust, przypominająca podpis artysty.

Nie ceniono jej wprawdzie za rozległą wiedzę, ale sporo czytała i charakteryzowała się dużą dozą ciekawości, co wystarczyło, aby zgromadziła bagaż pozwalający na przetrwanie w środowisku intelektualistów o silnej skłonności do przechwałek. We własnej opinii nie cechowała się ponadprzeciętną inteligencją, była za to bardzo dumna ze swej zdolności dedukcji. Wszyscy, którzy mieli z nią styczność w życiu zawodowym, zgodnie potwierdzali ten pogląd, a wręcz jeszcze usilniej podkreślali tę jej zaletę.

Dziewczyna miała też oczywiście wady. Po pierwsze, cierpiała na różne nadwyżki związane z młodością – przede wszystkim na nadmiar naiwności; po drugie, dramaty i traumy, którym musiała stawić czoła, stopniowo zepchnęły ją do okopu przesadnej samoobrony, do tego stopnia, że za pomocą sportu próbowała wykuć sobie fizyczną zbroję, odciąć się od części emocji i zamknąć w murach swych lęków. Jednak ostatnio udało jej się przezwyciężyć niepokój i zaakceptować ewentualność, że będzie cierpiała. Teraz oddychała wonną mieszanką radości życia, wrażliwości i dogłębnej znajomości siebie. Wreszcie była gotowa zacząć żyć.

Miała niewiele ponad trzydzieści lat i nie zaznała jeszcze małżeństwa, nie doczekała się dzieci, ale brylowała w pracy, gdzie niektórzy uważali ją za geniusza, lecz przy tym za dziwaczną istotę o przerażających możliwościach w mglistych dla nich dziedzinach. Wiele z siebie dała, żeby to osiągnąć, a niedawno zyskała poczucie równowagi, które podpowiada człowiekowi, że jest gotowy na dalszy rozwój. Innymi słowy, pragnęła teraz ułożyć sobie życie osobiste, uczuciowe i rodzinne.

Ta dziewczyna miała zatem wszystko, o czym można zamarzyć.

Wszystko poza najważniejszym.

Uwięziona w ciemnej celi i za sprawą oparów chloroformu pozbawiona zdolności ruchowych, nie miała przed sobą przyszłości lepszej niż mucha szamocząca się w sieci wygłodniałego pająka.

2

Człowiek często błędnie zakładał, że ciemność stanowi odrębny byt, podczas gdy jest ona jedynie nieobecnością światła. Istnieje wyłącznie poprzez brak i jeśli już musimy uznać, że faktycznie coś uosabia, to tym czymś będzie nicość.

Tak przynajmniej uważała młoda kobieta zwinięta w kłębek w kącie wąskiej, cichej celi bez okien. Rękami przyciskała zgięte nogi do piersi, podbródek wsunęła między kolana. Choć nie było ani odrobiny światła, wiedziała, że twarz ma umorusaną, domyślała się, że jej policzki i czoło pokrywa zaschnięta ziemia, porcelanową skórę znaczą paski czarnego pyłu, jasne, ciężkie od brudu loki opadają na ramiona, a jej piękno rozwiewa się w próżni oczekiwania, w niepokoju i ciemności.

Przesunęła językiem po wargach i zauważyła drobne pęknięcia zwiastujące początki odwodnienia. Zadrżała, złożyła to na karb chłodu. Pod bawełnianą koszulką z długim rękawem pojawiła się gęsia skórka. O dziwo, nie czuła strachu. W każdym razie nie tego dogłębnego przerażenia, które kąsa człowieka od środka i paraliżuje, unieruchamia w najgorszym możliwym momencie, wysysa całą zdolność reakcji, wszelkie spójne myśli, i pozostawia go całkiem bezbronnego w obliczu niebezpieczeństwa. Ona też prawie się nie ruszała, ale tylko dlatego, że chciała zachować siły i ciepło wytwarzane przez ciało, ogrzewające cienką warstewkę powietrza między skórą a ubraniem. Ta izolacja była jej najlepszym sojusznikiem, jeżeli miała tu wytrzymać. Czy długo to potrwa? Nie sądziła, by tak miało być, lecz musiała przygotować się na najgorsze. Bo czyż nie to ją czekało?

Nie, nie, nie mów tak! – zganiła się natychmiast. – Nie możesz tego wiedzieć! Może to tylko… przypadek! Zbieg okoliczności. Tak, to prawdopodobne! Po prostu nieszczęśliwy traf, wszystko wkrótce się wyjaśni. Wszystko wkrótce się ułoży.

Ale skoro była o tym tak bardzo przekonana, dlaczego w takim razie od początku robiła wszystko, by oszczędzać siły, jakby szykowała się do walki o życie?

Tak nakazywał jej instynkt. Gdy tylko obudziła się tu, w tej maleńkiej, ślepej klitce, zdała sobie sprawę, że znalazła się w złym położeniu, jeszcze zanim przypomniała sobie ostatnie chwile sprzed utraty świadomości, sam atak.

Czego od niej chcieli? Dlaczego ona? Pierwsze odpowiedzi, które przyszły jej do głowy, zmroziły jej krew w żyłach, ale natychmiast je od siebie odegnała. To nie pora na snucie najbardziej katastroficznych scenariuszy, zakazała sobie tego. Postępowała etapami, zmuszała się do rozkładania własnych reakcji na czynniki pierwsze, aby utrzymać nerwy na wodzy, a przede wszystkim nie pozwolić, by wyobraźnia wymknęła jej się spod kontroli i by zalał ją strach. Zbyt często miała z nim do czynienia, żeby teraz pozwolić mu sobą zawładnąć. W pewnym sensie była już kiedyś jego niewolnicą i przysięgła sobie, że nigdy więcej mu się nie podda. Teraz nadszedł najlepszy moment na udowodnienie, że jej się to uda. Miała niezbędną krzepę, potrzebne zasoby umysłowe i doświadczenie. To, co w życiu przetrwała, przygotowało ją na tę sytuację.

Najpierw oceniła swój stan fizyczny. Ogólnie rzecz biorąc – dobry. Żadnych ran, żadnej poważnej kontuzji, tylko przeszywający ból głowy, nieprzyjemne pulsowanie za oczami – to wina chloroformu, którego użyto, by ją uśpić. Z wyjątkiem paru powierzchownych zadrapań nic jej nie było. Później pomyślała o gwałcie, ale zaraz uświadomiła sobie, że nie czuje bólu, a dżinsy i majtki idealnie przylegają do ciała. Nie wyobrażała sobie, by ktoś mógł rozebrać ją i tak starannie ubrać z powrotem. Nie, także pod tym względem nie spotkało jej nic złego.

Na razie.

Przestań! Przestań natychmiast. Pasożytnicze myśli. Nic nie wiesz. Nie masz żadnego dowodu, żadnej wskazówki. Może to tylko zbieg okoliczności… Cholerny zbieg okoliczności…

Poruszyła się, na tyle, na ile pozwalała ograniczona przestrzeń, aż strzeliły stawy. Dokuczał jej ból mięśni. Ile już tak czekała w mroku? Dziesięć godzin? Dwa razy tyle? Była głodna, lecz nie wygłodniała, oceniła, że minęła noc, ale niewiele więcej. Może poranek dobiegał właśnie końca. O ile zmysły nie płatają jej figli. Ile czasu trzeba, żeby ludzie z jej otoczenia zorientowali się w sytuacji i odkryli jej zniknięcie? Dwadzieścia cztery godziny. Mniej więcej.

A później? Jak dotrą aż tutaj?

Wykonała kilka ruchów szczęką, żeby ją rozewrzeć, i wyciągnęła ręce, aż wrzynające się w nadgarstki więzy wywołały grymas na jej twarzy. Szybko zrezygnowała z prób uwolnienia się z nich, były bowiem za mocno ściągnięte, zbyt solidne: dwie plastikowe opaski zaciskowe spinające jej dłonie razem. Otoczenie także nie napawało otuchą. Ani odrobinki światła, nigdzie. Albo zakopano ją głęboko pod ziemią, albo znajdowała się w piwnicy lub w jakimś doskonale uszczelnionym karcerze. Jakkolwiek było, wiedziała, że nie ma sensu krzyczeć, nikt jej nie usłyszy – nikt o dobrych zamiarach.

Co się z nią teraz stanie? Dlaczego tu jest? Tylko bardzo prostoduszna osoba mogłaby sądzić, że wszystko dobrze się skończy, a choć kobieta bez oporów przyznawała się do licznych wad, łatwowierność się do nich nie zaliczała, na pewno nie. Już nie.

Nikt nie podejmował takiego ryzyka, nie opracowywał tak drobiazgowego planu, jeśli nie był wyjątkowo zdeterminowany, jeżeli nie kierowały nim potężne, złowrogie popędy. Nie miała co się oszukiwać, prędzej czy później drzwi się otworzą, a ciąg dalszy nie będzie przyjemny.

Ludivine Vancker stłumiła szloch wzbierający w głębi gardła. Nie po to trzymała się dzielnie przez cały ten czas, żeby teraz się załamać. Nie pozwoli sobie na to. Pracowała w wydziale śledczym paryskiej żandarmerii, zetknęła się z najgorszymi zboczeńcami w całej Francji, a zdarzało się, że i poza nią, była mistrzynią w strzelaniu z broni krótkiej, w bliskim starciu regularnie nokautowała gości dwukrotnie, a nawet trzykrotnie od siebie cięższych, kilka razy w tygodniu biegała, by zwiększyć wytrzymałość, psychikę miała ze stali hartowanej, odporną na wszystko, zwłaszcza po tym, co już przeszła. Nie, nie dopuszczała załamania. To nie był odpowiedni moment. Nie mogła sobie na to pozwolić.

A jednak łzy się pojawiły, mimo całej wściekłości, z jaką próbowała je powstrzymać. To było silniejsze od niej. Po długotrwałym kryciu się pod nieprzepuszczającą uczuć zbroją Ludivine postanowiła wreszcie zerwać z siebie tę drugą skórę, która była jedynie przebraniem, i otworzyć się na świat, doświadczać emocji. Krok po kroku wróciła do zachowań przystających kobiecie w jej wieku. Pozwalała, by ogarniała ją słodka euforia z powodu drobnych, prostych przyjemności, i zaczynała nawet kochać osobę, którą się stawała. Trzydziestolatkę mającą wszystko, o czym można zamarzyć. To wszystko nie mogło teraz zniknąć.

Strach powoli torował sobie drogę, drążył pancerz jej odporności. Ludivine miała to sobie za złe. Kiedyś umiałaby go kontrolować, a może nawet przemienić w energię. Ale to było przedtem, kiedy była tylko niemającym nic do stracenia zwierzęciem bojowym z obsesją na punkcie wyników, oderwanym od tego, co czuje. Przeklęła więc ideę szczęścia, która otwierała drzwi lękowi. Skonfrontowała się ze swoimi demonami i odniosła tryumf, wszystkie widma, które przywiozła z Val-Segond, a następnie z ponurych podziemi kliniki w Saint-Martin-du-Tertre1, rozłożyła na łopatki, poddała sekcji, żeby na nowo się odnaleźć, by w wyniku przebytych prób zyskać siłę charakteru i pragnienie życia, jakich wcześniej nie znała. W ostatnim czasie żyła pełną piersią, jak nigdy dotąd.

A teraz, gdy ciemności otaczały ją od tak dawna, że niemal stały się podstawą jej nowej równowagi umysłowej, Ludivine pomyślała, że być może, jak wielu innych ludzi, myliła się w swoich przekonaniach. Ciemności nie są jedynie świadkami próżni, czymś ujawniającym nieobecność, nie, mają własną konsystencję, własną substancję. Całkiem realne ciało. To antymateria, ciemna materia tworząca kosmos, strach, który nadaje głębię naszej psychice. Co więcej, stanowią konkretny dowód na to, że świat jest zły, a brud zawsze czai się na skraju pola widzenia, za każdym rogiem, gotowy nas pożreć i szerzyć wszystko, co najgorsze.

Ludivine była w błędzie.

Mrok jak najbardziej istniał. I to nie tylko w głowach najstraszliwszych potworów. Schwytał ją i obecnie sama dryfowała w jego deprawujących trzewiach.

3

Kłamać, by dodać sobie otuchy. Zaprzeczać oczywistościom. Chronić się tak długo, jak to tylko możliwe. Ale do jakiego stopnia? Czy powinna posunąć się do ucieczki przed rzeczywistością? Założyć na oczy klapki, nieprzepuszczalne niczym mury, i pozwolić, by negacja wpędziła ją w szaleństwo?

Ludivine delikatnie potrząsnęła głową w ciemności.

To nie był zbieg okoliczności. Do tej dziury nie wtrącił jej przygodny psychopata. Nie mogło być mowy o przypadku, nie w tym momencie. Nie po tym, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach. Nie, biorąc pod uwagę więzy spinające jej nadgarstki oraz to, co zdążyła zauważyć na jego temat, zanim ją ogłuszył.

Zamknęła powieki, co nie zrobiło żadnej różnicy, odniosła tylko wrażenie, że zapada się nieco głębiej w siebie. Przynajmniej ta ciemność należała do niej.

Dlaczego nie przychodzi, żeby z nią porozmawiać? Czemu nie słyszała żadnego głosu, żadnego dźwięku, nawet odległego?

Zostałam pogrzebana żywcem. Przykrywają mnie trzy metry ziemi i nikt mnie tutaj nie znajdzie, umrę z pragnienia, z zimna, z głodu, a przede wszystkim z braku powietrza.

Śledcza wbiła paznokcie we wnętrza dłoni, aż skrzywiła się z bólu. W tej chwili wyzwolenie się z oków niezniszczalnej wojowniczki nie przynosiło jej korzyści. Bez dwóch zdań, całkiem zgłupiała. Nie mogła tak rozumować. Nie mogła dać się pokonać, wyobrażać sobie najgorszego. Tkwiła w maleńkiej ziemnej celi, nie w grobie. I nawet jeśli znajdowała się głęboko pod powierzchnią, nie oznaczało to, że powietrze nie krąży. Upłynęło kilka godzin, odkąd się przebudziła, a nie miała problemów z oddychaniem. Mimo ciasnoty temperatura nie wzrastała, wręcz przeciwnie, a zatem istniał przepływ powietrza. Pierwsza dobra wiadomość.

Ludivine zaczynała rozumieć, jaka jest prawda.

To ten typ. Nie mam przed sobą zbyt wiele czasu. A raczej mam go bardzo niewiele…

Instynktownie zacisnęła uda na myśl o nim, o tym, co zostało z jego ofiar, które odkryła wraz z kolegami po fachu. Dobrze znała tę sprawę i nie bez powodu…

Paliły ją nadgarstki, więzy zaczynały wżerać się w skórę.

Musiała się stąd wydostać. Za wszelką cenę, znaleźć rozwiązanie i uciec.

Ludivine odchyliła głowę w tył, a jej czaszka natrafiła na osypującą się ziemię. Kilka chłodnych drobinek oderwało się od ściany i wpadło jej za kołnierz, poleciało wzdłuż kręgosłupa, przyprawiając ją o dreszcz.

To na pewno on. Teraz akceptowała ten fakt, odzyskała pełną jasność myślenia.

Nie mogła dalej tkwić w tej pułapce. Zbyt dużo wiedziała. Z wściekłości zacisnęła szczęki, wraz z wydechem wypuściła z siebie całą frustrację i powstrzymała napływające do oczu łzy.

Właśnie minął pierwszy szok. Etap zaprzeczania, ucieczki w bezsensowne rojenia. Od tej pory mogła koncentrować się na chwili obecnej, na okolicznościach, miejscach, własnych doznaniach. Musiała stawić czoła temu, co ją czeka, ponieważ wiedziała. Wiedziała, co nastąpi później, ale przede wszystkim – kto ją porwał. I najprawdopodobniej – dlaczego to zrobił.

Zboczeniec z gatunku tych najgroźniejszych. Bezlitosny. Pozbawiony jakichkolwiek hamulców. Dla niego była tylko narzędziem służącym zaspokajaniu własnych potrzeb, ledwie przedmiotem. Nie ujrzy w niej nawet namiastki człowieka. Żadnej ludzkiej cząstki, nie licząc może jej kobiecych atrybutów, bo to one mu się przydadzą. Jak reagować w obliczu takiego potwora?

Musi istnieć odpowiedź. Nawet jeśli całkiem brakuje mu empatii, pozostaje ludzką istotą, złożoną z emocji, jakkolwiek ograniczonych, z mechanizmów obronnych, fantazji i wad. To tam trzeba uderzyć.

Znaleźć dostęp do jego bunkra, do ostatnich obszarów człowieczeństwa skrytych daleko w głębi jego cierpień i dewiacji – oto co musiała zrobić. Odkryć sposób na obejście jego zwykłych schematów działania, na wyrwanie go ze zdegenerowanej rutyny.

Ale co o nim wiedziała? Jak znaleźć szczelinę, przez którą można się wślizgnąć, nie wzbudzając jego czujności? I kiedy?

On przyjdzie. Niedługo. Wyciągnie mnie stąd, żeby mnie wykorzystać. To stanie się szybko, będę miała tylko chwilę, by zadziałać. To nie pora na improwizację, muszę wiedzieć, co mówić, jak ugodzić w jego mechanizmy drapieżnika, żeby zepchnąć go z obranego toru, sprawić, że na powierzchnię wypłyną resztki człowieczeństwa. Tylko na tyle, by przyciągnąć jego uwagę, żeby moja mowa stała się słyszalna.

A potem? Nie uda jej się utrzymać go na dystans wyłącznie za pomocą słów, a tym bardziej przekonać go, żeby ją uwolnił! Ten mężczyzna był nienasyconym drapieżcą, który wreszcie znalazł zwierzynę mogącą zaspokoić jego głód. Ludivine miała takie same szanse jak mysz usiłująca negocjować z wygłodniałym wężem.

Przygotować się. Działać. Metodycznie. Oto co powinnam zrobić.

Co dalej, to się okaże.

Należało zacząć od sporządzenia portretu psychologicznego psychopaty. Ponieważ dla Ludivine Vancker stanowiło to pasję, którą miała we krwi, wiedziała, że zabójstwo często okazuje się projekcją umysłu w konkretnym momencie. Szczególnie dotyczyło to seryjnych morderców działających zgodnie z ich wykolejoną psychiką. A ona umiała rozkładać zbrodnie na czynniki pierwsze, żeby odszyfrować język krwi. Tak, Ludivine potrafiła wiele w tej dziedzinie osiągnąć.

Odnalazła w sobie iskierkę nadziei. Stygnący węgielek dający odrobinę ciepła i światła w ciemnościach.

Uczepiła się tego pomysłu.

Co o nim wiem? O jego pierwszej zbrodni?

Nie tylko o całkiem pierwszej, ale też o tej, dzięki której się poznaliśmy. Od tego trzeba zacząć. Od dnia naszego pierwszego spotkania.

To był piątek. Ludivine pamiętała go w najdrobniejszych szczegółach.

Nikt nie mógłby zapomnieć takiej chwili.

4

Jesień w swej pierwszej połowie ledwie dała się odczuć, postępując z determinacją leniwego anemika. Temperatury zmieniały się bez cienia logiki, jakby chłody czyhały za zatrzaśniętymi drzwiami i wynurzały się któregoś ranka, by w kolejny weekend znów ustąpić miejsca niemal wiosennej aurze. Przyroda, zagubiona w obliczu tej huśtawki, niechętnie zrzucała szaty. Ledwie raczyła dostosować się do wymogów mody zalecających brązy, chętniej strojąc się w ochrę, żółć i czerwień.

Po chaosie, w jakim kraj pogrążył się w maju2, we Francji powolutku zapanował spokój. Lato okazało się wyjątkowo łagodne, jakby pod wpływem szoku cały świat trwał w oszołomieniu. Ludivine, ze względu na odegraną przez nią rolę i niebezpieczeństwo, na które samowolnie się naraziła, na trzy miesiące odstawiono na boczny tor. Trzy długie miesiące bez pracy. Nie roztrwoniła jednak tego czasu. Czerwiec i lipiec spędziła w górskim ustroniu w towarzystwie Richarda Mikelisa, swojego mentora, i jego rodziny. Zapałała sympatią do jego dzieci, Sachy i Louisa, a Ana przyjęła ją pod swój dach jak zgnębioną młodszą siostrę pilnie potrzebującą pocieszenia. Był to dziwny, lecz konstruktywny okres u boku Richarda Mikelisa uważanego za jednego z najlepszych profilerów, jacy kiedykolwiek praktykowali. Mężczyzna był wyjątkowym kryminologiem, zarówno pod względem kompetencji, jak i osobowości. Zbyt daleko zapuścił się jednak w krainę potworności, aż w końcu zrezygnował. Obecnie mieszkał w Alpach, na uboczu, i zajmował się najbliższymi, jakby potrzebował karmić się życiem, by zrekompensować sobie zbyt długie obcowanie ze śmiercią. W czasie swojego górskiego wypoczynku Ludivine często mu się przyglądała. W pamięć zapadła jej jego obsesja, by nie przegapić niczego, co dotyczy dzieci, miłość okazywana żonie, nieraz tkliwa jak w okresie pierwszego zauroczenia. Przez te dwa miesiące sto razy odtworzyła w głowie film z dwóch ostatnich lat i myślała o tym, kim się stała, poddała analizie własne neurozy. Większość dni spędziła na wędrówkach po alpejskich łąkach i kontemplacji wspaniałych, choć przyprawiających o zawroty głowy widoków, tymczasem w głębi duszy studiowała swoje niedoskonałości.

Mikelisowie mieli na nią świetny wpływ. Pomogli jej stopić zbroję, otworzyć się na życie. Nie był to świadomy wybór, tak się po prostu stało, jakby materiał, który ją chronił, a czasem wręcz dusił, odsłużył swoje i w zetknięciu z wolnym powietrzem i tą rodziną zaczął stopniowo się kruszyć. Miłość podziałała lepiej niż potężny cios w ten popękany pancerz.

Na początku lipca Ludivine wróciła na parę dni do Paryża, żeby spotkać się z Segnonem i Laëtitią, która powoli wracała do zdrowia po odniesionych obrażeniach. Po traumie związanej z przeżytym atakiem najpierw toczyła z mężem wojnę, chcąc, żeby zmienił zawód albo przynajmniej odszedł z wydziału śledczego żandarmerii. Później, uświadomiwszy sobie, że sama ocaliła życie ponad trzydzieściorga dzieci, w tym własnych, stopniowo wykonała zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i zaczęła wspierać Segnona. Był naprawdę dobry w bronieniu niewinnych i upewnianiu się, że różne sukinsyny nikomu już nie zaszkodzą, walczył w zbyt ważnej sprawie, żeby od niej uciec z powodu egoizmu czy strachu. Zajęło to kilka tygodni, ale Laëtitia z pomocą dobrego terapeuty zaakceptowała ten fakt i przepracowała szok związany ze stresem pourazowym, dzięki czemu zaczęła postrzegać samą siebie już nie jako ofiarę, lecz bohaterkę. Sposób jak każdy inny, by przetrwać, wytrzymać. By nie myśleć o sobie jako o zwierzynie łownej, ale raczej jako o poturbowanej wojowniczce. Ludivine urodziny świętowała z nimi i ze swoim wybawcą: Guilhemem Trinhem, który przed kilkoma miesiącami wyciągnął ją z paskudnych tarapatów, w jakie wpakowała się w opuszczonym szpitalu.

Później spotkali się na jego ślubie z Maud. Wesele okazało się pamiętne, a Ludivine już od dawna tak często się nie śmiała. Świt zastał ją przycupniętą na niskim murku, z którego rozpościerał się widok na ciągnące się jak okiem sięgnąć pola lawendy, pomiędzy Magali, koleżanką z WŚ, a Segnonem. Laëtitia drzemała z głową na ramieniu męża, a troje żandarmów podawało sobie butelkę szampana i pociągało z gwinta. Na ich twarzach gościły zmęczone uśmiechy, eleganckie ubrania mieli wygniecione i poplamione. To był najpiękniejszy i najdłuższy dzień w ciągu całego lata.

Ludivine jeszcze na parę tygodni schroniła się wśród gór i Mikelisów. Czuła, że dokonuje się w niej jakaś przemiana, i niepokoiła ją wynikająca z tego kruchość. Nadal potrzebowała życzliwości przyjaciół, pragnęła otoczyć się tym, czym emanowali.

W tamtym okresie niewiele rozmawiali z Richardem o sprawie, chyba że Ludivine sama o niej wspomniała. Kryminolog zachowywał się jak psychoterapeuta, słuchał jej, nieznacznie sterował rozmową i pomagał jej wyrazić słowami to, co pogrzebała najgłębiej, strach, który czuła, i rzecz jeszcze gorszą: brak strachu. Żeby przetrwać wszystko, co spotkało ją w ciągu dwóch minionych lat, Ludivine znieczuliła się do tego stopnia, że przekształciła się w machinę wojenną. Przerażała ją perspektywa ponownego nawiązania kontaktu z własnymi zmysłami, ze swoją wrażliwością, z pragnieniem, by żyć pełnią życia, ale teraz wiedziała, że to konieczne, jeśli chce dalej rozwijać się jako kobieta.

Powrót do Paryża zaplanowała na sierpień i postanowiła zainwestować odłożone pieniądze – w znacznej części pochodzące z majątku, który odziedziczyła – w dom stojący przy spokojnej ulicy w gminie Pantin. Kupiła go, zaciągnąwszy kredyt na dwadzieścia lat. To miało ją zmusić do zaangażowania się w życie, chociażby po to, by spłaciła długi. A przy tym stanowiło okazję do rozstania się ze służbowym mieszkaniem, zerwania z wojskową rutyną, złapania oddechu. Potrzebowała własnej przestrzeni.

Dom był za duży, ale tak oryginalny, że od razu zapałała do niego uczuciem z rodzaju tych, które nie sposób zignorować. Dawniej mieściła się w nim fabryka czekolady, ściany z czerwonej cegły kontrastowały z wysokimi schodami z kutego żelaza ulokowanymi na środku głównego pomieszczenia urządzonego w stylu loftu oraz z kolumienkami z brązowej stali, które wznosiły się pod sam sufit, by gładko wniknąć w metalowe dźwigary. Wzdłuż całej elewacji biegła piękna weranda otwierająca się na wybujały ogród, gdzie róże, geranium, dalie i inne kwiaty ubarwiały okazałe klomby gnące się nad alejkami. Ludivine kochała bezładny ogród, trochę przypominający ją samą, i obiecała sobie, że nie pozwoli, by kwiaty pomarły z powodu zaniedbania.

W trzecim tygodniu sierpnia pułkownik Jihan wezwał ją, by stopniowo wznowiła służbę. Obeszło się bez sankcji, restrykcji, a przede wszystkim: bez przeniesienia. Podjęła ryzyko, ale doprowadziła też do aresztowania nieprzeciętnego złoczyńcy. A zważywszy na wyjątkowy przebieg jej kariery, uzgodniono, że pozytywny wynik ewaluacji psychologicznej wystarczy, by odzyskała dawne stanowisko, obowiązki, stopień i broń.

Wrzesień i październik upłynęły dość spokojnie, niemal zbyt spokojnie. Przez jakiś czas zajmowała się oszustwem ubezpieczeniowym połączonym z podpaleniem, które spowodowało znaczne straty w siedemdziesiątym siódmym departamencie, pomagała też przy kilku drobnych sprawach prowadzonych przez kolegów. Wieczory spędzała z Magali i Franckiem, którzy byli ze sobą tak blisko, jak ona mogłaby być z Segnonem. Franck rozwodził się właśnie z żoną i kiepsko to znosił. Ludivine przeznaczała też wolne wieczory na chodzenie do kina, czytanie nieciekawych magazynów lub wegetowanie przed telewizorem, gdy dopadał ją leń. Z mniejszą gorliwością uczęszczała na zajęcia ze sztuk walki, coraz rzadziej pojawiała się na strzelnicy i na powrót stawała się bardziej kobietą niż wojowniczką. Postanowiła, że kilka razy w tygodniu będzie biegała, żeby utrzymać formę, a przede wszystkim by nie przybrać na wadze. Do tego właściwie ograniczała się dyscyplina, jaką sobie narzuciła.

Pierwszy tydzień listopada zbliżał się ku końcowi. Ludivine wróciła do domu około dziewiętnastej piętnaście, wdrapała się na piętro, rzuciła dżinsy na linoleum w łazience, wciągnęła wygodne bawełniane spodnie od piżamy, sweter i biustonosz przewiesiła przez brzeg wanny i wślizgnęła się w bluzę mięciutką jak skóra niemowlęcia, z czarnym napisem „Femme Fatale” na plecach. W jej przypadku nie był to wcale żart. Gdyby ludzie wiedzieli, co przeżyła porzez ostatnie dwa lata…

Następnie zeszła do kuchni zbyt przestronnej dla singielki, przez chwilę zastanawiała się, co zrobić na kolację, a w końcu się poddała i zamówiła sushi.

Była dumna z wystroju na parterze. Dobrze wyposażona biblioteczka dodawała ciepła olbrzymiemu pomieszczeniu. Ponieważ brakowało jej czasu, a wieczorem po pracy także energii, nie stała się jak dotąd bardziej zapaloną czytelniczką niż wcześniej. Książki Ludivine przypominały trofea wygrane w starciu z ignorancją, ale ku jej wielkiemu zawstydzeniu cały zbiór pachniał kurzem… Powinna do tego wrócić, znów zanurzyć się w przyjemnym zapomnieniu, jakiego dostarcza porywająca lektura.

Co do kominka, wystarczyła iskra, by polana zapłonęły, rozgrzewając atmosferę. Na gzymsie stały oprawione fotografie rodzinne, a także kilka zdjęć kolegów z WŚ. Na jednym z nich widniała Ludivine, Segnon i inny dość atrakcyjny trzydziestolatek. Alexis.

Miesiąc temu Ludivine zaniosła na jego grób kwiaty z okazji drugiej rocznicy śmierci, a niedługo, w jego urodziny, znów się tam wybierze. Czuła, że to jej obowiązek. Powinność wobec dawnego partnera i kochanka. Który stał się ofiarą.

Na ścianach wielkiego loftu wisiały obrazy, których znalezienie zajęło jej sporo czasu. Przedstawiające Paryż dzieło Fazzina w stylu pop-art 3D, mieniące się kolorami i pełne dynamiki nadawanej przez trójwymiarową powierzchnię, stanowiło komplet z panoramą Manhattanu, którą posiadała już wcześniej. Ogromna amerykańska flaga – nadżarta przez dziesięciolecia wystawiania na niszczący piasek niesiony wiatrem Nowego Meksyku – zajmowała ogromną połać ściany naprzeciwko. Ludivine zapłaciła za nią małą fortunę, ale flaga przypominała jej o podróży do Stanów Zjednoczonych, którą odbyła w wieku dwudziestu lat. Gdy tylko rzuciło się okiem na wyblakłe kolory i postrzępione na brzegach paski, w pomieszczeniu czuło się ducha tej zaczarowanej krainy z jej mitami o kowbojach. Czasem Ludivine niemal słyszała, jak flaga łopocze na wietrze do wtóru trąbek i okrzyków Indian.

Wystroju dopełniał parkiet o szerokich listwach z drewna wenge biegnących między kolumnami z kutego żelaza, tu i ówdzie przykrytych puchatymi dywanikami, oraz starannie przez Ludivine dobrane postarzane lub bielone meble. Pragnęła, by wnętrze było kojące, bo w ostatnich miesiącach sama osiągnęła spokój ducha. Jej otoczenie powinno odzwierciedlać ten stan, jednakże na piętrze wciąż walały się kartony, w niektórych miejscach należało dokończyć malowanie i obmyślić dekoracje. Jakoś nie umiała też zabrać się za swoją sypialnię – wciąż skrajnie nieprzytulną – choć nie wiedziała, co ją powstrzymuje. Ale prace trwały, a ją przepełniała wiara.

Na osłoniętej klombami i krzewami ulicy rozległo się pyrkanie motoroweru dostawcy sushi. Ludivine pochłonęła surową rybę, siedząc po turecku na rogowej kanapie.

Wegetowała bezrefleksyjnie, wygodnie umoszczona pod grubym polarowym kocem, nie zerkała nawet w stronę włączonego telewizora, zagubiona we własnych myślach, kiedy odezwała się komórka. Najpierw przyszło jej do głowy, by pozwolić jej dzwonić, ale potem przypomniała sobie, że w ten weekend pełni dyżur, więc dla spokoju sumienia sprawdziła, jaki numer wyświetla się na ekranie iPhone’a.

Żandarmeria. Westchnęła i odebrała.

– Przykro mi, że zatruwam ci wieczór – przywitał ją przyjazny głos Guilhema – ale jesteśmy potrzebni.

– Coś pilnego?

– Na torach kolejki podmiejskiej linii D, niedaleko Évry, znaleziono jakiegoś faceta.

– Czy to nie robota dla lokalnych gliniarzy albo naszej brygady?

– Nie po tym, co właśnie usłyszałem. Wpadnę po ciebie za dziesięć minut. Akurat starczy ci czasu na włożenie dżinsów i puchowej kurtki, to będzie długa noc.

I tak wszystko się zaczęło. Całkiem zwyczajnie.

5

Chłodny księżyc nieczułym okiem spoglądał na scenę rozgrywającą się gdzieś na południowym przedmieściu Paryża. Wyboista droga, dziury przyozdobione błotem, na poboczach zbrązowiała, anemiczna roślinność, z ugoru ciągnącego się wzdłuż jaru skrywającego tory kolejowe strzelało w górę kilka drzew. Jedynie szczyty paru wieżowców, poznaczone licznymi świetlnymi punkcikami, świadczyły o tym, że w położonych w znacznej odległości miejscowościach istnieje życie. Resztę stanowiły ekrany akustyczne, węzeł drogowy, opustoszały parking przy supermarkecie, a dalej już tylko nieużytki i niekończący się szereg dachów, domów zwróconych plecami do miejsca, w którym faktycznie nie było czego podziwiać.

Ludivine wysiadła z samochodu w towarzystwie Guilhema i prześlizgnęła się między furgonetkami żandarmerii oraz wozami strażackimi, których migające światła zabarwiały krajobraz niebieskimi i czerwonymi błyskami. Z oddali dochodził pomruk ruchu ulicznego, niezmordowanie, prawdziwy puls cywilizacji.

Dwoje żandarmów wspięło się na porośnięty wysoką trawą nasyp i znieruchomiało, by przyjrzeć się spektaklowi rozgrywającemu się piętnaście metrów niżej. Strome zbocze nie ułatwiło dostępu krzątającym się w dole osobom, w większości umundurowanym. Tory wkopano w ziemię, cztery równoległe szyny, nad którymi górował kabel wysokiego napięcia. W tym relatywnym mroku drgała bańka chirurgicznej jasności rozpięta pod żarówkami przenośnych reflektorów zamontowanych na stojakach. Wyznaczały one strefę długą na ponad dwadzieścia metrów i obejmującą całą szerokość nasypu. Ludivine odgadła, że nie sięgały dalej jedynie z braku wystarczającej ilości sprzętu, gdyż w pewnej odległości zaraz dostrzegła samotne sylwetki przeczesujące teren za pomocą promieni potężnych latarek. Później zauważyła tył kolejki RER, niedaleko miejsca, w którym sama stała. W wagonach wygaszono światła, jakby pociąg został tu porzucony – przypominał wydrążone truchło ogromnego stalowego robaka i tylko jego czerwone oczy płonęły w ciemności.

W dole, tuż u ich stóp, strażacy stali w tyle z rękami opartymi na biodrach albo skrzyżowanymi na piersi, podczas gdy żandarmi kończyli ogradzać strefę ochronną, z której przepędzili wszystkich, nawet dwóch mężczyzn w białych uniformach służb ratowniczych.

Ludivine wydało się nagle, że cofnęła się w czasie o dwa lata i znów jest na dworcu, gdzie tamten szaleniec zepchnął na tory tylu ludzi, ilu tylko zdołał. Był to punkt zwrotny w jej karierze, w jej życiu jako śledczej, ale też jako kobiety. Jednym mrugnięciem przegnała wspomnienia. Była tutaj i teraz, chodziło o zupełnie inną sprawę.

Zeszła po skarpie, uważając, by się nie ześlizgnąć. Zjechała kawałek, a gdy dotarła na dół, wraz z Guilhemem wtopiła się w grupę strażaków i w końcu stanęła twarzą w twarz z żandarmem w randze porucznika. Nie była w nastroju do pogaduszek, więc niezwłocznie pokazała mu swoją legitymację – cywilny strój nie zdradzał ani stopnia, ani dokładnej funkcji – co zaoszczędziło jej konieczności przedstawiania się.

– Jesteście z antynarkotykowego wydziału śledczego? – spytał porucznik.

– U nas nazywa się to DCO, wydział do spraw przestępczości zorganizowanej, ale nie, byliśmy akurat na dyżurze, w razie potrzeby przekażemy im informację.

– Przejmujecie sprawę?

– To zależy, co tu właściwie mamy.

Zmierzył ją przenikliwym spojrzeniem, a potem wskazał oświetlony obszar nieopodal.

– Trzy kostki haszyszu, a przede wszystkim wielką torbę z podejrzanymi saszetkami, nie jestem ekspertem. Wolałem od razu do was zadzwonić, na wypadek gdyby gość okazał się starym znajomym naszych kolegów z antynarkotykowego.

– Powiadomił pan CIC3? – zapytał Guilhem.

– Oczywiście, powinni tu być lada moment.

Mężczyzna, około trzydziestki, z pociągłą, nieco surową twarzą, wyróżniał się bystrym spojrzeniem. To dobry znak, pomyślała Ludivine, być może nie przyjechali na darmo.

– Poczekajmy na nich i nie zanieczyszczajmy niepotrzebnie miejsca zdarzenia – przypomniała śledcza. – Jak się pan nazywa?

– Porucznik Picard.

– Odwalił pan kawał dobrej roboty.

Wkrótce zjawiła się ciężarówka CIC i jeden z techników rozpoznał Ludivine, którą spotykał przy okazji wcześniejszych spraw. Postanowiła to wykorzystać.

– Znajdą się dla nas stroje? Wolałabym nie tracić czasu i od razu rzucić na to okiem.

Mężczyzna zawahał się, a następnie wskazał jeden z pojemników w tyle w pełni wyposażonej ciężarówki. Parę minut później Ludivine i jej kolega mieli na sobie białe kombinezony z kapturem w zestawie z maską, rękawiczkami i osłonami na buty.

Ludivine weszła w jasno oświetlony reflektorami prostokąt i natychmiast zauważyła ciemnoczerwone smugi ciągnące się wzdłuż podkładów, a potem fragmenty ciała. Występowały we wszystkich rozmiarach, z niektórych przebijała złamana kość, na innych widniały paski skóry, ale większość była jedynie purpurową masą. Lśniącymi pąkami śmierci. Ludivine zanotowała w pamięci, że jest ich coraz więcej, w miarę jak oddala się od pociągu. Powoli wypuściła powietrze przez nos. Nie miała ochoty oglądać więcej. Naprawdę. Zaczęła żałować spokojnego wieczoru na kanapie i przeklęła rządzące życiem przypadki, które sprawiły, że tego dnia pełni dyżur.

Jej wzrok powędrował wzdłuż szyn i natrafił na mężczyznę leżącego na boku zaledwie kilka metrów dalej, pomiędzy dwoma torami. Stracił nogi poniżej kolan i wszystko powyżej szczęki. Ta wisiała luźno, upstrzona kropelkami krwi, groteskowa. Wówczas Ludivine dostrzegła samotny reflektor stojący dużo dalej i pojęła, że oświetla on inny kawałek. Wróciła do umundurowanego porucznika, który trzymał się na uboczu, żeby nikomu nie przeszkadzać, jego uwagi nie uchodziło jednak nic z tego, co się wokół działo, zwłaszcza poczynania techników do spraw identyfikacji kryminalnej, którzy zaczęli rozstawiać na ziemi znaczniki sygnalizujące umiejscowienie poszczególnych dowodów.

– Punkt zderzenia jest tam? – spytała, opuszczając papierową maskę.

– Tak sądzimy – potwierdził porucznik. – Tam też leży torba z narkotykami.

– I tam znajduje się głowa?

– To, co z niej zostało.

– A dolna część nóg?

– Nadal szukamy. Strażacy mówią, że mogą być gdzieś pod wagonami, rozsmarowane kołami na całej długości składu. To się czasem zdarza.

Ludivine uniosła brwi, już wykończona tą krwawą eskalacją. Podeszła do ciała i ostrożnie je okrążyła, a potem przykucnęła, by mu się przyjrzeć.

Ramiona były uniesione i znieruchomiałe powyżej torsu, dłonie otwarte, jakby nieboszczyk chciał się bronić przed uderzeniem. Brakowało kilku palców, bez wątpienia oderwanych, gdy walnęła w niego lokomotywa.

Zbliżył się Guilhem, który rozmawiał z innymi świadkami, jego kombinezon szeleścił przy każdym kroku.

– Maszynista nic nie widział? – zagadnęła.

– Jak możesz zauważyć, znajdujemy się na zakręcie, a on jechał z prędkością ponad siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, zwłoki leżały na torach, maszynista jest tego pewien, gdyby było inaczej, spostrzegłby, jak facet rzuca się pod pociąg. Na szczęście nie wiózł pasażerów, więc mógł bez żadnych konsekwencji pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa. Skład zatrzymał się tam, gdzie teraz stoi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ciało tylko przemieściło się nieznacznie w stosunku do pierwotnego miejsca zderzenia. Pociąg powlókł za sobą kilka kawałków, ale korpus, równiutko odcięty, przeleciał ledwie kilka metrów i wylądował tutaj.

Spodnie do biegania zrolowały się wokół bladych ud zmarłego, odsłaniając kolorowe bokserki. Postrzępiona koszulka ukazywała dość umięśniony, lecz porozrywany męski brzuch, w wyniku kolizji skóra rozdarła się jak zwykła przepełniona torba, a jelita wypadły na nasyp.

Żandarm kontynuował przemowę:

– Obok lokomotywy stoi jeden z naszych kolegów z brygady z maszynistą i facetami od kolei państwowych. Mówią, że trzeba tu szybko posprzątać, bo kontrola ruchu chce korzystać z tej trasy od wczesnego rana, w godzinach szczytu. Wygląda na to, że nawet kiedy mamy do czynienia z miejscem zbrodni, priorytetem jest przepustowość. – Ludivine burknęła coś na znak niezadowolenia, ale nie skomentowała. – Widziałaś, jak zjechały mu gacie? – ciągnął Guilhem. – Dziwne, nie? Poza tym w górnych kończynach można zaobserwować stężenie pośmiertne, które nie pojawia się wcześniej niż po trzech czy czterech godzinach i maksymalny poziom osiąga mniej więcej po dziesięciu, a przecież do wypadku doszło półtorej godziny temu. Było już tak, kiedy zjawili się żandarmi, potwierdził mi to porucznik Picard. Facet nie żył od jakiegoś czasu, zanim przejechał go pociąg! To się nie trzyma kupy.

– Sam do tego wszystkiego doszedłeś? – zdumiała się Ludivine, która znała zakres kompetencji kolegi, ale również jego braki.

– Nie, przyznaję. Picard chyba się w tym orientuje. Ambitny gość. To on pokrótce objaśnił mi sytuację. Kiedy na dokładkę zobaczyli prochy, postanowił od razu do nas zadzwonić.

W okresie, gdy przesadzała ze wszystkim, Ludivine przeczytała i wykuła na pamięć dziesiątki podręczników kryminologii po francusku i po angielsku. Potrząsnęła głową, przypominając sobie, co wie na temat tego typu wypadków.

– Zderzenie z pociągiem jest tak gwałtowne, że może zerwać ofierze ubranie albo pozwijać je w ten sposób, a czasem nawet ją usztywnić, „uwięzić” w danej chwili, do tego stopnia, że stan ten można pomylić z klasycznym stężeniem pośmiertnym. Nie jestem lekarką sądową, ale poszarpana tkanka poniżej kolan wygląda dokładnie tak, jak należałoby się spodziewać po zetknięciu z kołami kolejki. Poza tym obok śladów cięcia widnieją smugi smaru, to potwierdza moją hipotezę.

– Zrobiłem szczegółowy obchód – nalegał Guilhem – i mogę cię zapewnić, że krew została rozprowadzona w wyniku zderzenia, ale nie ma dowodów na to, że później nadal tryskała, żadnych rozbryzgów wokół korpusu, jakby serce momentalnie przestało bić. Czy to możliwe?

Ludivine posłała mu krótkie zaciekawione spojrzenie.

– Picard obszukał zwłoki?

– Nie, przeprowadził tylko badanie wizualne, żeby na szybko wyrobić sobie zdanie, ale niczego nie zanieczyścił.

Mimo agresywnej jasności spływającej z reflektorów Ludivine wyjęła z kieszeni kurtki małą latarkę, skierowała ją w stronę fałd na zwłokach i przyjrzała się kilku upartym cieniom. Nie dostrzegła niczego szczególnego, ale na dłużej zatrzymała się nad gardłem. Powyżej z mężczyzny została już tylko żuchwa. To, co przeżył, co czuł, jego pamięć zmysłowa, historia, wszystko, co go definiowało, zostało porwane, raz na zawsze unicestwione wśród zgrzytu stali, w mgnieniu oka. Ludivine przesunęła się ku przedramionom, a później ku dłoniom. Brakowało dwóch palców, a trzy były kompletnie odłączone od ciała. Kilka złamanych paznokci sterczało niczym koniuszki kości. Kobieta pochyliła się jeszcze niżej i trwała nieruchomo przez kilkanaście sekund, wąchając z zaintrygowaną miną, a następnie przyjrzała się dłoniom, omiatając każdy ocalały palec promieniem latarki.

– Nie, to nie jest robota dla DCO – rzuciła, ledwie poruszając wargami.

Tym razem Guilhem zrobił krok w jej stronę.

– Mimo narkotyków? – dociekał.

Ludivine wskazała powykręcane dłonie.

– Ten człowiek albo nosił bransoletki, które w chwili zderzenia zacisnęły się wokół nadgarstków, a potem się zerwały i upadły gdzieś dalej, albo przed śmiercią miał związane ręce.

Guilhem również się nachylił.

– O cholera.

– A widzisz paznokcie? Nie są jego. Niektóre mają warstwę lakieru. Przyklejono je na jego własnych. Nie ten rozmiar, nie ten kształt.

– Myślisz, że to transwestyta?

– Nie, myślę, że to morderstwo.

6

Do parowu docierało echo ruchu ulicznego, tłumione przez odległość i ekrany akustyczne. Ludivine utrwalała sobie to miejsce w pamięci. Długi zakręt torów kolejowych, te piekielne szyny, niekończąca się gilotyna łącząca ludzi ze sobą. Jednak tym razem jednego z nich pocięła na kawałki.

Guilhem, wciśnięty w nieskazitelny kombinezon, który ledwie mieścił jego parkę i szalik, podszedł, żeby porozmawiać z koleżanką z dala od ciekawskich uszu.

– Lulu, nie daj się ponieść. Nie byłby to pierwszy samobójca, który przed śmiercią związał sobie ręce. Niektórzy, gdy dotrą do kresu wytrzymałości, potrafią zdziałać cuda, byle im się udało.

– Na nadgarstkach nie widać żadnych więzów.

– Sama wysnułaś hipotezę: zerwała je siła uderzenia. A jeśli to narkoman, który zwinął towar dilerowi i próbował tędy uciekać, wyjdziemy na idiotów. To, że paznokcie nie są jego, o niczym nie świadczy, stykaliśmy się już z popaprańcami tego gatunku. Może się puszczał, żeby zarobić na działkę, a po strzale w żyłę osunął się na tory.

– Brak śladów wkłuć na nadgarstkach.

– Może kłuł się w ramię, pod kolanem, w udo, bo ja wiem! Albo palił crack…

– Wąchałeś go?

– Co proszę?

– No dalej, nachyl się i przysuń nos do trupa.

– Nie, dziękuję, nie lubię smrodu mięcha.

– On cuchnie wybielaczem. Tak bardzo, że powinieneś to wyczuć, nawet stojąc prosto. Nie powiesz mi chyba, że przed wyjściem wykąpał się w wybielaczu, żeby się zdezynfekować?

Guilhem się zawahał. Uniósł do ust elektronicznego papierosa i łapczywie zaciągnął się dymem, który pachniał cynamonem.

– Wiesz, że jest późno, jutro sobota, na dodatek święto – przypomniał – co oznacza, że trzeba będzie zakłócić spokój całej masie ludzi, przekonać prokuratora, który prawdopodobnie będzie w nie najlepszym humorze, poradzić sobie z presją wywieraną przez przedstawicieli kolei, którzy mają w dupie, ile normalnie zajmuje naszym ekipom zbadanie podobnego miejsca zdarzenia, chcą tylko pozbyć się nas przed świtem. No i oczywiście ze względu na statystyki lepiej by było, gdybyś nie otwierała śledztwa w sprawie zabójstwa, jeśli w rzeczywistości chodzi najpewniej o wypadek. Krótko mówiąc, czy jesteś gotowa rozpętać wielką zadymę, która wszystkich wkurwi?

– Nie czuję tego, Guilhem, zaufaj mi. Facet leżał na torach, a porucznik Picard się nie myli: zauważył kilka anomalii, z których każdą można zapewne wytłumaczyć siłą kolizji, ale łącznie trochę tego za dużo. Wolałabym, żebyśmy przejęli sprawę. Przynajmniej do czasu, aż zidentyfikujemy gościa i dowiemy się więcej na jego temat. Pasuje ci to?

– To twoja odpowiedzialność, przedstawiłem ci swoje zdanie, ale zachowam się solidarnie.

– Tak czy siak, nie masz wyboru, jesteś moim aniołem stróżem, pamiętasz?

Ludivine nazywała go tak, odkąd pół roku temu Guilhem ocalił jej życie. Bała się, że ich relacja ulegnie zmianie, że zrobi się niezręcznie, ale po jego weselu, a przede wszystkim gdy znów zaczęli razem pracować, jej obawy się rozwiały. W ostatecznym rozrachunku ich poczucie wspólnictwa, niemal braterstwa, jedynie się umocniło.

Kobieta uniosła głowę i ruszyła wolnym krokiem, z zadumanym wyrazem twarzy.

– O czym myślisz? – zagadnął Guilhem.

– Nastąpiło stężenie, ciało ostygło. Nie jestem specjalistką, ale sądzę, że nie żyje już od dłuższego czasu. W ciągu dnia, a nawet wieczorem przejeżdża tędy pewnie całe mnóstwo pociągów…

– Chcesz powiedzieć, że miejsce znalezienia zwłok nie jest miejscem zbrodni?

– Takie mam wrażenie.

– Spytamy kontroli ruchu, kiedy przejeżdżał tędy poprzedni pociąg, to da nam dokładny przedział czasu, w którym podrzucono trupa.

Ludivine wskazała zachodnie zbocze parowu, w którym się znajdowali.

– Ekran akustyczny ma z pięć metrów wysokości, nie mogli przejść tamtędy. Zostaje tylko skarpa, po której się tu dostaliśmy.

– Wszyscy korzystali z tej drogi, jeździły po niej auta, zadeptali ją ludzie, całkiem zniszczyliśmy wszelkie ewentualne ślady.

– Na to właśnie liczył winny lub winni.

– Och, zagalopowujesz się, Lulu! Trochę za daleko posuwamy się w tych spekulacjach. Wiesz równie dobrze jak ja, że mordercy rzadko bywają tak przebiegli.

Wyciągnęła ręce w stronę miejsca zdarzenia.

– Ofiara nie żyła, zanim ją tu położono. Po co zadawać sobie tyle trudu w celu jej przetransportowania? Po co ryzykować, że ktoś cię przyłapie? Wystarczyło porzucić zwłoki w pierwszym lepszym ustronnym zakątku, w lesie, na łące na odległym przedmieściu. Ale nie, autor tej zbrodni dotarł aż tutaj z trupem pod pachą. Musiał mieć dobry powód, żeby tak się wysilać. A może winnych jest kilku?

Guilhem wskazał górną krawędź zbocza, gdzie niewidoczne z dołu koguty migały hipnotyzującym stroboskopowym światłem.

– Może zabili go na górze i ot, cała tajemnica.

– A potem odczekali parę godzin, aż pojawi się stężenie pośmiertne, po czym ściągnęli go na dół między dwoma pociągami? Nie, coś tu się nie klei. Spójrz, jesteśmy na zakręcie. Wiedzieli, że maszynista nie zauważy go w porę i nie zdąży zahamować. Chcieli, żebyśmy go znaleźli, przy okazji, ku własnej wściekłości, zacierając wszelkie ślady.

– Mordercy zazwyczaj nie chcą, żebyśmy znajdowali ich ofiary, w tej twojej historii brakuje logiki.

– Jak myślisz, dlaczego tak dokładnie wymyli go wybielaczem? Żeby usunąć całe DNA. Chcą przekazać wiadomość. Może to jakieś wyrównanie rachunków między dwoma gangami handlarzy narkotyków?

Wargi Guilhema wygięły się w grymasie. Wiedział, że Ludivine głośno myśli, pomagało jej to w rozumowaniu. Sama nie była całkowicie przekonana do swoich teorii, jednak wyartykułowanie ich pozwalało jej wyciągnąć z nich to, co najlepsze, i wyłapać niedociągnięcia. Testowała je na głos, jak Flaubert. Flaubert z dochodzeniówki.

– Z czego się śmiejesz? – zdziwiła się kobieta.

– Z niczego. Powiedz, jeśli naprawdę w to wierzysz, to jak wytłumaczysz obecność narkotyków? Nie znam ani jednej siatki, która pozwoliłaby sobie na porzucenie towaru.

Ludivine przytaknęła nieznacznym ruchem głowy i odwróciła się w stronę samotnego reflektora. Później ruszyła przed siebie i pokonała dwadzieścia metrów dzielących ją od pęcherzyka jasności wśród mroku. Od razu zauważyła plamę obscenicznego szkarłatu, która niewątpliwie była głową, i postanowiła się przy niej nie zatrzymywać. W którymś momencie będzie musiała to zrobić, ale nie teraz. Dotarli do punktu zderzenia. Ludivine obróciła się plecami do fragmentu ciała i ujrzała, jak Guilhem przykuca obok czarnego plecaka. Dłońmi w jednorazowych rękawiczkach ostrożnie uniósł klapę.

– Co tam mamy? Kokę? Herę? Duże ilości?

Zanim Guilhem przystąpił do delikatnego przeszukania, zważył plecak w rękach.

– Ciężki. Wyładowany. Widzę trzy bloki żywicy konopi indyjskich i… wielką paczkę… O cholera.

Wyjął przezroczystą plastikową torebkę z rysunkiem czarnej ośmiornicy, której cielsko przypominało trupią czaszkę. W środku, w ostrym świetle reflektora, połyskiwały drobne białe kryształki. Lśniły niczym diamenty należące do samej kostuchy – była to jej ulubiona, najskuteczniejsza ozdoba.

Ludivine natychmiast je rozpoznała i bezwiednie cofnęła się o krok.

Jej serce zaczęło bić szybko.

Bardzo szybko.

7

Polano płonęło w kominku, trzaskając cicho, co Ludivine zaraz skojarzyło się z odgłosami wydawanymi przez rozgrzewającą się fajkę do palenia cracku. Przeklęte skrzywienie zawodowe. Odłożyła książkę, którą kartkowała, by zająć myśli czymś innym – zabieg wyraźnie nie działał.

Zaparzyła żeńszeniową herbatę i dolała mleka. Uruchomiła wieżę stereo i włączyła tkwiącą już w odtwarzaczu płytę Boba Dylana. Ludivine nie całkiem poddała się jeszcze cyfryzacji, która opanowywała planetę. Otaczanie się tym, co kochała, dodawało jej otuchy. Czy chodziło o książki, albumy muzyczne, czy o stare płyty DVD, które zbierały kurz na regałach w salonie. Niepokoiła ją ta ciągła digitalizacja, ludzkie pasje traciły cielesność, zostawała z nich tylko przechowywana cyfrowo dusza. Stopniowo zaczynamy otaczać się ledwie widmami przyjemności, myślała. Czy pozbawienie formy wszystkiego, co dostarcza człowiekowi rozrywki, stanowi pierwszy niezbędny krok, by któregoś dnia także on sam przeniósł się do niematerialnego wymiaru?

Gitara zagrała pierwsze akordy Blowin’ in the Wind i legendarny głos wypełnił całe pomieszczenie, odbijając się od czerwonej cegły i zagłuszając trzaskanie ognia. Dźwięki były głośne, lecz Ludivine nie czuła potrzeby, żeby je ściszać. Popijała herbatę niesiona melodią, melancholią bijącą z piosenki, rozdarta między kojącym falowaniem muzyki a zatrważającymi dociekaniami jej pragmatycznego umysłu.

Gdy rozpoczynała jakieś śledztwo, miała problem z odpoczywaniem, z całkowitym odcięciem się.

Wróciła do domu późno w nocy, przespała kilka godzin i szykowała się na pracę przez cały weekend. Guilhem miał czekać na nią około południa w biurze wydziału śledczego, dla przyjaciół WŚ. Segnon zadzwonił, oferując wsparcie, i uzgodnili, że o jedenastej trzydzieści zjawi się u Ludivine. Kobieta dopiero co wyszła spod prysznica, włosy wciąż miała wilgotne, jasne loki, jeszcze bardziej niesforne niż zwykle, opadały na duże niebieskie oczy, które przenikliwie patrzyły na świat.

Olbrzym włożył obszerne spodnie z dresu, adidasy i bluzę z kapturem ledwie mieszczącą jego muskulaturę. Ściszył grzmiącą wieżę, która w kółko odtwarzała płytę Dylana.

– Widzę, że się dziś wystroiłeś – zakpiła Ludivine.

– Wyciągasz mnie z łóżka w sobotę rano, na dodatek w święto, nie spodziewałaś się chyba, że przyjdę pod krawatem?

– Laëti źle to przyjęła?

– Nie sądzę, nie.

Ludivine, która znała kolegę na wylot, odniosła wrażenie, że zabrzmiała w tym nutka cynizmu.

– Jak wam się teraz układa?

– Wszystko zależy od dnia.

– Nadal śnią jej się koszmary?

– Rzadko, przynajmniej pod tym względem jest lepiej. Za to ciągle bolą ją nerki i plecy. Nie chodzi już do psychologa, co moim zdaniem jest głupotą, ale ona mnie nie słucha. Jednego ranka jestem bohaterem, który ratuje ludziom życie i powinien całkowicie poświęcić się pracy, a nazajutrz egoistą, który za dużo ryzykuje, a za mało myśli o swojej rodzinie.

– Daj jej czas. Wiesz, dla niej to też trudne.

Oczy Segnona otwarły się szerzej i w półcieniu kaptura błyszczały niczym dwa zaniepokojone księżyce.

– Jestem przy niej, gotów do pomocy, ale przyznaję, że trudno mi zrozumieć jej nagłe zmiany nastroju i radzić sobie z nimi.

– Bądź cierpliwy. Jest uparta, stopniowo pozbędzie się toksycznych wspomnień. Przeżyła w tym autobusie kurewsko dużą traumę. – Ludivine wiedziała, co mówi. Sama doświadczyła wielu dramatów, po których wciąż dochodziła do siebie. – Ale musisz ją skłonić, żeby dała sobie zbadać plecy – dodała.

Segnon skinął głową.

– Dobra, a my tej nocy zgarnęliśmy główną nagrodę na loterii, czy tak? – rzucił.

– Guilhem ci mówił?

– O dragach? Jesteście pewni, że to to?

– Tak, ten sam wygląd, te same torebki z ośmiornicą w kształcie czaszki. To zmodyfikowane sole kąpielowe.

Ów narkotyk, znany też jako „flakka”, zaczął masowo pojawiać się na początku roku, kiedy wydział śledczy tropił człowieka nazywanego przez niektórych Diabłem. Była to przerażająca mieszanka substancji chemicznych. Benzylopiperazyna, LSD, ketamina i metamfetamina w ściśle odmierzonych dawkach powodowały przedłużoną, orgazmiczną euforię, ale również całkowitą utratę zahamowań, rosnący stres, kompletne zachwianie zdolności oceny moralnej, halucynacje oraz zdwojoną wrażliwość na doznania – zarówno te prawdziwe, jak i będące jedynie wytworem wyobraźni. Flakka przekształcał łagodnego baranka w zdolnego do wszystkiego satyra, później zaś następował spadek aktywności, tak obezwładniający, że zmieniał konsumentów w powolne, śliniące się zombie pozbawione kontaktu z rzeczywistością. Odkąd narkotyk zalał rynek amatorów silnych wrażeń, odnotowano liczne deliria powiązane ze wzrostem niesłychanej przemocy. Użytkownicy bagatelizowali skutki uboczne, twierdząc, że do brutalnych zrywów doszło tylko w odosobnionych przypadkach, a stosunek jakości do ceny z niczym nie może się równać, co czyniło mieszankę wielce pożądanym artykułem na rynku narkotykowym. Pod jej wpływem noc rozciągała się w nieskończoność, a przyjmujące narkotyk osoby zyskiwały nieznaną dotąd energię, odczuwały pełnię radości życia i zwielokrotnioną rozkosz seksualną. Mogły świętować dwa dni bez przerwy, nie czując głodu ani pragnienia. Ale skoro sięgnęły szczytu, niechybnie następował upadek z wysoka. A wtedy zdarzały się regularne utraty pamięci, przebłyski delirium, a czasem zaburzenia osobowości prowadzące nawet do drastycznych samookaleczeń lub wyjątkowo brutalnych ataków. W repertuarze następstw zgłaszanych wielokrotnie od początku roku widniały samobójstwa, śmiertelne wypadki, zawały serca, autokastracja, a nawet kanibalizm.

Podobnie jak sejsmologowie czekają na The Big One, wielkie trzęsienie, które zetrze z powierzchni ziemi Kalifornię, a wirusologowie na odmianę H5N1, która wywoła pandemię, toksykologowie od dawna obawiają się, że pojawi się narkotyk równie uzależniający, co destrukcyjny dla psychiki. Spodziewana plaga nadeszła w postaci substancji flakka. W świecie narkotyków pandemiczne „Big One” już istniało i zataczając coraz szersze kręgi, docierało, co wyjątkowe, zarówno do ćpunów, jak i do środowisk ludzi nocy, do konsumentów okazjonalnych, a nawet do najmłodszych ciekawskich poddawanych presji społecznej na rozpasanych imprezach.

– Trzeba będzie współpracować z Yves’em i chłopakami z DCO – westchnął Segnon. – Skoro mamy prochy, to robota dla nich.

– Taki jest plan. My skoncentrujemy się na zmarłym i jego zabójcy lub zabójcach. Jeśli zidentyfikujemy siatkę narkotykową, pułkownik zdecyduje, kto dalej poprowadzi jej sprawę, ale sądzę, że oddamy to dzieciątko DCO. Niech każdy trzyma się swojej działki. My się zajmiemy morderstwem.

– Jakieś tropy na dobry początek?

– Na razie wszystko jest mętne. Trzeba było pracować szybko, żeby nad ranem otworzyć linię dla ruchu pociągów, więc TK działali trochę po omacku na rozległym i skomplikowanym terenie. Zebrali co najmniej dziewięćset próbek, pety, gumę do żucia, różne odpadki, z których większość, o ile nie wszystkie, należały przypuszczalnie do tysięcy podróżnych codziennie mijających to miejsce i wyrzucających śmieci przez okno wagonu. Ale trzeba było to zrobić. Mało prawdopodobne, żebyśmy dostali budżet na ich analizę.

Odkąd Ludivine zaczęła wykonywać swój zawód, przyczynę jej największych frustracji stanowiła świadomość, że sprawiedliwość kosztuje. Prawdę trzeba kupić. Cena każdego badania DNA wynosiła kilkaset euro, a na przeciętnym miejscu zbrodni nierzadko pobierano z tysiąc próbek, czasem dużo więcej. Jeśli dodać do tego nadgodziny śledczych i ekspertów, koszty dojazdów oraz zwykłe wydatki związane z funkcjonowaniem wszystkich służb niezbędnych do przeprowadzenia śledztwa, najmniejsza sprawa generowała rachunki opiewające na co najmniej pięciocyfrową, a często sześciocyfrową kwotę, opłaty nierzadko przekraczały nawet milion euro. Każdy sędzia patrzył na rosnącą stertę podań, a budżet Ministerstwa Sprawiedliwości topniał z tygodnia na tydzień, tak że nieraz odrzucano prośby śledczych o wykonanie prostego badania, uznanego wszak za „niekonieczne” ze względu na cenę.

– W sprawie ćpuna, który być może popełnił samobójstwo? – zadrwił Segnon. – Możesz zapomnieć o analizach DNA za ponad dwieście tysiaków! Co jeszcze mamy?

– Okoliczności i miejsce.

– To znaczy?

– Gadałam z IML i powiedzieli, że to nie priorytet, więc autopsję przeprowadzą najwcześniej w poniedziałek rano, ale jestem pewna, że facet nie żył już od dłuższego czasu, zanim porzucono go w tej dziurze.

– Co powiedział lekarz obecny na miejscu?

– To samo. Stężenie było zbyt zaawansowane nawet przy założeniu, że zderzenie z pociągiem usztywniło gościa. Potwierdzi to lekarz sądowy.

– Plamy opadowe zgadzały się z pozycją ciała?

– Od kiedy to interesujesz się plamami opadowymi?

– Moja partnerka operuje tylko żargonem kryminalistycznym, siłą rzeczy musiałem się przystosować.

Na ustach Ludivine pojawił się uśmieszek rozbawienia.

– W tej kwestii nie wiemy nic rozstrzygającego. Gościa pocięło na kawałki, część powlókł za sobą pociąg, zwłoki zostały wstrząśnięte, krew rozprowadzona wszędzie wokół, nic z tego nie będzie. Za to poprzedni maszynista mówi, że kiedy przejeżdżał tamtędy dziesięć minut wcześniej, niczego nie widział.

– Co oznacza, że trupa podrzucono o której?

– Między dwudziestą drugą pięćdziesiąt a dwudziestą trzecią. Zabójca lub zabójcy chcieli, abyśmy go znaleźli, w przeciwnym razie nie zadaliby sobie tyle trudu, żeby zaciągnąć go aż tam.

– To wiadomość dla innych dilerów? Porachunki gangów?

– Być może nazwisko zmarłego pozwoli nam to ustalić. To dość odludne miejsce, trudno dostępne. Prowadzi do niego tylko jedna droga i wszyscy przejechaliśmy nią, żeby się tam dostać. Nie wiem, czy to zaplanowali, ale tak czy siak, z punktu widzenia morderców korzystnie się złożyło. No więc od tej strony nie ma co liczyć na jakikolwiek ślad. Powinniśmy byli to przewidzieć. Niedaleko leży parę miasteczek, zobaczymy, czy tam uda się odkryć tożsamość naszego człowieka.

– Ale dlaczego zostawili cały towar? To idiotyczne… Nie, coś tu nie pasuje!

– Jest kilka elementów, które nie mają sensu. Cała sprawa już z daleka śmierdzi przekrętem i dlatego mnie interesuje.

Segnon wskazał dużą kuchnię.

– Zrobisz mi kawę?

Komórka Ludivine zadzwoniła, gdy kobieta kierowała się w stronę szafek. Zobaczyła, że na ekranie wyświetla się imię Guilhema, odebrała więc i włączyła głośnik.

– Hulk jest u ciebie? – spytał żandarm tytułem wstępu.

– Słyszę cię, ty wstrętny żółtku!

– Tobie również dzień dobry, Segnonie.

– Już jedziemy – rzuciła Ludivine.

– Lepiej tak zróbcie. Wcześnie przysiadłem do roboty i opłaciło się: mamy nazwisko naszego nieboszczyka. Żaden z niego nieznajomy.

8

Paryski wydział śledczy miał siedzibę w dziewiętnastowiecznym budynku dawnych koszar biura akcyzowego, niedaleko porte de Bagnolet. Była to pięciopoziomowa konstrukcja w kształcie litery U wzniesiona z szarego kamienia, z mnóstwem wysokich wąskich okien wychodzących na ulicę i mały dziedziniec, które niczym czujni strażnicy obserwowały miasto.

Ludivine, Segnon i Guilhem zajmowali pomieszczenie na pierwszym piętrze, które w całości skolonizowali, kierując się osobistymi gustami oraz obowiązującymi schematami, jakby wszyscy śledczy na świecie odczuwali instynktowną potrzebę, by otoczyć się totemami radości i dzięki nim móc stawiać czoło potwornościom swojego zawodu. Przestrzeń należąca do Guilhema zdawała się najbardziej karykaturalna, wisiały tam bowiem plakaty z filmów Podejrzani i Siedem rozdzielone proporczykiem klubu piłkarskiego Paris Saint-Germain. Segnon był zbieraczem. Z na wpół rozpakowanych paczek budował barierę między sobą a resztą świata. Płyty DVD, wciąż w celofanowych osłonkach, jeszcze nieczytane komiksy, wszystko, co kupował w Internecie i kazał przysyłać na biurowy adres, pchany kompulsywną gorączką tropiciela dobrych okazji. Ludivine przez długi czas miała doskonale uporządkowane biurko, wolne od wszelkich osobistych akcentów. Niedawno odczuła potrzebę zagospodarowania swojej przestrzeni, dlatego najpierw umieściła w niej kubek New York Giants należący do dawnego kolegi Alexisa oraz dużą świecę o piżmowym zapachu, a później zakryła ścianę za fotelem dwoma regałami z Ikei i poupychała na nich książki z zakresu kryminalistyki. Jedyna zagadka wiązała się z niewielką kolekcją, która powoli opanowywała jej półki: składała się z pstrokatych zabawek z jajek niespodzianek. Ludivine nie wiedziała, kto bawi się w przystrajanie jej biblioteczki, i gdy co tydzień odkrywała kilka nowych figurek, ogarniała ją szaleńcza frustracja. Ani Guilhem, ani Segnon nie jadali przy niej czekolady, autorem żartu mógł być ktokolwiek z WŚ. Najbardziej podejrzani wydawali się śledczy z zespołu Magali, pracujący po drugiej stronie korytarza. Ben i Franck zawsze byli spragnieni dobrych dowcipów. Jakkolwiek by było, to bezowocne śledztwo co tydzień służyło Ludivine za rozgrzewkę po krótkim odpoczynku, stanowiło też przypomnienie, że nie powinna traktować samej siebie zbyt poważnie, i wprowadzało nieco lekkości do pokoju, do którego w każdej chwili wtargnąć mogło to, co najmroczniejsze.

Owej soboty, jedenastego listopada, na piętrze panowała niemal niepokojąca cisza. Było tylko ich troje, po drodze nie spotkali nikogo.

Guilhem, ubrany w jedną z typowych dla siebie przesadnie kolorowych koszul, przyłożył świeżo wydrukowaną kartkę do białej ścieralnej tablicy i przytrzymał ją magnesem w kształcie odznaki amerykańskiej policji.

Pod szopą ciemnych, kręconych włosów widniała nieprzystępna twarz zwrócona prosto w stronę obiektywu, mężczyzna miał spuszczony wzrok, podkrążone oczy, ciężkie powieki, duży spłaszczony nos, niedogolone policzki i rysy zgrubiałe w wyniku krótkiego życia przepełnionego smutkami. Był w okolicach trzydziestki, a na szczęce, podbródku i czole nosił kilka małych blizn.

– Laurent Brach – przedstawił go Guilhem. – Potwierdzenie jego tożsamości czekało w mojej skrzynce mailowej dziś rano, jego odciski widnieją w FAED.

Ludivine ubawiła się w duchu z tego wstępu. Rzeczywistości daleko było do scen z filmów i seriali, w których odciski palców błyskawicznie migały na ekranie, a w przypadku zgodności natychmiast podświetlały się na czerwono. Codzienność śledczych ograniczała się do maila informującego, że odcisk odpowiada nazwisku z archiwum FAED. Żadnej syreny, żadnych pulsujących, pikających światełek wokół ogromnego ekranu, a nawet żadnego ekranu, na którym można by podziwiać cyfrowy skan. Tylko zwykły mail wśród wielu innych.

– Za co był notowany? – spytała Ludivine.

– Według TAJ lista jest długa. Zaczyna się od młodzieńczych wybryków: rozróby, niszczenie mienia, posiadanie substancji odurzających, a potem stopniowo robi się gorzej, aż dochodzi do kradzieży w magazynie sprzętu gospodarstwa domowego. Stamtąd trafił do Villepinte na krótki pobyt za kratkami i przez następne półtora roku nie broił, a przynajmniej nie dał się złapać. Później wjechał samochodem w bankomat i znów go przyskrzynili. Tym razem wysłano go do Fresnes, na dużo dłużej. Od tamtej pory cisza.

– Kiedy wyszedł? – chciał wiedzieć Segnon.

– Dwa lata temu.

– Później nie było już żadnych zgłoszeń? – upewniła się Ludivine.

– Zero. Znacie mnie, jestem z tych skrupulatnych. Podczas gdy wy próżnowaliście u Lulu, popijając kawkę, ja grzebałem w necie, żeby sprawdzić, czy wyskoczy coś na temat Laurenta Bracha. Wiem, że zawsze mieszkał w okolicach Corbeil, w dziewięćdziesiątym pierwszym departamencie, mam też datę urodzenia i zdjęcie, to oszałamiające, ile można znaleźć w sieci i w mediach społecznościowych!

– Odszukałeś go? – zdumiał się Segnon.

– Tak sądzę. A przede wszystkim, dzięki Facebookowi i pokrewnym serwisom, znalazłem dziewczynę, która twierdzi, że jest żoną niejakiego Laurenta Bracha, jedno z zamieszczonych przez nią zdjęć praktycznie rozwiewa wszelkie wątpliwości. A ponieważ jako miejsce zamieszkania podała Corbeil-Essonnes…

– Ożenił się? Mają dzieci?

– Na podstawie zdjęcia profilowego tej babki można tak przypuszczać, pozuje z chłopczykiem na rękach.

– Więc znalazł miłość i wyszedł na prostą – podsumowała Ludivine. – Przynajmniej oficjalnie. Corbeil leży niedaleko miejsca, gdzie znaleźliśmy zwłoki. Mieszkał w pobliżu torów kolejowych?

Guilhem skinął głową.

– Kilka miesięcy temu zarejestrował samochód, podając adres na jednym z osiedli widocznych u góry nasypu.

– To jaki jest scenariusz? – spytał Segnon. – Wychodzi z kicia, żeni się, płodzi jedno lub dwoje dzieci, uświadamia sobie, że nie powinien już rozrabiać, a przynajmniej musi postępować ostrożniej, ale to silniejsze od niego, zadaje się z nieodpowiednimi osobami, miesza się w lokalny handel narkotykami i się stacza? Potrzebujemy Yves’a i jego chłopaków! Bez wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej stracimy mnóstwo czasu.

– Pozwoliłem sobie do niego zadzwonić – wyznał Guilhem. – Siedział z rodziną w domowym zaciszu, wkrótce do nas dołączy.

Ludivine pogroziła mu palcem.

– Uważaj sobie, jeśli będziesz taki wydajny, doczekasz się stopnia! Świetna robota, Guilhem. A więc oto i nasz trup. Typ z przeszłością, który po wyjściu z więzienia teoretycznie zszedł ze złej drogi. Żonaty, przynajmniej jeden syn. Dobrze byłoby się dowiedzieć, czy miał pracę, regularne dochody.

– Przed przeniesieniem do Paryża byłem audytorem finansowym w wydziale śledczym w Wersalu – przypomniał Guilhem. – Mogę zajrzeć do rejestru kont bankowych FICOBA. W ten sposób zdobędę wszystkie numery kont powiązane z ofiarą. Ale na szczegóły trzeba będzie poczekać do poniedziałku, kiedy zadzwonię do banków. W międzyczasie prześledzę jego podatki, sprawdzę, co deklarował.

Ludivine wiedziała, że Guilhem wygrzebie wszystko, co się da, żeby mogli poznać osobowość Laurenta Bracha. Żandarmeria dysponowała ponad trzydziestoma rejestrami, które należało zbadać, by uzyskać pełny obraz podejrzanego. A ponieważ słynna CNIL – Narodowa Komisja Informatyki i Swobód Obywatelskich – czuwała nad tym, by nie istniały między nimi żadne automatyczne powiązania, trzeba je było sprawdzać kolejno, jeden po drugim.

– Kontynuuj, co zacząłeś. Trzeba też będzie poinformować wdowę – powiedziała kobieta z przygnębioną miną. – O ile to faktycznie właściwa osoba pod właściwym adresem. Jeżeli będzie w stanie odpowiadać na pytania, spróbuję dowiedzieć się więcej o ich życiu. Porównamy jej wersję z liczbami, które zgłaszali państwu. Guilhem, czy mogę ci powierzyć misję? Chciałabym, żebyś zlecił też badanie SALVAC.

– Tak szybko? Nie zapędzamy się trochę? I co niby mam wpisać jako cechy szczególne?

– Wszystko, co mamy. Porzucone w pobliżu narkotyki, ciało pozostawione na torach kolejowych, flakka, transwestyta, rozczłonkowanie, dodaj też, że zwłoki potraktowano wybielaczem i porządnie wyczyszczono. Zarzuć sieci szeroko, nigdy nie wiadomo.

– A może poczekamy chociaż na wyniki autopsji?

– Nie przyjdą przed przyszłą sobotą, nie chcę tyle z tym zwlekać. Jeżeli pojawią się dodatkowe dane, rozszerzymy zakres poszukiwań przy drugim podejściu.

– Analitycy będą w siódmym niebie, że każesz im dwa razy odwalać robotę!

– Nie mój problem.

Segnon, który przyglądał się Ludivine z miną cwaniaka, nachylił się do niej.

– Znam cię na tyle, by wiedzieć, że nie wszczynasz afery wyłącznie na podstawie przeczucia. Co ci chodzi po głowie?