Zeszyt do historii - Angelika Jędryka - ebook
Opis

Zamkniętą w sobie i chorobliwie nieśmiałą Zosię wciąż prześladują bolesne wspomnienia z gimnazjum, gdzie była ofiarą mobbingu. Kiedy trafia do szkoły średniej, odkrywa dla siebie dwie formy terapii: prowadzenie pamiętnika i miłość do muzyki, która sprawia, że dziewczyna postanawia dołączyć do zespołu złożonego z jej kolegów z klasy. Chociaż Zosia wciąż nie potrafi przezwyciężyć lęku przed ludźmi, coraz wyraźniej zaczyna uświadamiać sobie, że jeśli chce poukładać sobie życie, musi najpierw spróbować pokonać najtrudniejszych przeciwników – własne słabości i uprzedzenia.

Czy pomoże jej w tym Max, charyzmatyczny pół-Amerykanin po przejściach? Czy Zosia znajdzie w sobie siłę, by mu zaufać? I czy ta znajomość stanie się początkiem zaskakującego uczucia, które pozwoli im spojrzeć na siebie z zupełnie nowej perspektywy?

Miałam przy sobie pusty zeszyt, więc wyjęłam go ukradkiem, a zagryzmolony notatnik, z którego właśnie niechcący zrobiłam pamiętnik, schowałam do torby.
W ten sposób powstały dwa zeszyty do historii, z których jeden opisywał dzieje Polski, a drugi wydarzenia z mojego życia. Okładka z podpisem „Zeszyt do historii” okazała się niezłą kryjówką dla moich myśli.


Angelika Jędryka (ur. 1991 r.) – absolwentka filologii polskiej. Dzięki swojej pracy i pasji od zawsze związana jest z książkami. Serce dzieli na pół między rodzinnymi Damienicami a Tarnowem, gdzie mieszka wraz z mężem. Lubi podróże po Polsce, dobrą kawę i nocne rozmowy na każdy temat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 475

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


KOŃCA POCZĄTEK

Jaką wolność poczułam po zakończeniu roku, wie każdy, kogo dręczono przez całą podstawówkę i gimnazjum. Pamiętam doskonale ten dziki taniec radości wykonany w kuchni i dumę mamy, gdy oglądała moje świadectwo. Nie. Nie było z paskiem. Nigdy nie byłam orłem, raczej przeciętniakiem. Oceny nie były jednak dla mnie tak istotne, jak przetrwanie w tym miejscu.

Jako że do gimnazjum chodziłam z tą samą, znaną mi już klasą, mogłam tylko pomarzyć o spokojnej nauce i grupie przyjaciół, bo już od pierwszego dnia szkoły byłam zepchnięta na margines – miejsce, które grzałam wcześniej przez sześć lat.

A wszystko zaczęło się w pierwszej klasie podstawówki, w mojej małej rodzinnej wiosce. Wtedy jeszcze byłam wesołą i odważną dziewczynką. Przez całe dzieciństwo bawiłam się ze starszym rodzeństwem i kuzynostwem, a ponad wszystko uwielbiałam mojego brata – Adama, więc nie wstydziłam się bawić z chłopcami z klasy. Podczas długiej przerwy zaproponowałam jakąś grę. Koledzy chętnie na to przystali i po chwili biegaliśmy po szkolnym boisku. Po jakimś czasie zauważyłam, że coś jest nie tak. Dziewczyny siedziały w grupce poza boiskiem i rozmawiały szeptem, patrząc na mnie nieprzyjemnym wzrokiem. Nie spodziewałam się jednak, że tego dnia zawarły pakt, którego skutki noszę w sobie do dziś.

Już następnego poranka zaczęło się wyśmiewanie, złośliwe docinki i głupie żarty. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W krótkim czasie dawni dobrzy kumple odwrócili się ode mnie, a pojedyncze osoby, które nie chciały się za nikim opowiadać, stały na uboczu i nie reagowały na to, co się dzieje. Nie miałam właściwie żadnych przyjaciół. Wcześniej trzymałam się z moją kuzynką, ale teraz była główną prowodyrką szykan.

Przez szkolnych dręczycieli z radosnej i otwartej na świat dziewczynki przeobraziłam się szybko w chorobliwie nieśmiałego, zamkniętego w sobie tchórza. Bałam się ludzi i unikałam ich towarzystwa. Doszło do tego, że samodzielne zakupy lub załatwienie jakiejkolwiek sprawy w mieście stały się dla mnie katorgą. Gdy kilka dziewcząt dla żartu zamknęło mnie po lekcjach w nieużywanej toalecie, nie byłam nawet w stanie krzyczeć. Siedziałam zapłakana na podłodze przez godzinę, dopóki nie usłyszałam na korytarzu rozmowy woźnych i nie zaczęłam rozpaczliwie walić w drzwi.

Ukojeniem dla samotności była dla mnie muzyka. Kochałam śpiewać i samodzielnie nauczyłam się grać na gitarze. Kilka razy przełamałam strach i wystąpiłam na koncertach szkolnych, ale pewnego dnia przed apelem kilka osób obrzuciło mnie śmieciami. Rodzice byli wściekli. Zrobili w szkole nieziemską awanturę i na pewien czas klasa dała mi spokój, niestety na krótko, a ja zrezygnowałam z jakichkolwiek występów.

Aż do szkoły średniej nie byłam w stanie nikomu zaufać. Obawiałam się kolejnych krzywd i z każdej strony spodziewałam się następnych ataków. Byłam więc w szoku, gdy w liceum zauważyłam, że ludzie w nowej klasie mnie lubią. Po raz pierwszy poznałam też smak przyjaźni.

Najwcześniej z całej paczki poznałam Donię. To było w pierwszym dniu szkoły. Zaraz po apelu rozeszliśmy się do klas, by odebrać plan zajęć. W ławce usiadłam sama, bo nikogo nie znałam i już zaczynałam się martwić, że będę miała powtórkę z gimnazjum – tam też nikt nie chciał ze mną siedzieć – gdy nagle do sali weszła chuda i blada, ale szeroko uśmiechnięta dziewczyna.

Miała długie, lekko rozczochrane brązowe włosy i sporo piegów. Nosiła czarne, trochę już sprane dżinsy, lekko znoszoną białą bluzkę i trampki. Wpadła do klasy, rzucając grzeczne przeprosiny w stronę nauczycielki. Pani R. (skrót od „rottweiler”, bo usposobienie baba ma straszne) zmarszczyła brew i obrzuciła krytycznym spojrzeniem nowo przybyłą. Natychmiast poczułam niechęć do tej kobiety, bo nie znoszę ludzi, którzy patrzą tylko na wygląd. Uśmiechnęłam się więc do nowej, na co ta szybko odpowiedziała tym samym i usiadła obok mnie. To mi wystarczyło. Już wiedziałam, że się dogadamy.

Jak się spodziewałam, Dominika nie była nieporządna. Dom utrzymywała tylko mama, więc dziewczyna nosiła ciuchy tak długo, jak się dało. Niestety Donia miała spore kłopoty z nauką, bo po rozstaniu rodziców obowiązki domowe i opieka nad młodszymi siostrami spadły na nią. Spełnił się czarny scenariusz – Dominika nie wyrobiła się z nauką i musiała powtarzać klasę. Na szczęście ich mamie udało się zmienić godziny pracy i odciążyć córkę. Miała żal do siebie, że to przez nią wpadła w tarapaty, ale zdolna dziewczyna dość szybko nadrobiła zaległości. W tym roku podchodzimy do matury i jestem pewna, że Donia zda z palcem w nosie.

Do naszej dwójki szybko dołączył Damian, któremu nauczyłam się ufać, gdy opowiedział mi o swoim gimnazjalnym piekle. Można powiedzieć, że połączyły nas przykre wspomnienia. To świetny kumpel, na którego zawsze można liczyć. Mogliśmy pogadać dosłownie o wszystkim i nie – nie był to przykład friendzone! Nigdy nie pałaliśmy do siebie żadnym głębszym uczuciem, a ilekroć próbowaliśmy się nad tym zastanawiać, poziom zażenowania rósł do maksimum. Toż to by było prawie kazirodztwo! Niedługo potem do naszej paczki dołączyli inni: Natalia – roztrzepana i zakręcona pasjonatka stylizacji, ironicznie usposobiona Sandra oraz Kuba i Krzysiek – miłośnicy muzyki wszelakiej. To właśnie dzięki nim zaczęłam się zmieniać.

Na początku liceum bardzo cieszyłam się nową klasą. Po pięknym locie na skrzydłach radości przyszedł jednak czas na bolesne lądowanie na zadku. Ludzie w klasie byli co prawda świetni, ale nie wszyscy. Praktycznie od początku o stery w naszej klasie zaczęły się starać dwie grupki. Do pierwszej należała Ilonka, Dagmara, Karolina i Anka S. – nieoficjalna liderka całej paczki. Dość szybko określiliśmy je mianem Piekielnej Czwóreczki.

Ilonka to szkolna gwiazda. Odkąd ją znam, interesowała się wyłącznie modą, urodą i chłopakami. Jest całkiem sympatyczna, pomijając momenty, gdy stara się być w centrum uwagi całej klasy/szkoły/świata (niepotrzebne skreślić). Niestety odmienne zdanie wyrobiłam sobie o pozostałej części Piekielnej Czwóreczki. Dziewczyny były wyjątkowo złośliwe i nieprzyjemne, ale i tak wolałam je od mojej poprzedniej klasy.

W drugiej grupce znajdowali się Przemek i Nika. Przemek to irytujący „spadochroniarz”, który kilka razy zmieniał klasę i próbował jakoś skończyć szkołę, choć nie zauważyłam nigdy, żeby mu w jakikolwiek sposób na tym zależało. Naukę całkowicie olewał, ale zawsze miał wokół siebie wianuszek wielbicieli, w obecności których filozofował niczym tania podróbka Sokratesa. Nieprzyjemny typek, którego jedynym plusem był fakt, że rzadko bywał na zajęciach.

Podobnie rzecz się miała z Niką – żeńską wersją Przemka. To bez dwóch zdań najbardziej irytująca, złośliwa i – nie bójmy się tego słowa – po prostu głupia osoba w mojej klasie. Dziewczyna wredna, rozdarta i zawsze w centrum uwagi. Uczyła się fatalnie, o ile w ogóle kiedykolwiek wzięła do ręki książkę. W stosunku do nauczycieli i ludzi w klasie zawsze chamska i bezczelna. Znosił ją tylko jej kuzyn Przemek i jego „kółko wzajemnej adoracji”.

Moja praca nad sobą trwała dwa lata, ale nie wiem, czy kiedykolwiek dobiegnie tak naprawdę końca. W trzeciej klasie liceum byłam już inna – śmielsza, weselsza, szczęśliwsza, ale jednocześnie nadal wycofana i nieśmiała. Do nowo poznanych ludzi odnosiłam się z rezerwą. Obawiałam się, że znów ktoś mnie skrzywdzi. Z biegiem czasu doszłam do wniosku, że mojej wady nie da się całkiem zlikwidować. Można było ją tylko zagłuszyć i próbować nad nią zapanować.

Usiłowałam na różne sposoby przebić pancerz nieśmiałości. Zawzięłam się. W głowie tkwiła mi myśl, że powinnam zabawić się w aktorkę i zagrać osobę odważną. Dzięki temu nie myślałabym o paraliżującym mnie strachu. Wykorzystałam ten pomysł. Robiłam wszystko, by pokazać sobie i innym moją pewność siebie, a jednocześnie pozostać sobą.

Powiodło mi się dopiero w drugiej klasie, gdy na osiemnaste urodziny dostałam od rodziców sprzęt do nagrywania. Postanowiłam założyć kanał na YouTube i wrzucać tam wykonane przez siebie covery piosenek. Co prawda we wszystkich blokowałam możliwość dodawania komentarzy ze strachu przed krytyką, ale i tak był to dla mnie ogromny wyczyn.

Pół roku później Krzysiek dowiedział się o moim kanale. Siedzieliśmy właśnie w garażu u Kuby, gdzie chłopcy trzymali swój sprzęt muzyczny i w wolnym czasie grali dla siebie. Donia śpiewała z Kubą w duecie Dumkę na dwa serca. Chłopak grał na gitarze akustycznej, a dziewczyna zajęła miejsce tuż obok na krześle. Miała piękny, mocny głos.

– Donia i Kuba zachowują się prawie jak para – odezwałam się. – Pasują do siebie.

Siedzieliśmy na schodkach prowadzących do domu Kuby i pochłanialiśmy żelki.

– Od początku coś między nimi iskrzy, ale żadne nie chce się do tego przyznać – stwierdził cicho Krzysiek.

– Moglibyśmy im jakoś pomóc.

– Nie trzeba. – Krzysiek pokręcił głową. – Kuba sam to rozegra.

– Ty coś wiesz. – Spojrzałam na kumpla podejrzliwie.

– Nic ci nie powiem, bo wszystko powtórzysz Doni – mruknął z uśmiechem. – Już ja znam tę waszą babską solidarność.

– Za kogo ty mnie masz?! – burknęłam z oburzeniem. – Powiedz mi… Nie wygadam się!

Krzysiek uśmiechnął się tajemniczo, po czym pochylił się nad moim uchem.

– Kuba planuje zrobić ognisko w październiku, akurat w dzień urodzin Doni – wyszeptał. – Chce zagrać jej przy ognisku piosenkę, którą sam napisał. O miłości oczywiście. Ona lubi romantyczne sytuacje, więc ta powinna jej się spodobać.

– Na pewno – potwierdziłam z przekonaniem. – Nie mogę się doczekać!

– Widziałem twój kanał na YouTube – powiedział nagle. – Czemu nic nie mówiłaś, że nagrywasz?

Natychmiast spłonęłam ognistym rumieńcem. Śpiewanie do kamery i dzielenie się tym z internautami było moją małą bronią w walce z nieśmiałością. Na ten pomysł wpadłam w drugiej klasie i długo prosiłam rodziców, by kupili mi na urodziny sprzęt do nagrywania. Od tej pory regularnie starałam się wrzucać covery popularnych piosenek i chociaż ze strachu przed opinią ludzi wyłączyłam możliwość komentowania filmików, pokazywanie swoich umiejętności nadal stanowiło dla mnie wyzwanie. Nikt ze znajomych nie wiedział o moim kanale i miałam nadzieję, że tak pozostanie.

– Nagrywam dla siebie – przyznałam cicho. – Dzięki temu wydaje mi się, że jestem odważna.

– Zosiek, tobie nie musi się wydawać – powiedział poważnie Krzyś. – Odkąd cię poznałem, bardzo się zmieniłaś. Jesteś już dużo odważniejsza niż dawniej.

– Serio? – Ucieszyłam się.

– Powiem więcej – świetnie grasz! Powinnaś do nas dołączyć. Nagrywanie na YouTube to nie to samo, co występy w zespole.

– A od kiedy wy macie jakiś zespół? – Zdumiałam się.

– Zośka jest na YouTube? – Kuba odezwał się w tym samym momencie, wyrastając przed nami jak spod ziemi. Nawet nie słyszałam, kiedy skończyli śpiewać.

– Muszę to zobaczyć! – zawołała Donia. – Jaki masz nick?

– MajkaZosievska – burknęłam. – Z dużych liter, przez „v”. Błagam, jeśli już musicie oglądać, to zróbcie to, jak pójdę do domu.

– Czego się wstydzisz, Zosiek? – zawołał Kuba, błyskawicznie wyszukawszy na smartfonie mój kanał. – Z tego, co widzę, masz całkiem niezłą ocenę!

Włączył na cały głos mój cover piosenki Go For Gold Kyle’a Patricka. Naturalnie, jak to osoba nieśmiała, nie znosiłam krytyki, ale nie przepadałam też za zbyt dużą ilością pochlebstw. Siedziałam czerwona jak burak, dopóki filmik nie dobiegł końca. Przyjaciele słuchali w skupieniu, a ja w duchu obiecałam sobie, że skasuję ten idiotyczny kanał, jak tylko wrócę do domu.

– Chłopcy, Zosia przyda nam się w zespole – odezwała się Donia, gdy tylko piosenka się skończyła.

– O co chodzi z tym zespołem? – zapytałam niecierpliwie.

– Chcemy razem grać – wyjaśnił krótko Krzysiek. – Rozmawialiśmy o tym z Kubą już od dłuższego czasu. Donia zgodziła się dzisiaj śpiewać. Masz ochotę dołączyć?

Wszyscy spojrzeli na mnie wyczekująco. Normalnie pewnie nigdy bym się nie zgodziła, ale patrząc na instrumenty i czując przyjemną atmosferę wspólnej pasji, przytaknęłam natychmiast. Nie obawiałam się już występów, a nawet tęskniłam za nimi, jeśli tylko nie byłoby widowni. Na szczęście wkrótce okazało się, że jedynym naszym fanem był pan Urbański – tata Kuby, więc mogłam być spokojna.

Założenie zespołu było świetnym pomysłem, ale wypadało jakoś go nazwać. Długo zastanawialiśmy się nad mocnym i chwytliwym hasełkiem. Koniec końców powstała kretyńsko głupia nazwa – Bez Nazwy, która była efektem braku jakiegokolwiek lepszego pomysłu. Szybko jednak dorobiliśmy sobie do niej teorię – Bez Nazwy symbolizuje naszą niezależność i walkę z zasadami w show-biznesie! To, że śpiewaliśmy głównie covery, bo żadne nie planowało nigdy wiązać się na dłużej z branżą muzyczną, uznaliśmy za mało istotny szczegół.

DWIE HISTORIE

Pierwsza lekcja historii w tym roku nie różniła się zupełnie niczym od zajęć sprzed dwóch lat. Na „dzień dobry” pani Królikowska – nasz „ulubiony” nauczyciel – tradycyjnie nawrzeszczała na nas, że nie stoimy w równym rzędzie pod salą. Gdy już usiedliśmy w ławkach, sprawdziła obecność. Wywoływała każdego, czekała, aż delikwent wstanie, po czym przez kilkanaście sekund wpatrywała się w niego nienawistnym wzrokiem. W końcu doszła do Roksany, która od pierwszej klasy nie miała z Królikowską łatwego życia. Wywołała ją do tablicy, a na widok bladej twarzy mojej koleżanki stanął mi przed oczami podobny obraz sprzed dwóch lat.

Roksana jest spokojną i bardzo miłą dziewczyną. Orłem nigdy nie była, ale uczyła się na miarę swoich możliwości, nigdy nie przeszkadzała na zajęciach i wszystko byłoby okej, gdyby nie jej charakterystyczne nazwisko, imię i sweter, w którym przyszła na lekcje dwa lata temu. Ciuch jak ciuch. Zasłaniał wszystko, co trzeba i wyglądał schludnie. Był tylko kanarkowożółty.

– Rożek Roksana! – rzuciła wtedy Królikowska, a dziewczyna wstała. Nauczycielka zmierzyła ją wzrokiem i zatrzymała go na swetrze.

– Więc pani w pięknym żółtym sweterku powie nam, w którym roku doszło do podpisania unii polsko-litewskiej.

Roksana zbladła. Nie spodziewała się, że ktokolwiek będzie pytał nas na pierwszej lekcji. Wszyscy zaczęliśmy w popłochu przeglądać podręczniki, a Roksana usiłowała wyjąkać cokolwiek na zadane pytanie.

– Proszę nie otwierać podręczników! – powiedziała Królikowska, uśmiechając się nieprzyjemnie. – Czekam na odpowiedź, pani Rożek.

Po chwili ciszy nauczycielka wzięła do ręki długopis.

– Co to? – zaczęła. – Pani Rożek się nie przygotowała? To wpisujemy pani Rożek jedyneczkę? A może przygotuje się pani na następną lekcję?

– Przygotuję się – wyjąkała cicho Roksana.

– Pełnym zdaniem, proszę!

– Przygotuję się na następną lekcję, pani profesor – wydukała spłoszona dziewczyna.

Królikowska odłożyła długopis i wywołała następną osobę. Roksana usiadła z ulgą.

– Czy pozwoliłam pani usiąść, pani Rożek? – odezwała się nagle Królikowska. Roksana zerwała się z miejsca. Wszyscy byliśmy w szoku. Nauczycielka przyjrzała się ponownie Roksanie i wycedziła:

– Szkoda, że nie jest pani taka szybka w odpowiadaniu jak w siadaniu. Na przyszłość proszę poczekać na pozwolenie albo o nie poprosić. Może pani usiąść.

Roksana opadła na krzesło i zwiesiła głowę. Nie podniosła jej do końca lekcji, a gdy zadzwonił dzwonek, zebrała szybko swoje rzeczy i pobiegła do toalety. Klasa wyszła w ciszy i osłupieniu z sali. Każdy spotkał już w swoim życiu niejednego złośliwego belfra, ale ta kobieta przesadziła. Dopiero miała pokazać, na co ją stać.

Od pamiętnej pierwszej lekcji nasza koleżanka na każdą historię przychodzi w czarnych ciuchach, ale to niczego nie zmienia. Królikowska zawsze ośmiesza ją przed klasą, przepytuje na każdych zajęciach i każdy semestr kończy z zagrożeniem. Nie pomagało ciągłe kucie i uważanie na lekcjach. Rozmowa mamy Roksany z panią R. też niczego nie dała, bo nasza wychowawczyni zwykła zamiatać każdy problem pod dywan, a Roksana zaczęła prosić mamę, by nic już nie robiła, ze strachu przed zemstą Królikowskiej.

Po dwóch latach dziewczyna nadal trzęsie się przed każdą historią i recytuje nam fragmenty podręcznika, a dziś przekonałam się, że w tym roku będzie dokładnie tak samo. Roksana podczas odpowiedzi recytowała jak szalona kilka lekcji z podręcznika do drugiej klasy i znała dobrze kilka tematów, których jeszcze nie zaczęliśmy przerabiać. Usiadła jednak z banią, bo Królikowska stwierdziła, że Roksana „klepie bezmyślnie, zamiast uczyć się ze zrozumieniem”.

Na historii wszyscy staramy się być skupieni (spróbuj tylko pokazać, że nie uważasz!), tym razem jednak za nic w świecie nie mogłam się zmobilizować. Cały ranek myślałam tylko o tym, że może tego dnia po raz pierwszy od dwóch miesięcy zobaczę Patryka. Na apelu rozpoczynającym rok nie udało mi się go spotkać, choć jestem pewna, że stał niedaleko mojej klasy. Co mi jednak z tego, skoro znalazłam się w samym środku naszej grupy i wszyscy zasłaniali mi cały świat? Niskim być…

Patryka ujrzałam po raz pierwszy dwa lata temu. Od początku liceum unikałam jak ognia świetlicy szkolnej, zwłaszcza podczas długiej przerwy, gdy roiło się w niej od obcych mi ludzi. Jednak któregoś dnia skręcający się z głodu żołądek wygrał i odważyłam się wkroczyć do jaskini lwa. Brnęłam przez hałaśliwy tłum z opuszczoną głową, walcząc z ogarniającą mnie paniką i chęcią jak najszybszej ucieczki na zaciszne drugie piętro, gdy nagle wpadłam z impetem na coś miękkiego.

Podniosłam głowę i z przerażeniem odkryłam, że otaczają mnie sami faceci, a przede mną stoi zdumiony brunet o ciemnych oczach, w których natychmiast utonęłam. Musiałam mieć bardzo głupią minę, bo chłopak roześmiał się serdecznie.

– Uważaj na siebie, malutka – odezwał się ciepło.

– Przepraszam – mruknęłam cicho, wyrywając się z otępienia i natychmiast oblałam się szkarłatnym rumieńcem.

Spuściłam szybko głowę, z trudem panując nad zdenerwowaniem. Wszyscy kolesie stojący wokół przewyższali mnie znacznie wzrostem, więc czułam się jak krasnoludek w zbożu.

– Patryk, zasłaniasz koleżance dojście do sklepiku. – Któryś z chłopaków roześmiał się.

– Faktycznie! Zaraz to naprawię – zawołał brunet, po czym podszedł do tłumu ludzi i utorował mi drogę do okienka.

Drżącym głosem wydukałam prośbę o drożdżówkę i sok, po czym odwróciłam się nieśmiało, by podziękować przystojnemu chłopakowi, ale niestety już go nie było.

Mimo że dopiero zaczęłam liceum i nie znałam jeszcze prawie nikogo, ten jeden chłopak zadziałał na mnie jak magnes. Od tego momentu zaczęłam ciepło o nim myśleć. Niestety na myśleniu się skończyło, bo byłam zbyt nieśmiała, by do niego zagadać, a on sam, mimo akcji przy sklepiku, kompletnie mnie nie dostrzegał. Chłopak chodzi do technikum i szkoli się na mechanika. Jest w moim wieku, ale niestety ja w tym roku zdaję maturę, a on zostaje jeszcze na kolejny rok w szkole. Jest to więc ostatni moment, by ostatecznie pokonać nieśmiałość i jakoś się do niego zbliżyć. Póki co próbowałam się przełamać, uśmiechając się do niego, będąc w pobliżu jego klasy, ale obawiam się, że w jego oczach wyglądam raczej jak psychopatka. No i mam idiotyczny nawyk ciągłego rysowania go w szkolnych zeszytach, więc jestem w szoku, że jeszcze go sobie nie obrzydziłam, bo rysuję paskudnie.

Siedząc na historii, zaczęłam więc bezwiednie gryzmolić w zeszycie. Wypisałam sobie plusy i minusy „zagadania” do Patryka. Ilościowo wychodziło więcej plusów, ale waga minusów była zdecydowanie cięższa.

Jestem pewna, że nie zniosłabym, gdyby mnie wyśmiał albo uznał za namolną gówniarę. Mógł też mieć już dziewczynę, o której do tej pory nie wiedziałam, a wtedy miałabym konkurencję, która dosłownie by mnie zmiażdżyła. A co, jeśli jego kumple nie daliby mi spokoju do końca roku? Niby to tylko kilka miesięcy, ale świat jest mały i na pewno jakaś większa gafa odbijałaby mi się czkawką jeszcze przez długi czas, gdziekolwiek wyjechałabym na studia.

Z drugiej jednak strony mogłabym wreszcie mieć chłopaka. Spośród wszystkich moich koleżanek ja jedna nigdy jeszcze z nikim się nie spotykałam. Od czasu do czasu piszę z kimś przez internet, ale nie było jeszcze okazji spotkać się na żywo. Gdybym wreszcie zagadała do Patryka i zaczęła się z nim spotykać, miałabym też z automatu partnera na studniówkę. Przyznam, że perspektywa tańczenia z nim poloneza siedzi mi w głowie już od dłuższego czasu. Codziennie przed zaśnięciem wyobrażam sobie, że Patryk przychodzi po mnie do domu i zabiera na imprezę. Co prawda na żywo nie będę miała balowej sukni z trenem, ale marzyć można o wszystkim.

Zapisałam już dwie strony w zeszycie, gdy nagle zauważyłam, że Nika siedząca w ławce przede mną odwraca się i bezczelnie usiłuje odczytać moje przemyślenia. Szybko zamknęłam notatnik.

– Co ty tam gryzmolisz? – zapytała zaczepnym szeptem.

– A co cię to interesuje? – odburknęłam.

– To raczej nie było związane z lekcją – zauważyła chytrze. – Królikowska nie byłaby zadowolona.

– Z twojego gadania na zajęciach też nie będzie – mruknęłam.

– Nic jej nie powiem, ale za to pożyczę sobie później twój zeszyt. Na pewno masz najlepsze notatki – powiedziała z pewną miną.

Pożyczać jej zeszyt! I co jeszcze? Nika to klasowy pasożyt. Nigdy nie skalała się nauką, a notatki robi jedynie u Królikowskiej, oczywiście tylko wtedy, gdy babeczka patrzy jej na ręce. A że Królikowska rzadko wychodzi zza biurka, Nika nie robi na zajęciach nic prócz gapienia się po klasie i kombinowania, jak zaliczyć najbliższą kartkówkę, sprawdzian bądź odpytywanie bez nauczenia się. Pod tym względem w ciągu dwóch lat nic się nie zmieniło.

Już miałam jej powiedzieć, co o tym wszystkim myślę, gdy zauważyłam, że Królikowska podniosła głowę znad biurka i rzuciła Nice mrożące krew w żyłach spojrzenie.

– Macie jakiś problem?! – Historyczka zabrzmiała jak dresiarz pod sklepem i wywołała taki sam efekt, bo natychmiast zrobiło mi się gorąco. Oczywiście Nika siedziała cicho jak dupa w trawie, czym tylko wywołała większe zainteresowanie nauczycielki. Musiałam ratować sytuację.

– Nika chciała tylko sprawdzić, czy dobrze sobie zapisała ostatnie zdanie – odpowiedziałam szybko, robiąc minę niewiniątka.

Na szczęście zawsze się uczyłam, więc Królikowska przyjęła moje wyjaśnienia i powtórzyła ostatnie zdanie notatki. Natychmiast udałam zainteresowanie tematem, notując skrupulatnie jej wywody. Miałam przy sobie pusty zeszyt, więc wyjęłam go ukradkiem, a zagryzmolony notatnik, z którego właśnie niechcący zrobiłam pamiętnik, schowałam do torby.

W ten sposób powstały dwa zeszyty do historii, z których jeden opisywał dzieje Polski, a drugi wydarzenia z mojego życia. Okładka z podpisem „Zeszyt do historii” okazała się niezłą kryjówką dla moich myśli. Nigdy nikogo nie dziwiło, że ciągle gryzmolę w zeszycie, bo i tak każdy miał mnie za kujona, więc łatwo było ukryć mój pamiętnik.

W mojej klasie nikt nie lubił historii, ale każdy skrupulatnie się jej uczył, więc nikomu nie przyszło nigdy do głowy wziąć mój zeszyt do ręki, bo każdy miał swoje notatki. Wyjątkiem były dni przed sprawdzianami i oczywiście Nika. Szybko przyzwyczaiłam się gryzmolić w pamiętniku w wolnym czasie i chować go do torby, gdy zbliżała się lekcja z Królikowską.

Po wyjściu z lekcji ruszyłyśmy z Donią korytarzem w stronę klatki schodowej. Miałyśmy zamiar pójść na dziedziniec, ale niestety uniemożliwił nam to deszcz. Włóczyłyśmy się więc bez celu, plotkując zawzięcie.

– Jak się mają sprawy z Kubą? – podpytywałam.

Donia westchnęła cicho.

– Ja się chyba nigdy nie doczekam, aż on zrobi coś więcej! – powiedziała z żalem. – Cały czas daję mu do zrozumienia, że mi się podoba, a on nic!

– Chyba nie jest aż tak źle – zauważyłam z uśmiechem. – Gdy jesteśmy razem, nie spuszcza z ciebie wzroku. A poza tym ostatnio śpiewaliście razem miłosną balladę…

– I na śpiewaniu się skończyło – przerwała mi Donia. – Widzę, że on też coś do mnie czuje, ale chciałabym, żeby sam wykonał kolejny krok.

– Dlaczego ty go nie zrobisz? – zapytałam.

– A ty podeszłabyś do Patryka i powiedziała, co czujesz?

– Pewnie nie… – przyznałam z westchnieniem.

– Więc sama widzisz. – Donia uśmiechnęła się. – Łatwo się mówi, ale gorzej z wykonaniem.

– Szkoda, że nie jestem Kaśką – mruknęłam. – Ona nie ma takich kłopotów. Faceci cały czas się przy niej kręcą. A właściwie gdzie ona jest?

– Nie wiem… – Donia zastanowiła się. – Może poszła do toalety. W każdym razie zniknęła po wyjściu z sali.

Skierowałyśmy się do mało uczęszczanej łazienki na parterze, w pobliżu biblioteki. Prawie nikt tam nie chodzi, bo kibelek składa się z maleńkiego korytarzyka i tylko jednej kabiny o starym wyposażeniu, ale dzięki temu człowiek ma odrobinę więcej prywatności. Naturalnie Kaśka stała przy lustrze i poprawiała makijaż.

Drodzy panowie, istnieją różne teorie wyjaśniające, dlaczego kobiety chodzą razem do toalety. Otóż pozwólcie, że wyłożę wam moją. Nie chodzi tu tylko o poprawianie makijażu czy trzymanie drzwi na wypadek uszkodzenia zamka. Według mnie najbardziej pociąga nas poczucie intymności tego miejsca.

Brzmi absurdalnie, ale czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego nawet w publicznej toalecie człowiek czuje, że jest sam na sam ze swoją prywatnością? Choćby to był przenośny kibel w środku miasta albo kabina w galerii handlowej. Dziewczyny chodzą razem do toalety, bo czują, że to najbardziej dyskretne miejsce, jakie istnieje. Mogą w nim pogadać swobodnie o wszystkim (zwłaszcza w mało uczęszczanej toalecie w naszym liceum) i nikt prócz przyjaciółki o niczym się nie dowie. Dlatego też, gdy tylko zobaczyłyśmy z Donią zaróżowioną z emocji Kaśkę, natychmiast zamknęłyśmy drzwi i wypytałyśmy, co się stało.

– Spotkałam się dziś rano z takim jednym… – zaczęła niepewnie, ale z wielkim uśmiechem.

– Poproszę szczegóły dla cioci Zosi. – Wyszczerzyłam zęby.

– Przyszłam godzinę przed lekcjami pod szkołę. Byliśmy za garażami, tam, gdzie palą na długiej przerwie. I gadaliśmy sobie… i tego… – urwała. Wyjęła z torebki puderniczkę i usiłowała ukryć szkarłatny rumieniec.

– No cóż… pomięta bluzeczka świadczy o udanej rozmowie – ironizowała Dominika.

– Oj tam… zepsuło mi się żelazko. Nie mogłam rano wyprasować ciuchów. – Wymigiwała się.

– Jak ma na imię to zepsute żelazko? – podpytywałam uparcie.

– No… Darek – odrzekła krótko.

Poznałam Kasię w pierwszym miesiącu po rozpoczęciu liceum. Dołączyła do naszej paczki w momencie, gdy dziewczyna, z którą siedziała w ławce, przepisała się do innej klasy. Była miła, spokojna i dyskretna. Jej minusem jednak był fakt, że podczas dni wolnych od szkoły rzadko kontaktowała się z przyjaciółmi.

Mówiąc o przyjaciołach, mam na myśli tylko Donię i siebie, bo prawdę mówiąc, reszta naszej paczki tolerowała jej obecność, ale bez szaleństw. Klasa też za nią nie przepadała. Nieraz zastanawiałam się, dlaczego. Pytałam też Damiana, ale nie potrafił na to jednoznacznie odpowiedzieć.

– Nie przepadam za nią i już – zwykł mówić. – Nie wzbudza mojego zaufania, trzyma się zawsze na uboczu… Taka aspołeczna.

– Może to nieśmiałość? – pytałam wtedy.

– Nieśmiałość? – powtarzał drwiąco Damian. – Widziałaś kiedyś, żeby nieśmiała dziewczyna miała co chwilę innego faceta?

Coś w tym jest. Kaśka zawsze miała wyjątkowe szczęście do chłopaków i nikt nie wiedział, z czego to wynikało. Owszem, była dość ładna, choć przy Ilonce – klasowej miss – i tak wypada raczej słabo (trzeba oddać Ilonce, co jej). Kasia dbała o siebie, miała wyjątkowo kobiece kształty, zawsze staranny makijaż, modne ciuchy, ale była jednak przeciętną dziewczyną. Sama twierdziła, że nie ma żadnych konkretnych pasji i zainteresowań, ale faceci zawsze mieli o czym z nią pogadać. Nie lubiła jej tylko część chłopców z naszej klasy i większość dziewczyn.

Gdy Kaśka skończyła osiemnaście lat, nastąpiła w niej dziwna zmiana. Wcześniej była cicha i spokojna, sporo się uczyła i dużo o sobie mówiła. Natomiast ostatnio rzadziej widywałam ją z książką, za to coraz częściej biegała na dyskoteki. Zwykle odwiedzała lokalny klub Żuk, przez złośliwych zwany „żul”. Niestety w parze z tą zmianą pojawiło się też ochłodzenie naszych relacji. Rozmawiałyśmy dużo mniej niż przedtem, zwykle o mnie i Doni. Kasia nie zwierzała się już ze swoich spraw, chyba że ciągnęłyśmy ją za język. Nie sądziłam, że w ciągu kilku miesięcy można aż tak się zmienić, ale najwyraźniej jeszcze wielu rzeczy w życiu nie wiedziałam.

ZEZOWATE SZCZĘŚCIE

Lekcje z panią Ważną to zwykle jeden wielki spektakl. Nazywamy ją tak, bo kobieta cały czas próbuje udowodnić wszystkim, jaka jest potrzebna i niezastąpiona, choć nikt nie jest pewien, czy ta osoba ma w ogóle jakiekolwiek uprawnienia do nauczania. Co ciekawe, udowadnianie wychodzi jej znakomicie, bo nawet sam dyrektor kłania jej się w pas, całuje w rękę na powitanie i ucieka przed jej groźnym, oceniającym wszystko spojrzeniem.

Pani Ważna uczy w naszym liceum od lat, a złośliwi twierdzą, że nawet od wieków. Wyglądem najbardziej przypomina Roz z filmu Potwory i Spółka. Jest niska, okrągła, krótko obcięta, nosi mocny makijaż i spódnice, które podciąga chyba aż pod pachy, bo gdy usiądzie, rozstawiwszy wygodnie nogi, osoby siedzące w dalszych ławkach mają nieprzyjemny widok, którego biurko nie jest w stanie zasłonić. Nosi okulary z grubymi szkłami, a na jej twarzy, oprócz wielkiego pieprzyka w okolicy ust, widnieje zawsze wyraz znudzenia zmieszanego z niezadowoleniem.

Właściwie jej lekcje to kompletna strata czasu. Każde zajęcia wyglądają tak samo. Ważna dyktuje nam temat, po czym tłumaczy dane zagadnienie z zakresu zarządzania przedsiębiorstwem. „Tłumaczy” to w tym przypadku odważne słowo, bo kobiecina po prostu czyta nam fragment podręcznika. Następnie przepisujemy go do zeszytów, a pani Ważna w tym czasie przegląda jakieś kolorowe pisemko dla kobiet, po czym wychodzi na plotki do szkolnego pedagoga.

Sporadycznie zdarza się, że nauczycielka rezygnuje ze swojej wycieczki na korzyść odpytywania nas na ocenę. W takich chwilach często wysyła któregoś z uczniów z poleceniem wymycia jej kubka termicznego, pójścia do pedagoga w celu zalania jej herbaty gorącą wodą itp. Najbardziej absurdalne są polecenia nabycia w szkolnym sklepiku „Kubusia bez marchewki” albo „Pepsi-Coli niegazowanej”. Na tego typu wycieczki chodzę zwykle ja lub Ilona. Ilonę pani Ważna bardzo lubi, a ja jestem blada i noszę duże okulary, więc rzucam się w oczy. Lekcje Ważnej są idealne na plotkowanie. Co prawda wymagana jest absolutna cisza, ale nauczyliśmy się już rozmawiać tak, by ciężki wzrok nauczycielki nie wędrował po klasie.

Dzisiejszą lekcję pani Ważnej wykorzystałam na szczegółowe obgadanie gaf, które zawsze popełniam w obecności Patryka. Od naszego pamiętnego zderzenia pod szkolnym sklepikiem zawsze się boję, że zrobię przy nim coś głupiego i faktycznie tak się dzieje! Sandra twierdzi, że to moja wina, bo działam bez zastanowienia, ale nie jestem w stanie myśleć rozsądnie, gdy on jest obok. I w ten sposób przez dwa lata uzbierało się sporo mniejszych i większych wpadek. Najłagodniejszą było zagapienie się na Patryka i w konsekwencji bliskie spotkanie ze ścianą. Na szczęście chłopak nie zauważył mojego zderzenia, ale po tej akcji jeszcze przez długi czas biegałam po szkole z siniakiem na głowie.

Zdecydowanie najgłupszą rzecz zrobiłam w drugiej klasie, gdy wgapiwszy się bezmyślnie w mojego wymarzonego bruneta, założyłam na siebie kurtkę obcej dziewczyny. Co gorsza, zauważyłam pomyłkę dopiero po wyjściu ze szkoły. W tym przypadku też miałam więcej szczęścia niż rozumu. Patryk wyszedł do domu przede mną, więc nie był świadkiem śmiechu, gdy wpadłam skruszona do budynku i przepraszałam właścicielkę kurtki. Patrzyła na mnie jak na wariatkę.

– Zosiu, idź po dziennik. – Usłyszałam nagle głos Ważnej.

Zerwałam się z miejsca, a w klasie zaszumiało od otwieranych zeszytów. Podczas gdy wychodziłam z sali, wszyscy na szybkiego wkuwali trzy ostatnie lekcje.

Moja klasa jest połączeniem dwóch różnych profili: usługowego i informacyjnego. Teoretycznie rzecz biorąc, część klasy uczy się kierowania firmą, a pozostali zarządzaniem informacją. W praktyce oznacza to po prostu tyle, że połowa klasy pierdzi w stołki u pani Ważnej, a połowa u pana Wójcika. „Zarządzanie” miało lekcję na trzecim piętrze. Korzystałam z tego, idąc najwolniej, jak tylko potrafiłam, żeby dać czas ludziom w grupie.

Pan Wójcik jest świetny. Wszyscy z „usługówki” żałujemy, że nie uczy całej naszej klasy. Gdy weszłam do sali, wszyscy bawili się w najlepsze, wisząc na facebooku lub grając w LoL-a. Pan Wójcik nigdy nie pyta. Od czasu do czasu daje uczniom jakieś proste zadanie, wpisuje za nie piątki i wraca do swojego ukochanego programowania. Chodzą słuchy, że dorabia sobie, tworząc strony internetowe, ale nikt nie zdołał nigdy podpatrzeć, które.

Dziś też biedził się nad kodem, a gdy podeszłam po dziennik, wręczył mi go szybko, zasłaniając skutecznie ekran i odganiając mnie od biurka niczym natrętną muchę. Połaziłam trochę po sali, zajrzałam Damianowi i Kubie przez ramię (nawet mnie nie zauważyli) i ruszyłam w drogę powrotną.

Szłam sobie powoli, oglądając dziennik i sprawdzając, jakie mam oceny z chemii, gdy nagle się poślizgnęłam. Na schodach ktoś rozlał coś lepkiego. Próbowałam w pośpiechu złapać się barierki, ale nie zdążyłam. Runęłam w dół. Stoczyłam się po schodach, od połowy boleśnie zjeżdżając na tyłku, by na samym końcu zahaczyć nogą o barierkę i wyłożyć się jak długa, składając pokłon, a jakże, Patrykowi! Żeby było zabawniej, siłą rozpędu przejechałam jeszcze kawałek po podłodze na brzuchu, ale dziennika z ręki nie wypuściłam! Za to obraz miałam zamazany, bo okulary spadły na ziemię.

Załamałam się. Tylko ja mogłam mieć takiego pecha! Wpaść pod nogi mojego-niemojego Patryka! To najprzystojniejszy chłopak, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Czarne, zmierzwione nonszalancko włosy, duże dłonie, orzechowe oczy i ten poważny, opanowany wyraz twarzy… Podniósł głowę znad telefonu i spojrzał mi w oczy. A ja leżałam przed nim jak śledź!

Usłyszałam tylko ryk śmiechu kilkunastu facetów. To było straszne. Miałam ochotę zerwać się szybko z podłogi i uciec, ale gdy usiłowałam się podnieść, poczułam ostry ból w nodze.

– Wszystko okej? – Usłyszałam nad sobą ciepły głos.

Patryk podszedł do mnie i choć policzki drżały mu od tłumionego śmiechu, zdobył się na ten przejaw kultury osobistej i pomógł mi wstać. Moje spodnie były całe w lepkiej mazi, nie mówiąc już o potarganych włosach. Noga bolała paskudnie.

– Dzięki – powiedziałam cicho i mimowolnie syknęłam z bólu.

– Okulary są całe – stwierdził chłopak, podając mi szkła. Założyłam je i spróbowałam stanąć na bolącej kostce, ale nic z tego.

– Chodź. Zaprowadzę cię do higienistki – zaproponował. – Jak masz na imię?

– Zośka – odpowiedziałam, rumieniąc się gwałtownie. – Nic mi nie będzie. Poradzę sobie. Zresztą muszę zanieść dziennik.

– Dobrze, Zosiu-Samosiu. – Patryk uśmiechnął się, patrząc na mnie tak, że jedyna zdrowa noga, jaką w tej chwili miałam, natychmiast się pode mną ugięła. – Ale pozwól, że zrobimy po mojemu. Ja cię zaprowadzę do higienistki, a Konrad zaniesie dziennik. Macie lekcję z Ważną?

– Tak – wyjąkałam krótko, topniejąc pod spojrzeniem ciemnych oczu.

Kolega chłopaka złapał dziennik i po chwili stał już przed drzwiami Ważnej. Nie widziałam nic więcej, bo w tym momencie wydarzyło się coś, w co nigdy wcześniej bym nie uwierzyła – Patryk wziął mnie na ręce i zaniósł do gabinetu higienistki!

– Następnym razem schodź ostrożnie, malutka, bo połamiesz sobie nóżki – mówił spokojnie, jak do dziecka, a ja w myślach unosiłam się w chmurach.

Czułam się jak kretynka, ale mógłby mi tak słodzić przez całe życie! Wpatrywałam się w niego maślanymi oczami, nie wierząc we własne szczęście. Jak to się stało, że ja, Zofia Majewska, największy pechowiec i tchórz w jednym, dostałam taki dar od losu? Objęłam Patryka za szyję i oparłam ufnie głowę o jego ramię. Pachniał papierosami i męskimi perfumami. Ciepło, jakie od niego biło, rozlało się po moim ciele i skumulowało w brzuchu.

Higienistka niejedno już w życiu widziała. Moja noga i romantyzm sytuacji nie zrobiły więc na niej żadnego wrażenia. Stwierdziła tylko, że kostka jest stłuczona i może ewentualnie dać mi coś przeciwbólowego.

– Uczulona jest? – zapytała od niechcenia.

– Nie. – Pokręciłam głową.

– W ciąży jest? – Popatrzyła podejrzliwie na Patryka. Chłopak dusił się ze śmiechu.

– Nie jest – odpowiedziałam cicho, czując, jak robię się coraz bardziej czerwona.

– Na pewno? – Wbiła we mnie wzrok. – Bo jeśli zrobiło jej się słabo albo zemdlała…

– Nie zemdlała – odparłam, chcąc szybko przerwać monolog higienistki. – Spadła ze schodów.

– A to chodzić nie umie?

– Było ślisko… – wyjąkałam cicho, już zupełnie zażenowana.

Co za dzień! Miało być tak pięknie, romantycznie, a tu wszystko zepsute! Dobrze, że chociaż Patryk stał cały czas obok i trzymał mnie za rękę. Teraz już na pewno się poznamy, może nawet umówimy na randkę, a potem będziemy żyć długo i szczęśliwie!

– To może ja już pójdę? – zaproponował, przerywając moje myśli.

– Ale dlaczego już?! – wyrwało mi się, zanim zdążyłam pomyśleć nad tym, co mówię.

Zabrzmiałam jak desperatka. Chłopak spojrzał na mnie ze zdumieniem i lekkim niepokojem, po czym uśmiechnął się rozbawiony. Zaczerwieniłam się jak burak. Jaki wstyd! Zośka, myśl, zanim coś powiesz!

W tej chwili do gabinetu wpadły Donia, Sandra i Natka.

– Masz już dobrą opiekę. Uważaj na siebie – rzucił lekko Patryk i wyszedł, podczas gdy odprowadzałam go tęsknym spojrzeniem.

W gabinecie higienistki Donia narobiła rabanu, bo koniecznie chciała pomóc mi wstać, przy okazji strącając ze stolika dzbanek z wodą. Podczas gdy ta ściekała sobie w najlepsze na leżankę i podłogę, higienistka z wrzaskiem i hukiem wyrzuciła nas z gabinetu.

– Ale miła… – burknęła Donia. – Ja tylko chciałam pomóc.

– To ci się udało. – Sandra roześmiała się. – Pomogłaś jej znaleźć sobie dodatkową robotę.

Na korytarzu natknęłyśmy się na Kasię. Rozmawiała przez chwilę z Patrykiem, a po chwili podeszła do mnie. Mimowolnie poczułam się zazdrosna. Dopiero co chłopak uciekł od miłości swojego życia (okej, może jeszcze tego nie zauważył), a teraz gadał sobie w najlepsze z Kaśką!

– Chciałam mu podziękować, że się tobą zajął – wyjaśniła moja przyjaciółka, biorąc mnie pod ramię i pomagając iść.

– Gadałaś z nim? Przecież go nie znosisz! – Natka zdziwiła się.

– Nie przepadam za nim, ale wypadało mu podziękować – wyjaśniła Kasia, wywracając znacząco oczami. – Przecież jako jedyny jej pomógł!

– Mówił coś o Zosi? – zapytała Donia.

– Kazał jej życzyć zdrowia – odrzekła Kasia z uśmiechem, a mnie zrobiło się głupio z powodu mojej zazdrości.

– Zośka! Udało ci się! Poderwałaś go! – krzyknęła Natalia.

– Chyba na równe nogi – mruknęłam zawstydzona.

– O czym rozmawialiście? – zainteresowała się Kaśka.

– A o czym można gadać podczas takiego wypadku? O nodze! – powiedziałam, po czym uśmiechnęłam się promiennie. – Niósł mnie na rękach!

– Co?! – wykrztusiła Kaśka.

– I słodził mi trochę jak dzieciakowi, ale nie czepiam się. Najważniejsze, że był miły.

– To fantastycznie! – Sandra ucieszyła się. – Może za jakiś czas będziecie się spotykać?

– Może. – Donia uśmiechnęła się.

– Może… – powtórzyłam i dzień nagle stał się piękniejszy.

Noga bolała mnie przez kilka dni, ale wspomnienie tego wypadku osładzał mi Patryk. Spotykałam go od czasu do czasu na szkolnych korytarzach. Witał się ze mną z uśmiechem. Bez wątpienia mam szczęście do dziwacznych przygód, ale trzeba być mną, żeby z takiej akcji wyjść z twarzą, nawet jeśli wylądowałam na niej.

WINO, KOBIETY I KOŃ

Obsesyjnie myślę o akcji przy schodach. Co prawda nie rozmawiałam z Patrykiem od tego czasu, ale mijając mnie na korytarzach, zawsze wita się ze mną z tym swoim uśmiechem modela, a to wystarcza, bym była w siódmym niebie. Kaśka bez przerwy docina mi, że jestem mało wymagająca, ale do niej faceci lgną jak pszczoły do miodu, więc nie potrafi zrozumieć mojej radości z drobiazgów.

Na dzisiejszej próbie Bez Nazwy mieliśmy sporą niespodziankę. Zafundowała nam ją Donia. Gadaliśmy sobie wszyscy w najlepsze, gdy dziewczyna wyszła na scenę. Cóż... To tylko miejsce pomiędzy rozstawionymi wiaderkami po farbie, ale uczucie przebywania na scenie jest nieziemskie. Choć może to tylko zapach farby tak na nas działa…

– Słuchajcie! – zaczęła. – Gadałam dziś z babeczką ze świetlicy. Organizują otrzęsiny dla pierwszaków. Mówiła, że przydałby się jakiś zespół do przygrywania, więc zaproponowałam nas. Mamy wystąpić trzydziestego września.

– To prawie jak granie „do kotleta” w knajpie! – żachnął się z godnością Kuba.

– Przypomnę ci, że do tej pory nie graliśmy nawet „do kotleta”. Ciesz się z tego, co masz! – zgasiła go Donia.

– Nie marudź! – poparł ją Krzysiek. – Jak na pierwszy koncert, to i tak super. A ty, Zosiu? Co o tym myślisz?

– Będę się strasznie denerwować, ale z wami będzie mi raźniej. Szkoda tylko, że nie mogę założyć maski, żeby mnie nikt nie poznał – odpowiedziałam cicho.

Donia zrobiła dziwną minę.

– Co się stało? – Krzyś natychmiast to dostrzegł.

– No… – zająknęła się Dominika. – Chodzi o to, że pierwsze klasy przygotowują jakieś wspólne przedstawienie i mamy w nim uczestniczyć. Świetlicowa mówiła, że to jakaś mieszanka bajek, więc musimy się przebrać. Mamy kostiumy czarownicy, elfa, konia...

– Nie, no bez jaj! – zawyli natychmiast Kuba i Krzysiek. – Jakie przebieranie?! Nie ma mowy!

– Ale już wszystko jest załatwione – zajęczała smętnie Dominika. – Jak się zgadzałam, to nie wiedziałam nic o przebraniach. Serio! Zresztą to mimo wszystko zawsze jakaś możliwość pokazania się szerszej publiczności.

– Ale przebrania?! Jak w podstawówce?! – Krzysiek złościł się.

– Jeszcze elfy i konie! Mutanty też są?! – mruczał Kuba.

– Jeden jest. Ma na imię Kuba – wycedziła Donia. – Widzisz?! Wcale nie musisz się przebierać! Załatwiłam nam występ, a wy tylko narzekacie! O, Zosia się cieszy! Chociaż ona potrafi docenić moje starania!

– Skoro tak ma wyglądać nasz koncert, to może i lepiej, że będziemy przebrani. Może nikt nas nie pozna. – Płakałam ze śmiechu, bo oczami wyobraźni widziałam już Kubę wywijającego na keyboardzie w gumowej głowie konia.

Faktycznie czułam ulgę. Kostiumy może i były głupie, ale miałam jakąś szansę na zasłonięcie twarzy, a dzięki temu nie bałabym się tak bardzo występu przed całą szkołą. O ile nie będę musiała być elfem albo – co gorsza – koniem, na którym pewnie skupi się cała uwaga…

– Zamawiam czarownicę! – Zerwałam się nagle z miejsca i rzuciłam do worka z kostiumami, który przyniosła Donia.

– Nie ma mowy! – zawołała moja przyjaciółka i zaczęliśmy sobie wszyscy wyrywać kostiumy z rąk.

– Uważaj, bo się podrze!

– Ja pierdzielę! Co to ma być?!

– Zabieraj te łapy!

– Fuj! Ile lat ma ta peruka?!

– Nie będę koniem!

W końcu, po długiej bitwie i przerzucaniu sobie głowy konia z rąk do rąk, zarekwirowałam kostium czarownicy. Uparłam się na niego, bo miał wielką perukę, która zasłaniała pół twarzy. Dorobię sobie wąsy i nikt mnie nie rozpozna. Donia została elfem, Krzysiek marchewką, a Kuba, ku swojej rozpaczy, koniem.

Repertuar i scenografia wkurzyły chłopaków do reszty. Zamiast ambitnych kawałków mieliśmy grać disco polo i dwie piosenki Britney Spears. Wokół nas miały stać butelki po winie, bo w przedstawieniu występował Dionizos.

– Tak jest w scenariuszu. Chodzi o to, by maksymalnie rozśmieszyć publiczność – tłumaczyła cierpliwie Dominika.

– Publiczność umrze ze śmiechu już na sam nasz widok – orzekł Krzysiek. – Wino, kobiety i koń! Więcej obciachu nam nie trzeba.

– Pozabijamy się o te butelki! Na scenie powinno być miejsce. A ta maska strasznie śmierdzi. Nie wiadomo, kto w niej chodził! – marudził Kuba.

– Dajcie spokój, chłopaki – powiedziałam. – Przecież to całe przedstawienie to tylko żarty. Wyluzujcie! Nikt nas nie będzie traktował poważnie. Zresztą jak nam dobrze pójdzie, to zagramy na następnym przedstawieniu i się odkujemy.

– Na jedenastego listopada termin jest już zaklepany – powiedział Kuba. – Gadałem z Darkiem, tym z technikum mechanicznego. Gra na apelu ze swoją ekipą.

– To zorganizujemy koncert noworoczny – podsunęłam, starając się zignorować rumieniec, który pojawił się na moich policzkach, gdy usłyszałam słowa „technikum mechaniczne”.

– Niezła myśl – poparła mnie Donia. – Moglibyśmy zaprezentować swoje możliwości.

– Okej, niech wam będzie – zgodził się Krzysiek. – Może to faktycznie niezły projekt. Ale przysięgam, że po tych otrzęsinach nigdy więcej nie tknę marchewki.

Kuba siedział milczący i naburmuszony. Rozweselił się dopiero, gdy zagraliśmy kilka kawałków na rozgrzewkę. Niestety szybko pojawił się nowy problem.

Na próbach korzystaliśmy ze starego sprzętu kupionego przez internet. Zrzuciliśmy się wszyscy razem i udało się. Niestety sprzęt, jak sugerowała jego cena, był kiepski i zniszczony. Nie stać nas było na nic lepszego, więc przez jakiś czas z niego korzystaliśmy. Niestety dzisiaj szlag go trafił.

Próbowaliśmy właśnie grać w przebraniach, co okazało się trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Kuba przez maskę prawie nic nie widział i musiał założyć ją na zniżoną głowę tak, by mógł pod nią zobaczyć klawisze. Niestety wtedy nie widział nut, więc zarządziliśmy zmianę. Kuba z dziką satysfakcją przywdział kostium marchewki, a niezadowolony Krzysiek założył koński łeb. On przynajmniej mógł walić w bębny na pamięć. To znaczy Krzysiek mógł. Nie łeb. Ja plątałam się ciągle w łachmany czarownicy, co utrudniało mi manewrowanie przy gryfie gitary, a kłaki peruki właziły mi do oczu. Jedynie Donia mogła śpiewać bez kłopotu, choć nie była zadowolona. W wielkich elfich uszach i pluszowych butach wyglądała żenująco.

Graliśmy jako tako, gdy nagle po kablu poszły iskry. Rzuciłam się szybko do przedłużacza i wypięłam gitarę oraz keyboard. Kuba zaczął odpinać mikrofony, ale właśnie w tej chwili wybiło korki. Gramy w garażu u Kuby. Jego tata jest świetny i ma ogromną cierpliwość, bo zszedł do nas z mieszkania z latarką i pomógł włączyć prąd.

– No to nieźle, dzieciaki. – Westchnął. – Macie po nagłośnieniu.

– Może jeszcze trochę podziałają... – jęknął Kuba i z kablem w ręce ruszył w stronę kontaktu. Ojciec zatrzymał go szybko.

– Ani mi się waż, elektryku za piątkę! – rzucił. – Nie mam zamiaru dzwonić na pogotowie!

– I co teraz zrobimy? – zapytała cicho Donia. – Niedługo występ. Nie mamy innego nagłośnienia.

– Spróbuję wam coś kupić, ale to chwilę potrwa – powiedział tata Kuby.

Staliśmy zmieszani i patrzyliśmy po sobie. Pan Urbański dobrze wiedział, że nie mamy kasy. Nieźle zarabia i nie widzi problemu w finansowym wspieraniu poczynań naszego zespołu, ale Kuba nie lubi brać od niego pieniędzy. Prawdę mówiąc, żadne z nas za tym nie przepada. Zwykle staramy się sami zarobić na wydatki związane z muzyką.

– Dajcie spokój! – żachnął się pan Jacek. – Lubię, jak gracie. A już wolę wam sam coś kupić, niż drżeć o elektrykę w całym domu.

– Dzięki, tato – wyjąkał Kuba.

– Tylko obawiam się, że do trzydziestego września nie zdążę, marchewo – rzucił do syna, który właśnie siłował się z zamkiem błyskawicznym pod nacią. – Będziecie musieli pożyczyć gdzieś nagłośnienie. Może w szkole będą coś mieli?

Godzinę wiszenia na telefonie później Kuba obwieścił, że udało mu się pożyczyć sprzęt od Darka. Było nam trochę głupio, ale nie było innej rady. Od jutra mieliśmy wrócić do ćwiczeń.

Wieczorem usiadłam przed aparatem i nagrałam kolejny cover na mój kanał. Zazwyczaj śpiewam to, co akurat odzwierciedla mój nastrój. Tym razem na warsztat poszła więc piosenka Nice zespołu LemON. Skończywszy śpiewać, siedziałam jeszcze bardzo długo w ciszy przed włączonym aparatem i rozmyślałam nad swoim życiem.

POCAŁUNEK, KTÓREGO NIE BYŁO

Zaliczyłam dziś kolejną wtopę przed Patrykiem. Co tu dużo mówić, jestem pechowcem. Za każdym razem, gdy chcę normalnie pogadać z chłopakiem, w którym się kocham, spotyka mnie coś idiotycznego.

Mieliśmy dziś wolną godzinę z powodu nieobecności chemiczki. Zeszliśmy więc całą klasą na świetlicę, gdzie miała nas przypilnować świetlicowa – pani Greta. Ku mojej wielkiej radości zaraz po wejściu do sali zobaczyłam klasę Patryka. Nasza paczka zebrała się razem w jednym kącie sali, technikum natomiast siedziało po drugiej stronie.

Wyciągnęłyśmy z Donią podręczniki do angielskiego i usiłowałyśmy cokolwiek z nich zrozumieć. Nie znoszę tego przedmiotu głównie przez pana Kozika, który skutecznie zraził mnie do języków obcych. Facet jest beznadziejnym nauczycielem. Moja grupa daje sobie radę tylko dlatego, że prawie każdy chodzi na dodatkowe korepetycje. Niestety moi rodzice nie mają zbyt wiele kasy na takie lekcje, więc muszę radzić sobie sama.

– Zośka, on na ciebie zerka – szepnęła Donia.

– Słońce, próbuję się uczyć – odpowiedziałam, udając spokój.

– Nie zmyślaj! – zbeształa mnie. – Przecież dobrze wiem, że rozumiesz z tego tyle, co ja, czyli nic.

– Dzięki za wsparcie, Doniek – rzuciłam z ironią. – Zawsze mogę na ciebie liczyć.

– No dalej! Uśmiechnij się do niego! – zachęcała mnie Natka, siadając po mojej prawej stronie.

– Nie mogę! – szepnęłam nerwowo, wbijając wzrok w książkę. – Nie mam odwagi!

– Na co nie masz odwagi? – zainteresowała się Kasia. Siedziała kawałek dalej i przeglądała katalog z kosmetykami.

– Patryk cały czas się na nią gapi, a ona nie chce się do niego uśmiechnąć – streściła Sandra. Kaśka zerknęła na chłopaka.

– Dajcie spokój, to idiotyczne – prychnęła i pokręciwszy głową z dezaprobatą, pochyliła się ponownie nad katalogiem.

– Też tak uważam! – poparłam ją. – I nie róbcie takiego zamieszania.

– To się do niego uśmiechnij! – uparła się Natka. – Albo zaraz ja to zrobię i wtedy na bank będzie zamieszanie!

– Chyba nie masz wyjścia. – Donia zachichotała. – No nie wstydź się! Spróbuj! Potem już damy ci spokój.

Dla postronnego widza taka sytuacja musiała być istną komedią, ale niewiele osób rozumie, jak ciężko się przełamać. Zrobić coś, co tylko z pozoru wydaje się proste. W takich chwilach nie czuję się wcale odważniejsza niż trzy lata temu. Policzyłam do trzech i uniosłam głowę. Patryk siedział pomiędzy kumplami, gadając z ożywieniem. Nagle spojrzał na mnie. Poczułam, że się rumienię, ale udało mi się rzucić mu nieśmiały uśmiech. Chłopak odpowiedział tym samym i pomachał mi delikatnie, po czym wrócił do rozmowy.

– Udało mi się, udało! – wyszeptałam z radością.

– Widzisz? Wiedziałam, że dasz radę! – Dnia ucieszyła się.

Przez chwilę usiłowałam skupić się na angielskim, ale nie było to łatwe. Patryk przyciągał mój wzrok jak magnes i kilka razy nasze spojrzenia się spotkały. W pewnej chwili Kaśka poprosiła, żebym do niej podeszła.

– Znalazłam coś dla ciebie – powiedziała, zdejmując szybko torebkę z krzesła i robiąc mi miejsce.

– Co takiego? – Usiadłam. Kaśka pokazała mi tusz do rzęs w promocyjnej cenie.

– Kupuj. Wydłużający rzęsy.

– Ale kupowałam tusz niewiele ponad tydzień temu – zaprotestowałam. – Nie potrzebuję drugiego.

– Twój jest gorszej jakości – stwierdziła krótko Kasia.

W kwestii kosmetyków uznawałam Katarzynę za specjalistkę i często kierowałam się jej zdaniem, choć w sprawach ciuchów i mody to Natalia była wyrocznią.

– Cześć, dziewczyny! – Usłyszałam nagle nad głową i podskoczyłam lekko na krześle. Za mną stał Patryk.

– Cześć… – bąknęłam nieśmiało.

Kasia rzuciła mu promienny uśmiech.

– Jak się ma twoja noga, Zosiu-Samosiu? – zapytał Patryk.

– Już jest lepiej. Dzięki – odpowiedziałam.

– Do wesela się zagoi – zażartowała Kaśka.

– Na pewno! – Uśmiechnął się chłopak i spojrzał na mnie ciepło. – Możemy pogadać w cztery oczy?

– Yyy… jasne! – rzuciłam zaskoczona i zerwałam się z miejsca.

Przeszliśmy przez świetlicę i usiedliśmy w kącie, z dala od ludzi. Widziałam, jak obie klasy gapią się na nas. Zrobiło się gwarno od plotek i śmiechu. Musiałam być zupełnie czerwona ze skrępowania, bo Patryk uśmiechnął się wesoło.

– Nie stresuj się, malutka! – powiedział. – Chciałem tylko pogadać. Cieszę się, że z twoją nogą już jest okej. A tak w ogóle mam wrażenie, że ostatnio nawet się nie przedstawiłem. Jestem Patryk.

– Faktycznie. Jakoś tak dziwnie wyszło – stwierdziłam, nie zdradzając się, że już od dwóch lat doskonale znam to imię i sam jego dźwięk wywołuje u mnie kołatania serca.

– Widzisz, co ze mną zrobiłaś? – zażartował, patrząc mi w oczy.

Nagle poczułam, że mam wilgotne spodnie na pupie. Czyżby pot? Eee nie… Wydaje mi się. To tylko stres. Poruszyłam się nerwowo. Na szczęście Patryk niczego nie zauważył. Nigdy nie sądziłam, że będę się przy nim tak krępować! I tak zamiast się cieszyć rozmową z nim, przejmuję się spojrzeniami innych ludzi i swoimi reakcjami.

– Wybacz śmiałość – mówił dalej Patryk – ale pomyślałem sobie, że skoro wpadłaś mi w ramiona, to może powinniśmy się lepiej poznać.

– Raczej padłam ci do nóg – palnęłam bez zastanowienia i natychmiast poczułam się jak kretynka.

Dlaczego ja jestem taka głupia?! Zośka, przymknij się wreszcie! Już nic więcej nie mów, bo tylko się pogrążasz! Chłopak roześmiał się szczerze.

– Słodka jesteś – powiedział. – W każdym razie uznałem, że twój wypadek musiał być dla mnie jakimś znakiem. Wierzę w przeznaczenie. A ty?

– Tak… – odpowiedziałam cicho, patrząc na niego nieśmiało. Czułam się tak, jakby czarował mnie swoimi ciemnymi oczami.

– O której jutro kończysz?

– Yyy… O szesnastej dwadzieścia. – Przypomniałam sobie, wracając do spraw codziennych.

– Super. – Chłopak uśmiechnął się ciepło, nadal nie spuszczając ze mnie wzroku. – W takim razie będę czekać przed głównym wejściem.

– Jasne… – Przytaknęłam. Zgodziłabym się nawet na wejście na Mount Everest, jeśli tylko patrzyłby na mnie w ten sposób.

Zabrzmiał dzwonek. Na korytarzach zrobił się szum. Patryk wstał z miejsca i podał mi rękę.

– W takim razie jesteśmy umówieni.

Podniosłam się z miejsca, wsparta na dłoni chłopaka i z przerażeniem uzmysłowiłam sobie, że faktycznie mam mokre spodnie. Obejrzałam się szybko. Na krześle została pomarańczowa plama. Sok marchewkowy?!

– Chyba masz pecha, maleńka. – Patryk patrzył na krzesło, dusząc się ze śmiechu. – Najpierw brudne schody, teraz krzesło… Może powinnaś zacząć nosić ze sobą jakiś odplamiacz?

Ruszyłam biegiem do łazienki, czerwona ze wstydu, słysząc za sobą szyderczy śmiech obu klas. W toalecie nie było nikogo. Tłumiąc szloch, rzuciłam się do kabiny, a po chwili usłyszałam zza drzwi Kasię i Dominikę.

– Zośka, jesteś tam? – zawołała Donia, pukając do drzwi.

– Tak – odpowiedziałam słabym głosem.

– Chodź do nas. Spróbujemy to jakoś zmyć – powiedziała Kaśka. Wyszłam niechętnie z kabiny.

– To jakiś koszmar! – Chlipnęłam. – Totalna kompromitacja!

– Przepraszam – bąknęła Kaśka ze skruchą. – Zauważyłam, że się pobrudziłaś, ale nie miałam jak ci o tym powiedzieć. Szłaś już z Patrykiem.

– Nie zauważyłaś, że coś jest na krześle? – zdziwiła się Donia.

– Wcześniej stała tam torebka Kaśki – wydukałam, wydmuchując hałaśliwie nos. – Pewnie coś się z niej wylało.

Kaśka szybko złapała torebkę i obejrzała ją uważnie z każdej strony.

– Jest troszeczkę śladów, ale musiała stać jakoś koło tej plamy, bo prawie wcale nie widać brudu – powiedziała, przecierając spód torby i sięgając po świeżą chusteczkę. – Odwróć się – zwróciła się do mnie. – Spróbujemy to zetrzeć.

Niestety przecieranie nic nie dało i do końca dnia musiałam chodzić z bluzą przewiązaną wokół bioder. Na przerwach przemykałam się pod ścianami, robiąc wszystko, by nie zwracać już na siebie uwagi. Pocieszałam się tylko rozmową z Patrykiem, choć po takiej kompromitacji nie miałam już odwagi iść z nim na randkę.

Następnego dnia rano ubrałam się wyjątkowo starannie, by choć trochę wymazać Patrykowi z pamięci wczorajszą wpadkę. Dzień był ciepły, więc założyłam lekką sukienkę w niebieskie paski i baleriny. Bite pół godziny poświęciłam na staranny, ale nieprzesadzony makijaż, biedziłam się długo z włosami, próbując je upiąć na kilka różnych sposobów, aż w końcu z braku czasu zostawiłam je rozpuszczone. Oczywiście nie zdążyłam zjeść śniadania, więc do szkoły pojechałam głodna, ale było mi wszystko jedno.

Przez cały dzień czekałam na spotkanie. Z nerwów bolał mnie brzuch, a Donia i Kasia uspokajały mnie raz po raz. W końcu nadeszła godzina prawdy. Wyszłam z ostatniej lekcji i skierowałam się do szatni, ale przy drzwiach wejściowych do szkoły nie było nikogo. Czyżby Patryk mnie wystawił? Ubierałam się powoli, chociaż miałam do założenia tylko kurtkę i apaszkę. Nie wiem, czego bałam się bardziej – randki z Patrykiem czy tego, że do niej nie dojdzie. Gdy nakładałam na usta owocowy balsam nawilżający, zniecierpliwiona Donia wyrzuciła mnie z szatni. Z mocno bijącym sercem wyszłam ze szkoły.

Już z daleka zobaczyłam go stojącego w bramie… z różą w ręku! Podeszłam bliżej, mając nadzieję, że nie widać po mnie stresu.

– Cześć, Zosiu! – zawołał i zanim zdążyłam zareagować, objął mnie ramieniem i zbliżył się niepokojąco do mojej twarzy. Najwyraźniej planował mnie pocałować, ale spanikowałam i odwróciłam lekko głowę, przez co chłopak trafił w policzek.

– Cześć. Fajnie, że udało nam się spotkać – rozgadałam się, by ukryć zmieszanie. Skóra paliła mnie od dotyku jego ust. Wyglądał na zawiedzionego, ale się uśmiechnął.

– To dla ciebie – rzekł, podając mi różę. – Chciałem ci przynieść cały bukiet, ale tam, gdzie zaraz pójdziemy, byłoby to niewygodne.

– Dzięki – wybąkałam. – A gdzie się wybieramy?

– Zabieram cię na wycieczkę. Byłaś już w Zielonym Kącie?

– Nie. – Pokręciłam głową, zastanawiając się jednocześnie, czy mówi o knajpie, parku czy hotelu.

Patryk zaprowadził mnie na parking i otworzył przede mną drzwi samochodu. Zawahałam się. Mam wsiąść do auta z obcym facetem?! Tyle się mówi o uprowadzeniach i gwałtach… Z drugiej jednak strony on wcale nie był obcy. Wiedziałam, gdzie mieszka, kojarzyłam jego znajomych, moi przyjaciele słyszeli, że mam się z nim spotkać… Jezu, Zośka! Przestań wreszcie panikować i zachowuj się jak normalna dziewczyna! Wsiadłam, a Patryk zamknął za mną drzwi.

Ruszyliśmy. Nie czułam się zbyt swobodnie, ale usiłowałam rozmawiać tak, by chłopak tego nie zauważył. Gadaliśmy na luźne tematy, byle tylko coś mówić. Cisza była zbyt kłopotliwa. Wyjechaliśmy z miasta i Patryk skierował auto w stronę lasu. Poczułam się dziwnie. Z jednej strony miałam wrażenie, że łamię po kolei wszystkie zasady bezpieczeństwa, jakie wpajano mi od lat, z drugiej – nie chciałam przesadzać i doszukiwać się niebezpieczeństw na siłę. Zawsze byłam przewrażliwiona i czasami doprowadzało to moich znajomych do szału. Uspokajałam się więc myślą, że przecież wiem, gdzie jestem i znam Patryka.

Zatrzymał się na parkingu koło wejścia do lasu. Zaraz obok znajdował się mały placyk zabaw, ławeczki i plenerowa siłownia. Zdziwiło mnie, że w tak ładnym miejscu nie było zupełnie nikogo, ale z drugiej strony był środek tygodnia, a większość ludzi o tej porze siedziała jeszcze w pracy. Gdy wysiedliśmy z auta, ruszyliśmy powoli w stronę ławek. Pogoda była przepiękna, choć już zdecydowanie jesienna.

– Słońce ładnie świeci – powiedziałam, by przerwać chwilę milczenia. Zabrzmiało to wyjątkowo niedorzecznie.

– Nie zwracam specjalnej uwagi na pogodę – odparł Patryk. – Wolę patrzeć na ciebie.

Zarumieniłam się lekko, uzmysławiając sobie z lekką irytacją, że daję się poderwać na dosyć tanie teksty. Mimo wszystko chłopak strasznie mi się podobał, a nikt jeszcze nigdy nie prawił mi komplementów, więc łowiłam chciwie każde jego słowo.

– Chciałbym wiedzieć, co się w tobie kryje – odezwał się, gdy usiedliśmy na ławce.

– Jestem zwyczajną dziewczyną… – bąknęłam nieśmiało.

– Nie, jesteś wyjątkowa. Zauważyłem to już wcześniej. Zupełnie inna niż twoje koleżanki – mówił, patrząc na mnie z zadumą.

– Różnica polega na tym, że ja mam większego pecha. Ciągle spotyka mnie coś niezwykłego – rzuciłam z żalem.

– Na pewno nie jest tak źle – powiedział uspokajająco.

– Niestety jest. – Westchnęłam. – Mam moc przyciągania żenujących sytuacji.

– A może raczej szczęścia? – Uśmiechnął się lekko, ujmując nagle moje dłonie i chowając je w swoich.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. To był cudowny moment. Serce zabiło mi mocniej, gdy Patryk uniósł moje dłonie do ust i całował delikatnie palce. Drżałam z emocji.

– Zimno ci. – Zauważył.

– Nie, nic mi nie jest – zaprotestowałam, ale chłopak nie zwrócił na to uwagi. Podniósł mnie delikatnie i posadził sobie na kolanach, obejmując mocno ramionami. Byliśmy teraz bardzo blisko. Nasze twarze znalazły się na tej samej wysokości.

– Zaraz będzie ci cieplej – wyszeptał, patrząc mi głęboko w oczy.

Moje serce biło gwałtownie. Siedziałam sztywno na kolanach Patryka, mając silne wrażenie, że zaraz wydarzy się coś ważnego. Jak w filmach. Tylko gdzie ten romantyzm?! Owszem, było miło, spędzałam czas z chłopakiem, o którym zawsze marzyłam, a jednak nie czułam się z tym komfortowo. Coś było nie tak. A może po prostu to zawsze tak wygląda? Może oczekiwałam czegoś, co nie istnieje? To w końcu życie, a nie ekranowy romans.

Powiał wiatr. Włosy opadły mi na twarz. Patryk odsunął niesforne kosmyki, gładząc mnie po policzku.

– Byłaś kiedyś zakochana? – wyszeptał, ujął moją twarz i przyciągnął do siebie.

Czas się zatrzymał. Przed sobą widziałam już tylko orzechowe oczy, ciemne rzęsy na zamykających się powiekach, poczułam muśnięcie, gdy przesunął lekko głowę, ciepły oddech na wargach…

Nagle usłyszałam w głowie głos Dominiki: Nie warto całować się na pierwszej randce. Bez pośpiechu! Jak kocha, to poczeka. Przekonasz się, czy mu zależy.