Zemsta trzech eks - Jo Jakeman - ebook
Opis

Jak daleko się posuniesz, żeby zemścić się na swoim byłym?

Rozwód to zazwyczaj ogromnie skomplikowana sprawa i wszystko wskazuje na to, że w przypadku Imogen nie będzie inaczej. Jej mąż, Phillip Rochester, to przemocowy i kontrolujący typ, który zrobi wszystko, by uprzykrzyć życie swojej - jeszcze wciąż obecnej - żonie. Imogen jest w stanie znieść naprawdę wiele, ale kiedy pewnego dnia mąż stawia jej ultimatum - w ciągu dwóch tygodni kobieta ma wyprowadzić się z ich domu albo on wystąpi o wyłączne prawo opieki nad ich sześcioletnim synem - coś w niej najzwyczajniej pęka.

W akcie desperacji robi rzecz niewyobrażalną - zamyka męża w piwnicy. Teraz ona kontroluje sytuację.

Ale jak daleko się posunie, by ukarać męża i ochronić syna? I jaką rolę w całej tej intrydze odegrają pozostałe kobiety Phillipa, czyli jego pierwsza żona i nowa dziewczyna? Wygląda na to, że wkrótce mężczyzna pozna wszystkie twarze zemsty…

Wyśmienity thriller o trzech kobietach, które łączy silne uczucie do jednego mężczyzny. I nie jest to wcale miłość.

Rewelacyjna powieść… Mroczna, momentami zabawna, a równocześnie bardzo wzruszająca. W dodatku pełna napięcia i zwrotów akcji. Koniecznie przeczytaj!

C. J. Tudor, autorka "Kredziarza"

Szaleńcze tempo, nagłe zwroty akcji i spora dawka czarnego humoru - to wszystko znajdziecie w debiutanckim thrillerze Jo Jakeman.

"The Guardian"

Niebanalny pomysł, kunsztownie utkana intryga i wiarygodni bohaterowie, którzy zostają z czytelnikiem na dłużej.

Caz Frear, autorka "Słodkich kłamstewek"

Thriller o zemście, który sprawia, że wznosisz w górę pięść w triumfalnym geście.

Eva Dolan, autorka "This How It Ends"

Zemsta to danie serwowane na ostro w tym znakomitym thrillerze z elementami czarnej komedii. Kibicowałam bohaterkom aż do krwawego końca.

Louise Candlish, autorka "Zniknięcia Emily Marr"

Sensacyjny debiut - z dobrym tempem i zwrotami akcji.

Roz Watkins, autorka "The Devil’s Dice"

Rozkosznie mroczny i wciągający debiut.

Emily Koch, autorka "Czy umrę, nim się zbudzę?"

Autorka obdarzona poczuciem humoru i głębokim zrozumieniem natury ludzkiej. Nie mogłam się oderwać, chciałam coraz szybciej przewracać kolejne strony.

Fiona Cummins, autorka "Grzechotu kości"

Jo Jakeman jest zwyciężczynią prestiżowego konkursu literackiego w ramach York Festival of Writing. "Zemsta trzech eks" to jej debiutancka powieść. Jesienią 2019 ukaże się kolejny thriller - "Safe House".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 357

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

STICKS AND STONES

 

Copyright © Jo Jakeman, 2018

All rights reserved

 

First published as STICKS AND STONES by Harvill Secker, an imprint of Vintage. Vintage is part of the Penguin Random House group of companies.

 

Projekt okładki

Wojciech Wawoczny

 

Zdjęcie na okładce

© James Smith/Arcangel; wavebreakmedia/Shutterstock.com; stockfour/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

 

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

 

Korekta

Maciej Korbasiński

 

 

ISBN 978-83-8169-750-7

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla Jamesa

 

Kije i kamienie kości mi połamią,

Ale twoje słowa nigdy mnie nie zranią.

Tradycyjne

 

Jeden

Dzień pogrzebu Phillipa

Oczekiwałam, że będę czuła się wolna, ale kiedy zasłony zamykają się dokoła wyłożonej satyną trumny Phillipa Rochestera, czuję wyłącznie niestrawność.

Naomi siedzi w pierwszym rzędzie i wierci się niespokojnie, podczas gdy żałobnicy szepczą za jej plecami. Pod oczami widać zmarszczki tam, gdzie spłukany łzami tusz do rzęs żłobi rowki w popękanym podkładzie. Zastanawiam się, z jakiego powodu płacze, bo wziąwszy pod uwagę to wszystko, co zrobił Phillip, jestem pewna, że nie płacze po nim.

Pastor mówił o człowieku tak niepodobnym do Phillipa, którego znałam, że o mało ja też nie uroniłam łezki. To pora na kłamstwa i tuszowanie prawdy, a nie na prawdę.

Okręcam obrączkę lewym kciukiem. Nie było pierścionka zaręczynowego. „To zbyt krzykliwe, Immie. Nie jesteś tego rodzaju dziewczyną”. Minęło pięćset czterdzieści osiem dni, odkąd Phillip mnie zostawił. Wiem, że powinnam zdjąć obrączkę, ale żadna ilość mydła nie jest w stanie uwolnić mnie z tych wnyków. Lata małżeńskiego wykorzystywania sprawiły, że pogrubiały mi dłonie i talia, stwardniało serce.

Siedzę w piątym rzędzie najbliżej ściany, jak przystoi byłej żonie. Chociaż czy w rzeczywistości nie jestem wdową? Nie sfinalizowaliśmy rozwodu. Dokumenty nadal leżą na kredensie razem z niezapłaconymi rachunkami i kartami z kondolencjami. No coś takiego. Ja. Wdowa.

Ktoś mógłby powiedzieć, że wcale nie powinno mnie tu być. Przyjaciele z dawnego życia usiłują się na mnie nie gapić, ale nie potrafią się powstrzymać. Kiedy nasze spojrzenia wpadają na siebie, nieśmiało przyznają się do znajomości, poniekąd przepraszają, po czym nerwowo zerkają na zegarek – Boże, jak późno – i umykają do drzwi kaplicy. Nikt nie zadzwonił, kiedy Phillip mnie wymienił. Przeszli z nim do nowego życia razem z kolekcją CD Bruce’a Springsteena i ekspresem do kawy.

Mama siedzi obok mnie, na zmianę cmoka i wzdycha, niepewna, czy się złościć, czy smucić. Przyrzekła, że nie będzie się odzywać w czasie nabożeństwa, i dotrzymuje słowa, chociaż ten wysiłek niemal ją okalecza. Jej oczy wypalają dziury w mojej skroni. Wiem, że rozdyma nozdrza jak zawsze, gdy jest niezadowolona. Mama ma skłonność do przekazywania spojrzeniem więcej niż ustami i żałuję, że nie kazałam jej zamknąć także oczu.

Nie zgadzałyśmy się w kwestii udziału Alistaira w pogrzebie jego ojca. Mama mówi, że jest za mały, bo ma dopiero sześć lat. Ja mówię, że powinien tu być, żeby się pożegnać, zachować pozory, że za Phillipem ktoś będzie tęsknił. Mama wygrała. Niektórych bitew nie warto toczyć. Zamiast tego przymocowałyśmy karteczki do balonów wypełnionych helem. W górę, jak najdalej. Pa, pa, tatusiu. Zgnij w piekle, Phillipie.

W krematorium są proste wiązanki, z niewidocznych głośników płynie Kanon Pachelbela. Wszystko zostało starannie zaaranżowane, by rozjaśnić mrok śmierci i usunąć ze ścian odór rozkładu. Oczyszczenie podniebienia, jeśli wolicie, pomiędzy śmiercią a stypą. Naomi zarezerwowała salę w Old Bell, ale ja tam nie pójdę z obawy, że gdyby sherry mnie odprężyło, zaczęłabym się uśmiechać w sposób absolutnie niestosowny na pogrzebie.

Kiedy mija nas żałobny pochód, wychodzimy z ławki z porządkiem uroczystości w dłoniach. Fotografia Phillipa na przodzie jest groteskową uśmiechniętą zjawą. Zrobiono ją, zanim awansowano go do wydziału kryminalnego. Co najmniej dziesięć lat temu. Wtedy uważałam, że wygląda bardzo przystojnie w mundurze.

Mama ustawia się w kolejce, by złożyć kondolencje Naomi. To będzie krótka rozmowa, jako że dobra opinia jest towarem deficytowym. Moja najlepsza przyjaciółka Rachel w czerwonym szalu na ramionach rozmawia z detektywem Chrisem Millerem. Odmówiła włożenia czarnego stroju. Jak słusznie zauważyła, czerń jest oznaką szacunku, a oboje z Chrisem w jednakowym stopniu poważali Phillipa. Miałam nadzieję, że dochodzenie wstępne w sprawie śmierci Phillipa poprowadzi właśnie Chris, ale wyznaczyli kogoś z daleka. Neutralnego.

Jestem świadoma obecności Ruby za swoimi plecami, pilnuję się jednak, by nie nawiązać z nią kontaktu wzrokowego. Ma na sobie prześwitującą fioletową sukienkę w odcieniu świeżego siniaka, najbardziej poważny strój, jaki posiada. Po raz pierwszy widzę ją w butach. Zwykle jest boso, czasami w lekkich klapkach, więc dzisiejszy wybór równie dobrze może być ukłonem w stronę konwenansów, jak odpowiednim przygotowaniem do tańca na grobie Phillipa. Siedzi w ostatnim rzędzie, tak daleko od trumny, jak się da, i stosownie do statusu eksżony. Pierwsza pani Rochester, kobieta, z którą ja i Naomi byłyśmy porównywane, trzyma pod nosem białą jak lód chusteczkę, kulkę zapachową przeciwko zarazkom żalu.

Wstaję i wolno przesuwam się koło ludzi wycierających oczy i kręcących głową, aż wreszcie czuję słońce na twarzy i zapach świeżo ściętej trawy. Mrużę oczy przed nagłym blaskiem i zdradziecka łza wymyka mi się spod powieki.

Nieznajomy dotyka zimną dłonią mojego łokcia, jakby dzielił ze mną chwilę „wiem, co się wtedy czuje”, ale skąd może to wiedzieć? Tylko my trzy, Naomi, Ruby i ja, zdajemy sobie sprawę, co się czuje, kiedy się wie, że Phillip Rochester umarł śmiercią, na jaką zasłużył.

 

Dwa

22 dni przed pogrzebem

Stodoła – taką nazwę nosił jeden z tych nowych-starych domów. Parterowy, ale nikt nigdy nie nazywałby go chatą. Wielkie cegły barwy piasku, małe ciemne okna z framugami pomalowanymi na zieleń National Trust dowodzą, że historię potraktowano wybielaczem. Wszystko było z odzysku, wyszperane z największą starannością na złomowiskach i w domach aukcyjnych. Staremu nadano wygląd nowego, nowemu nadano wygląd starego.

Nigdy dotąd nie przekroczyłam progu Stodoły. Śmieszne, że stodoły uznawano za des res, urocze ludzkie sadyby, a nie za szopy dla zwierząt. Rolnicy robili fortuny, sprzedając rozpadające się zabudowania gospodarcze z pozwoleniem na budowę, a mnie nie przychodziło do głowy żadne lepsze siedlisko dla Phillipa i jego jałówki.

Zadzwoniłam do drzwi i czekałam, podczas gdy echo dzwonka niosło się po holu. Poprawiłam swoją zbroję: torbę przewieszoną przez piersi, skórkowe rękawiczki obejmujące ciasno przeguby, szal owinięty na szyi niczym wstążki na gaiku.

Oglądanie Phillipa w jego nowym życiu, nowym domu, z nową dziewczyną nie było rzeczą łatwą, ale nie chodziło o mnie, tylko o Alistaira.

Uzgodniliśmy, że zachowamy się jak ludzie dorośli. Kulturalni. Dla dobra naszego syna. Nadal jednak pozostawał drobiazg w postaci sfinalizowania rozwodu, co z żadnego z nas nie wydobywało najlepszych cech.

Na papierze mieliśmy zgodnie podzielić się wszystkim po połowie.

Na dobre i na złe.

W biedzie i w bogactwie.

W chorobie i w zdrowiu.

Gdyby sprawę zostawić Phillipowi, ja dostałabym wszystko, co złe, biedne i chore, a on całą resztę. Moja adwokatka powiedziała, że w sądach nikt jeszcze nie wygrał. Odparłam, że jeśli chodzi o Phillipa, i tak nie mogłabym wygrać.

Alistair nie cierpiał po odejściu ojca. Prawdę mówiąc, mógł nawet odczuwać, że jego życie znacznie się poprawiło. Wiem, że ja tak odczuwałam. Naprzemienne weekendy spędzaliśmy z zaciśniętymi zębami i fałszywymi uśmiechami. Ostatnio jednak Phillip chciał więcej, niż byłam gotowa mu dać. Więcej czasu spędzanego z Alistairem i kobietą, która nie należała do rodziny, więcej noclegów, w czasie których snu wcale nie było. Im więcej chciał wziąć, tym mniej chciałam dać.

A ponieważ nie odbierał telefonu i ignorował listy od mojej adwokatki, postanowiłam zamienić z nim „słowo”, chociaż gdy stałam przed Stodołą, a dzień przechodził w noc, wciąż nie podjęłam decyzji, jak będzie ono brzmiało.

Wyciągnęłam palec w rękawiczce, żeby ponownie nacisnąć dzwonek, i w tej samej chwili usłyszałam otwierane gdzieś w domu drzwi. Odgłos kroków przybrał na sile.

W progu stanęła prawie goła partnerka Phillipa. Próbowała udawać, że pas dżinsu na jej biodrach to spódnica, a ja się zastanawiałam, jak wysokie muszą mieć rachunki za ogrzewanie. Splotła chude ramiona pod piersiami i oparła się o framugę ze słabym pogardliwym uśmieszkiem igrającym w kącikach ust.

Rudy kolor długich włosów nie był naturalny, ale sądzę, że pasował do jej bladej cery i brązowych oczu. Zahipnotyzowały mnie jej rzęsy, takie były długie i gęste. Prawdziwe? Sztuczne? Te pytania równie dobrze mogły dotyczyć jej samej. Oraz jej piersi.

– Imogen. Co za miła niespodzianka – powiedziała.

Powinna była uprzedzić swoją twarz, nim się odezwała, bo mina zdradziła, że to kłamstwo.

– Cześć, Naomi. Jest w domu? – zapytałam.

– Jeszcze nie wrócił.

– Mogę wejść i poczekać?

– Wie o twojej wizycie?

Patrzyłyśmy na siebie wyczekująco: ona liczyła, że sobie pójdę, ja liczyłam, że okaże dobre maniery, chociaż moje dobre maniery powstrzymały mnie od powiedzenia tego na głos.

– W takim razie wchodź, ale musisz zdjąć buty.

Jej dziwna, trudna do umiejscowienia nosowa wymowa przywoływała na myśl północną część Derbyshire i hodowle owiec. Pewnie dlatego w Stodole czuła się jak u siebie w domu.

Z grzeczności powiedziałam, że ma piękny dom, i nawet nie skłamałam. Pachniał bielą: wanilią, liliami, pościelą schnącą w słońcu. Wszystko było kremowe albo jasnoszare, wywołując wrażenie przemieszczania się przez nisko wiszącą chmurę. Strzeżcie się turbulencji, pomyślałam. Poderwała głowę, żeby na mnie spojrzeć, i zadałam sobie pytanie, czy nie rzekłam tego na głos i zupełnie bez związku.

– Jest piękny – powtórzyłam. – Po prostu piękny.

Czekała, aż rozsunę zamki w botkach. Dostrzegłam, jak patrzy na moje skarpetki nie do pary i na ten widok rośnie o jakieś pięć centymetrów. Zjeżyłam się, czując się niechlujna i niezadbana przy jej pomalowanych paznokciach i narysowanych ołówkiem brwiach.

– Renowacja była prawdziwym koszmarem. Te belki – wskazała na odsłonięte krokwie – to oryginalne belki z miejscowego opactwa. Uważają, że wykorzystano je do budowy farmy po pożarze opactwa. Są pod ochroną konserwatora. Potrzebne było specjalne pozwolenie, żeby je odsłonić, a i tak musieliśmy być cholernie ostrożni.

Przyjęła ton nieszczerej irytacji, który kłócił się z jej dumą z domu.

– Naprawdę? I pomyśleć, że tyle zamieszania z powodu drewna z odzysku.

Zdjęłam rękawiczki i szal, poskładałam je i wepchnęłam do mojej wielkiej torby jak torba Mary Poppins, gdzie zginęły pośród używanych chusteczek, starych paragonów i kart z pokemonami.

Nawet gdyby Naomi nie była weekendową macochą mojego syna, o połowę ode mnie młodszą i lżejszą, nadal bym jej nie polubiła. Ludzie, którzy nie mieli pojęcia, jaki naprawdę jest Phillip, zakładali, że jestem zazdrosna. Jeśli się na niego skarżyłam, myśleli, że przemawia przeze mnie rozgoryczenie kobiety porzuconej dla młodszej; na ich miejscu pewnie myślałabym tak samo. Nie znałam Naomi, nie miałam ochoty marnować czasu na jej poznawanie. Szybko nie pozostanie po niej ślad. Z mojego punktu widzenia była pusta i bez reszty zapatrzona w siebie, a poza tym o wiele za ładna, żeby być miła, bo wszechświat tak nie działa.

Naomi poprawiła wizerunek Phillipa. Była kochanką, współkonspiratorką, neonowym szyldem głoszącym, że jego fiut wciąż działa. W oczach świata Phillip odnalazł nową miłość po rozpadzie naszego małżeństwa. Albo na krótko przed, jeśli czytało się esemesy w jego komórce, kiedy wychodził z pokoju. Ja byłam samotną matką czepiającą się ostatnich lat przed czterdziestką. Porzuconą. Pojedynczą wysłużoną walizką wykonującą kolejny obrót na bagażowej karuzeli na lotnisku.

– Kawa czy herbata? – zapytała Naomi.

– Kawa z ekspresu?

– Rozpuszczalna.

– Poproszę o herbatę.

Patrzyła mi w oczy i szybko mrugała, rzęsy wybijały słowo „krowa” w alfabecie Morse’a, potem zniknęła w kuchni. Po prostu nie mogłam się powstrzymać. Przekonałam się, że niemożliwością jest ułatwianie jej życia.

Jedyny napój, na jaki miałam ochotę, był czysty i podawany z lodem, ale jak inaczej przetrwalibyśmy niezręczne sytuacje, gdybyśmy nie musieli zapełniać czasu parzeniem herbaty, trzymaniem filiżanek, by dać zajęcie naszym rękom, i piciem, co powstrzymywało nas od kłapania językiem?

Rozglądałam się po oszczędnie umeblowanym pokoju, bawiąc się paskiem torebki. Phillip nienawidził zagraconych pomieszczeń. Za bardzo się wstydził, żeby przyprowadzić ludzi do naszego domu, bo nigdy nie zdołałam urządzić go według jego wysokich standardów. Zastanawiałam się, czy przez niego zaczęłam bać się bałaganu, czy zawsze miałam taką skłonność. Oczywiście dzisiaj przedstawiał się jako Phil. Odkrył siebie na nowo. Ciekawe, kogo próbował przekonać.

Na bukowym stole pod oknem stało trzynaście fotografii w różnych ramkach. Trzynaście. Ogarnęło mnie napięcie. Dobry Boże, dlaczego trzynaście? Wzięłam zdjęcie Phillipa w masce do nurkowania i wsunęłam do torby między fałdy szala. Dwanaście. O wiele lepiej. Okrągła, pełna i łagodna liczba. Mięśnie moich ramion się rozluźniły, fala niepokoju w piersiach zmalała do strumyczka.

Uśmiechnęłam się do siebie zadowolona, że rozładowałam potencjalnie trudną sytuację. Terapeuta nauczył mnie ćwiczeń oddechowych, ale czasem łatwiej było całkowicie usunąć problem. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam, był atak paniki w obecności Dziewczyny.

Popatrzyłam na pozostałe parzyste fotografie. Phillip i Naomi na plaży, na weselu, całujący delfiny. Naomi jako Kobieta Kot i Phillip jak pulchny Batman. Przez lata to był jego stały kostium na imprezy przebierane. Jego zwalczające przestępczość wcielenie zawsze było dla niego ważne. Phillip miał to, co lubiłam nazywać kompleksem bohatera. Chciał zostać strażakiem, ale oblał testy, częste nieobecności w szkole – i jeszcze gorsze oceny – uniemożliwiły mu wstąpienie do RAF-u, wreszcie zadowolił się policją, chociaż mundur nie był aż tak uwodzicielski.

Praca sprowadziła na jego próg uroczą Naomi. Opowiedział mi o kobiecie, która zaśmiewała się do rozpuku, kiedy złapał ją na przekroczeniu prędkości. Dawał przy tym do zrozumienia, że była stukniętą staruszką, która w ogóle nie powinna prowadzić, a nie atrakcyjną nastolatką, która nie powinna robić cielęcych oczu do cudzego męża.

Podczas zatrzymania za złamanie przepisów drogowych kierowcy reagowali na dwa sposoby. Albo stosowali wymówki: późna pora, nie zobaczyli znaku, rodząca żona, umierający rodzic. Albo oskarżali go o służbistość, o wyłudzanie od ludzi ciężko zarobionych pieniędzy, i pytali, dlaczego nie szuka i nie aresztuje prawdziwych przestępców.

Ale kobieta za kierownicą tylko odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła śmiechem.

– Wie pani, dlaczego panią zatrzymałem? – zapytał Phillip.

– Bo jestem idiotką?

– Tu obowiązuje pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.

– Nie jechałam z taką prędkością.

– Co w tym takiego śmiesznego?

– Nie ma sensu zaprzeczać, prawda? To koniec mojego prawa jazdy. Zbieram punkty, jakby jutro świat miał się skończyć. Jeśli nie będę się śmiała, zacznę płakać.

Dopiero o wiele później dowiedziałam się, że jej odpuścił, powiedział, że chyba przypadkiem zarejestrował prędkość samochodu jadącego za nią. Oczywiście nie mogła się doczekać, żeby mu podziękować, a jedyną rzeczą, która Phillipowi w jego pracy daje taką samą satysfakcję jak złapanie złego faceta, jest złapanie dziewczyny.

Naomi wsunęła się do pokoju, jej kroki stłumił puszysty dywan.

– Herbata – oznajmiła, stawiając filiżanki na nieskazitelnym szklanym blacie, na którym nie było odcisków brudnych rączek dziecka ani kółek po kubkach i szklankach.

– Dziękuję. Podziwiałam wasze fotografie. – Usadowiłam się pomiędzy nią a stołem, żeby nie zauważyła brakującego zdjęcia.

– Dlaczego?

Pytanie zbiło mnie z tropu. Dlaczego? Bo jestem wścibska? Bo chcę się przekonać, czy twoje życie jest lepsze od mojego?

– Właściwie to nie wiem – odparłam. – Ale są ładne, prawda?

Wzruszyła ramionami i ciężko opadła na sofę. Usiadłam wygodnie i się uśmiechnęłam.

Po raz pierwszy znalazłyśmy się z Naomi w jednym pokoju bez Phillipa krążącego wokół nas jak lew wokół zdobyczy. Mogłam zrzucić z serca parę spraw. Mogłam się przełączyć na tryb zdradzonej żony. Naomi świetnie by się bawiła, przepraszając mnie. Co nie znaczy, że mi przeszkadzało, że ma Phillipa, teraz był jej problemem, nie moim, ale zwyczajna przyzwoitość powinna poruszyć jej sumienie i skłonić do powiedzenia czegoś o panującym między nami napięciu.

Phillip i ja już lata temu powinniśmy zakończyć nasz związek, tylko że czepiałam się marzenia z dzieciństwa, którego los mi odmówił. Wychowałam się bez ojca i nie chciałam, żeby Alistaira spotkało to samo. Niektórzy ludzie nazywali mnie „upartą”, ja wolę określenie „zdeterminowana”. To nie rozpad naszego małżeństwa mnie niepokoił. Nie był dla mnie utratą męża, ale zdobyciem nieubłaganego wroga. Kolejnej osoby do skupienia na niej uwagi, choć w nawet najlepszych okresach trudno było mnie uznać za towarzyską.

– Phil powinien już wrócić z pracy – powiedziała Naomi, patrząc na zegar.

– No tak. – Ja także spojrzałam na zegar. – Pracuje dzisiaj? Bo wiesz, wpadłam na posterunek i powiedzieli mi, że w tym tygodniu ma wolne.

Nie spojrzała mi w oczy. Za namalowanymi brwiami kryło się zdziwienie, ale cicho i spokojnie odparła:

– Zapomniałam. Jest u lekarza.

– Mam nadzieję, że to nic poważnego?

– Co?

– Powód, dla którego Phillip poszedł do lekarza?

– Och. – Naomi patrzyła w okno, jej myśli błądziły gdzieś daleko, lekka zmarszczka na czole zbliżyła do siebie brwi. – Nie.

– Szkoda.

Sięgnęłam po filiżankę, uświadamiając sobie, że w moim głosie zabrzmiała gorycz, a równocześnie czując złość, że Phillip wydobywa tę stronę mojej osobowości. Ręka mi drżała z wysiłku wkładanego w zachowanie spokoju i rozlałam herbatę na stolik. Z mlecznej kałuży dwie krople spadły na kremowy dywan, zanim zdążyłam podłożyć pod nie rękę.

Naomi się wzdrygnęła. Ostro wciągnęła powietrze w płuca.

– Ojej! Przepraszam – powiedziałam.

Cała zesztywniała. Lata życia z Phillipem sprawiły, że byłam ekspertką od języka ciała i odczytywania sygnałów takich jak delikatne wibracje w powietrzu. Spodziewałam się u niej gniewu (kolejna pozostałość po życiu z Phillipem), zamiast tego jednak zobaczyłam coś, co bardziej mnie zaniepokoiło.

Strach przemknął po jej twarzy jak spadająca gwiazda. Trwało to krótko i pewnie nie zwróciłabym na to uwagi, gdybym nie widziała jej dłoni. Pocierała miękką skórę pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Znałam to umięśnione miejsce. Pamiętałam, co się wtedy czuje. Przez chwilę obie milczałyśmy. Patrzyłam na nią.

Moje czoło pokryły krople potu, chociaż nagle zrobiło mi się zimno. Otworzyły się drzwi do przeszłości i zimny przeciąg przywiał wspomnienia. Phillip miał zwyczaj odginania mi kciuka, aż padałam na kolana. Zawsze to była lewa ręka, a właśnie to miejsce pocierała Naomi. Dzięki temu nadal mogłam wykonywać prace domowe, prasować, gotować mu kolację. Bardzo skorzystał na policyjnym wyszkoleniu. Maksimum bólu, minimum wysiłku. To właściwie było niewiele gorsze od przepychanek na placu zabaw, w sądzie w żadnym razie by się nie dało wykorzystać, ale wiedziałam, co oznacza.

Naomi złapała mój wzrok i doznała wstrząsu: zrozumiała. Jej oczy, przed chwilą szeroko otwarte ze strachu, zwęziły się i stwardniały. Otworzyłam usta. Tyle było do powiedzenia, ale gdy słowa się tłoczyły, próbując się ustawić we właściwym porządku, Naomi poszła do kuchni. Moje słowa pociechy podryfowały za konserwowe fasolki i zawisły niczym pajęczyny.

Wstałam i ponownie spojrzałam na fotografie. Teraz odnosiłam wrażenie, że na tej, na której Phillip obejmuje Naomi, jego uścisk jest za mocny, a jej uśmiech wymuszony. Nic dziwnego, że zdjęć było trzynaście. Dla kogoś pechowo. Pechowo dla niej.

Naomi wpadła do pokoju ze ścierką i środkiem do czyszczenia w spreju. Zaczęła wycierać beżowe plamy na dywanie. Nagle stała się krucha, jakby światło mogło przez nią przeniknąć i nie zostawić cienia. Pragnęłam dotknąć jej ramienia, ale zdeprymowało mnie to nagłe przejście od pogardy do współczucia.

– Tak mi przykro. Mogę ci jakoś pomóc? – zapytałam na tyle niejednoznacznie, że mogło to dotyczyć rozlanej herbaty albo czegoś o wiele, wiele ważniejszego. Niewypowiedziane słowa kryły się po kątach.

– Nie. Nie trzeba.

– Nigdy nie potrafię zapamiętać, co jest dobre na plamy. A ty? Sól, prawda? Ale chyba na czerwone wino. U siebie w domu z większym prawdopodobieństwem rozleję wino niż herbatę. Co nie znaczy, że piję więcej wina niż herbaty… tylko że o wiele łatwiej je rozlać, zgadzasz się? Pewnie przez kieliszki. Może powinnam pić wino z kubka.

Odważyłam się na krótki śmiech, który zginął w tym przestronnym pokoju.

Zignorowała mnie.

– Chcesz, żebym poszła?

Silna potrzeba, by stąd natychmiast wyjść, powodowała, że nad górną wargą zbierał mi się pot. Serce biło mi szybciej i z alternatywy „walcz albo uciekaj” wybrałam to drugie.

Naomi wytarła stolik i większość herbaty z podłogi, ale na dywanie pozostał słaby ślad.

– Bo wiesz, mogę zostać, jeśli chciałabyś o czymś ze mną porozmawiać? Zanim wróci Phillip?

Przysiadła na piętach i odgarnęła kosmyk włosów z twarzy w kształcie serca. Ściskałam mocno torbę i wolno opadałam na poręcz sofy.

– Nie siadaj tam! On nie lubi, jak ludzie siadają na poręczach.

Pośpiesznie się wyprostowałam.

– Przepraszam. Chciałaś powiedzieć, że…?

– Nic. Powinnaś iść.

– Na pewno?

Zerknęłam na zegar. Wcześniej powiedziała: „Phil powinien już wrócić”.

Będzie w domu lada moment. Gotowy na konfrontację w sprawie rozwodu.

Lub w sprawie maltretowania Naomi.

Albo też rozprawi się ze mną za herbatę wylaną na jego niepraktyczny dywan. Nagle konfrontacja nie wydawała się tak ważna jak ochrona siebie, zaczęłam więc grzebać w torbie, odpychając na bok zwędzoną fotografię, i wyjęłam grubą kopertę.

– Jasne. O ile jesteś pewna, że nic nie mogę zrobić?

Spryskała dywan i pocierała plamę okrężnymi ruchami.

– Mogłabyś poprosić Phillipa, żeby do mnie zadzwonił? Chodzi o dokumenty rozwodowe. To znaczy jestem pewna, że tobie tak samo jak mnie zależy, żeby to wszystko… wreszcie załatwić. Proszę, mogę to zostawić na wypadek, gdyby jego prawnik mu ich nie przekazał?

Położyłam kopertę na stole. Naomi tarła plamę.

– Myślę, że oficjalny układ przyniesie korzyść nam wszystkim, nie sądzisz? Dzięki temu zyskamy pewność, że określone… obowiązki będą wypełniane.

– Masz tupet – oznajmiła Naomi, podnosząc się na nogi.

– Słucham?

– Od dnia, gdy cię opuścił, nastawiasz chłopca przeciwko Philowi.

– Ja?

– Swoim rozgoryczeniem wywołanym małżeństwem bez miłości…

– Wcale nie o to tu chodzi!

– …niszczysz relacje Alistaira z tatą. Wyrośnie, nienawidząc cię!

Nastąpiła cisza, zamrożona sekunda, kiedy słyszałam wyłącznie swój oddech. Nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów i w oczach Naomi widziałam gniew. Była zakłopotana i atakowała. Znałam to aż za dobrze.

To był właściwy moment, by jej powiedzieć, że rozumiem, że wiem, do czego zdolny jest Phillip. Ale wypuściłam powietrze z płuc i pozwoliłam słowom rozpierzchnąć się niczym puch mlecza na wietrze. Wszelkie poczucie solidarności zniknęło, gdy wplątała do sprawy Alistaira.

– Skoro tak to odbierasz…

Wyszłam z pokoju, przystając tylko po to, żeby włożyć buty. Naomi wykrzykiwała, że wysysam radość z życia i jestem zazdrosna, bo zostałam kompletnie sama. „Zgorzkniała stara wiedźma” – tak mnie nazwała. Pocieszyłam się czymś na kształt satysfakcji. No cóż, próbowałam. Co więcej mogłam zrobić?

Naomi nadal krzyczała, gdy cicho zamykałam za sobą drzwi. Jej wybuch dał mi pretekst, którego potrzebowałam, by odejść od niej i życia, niegdyś będącego moim. Może powinnam się uśmiechać, zapalając silnik i wjeżdżając na główną ulicę. Może powinnam być zadowolona, że Naomi wcale nie prowadzi doskonałego życia jak z obrazka, tak jak to przedstawiała.

Tylko że wcale nie różniła się ode mnie.

Zgarbiłam się, łzy nieregularnie zabębniły w moje kolana. Oszukiwałam siebie, jeśli myślałam, że kiedykolwiek zdołam się uwolnić od Phillipa. Minęły niemal dwa lata, odkąd ostatni raz zrobił mi krzywdę, a jednak po pięciu minutach z jego dziewczyną było tak, jakby siniaki powstały wczoraj. Nadal czułam jego palce wbijające się w moje przedramię, widziałam pogardliwą minę, gdy mówił, że jestem kompletnie do niczego.

Byłam naiwna, sądząc, że przeszłość kiedyś wypuści mnie ze swoich objęć.

 

Trzy

21 dni przed pogrzebem

Rachel złapała mój wzrok i głową wskazała windę. Dzwonił telefon na moim biurku, podniosłam więc dłoń z wyprostowanymi palcami, dając jej znać, że będę za pięć minut.

– Mówi Imogen. Jak mogę pomóc?

Zdjęłam okulary i wzięłam do ręki długopis. Pomimo gładkiej ciszy w moim uchu ktoś był na drugim końcu linii. Niechęć ludzi do mówienia budziła niepokój. Poprawiłam się na krześle i patrzyłam, jak na wyświetlaczu telefonu mijają sekundy. Słyszałam jedynie stukanie paznokci Claire po klawiaturze komputera, które dobiegało z biurka naprzeciwko.

– Halo? – powiedziałam niepewnie i ostrożnie.

– Nie przychodź więcej do mojego domu – przemówił głos.

– Phillip? – Odchyliłam się na oparcie fotela. – Moment…

– Jeśli masz mi coś do powiedzenia, skorzystaj z telefonu jak normalni ludzie.

– Dzwoniłam. Może nie dostałeś moich wiadomości?

– A przyszło ci do głowy, że jestem zajęty? – zapytał oschle.

– Owszem, ale…

– Oddzwonię, jak będę miał czas.

– Przepraszam, ja… – W chwili gdy przeprosiny opuściły moje usta, chciałam je cofnąć.

Pracowałam w biurze typu open space, gdzie wszyscy udawali, że nie słuchają rozmów innych. Wystarczał podniesiony głos albo cichy szept, a głodne plotek uszy od razu reagowały. Wilki wyczuwające ofiarę. Oczy podążające za uszami odczytałyby upokorzenie w czerwonych plamach na moich policzkach. Zachowałam spokojny ton.

– Chciałam tylko… tylko…

W obecności Phillipa traciłam zdolność mówienia. Zawsze szybko rzucał się na moje błędy, wyśmiewał z jąkania i niezdecydowania, dlatego z trudem formowałam spójne zdania.

– …załatwić dokumenty. I tak przejeżdżałam obok, więc pomyślałam, że to mogłoby przyśpieszyć sprawę, jeśli zostawię ci je w domu. Przejrzałeś je?

Czekałam na odpowiedź, która nie nadchodziła. Cisza w słuchawce gęstniała.

– Phillip? Co o tym myślisz? Jest szansa, żebyś podpisał papiery i odesłał mojemu prawnikowi do końca tygodnia?

Nadal nic.

Pochyliłam się i spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Pokazywał datę i godzinę, nic więcej. Połączenie zostało przerwane.

Przyciskałam słuchawkę do ucha tak mocno, że kolczyk o mało nie przeciął delikatnej skóry na mojej szyi. Na drugim końcu biura ktoś nagle się roześmiał. Naprzeciwko mnie Claire podniosła wzrok i cmoknęła.

– Jasne – powiedziałam do głuchej słuchawki. – Byłoby super. Dziękuję.

Claire spojrzała na mnie, a ja przewróciłam oczami. Mężowie, co?

Policzyłam do trzech.

– Nie bądź niemądry. Nie musisz przepraszać. Nie. Naprawdę nie użyłabym słowa „fiut”, nic w tym rodzaju.

Policzyłam do czterech.

– Bardzo jesteś miły. Przestań, wprawiasz mnie w zakłopotanie.

Jeden. Dwa.

– Ty też. Dbaj o siebie. Cześć.

Odłożyłam telefon, założyłam okulary i dodałam jeszcze jedną pozycję do mojej listy rzeczy do zrobienia. Obecnie wyglądała tak:

 

1. Telefon do szkoły w sprawie spotkania rodziców.

2. Gotówka dla opiekunki.

3. Rozliczenie wydatków.

4. Przepisanie notatek ze spotkania.

5. Zabicie Phillipa w sposób najbardziej bolesny z możliwych.

 

Opanowanie się trwało dłużej, niż powinno. Claire odrzuciła propozycję przyniesienia jej czegoś, machając do mnie pojemnikiem z domową sałatką.

Pojechałam windą do kafejki na ostatnim piętrze. Okna od sufitu do podłogi oferowały widok na biurowce i skomplikowaną sieć dróg zebranym tu łowcom kofeiny, którzy potrafili wywęszyć kawę jak pocisk termolokacyjny swój cel. Przyciągał nas nieodparty aromat przedpołudniowych muffinek, na kartonowych kubkach na wynos widniały wypisane czarnym markerem imiona.

Rachel zamachała na mój widok, jakbym w chwili gdy drzwi windy się rozsuną, nie była w stanie zauważyć mierzącej sto osiemdziesiąt centymetrów blondynki z okularami przeciwsłonecznymi na czubku głowy. Rachel i ja nie chodziłyśmy w te same miejsca, nie obracałyśmy się w tych samych kręgach. Prawdę mówiąc, ja nie obracałam się w żadnych kręgach, tylko zygzakiem przemierzałam drogę między pracą a domem. Nasze ścieżki nigdy by się nie skrzyżowały, gdyby nie solidnie zakrapiana bożonarodzeniowa impreza. Rachel była pijana, ja przytrzymywałam jej włosy, gdy wisiała nad sedesem.

Była młodsza ode mnie, żyła dla weekendów i podjęła nieodwołalną decyzję, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Wydawała pieniądze na kremy samoopalające, manikiur i drinki jägerbomb, ja na szkolne mundurki, papier toaletowy i koktajle mleczne. A mimo to była jedyną osobą, która wiedziała, jak traktuje mnie Phillip.

Nie miałam wielu przyjaciół. Phillip nie zabronił mi wprost przyjaźni z innymi ludźmi, ale utrudniał spotkania i zniechęcał, kiedy chciałam kogoś zaprosić do domu. Kobiety, z którymi miałam do czynienia, w większości były żonami jego przyjaciół i w żadnym razie nie mogłabym się im zwierzyć z obawy, że mogłoby to dotrzeć do Phillipa.

Rachel była niczym haust świeżego powietrza. Po raz pierwszy opowiedziałam jej o życiu z Phillipem, kiedy była zalana, i założyłam, że nic nie będzie pamiętała, ale Rachel należała do tych pijaków, którzy wprawdzie zapomnieli, jak się chodzi, ale potrafili przypomnieć sobie każde słówko szepnięte im w zaufaniu. Nie znała Phillipa, więc jego urok jej nie zaślepiał. Phillip wyjechał wtedy na golfowy weekend, w przeciwnym razie nie mogłabym pójść na tamtą imprezę. Mama została z dzieckiem, a ja spędziłam pierwszy od pięciu lat wieczór bez Phillipa.

Zaraz w poniedziałek Rachel wyśledziła mnie w biurze i powiedziała, że chce postawić mi lunch w rewanżu za to, że się nią zaopiekowałam. W rzeczywistości chciała mnie przekonać, żebym zostawiła Phillipa. Przyjaźń była mało prawdopodobna, ale czułam za nią wdzięczność. Miesiącami Rachel namawiała mnie do odejścia, a kiedy to on mnie rzucił, urządziła przyjęcie.

 

– Założyłam, że chcesz to co zwykle. – Rachel popchnęła kubek w moją stronę.

– Co? Mają merlota?

Roześmiała się głośno i krótko, więc było to bardziej szczeknięcie niż śmiech.

– Wiesz, czytałam…

– Nie szalej!

– Spokojnie, obrazki też były. W każdym razie w tym artykule napisano, że koniec małżeństwa, choćby i tak gównianego jak twoje, to wielka sprawa, rozumiesz? Nawet jeśli sama chciałaś je zakończyć, nadal musisz, no wiesz, to przepracować. I naturalną reakcją jest gniew. Musisz go wyładować.

– Minęło półtora roku…

– Właśnie, a ty wciąż stoisz w miejscu. Potrzebujesz w coś walnąć. Mocno. Dlatego uważam, że powinnyśmy pójść na kurs boksu.

– Rachel!

– Nie, posłuchaj mnie. Jest tylko dla kobiet i nazywa się Rum Punch czy jakoś tak. Co o tym myślisz?

– Postanowiłam praktykować starożytną i dawno zapomnianą sztukę wybaczania. Radzę sobie dobrze, Rach, zaufaj mi. A wracając do tego, o czym mówiłam…

– Pasywna agresja. To cała ty. Lepiej by było, jakbyś ją sprała. Albo jego. Albo oboje. Wyrzuciła to z siebie. I naprawdę powinnaś zacząć się znowu umawiać.

– Nie mogę. Nie teraz, kiedy Alistair jest mały. A poza tym posłuchasz mnie wreszcie? Mam nowiny.

Rachel usiadła wygodnie i napiła się pokrytej pianką kawy.

– Znam różnych ludzi – powiedziała. – Mogłabym Phillipa… zneutralizować. Ten facet, z którym się spotkałam w Boże Narodzenie…

– Doceniam twoją lojalność, chociaż jest cokolwiek przerażająca, ale czytałam, że najlepszą zemstą jest przeżywanie swojego życia w pełni.

– I jak to się sprawdza u ciebie?

– Posłuchaj – powiedziałam. – Phillip dziwnie się zachowuje.

Rachel pociągnęła łyk pianki i uniosła brwi.

– Poszłam wczoraj do niego z papierami rozwodowymi, żeby je wreszcie podpisał, i zgadnij, co się stało?

– Co?

– Nie było go. A dzisiaj rano zadzwonił do mnie i kazał mi się trzymać z daleka od swojego domu.

– I to jest dziwne, bo…? – zapytała Rachel.

– Bo Naomi powiedziała, że jest w pracy. Ale ja wcześniej tam byłam i dowiedziałam się, że go nie ma i w najbliższym czasie wcale się go nie spodziewają. Na to Naomi stwierdziła, że pewnie jest u lekarza, tylko że kiedy przejeżdżałam koło przychodni, jego samochód tam nie stał.

Spojrzałam na nią triumfalnie. Pochyliła się ku mnie, opierając łokcie o stół.

– Pomijając, że śledzisz swojego byłego i jesteś o dwa, może trzy kroki od ugotowania jego króliczka jak Glenn Close w Fatalnym zauroczeniu… to ja nadal nie łapię, o co chodzi.

– Myślę, że znowu ma romans.

Rachel pokręciła głową, ale nie wyglądała na zaskoczoną.

– Powiedziałaś Naomi?

– Boże, nie. Rozlałam herbatę i ona zaczęła się zachowywać… dziwnie. Kompletnie jej odbiło i musiałam wyjść. Zresztą to nie jest moja sprawa.

– Wręcz przeciwnie. Nie żałujesz, że nikt ci nie powiedział, kiedy Phillip zaczął bzykać Naomi?

– O ile dobrze pamiętam, ktoś to zrobił i byłaś to ty.

– Nie musisz dziękować.

Tajemnica przestaje być tajemnicą w chwili, gdy z kimś się nią dzielimy. Rachel przypominała mi o tym niemal codziennie. To jej się zwierzałam, kiedy szukałam potwierdzenia, jakie straszne jest moje życie z Phillipem, albo chciałam ją skłonić do rozdarcia Phillipa na strzępy, ale gdy zależało mi na współczuciu lub na pewności, że moje najskrytsze myśli pozostaną między mną a rozmówcą, Rachel nie znajdowała się na szczycie listy. Choć jeśli chodzi o listę, ta akurat liczyła niewiele pozycji.

Rachel była żarliwą orędowniczką szczerości jako najlepszej taktyki. Dotąd jeszcze nie trafiła na żadną myśl, którą lepiej byłoby pozostawić niewypowiedzianą. Może dlatego pewne szczegóły zachowałam dla siebie.

Nie chciałam wierzyć własnym oczom. Jeśli Phillip rzeczywiście maltretował Naomi, to jak mogłam siedzieć obok i tylko się przyglądać? A gdy powiedziałabym o tym Rachel, musiałabym interweniować. Dopóki nie miałam pewności, co naprawdę się dzieje, zamierzałam milczeć. Zachowywałam się jak tchórz, ale nadal nie byłam równorzędną partnerką dla Phillipa, nawet mając po swojej stronie Rachel.

– Nie lubię plotkować – oznajmiłam.

– Och, chwała ci, chociaż kiedy w grę wchodzi dobro drugiej osoby, to nie są plotki. Pomyśl o tym jak o „rozpowszechnianiu informacji”. Wyobraź sobie, jak mówisz tej dziwce, że Phillip tańczy na cudzej imprezie. – Oczy jej błysnęły i wystawiła palec wskazujący. – Numero uno, w czasie snu odetnie mu jaja, bo jak wiemy, jest świrniętą zdzirą.

– Wiemy o tym? Ponieważ…

– Numero duo – Rachel pokazała dwa palce – z jej nabotoksowanej twarzy zejdzie ten wyraz zadowolenia.

– Nie wydaje mi się, żeby zrobiła sobie zabieg. Skóra po prostu tak wygląda, jak masz dwadzieścia kilka lat.

– I numero trio…

– Nie wydaje mi się, że to jest po włosku.

– …zaczniesz smacznie przesypiać noce, mając świadomość, że uratowałaś od przechodzenia przez to gówno inną kobietę, choć zdradziecka z niej szmata.

Uśmiechnęłam się.

– Trafiłaś w punkt.

– Oczywiście. – Rachel z wdziękiem pochyliła głowę.

– Gdyby to było takie proste, może bym to zrobiła. Ale on jest ojcem Alistaira. Co ma wpływ na Phillipa, ma także wpływ na nas. Ja tylko chcę, żeby sprawy… sama nie wiem… układały się między nami normalnie. Będziemy rodzicami naszego dziecka do końca życia, a ja chcę się cieszyć na dyplomie Alistaira, na jego ślubie, przy narodzinach jego dzieci, nie czując się źle za każdym razem, kiedy jestem z Phillipem w jednym pokoju. W żadnym razie nie chcę, żeby Alistair miał poczucie, że musi wybierać, kogo z nas zaprosi na ważne wydarzenie. Nie chcę, żeby się przejmował, że urazi nasze uczucia.

– On ma sześć lat, skarbie. Wciąż jest czas, żeby Phillipa przejechał autobus.

Roześmiałam się.

Rachel ujęła mnie za rękę i tak długo wpatrywała się w moją twarz, aż odwzajemniłam spojrzenie.

– Przestań się zadręczać sprawami, które może nigdy się nie zdarzą. Alistair nie podziękuje ci, że byłaś popychadłem.

Poczułam, że się rumienię. Nie chciałam być pomiotłem, ale urządzanie przeze mnie scen nie leżało w niczyim interesie.

– No dobra. – Rachel puściła moją rękę i uniosła do ust kawę. – Co robisz w piątek wieczorem? Myślę o podwójnej randce…

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI