Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
31,89 31,90
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 514 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 35 min Lektor: Anna Dereszowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 35 min Lektor: Anna Dereszowska

Opis ebooka Zemsta ubiera się u Prady - Lauren Weisberger

Kontynuacja bestsellera "Diabeł ubiera się u Prady"

Andy jest właścicielką czasopisma, które chciałaby przejąć grupa wydawnicza należąca do Mirandy. Główna bohaterka szykuje się do ślubu, a przy tym współpracuje i przyjaźni się z Emily, swoją przeciwniczką z czasów w "Runway". Za każdym razem, gdy Miranda pojawia się na horyzoncie, główna bohaterka zupełnie traci głowę…

Opinie o ebooku Zemsta ubiera się u Prady - Lauren Weisberger

Fragment ebooka Zemsta ubiera się u Prady - Lauren Weisberger

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Nowa po­wieść We­is­ber­ger – książ­ka, na któ­rą cze­ka­ły mi­lio­ny czy­tel­ni­czek – to kon­ty­nu­acja be­st­sel­le­ra Dia­beł ubie­ra się u Pra­dy, uka­zu­ją­ca dal­sze losy jej bo­ha­te­rek: Mi­ran­dy Prie­stly, sze­fo­wej „z pie­kła ro­dem”, i dwóch ry­wa­li­zu­ją­cych ze sobą asy­sten­tek: Andy i Emi­ly.

Mi­nę­ło pra­wie dzie­sięć lat od dnia, w któ­rym Andy Sachs zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy w pre­sti­żo­wym mie­sięcz­ni­ku mody Run­way, gdzie była asy­stent­ką okrut­nej i nie­prze­wi­dy­wal­nej Mi­ran­dy Prie­stly – z wy­ma­rzo­nej po­sa­dy, któ­ra oka­za­ła się kosz­ma­rem. Wresz­cie wszyst­ko jej się ukła­da – tak za­wo­do­wo, jak pry­wat­nie. Wspól­nie ze swo­ją daw­ną ry­wal­ką, obec­nie przy­ja­ciół­ką i wspól­nicz­ką Emi­ly, byłą asy­stent­ką Mi­ran­dy wy­rzu­co­ną z pra­cy tuż przed obie­ca­nym awan­sem, pro­wa­dzi luk­su­so­wy ma­ga­zyn ślub­ny Plun­ge i wła­śnie wzię­ła ślub z mi­ło­ścią swe­go ży­cia, Ma­xem Har­ri­so­nem, przy­stoj­nym pre­ze­sem du­żej fir­my me­dial­nej, jed­nym z naj­bar­dziej po­żą­da­nych sin­gli w kra­ju. Dzię­ki kon­tak­tom biz­ne­so­wym Emi­ly z daw­nej pra­cy i ta­len­to­wi pi­sar­skie­mu Andy Plun­ge wy­cho­dzi z nie­by­tu i sta­je się tak po­pu­lar­ny, iż zwra­ca uwa­gę gru­py wy­daw­ni­czej Elia­sa-Clar­ka, do któ­rej na­le­ży Run­way. Na ho­ry­zon­cie, jak spod zie­mi, po­ja­wia się Mi­ran­da Prie­stly, sze­fo­wa gru­py, ucho­dzą­ca za naj­po­tęż­niej­szą ko­bie­tę świa­ta mody, o któ­rej Andy zdą­ży­ła już za­po­mnieć. Kon­takt z „dia­błem” na­pa­wa ją prze­ra­że­niem. Mi­ran­da chce ku­pić Plun­ge’a za astro­no­micz­ną kwo­tę, sta­wia jed­nak wa­ru­nek: obie współ­wła­ści­ciel­ki prze­pra­cu­ją peł­ny rok ka­len­da­rzo­wy pod jej rzą­da­mi. Tym sa­mym po­now­nie znaj­dą się na jej ce­low­ni­ku…

LAU­REN WE­IS­BER­GER

Pi­sar­ka i dzien­ni­kar­ka ame­ry­kań­ska. Ukoń­czy­ła Cor­nell Uni­ver­si­ty. Przez rok włó­czy­ła się z ple­ca­kiem po świe­cie, od­wie­dza­jąc m.in. Eu­ro­pę, Izra­el, Egipt, Taj­lan­dię, In­die i Ne­pal. Po po­wro­cie do USA pod­ję­ła pra­cę w po­pu­lar­nym ma­ga­zy­nie mody „Vo­gue”, a na­stęp­nie w cza­so­pi­śmie po­dróż­ni­czym „De­par­tu­res”; uczest­ni­czy­ła też w warsz­ta­tach li­te­rac­kich. Swo­ją sze­fo­wą z „Vo­gue”, Annę Win­to­ur, spor­tre­to­wa­ła jako „dia­bła” w opu­bli­ko­wa­nej w 2003 po­wie­ści Dia­beł ubie­ra się u Pra­dy, któ­ra oka­za­ła się świa­to­wym be­st­sel­le­rem. Po­wo­dze­nie de­biu­tanc­kiej książ­ki prze­ło­ży­ło się na suk­ces jej ad­ap­ta­cji fil­mo­wej z Me­ryl Stre­ep i Anne Ha­tha­way w ro­lach głów­nych. Oprócz Dia­bła, We­is­ber­ger ma w swo­im do­rob­ku czte­ry po­wie­ści: Por­tier nosi gar­ni­tur od Gab­ba­ny, W po­go­ni za Har­rym Win­sto­nem, Ostat­nia noc w Cha­te­au Mar­mont i Ze­msta ubie­ra się u Pra­dy.

www.lau­ren­we­is­ber­ger.com

Tej au­tor­ki

POR­TIER NOSI GAR­NI­TUR OD GAB­BA­NY

W PO­GO­NI ZA HAR­RYM WIN­STO­NEM

OSTAT­NIA NOC W CHA­TE­AU MAR­MONT

Dia­beł

DIA­BEŁ UBIE­RA SIĘ U PRA­DY

ZE­MSTA UBIE­RA SIĘ U PRA­DY

oraz

AME­RY­KAŃ­SKIE DZIEW­CZY­NY PO­SZU­KU­JĄ SZCZĘ­ŚCIA (współ­au­tor­ka)

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

RE­VEN­GE WE­ARS PRA­DA: THE DE­VIL RE­TURNS

Co­py­ri­ght © Lau­ren We­is­ber­ger 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Jan Kraś­ko 2013

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Ilu­stra­cja na okład­ce: ali­so­n1414/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-181-3

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

R i S – z mi­ło­ścią

1 Nawet na końcu świata

Deszcz, zim­ny i bez­li­to­sny, pa­dał uko­śnie, za­ci­nał, a wiatr chlu­stał ścia­na­mi wody ze wszyst­kich stron, tak że pa­ra­sol­ka, płaszcz nie­prze­ma­kal­ny i ka­lo­sze były zu­peł­nie bez­u­ży­tecz­ne. Nie żeby te rze­czy mia­ła. War­ta dwie­ście do­la­rów pa­ra­sol­ka Bur­ber­ry nie chcia­ła się otwo­rzyć i w koń­cu, gdy Andy spró­bo­wa­ła otwo­rzyć ją na siłę, wy­wi­nę­ła się na dru­gą stro­nę. Kurt­ka z kró­li­czej skór­ki z du­żym koł­nie­rzem bez kap­tu­ra cu­dow­nie opi­na­ła ją w ta­lii, lecz ani tro­chę nie chro­ni­ła przed przej­mu­ją­cym zim­nem, a no­wiut­kie za­mszo­we czó­łen­ka od Pra­dy, owszem, cie­szy­ły oczy ma­ko­wo-cy­kla­me­no­wym ko­lo­rem, ale mia­ła w nich pra­wie cał­ko­wi­cie od­sło­nię­te sto­py. Mimo ob­ci­słych skó­rza­nych leg­gin­sów czu­ła się naga od pasa w dół, bo na tej nie­mi­ło­sier­nej wi­chu­rze skó­ra chro­ni­ła ją mniej wię­cej tak jak je­dwab­ne poń­czo­chy. Czter­dzie­ści cen­ty­me­trów śnie­gu, któ­ry otu­lił Nowy Jork, za­czy­na­ło się już to­pić i zmie­niać w roz­mo­kłą sza­rą bre­ję i po raz ty­sięcz­ny po­my­śla­ła, że wo­la­ła­by miesz­kać wszę­dzie, byle nie tu­taj.

Jak­by dla pod­kre­śle­nia tej ostat­niej re­flek­sji prze­jeż­dża­ją­ca na żół­tym świe­tle tak­sów­ka ryk­nę­ła klak­so­nem, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że każ­da pró­ba przej­ścia przez jezd­nię jest cięż­kim prze­stęp­stwem. Z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc się przed po­ka­za­niem tak­sia­rzo­wi środ­ko­we­go pal­ca – w dzi­siej­szych cza­sach wszy­scy są uzbro­je­ni – Andy za­ci­snę­ła zęby, po­sy­ła­jąc mu w du­chu wią­zan­kę. Zwa­żyw­szy wy­so­kość jej ob­ca­sów, na­stęp­ne dwie, trzy prze­czni­ce po­ko­na­ła w dość do­brym tem­pie. Pięć­dzie­sią­ta Dru­ga, Pięć­dzie­sią­ta Trze­cia, Pięć­dzie­sią­ta Czwar­ta… Już nie­da­le­ko i za­nim po­pę­dzi z po­wro­tem do re­dak­cji, zdą­ży się trosz­kę ogrzać. Po­cie­sza­ła się my­ślą o go­rą­cej ka­wie, a może na­wet – ale tyl­ko może – o cze­ko­la­do­wym cia­stecz­ku, gdy na­gle usły­sza­ła ten dźwięk.

Skąd do­cho­dził? Ro­zej­rza­ła się ukrad­kiem, ale wy­glą­da­ło na to, że prze­chod­nie go nie sły­sze­li. Tym­cza­sem dźwięk z każ­dą se­kun­dą przy­bie­rał na sile. Drrr­ryń! Drrr­ryń! Ten cha­rak­te­ry­stycz­ny dzwo­nek. Roz­po­zna­ła­by go za­wsze i wszę­dzie, na­wet na koń­cu świa­ta, cho­ciaż była za­sko­czo­na, że wciąż pro­du­ku­ją te­le­fo­ny, któ­re tak dzwo­nią. Tak daw­no go nie sły­sza­ła, mimo to… wszyst­ko wró­ci­ło z siłą la­wi­ny. Wie­dzia­ła, co zo­ba­czy, za­nim jesz­cze wy­ję­ła ko­mór­kę z to­reb­ki, mimo to była wstrzą­śnię­ta, wi­dząc na ekra­ni­ku dwa sło­wa:

MI­RAN­DA PRIE­STLY

Po­sta­no­wi­ła nie od­bie­rać. Nie mo­gła. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech, na­ci­snę­ła przy­cisk „Od­rzuć” i scho­wa­ła te­le­fon do to­reb­ki. Nie­mal na­tych­miast za­dzwo­nił zno­wu. Jej ser­ce biło co­raz szyb­ciej i szyb­ciej, bra­ko­wa­ło jej tchu. Wdech, wy­dech, na­ka­za­ła so­bie w du­chu, wtu­la­jąc po­li­czek w za­głę­bie­nie ra­mie­nia, by ochro­nić twarz przed desz­czem, któ­ry siekł te­raz na prze­mian ze śnie­giem. Wdech, wy­dech, i da­lej, idź da­lej! Od re­stau­ra­cji dzie­li­ły ją tyl­ko dwie prze­czni­ce – neon skrzył się w od­da­li jak cie­pła, mi­go­tli­wa obiet­ni­ca – gdy wy­jąt­ko­wo pa­skud­ny po­dmuch wia­tru pchnął ją tak moc­no, że stra­ciw­szy rów­no­wa­gę, wdep­nę­ła pro­sto w naj­gor­szy ele­ment man­hat­tań­skiej zimy: w czar­ną ka­łu­żę bło­ta, soli, śmie­ci i Bóg wie, cze­go jesz­cze, ba­jo­ro tak brud­ne, zim­ne i szo­ku­ją­co głę­bo­kie, że nie po­zo­sta­wa­ło jej nic in­ne­go, jak tyl­ko ska­pi­tu­lo­wać.

Co też zro­bi­ła, tam, w tej pie­kiel­nej sa­dzaw­ce, któ­ra roz­la­ła się mię­dzy jezd­nią i kra­węż­ni­kiem. Przez do­bre trzy­dzie­ści czy czter­dzie­ści se­kund z wdzię­kiem fla­min­ga sta­ła w niej na jed­nej no­dze, zgrab­nie uno­sząc dru­gą i za­sta­na­wia­jąc się, co da­lej. Prze­chod­nie omi­ja­li sze­ro­kim łu­kiem ją i to kosz­mar­ne je­zior­ko; tyl­ko ci w wy­so­kich ka­lo­szach mie­li od­wa­gę przejść przez sam śro­dek. Ale nikt jej nie po­mógł, nikt nie po­dał ręki i zdaw­szy so­bie spra­wę, że ba­jo­ro jest zbyt sze­ro­kie, by dała radę je prze­sko­czyć, przy­go­to­wa­ła się na ko­lej­ny wstrząs i po­sta­wi­ła lewą nogę obok pra­wej. Mo­men­tal­nie za­la­ła ją lo­do­wa­ta woda, za­trzy­mu­jąc się w po­ło­wie łyd­ki i po­chła­nia­jąc przy oka­zji czó­łen­ko wraz z trzy­na­sto­ma cen­ty­me­tra­mi skó­rza­nej no­gaw­ki. Andy o mało się nie roz­pła­ka­ła.

Buty i leg­gin­sy były znisz­czo­ne i czu­ła się tak, jak­by za­raz mia­ły od­paść jej od­mro­żo­ne sto­py. Żeby wy­do­stać się z ba­jo­ra, mo­gła tyl­ko brnąć przed sie­bie; w jej gło­wie ko­ła­ta­ła się jed­na myśl: oto, jaka kara cze­ka cię za to, że nie chcia­łaś roz­ma­wiać z Mi­ran­dą Prie­stly.

Ale nie było cza­su na za­ła­my­wa­nie rąk, bo kie­dy tyl­ko do­tar­ła do kra­węż­ni­ka i przy­sta­nę­ła, żeby oce­nić stra­ty, te­le­fon za­dzwo­nił po raz trze­ci. Bez­czel­no­ścią – ba, nie­roz­trop­no­ścią – było już samo to, że od­rzu­ci­ła pierw­sze po­łą­cze­nie. Nie mo­gła od­rzu­cić dru­gie­go, po pro­stu nie mo­gła. Bli­ska pła­czu, ocie­ka­jąc desz­czem i drżąc z zim­na, stuk­nę­ła pal­cem w ekra­nik i po­wie­dzia­ła „halo”.

– Ahn-dre-ah? Czy to ty? Wy­szłaś wie­ki temu. Spy­tam cię tyl­ko raz. Gdzie. Jest. Mój. Lunch? Nie za­mie­rzam dłu­żej cze­kać.

Oczy­wi­ście, że to ja, po­my­śla­ła Andy. A my­śla­łaś, że kto? Prze­cież wy­bra­łaś mój nu­mer.

– Prze­pra­szam. Na dwo­rze jest na­praw­dę strasz­nie i ro­bię, co mogę, ale…

– Masz na­tych­miast wra­cać. To wszyst­ko. – I za­nim Andy zdą­ży­ła co­kol­wiek do­dać, Mi­ran­da roz­łą­czy­ła się.

Nic to, że w bu­tach obrzy­dli­wie chlu­po­cze woda, nic to, że w tak wy­so­kich szpil­kach trud­no cho­dzić na­wet wte­dy, gdy są su­che, nic to, że deszcz za­czy­na za­ma­rzać i chod­nik z każ­dą se­kun­dą robi się co­raz bar­dziej śli­ski: Andy pu­ści­ła się bie­giem. Prze­bie­gła sprin­tem przez skrzy­żo­wa­nie i do po­ko­na­nia zo­sta­ła jej tyl­ko jed­na prze­czni­ca, gdy usły­sza­ła, że ktoś ją woła:

– Andy! Andy, stój! Za­trzy­maj się!

Roz­po­zna­ła­by ten głos za­wsze i wszę­dzie. Max. Ale co on tu ro­bił? Prze­cież wy­je­chał na week­end na pół­noc sta­nu, cho­ciaż nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć po co. Wy­je­chał? Za­trzy­ma­ła się, od­wró­ci­ła i po­szu­ka­ła go wzro­kiem.

– Andy, tu­taj!

Wte­dy go zo­ba­czy­ła. Jej na­rze­czo­ny, męż­czy­zna o su­ro­wej mę­skiej twa­rzy, gę­stych ciem­nych wło­sach i prze­szy­wa­ją­cych zie­lo­nych oczach, sie­dział okra­kiem na wiel­kim bia­łym ko­niu. Nie prze­pa­da­ła za koń­mi, od­kąd w dru­giej kla­sie spa­dła i zła­ma­ła so­bie rękę w nad­garst­ku, ale ten spra­wiał wra­że­nie ła­god­ne­go. Nie­waż­ne, że Max je­chał na bia­łym ru­ma­ku w cen­trum Man­hat­ta­nu, w do­dat­ku w sza­le­ją­cej śnie­ży­cy – była tak za­chwy­co­na jego wi­do­kiem, że na­wet jej to nie za­sta­no­wi­ło.

Max zsiadł z wpra­wą do­świad­czo­ne­go jeźdź­ca i Andy spró­bo­wa­ła so­bie przy­po­mnieć, czy kie­dy­kol­wiek wspo­mniał, że gra w polo. Zro­bił trzy dłu­gie kro­ki, sta­nął u jej boku i gdy wziął ją w naj­cie­plej­sze, naj­bar­dziej roz­kosz­ne ob­ję­cia, ja­kie tyl­ko mo­gła so­bie wy­obra­zić, mo­men­tal­nie się od­prę­ży­ła i pa­dła mu w ra­mio­na.

– Moja bied­na dzie­ci­na – wy­mru­czał, nie zwra­ca­jąc uwa­gi ani na ko­nia, ani na ga­pią­cych się prze­chod­niów. – Prze­mar­z­łaś do szpi­ku ko­ści.

Gdzieś mię­dzy nimi zno­wu za­dzwo­nił te­le­fon – ten te­le­fon! – i Andy szyb­ko się­gnę­ła do to­reb­ki.

– Ahn-dre-ah! Po­wie­dzia­łam „na­tych­miast”. Nie wiem, któ­rej czę­ści sło­wa „na­tych­miast” nie ro­zu­miesz, ale…

Pi­skli­wy głos Mi­ran­dy świ­dro­wał ucho i Andy zno­wu za­czę­ła się trząść, ale za­nim zdą­ży­ła po­ru­szyć choć­by jed­nym mię­śniem, Max wy­jął ko­mór­kę z jej ręki, stuk­nął pal­cem w ekra­nik, po czym rzu­cił te­le­fon za sie­bie, tra­fia­jąc ide­al­nie w sam śro­dek ka­łu­ży, któ­ra przed chwi­lą z taką za­chłan­no­ścią we­ssa­ła­jej sto­py.

– Już z nią skoń­czy­łaś, ko­cha­nie – po­wie­dział, otu­la­jąc ją dużą pu­cho­wą pie­rzyn­ką.

– Omój­bo­że, Max, jak mo­głeś to zro­bić? Je­stem strasz­nie spóź­nio­na! Nie by­łam jesz­cze w re­stau­ra­cji i Mi­ran­da mnie za­bi­je, je­śli za­raz nie wró­cę z…

– Ciii… – szep­nął, przy­kła­da­jąc dwa pal­ce do jej ust. – Już nic ci nie gro­zi. Je­steś ze mną.

– Ale jest już dzie­sięć po pierw­szej i je­śli nie przy­nio­sę jej… Max wziął ją pod pa­chy, bez naj­mniej­sze­go wy­sił­ku dźwi­gnął z zie­mi i ła­god­nie po­sa­dził po dam­sku na bia­łym ko­niu, któ­ry jak wspo­mniał, na imię miał Ban­dy­ta.

Ona, wstrzą­śnię­ta i mil­czą­ca, po pro­stu sie­dzia­ła, a on zdjął jej prze­mo­czo­ne czó­łen­ka i rzu­cił je na chod­nik. Z ma­ry­nar­skie­go wor­ka – z któ­rym nig­dy się nie roz­sta­wał – wy­jął jej ulu­bio­ne wy­ście­ła­ne fu­ter­kiem kap­cie-bot­ki i de­li­kat­nie wsu­nął je na jej prze­mar­z­nię­te czer­wo­ne sto­py. Otu­lił jej ko­la­na pie­rzyn­ką, gło­wę owi­nął swo­im kasz­mi­ro­wym sza­li­kiem, opa­tu­lił szy­ję, po czym po­dał jej sta­lo­wy ter­mos ze spe­cjal­nie, jak za­zna­czył, wy­se­lek­cjo­no­wa­ną go­rą­cą cze­ko­la­dą. Jej ulu­bio­ną. Po­tem jed­nym im­po­nu­ją­co płyn­nym ru­chem wsko­czył na ko­nia i ujął wo­dze. I za­nim zdą­ży­ła co­kol­wiek po­wie­dzieć, ostrym kłu­sem ru­szy­li Siód­mą Ale­ją, po­prze­dza­ni przez po­li­cyj­ną eskor­tę, któ­ra to­ro­wa­ła im dro­gę wśród sa­mo­cho­dów i pie­szych.

Co za ulga – było jej cie­plut­ko i czu­ła się ko­cha­na, mimo to wciąż nie mo­gła otrzą­snąć się z pa­ni­ki, że nie wy­peł­ni­ła przy­dzie­lo­ne­go jej przez Mi­ran­dę za­da­nia. Wy­le­ci z pra­cy, to nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, ale co bę­dzie, je­śli nie skoń­czy się tyl­ko na tym? Co bę­dzie, je­śli Mi­ran­da wściek­nie się tak bar­dzo, że wy­ko­rzy­sta swo­je nie­ogra­ni­czo­ne wpły­wy, by spra­wić, żeby Andy już nig­dy nie do­sta­ła in­nej pra­cy? Je­śli po­sta­no­wi dać swo­jej asy­stent­ce na­ucz­kę i po­ka­zać świa­tu, co się dzie­je, kie­dy ktoś po­rzu­ca pra­cę u niej, u słyn­nej Mi­ran­dy Prie­stly, w do­dat­ku nie raz, tyl­ko dwa razy?

– Mu­szę tam wró­cić! – krzyk­nę­ła pod wiatr, gdy kłus prze­szedł w ga­lop. – Max, za­wróć! Nie mogę…

– Andy! Ko­cha­nie, sły­szysz mnie? Andy!

Otwo­rzy­ła oczy. Je­dy­ną rze­czą, jaką czu­ła, było dud­nie­nie szyb­ko bi­ją­ce­go ser­ca.

– Już do­brze, skar­bie, nic ci nie gro­zi – po­wie­dział ła­god­nie Max, do­ty­ka­jąc jej po­licz­ka chłod­ną ręką. – To był tyl­ko sen. I z tego, co wi­dzia­łem, na­praw­dę pa­skud­ny.

Andy pod­par­ła się łok­cia­mi i zo­ba­czy­ła po­ran­ne świa­tło wpa­da­ją­ce przez okno do po­ko­ju. Nie było ani śnie­gu, ani mar­z­ną­cej brei, ani ko­nia. Sto­py mia­ła bose, ale cie­plut­kie pod ele­ganc­ką, mię­ciut­ką jak puch po­ście­lą, i czu­ła bez­piecz­ny do­tyk sil­ne­go cia­ła Maxa. Głę­bo­ko wcią­gnę­ła po­wie­trze i do­szedł ją­je­go za­pach, za­pach jego od­de­chu, skó­ry i wło­sów.

To był tyl­ko sen.

Ro­zej­rza­ła się. Obu­dzi­ła się zbyt gwał­tow­nie i wciąż była za­spa­na i tro­chę zdez­o­rien­to­wa­na. Gdzie oni są? Co się tu dzie­je? Zer­k­nę­ła na drzwi, na któ­rych wi­sia­ła świe­żo od­pra­so­wa­na, ab­so­lut­nie fan­ta­stycz­na suk­nia ślub­na od Mo­ni­que Lhu­il­lier, i do­pie­ro wte­dy przy­po­mnia­ła so­bie, że ten obcy po­kój to apar­ta­ment dla no­wo­żeń­ców – jej apar­ta­ment – i że pan­ną mło­dą jest wła­śnie ona. Jest pan­ną mło­dą! Na­gły przy­pływ ad­re­na­li­ny ka­zał jej usiąść tak szyb­ko, że za­sko­czo­ny Max wy­krzyk­nął:

– Co ci się śni­ło, kru­szyn­ko?! Mam na­dzie­ję, że nie nasz ślub!

– Nie, nie, sta­re kosz­ma­ry. – Na­chy­li­ła się, żeby go po­ca­ło­wać, ale wci­snął się mię­dzy nich Stan­ley, ich mal­tań­czyk. – Któ­ra go­dzi­na? Za­raz. Co ty tu ro­bisz?

Max po­słał jej szel­mow­ski uśmiech, któ­ry tak uwiel­bia­ła, i wstał z łóż­ka. Jak zwy­kle nie mo­gła się po­wstrzy­mać i po­pa­trzy­ła z po­dzi­wem na jego sze­ro­kie ra­mio­na i pła­ski brzuch. Miał cia­ło dwu­dzie­sto­pię­cio­lat­ka, tyle że ład­niej­sze, nie­prze­sad­nie umię­śnio­ne, jędr­ne i wy­spor­to­wa­ne.

– Szó­sta – od­parł, wkła­da­jąc fla­ne­lo­we spodnie od pi­ża­my. – Przy­sze­dłem dwie go­dzi­ny temu. Czu­łem się sa­mot­ny.

– To le­piej ucie­kaj stąd, za­nim ktoś cię zo­ba­czy. Two­jej mat­ce bar­dzo za­le­ża­ło na tym, że­by­śmy nie wi­dzie­li się przed ślu­bem.

Wy­cią­gnął ją z łóż­ka i ob­jął.

– To nic jej nie mów. Nie za­mie­rzam spę­dzać ca­łe­go dnia bez cie­bie.

Uda­ła, że jest po­iry­to­wa­na, ale w głę­bi du­szy cie­szy­ła się, zwłasz­cza w świe­tle noc­ne­go kosz­ma­ru, że Max za­kradł się do niej na krót­kie przy­tu­lan­ki.

Te­atral­nie wes­tchnę­ła.

– No do­brze. Ale te­raz wra­caj do sie­bie, i to tak, żeby nikt cię nie zo­ba­czył. Za­nim za­czną scho­dzić się tłu­my, za­bio­rę Stan­leya na spa­cer.

Max na­parł na nią bio­dra­mi.

– Jesz­cze wcze­śnie. Gdy­by­śmy tak szyb­ciut­ko…

Ro­ze­śmia­ła się.

– Ucie­kaj!

Po­ca­ło­wał ją po­now­nie, tym ra­zem czu­le, i wy­szedł z po­ko­ju.

Andy wzię­ła psa na ręce i cmok­nę­ła go pro­sto w mo­kry nos.

– To jest to, Stan!

Pod­eks­cy­to­wa­ny mal­tań­czyk za­szcze­kał, pró­bu­jąc się wy­rwać, i mu­sia­ła go pu­ścić, żeby nie po­dra­pał jej ra­mion. Na kil­ka cu­dow­nych chwil uda­ło jej się za­po­mnieć o noc­nym kosz­ma­rze, lecz zmo­ra szyb­ko po­wró­ci­ła wraz ze wszyst­ki­mi aż nad­to pla­stycz­ny­mi szcze­gó­ła­mi. Andy głę­bo­ko ode­tchnę­ła i przy­wo­ła­ła na po­moc swój prag­ma­tyzm: to tyl­ko przed­ślub­na tre­ma. Nie­spo­koj­ny sen pan­ny mło­dej. Kla­sycz­ny atak pa­ni­ki, nic wię­cej.

Za­mó­wi­ła śnia­da­nie do po­ko­ju i na­kar­mi­ła Stan­leya ja­jecz­ni­cą na ka­wał­kach to­stu, od­bie­ra­jąc jed­no­cze­śnie te­le­fo­ny od roz­e­mo­cjo­no­wa­nej mat­ki, sio­stry, Lily i Emi­ly, któ­re nie mo­gły się do­cze­kać, kie­dy Andy za­cznie przy­go­to­wa­nia. Po­tem wzię­ła psa na smycz i wy­szła na rześ­kie paź­dzier­ni­ko­we po­wie­trze, żeby po­spa­ce­ro­wać z nim, za­nim roz­pę­ta się pie­kło. Tro­chę się wsty­dzi­ła, że ma na so­bie fro­to­we spodnie od dre­su z ja­skra­wo­ró­żo­wym na­pi­sem PAN­NA MŁO­DA na pu­pie, któ­re do­sta­ła w pre­zen­cie na wie­czo­rze pa­nień­skim, ale w głę­bi du­szy była z nich dum­na. We­tknę­ła wło­sy pod czap­kę ba­se­bal­lo­wą, za­wią­za­ła adi­da­sy, za­cią­gnę­ła za­mek u po­la­ru i ja­kimś cu­dem uda­ło jej się wyjść na roz­le­gły te­ren Astor Co­urts Es­ta­te, nie spo­ty­ka­jąc ni­ko­go po dro­dze. Stan­ley ska­kał ra­do­śnie na kró­ciut­kich nóż­kach, cią­gnąc ją w stro­nę ro­sną­cych na skra­ju par­ku drzew, któ­rych li­ście mie­ni­ły się już wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi je­sie­ni. Spa­ce­ro­wa­li pra­wie pół go­dzi­ny, wy­star­cza­ją­co dłu­go, żeby wszy­scy za­czę­li się mar­twić, gdzie prze­pa­dła, ale cho­ciaż po­wie­trze było świe­że, a po­fał­do­wa­na łąka pięk­na, cho­ciaż z pod­nie­ce­nia krę­ci­ło jej się w gło­wie, nie mo­gła wy­ma­zać z pa­mię­ci twa­rzy Mi­ran­dy Prie­stly.

Jak to moż­li­we, że wciąż ją prze­śla­du­je? Prze­cież mi­nę­ło pra­wie dzie­sięć lat, od­kąd Andy ucie­kła z Pa­ry­ża, po­rzu­ca­jąc wy­nisz­cza­ją­cą du­szę po­sa­dę jej asy­stent­ki. Tak, to był strasz­ny rok, ale od tam­te­go cza­su bar­dzo wy­do­ro­śla­ła. Praw­da? Zmie­ni­ła się. Wszyst­ko się zmie­ni­ło, i to na lep­sze: „Run­way”, po­tem pierw­sze lata nie­za­leż­ne­go pi­sa­nia, któ­re – z cze­go była bar­dzo dum­na – za­owo­co­wa­ły z cza­sem sta­łą po­sa­dą re­dak­tor­ki po­moc­ni­czej ślub­ne­go blo­ga Iży­li dłu­go i szczę­śli­wie. Kil­ka lat i dzie­siąt­ki ty­się­cy słów póź­niej uda­ło jej się za­ło­żyć i wpro­wa­dzić na ry­nek wła­sne cza­so­pi­smo, „Plun­ge”, pięk­ny, eks­klu­zyw­ny ma­ga­zyn ilu­stro­wa­ny, któ­ry miał już trzy lata i wbrew wszyst­kim prze­po­wied­niom na­praw­dę za­ra­biał pie­nią­dze. Co wię­cej, zbie­rał licz­ne na­gro­dy i no­mi­na­cje, cie­sząc się dużą po­pu­lar­no­ścią wśród re­kla­mo­daw­ców. A te­raz, w wi­rze tych wszyst­kich za­wo­do­wych osią­gnięć, wy­cho­dzi za mąż! Za Maxa Har­ri­so­na, syna nie­ży­ją­ce­go Ro­ber­ta Har­ri­so­na i wnu­ka le­gen­dar­ne­go Ar­thu­ra Har­ri­so­na, któ­ry za­raz po wiel­kim kry­zy­sie za­ło­żył przed­się­bior­stwo Har­ri­son Pu­bli­shing Hol­dings, by prze­kształ­cić je na­stęp­nie w Har­ri­son Me­dia Hol­dings, jed­ną z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych i do­cho­do­wych firm w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Max Har­ri­son, przez wie­le lat je­den z naj­bar­dziej po­żą­da­nych ka­wa­le­rów w kra­ju, męż­czy­zna, któ­ry spo­ty­kał się ze wszyst­ki­mi Tin­sley Mor­ti­mer i Aman­da­mi He­arst No­we­go Jor­ku, a pew­nie i z ich sio­stra­mi, ku­zyn­ka­mi i przy­ja­ciół­ka­mi, jest jej na­rze­czo­nym. Wie­dzia­ła, że po po­łu­dniu za­roi się tu od bur­mi­strzów i ma­gna­tów pra­so­wych, któ­rzy tyl­ko cze­ka­ją, żeby zgo­to­wać owa­cję mło­de­mu na­stęp­cy tro­nu i jego wy­bran­ce. A co w tym wszyst­kim jest naj­lep­sze?

To, że go ko­cha. Jest jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Sza­le­je za nią, po­tra­fi ją roz­śmie­szyć i do­ce­nia jej pra­cę. Czyż nie mówi się, że no­wo­jor­czy­cy są go­to­wi do­pie­ro wte­dy, kie­dy są go­to­wi? Mówi się. A Max za­czął wspo­mi­nać o mał­żeń­stwie już kil­ka mie­się­cy po ich pierw­szym spo­tka­niu. No i pro­szę: trzy lata póź­niej bio­rą ślub. Zga­ni­ła sie­bie w du­chu za to, że mar­nu­je czas na ana­li­zo­wa­nie tak idio­tycz­ne­go snu, i wró­ci­ła z psem do apar­ta­men­tu, gdzie cze­kał na nią pułk pod­eks­cy­to­wa­nych i zde­ner­wo­wa­nych ko­biet, któ­re za­czy­na­ły już wpa­dać w pa­ni­kę, naj­wy­raź­niej my­śląc, że pan­na mło­da w ostat­niej chwi­li dała nogę. Wcho­dząc, usły­sza­ła zbio­ro­we wes­tchnie­nie ulgi, a Nina, jej kon­sul­tant­ka ślub­na, na­tych­miast za­czę­ła wy­da­wać po­le­ce­nia.

Kil­ka na­stęp­nych go­dzin pa­mię­ta­ła jak przez mgłę: prysz­nic, su­szar­ka, wał­ki elek­trycz­ne, tusz do rzęs i war­stwa pod­kła­du, któ­ra wy­gła­dzi­ła­by cerę każ­dej ki­pią­cej hor­mo­na­mi na­sto­lat­ki. Ktoś zaj­mo­wał się jej bu­ta­mi, ktoś inny przy­niósł bie­li­znę, ktoś trze­ci za­sta­na­wiał się nad ko­lo­rem jej ust. Za­nim zda­ła so­bie spra­wę z tego, co się dzie­je, jej sio­stra Jill zdję­ła z drzwi suk­nię ślub­ną i już se­kun­dę póź­niej mat­ka za­czę­ła ścią­gać na jej ple­cach de­li­kat­ny ma­te­riał i za­su­wać za­mek. Bab­cia cmok­nę­ła z za­chwy­tu. Lily się po­pła­ka­ła. Emi­ly wy­mknę­ła się do ła­zien­ki na pa­pie­ro­sa, my­śląc, że nikt nie za­uwa­ży. Andy pró­bo­wa­ła to wszyst­ko chło­nąć. A po­tem zo­sta­ła sama – tyl­ko na kil­ka mi­nut, bo za­raz mia­ła przejść do wiel­kiej sali ba­lo­wej – bo wszy­scy po­szli się przy­go­to­wać. Przy­cup­nę­ła więc na pi­ko­wa­nym an­tycz­nym krze­śle, nie­zdar­nie i ostroż­nie, żeby nie po­gnieść ani nie znisz­czyć ani cen­ty­me­tra kwa­dra­to­we­go suk­ni. Za nie­ca­łą go­dzi­nę bę­dzie żoną, ko­bie­tą za­męż­ną, do koń­ca ży­cia od­da­ną Ma­xo­wi, tak jak on bę­dzie od­da­ny jej. Trud­no to po­jąć.

Za­ter­ko­tał te­le­fon. Dzwo­ni­ła mat­ka Maxa.

– Dzień do­bry, Bar­ba­ro – po­wie­dzia­ła Andy naj­cie­plej, jak umia­ła.

Bar­ba­ra Anne Wil­liams Har­ri­son, Cór­ka Re­wo­lu­cji Ame­ry­kań­skiej, po­tom­ki­ni nie jed­ne­go, ale aż dwóch sy­gna­ta­riu­szy kon­sty­tu­cji, wie­lo­let­nia człon­ki­ni rad nad­zor­czych wszyst­kich li­czą­cych się to­wa­rzy­sko or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nych na Man­hat­ta­nie. Od ucze­sa­nych przez Osca­ra Blan­die­go wło­sów po ba­le­ri­ny od Cha­nel za­wsze była dla niej nie­na­gan­nie uprzej­ma. Była nie­na­gan­nie uprzej­ma dla wszyst­kich. Uprzej­ma, lecz nie wy­lew­na. Andy pró­bo­wa­ła nie brać tego do sie­bie, a Max twier­dził, że coś so­bie ubz­du­ra­ła. Może na po­cząt­ku ich zna­jo­mo­ści Bar­ba­ra my­śla­ła, że Andy jest tyl­ko ko­lej­nym prze­lot­nym flir­tem syna? Po­tem wmó­wi­ła so­bie, że zna­jo­mość Bar­ba­ry z Mi­ran­dą za­tru­ła i prze­kre­śli­ła wszel­ką na­dzie­ję na na­wią­za­nie bliż­szych wię­zi uczu­cio­wych z przy­szłą te­ścio­wą. Ale w koń­cu do­tar­ło do niej, że Bar­ba­ra po pro­stu już taka jest: chłod­na i uprzej­ma dla wszyst­kich, na­wet dla wła­snej cór­ki. Nie wy­obra­ża­ła so­bie, żeby mo­gła na­zy­wać ją „mamą”. Nie żeby ktoś ją do tego za­chę­cał…

– Dzień do­bry, An­dreo. Wła­śnie uświa­do­mi­łam so­bie, że nie da­łam ci na­szyj­ni­ka. Od rana ści­gam się z cza­sem tak roz­pacz­li­wie, że spóź­ni­łam się do fry­zje­ra i na ma­ki­jaż! Dzwo­nię, żeby ci po­wie­dzieć, że na­szyj­nik jest w ak­sa­mit­nym pu­de­łecz­ku w po­ko­ju Maxa, w bocz­nej kie­szon­ce tego okrop­ne­go wor­ka. Nie chcia­łam, żeby ob­słu­ga go wi­dzia­ła. Może to­bie uda się na­mó­wić go, żeby no­sił coś bar­dziej god­ne­go i dys­tyn­go­wa­ne­go? Pró­bo­wa­łam Bóg wie, ile razy, ale on po pro­stu…

– Dzię­ku­ję, Bar­ba­ro. Za­raz tam zaj­rzę.

– Ani mi się waż! – za­bro­ni­ła jej sta­now­czo Bar­ba­ra. – Nie mo­że­cie się te­raz wi­dzieć, to przy­no­si pe­cha. Wy­ślij tam swo­ją mat­kę albo Ninę. Ko­go­kol­wiek. Do­brze?

– Do­brze, oczy­wi­ście.

Andy odło­ży­ła słu­chaw­kę i wy­szła na ko­ry­tarz. Już od daw­na wie­dzia­ła, że ła­twiej jest się z nią zgo­dzić i zro­bić to, co chce, spie­ra­nie się do ni­cze­go nie pro­wa­dzi. To wła­śnie dla­te­go mia­ła no­sić klej­not ro­dzin­ny Har­ri­so­nów za­miast „cze­goś sta­re­go” od krew­nych z jej stro­ny: na żą­da­nie Bar­ba­ry. Mia­ło go na ślu­bie sześć ge­ne­ra­cji Har­ri­so­nów, więc bę­dzie go mia­ła i ona.

Drzwi do po­ko­ju Maxa były lek­ko uchy­lo­ne i gdy we­szła do środ­ka, usły­sza­ła szum wody w ła­zien­ce. Ty­po­we, po­my­śla­ła. Ja przy­go­to­wu­ję się od pię­ciu go­dzin, a on do­pie­ro bie­rze prysz­nic.

– Max? To ja. Nie wy­chodź!

– Andy? – ode­zwał się z ła­zien­ki. – Co ty tu ro­bisz?

– Przy­szłam po na­szyj­nik. Nie wy­chodź, do­brze? Nie chcę, że­byś zo­ba­czył mnie w suk­ni.

Po­szpe­ra­ła w bocz­nej kie­sze­ni wor­ka. Pu­de­łecz­ka tam nie było, ale na­tra­fi­ła pal­ca­mi na zło­żo­ną kart­kę.

Była to kre­mo­wa kart­ka z pa­pe­te­rii Bar­ba­ry, gru­ba i ozdo­bio­na gra­na­to­wym mo­no­gra­mem z jej ini­cja­ła­mi: BWH. Andy wie­dzia­ła, że Demp­sey & Car­roll, fir­ma zaj­mu­ją­ca się wy­twa­rza­niem ar­ty­ku­łów pi­śmien­ni­czych, utrzy­mu­je się na ryn­ku głów­nie dzię­ki jej za­ku­pom. Na ich pa­pe­te­rii, wciąż ta­kiej sa­mej, Bar­ba­ra już od czter­dzie­stu lat wy­sy­ła­ła zna­jo­mym ży­cze­nia uro­dzi­no­we, li­ści­ki z po­dzię­ko­wa­nia­mi, za­pro­sze­nia na ko­la­cję i kon­do­len­cje. Jako ko­bie­ta sta­ro­świec­ka i bar­dzo tra­dy­cyj­na prę­dzej by umar­ła, niż wy­sła­ła­by ko­muś jak­że nie­tak­tow­ny e-mail czy – o zgro­zo! – SMS. Dla­te­go było zu­peł­nie zro­zu­mia­łe, że w dniu ślu­bu syna na­pi­sa­ła do nie­go od­ręcz­ny list. Andy mia­ła wła­śnie go zło­żyć i scho­wać do kie­sze­ni wor­ka, gdy jej uwa­gę przy­ku­ło jej imię. I za­nim zdą­ży­ła się za­sta­no­wić, co robi, za­czę­ła czy­tać.

Dro­gi Ma­xwel­lu, do­brze wiesz, że za­wsze ro­bi­łam wszyst­ko, by usza­no­wać Two­ją pry­wat­ność, ale uzna­łam, że w kwe­stiach tak, wiel­kiej wagi nie mogę dłu­żej mil­czeć. Dzie­li­łam się z Tobą swo­imi oba­wa­mi już przed­tem, a Ty cią­gle obie­cy­wa­łeś, że je roz­wa­żysz. Jed­nak­że te­raz, w ob­li­czu nie­uchron­nie zbli­ża­ją­ce­go się ślu­bu, do­szłam do wnio­sku, że nie mogę dłu­żej cze­kać i mam pra­wo mó­wić otwar­cie i bez ogró­dek.

Bła­gam Cię, Ma­xwel­lu, nie żeń się z An­dreą.

Nie zro­zum mnie źle. An­drea jest miła i nie mam wąt­pli­wo­ści, że dla in­ne­go męż­czy­zny bę­dzie do­brą żoną. Ale Ty, ko­cha­nie, za­słu­gu­jesz na ko­goś dużo lep­sze­go! To musi być dziew­czy­na z po­rząd­nej ro­dzi­ny, a nie z ro­dzi­ny roz­bi­tej, na­zna­czo­nej cier­pie­niem i roz­wo­da­mi. Dziew­czy­na, któ­ra zro­zu­mie na­sze tra­dy­cje, nasz styl ży­cia. Ktoś, kto prze­ka­że na­zwi­sko Har­ri­so­nów na­stęp­ne­mu po­ko­le­niu. A co naj­waż­niej­sze, part­ner­ka, któ­ra bę­dzie sta­wia­ła Cie­bie i Two­je dzie­ci po­nad sa­mo­lub­ny­mi aspi­ra­cja­mi za­wo­do­wy­mi. Mu­sisz to do­brze prze­my­śleć: czy chcesz, żeby Two­ja żona wy­da­wa­ła ja­kieś tam pi­sma i cią­gle wy­jeż­dża­ła w in­te­re­sach, czy też pra­gniesz ko­goś, kto naj­pierw my­śli o in­nych i dba o fi­lan­tro­pij­ne in­te­re­sy rodu Har­ri­so­nów? Czy na­praw­dę nie chciał­byś mieć part­ner­ki, któ­rej bar­dziej za­le­ży na wspie­ra­niu ro­dzi­ny niż na re­ali­zo­wa­niu wła­snych am­bi­cji?

Mó­wi­łam Ci, że to nie­ocze­ki­wa­ne spo­tka­nie z Ka­the­ri­ne na Ber­mu­dach to znak. Och, jaki by­łeś za­chwy­co­ny, że zno­wu ją wi­dzisz! Pro­szę, nie lek­ce­waż tych od­czuć. De­cy­zja jesz­cze nie za­pa­dła, nie jest za póź­no. Za­wsze ją lu­bi­łeś i ad­o­ro­wa­łeś, to oczy­wi­ste. Jesz­cze bar­dziej oczy­wi­ste jest to, że by­ła­by dla Cie­bie cu­dow­ną part­ner­ką.

Za­wsze by­łam z Cie­bie dum­na i wiem, że Twój oj­ciec pa­trzy na nas z góry, pra­gnąc, byś pod­jął wła­ści­wą de­cy­zję.

Ca­łu­ję Cię naj­czu­lej, mat­ka

Szum wody ustał i wy­stra­szo­na Andy upu­ści­ła list na pod­ło­gę. Gdy schy­li­ła się, żeby go pod­nieść, za­uwa­ży­ła, że trzę­są jej się ręce.

– Andy! – za­wo­łał Max z ła­zien­ki. – Je­steś tam?

– Tak – wy­krztu­si­ła. – Za­cze­kaj. Wła­śnie… wła­śnie wy­cho­dzę.

– Zna­la­złaś na­szyj­nik?

Andy znie­ru­cho­mia­ła, nie wie­dząc, co od­po­wie­dzieć. Czu­ła się tak, jak­by coś wy­ssa­ło z po­ko­ju cały tlen.

– Tak.

Szu­ra­nie no­ga­mi. Znów za­szu­mia­ła woda z kra­nu nad umy­wal­ką. I po chwi­li uci­chła.

– Już? Mu­szę wyjść i się prze­brać.

Bła­gam Cię, Ma­xwel­lu, nie żeń się z An­dreą. W jej uszach dud­ni­ła krew. Och, jaki by­łeś za­chwy­co­ny, że zno­wu ją wi­dzisz! Po­win­na wpaść do ła­zien­ki czy wy­paść na ko­ry­tarz? Kie­dy zo­ba­czy go na­stęp­nym ra­zem, będą wy­mie­nia­li się ob­rącz­ka­mi na oczach trzy­stu osób, łącz­nie z jego mat­ką.

Ktoś za­pu­kał do drzwi. Nina, kon­sul­tant­ka ślub­na.

– Andy? Co ty tu ro­bisz? Boże, znisz­czysz suk­nię! Prze­cież mie­li­ście się zo­ba­czyć do­pie­ro przed ce­re­mo­nią. Je­śli nie, to dla­cze­go nie zro­bi­li­śmy zdjęć przed­tem? – Jej nie­ustan­ne traj­ko­ta­nie do­pro­wa­dza­ło Andy do sza­łu. – Nie wy­chodź, Max! Two­ja przy­szła żona stoi tu jak ła­nia w świe­tle re­flek­to­rów. Za­cze­kaj! Jesz­cze chwi­lecz­kę! – Pod­bie­gła do Andy w chwi­li, gdy ta pró­bo­wa­ła wstać, po­pra­wia­jąc jed­no­cze­śnie suk­nię. – Mo­ment, po­mo­gę ci. – Po­mo­gła jej wstać i wy­gła­dzi­ła ręką sy­re­ni spód suk­ni. – A te­raz chodź, idzie­my. Ko­niec z tym na­głym zni­ka­niem, sły­szysz? Co to? – Wy­ję­ła list z jej spo­co­nej ręki i go pod­nio­sła.

Andy do­słow­nie sły­sza­ła, jak wali jej ser­ce, i po­my­śla­ła, że za­raz do­sta­nie za­wa­łu. Otwo­rzy­ła usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale ogar­nę­ła ją fala mdło­ści.

– Boże, chy­ba za­raz…

Jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki, a może dzię­ki wie­lo­let­niej prak­ty­ce, w rę­kach Niny po­ja­wi­ła się śmiet­nicz­ka i za­raz po­tem Andy po­czu­ła, że jej wy­ło­żo­ny pla­sti­kiem brzeg wrzy­na się jej w szy­ję.

– No, już do­brze – jęk­nę­ła no­so­wo Nina i Andy dziw­nie to uspo­ko­iło. – Już do­brze. Nie ty pierw­sza masz tre­mę i nie ostat­nia. Le­piej po­dzię­kuj­my na­szej szczę­śli­wej gwieź­dzie, że nie za­pla­mi­łaś suk­ni. – De­li­kat­ny­mi do­tknię­cia­mi wy­tar­ła jej usta pod­ko­szul­kiem Maxa i jego za­pach, odu­rza­ją­ca mie­sza­ni­na woni my­dła i mię­to­wo-ba­zy­lio­we­go szam­po­nu do wło­sów – za­wsze lu­bi­ła, kie­dy tak pach­niał – zno­wu przy­pra­wił ją o mdło­ści.

Ktoś za­pu­kał do drzwi. Do po­ko­ju wszedł słyn­ny fo­to­gra­fik St. Ger­ma­in z pięk­nym mło­dym asy­sten­tem.

– Mamy uwiecz­nić przy­go­to­wa­nia Maxa – oznaj­mił z trud­nym do uchwy­ce­nia te­atral­nym ak­cen­tem. Na szczę­ście ani on, ani asy­stent na­wet na nią nie zer­k­nę­li.

– Co się tam dzie­je?! – za­wo­łał z ła­zien­ki ska­za­ny na ba­ni­cję Max.

– Nie wy­chodź! – krzyk­nę­ła wład­czo Nina. Spoj­rza­ła na Andy, któ­ra nie była pew­na, czy zdo­ła po­ko­nać trzy­dzie­ści me­trów dzie­lą­cych ją od swe­go apar­ta­men­tu. – Trze­ba po­pra­wić ci ma­ki­jaż i… Chry­ste, two­je wło­sy…

– Na­szyj­nik – szep­nę­ła Andy. – Mu­szę wziąć na­szyj­nik.

– Jaki na­szyj­nik?

– Bar­ba­ry, bry­lan­to­wy. Za­cze­kaj.

Myśl, myśl, myśl. Co to zna­czy? Co po­win­na zro­bić? Zmu­si­ła się, by po­dejść do tego ohyd­ne­go wor­ka, na szczę­ście Nina uprze­dzi­ła ją i rzu­ci­ła go na łóż­ko. Szyb­ko prze­trzą­snę­ła całą za­war­tość i wy­ję­ła czar­ne ak­sa­mit­ne puz­der­ko z na­pi­sem „Car­tier” na obrze­żu.

– Tego szu­ka­łaś? – spy­ta­ła. – Do­bra, chodź­my.

Wy­cią­gnę­ła ją na ko­ry­tarz. Ka­za­ła fo­to­gra­fom uwol­nić Maxa z ła­zien­ki i za­mknę­ła drzwi.

Andy nie mo­gła uwie­rzyć, że Bar­ba­ra nie­na­wi­dzi jej tak bar­dzo, iż nie chce, żeby Max się z nią oże­nił. Co wię­cej, że zna­la­zła dla nie­go lep­szą kan­dy­dat­kę: Ka­the­ri­ne, któ­ra była „bar­dziej od­po­wied­nia” i „mniej sa­mo­lub­na”. Tę, któ­ra – przy­najm­niej we­dług niej – wy­mknę­ła mu się z rąk. Andy wie­dzia­ła o niej chy­ba wszyst­ko. Ka­the­ri­ne była spad­ko­bier­czy­nią for­tu­ny von He­rzo­gów i z tego, co pa­mię­ta­ła z bez­u­stan­ne­go po­cząt­ko­wo go­oglo­wa­nia, pod­rzęd­ną au­striac­ką księż­nicz­ką, któ­rą ro­dzi­ce wy­sła­li do eli­tar­nej pry­wat­nej szko­ły śred­niej w Con­nec­ti­cut, gdzie uczył się Max. Zro­bi­ła dy­plom z hi­sto­rii eu­ro­pej­skiej w Am­herst, gdzie przy­ję­to ją po tym, jak jej dzia­dek – pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej po­pie­ra­ją­cy hi­tle­row­ców au­striac­ki ary­sto­kra­ta – po­da­ro­wał wła­dzom col­le­ge’u tyle pie­nię­dzy, że je­den z tam­tej­szych aka­de­mi­ków na­zwa­no imie­niem jego zmar­łej żony. Max twier­dził, że Ka­the­ri­ne jest zbyt sztyw­na, zbyt układ­na i ugrzecz­nio­na. Ona jest nud­na, mó­wił. Za bar­dzo tra­dy­cyj­na, za bar­dzo dba­ją­ca o po­zo­ry. Ale dla­cze­go cho­dził z nią z prze­rwa­mi przez pięć lat, tego wy­tłu­ma­czyć nie umiał, i Andy za­wsze po­dej­rze­wa­ła, że coś się za tym kry­je. Naj­wy­raź­niej mia­ła ra­cję.

Ostat­ni raz wspo­mniał o Ka­the­ri­ne, kie­dy za­mie­rzał za­dzwo­nić do niej z wia­do­mo­ścią o za­rę­czy­nach. Kil­ka ty­go­dni póź­niej do­sta­li od niej pięk­ną krysz­ta­ło­wą wazę od Berg­dor­fa z li­ści­kiem i ży­cze­nia­mi do­zgon­ne­go szczę­ścia. Emi­ly, któ­ra zna­ła ją przez swo­je­go męża Mi­le­sa, przy­się­ga­ła, że nie ma się czym mar­twić, bo Ka­the­ri­ne jest nud­na i sztyw­na i że cho­ciaż ma „nie­zły ty­łek”, Andy bije ją na gło­wę pod każ­dym wzglę­dem. Od tam­tej pory Andy o tym nie my­śla­ła. Każ­dy ma ja­kąś prze­szłość. Czy była dum­na ze zna­jo­mo­ści z Chri­stia­nem Col­lin­swor­them? Czy od­czu­wa­ła po­trze­bę po­dzie­le­nia się z Ma­xem wszyst­ki­mi szcze­gó­ła­mi swe­go związ­ku z Ale­xem? Oczy­wi­ście, że nie. Ale prze­czy­ta­ny w dniu ślu­bu list, w któ­rym przy­szła te­ścio­wa bła­ga syna, żeby ten za­miast pan­ny mło­dej po­ślu­bił swo­ją byłą dziew­czy­nę, to zu­peł­nie co in­ne­go. Dziew­czy­nę, któ­rą „był za­chwy­co­ny” na wie­czo­rze ka­wa­ler­skim na Ber­mu­dach, o czym za­po­mniał jej na­po­mknąć, bo naj­wy­raź­niej tak mu było wy­god­niej.

Andy po­tar­ła czo­ło, pró­bu­jąc zmu­sić się do my­śle­nia. Kie­dy Bar­ba­ra na­pi­sa­ła ten wred­ny list? Dla­cze­go Max go za­cho­wał? I co to zna­czy, że wi­dział się z Ka­the­ri­ne za­le­d­wie pół­to­ra mie­sią­ca temu i nic jej o tym nie po­wie­dział, ra­cząc ją w za­mian szcze­gó­ło­wy­mi opo­wie­ścia­mi o opa­la­niu się, grze w gol­fa i ste­kach na ko­la­cję? Musi być ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie, po pro­stu musi. Tyl­ko ja­kie?

2Pokochać Hamptons, 2009

Przez dłu­gi czas Andy była dum­na, że pra­wie nig­dy nie jeź­dzi do Hamp­tons. Mnó­stwo sa­mo­cho­dów, tłu­my lu­dzi, pre­sja, żeby szy­kow­nie się ubrać, do­brze wy­glą­dać, być tam, gdzie być trze­ba… Nie było to spe­cjal­nie re­lak­su­ją­ce. Mar­na uciecz­ka z mia­sta. Le­piej już zo­stać i po­być tro­chę sam na sam ze sobą, po­oglą­dać ulicz­ne stra­ga­ny, po­le­żeć na łącz­ce w Cen­tral Par­ku czy po­jeź­dzić ro­we­rem brze­giem Hud­so­nu. Mo­gła wte­dy wejść bez re­zer­wa­cji do każ­dej knajp­ki i re­stau­ra­cji, po­zwie­dzać nowe, nie­za­tło­czo­ne dziel­ni­ce. Uwiel­bia­ła spę­dzać let­nie week­en­dy, czy­ta­jąc i są­cząc mro­żo­ną kawę, i nig­dy nie czu­ła się za­po­mnia­na czy wy­ob­co­wa­na, z czym Emi­ly nie mo­gła się po pro­stu po­go­dzić. Dla­te­go na je­den week­end w se­zo­nie wy­cią­ga­ła ją do domu ro­dzi­ców męża, żeby Andy mo­gła uczest­ni­czyć w fan­ta­stycz­nych przy­ję­ciach i me­czach polo, na któ­rych by­wa­ło tyle ko­biet w naj­mod­niej­szych ciu­chach od Tory Burch, że mo­gły­by w nie ubrać pół Long Is­land. Co roku Andy przy­się­ga­ła so­bie, że już nig­dy tam nie wró­ci, i co roku po­słusz­nie pa­ko­wa­ła wa­liz­kę i wsia­da­ła do au­to­bu­su, by przez dwa dni uda­wać, że wspa­nia­le się bawi w to­wa­rzy­stwie tych sa­mych lu­dzi, któ­rych re­gu­lar­nie wi­dy­wa­ła na im­pre­zach bran­żo­wych w mie­ście. Ale ten week­end był inny. Ten szcze­gól­ny week­end miał zde­cy­do­wać o jej za­wo­do­wej przy­szło­ści.

Krót­kie pu­ka­nie do drzwi i do po­ko­ju wpa­dła Emi­ly. Są­dząc po jej mi­nie, była nie­za­do­wo­lo­na, że Andy sie­dzi na luk­su­so­wej koł­drze i z jed­nym ręcz­ni­kiem za­wią­za­nym na gło­wie, a dru­gim pod pa­cha­mi pa­trzy bez­rad­nie na pę­ka­ją­cą od ciu­chów wa­liz­kę.

– Dla­cze­go nie je­steś jesz­cze ubra­na? Za­raz przyj­dą go­ście!

– Nie mam co wło­żyć! – wy­szlo­cha­ła Andy. – Nie wy­zna­ję się na tym Hamp­tons. Nie je­stem jed­ną z nich, po pro­stu nie je­stem. Wszyst­ko, co przy­wio­złam, jest do chrza­nu.

– Andy… – Emi­ly wy­su­nę­ła bio­dro opię­te fio­le­to­wo­ró­żo­wą, roz­klo­szo­wa­ną je­dwab­ną su­kien­ką tuż pod miej­scem, gdzie le­ją­cy się ma­te­riał był ścią­gnię­ty po­trój­nie owi­nię­tym zło­tym pa­skiem, któ­rym nie da­ło­by się opa­sać uda więk­szo­ści ko­biet. Mia­ła zgrab­ne jak ła­nia opa­lo­ne nogi, była w zło­ci­stych san­dał­kach gla­dia­tor­kach, a pa­znok­cie po­ma­lo­wa­ła błysz­czą­cym ró­żo­wym la­kie­rem w ta­kim sa­mym od­cie­niu jak suk­nia.

Andy przyj­rza­ła się jej ide­al­nie uło­żo­nym wło­som, lśnią­cym po­licz­kom, błysz­czą­cym bla­do­ró­żo­wym ustom.

– Mam na­dzie­ję, że to tyl­ko pu­der roz­ja­śnia­ją­cy, a nie two­ja na­tu­ral­na uro­da – po­wie­dzia­ła uszczy­pli­wie, wska­zu­jąc jej twarz. – Nikt nie ma pra­wa tak do­brze wy­glą­dać.

– Andy, prze­cież wiesz, jaki to waż­ny wie­czór! Żeby wszyst­kich za­pro­sić, Mi­les mu­siał bła­gać o przy­słu­gę mi­lion osób, a ja przez cały mie­siąc uże­ra­łam się z flo­ryst­ka­mi, z tymi od przy­jęć i moją pie­przo­ną te­ścio­wą. Wiesz, jak trud­no było prze­ko­nać ich, żeby po­zwo­li­li nam wy­dać to przy­ję­cie? Ta baba oma­wia­ła ze mną wszyst­kie za­sa­dy, jak­by­śmy mia­ły sie­dem­na­ście lat i chcia­ły zor­ga­ni­zo­wać tu ochlaj z becz­ką piwa. A ty? Ty mia­łaś się tyl­ko po­ka­zać, do­brze wy­glą­dać i być cza­ru­ją­ca. No i co?

– Prze­cież przy­je­cha­łam, nie? I ro­bię, co mogę, żeby być cza­ru­ją­ca. Czy mo­że­my uznać, że speł­niam przy­najm­niej te dwa wa­run­ki?

Emi­ly wes­tchnę­ła i Andy po pro­stu mu­sia­ła się uśmiech­nąć.

– Po­móż mi! Po­móż swo­jej bied­nej, nie­peł­no­spraw­nej sty­lo­wo przy­ja­ciół­ce skom­ple­to­wać coś cho­ciaż względ­nie sto­sow­ne­go, żeby do­brze wy­glą­da­ła, pro­sząc ob­cych o pie­nią­dze! – Po­wie­dzia­ła to, żeby spra­wić Emi­ly przy­jem­ność, ale przez te sie­dem lat zro­bi­ła duże po­stę­py w dzie­dzi­nie mody. Czy mo­gła mieć na­dzie­ję, że kie­dyś bę­dzie wy­glą­da­ła tak ład­nie jak Emi­ly? Oczy­wi­ście, że nie. Ale ab­ne­gat­ką też nie była.

Emi­ly chwy­ci­ła kil­ka su­kie­nek z le­żą­ce­go na środ­ku łóż­ka sto­su i zmarsz­czy­ła nos.

– Wła­ści­wie co chcia­łaś wło­żyć?

Andy za­nu­rzy­ła rękę w roz­rzu­co­nych ubra­niach i wy­cią­gnę­ła gra­na­to­wą lnia­ną szmi­zjer­kę z pa­skiem ze sznur­ka i espa­dry­le na ko­tur­nach. Szmi­zjer­ka była pro­sta, ele­ganc­ka i po­nad­cza­so­wa. Może trosz­kę zmię­ta. Ale na pew­no od­po­wied­nia.

Emi­ly zbla­dła.

– Chy­ba żar­tu­jesz.

– Spójrz na te fan­ta­stycz­ne gu­zicz­ki. Nie była ta­nia.

– W du­pie mam gu­zicz­ki! – za­pisz­cza­ła Emi­ly, rzu­ca­jąc su­kien­kę na dru­gi ko­niec po­ko­ju.

– To Mi­cha­el Kors! Czy to nic nie zna­czy?

– To jest strój pla­żo­wy, Andy. Coś, co mo­del­ki za­rzu­ca­ją na ko­stium ką­pie­lo­wy. A ty co, ku­pi­łaś go przez in­ter­net w Nord­stro­mie?

Andy nie od­po­wie­dzia­ła i sfru­stro­wa­na Emi­ly wy­rzu­ci­ła ręce do góry.

Andy wes­tchnę­ła.

– Mo­żesz mi po pro­stu po­móc? Pro­szę. Je­śli mi nie po­mo­żesz, ist­nie­je duże ry­zy­ko, że pad­nę na łóż­ko, na­kry­ję się koł­drą i…

Emi­ly mo­men­tal­nie wrzu­ci­ła wyż­szy bieg, mru­cząc pod no­sem, jaka Andy jest bez­na­dziej­na mimo jej bez­u­stan­nych wy­sił­ków i prób na­ucze­nia jej taj­ni­ków kro­ju, do­pa­so­wy­wa­nia, ma­te­ria­łów i sty­lu… nie wspo­mi­na­jąc już o bu­tach. Buty są wszyst­kim. Po­grze­ba­ła w kłę­bie ubrań, wy­ję­ła dwie su­kien­ki, pod­nio­sła je, na­tych­miast zmarsz­czy­ła nos i bez­ce­re­mo­nial­nie od­rzu­ci­ła je na bok. Po pię­ciu mi­nu­tach de­ner­wu­ją­cej grze­ba­ni­ny znik­nę­ła bez sło­wa na ko­ry­ta­rzu i kil­ka chwil póź­niej wró­ci­ła ze ślicz­ną bla­do­nie­bie­ską mak­si z dżer­se­ju i z prze­cud­ny­mi wi­szą­cy­mi kol­czy­ka­mi z tur­ku­sa­mi opra­wio­ny­mi w sre­bro.

– Trzy­maj. Masz srebr­ne san­da­ły, tak? Bo w moje za Boga nie wej­dziesz.

– Za Boga nie wej­dę w to – po­wie­dzia­ła Andy, spo­glą­da­jąc nie­uf­nie na pięk­ną su­kien­kę.

– Wej­dziesz. Ku­pi­łam roz­miar za dużą, bo kie­dy je­stem wzdę­ta, marsz­czy się w ta­lii. Ale ty po­win­naś się w nią zmie­ścić.

Andy ro­ze­śmia­ła się. Przy­jaź­ni­ły się od tylu lat, że pra­wie nie za­uwa­ża­ła już ta­kich uwag.

– No co? – spy­ta­ła zbi­ta z tro­pu Emi­ly.

– Nic. Jest ide­al­na. Dzię­ku­ję.

– Do­bra, to się wresz­cie ubierz. – Jak­by dla pod­kre­śle­nia pil­no­ści tego roz­ka­zu w tej sa­mej chwi­li za­dzwo­nił dzwo­nek u drzwi. – Pierw­si go­ście! Bie­gnę na dół. Bądź uro­cza. Męż­czyzn py­taj o pra­cę, ko­bie­ty o dzia­łal­ność cha­ry­ta­tyw­ną. To nie jest ko­la­cja ro­bo­cza, więc o cza­so­pi­śmie nie wspo­mi­naj, w każ­dym ra­zie nie bez­po­śred­nio, chy­ba że ktoś spy­ta.

– Nie ro­bo­cza? To nie bę­dzie­my cho­dzi­ły od jed­ne­go do dru­gie­go, że­brząc o pie­nią­dze?

Roz­draż­nio­na Emi­ly cięż­ko wes­tchnę­ła.

– Tak, ale do­pie­ro po­tem. Naj­pierw bę­dzie­my uda­wa­ły, że udzie­la­my się to­wa­rzy­sko i do­brze się ba­wi­my. Naj­waż­niej­sze, żeby zo­ba­czy­li, że je­ste­śmy by­stre, od­po­wie­dzial­ne i że mamy fan­ta­stycz­ne po­my­sły. Więk­szość to kum­ple Mi­le­sa z Prin­ce­ton. Sta­do tych od fun­du­szów hed­gin­go­wych, któ­rzy uwiel­bia­ją in­we­sto­wać w pro­jek­ty me­dial­ne. Mó­wię ci, włóż tę su­kien­kę, dużo się uśmie­chaj, oka­zuj za­in­te­re­so­wa­nie, bądź jak zwy­kle cza­ru­ją­ca, a się usta­wi­my.

– Uśmie­chać się, oka­zy­wać za­in­te­re­so­wa­nie, być cza­ru­ją­cą. Ro­zu­miem. – Andy zdję­ła z gło­wy ręcz­nik i za­czę­ła roz­cze­sy­wać wło­sy.

– Pa­mię­taj, po­sa­dzi­łam cię mię­dzy Fa­ro­okiem Ha­mi­dem, któ­re­go fun­dusz skla­sy­fi­ko­wa­no ostat­nio wśród pięć­dzie­się­ciu naj­bar­dziej lu­kra­tyw­nych in­we­sty­cji tego roku, i Ma­xem Har­ri­so­nem z Har­ri­son Me­dia Hol­dings, któ­ry jest te­raz pre­ze­sem za­rzą­du.

– Nie­daw­no umarł mu oj­ciec, praw­da? Kil­ka mie­się­cy temu. – Andy pa­mię­ta­ła trans­mi­to­wa­ny przez te­le­wi­zję po­grzeb i to, że przez dwa dni w ga­ze­tach ro­iło się od ar­ty­ku­łów, po­śmiert­nych pe­anów i hoł­dów na cześć twór­cy jed­ne­go z naj­więk­szych im­pe­riów me­dial­nych, któ­ry po se­rii fa­tal­nych de­cy­zji in­we­sty­cyj­nych, pod­ję­tych tuż przed re­ce­sją w 2008 roku – Ma­doff, pola naf­to­we w nie­sta­bil­nych po­li­tycz­nie kra­jach – wpro­wa­dził fir­mę w fi­nan­so­wy kor­ko­ciąg. Nikt nie wie­dział, jak wiel­kie stra­ty po­niósł jego hol­ding.

– Tak. Te­raz sze­fem jest Max i z tego, co mó­wią, na­praw­dę nie­źle so­bie ra­dzi. A je­dy­ną rze­czą, któ­rą lubi bar­dziej niż in­we­sto­wa­nie w nowe pro­jek­ty me­dial­ne, jest in­we­sto­wa­nie w nowe pro­jek­ty me­dial­ne kie­ro­wa­ne przez atrak­cyj­ne ko­bie­ty.

– Boże, Em, czyż­byś na­zwa­ła mnie atrak­cyj­ną ko­bie­tą? Aż się za­czer­wie­ni­łam, po­waż­nie.

Emi­ly po­gar­dli­wie prych­nę­ła.

– Mó­wi­łam o so­bie… Po­słu­chaj, mo­żesz być na dole za pięć mi­nut? Po­trze­bu­ję cię! – I wy­szła.

– Ja też cię ko­cham! – za­wo­ła­ła za nią Andy, grze­biąc w sto­sie ubrań w po­szu­ki­wa­niu sta­ni­ka bez ra­mią­czek.

Ko­la­cja prze­bie­gła za­ska­ku­ją­co spo­koj­nie, o wie­le spo­koj­niej, niż prze­wi­dy­wa­ła jej roz­hi­ste­ry­zo­wa­na przy­ja­ciół­ka. Przez otwar­te bocz­ne ścia­ny roz­sta­wio­ne­go nad wodą na­mio­tu wpa­da­ła do środ­ka sło­na bry­za, a blask se­tek świec w szkle przy­dał przy­ję­ciu sub­tel­nej ele­gan­cji. Menu, w któ­rym do­mi­no­wa­ły owo­ce mo­rza, było nie­sa­mo­wi­te: czę­ścio­wo roz­łu­pa­ne po­nad­ki­lo­gra­mo­we ho­ma­ry, mał­że w so­sie ma­śla­no-cy­try­no­wym, omuł­ki du­szo­ne w bia­łym wi­nie, czer­wo­ne ziem­niacz­ki z czosn­kiem i roz­ma­ry­nem, kol­by ku­ku­ry­dzy opró­szo­ne se­rem co­ti­ja, ko­sze cie­płych ma­śla­nych bu­łe­czek, nie­skoń­czo­ne za­pa­sy zim­ne­go piwa z li­mon­ką, kie­lisz­ki orzeź­wia­ją­ce­go pi­not gri­gio i naj­pysz­niej­sze mar­ga­ri­ty, ja­kie Andy kie­dy­kol­wiek piła.

Na­pchaw­szy się do­mo­wej ro­bo­ty szar­lot­ką i lo­da­mi, wszy­scy ru­szy­li do ogni­ska, któ­re ob­słu­ga roz­pa­li­ła na skra­ju traw­ni­ka, gdzie cze­ka­ły już de­se­ro­we ka­na­pecz­ki zro­bio­ne z dwóch kra­ker­sów, kil­ku ko­stek cze­ko­la­dy i roz­to­pio­nej nad ogniem pian­ki, kub­ki gę­stej go­rą­cej cze­ko­la­dy i stos cien­kich ko­ców utka­nych z nie­biań­sko mię­ciut­kie­go kasz­mi­ru i włó­kien bam­bu­sa. Dużo pito i dużo się śmia­no, tak jak pod­czas ko­la­cji, nic więc dziw­ne­go, że już wkrót­ce wo­kół ogni­ska za­czę­ło krą­żyć kil­ka jo­in­tów. Andy za­uwa­ży­ła, że nie palą tyl­ko ona i Max Har­ri­son, bo tyl­ko oni za każ­dym ra­zem prze­ka­zy­wa­li skrę­ta da­lej. Kie­dy Max prze­pro­sił go­ści i ru­szył w stro­nę domu, nie mo­gła się po­wstrzy­mać i po­szła za nim.

– O, cześć – po­wie­dzia­ła, na­gle za­wsty­dzo­na, wpa­da­jąc na nie­go na roz­le­głym ta­ra­sie. – Szu­kam… szu­kam ła­zien­ki – ze­łga­ła.

– An­drea, praw­da? – spy­tał, cho­ciaż przez trzy go­dzi­ny sie­dzie­li obok sie­bie przy sto­le. Ale on roz­ma­wiał głów­nie z ko­bie­tą po jego le­wej stro­nie, ro­syj­ską mo­del­ką, któ­ra chy­ba nie zna­ła an­giel­skie­go, ale któ­ra chi­cho­ta­ła i trze­po­ta­ła rzę­sa­mi na tyle, by go za­in­te­re­so­wać. Na­to­miast ona ga­wę­dzi­ła z Fa­ro­okiem – a ra­czej go słu­cha­ła – chwa­lił się, czym po­pad­nie, od ku­pio­ne­go w Gre­cji jach­tu po not­kę bio­gra­ficz­ną w ostat­nim nu­me­rze „Wall Stre­et Jo­ur­nal”.

– Tak, ale wolę Andy.

– Za­pa­lisz… Andy? – Max wy­jął z kie­sze­ni pacz­kę marl­bo­ro li­gh­tów, po­czę­sto­wał ją, a ona, cho­ciaż nie pa­li­ła już od roku, bez na­my­słu się­gnę­ła po pa­pie­ro­sa.

W mil­cze­niu pstryk­nął za­pal­nicz­ką, po­dał jej ogień, też za­pa­lił i gdy obo­je wy­pu­ści­li dłu­gą smu­gę dymu, po­wie­dział:

– Wspa­nia­łe przy­ję­cie. Od­wa­li­ły­ście ka­wał do­brej ro­bo­ty.

Andy mo­gła się tyl­ko uśmiech­nąć.

– Dzię­ki. Ale to głów­nie za­słu­ga Emi­ly.

– Dla­cze­go nie pa­lisz? To zna­czy… traw­ki.

Andy zmru­ży­ła oczy.

– Za­uwa­ży­łem, że by­li­śmy je­dy­ny­mi, któ­rzy… od­ma­wia­li.

Zgo­da, mó­wi­li tyl­ko o pa­le­niu skrę­ta, ale było jej miło, że w ogó­le to za­uwa­żył. Tro­chę o nim sły­sza­ła, głów­nie to, że jest naj­lep­szym szkol­nym kum­plem Mi­le­sa i po­sta­cią z ru­bryk to­wa­rzy­skich i blo­gów me­dial­nych. Na wszel­ki wy­pa­dek Emi­ly za­po­zna­ła ją po­krót­ce z jego barw­ną prze­szło­ścią, twier­dząc, że Max prze­pa­da za ład­niut­ki­mi, głu­piut­ki­mi dziew­czy­na­mi, że za­li­czył ich Bóg wie ile i że cho­ciaż jest nie­praw­do­po­dob­nie in­te­li­gent­ny, po­rząd­ny, od­da­ny ro­dzi­nie i przy­ja­cio­łom, nie po­tra­fi zwią­zać się z ni­kim „na po­waż­nie”. Ona i Mi­les prze­wi­dy­wa­li, że po­zo­sta­nie ka­wa­le­rem co naj­mniej do czter­dziest­ki albo i dłu­żej, do­pó­ki jego do­mi­nu­ją­ca mat­ka nie za­żą­da od nie­go wnu­ka, zmu­sza­jąc go do mał­żeń­stwa z ja­kąś dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nią la­sen­cją, któ­ra bę­dzie pa­trzy­ła w nie­go jak w ob­raz, nig­dy nie kwe­stio­nu­jąc tego, co mąż po­wie czy zro­bi. Andy o tym wszyst­kim wie­dzia­ła – słu­cha­ła uważ­nie, a to, co zna­la­zła na wła­sną rękę, po­twier­dza­ło sło­wa Emi­ly – ale z nie­wia­do­mych po­wo­dów oce­na ta wy­da­ła jej się te­raz nie­spra­wie­dli­wa.

– Tak na­praw­dę to nie wiem. W col­le­ge’u pa­li­łam tak jak inni, ale ja­koś mi to nie le­ża­ło. Wy­my­ka­łam się do swe­go po­ko­ju, ga­pi­łam w lu­stro, ro­bi­łam prze­gląd wszyst­kich złych de­cy­zji, któ­re pod­ję­łam, i za­wsze wy­cho­dzi­ło mi, że je­stem kosz­mar­nym nie­udacz­ni­kiem.

– Peł­ny od­lot, co? – rzu­cił z uśmie­chem Max.

– Do­szłam do wnio­sku, że i bez tego ży­cie jest wy­star­cza­ją­co cięż­kie. Po co mi traw­ka czy pro­chy? Żeby się jesz­cze bar­dziej po­grą­żyć?

– Słusz­nie. – Max za­cią­gnął się dy­mem.

– A ty?

Dłu­go się za­sta­na­wiał, jak­by nie mógł się zde­cy­do­wać, któ­rą wer­sję wy­brać. Za­ci­snął tak cha­rak­te­ry­stycz­ne dla Har­ri­so­nów moc­no za­ry­so­wa­ne szczę­ki, ścią­gnął ciem­ne brwi. Był bar­dzo po­dob­ny do swo­je­go ojca, któ­re­go zdję­cia Andy wi­dzia­ła w ga­ze­tach. Gdy ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły, zno­wu się uśmiech­nął, lecz tym ra­zem był to uśmiech przy­pra­wio­ny nut­ką smut­ku.

– Nie­daw­no zmarł mój oj­ciec. Ofi­cjal­nie po­da­no, że na raka, ale to była mar­skość wą­tro­by. Przez całe do­ro­słe ży­cie był al­ko­ho­li­kiem. Do­sko­na­le przy tym funk­cjo­no­wał, je­śli moż­na tak na­zwać co­noc­ne pi­jań­stwa, ale po­tem przy­szedł kry­zys fi­nan­so­wy i jego skut­ki. Wte­dy za­czął pod­upa­dać na zdro­wiu. Ja też dużo pi­łem, już w col­le­ge’u. Po pię­ciu la­tach stwier­dzi­łem, że prze­sta­ję nad tym pa­no­wać. Więc rzu­ci­łem. Wszyst­ko. Wódę i pro­chy, wszyst­ko oprócz tego ra­ko­twór­cze­go świń­stwa, któ­re­go nie po­tra­fię so­bie od­mó­wić…

Kie­dy o tym wspo­mniał, Andy przy­po­mnia­ła so­bie, że pod­czas ko­la­cji pił tyl­ko wodę z bą­bel­ka­mi. Wte­dy o tym nie my­śla­ła, ale te­raz, gdy zna­ła już jego hi­sto­rię, mia­ła ocho­tę ob­jąć go i przy­tu­lić.

Mu­sia­ła od­pły­nąć my­śla­mi gdzieś da­le­ko, bo do­dał:

– Jak się pew­nie do­my­ślasz, je­stem ostat­nio du­szą każ­de­go przy­ję­cia.

Ro­ze­śmia­ła się.

– A ja czę­sto zni­kam bez po­że­gna­nia, żeby wró­cić do domu, wło­żyć spodnie od dre­su i spo­koj­nie obej­rzeć ja­kiś film. Pi­jesz czy nie, je­steś pew­nie za­baw­niej­szy ode mnie.

Pa­ląc pa­pie­ro­sa, ga­wę­dzi­li swo­bod­nie przez kil­ka mi­nut i kie­dy od­pro­wa­dził ją do ogro­du, przy­ła­pa­ła się na tym, że cią­gle pró­bu­je przy­cią­gnąć jego uwa­gę, jed­no­cze­śnie wma­wia­jąc so­bie, że Max jest tyl­ko zwy­kłym pod­ry­wa­czem. Był nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­ny, nie mo­gła temu za­prze­czyć. Mia­ła aler­gię na „nie­grzecz­nych” chłop­ców, ale w nim zo­ba­czy­ła coś bez­bron­ne­go i szcze­re­go. Nie mu­siał opo­wia­dać jej o swo­im ojcu ani o pro­ble­mach z al­ko­ho­lem. Był za­ska­ku­ją­co bez­po­śred­ni i twar­do stą­pał po zie­mi, czym bar­dzo jej za­im­po­no­wał. Ale na­wet Emi­ly uwa­ża, że nie­złe z nie­go ziół­ko, po­wta­rza­ła so­bie w du­chu, a zwa­żyw­szy, że Emi­ly jest żoną jed­ne­go z naj­więk­szych ba­lan­go­wi­czów na Man­hat­ta­nie, to mówi samo za sie­bie. Dla­te­go gdy Max po­że­gnał się z nią po pół­no­cy nie­win­nym po­ca­łun­kiem w po­li­czek i zdaw­ko­wym: „Miło było cię po­znać”, uzna­ła, że tak jest le­piej. Świet­nych fa­ce­tów jest na pęcz­ki, nie musi przy­kle­jać się do ja­kie­goś głu­pie­go play­boya. Na­wet je­śli jest słod­ki, uro­czy i szcze­ry.

O dzie­wią­tej na­stęp­ne­go dnia przy­szła do niej Emi­ly, któ­ra mimo wcze­snej pory zdą­ży­ła się już zro­bić na bó­stwo, wkła­da­jąc krót­kie bia­łe szor­ty, bluz­kę z ba­ti­ko­wym na­dru­kiem i san­da­ły na wy­so­kich do nie­ba ko­tur­nach.

– Zro­bisz mi przy­słu­gę? – spy­ta­ła.

Andy za­sło­ni­ła ra­mie­niem twarz.

– A czy będę mu­sia­ła wstać? Te wczo­raj­sze mar­ga­ri­ty zu­peł­nie mnie do­bi­ły.

– Roz­ma­wia­łaś z Ma­xem Har­ri­so­nem, pa­mię­tasz?

Andy otwo­rzy­ła jed­no oko.

– Pew­nie.

– Wła­śnie dzwo­nił. Za­pra­sza nas na wcze­sny lunch do domu swo­ich ro­dzi­ców, cie­bie, mnie i Mi­le­sa, żeby po­ga­dać o pie­nią­dzach. Chy­ba chce w nas za­in­we­sto­wać, i to spo­ro.

– To fan­ta­stycz­nie! – wy­krzyk­nę­ła Andy, nie bar­dzo wie­dząc, czy cho­dzi jej o za­pro­sze­nie, czy o per­spek­ty­wę du­że­go za­strzy­ku fi­nan­so­we­go.

– Tyl­ko że Mi­les i ja je­ste­śmy już umó­wie­ni na brunch w klu­bie z jego sta­ry­mi. Wró­ci­li dziś rano i rwą się do wyj­ścia. Wy­jeż­dża­my za pięt­na­ście mi­nut i nie ma mowy, że­bym mo­gła się od tego wy­krę­cić. Pró­bo­wa­łam, wierz mi. Po­ra­dzisz so­bie z Ma­xem sama?

Andy uda­ła, że się za­sta­na­wia.

– Tak, chy­ba tak – od­par­ła. – Je­śli chcesz, to pój­dę.

– Do­sko­na­le, a więc za­ła­twio­ne. Max przy­je­dzie po cie­bie za go­dzi­nę. Po­wie­dział, że­byś wzię­ła ko­stium ką­pie­lo­wy.

– Ko­stium? To mu­szę jesz­cze za­brać…

Emi­ly po­da­ła jej dużą słom­ko­wą tor­bę od Dia­ne von Fur­sten­berg.

– Bi­ki­ni, dla cie­bie z wy­so­kim sta­nem oczy­wi­ście, ślicz­na mała pla­żo­wa su­kie­necz­ka od Mil­ly, ka­pe­lusz z opa­da­ją­cym ron­dem i blo­ker, trzy­dziest­ka bez olej­ku. Na po­tem weź­miesz bia­łe szor­ty z pa­skiem, któ­re mia­łaś na so­bie wczo­raj, wło­żysz lnia­ną tu­ni­kę i te ład­niut­kie bia­łe bu­ci­ki Tom­sa. Ja­kieś py­ta­nia?

Andy ro­ze­śmia­ła się, po­ma­cha­ła jej na do wi­dze­nia i wy­sy­pa­ła na łóż­ko za­war­tość tor­by. Ka­pe­lusz i blo­ker od razu wrzu­ci­ła do niej z po­wro­tem wraz ze swo­im bi­ki­ni, z dżin­so­wy­mi szor­ta­mi i to­pem. Nie za­mie­rza­ła słu­chać dyk­ta­tor­skich po­le­ceń mo­do­wych przy­ja­ciół­ki, przy­najm­niej nie do koń­ca, poza tym uzna­ła, że je­śli jej wy­gląd nie spodo­ba się Ma­xo­wi, to jego pro­blem.

To było ide­al­ne po­po­łu­dnie. Pły­wa­ła jego małą mo­to­rów­ką, czę­sto ska­cząc dla ochło­dy do mo­rza, a póź­niej zje­dli lunch, na któ­ry skła­da­ły się: pie­czo­ny kur­czak na zim­no, kil­ka pla­strów ar­bu­za, cia­stecz­ka z ma­słem orze­cho­wym i le­mo­nia­da. Na­stęp­nie, nie zwa­ża­jąc na ostre słoń­ce, pra­wie dwie go­dzi­ny spa­ce­ro­wa­li po pla­ży, a po­tem usnę­li w mięk­ko wy­ście­ła­nych le­ża­kach nad brze­giem błysz­czą­ce­go, zu­peł­nie opu­sto­sza­łe­go ba­se­nu Har­ri­so­nów. Gdy w koń­cu otwo­rzy­ła oczy, wy­da­wa­ło się, że wie­le go­dzin póź­niej, po­czu­ła na so­bie jego wzrok.

– Lu­bisz mał­że z to­pio­nym ma­słem? – spy­tał z dziw­nym uśmiesz­kiem.

– A kto nie lubi?

Dał jej swo­ją blu­zę, któ­rą wło­ży­ła na ko­stium, wsko­czy­li do je­epa i po­je­cha­li. Wiatr po­tar­gał jej wło­sy, spla­ta­jąc je w cu­dow­ny sło­ny ba­ła­gan na gło­wie, i stwier­dzi­ła, że od lat nie czu­ła się tak wol­na i swo­bod­na. Za­nim za­par­ko­wa­li przed małą bud­ką na pla­ży w Ama­gan­sett, zdą­ży­ła się już na­wró­cić: Hamp­tons to naj­wspa­nial­sze miej­sce na zie­mi pod wa­run­kiem, że miesz­ka tu Max i że za­wsze ma pod ręką ku­be­łek mał­ży i mi­secz­kę to­pio­ne­go ma­sła. Chrza­nić week­en­dy w mie­ście. To praw­dzi­wy raj.

– Nie­złe, praw­da? – spy­tał, po­ły­ka­jąc ko­lej­ne­go mał­ża i wrzu­ca­jąc sko­rup­kę do pla­sti­ko­we­go ko­sza na od­pad­ki.

– Są ta­kie świe­że, że w nie­któ­rych jest jesz­cze pia­sek – wy­mla­ska­ła z peł­ny­mi usta­mi. Ogry­za­ła kol­bę ku­ku­ry­dzy, nie zwa­ża­jąc na to, że jej pod­bró­dek ocie­ka ma­słem.

– Chcę za­in­we­sto­wać w wa­sze cza­so­pi­smo – po­wie­dział Max, pa­trząc jej w oczy.

– Na­praw­dę? To wspa­nia­le. Wię­cej niż wspa­nia­le, to fan­ta­stycz­nie. Emi­ly mó­wi­ła, że je­steś za­in­te­re­so­wa­ny, ale nie chcia­łam…

– Je­stem pod wra­że­niem tego, co już zro­bi­łaś.

Andy po­czu­ła, że się czer­wie­ni.

– Szcze­rze mó­wiąc, pra­wie wszyst­ko zro­bi­ła Emi­ly. To nie­sa­mo­wi­te, jaka jest zor­ga­ni­zo­wa­na. I ja­kie ma kon­tak­ty. Ja nie umiem na­wet na­pi­sać biz­ne­spla­nu, nie wspo­mi­na­jąc o…

– Tak, Emi­ly jest świet­na, ale mó­wi­łem o to­bie, o tym, co ty zro­bi­łaś. Gdy Emi­ly skon­tak­to­wa­ła się ze mną kil­ka ty­go­dni temu, prze­czy­ta­łem wszyst­ko, co na­pi­sa­łaś.

Andy wy­trzesz­czy­ła oczy.

– Zwłasz­cza na tym ślub­nym blo­gu. I żyli dłu­go i szczę­śli­wie, tak? Przy­znam ci się, że rzad­ko czy­tam spra­woz­da­nia ze ślu­bów, ale two­je wy­wia­dy są zna­ko­mi­te. A ten ar­ty­kuł o Chel­sea Clin­ton, któ­ry na­pi­sa­łaś, kie­dy wy­cho­dzi­ła za mąż? Jest na­praw­dę bar­dzo do­bry.

– Dzię­ku­ję – wy­szep­ta­ła.

– Prze­czy­ta­łem rów­nież ten w „New York Ma­ga­zi­ne”, ten o li­te­ro­wym sys­te­mie ocen re­stau­ra­cji. Bar­dzo cie­ka­wy. I ten po­dróż­ni­czy, o przy­sta­ni dla ama­to­rów jogi. Gdzie to było? W Bra­zy­lii?

Andy po­ki­wa­ła gło­wą.

– Aż mia­łem ocho­tę tam po­je­chać. A za­pew­niam cię, że nie prze­pa­dam za jogą.

– Dzię­ki. To… – Andy od­kaszl­nę­ła, pró­bu­jąc stłu­mić uśmiech – to dużo dla mnie zna­czy.

– Nie mó­wię tego, żeby spra­wić ci przy­jem­ność. Mó­wię ci o tym, bo na­praw­dę tak jest. Emi­ly przed­sta­wi­ła mi wstęp­ny za­rys wa­szych po­my­słów na to nowe cza­so­pi­smo i uwa­żam, że jest do­sko­na­ły.

Tym ra­zem Andy po­zwo­li­ła so­bie na sze­ro­ki uśmiech.

– Mu­szę przy­znać, że by­łam bar­dzo scep­tycz­na, kie­dy Emi­ly z tym wy­sko­czy­ła. Wy­da­wa­ło mi się, że świat nie po­trze­bu­je ko­lej­ne­go ma­ga­zy­nu ślub­ne­go. Że na ryn­ku nie ma już miej­sca. Ale kie­dy za­czę­ły­śmy roz­ma­wiać, zda­ły­śmy so­bie spra­wę, że jed­nak tak, że bra­ku­je na nim ślub­ne­go od­po­wied­ni­ka „Run­waya”, eks­klu­zyw­ne­go, luk­su­so­we­go cza­so­pi­sma ze wspa­nia­ły­mi zdję­cia­mi, bez żad­nej tan­de­ty. Ma­ga­zy­nu po­świę­co­ne­go ce­le­bry­tom, oso­bom z to­wa­rzy­stwa i ślu­bom poza za­się­giem fi­nan­so­wym więk­szo­ści czy­tel­ni­ków, ce­re­mo­niom, któ­re mają jed­nak wiel­ki wpływ na ich ma­rze­nia i pla­ny. Cze­goś, co dla każ­dej prak­tycz­nej, wy­ro­bio­nej i ma­ją­cej styl ko­bie­ty by­ło­by in­spi­ra­cją, na któ­rej mo­gła­by wzo­ro­wać swo­ją wła­sną uro­czy­stość. W dzi­siej­szych cza­so­pi­smach ślub­nych do­mi­nu­je gip­sów­ka, ko­lo­ro­we bu­ci­ki i tia­ry, nie ma tam ni­cze­go, co pod­su­nę­ło­by ja­kiś po­mysł bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nej pan­nie mło­dej. My­ślę, że „Plun­ge” wy­peł­ni tę ni­szę.

Max pa­trzył na nią z bu­tel­ką bez­al­ko­ho­lo­we­go piwa ko­rzen­ne­go w ręku.

– Prze­pra­szam, nie chcia­łam się tak roz­pę­dzać. Ale kie­dy o tym mó­wię, za­wsze mnie po­no­si. – Andy upi­ła łyk co­ro­ny, za­sta­na­wia­jąc się, czy to, że pije przy Ma­xie al­ko­hol, jest nie­tak­tem.

– By­łem go­tów za­in­we­sto­wać, po­nie­waż po­mysł wy­glą­da roz­sąd­nie, po­nie­waż Emi­ly jest bar­dzo prze­ko­nu­ją­ca, a ty nie­zwy­kle atrak­cyj­na. Ale nie wie­dzia­łem, że po­tra­fisz być rów­nie prze­ko­nu­ją­ca jak ona.

– Tro­chę prze­gię­łam, co? – Andy ukry­ła twarz w dło­niach. – Prze­pra­szam. – Mó­wi­ła, wy­po­wia­da­ła sło­wa, ale mo­gła my­śleć tyl­ko o tym, że na­zwał ją „nie­zwy­kle atrak­cyj­ną”.

– Je­steś nie tyl­ko do­brą dzien­ni­kar­ką. W przy­szłym ty­go­dniu spo­tka­my się ra­zem w mie­ście i omó­wi­my szcze­gó­ły, ale już te­raz mogę po­wie­dzieć, że fir­ma Har­ri­son Me­dia Hol­dings chcia­ła­by zo­stać wa­szym głów­nym in­we­sto­rem.

– By­ło­by cu­dow­nie i pra­gnę cię za­pew­nić, że mó­wię to nie tyl­ko w swo­im imie­niu, ale i w imie­niu Emi­ly – po­wie­dzia­ła i na­tych­miast po­ża­ło­wa­ła, że za­brzmia­ło to tak ofi­cjal­nie.

– Za­ro­bi­my ra­zem dużo pie­nię­dzy. – Max pod­niósł bu­tel­kę jak do to­a­stu.

Andy trą­ci­ła ją bu­tel­ką co­ro­ny.

– Za nas. Za przy­szłych part­ne­rów w in­te­re­sach.

Max spoj­rzał na nią dziw­nie, ale jesz­cze raz trą­cił jej bu­tel­kę swo­ją i wy­pił łyk piwa.

Przez chwi­lę Andy czu­ła się tro­chę nie­zręcz­nie, ale szyb­ko do­szła do wnio­sku, że nie po­wie­dzia­ła ni­cze­go nie­sto­sow­ne­go. Osta­tecz­nie Max to biz­nes­men. Po­wią­za­ny z mo­del­ka­mi i prze­róż­ny­mi po­sta­cia­mi z so­cje­ty, ale biz­nes­men. A to ma być in­te­res, dla­te­go „part­ne­rzy w in­te­re­sach” brzmi do­brze i ele­ganc­ko.

Zmie­nił się na­strój, od razu to wy­czu­ła, dla­te­go nie zdzi­wi­ła się, kie­dy za­raz po po­po­łu­dnio­wej wy­pra­wie na mał­że od­wiózł ją do domu te­ściów Emi­ly. Po­ca­ło­wał ją w po­li­czek, po­dzię­ko­wał za wspa­nia­ły dzień, ale nie wspo­mniał o na­stęp­nym spo­tka­niu, nie li­cząc tego w sali kon­fe­ren­cyj­nej, w to­wa­rzy­stwie Emi­ly oraz ze­spo­łu praw­ni­ków i księ­go­wych.

Niby dla­cze­go miał wspo­mnieć? – zga­ni­ła sie­bie w du­chu. Tyl­ko dla­te­go, że tro­chę z nią po­flir­to­wał i na­zwał ją „atrak­cyj­ną”? Dla­te­go że spę­dzi­li ra­zem cu­dow­ny dzień? Dla nie­go był to pew­nie tyl­ko obo­wią­zek: jak zwy­kle uro­czy i cza­ru­ją­cy, przy­go­to­wy­wał po pro­stu grunt pod nowy in­te­res, a przy oka­zji na­wią­zał z nią nie­win­ny flirt. Co, we­dług Emi­ly i tego, co zna­la­zła w in­ter­ne­cie, ro­bił czę­sto i do­brze. I co wca­le nie zna­czy­ło, że się nią in­te­re­su­je.

Emi­ly była za­chwy­co­na, że spę­dzi­li tak uda­ny i owoc­ny dzień, a w jesz­cze więk­szy za­chwyt wpa­dła na ich czwart­ko­wym spo­tka­niu. W imie­niu Har­ri­son Me­dia Hol­dings Max zo­bo­wią­zał się do za­in­we­sto­wa­nia w „Plun­ge’a” osza­ła­mia­ją­cej sze­ścio­cy­fro­wej kwo­ty, więk­szej, niż mo­gły to so­bie wy­ma­rzyć, a co jesz­cze lep­sze, Emi­ly nie mo­gła pójść z nimi na lunch, by uczcić ich wspól­ne przed­się­wzię­cie, na któ­ry Max spon­ta­nicz­nie je za­pro­sił.

– Gdy­by­ście wie­dzie­li, jak trud­no się do niej do­stać, na­wet by­ście nie pro­po­no­wa­li, że­bym nie po­szła – po­wie­dzia­ła, pę­dząc do ja­kiejś słyn­nej der­ma­to­loż­ki gwiazd fil­mo­wych i gwiaz­do­rów na wi­zy­tę, na któ­rą cze­ka­ła pra­wie pięć mie­się­cy. – Ła­twiej za­ła­twić spo­tka­nie z da­laj­la­mą, a zmarszcz­ki na moim czo­le z każ­dą se­kun­dą ro­bią się co­raz głęb­sze.

Tak więc zno­wu po­szli tyl­ko we dwo­je i dwie go­dzi­ny prze­cią­gnę­ły się do pię­ciu, wresz­cie ma­ître d’ re­stau­ra­cji ze ste­ka­mi w śród­mie­ściu grzecz­nie po­pro­sił ich o zwol­nie­nie sto­li­ka, któ­ry ktoś za­re­zer­wo­wał na ko­la­cję. Od­pro­wa­dza­jąc ją do domu – trzy­dzie­ści prze­cznic w kie­run­ku prze­ciw­nym do tego, w któ­rym miesz­kał – Max trzy­mał ją za rękę i cu­dow­nie się czu­ła u jego boku. Wie­dzia­ła, że ład­nie ra­zem wy­glą­da­ją, a ich wza­jem­ne za­uro­cze­nie wy­wo­ły­wa­ło uśmiech na twa­rzach prze­chod­niów. Kie­dy do­szli do domu Andy, zło­żył na jej ustach nie­sa­mo­wi­ty po­ca­łu­nek. Trwał tyl­ko kil­ka se­kund, ale był de­li­kat­ny i do­sko­na­ły i na prze­mian to się cie­szy­ła, to wpa­da­ła w pa­ni­kę, że Max nie chce wię­cej. Nie wspo­mniał o na­stęp­nym spo­tka­niu i cho­ciaż na pew­no ca­ło­wał się z dziew­czy­na­mi, kie­dy i gdzie tyl­ko miał na to ocho­tę, coś mó­wi­ło jej, że wkrót­ce się do niej ode­zwie.

I się ode­zwał, już na­za­jutrz. Wie­czo­rem zno­wu się spo­tka­li. Pięć dni póź­niej roz­sta­wa­li się – bar­dzo nie­chęt­nie – tyl­ko wte­dy, kie­dy mu­sie­li iść do pra­cy, śpiąc na zmia­nę to u niej, to u nie­go i za­sta­na­wia­jąc się, do­kąd pójść się za­ba­wić. On za­brał ją do swo­jej ulu­bio­nej knajp­ki w Qu­eens, bar­dzo ma­fij­nej w sty­lu, gdzie wszy­scy do­brze go zna­li. Gdy zna­czą­co unio­sła brwi, za­pew­nił ją, że to tyl­ko dla­te­go, że kie­dy był mały, co naj­mniej dwa razy w mie­sią­cu by­wał tam z ro­dzi­ca­mi. Ona za­bra­ła go na noc­ny wy­stęp do swo­je­go ulu­bio­ne­go klu­bu ko­me­dio­we­go w West Vil­la­ge, gdzie śmia­li się tak bar­dzo, że za­la­li sto­lik drin­ka­mi. Po­tem, cie­sząc się let­nią nocą, prze­szli pół Man­hat­ta­nu i do­tar­li do jej miesz­ka­nia do­pie­ro o wscho­dzie słoń­ca. Jeź­dzi­li na prze­jażdż­ki wy­po­ży­czo­ny­mi ro­we­ra­mi, na­po­wietrz­nym tram­wa­jem po­je­cha­li na Wy­spę Ro­ose­vel­ta, gdzie w sze­ściu – sze­ściu! – ru­cho­mych bud­kach zje­dze­niem pró­bo­wa­li chy­ba wszyst­kie­go, od lo­dów do­mo­wej ro­bo­ty po ta­cos dla sma­ko­szy i świe­żut­kie bu­łecz­ki z ho­ma­rem. No i ten obłęd­ny seks. Ko­cha­li się jak sza­le­ni. Czę­sto. Pod ko­niec ty­go­dnia byli wy­czer­pa­ni, na­sy­ce­ni i – przy­najm­niej we­dług niej – bar­dzo w so­bie za­ko­cha­ni. W nie­dzie­lę spa­li do je­de­na­stej, a po­tem za­mó­wi­li wiel­kie śnia­da­nie z baj­gla­mi i roz­ło­żyw­szy się na dy­wa­nie w jego sa­lo­nie, oglą­da­li na prze­mian pro­gram o prze­rób­kach do­mów na HGTV i US Open.

– Chy­ba pora już po­in­for­mo­wać Emi­ly – rzu­cił Max, ser­wu­jąc jej lat­te ze swe­go ko­smicz­ne­go eks­pre­su. – Tyl­ko obie­caj, że nie uwie­rzysz w to, co po­wie.

– A co po­wie? Że nie umiesz an­ga­żo­wać się w zwią­zek i masz skłon­ność do co­raz młod­szych dziew­czyn? Dla­cze­go mia­ła­bym tego słu­chać?

Max po­tar­gał jej wło­sy.

– Prze­sa­da, gru­ba prze­sa­da.

– Mhm, ja­sne. – Po­wie­dzia­ła to lek­ko, ale jego re­pu­ta­cja tro­chę ją nie­po­ko­iła. Zgo­da, czu­ła, że to, co ich łą­czy, wy­glą­da in­a­czej – któ­ry play­boy le­żał­by na dy­wa­nie, oglą­da­jąc HGTV? – ale czy nie my­śla­ły tak wszyst­kie dziew­czy­ny?

– Je­steś czte­ry lata młod­sza? To się nie li­czy?

Ro­ze­śmia­ła się.

– Chy­ba tak. Świa­do­mość, że mam do­pie­ro trzy­dzie­ści lat i prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, je­stem ma­łym dziec­kiem, bar­dzo po­ma­ga. Tak, to miłe, zwłasz­cza że je­steś czte­ry lata star­szy ode mnie.

– Chcesz, że­bym po­wie­dział coś Mi­le­so­wi? Chęt­nie to zro­bię.

– Nie, skąd­że. Em przy­cho­dzi dzi­siaj do mnie na su­shi i na po­wtór­kę Ho­use’a. Sama jej po­wiem.

Andy za­sta­na­wia­ła się, jak Emi­ly za­re­agu­je. Po­czu­je się zdra­dzo­na, że nie po­wie­dzia­ła jej wcze­śniej? Po­czu­je się nie­zręcz­nie, bo Max i Mi­les są do­bry­mi kum­pla­mi? Zi­ry­tu­je się, że jej wspól­nicz­ka za­da­ła się z ich głów­nym in­we­sto­rem? Do gło­wy jej nie przy­szło, iż Emi­ly mo­gła po­dej­rze­wać coś od sa­me­go po­cząt­ku.

– Na­praw­dę? Wie­dzia­łaś? – spy­ta­ła, wy­cią­ga­jąc nogę i kła­dąc sto­pę w skar­pet­ce na znisz­czo­nej so­fie.

Emi­ly za­nu­rzy­ła ka­wa­łek sa­shi­mi z ło­so­siem w so­sie so­jo­wym i wrzu­ci­ła go do ust.

– Masz mnie za ostat­nią kre­tyn­kę? A ra­czej za śle­pą ostat­nią kre­tyn­kę? Oczy­wi­ście, że wie­dzia­łam.

– Ale jak… jak się do­my­śli­łaś? Kie­dy?

– Och, nie wiem. Może wte­dy, gdy po wa­szym pierw­szym dniu ra­zem po­ja­wi­łaś się w domu ro­dzi­ców Mi­le­sa i wy­glą­da­łaś tak, jak­byś przed chwi­lą upra­wia­ła naj­wspa­nial­szy seks w ży­ciu. A może po na­szym spo­tka­niu u nie­go w biu­rze, kie­dy nie mo­gli­ście ode­rwać od sie­bie oczu? Jak my­ślisz, dla­cze­go nie po­szłam z wami na lunch? A to, że na­gle znik­nę­łaś, że przez cały ty­dzień nie od­bie­ra­łaś te­le­fo­nów ani nie od­pi­sy­wa­łaś na SMS-y i że by­łaś bar­dziej ta­jem­ni­cza niż na­sto­lat­ka, któ­ra pró­bu­je ukryć coś przed ro­dzi­ca­mi? Daj spo­kój, bądź po­waż­na.

– Mała po­praw­ka: w Hamp­tons ze sobą nie spa­li­śmy. Nie zro­bi­li­śmy nic, co…

Emi­ly pod­nio­sła rękę.

– Pro­szę, da­ruj so­bie szcze­gó­ły. Poza tym nie mu­sisz się przede mną tłu­ma­czyć. Cie­szę się, na­praw­dę. Max to świet­ny fa­cet.

Andy spoj­rza­ła na nią nie­uf­nie.

– Za­wsze mi po­wta­rza­łaś, że to pod­ry­wacz i ko­bie­ciarz.

– Bo tak jest. Ale może to już prze­szłość. Lu­dzie się zmie­nia­ją. Wszy­scy, tyl­ko nie mój mąż. Mó­wi­łam ci, że zna­la­złam kil­ka SMS-ów od ja­kiejś du­pen­cji o imie­niu Rae? To pew­nie nic po­waż­ne­go, ale wy­ma­ga śledz­twa. Tak czy in­a­czej, to, że Mi­les lubi oglą­dać się za ba­ba­mi, wca­le nie zna­czy, że Max się kie­dyś nie ustat­ku­je. Może wła­śnie zna­lazł tę, któ­rej szu­kał.

– Albo je­stem tyl­ko dziew­czy­ną ty­go­dnia.

– Czas po­ka­że, tyl­ko czas. Wiem to z do­świad­cze­nia.

– Ja­sne, w po­rząd­ku – mruk­nę­ła Andy głów­nie dla­te­go, że nic in­ne­go nie przy­szło jej do gło­wy. Mi­les miał taką samą re­pu­ta­cję jak Max, ale do­cho­dzi­ła do tego skry­tość. Był sym­pa­tycz­ny, na pew­no to­wa­rzy­ski i mie­li z Emi­ly dużo wspól­ne­go, jak choć­by za­mi­ło­wa­nie do im­pre­zo­wa­nia, luk­su­so­wych wa­ka­cji i dro­gich ubrań. Ale cho­ciaż byli ra­zem od tylu lat, Andy mia­ła wra­że­nie, że tak na­praw­dę nie zna męża swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki. Emi­ly czę­sto wspo­mi­na­ła, że Mi­les lubi „oglą­dać się za ba­ba­mi”, jak to na­zy­wa­ła, ale ile­kroć Andy pró­bo­wa­ła coś z niej wy­cią­gnąć, na­tych­miast za­my­ka­ła się w so­bie. O ile Andy wie­dzia­ła, żad­ne­go kon­kret­ne­go do­wo­du zdra­dy nie było – przy­najm­niej do­wo­du pu­blicz­ne­go – ale to nic nie zna­czy­ło. Mi­les, męż­czy­zna spryt­ny i dys­kret­ny, jako pro­du­cent te­le­wi­zyj­ny wy­jeż­dżał tak czę­sto, że wszyst­ko było moż­li­we. To, że zdra­dza Emi­ly, też. Było cał­kiem praw­do­po­dob­ne, że ona o tym wie. Ale czy się tym przej­mu­je? Sza­le­je z nie­po­ko­ju i za­zdro­ści, czy też na­le­ży do ko­biet, któ­re uda­ją, że nic nie wi­dzą, do­pó­ki nie gro­zi im pu­blicz­ne po­ni­że­nie? Andy za­wsze to za­sta­na­wia­ło, ale zgod­nie z ich nie­pi­sa­nym po­ro­zu­mie­niem nig­dy nie po­ru­sza­ła tego te­ma­tu.

Emi­ly po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie do wia­ry. Ty i Max Har­ri­son. Nig­dy w ży­ciu nie przy­szło­by mi do gło­wy, żeby was umó­wić, a tu pro­szę… Nie­sa­mo­wi­te.

– Em, my się nie po­bie­ra­my. Po pro­stu spę­dza­my ra­zem czas. – Andy po­wie­dzia­ła to niby obo­jęt­nie, ale tak, cza­sem fan­ta­zjo­wa­ła, jak by to było, gdy­by wy­szła za Maxa Har­ri­so­na. Sza­lo­na myśl – zna­ją się nie­ca­łe dwa ty­go­dnie – ale już te­raz wy­glą­da to zu­peł­nie in­a­czej niż z ja­kim­kol­wiek męż­czy­zną, z któ­rym do­tąd się spo­ty­ka­ła, może z wy­jąt­kiem Ale­xa, tego sprzed lat. Już daw­no nikt jej tak nie pod­nie­cał. Max jest sek­sow­ny, in­te­li­gent­ny, cza­ru­ją­cy i, zgo­da, ma do­bre po­cho­dze­nie. Nig­dy nie wy­obra­ża­ła so­bie, że wyj­dzie za ko­goś ta­kie­go jak on, ale wca­le nie brzmia­ło to strasz­nie.

– Po­słu­chaj – ode­zwa­ła się Emi­ly – ja wszyst­ko ro­zu­miem. Ciesz się. I baw. I ni­cze­go przede mną nie ukry­waj, do­bra? Je­śli się po­bie­rze­cie, chcę, żeby cała za­słu­ga przy­pa­dła mnie.

I to wła­śnie do niej Andy za­dzwo­ni­ła ty­dzień póź­niej, gdy Max po­pro­sił ją, by to­wa­rzy­szy­ła mu na przy­ję­ciu w ho­te­lu Car­ly­le, wy­da­wa­nym przez jego fir­mę na cześć Glo­rii, wy­daw­cy jed­ne­go z jego cza­so­pism i cór­ki dwoj­ga słyn­nych mu­zy­ków, któ­ra opu­bli­ko­wa­ła wła­śnie swo­je wspo­mnie­nia.

– Co ja mam wło­żyć? – spy­ta­ła spa­ni­ko­wa­na.

– Hm, je­śli on jest go­spo­da­rzem przy­ję­cia, a ty go­spo­dy­nią, to musi to być coś od­lo­to­we­go. Co eli­mi­nu­je więk­szą część two­jej „kla­sycz­nej” gar­de­ro­by. Chcesz coś ode mnie po­ży­czyć czy pójść na za­ku­py?

– Go­spo­dy­nią przy­ję­cia? – Andy po­wie­dzia­ła to nie­mal szep­tem. – Ja?

– Je­śli on jest go­spo­da­rzem, a ty z nim idziesz…

– Boże. Nie dam rady. Mó­wił, że będą set­ki lu­dzi, bo jest Ty­dzień Mody. Nie je­stem na to przy­go­to­wa­na.

– Mu­sisz przy­po­mnieć so­bie cza­sy „Run­waya”. Ona też tam pew­nie bę­dzie. Mi­ran­da. Zna­ją się z Glo­rią od lat.

– Wy­klu­czo­ne, nie pój­dę…

W dzień przy­ję­cia przy­je­cha­ła do ho­te­lu go­dzi­nę wcze­śniej, żeby po­móc Ma­xo­wi wszyst­kie­go do­pil­no­wać, i kie­dy we­szła na salę w po­ży­czo­nej od Emi­ly suk­ni od Ce­li­ne, w cu­dow­nych szpil­kach i cięż­kiej, ma­syw­nej zło­tej bi­żu­te­rii, jego mina była war­ta każ­dej ceny. Wie­dzia­ła, że ład­nie wy­glą­da, i była z sie­bie dum­na.

Max ob­jął ją i szep­nął jej do ucha, że wy­glą­da osza­ła­mia­ją­co. A po­tem, gdy przed­sta­wiał ją go­ściom – ko­le­gom i pra­cow­ni­kom, róż­nym wy­daw­com, au­to­rom, fo­to­gra­fom, re­kla­mo­daw­com i PR-owcom – jako swo­ją dziew­czy­nę, nie po­sia­da­ła się ze szczę­ścia. Swo­bod­nie z nimi ga­wę­dzi­ła, sta­ra­ła się ich ocza­ro­wać i mu­sia­ła przy­znać, że cu­dow­nie się przy tym ba­wi­ła. Zde­ner­wo­wa­ła się do­pie­ro wte­dy, gdy przy­szła jego mat­ka, któ­ra jak dra­pież­ny re­kin od razu wzię­ła ją na ce­low­nik.

– Mu­sia­łam po­znać dziew­czy­nę, o któ­rej Max nie prze­sta­je mó­wić – po­wie­dzia­ła zrzę­dli­wie z nie do koń­ca bry­tyj­skim ak­cen­tem, któ­re­go na­uczy­ła się pew­nie pod­czas zbyt wie­lu lat prze­miesz­ka­nych przy Park Ave­nue. – An­drea, praw­da?

Andy ro­zej­rza­ła się szyb­ko w po­szu­ki­wa­niu Maxa, któ­ry nie wspo­mniał, że mat­ka bę­dzie na przy­ję­ciu, a po­tem sku­pi­ła wzrok na wy­so­kiej ko­bie­cie w twe­edo­wym ko­stiu­mie od Cha­nel.

– Pani Har­ri­son? – spy­ta­ła, z tru­dem za­cho­wu­jąc spo­kój. – Bar­dzo mi miło pa­nią po­znać.

Nie było żad­ne­go: „Mów do mnie Bar­ba­ro” czy „Ślicz­nie wy­glą­dasz, ko­cha­nie”, a na­wet zwy­kłe­go „I wza­jem­nie”. Mat­ka Maxa bez­czel­nie otak­so­wa­ła ją wzro­kiem i po­wie­dzia­ła:

– Je­steś szczu­plej­sza, niż my­śla­łam.

Słu­cham? Szczu­plej­sza, niż opi­sy­wał ją Max? Czy we­dług jej ro­ze­zna­nia?

Andy od­kaszl­nę­ła. Mia­ła ocho­tę uciec i scho­wać się w my­sią dziu­rę, ale Bar­ba­ra traj­ko­ta­ła:

– Oje­jej… Pa­mię­tam, że kie­dy by­łam w two­im wie­ku, waga sama spa­da­ła. Ża­łu­ję, że moja Eli­za­beth nie jest taka. Po­zna­łaś już sio­strę Maxa? Za­raz po­win­na tu być, ale ona ma bu­do­wę cia­ła ojca. Niedź­wie­dzio­wa­tą. Atle­tycz­ną. Nie jest chy­ba oty­ła, ale też nie za bar­dzo ko­bie­ca.

Jak mat­ka może mó­wić tak o swo­jej cór­ce? Andy nie wie­dzia­ła, gdzie Eli­za­beth te­raz jest, ale bar­dzo jej współ­czu­ła. Spoj­rza­ła Bar­ba­rze pro­sto w oczy.

– Nie, jesz­cze jej nie po­zna­łam, ale wi­dzia­łam jej zdję­cie i uwa­żam, że jest pięk­na!

– Hm… – mruk­nę­ła bez prze­ko­na­nia pani Har­ri­son. Su­chy­mi, tro­chę skó­rza­sty­mi pal­ca­mi zła­pa­ła Andy za nad­gar­stek i po­cią­gnę­ła za rękę. Moc­no. – Chodź. Usiądź­my i po­znaj­my się tro­chę.

Andy ro­bi­ła, co mo­gła, żeby jej za­im­po­no­wać, prze­ko­nać ją, że jest war­ta jej syna. Zgo­da, Bar­ba­ra marsz­czy­ła nos, kie­dy Andy opi­sy­wa­ła jej swo­ją pra­cę w re­dak­cji „Plun­ge’a”, i rzu­ci­ła kil­ka nie­ja­snych, nie­zbyt przy­chyl­nych uwag na te­mat tego, że dziew­czy­na jej syna po­cho­dzi z mia­sta le­żą­ce­go da­le­ko od hrab­stwa Litch­field, gdzie Har­ri­so­no­wie mie­li sta­re ran­czo z koń­mi, mimo to Andy nie od­nio­sła wra­że­nia, że roz­mo­wa była ka­ta­stro­fą. Oka­zy­wa­ła za­in­te­re­so­wa­nie, za­da­wa­ła sto­sow­ne py­ta­nia, prze­my­ci­ła za­baw­ną aneg­dot­kę o Ma­xie i opo­wie­dzia­ła, jak i gdzie się po­zna­li, szcze­gół, któ­ry chy­ba przy­padł Bar­ba­rze do gu­stu. W koń­cu, w ak­cie roz­pa­czy, wspo­mnia­ła, że pra­co­wa­ła kie­dyś w „Run­wayu” u Mi­ran­dy Prie­stly. Pani Har­ri­son na­tych­miast się wy­pro­sto­wa­ła i na­chy­li­ła do niej, żeby prze­pro­wa­dzić do­kład­niej­sze śledz­two. Czy się jej tam po­do­ba­ło? Czy nie uwa­ża, że pra­ca u pani Prie­stly jest naj­lep­szym do­świad­cze­niem za­wo­do­wym, ja­kie moż­na so­bie wy­obra­zić? Kil­ka razy pod­kre­śli­ła, że wszyst­kie dziew­czę­ta, z któ­ry­mi Max się wy­cho­wy­wał, da­ły­by się za­bić za po­sa­dę w „Run­wayu”, że Mi­ran­da jest dla nich wzo­rem wzo­rów i że ma­rzą, by tra­fić kie­dyś na łamy jej cza­so­pi­sma. A je­śli ich „mały pro­jekt” nie wy­pa­li? Czy Andy roz­wa­ży­ła­by wte­dy moż­li­wość po­wro­tu? Bar­dzo się oży­wi­ła, a Andy uśmie­cha­ła się tyl­ko i ki­wa­ła gło­wą z naj­więk­szym en­tu­zja­zmem, jaki tyl­ko mo­gła z sie­bie wy­krze­sać.

– Je­stem pew­ny, że bar­dzo się jej spodo­ba­łaś – po­wie­dział Max, gdy wciąż pod­eks­cy­to­wa­ni przy­ję­ciem sie­dzie­li w ca­ło­do­bo­wej ja­dło­daj­ni na Up­per East Side.

– Nie wiem. – Andy wy­pi­ła łyk kok­taj­lu cze­ko­la­do­we­go. – Nic na to nie wska­zy­wa­ło.

– Andy, zro­bi­łaś fu­ro­rę. Mój dy­rek­tor fi­nan­so­wy cią­gle po­wta­rzał, że je­steś prze­za­baw­na. Po­dob­no coś mu opo­wie­dzia­łaś, tak?

– Koń­czył Dart­mo­uth, więc sprze­da­łam mu moją stan­dar­do­wą aneg­do­tę o tym col­le­ge’u.

– Wszyst­kie asy­stent­ki i wszy­scy asy­sten­ci szep­ta­li, jaka je­steś pięk­na i jaka by­łaś dla nich miła. Na ta­kich przy­ję­ciach nie­wie­lu z nimi roz­ma­wia. Dzię­ki, że po­świę­ci­łaś im tro­chę cza­su. – Max po­dał jej fryt­kę z ke­czu­pem i kie­dy od­mó­wi­ła, zjadł ją sam.

– Byli na­praw­dę mili i spra­wi­ło mi to przy­jem­ność. – Nie kła­ma­ła, cie­szy­ła się, że ich po­zna­ła. Wszyst­kich z wy­jąt­kiem jego lo­do­wa­tej mat­ki. I dzię­ko­wa­ła Bogu za jed­no, za to, że Mi­ran­da jed­nak nie przy­szła. Był to praw­dzi­wy dar nie­bios, ale zwa­żyw­szy, że ma ro­mans z Ma­xem i że ro­dzi­na Har­ri­so­nów ob­ra­ca się w ta­kich, a nie in­nych krę­gach, wie­dzia­ła, że prę­dzej czy póź­niej do tego spo­tka­nia doj­dzie.

Wzię­ła go za rękę.

– Cu­dow­nie się ba­wi­łam. Na­praw­dę. Dzię­ki, że mnie za­pro­si­łeś.

– To ja dzię­ku­ję pani, pan­no Sachs – od­rzekł, ca­łu­jąc ją w rękę i pa­trząc na nią tak, że po­czu­ła zna­jo­me mo­tyl­ki w brzu­chu. – Pój­dzie­my do mnie? Noc jest jesz­cze mło­da.