Zew natury - Guy Grieve - ebook
Opis

Życie Guy Grieve'a zmierzało donikąd - znienawidzona praca za biurkiem, trzygodzinne dojazdy i przygniatający ciężar długów. Pewnego dnia zamarzył, by rzucić wszystko i zamieszkać samotnie w jednym z najdzikszych miejsc na ziemi - na Alasce. Zostawił za sobą dotychczasowe życie i uciekł do krainy srogich mrozów. Oddalony o dziesiątki kilometrów od najbliższej ludzkiej osady za jedynych towarzyszy miał psy, łosie, niedźwiedzie i wilki, a do przetrwania jedynie to, co niezbędne. Zbudowanie chaty, zapanowanie nad psim zaprzęgiem, polowanie na zwierzynę czy próby przechytrzenia niedźwiedzia okazały się prawdziwym wyzwaniem. Kilkakrotnie otarł się o śmierć, ale udało mu się przetrwać.

Książka ma w sobie coś porywającego i szaleńczego, niczym przejażdżka pędzącym psim zaprzęgiem. Zew natury może być doskonałym prezentem dla ukochanej osoby, ale nie zdziwmy się, jeśli zacznie ona wymykać się z domu o drugiej nad ranem z rakietami śnieżnymi na nogach…

Autor, Guy Grieve, urodził się w 1973 roku w Republice Południowej Afryki. Jego matka jest Włoszką, a ojciec Szkotem. W dzieciństwie mieszkał na trzech różnych kontynentach. W 2004 roku porzucił pracę w biurze i cały rok spędził samotnie na Alasce. Pisał stamtąd artykuły dla brytyjskiego pisma "Scotsman". Obecnie mieszka z żoną oraz dwoma synami na jednej z wysp archipelagu Hebrydy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 615

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału
Call of The Wild. My Escape to Alaska
Projekt okładki
MARIUSZ BANACHOWICZ
Zdjęcia w książce i zdjęcie autora na skrzydle
© Guy Grieve
Redakcja
MAŁGORZATA GROCHOCKA
Korekta
ELŻBIETA KOŻUCHOWSKA
Mapa
EDYTOR
Redakcja techniczna
ADAM KOLENDA
Copyright © 2006 by Guy Grieve
Polish edition © Publicat S.A. MMX, MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5352-4
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

Życie Guy Grieve’a zmierzało donikąd – znienawidzona praca za biurkiem, trzygodzinne dojazdy i przygniatający ciężar długów. Pewnego dnia zamarzył, by rzucić wszystko i zamieszkać samotnie w jednym z najdzikszych miejsc na ziemi – na Alasce.

Oddalony o dziesiątki kilometrów od najbliższej ludzkiej osady za jedynych towarzyszy miał psy, łosie, niedźwiedzie i wilki. Zbudowanie chaty, zapanowanie nad psim zaprzęgiem, polowanie na zwierzynę okazały się prawdziwym wyzwaniem. Kilkakrotnie otarł się o śmierć.

Książka ma w sobie coś porywającego i szaleńczego, niczym przejażdżka pędzącym psim zaprzęgiem. Może być doskonałym prezentem dla ukochanej osoby, ale nie zdziwmy się, jeśli zacznie ona wymykać się z domu o drugiej nad ranem z rakietami śnieżnymi na nogach...

Dalekie wyprawy, zabawne relacje, niespodziewane przygody, czyli poznawanie świata bez wychodzenia z domu.

Anke Richter – CZYM ZADZIWI STREFA KIWI

Hape Kerkeling – NA SZLAKU DO COMPOSTELI

Wolfram Eilenberger – CO FINOWIE MAJĄ W GŁOWIE

Markus Flohr – GDZIE SOBOTA JEST NIEDZIELĄ

J. Maarten Troost – NA HAJU DO RAJU

David Treanor – MISJA MONGOLIA

Dwóm rodzinom: pierwszej, która pozwoliła mi

wyjechać, i drugiej, która dopilnowała,

bym wrócił cały i zdrowy.

I choćby ścieżka była wąska,

Każdy krok bólem okupiony,

Ja swego losu jestem panem;

Ja ster swej duszy dzierżę w dłoni.

W.E. Henley, Invictus

W hołdzie Jackowi Londonowi

Moja tęsknota za tym, by doświadczyć dzikiej przyrody, sięga chłopięcych lat i pierwszej lektury utworów Jacka Londona. Jego powieści łączą w sobie pełne okrucieństwa piękno i tajemniczość dalekiej północy, a żadna nie czyni tego lepiej niż Zew krwi,

Prolog

Jak mówi prawo Jukonu:

triumf tylko silnych jest udziałem;

Słabi wnet w proch się obrócą,

Przetrwa, kto sprawny umysłem i ciałem.

Rozpusta, klątwa, rozpacz,

Kalectwo i sromota;

Oto jest wola Jukonu –

Bolesna jest jej prostota!

Robert W. Service, Songs of a Sourdough

The Law of the Yukon (1907)

Pochylam się, by dźwignąć przeładowany plecak, i wtedy, w stwardniałym od zimna błocie, dostrzegam głęboki odcisk sporych rozmiarów łapy. Gwałtowne łomotanie serca przyprawia mnie niemal o ból i nie potrzebuję żadnego przewodnika, by zrozumieć, że przed chwilą, zanim postawiłem stopę na tej plaży, w tym samym miejscu stał niedźwiedź grizzly. Gdy wpatruję się w ślad, mój zmęczony umysł dostraja się do realiów sytuacji: znajduję się na subarktycznym pustkowiu, w miejscu, w którym mógłbym zostać zaatakowany i pożarty przez zwierzę o wadze przekraczającej tysiąc funtów[1]. Przebiegam palcami po zagłębieniach, jakie pozostawiło po sobie pięć pazurów. Podążając wzrokiem za linią śladów, uświadamiam sobie, że niedźwiedź zniknął w tym samym lesie, który zamierzam uczynić własnym domem. Jednak w przeciwieństwie do niego jestem kompletnym dyletantem.

Podpierając się pobielałym od powodzi konarem, wspinam się po brzegu w kierunku drzew. Oblewam się potem otoczony aureolą czarnych, natrętnie brzęczących much. Mój ekwipunek jest zbyt ciężki, bym mógł pokonać ostatni odcinek z nim na plecach, dlatego unoszę plecak ponad stromą krawędź i ciskam go na kępę ciernistych zarośli, a dopiero potem zarzucam nogę i podciągam się, by po chwili znaleźć się wśród bujnej zieleni. Zadeptuję poletko roślinności i staję wyprostowany na krawędzi, spoglądając w dół na mój dość komiczny, zygzakowaty ślad biegnący chwiejnie od strony rzeki.

Stoję tak kilka minut, z pewnym wahaniem myśląc o pierwszych krokach oddalających mnie od bezpiecznego pokładu łodzi i prowadzących w głąb ciemnego lasu. Zapada noc, wiem, że mam przed sobą trudną, ponad milową[2] przeprawę przez gęstwinę drzew i zarośli, zanim dotrę do jeziora, przy którym rozbiję obóz. W tym momencie z radością cofnąłbym to wszystko, łącznie z czasem, do chwili, gdy moje życie było pewne i przewidywalne. Biorę głęboki oddech, odwracam się tyłem do plaży i ruszam w las.

CZĘŚĆ I

Rzeczywistość może zniweczyć marzenia,

Dlaczegoż by marzenia nie miały zniweczyć rzeczywistości?

George Moore

1. Skryty marzyciel

W telefonie słyszę lakoniczny, znużony, ale ciepły głos:

– Biuro redakcji „The Scotsman”, przy telefonie Sonja. W czym mogę pomóc?

Zacinając się, zaczynam rozmowę, zupełnie jak zardzewiały silnik łodzi motorowej w deszczowy dzień:

– Ech, tak... ehem, czy mógłbym, hm, rozmawiać z Iainem? Mówi Guy z piętra niżej. – Liczę, że przebiegła taktyka polegająca na posłużeniu się imieniem redaktora pozwoli mi prześlizgnąć się obok wartowniczki, ale okazuje się, że nie mam do czynienia z nowicjuszką.

Następuje chwila ciszy.

– Czy zechce pan powiedzieć, o co konkretnie chodzi? – Zapewne głowi się, czego, na miłość boską, może chcieć jakiś nieszczęsny człeczyna z działu sprzedaży od redaktora naczelnego najstarszego i najszacowniejszego dziennika w Szkocji.

– No cóż... zastanawiałem się, czy mógłbym się z nim w niedalekiej przyszłości spotkać.

– Iain jest teraz bardzo zajęty, Guy. Czy może mi pan powiedzieć, w jakiej sprawie chciałby się pan z nim widzieć?

Mam ochotę wyznać jej, o co tak naprawdę chodzi: że dostaję już świra i właśnie dotarłem do punktu, z którego nie ma odwrotu; że dla mnie jedyną drogą wyrwania się z pułapki biurowej egzystencji jest wyruszenie do jednego z najbardziej opustoszałych i najdzikszych zakątków ziemi, w którym byłbym sam, z dala od najbliższych, a prawdopodobieństwo mojej przedwczesnej śmierci wcale nie byłoby znikome. Zamiast tego mówię:

– Otóż Sonju, wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale czy zechciałaby pani przekazać Iainowi, że na pewno nie uzna spotkania ze mną za kompletną stratę czasu?

Kobieta śmieje się do słuchawki.

– Guy, co panu chodzi po głowie?

– Szczerze mówiąc, nie jestem pewien. Po prostu coś mi mówi, że Iain będzie mógł mi pomóc.

– Proszę chwilę zaczekać – następuje dłuższa przerwa, podczas której Sonja sprawdza terminarz redaktora naczelnego. W tle słyszę dzwoniące telefony i wyobrażam sobie, jak musi wyglądać dzień ciężko pracującego człowieka, któremu wciąż zawraca się głowę kolejnymi pilnymi terminami i niekończącymi się spotkaniami. Do moich uszu dobiega szelest, a po chwili znów słyszę głos Sonji w słuchawce. – No dobrze, niech pan przyjdzie dziś po południu, po 17.30, i zaczeka. Nie mogę niczego obiecać, ale myślę, że uda się panu przez chwilę porozmawiać z Iainem.

Trzymam słuchawkę obiema rękami i czuję nagły przypływ czegoś dawno nieodczuwanego: nadziei.

– Dziękuję, Sonju. Będę na pewno.

Odkładam słuchawkę i podnoszę wzrok. Nad biurkiem sterczy mój przełożony i wpatruje się we mnie z dziwnym wyrazem twarzy.

– Guy, co z tym arkuszem kalkulacyjnym? Miałeś go dla mnie przygotować.

Marszczę brwi z nadzieją, że nadaje mi to wygląd osoby kompetentnej, wystukując jednocześnie na klawiaturze wartkie staccato.

– Pracuję nad tym, Kris. Czy mogę dostarczyć ci go jutro?

– Jutro chcę go mieć na biurku, Guy, jasne? – wciąż wisi nade mną, najwyraźniej nieprzekonany.

Silę się na serdeczne potwierdzenie, z nadzieją, że niesie ono w sobie optymistyczny i pełen energii przekaz:

– Jak słońce!

Kris wraca do swojego gabinetu z wyrazem lekkiej dezaprobaty na twarzy.

Gdy odbywała się ta krótka rozmowa, od ponad pięciu lat pracowałem w dziale handlowym dziennika „The Scotsman” w Edynburgu. Miałem na głowie szereg obowiązków, a nawet kilka sukcesów w postaci nowych sposobów pozyskania funduszy dla firmy. W 2002 roku, na półmetku mojej pracy w redakcji, pewien pobłażliwy dyrektor – sprawiający wrażenie równie zdezorientowanego w kwestii moich perspektyw, jak ja sam – postanowił przekonać się, czy zdołam sprostać obowiązkom starszego specjalisty. Zgodnie z planem awansowano mnie ze stanowiska podrzędnego kierownika handlowego do doniosłej funkcji dyrektora ds. marketingu strategicznego i przydzielono własny, schludny gabinecik na najwyższym piętrze, na którym mieściły się biura dyrekcji wyższego szczebla. Przez krótki czas czułem się tym wszystkim dość podekscytowany i zaczynałem nawet żywić przekonanie, że może to być początek czegoś znaczącego. Całymi tygodniami kombinowałem i planowałem, czując się przy tym – na nowym stanowisku na szczycie budynku – jak prawdziwy ekspert i człowiek doświadczony. Z lubością kręciłem się w obrotowym fotelu, ostentacyjnie stukałem w klawiaturę komputera i spędzałem niekończące się godziny, kreśląc skomplikowane wykresy, które miały zilustrować moje nowe, przełomowe podejście. Niestety, nikt nie był w stanie zrozumieć żadnego z graficznych owoców mojej pracy, gdyż mój charakter pisma był – i nadal jest – okropny. W moim gabinecie odbywały się też regularne zebrania, a ja czułem się dumny, mogąc zaoferować ich uczestnikom – kiedy już pozajmowali miejsca wokół stołu konferencyjnego wykonanego z imitacji mahoniu – kawę i ciastka.

W miarę jak tygodnie przechodziły w miesiące, cierpliwe starsze i wyższe rangą grono, zasiadające w biurach na ostatnim piętrze, chciało się przekonać, jakie to rozwiązania opracował nowy młodzieniec. Choć były to informacje „poufne”, wśród personelu szybko rozeszło się, że planuję wdrożenie nowego programu lojalnościowego dla czytelników, opartego na przystąpieniu do klubu ogrodnika. Gdy jakimś cudem udało mi się przekonać zwierzchników do korzyści płynących z programu, zaangażowałem się w pracę ze sporym entuzjazmem. W zamian za prenumeratę dziennika „The Scotsman” klub gwarantował czytelnikom zniżki u licznych sprzedawców artykułów ogrodniczych i szkółkarskich. Jako dodatkową zachętę każdy nowo przyjęty członek klubu miał otrzymać darmową porcelanową figurkę ryjącego w ziemi psa, merdającego pobudzanym siłą wiatru ogonem.

Każdego wieczoru wracałem z biura do domu z głową pełną psów kopiących dziury i pomysłów na zwabienie czytelników, stopniowo się odprężając, w miarę jak zostawiałem miasto coraz dalej za sobą i zbliżałem się do domu w Scottish Borders. Codzienne dojazdy do pracy i z powrotem zajmowały mi trzy godziny, ale mieszkanie na wsi i możliwość zachowania choćby złudzenia wolnego wyboru zdawały się tego warte. Do domu przyjeżdżałem w samą porę, by przed snem poczytać bajkę naszemu dwuletniemu synkowi Oscarowi. Potem Juliet i ja zjadaliśmy późną kolację i z całych sił próbowaliśmy czuć się młodzi, szczęśliwi i pełni życia. Następnego ranka budziłem się wcześnie, na palcach wymykałem się z łóżka i ubierałem, kiedy wszyscy jeszcze smacznie spali, mając świadomość, że kiedy się obudzą i beze mnie zasiądą do śniadania, ciągle jeszcze będę tkwił za kółkiem.

Wkrótce ruszyła akcja promocyjna dla czytelników, która natychmiast okazała się kompletnym fiaskiem. Mój gabinet przestał być areną dla młodego, błyskotliwego protegowanego, stawiającego pierwsze kroki na przyprawiającej o zawrót głowy drabinie korporacyjnej sławy, i stał się magazynem dla ponad tysiąca kartonowych pudeł z napisem „Kopiący pies”. Kierownictwo najwyraźniej jeszcze ciągle dostrzegało jakieś korzyści z zatrudniania kogoś takiego jak ja, ponieważ zamiast się ze mną pożegnać, zachowując maksymalną dyskrecję, przeniesiono mnie z powrotem do działu sprzedaży. Właśnie wtedy zacząłem marzyć o ucieczce. Juliet miała niedługo urodzić nasze drugie dziecko, a kredyt hipoteczny i długi na karcie kredytowej zaczynały nas paraliżować. Wiedziałem, że nie jesteśmy w tym odosobnieni – niemal wszyscy nasi znajomi byli w takiej samej albo nawet gorszej sytuacji – jednak nie mogłem się pogodzić, że czeka nas tak marny los. Wyglądało na to, że spłata długu ogranicza wszystkie nasze przyjemności i potencjalne przedsięwzięcia, a ja – na domiar złego – nie mam innego wyjścia, jak kontynuować coraz bardziej opłakaną egzystencję pośród wywołujących klaustrofobię korytarzy biurowego piekła. Mijały najlepsze lata mojego życia, a ja przez osiem godzin dziennie tkwiłem w klimatyzowanym biurze, wpatrując się w monitor komputera. Kolejne trzy godziny dziennie spędzałem w samochodzie. Czułem, że znalazłem się w pułapce, i zaczynałem wpadać w panikę.

Podczas przerw na lunch zacząłem odwiedzać siłownię po drugiej stronie ulicy, a po serii ćwiczeń – omijając szerokim łukiem truchtające przed ścianą luster doskonale wyrzeźbione sylwetki opalone słońcem solarium – wyruszałem na pięciomilową przebieżkę dookoła wzgórza Arthur’s Seat. Ten bieg, będący alternatywą dla ruchu przy akompaniamencie muzyki z głośników w towarzystwie nadętych ego, nie wyłączając mego własnego, przyczynił się do ocalenia mojej duszy. Zacząłem odczuwać, a także dostrzegać zmieniające się pory roku. Gdy ścieżka pięła się stromo pod górę, czułem ból, a kiedy od deszczu i wiatru drętwiały mi stopy i twarz, czułem zimno i byłem z tego zadowolony. Pośród zwyczajnej, pełnej błahostek biurowej codzienności ten bieg dawał mi szansę na ponowne zjednoczenie się zarówno z własnym ciałem, jak i przyrodą, a kontrast pomiędzy tymi dwoma światami – cywilizacją i żywiołem – sprawił, że zaczął we mnie kiełkować wewnętrzny bunt. Początkowo sporadycznie i niespodziewanie, później zaś z rosnącą determinacją, zacząłem tęsknić za jakimś dzikim miejscem i trybem życia, które omijałyby wszelkie pułapki miejskiej egzystencji. Żadnych marek, żadnych dostawców, żadnych biur, żadnych samochodów służbowych ani systemów premiowania za zrealizowane cele, tylko drzewa i przestrzeń oraz szansa ponownego odkrycia, jak to jest być mężczyzną, a także nowej drogi do pewnego rodzaju wolności dla mojej rodziny. Jadąc samochodem, siedząc przy biurku, biegając w przerwie na lunch, a potem znów siedząc jeszcze trochę przy biurku, rozmyślałem wyłącznie o tym, jak i dokąd stamtąd uciec.

W domu żona usilnie starała się zrozumieć przyczyny mojej tęsknoty. Ona też była zaniepokojona naszym trybem życia, a także tym, że z wyjątkiem służbowego samochodu i ładnego domu nie mieliśmy tak naprawdę nic i zwyczajnie tkwiliśmy w martwym punkcie, nie mając dostępu do tego wszystkiego, co świat miał nam do zaoferowania. Cierpiała na tym jakość naszego życia rodzinnego – długie godziny, jakie poświęcałem na pracę i dojazdy, oznaczały, że przez większość tygodnia Juliet była sama i wychowywała dzieci właściwie bez mojej pomocy. Poważnie martwiła ją moja pogłębiająca się rozpacz, a jednocześnie, co całkiem naturalne, niepokoiły krok wstecz w mojej karierze i całkowity brak widoków na przyszłość. Frustrowało ją także, że nie umiałem cieszyć się tym, co – w porównaniu z innymi – było życiem szczęśliwym. Piękny dom, jeden zdrowy syn, drugi w drodze, dobra praca – czego więcej chcieć? A jednak w głębi duszy sama też czuła, że to wszystko było za mało dla nas obojga, a zawalenie się tego domku z kart jest tylko kwestią czasu.

Cały następny rok, od 2003 do 2004, każdą wolną chwilę w pracy i w domu poświęcałem na badanie potencjalnych miejsc, do których mógłbym się udać. Spędzałem długie wieczory przed komputerem, kontaktując się z osobami z drugiego końca świata, które mogłyby mi pomóc. Stosunkowo wcześnie jako jedno z głównych potencjalnych miejsc wyłoniła się Alaska – ostatni wyludniony obszar na ziemi o powierzchni 1 477 270 mil kwadratowych [1 717 854 km2] i populacji liczącej zaledwie 600 tysięcy mieszkańców. Daleka północ, której kształt rysowały powieści Jacka Londona i wiersze Roberta Service’a, od dawna rozpalała moją wyobraźnię. Z internetu i książek dowiedziałem się więcej na temat Alaski i natrafiłem na osoby, które tam mieszkały albo miały okazję dobrze poznać tę krainę. Z zacisza mego biura zacząłem odkrywać rozległe i dzikie terytorium, krainę, w której niejeden dorobił się fortuny i niejeden ją stracił i którą nieliczni mieli odwagę przemierzać w samotności. Czytałem szokujące relacje opisujące ataki niedźwiedzi, przeprawy po skrzypiącym lodzie i przeszywający chłód, spowijający białym całunem szronu twarze mężczyzn walczących z mrozem wraz z psim zaprzęgiem albo zmagających się z budową domków z bali w nadziei, że zdążą przed nadejściem zimy. Niektóre opowieści o Alasce były proste i surowe, niczym lekcje pokazowe obrazujące losy mężczyzn lub kobiet stopniowo poddających się sile żywiołów. Inne z kolei przedstawiały niezwykłe podróże przez skrzące się w blasku księżyca królestwo śniegu i lodu, rozbijanie w pośpiechu obozowiska w zakolu rzeki czy obserwowanie dymu wijącego się cienką strużką z tlącego się ogniska wprost w bezchmurne niebo przy akompaniamencie skwierczącego na żeliwnej patelni łososia i kawy bulgoczącej nad paleniskiem. Serce mi przyspieszało, gdy czytałem o samotnych wędrowcach, którym udało się przetrwać i dogłębnie poznać charakter Matki Natury, o tych, którzy nauczyli się czytać z nieba i gwiazd i prowadzili rozważne życie w cieniu lasów północnych. Ludzie ci byli na ogół poszukiwaczami lub traperami, a wielu z nich w radzeniu sobie w dziczy zyskało biegłość równą rdzennym mieszkańcom Alaski, często nawet przewyższając ich w umiejętności przetrwania w wyjątkowo trudnych warunkach. Niektórzy odnieśli ogromne korzyści i zdobyli fortunę, przebywając w północnych lasach, inni zaś stracili rozum, a nawet życie.

W trakcie internetowych poszukiwań nawiązałem kontakt z pewną Indianką z plemienia atabaskańskiego[3] pracującą na Uniwersytecie Alaska w Fairbanks. Początkowo była ostrożna, przekonana – co zrozumiałe – że ma do czynienia z szaleńcem, i poprosiła, bym przysłał jej referencje, które potwierdziłyby autentyczność moich zamiarów. Tak też zrobiłem – ku ogromnemu zaskoczeniu osób za mnie poświadczających, kiedy już odkryły cel tego przedsięwzięcia – a wtedy ona skontaktowała mnie ze swoim bratem, Charliem. Charlie mieszkał wraz z rodziną w małej wiosce nad Jukonem w interiorze Alaski[4], utrzymując się z rybołówstwa i prac ciesielskich. Był to odpowiedni obszar Alaski – zalesiony i bardzo słabo zaludniony – a on wyraził gotowość bycia moim lokalnym łącznikiem. Teraz na drodze do realizacji mego marzenia stała tylko jedna przeszkoda: pieniądze.

[...]

Przypisy
[1] 100 funtów to w przybliżeniu 45 kg (przyp. tłum.).
[2] 1 mila to w przybliżeniu 1,6 km (przyp. tłum.).
[3] Atabaskowie to rdzenni mieszkańcy interioru Alaski zamieszkujący tereny wzdłuż pięciu głównych rzek: Jukonu, Tanany, Susitny, Kuskokwimu oraz Copper. Tradycyjnie była to ludność koczownicza, przemieszczająca się w niewielkich grupkach w celu połowu ryb, polowania, zastawiania sideł, jednak obecnie Atabaskowie zamieszkują rozlegle tereny Alaski i Stanów Zjednoczonych, powracając na ziemie rodzinne, by ponownie zająć się tradycyjnym użytkowaniem zasobów.
[4] Interior Alaski obejmuje rozległy obszar na południe od kola podbiegunowego, na północ od gór Alaska, na zachód od Kanady i na wschód od 154° długości geograficznej zachodniej. Potężny Jukon, najdłuższa rzeka Alaski o długości 1875 mil [3185 km], płynie od jeziora Laberge do Morza Beringa i przebiega przez środek regionu. Interior obejmuje 171 200 mil kwadratowych, a jego populacja liczy zaledwie 50 tysięcy mieszkańców. Dla porównania, Szkocję, obejmującą 30 414 mil kwadratowych, zamieszkuje aż 6 milionów osób.