Zemsta Manitou - Graham Masterton - ebook
Opis

Niepokonany Misquamacus powraca, by dokonać krwawej zemsty. Wcielony w ośmioletniego chłopca zapowiada, że w dniu ciemnych gwiazd odrodzi się dwudziestu dwóch szamanów. Z pomocą indiańskich bogów, za każdego Indianina, który kiedykolwiek zginął z rąk białych, szamani zabiją jednego człowieka białej rasy. I znowu przeciwnikiem Misquamacusa jest jasnowidz Harry Erskine…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie ‌elektroniczne

GRA­HAM MA­STER­TON

Po­pu­lar­ny pi­sarz ‌an­giel­ski. Uro­dził się ‌w 1946 ‌w Edyn­bur­gu. Po ukoń­cze­niu ‌stu­diów pra­co­wał ‌jako re­dak­tor w mie­sięcz­ni­kach, ‌m.in. May­fa­iri an­giel­skim od­dzia­le Pen­tho­use’a. ‌Au­tor licz­nych hor­ro­rów, ‌ro­man­sów, ‌po­wie­ści ‌oby­cza­jo­wych, thril­le­rów, ‌po­rad­ni­ków ‌sek­su­olo­gicz­nych. Zdo­byw­ca ‌Ed­gar Al­lan ‌Poe Award, ‌Prix Ju­lia Ver­lan­ger ‌i no­mi­na­cji do Bram ‌Sto­ker Award. De­biu­to­wał ‌w 1976 hor­ro­rem Ma­ni­tou(ze­kra­ni­zo­wa­nym z To­nym ‌Cur­ti­sem w roli głów­nej). ‌Jego do­ro­bek ‌li­te­rac­ki ‌obej­mu­je po­nad 80 ksią­żek ‌– po­wie­ści i zbio­rów opo­wia­dań ‌– ‌o cał­ko­wi­tym na­kła­dzie prze­kra­cza­ją­cym ‌20 ‌mi­lio­nów ‌eg­zem­pla­rzy, ‌z cze­go po­nad dwa mi­lio­ny ‌ku­pi­li pol­scy ‌czy­tel­ni­cy. ‌Wiel­ką po­pu­lar­ność pi­sa­rza ‌w Pol­sce, któ­rą ‌czę­sto od­wie­dza, ugrun­to­wał cykl ‌po­rad­ni­ków sek­su­olo­gicz­nych, w tym ‌wie­lo­krot­nie ‌wzna­wia­nych ty­tu­łów ‌Ma­gia ‌sek­sui Po­tę­ga sek­su. W ostat­nim ‌cza­sie ‌uka­za­ły się Upa­dłe ‌anio­ły, Czer­wo­ny ‌Ho­tel, Ogród złai Com­mu­ni­ty. ‌Wkrót­ce pre­mie­ry ko­lej­nych po­wie­ści ‌Ma­ster­to­na – Dro­ught ‌i Scar­let Wi­dow.

www.gra­ham­ma­ster­ton.co.uk/ gra­ham­ma­ster­ton.blox.pl

Tego ‌au­to­ra

Sagi ‌hi­sto­rycz­ne

WŁAD­CY PRZE­STWO­RZY ‌

WŁAD­CZY­NI

DY­NA­STIA ‌

CyklRook

ROOK

KŁY I PA­ZU­RY

STRACH ‌

DE­MON ZIM­NA

SY­RE­NA ‌

CIEM­NIA ‌

ZŁO­DZIEJ DUSZ ‌

CyklMa­ni­tou ‌

MA­NI­TOU ‌

ZE­MSTA MA­NI­TOU

DUCH ZA­GŁA­DY ‌

KREW MA­NI­TOU

AR­MA­GE­DON

CyklWo­jow­ni­cy ‌Nocy

ŚMIER­TEL­NE ‌SNY ‌

PO­WRÓT WO­JOW­NI­KÓW NOCY

DZIE­WIĄ­TY ‌KOSZ­MAR

Inne ty­tu­ły

STUD­NIE PIE­KIEŁ ‌

BON­NIE WIN­TER

ANIOŁ JES­SI­KI ‌

STRAŻ­NI­CY PIE­KŁA

KOSZ­MAR

DE­MO­NY ‌NOR­MAN­DII

ŚWIĘ­TY TER­ROR

SZA­RY ‌DIA­BEŁ

ZWIER­CIA­DŁO PIE­KIEŁ

ZJA­WA ‌

BEZ­SEN­NI

DZIEC­KO CIEM­NO­ŚCI ‌

CZAR­NY ANIOŁ

STRACH ‌MA WIE­LE TWA­RZY ‌

SFINKS

WY­ZNAW­CY ‌PŁO­MIE­NIA ‌

WEN­DI­GO

OKRU­CHY ‌STRA­CHU

CIA­ŁO ‌I KREW ‌

DRA­PIEŻ­CY

WAL­HAL­LA

PIĄ­TA CZA­ROW­NI­CA ‌

MU­ZY­KA ‌Z ZA­ŚWIA­TÓW

BŁY­SKA­WI­CA

DUCH OGNIA

ZA­KLĘ­CI

UPA­DŁE ANIO­ŁY

OGRÓD ZŁA

COMA

SU­SZA

SZKAR­ŁAT­NA WDO­WA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

RE­VEN­GE OF THE MA­NI­TOU

Co­py­ri­ght © Gra­ham Ma­ster­ton 1979

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Wie­sław Mar­cy­siak 2012

Re­dak­cja: Jo­an­na Mo­raw­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: dun­da­nim/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-119-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mę­drzec Wam­pa­no­agów, Mi­squ­ama­cus, stwier­dził, że ów De­mon nosi imię Ossa­da­go­wah, co ozna­cza po­tom­ka Sa­do­go­wah, i jest tym sa­mym Zło­wro­gim Du­chem, któ­ry we­dług star­szy­zny zstą­pił z Gwiazd. Wam­pa­no­ago­wie, Nan­se­ci i Na­hri­gan­se­ci po­tra­fi­li spro­wa­dzić Go z Nie­bios, jed­nak nig­dy tego nie czy­ni­li, a to z oba­wy przed wiel­kim Złem, ja­kie ze sobą ścią­gał.

H.P. Lo­ver­craft

ROZDZIAŁ 1

Obu­dził się w nocy. Był pe­wien, że ktoś jest w sy­pial­ni. Za­marł. Nie śmiał na­wet od­dy­chać. Wcze­piw­szy pal­ce w koł­drę w bla­do­nie­bie­skie prąż­ki, pod­cią­gnął ją pod sam nos. Wy­tę­ża­jąc słuch, wpa­try­wał się w ciem­no­ści, go­tów wy­chwy­cić choć­by naj­drob­niej­szy ruch, naj­cich­sze skrzyp­nię­cie pod­ło­go­wych de­sek. Ser­ce trze­po­ta­ło mu w pier­si bez­gło­śnie jak osza­la­łe, pom­pu­jąc prze­ra­że­nie do wszyst­kich żył i ar­te­rii cia­ła ośmio­lat­ka.

– Tato – wy­szep­tał, ale tak ci­cho, że nikt nie mógł tego usły­szeć. Jego ro­dzi­ce spa­li w prze­ciw­le­głej sy­pial­ni, więc od ra­tun­ku dzie­li­ło go dwo­je drzwi i dzie­sięć me­trów mrocz­ne­go ko­ry­ta­rza, gdzie ty­kał sta­ry ze­gar szaf­ko­wy i gdzie na­wet za dnia od­czu­wa­ło się dziw­ną sa­mot­ność i dła­wią­cy bez­ruch.

Te­raz na­brał pew­no­ści, że sły­szy czy­jeś wes­tchnie­nia lub od­dech. Ci­che, stłu­mio­ne wzdy­cha­nie jak­by ze smut­ku lub bólu. Mógł to być je­dy­nie sze­lest za­słon, któ­ry­mi po­ru­szał wiatr wpa­da­ją­cy przez uchy­lo­ne okno. Mo­gły to być szep­czą­ce fale mor­skie, ob­my­wa­ją­ce pla­żę od­da­lo­ną o nie­ca­ły ki­lo­metr. Cze­kał i cze­kał, ale nic się nie dzia­ło. Mi­nę­ło pięć mi­nut. Dzie­sięć. Ode­rwał od po­dusz­ki gło­wę o blond lo­kach. Sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi ro­zej­rzał się po po­ko­ju. Spoj­rzał w nogi łóż­ka, na rzeź­bio­ny wspor­nik. Na drew­nia­ną sza­fę. Na pu­dło z za­baw­ka­mi z nie­do­mknię­tym wie­kiem, któ­re opar­ło się na utknię­tych w nim dźwi­gach, czoł­gach i rę­ka­wi­cach do ba­se­bal­lu. Na ubra­nie, dżin­sy i ko­szul­kę na opar­ciu drew­nia­ne­go krze­sła.

Po­cze­kał jesz­cze chwi­lę, wy­tę­ża­jąc wzrok. Po­tem ostroż­nie wstał i pod­szedł do okna. Na ze­wnątrz sza­rza­ło nie­bo po­kry­te po­rwa­ny­mi wia­trem chmu­ra­mi. Noc­na cza­pla wrza­snę­ła nie­spo­koj­nie, zwia­stu­jąc świt. Z upo­rem gdzieś stu­ka­ły drew­nia­ne drzwi. Spoj­rzał w dół na za­śmie­co­ny ogró­dek i chy­lą­cy się płot, któ­ry od­dzie­lał dom Fen­ne­rów od po­ro­śnię­tych tra­wą wydm wy­brze­ża So­no­my. Ni­ko­go nie zo­ba­czył.

Wró­cił do łóż­ka i na­cią­gnął koł­drę na gło­wę. Wie­dział, że to głu­pie, bo tata tak mu po­wta­rzał. Jed­nak dzi­siaj było in­a­czej, nie tak jak wte­dy, kie­dy bał się cie­ni albo za bar­dzo prze­jął się fil­mem o UFO. Dzi­siej­szej nocy ktoś tu był. I ten ktoś wzdy­chał.

Le­żał spię­ty pra­wie dwa­dzie­ścia mi­nut. Drew­nia­ne drzwi na dwo­rze nie­ustan­nie stu­ka­ły z upior­ną re­gu­lar­no­ścią, ale poza tym ni­cze­go nie sły­szał. Po chwi­li oczy same za­czę­ły mu się za­my­kać. Raz jesz­cze po­de­rwał się, ale po­tem zno­wu za­mknął oczy i za­snął.

Przy­śnił mu się naj­gor­szy kosz­mar w ży­ciu. Wy­da­wa­ło się mu, że to wca­le nie był sen. Wstał z łóż­ka i ob­ró­cił się w stro­nę sza­fy, po­ru­szał gło­wą dziw­nie sztyw­no. Sło­je drew­na orze­cho­we­go w drzwiach sza­fy za­wsze go tro­chę nie­po­ko­iły, po­nie­waż do­pa­try­wał się w nich li­sich py­sków. A te­raz prze­stra­szył się ich. Miał wra­że­nie, że w drew­nia­nej pły­cie ktoś jest i woła go, roz­pacz­li­wie pra­gnie mu coś po­wie­dzieć. Ktoś, kto zo­stał tam uwię­zio­ny, a jed­no­cze­śnie jest prze­ra­ża­ją­cy.

Usły­szał czyjś głos, jak­by ktoś mó­wił do nie­go zza gru­bej szy­by:

– Al­len… Al­len… na miły Bóg, Al­len… na miły Bóg, po­móż mi… Al­len – ktoś wzy­wał.

Chło­piec pod­szedł do sza­fy, jed­ną rękę wy­cią­ga­jąc przed sie­bie, jak­by za­mie­rzał do­tknąć drew­na, aby od­kryć, skąd do­cho­dził głos. Nie­wy­raź­na, le­d­wo wi­docz­na, je­dy­nie jako sła­ba po­świa­ta na la­kie­rze, ry­so­wa­ła się sza­ra twarz, któ­rej usta po­ru­sza­ły się, bła­ga­jąc o li­tość, o po­moc w wy­do­sta­niu się z tego nie­wy­obra­żal­ne­go pie­kła.

– Al­len… – głos mo­no­ton­nie po­wta­rzał bła­ga­nie. – Al­len… na miły Bóg…

– Kto to jest Al­len? – wy­szep­tał chło­piec. – Jaki Al­len? Je­stem Toby. Toby Fen­ner. Kto to jest Al­len?

Chło­piec wi­dział, jak twarz zni­ka. Jed­nak przez chwi­lę ogar­nął go lo­do­wa­ty strach nie do opi­sa­nia, jak­by za­wiał zim­ny wiatr sprzed wie­lu, wie­lu lat. Ode­brał wra­że­nie ja­kie­goś in­ne­go miej­sca… zna­ne­go i zna­jo­me­go, a jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­ją­co ob­ce­go. To od­czu­cie po­ja­wi­ło się i zni­kło tak szyb­ko, że nie po­tra­fił go zde­fi­nio­wać.

– Kto to jest Al­len? – za­wo­łał, wa­ląc dłoń­mi w drzwi sza­fy. – Kto to jest Al­len?

Był co­raz bar­dziej prze­ra­żo­ny i krzy­czał z ca­łych sił.

– Kto to jest Al­len? Kto to jest Al­len?

Drzwi do sy­pial­ni otwo­rzy­ły się z trza­skiem.

– Toby? Toby, do dia­ska, co tu się dzie­je? – za­py­tał tata.

♦ ♦ ♦

Sie­dzie­li przy ku­chen­nym so­sno­wym sto­le. Na śnia­da­nie były jaj­ka na be­ko­nie i na­le­śni­ki. Tata prze­żu­wał je­dze­nie, po­pi­jał kawą, jed­no­cze­śnie uważ­nie przy­glą­da­jąc się sy­no­wi. Obok taty le­ża­ła zło­żo­na, nie­czy­ta­na ga­ze­ta „San Fran­ci­sco Exa­mi­ner”. Toby, ubra­ny już do szko­ły w dżin­sy i let­nią, błę­kit­ną ko­szu­lę, kon­cen­tro­wał uwa­gę na na­le­śni­kach. Dzi­siaj wi­dział w nich wy­spy skar­bów w mo­rzu sy­ro­pu, któ­re stop­nio­wo roz­ko­py­wał gi­gan­tycz­ny wi­de­lec.

Mama sta­ła przy ku­chen­ce i sprzą­ta­ła. Mia­ła na so­bie far­tu­szek w ró­żo­wą krat­kę, blond wło­sy upię­ła w koń­ski ogon. Była szczu­pła i mło­da. Przy­rzą­dzi­ła be­kon do­kład­nie tak, jak Toby lu­bił. Tata miał ciem­niej­sze wło­sy, był spo­koj­niej­szy i mó­wił wol­niej, ale łą­czy­ło ich głę­bo­kie uczu­cie, któ­re nie po­trze­bo­wa­ło zbyt wie­lu słów. Przez całe nie­dziel­ne po­po­łu­dnie mo­gli pusz­czać la­taw­ce nad mo­rzem albo ło­wić ryby na któ­rejś z łó­dek z warsz­ta­tu szkut­ni­cze­go i od obia­du po zmierzch za­mie­nić co naj­wy­żej pięć słów.

Za oknem kuch­ni ja­śnia­ło nie­bie­skie nie­bo z bia­ły­mi chmu­ra­mi. Był cie­pły i wietrz­ny wrze­sień na pół­noc­nym wy­brze­żu Ka­li­for­nii, pora, kie­dy wiatr gna pia­sek przez szorst­ką tra­wę i tar­ga pra­niem na sznu­rze.

– Chcesz jesz­cze kawy? – za­py­ta­ła Su­san Fen­ner. – Świe­żo pa­rzo­na.

Neil Fen­ner pod­su­nął ku­bek, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z syna.

– Tak. Chęt­nie.

Su­san, na­le­wa­jąc kawy mę­żo­wi, zer­k­nę­ła na Toby’ego.

– Zjesz te na­le­śni­ki czy nie? – za­py­ta­ła go nie­co ostro.

Toby pod­niósł wzrok.

– Jedz – po­le­cił mu tata.

Toby po­słu­chał. Wiel­ki wi­de­lec za­głę­bił się w wy­spę skar­bów, dźwi­gnął ją i wpro­wa­dził do gi­gan­tycz­nej kru­szar­ki.

– Jest coś cie­ka­we­go w ga­ze­cie? – spy­ta­ła Su­san.

Neil zer­k­nął na ga­ze­tę i po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Nie bę­dziesz czy­tał? – zdzi­wi­ła się Su­san, od­su­wa­jąc jed­no z krze­seł i sia­da­jąc z kub­kiem kawy. Sama nig­dy nie ja­dła śnia­da­nia, jed­nak nie wy­pusz­cza­ła z domu Ne­ila ani Toby’ego bez po­rząd­ne­go, cie­płe­go po­sił­ku. Wie­dzia­ła, że Neil prze­waż­nie za­po­mi­na o prze­rwie na lunch, a Toby wy­mie­nia ka­nap­ki z ma­słem orze­cho­wym na pla­sti­ko­we żoł­nie­rzy­ki albo gumę ba­lo­no­wą.

– Nie będę – od­po­wie­dział Neil i po­dał ga­ze­tę żo­nie. Su­san otwo­rzy­ła ją na dzia­le go­spo­dar­stwa do­mo­we­go.

– Uwie­rzył­byś? – ode­zwa­ła się. – Pi­szą, że sprzęt mar­ki Cu­isiart wy­cho­dzi z mody, a ja jesz­cze żad­ne­go ich urzą­dze­nia nie mam.

– W ta­kim ra­zie za­osz­czę­dzi­li­śmy tro­chę pie­nię­dzy – od­parł Neil, ale naj­wy­raź­niej nie był za­in­te­re­so­wa­ny tym te­ma­tem. Su­san spoj­rza­ła na nie­go i zmarsz­czy­ła brwi.

– Neil, coś się sta­ło? – spy­ta­ła.

Po­krę­cił prze­czą­co gło­wą i na­gle chwy­cił syna za nad­gar­stek, a na­stęp­na por­cja na­le­śni­ka za­wi­sła nad ta­le­rzem.

– Tato? – zdzi­wił się Toby.

Neil bacz­nie przyj­rzał się sy­no­wi.

– Toby, wiesz, kto to jest Al­len? – za­py­tał szorst­kim gło­sem.

Toby po­pa­trzył na ojca, nic nie ro­zu­mie­jąc.

– Al­len? – po­wtó­rzył.

– Wła­śnie. Po­wta­rza­łeś to imię w nocy, kie­dy ci się śni­ło coś strasz­ne­go. Mó­wi­łeś: „Nie je­stem Al­len, je­stem Toby”.

Toby za­mru­gał ocza­mi. Za dnia nie pa­mię­tał zbyt do­kład­nie noc­ne­go kosz­ma­ru. Wy­da­wa­ło mu się, że mia­ło to zwią­zek z drzwia­mi sza­fy, ale nie wie­dział w czym rzecz. Przy­po­mniał so­bie, że się bał. Pa­mię­tał, że tata po­ło­żył go z po­wro­tem do łóż­ka i szczel­nie otu­lił koł­drą. Jed­nak imię „Al­len” nic mu nie mó­wi­ło.

– Czy wła­śnie to mó­wił? „Nie je­stem Al­len, je­stem Toby”?

Neil ski­nął gło­wą.

– Ależ dzie­ci mó­wią prze­róż­ne rze­czy przez sen – po­wie­dzia­ła Su­san do męża. – Moja młod­sza sio­stra śpie­wa­ła ry­mo­wan­ki.

– To nie to samo – od­po­wie­dział Neil.

Su­san spoj­rza­ła na syna i z po­wro­tem na męża.

– Nie ro­zu­miem, o co ci cho­dzi – do­da­ła ci­cho.

Neil pu­ścił nad­gar­stek syna. Po­pa­trzył na stół, na swój pu­sty już ta­lerz.

– Mój brat miał na imię Al­len – oznaj­mił wów­czas. – Wszy­scy mó­wi­li do nie­go Jim, bo na dru­gie miał Ja­mes. Ale na pierw­sze imię miał Al­len.

– Ale Toby o tym nie wie.

– No wła­śnie.

Za­pa­dło nie­zręcz­ne mil­cze­nie.

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć – ode­zwa­ła się Su­san. – Że Toby ma kosz­ma­ry o two­im bra­cie?

– Nic nie chcę przez to po­wie­dzieć. To mnie po pro­stu za­sko­czy­ło, to wszyst­ko. Po­kój Toby’ego kie­dyś na­le­żał do Al­le­na. To zna­czy, Jima.

Su­san od­sta­wi­ła ku­bek z kawą. Spoj­rza­ła na Ne­ila i zro­zu­mia­ła, że z niej nie żar­tu­je. Cza­sa­mi to ro­bił, a po­czu­cie hu­mo­ru miał miłe, cho­ciaż to­por­ne, odzie­dzi­czo­ne po mat­ce Po­lce. Po­czci­we, środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie żar­ty. Jed­nak dzi­siaj był zde­ner­wo­wa­ny i za­nie­po­ko­jo­ny, jak­by prze­czu­wał nie­pew­ną przy­szłość.

– My­śli, że to duch? – za­py­ta­ła Su­san.

Neil na mo­ment spo­waż­niał, a po­tem naj­wy­raź­niej zmie­sza­ny uśmiech­nął się i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Duch? Sam nie wiem. Nie wie­rzę w du­chy. To zna­czy, nie wie­rzę w du­chy, któ­re cho­dzą po nocy.

– Tato – za­pisz­czał Toby. – A du­chy ist­nie­ją? Na­praw­dę?

– Nie, Toby – od­parł sta­now­czo Neil. – Nie ma żad­nych du­chów. Są tyl­ko w baj­kach i na tym ko­niec.

– W nocy sły­sza­łem ja­kieś gło­sy – do­dał Toby. – Czy to był duch?

– Nie, dziec­ko. To tyl­ko wiatr.

– Ale co po­wie­dzia­łeś o Al­le­nie?

Neil spu­ścił gło­wę. Su­san wzię­ła Toby’ego za rękę.

– Ta­tuś chciał po­wie­dzieć, że śni­ło ci się coś bar­dzo wy­jąt­ko­we­go – wy­ja­śnia­ła spo­koj­nie – i to wszyst­ko. Nie ma się cze­go bać. A te­raz skończ tego na­le­śni­ka, bo już pora do szko­ły.

♦ ♦ ♦

Neil za­wiózł Toby’ego pick-upem do Bo­de­ga Bay i wy­sa­dził go przed samą szko­łą. Dzwo­nek za­wo­dził płacz­li­wie, a więk­szość dzie­ci była już w środ­ku. Toby wy­siadł z sa­mo­cho­du, ale za­miast biec pro­sto do szko­ły, stał jesz­cze chwi­lę obok pick-upa, spo­glą­da­jąc na ojca. Wiatr od oce­anu roz­wie­wał mu blond grzy­wę.

– Tato? – ode­zwał się.

Neil spoj­rzał na syna.

– O co cho­dzi?

– Nie chcia­łem cię zde­ner­wo­wać – po­wie­dział Toby.

Neil się za­śmiał.

– Zde­ner­wo­wać? Nie zde­ner­wo­wa­łeś mnie.

– My­śla­łem, że tak. Mama po­wie­dzia­ła, że nie wol­no mi roz­ma­wiać o Ji­mie.

Neil nie od­po­wie­dział. Nadal z tru­dem przy­cho­dzi­ło mu my­śle­nie o bra­cie. Już wię­cej nie na­wie­dza­ły go te strasz­ne, wy­raź­ne ob­ra­zy. Z cza­sem uda­ło mu się je za­ma­zać w pa­mię­ci, za­po­mnieć o nich. Jed­nak cią­gle od­czu­wał ten ból za­pie­ra­ją­cy dech, jak­by wsko­czył do oce­anu w gru­dnio­wy dzień. Wciąż czuł się bez­rad­ny i zde­spe­ro­wa­ny.

– Le­piej już bie­gnij do szko­ły. Pani bę­dzie się o cie­bie mar­twi­ła – po­wie­dział Neil.

Toby się wa­hał.

– No, już, leć – po­na­glił go Neil, a Toby wie­dział, że tata nie żar­tu­je. Za­rzu­cił na ra­mię tor­ni­ster, wziął pu­deł­ko z dru­gim śnia­da­niem, po czym ru­szył po­wo­li sza­rym, za­ku­rzo­nym dzie­dziń­cem. Neil ob­ser­wo­wał, jak jego syn zni­ka za po­obi­ja­ny­mi, nie­bie­ski­mi drzwia­mi, któ­re się za nim za­mknę­ły. Wes­tchnął.

Wie­dział, że po­wi­nien być z To­bym szcze­ry i opo­wie­dzieć mu o Ji­mie. Jed­nak nie po­tra­fił, do­pó­ki sam nie upo­ra się ze wspo­mnie­nia­mi. Za­czy­nał już pa­ro­krot­nie opo­wia­dać Toby’emu o tym, co się wy­da­rzy­ło, ale trud­no mu było zna­leźć wła­ści­we sło­wa. Bo ja­ki­mi sło­wa­mi moż­na opi­sać sce­nę, gdy sa­mo­chód po­wo­li miaż­dży two­je­go bra­ta, po­nie­waż przez nie­uwa­gę zwol­ni­łeś pod­no­śnik? Ja­kie sło­wa mo­gły opi­sać wła­sną winę?

Na­wet dzi­siaj miał przed ocza­mi rękę Jima wy­cią­gnię­tą w jego stro­nę. Wi­dział bła­ga­ją­cą, na­brzmia­łą twarz bra­ta, z krwią wy­le­wa­ją­cą się usta­mi i no­sem. Jak po­wie­dzieć o tym ośmio­lat­ko­wi?

Po­je­chał do cen­trum Bo­de­ga Bay i za­par­ko­wał sa­mo­chód przed re­stau­ra­cją. Po­tem prze­szedł sza­rym, drew­nia­nym po­mo­stem do Whi­te Dove, ża­glów­ki, któ­rą na­pra­wiał dla klien­ta. Mewy ko­ło­wa­ły z trze­po­tem skrzy­deł na wie­trze, a ta­kie­lu­nek jach­tów za­cu­mo­wa­nych w za­to­ce po­brzę­ki­wał i szczę­kał.

Miej­sco­wość Bo­de­ga Bay le­ża­ła nad małą, płyt­ką za­to­ką, oto­czo­ną pół­wy­spem, któ­ry przy­po­mi­nał za­krzy­wio­ny pa­lec wy­su­nię­ty z wy­brze­ża So­no­my. Pla­że wo­kół niej były sza­re i za­śmie­co­ne zwę­glo­nym drew­nem i pusz­ka­mi po pi­wie, ale da­lej cią­gnę­ły się zie­lo­ne pa­gór­ki i ci­che go­spo­dar­stwa. Tu­ry­ści już się po­roz­jeż­dża­li, a przy­kry­te mgłą wy­brze­że uci­chło, sły­sza­ło się je­dy­nie krzyk mew i chlu­pot fal o pale kei.

Neil zszedł na wy­bie­lo­ny solą po­kład Whi­te Dove i prze­szedł na rufę. Wła­ści­ciel uży­wał ło­dzi przez całe lato, więc wy­ma­ga­ła czysz­cze­nia, kon­ser­wa­cji i ma­lo­wa­nia. Neil spoj­rzał na maszt i zo­ba­czył, że kil­ka lin wy­strzę­pi­ło się i zwi­sa­ło lu­zem.

Miał wła­śnie zejść pod po­kład i spraw­dzić, ja­kie na­pra­wy są ko­niecz­ne w ma­łej ka­bi­nie, kie­dy wy­da­ło mu się, że usły­szał czyjś głos. Pod­niósł wzrok, ale nie było ni­ko­go w po­bli­żu poza sta­rym Do­ugh­tym, ma­ry­na­rzem z Bo­de­ga Bay, któ­ry sie­dział na ko­szu na ho­ma­ry ja­kieś dzie­sięć lub pięt­na­ście me­trów od nie­go.

Neil znie­ru­cho­miał na kil­ka se­kund, ale do­szedł do wnio­sku, że mu­siał się prze­sły­szeć, więc po­chy­lił gło­wę, aby wejść do ka­bi­ny.

– Al­len – wy­szep­tał czyjś głos.

Neil za­marł. Bez wy­raź­ne­go po­wo­du ogar­nął go strach, ja­kie­go nig­dy do­tąd nie do­znał. Przez mo­ment nie mógł się ru­szyć, jak­by ów szept cał­ko­wi­cie po­zba­wił go wszyst­kich sił. Po chwi­li zdo­łał się od­wró­cić z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i po­bla­dłą twa­rzą.

Nie było nic poza po­kry­tą mgłą za­to­ką, mrocz­nym, sza­rym oce­anem, ko­łu­ją­cy­mi me­wa­mi. Nie sły­szał żad­ne­go gło­su poza skrzy­pie­niem lin i de­sek, gdy Whi­te Dove uno­si­ła się na fa­lach.

Neil wziął głę­bo­ki od­dech i wszedł do ka­bi­ny. Były tu trzy wą­skie koje ze zmię­tą po­ście­lą. Po­środ­ku stał la­kie­ro­wa­ny stół, za­sta­wio­ny pa­pie­ro­wy­mi kub­ka­mi i pu­sty­mi bu­tel­ka­mi po bo­ur­bo­nie, z bla­tem przy­pa­lo­nym nie­do­pał­ka­mi pa­pie­ro­sów. Neil po­czuł nie­smak na myśl, że moż­na tak trak­to­wać łódź. Na­wet naj­zwy­klej­sza łód­ka chro­ni­ła lu­dzi przed ży­wio­łem i dla­te­go uwa­żał, że każ­da, obo­jęt­nie jak skrom­na, za­słu­gi­wa­ła na tro­skę i sza­cu­nek.

Ro­zej­rzał się, a po­tem od­wró­cił się do schod­ków i wte­dy roz­legł się szept:

– Al­len, po­móż mi… Al­len, pro­szę, po­móż mi…

Obej­rzał się kom­plet­nie prze­ra­żo­ny. To śmiesz­ne, ale przez chwi­lę wy­da­wa­ło mu się, że przez za­bru­dzo­ny przed­ni bu­laj ktoś za­glą­da do środ­ka, wte­dy jed­nak twarz na­tych­miast prze­obra­zi­ła się w zwo­je lin i sze­kle.

Roz­trzę­sio­ny wy­do­stał się z ka­bi­ny i sta­nął na po­kła­dzie. Nie wie­dział, co o tym my­śleć. Może to sen Toby’ego za­padł mu w pa­mięć. Może był prze­pra­co­wa­ny. Wziął kil­ka głę­bo­kich od­de­chów i prze­szedł z po­wro­tem na keję po na­rzę­dzia i pusz­ki la­kie­ru.

♦ ♦ ♦

W szko­le słoń­ce kła­dło się uko­sem na ław­ki. Pani No­va­to, mło­da bru­net­ka z wło­cha­tą mysz­ką na jed­nym po­licz­ku, gu­stu­ją­ca w zwiew­nych hin­du­skich su­kien­kach, za­po­wie­dzia­ła dzie­ciom wy­ciecz­kę, któ­ra mia­ła od­być się za ty­dzień. Każ­de dziec­ko mu­sia­ło za­pła­cić za nią do­la­ra i trzy­dzie­ści pięć cen­tów i za­brać ze sobą su­chy pro­wiant. Po­ja­dą nad je­zio­ro Ber­ry­es­sa w gó­rach Vaca na lek­cję przy­ro­dy i może na­wet tro­chę po­pły­wa­ją.

Toby sie­dział ra­zem z Pe­trą Del­ga­dą, po­waż­ną dziew­czyn­ką, któ­ra nig­dy dużo nie mó­wi­ła i za­wsze w nie­dzie­lę cho­dzi­ła do ko­ścio­ła. Na­uczy­ciel­ka prze­sa­dzi­ła go, po­nie­waż za dużo roz­ma­wiał i śmiał się, gdy dzie­lił ław­kę ze swo­im naj­lep­szym ko­le­gą, ru­dziel­cem Li­nu­sem Ho­plan­dem. Li­nus sie­dział te­raz w pierw­szym rzę­dzie, a jego wło­sy błysz­cza­ły ni­czym świa­tło la­tar­ni mor­skiej na Po­int Are­na.

– Je­dziesz nad je­zio­ro? – Toby szep­tem za­py­tał Pe­trę. – Po­zwo­lą ci ro­dzi­ce?

Pe­tra wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i z uda­wa­ną skrom­no­ścią wy­dę­ła usta.

– Nie wiem. Jest mi nie­do­brze przez ostat­nie czte­ry dni. Mama może mi nie po­zwo­lić.

– Nie­do­brze? To zna­czy, że rzy­ga­łaś?

– Nie wol­no mó­wić „rzy­gać”. To nie­ład­nie.

Toby nie­co się za­ru­mie­nił. Nie chciał, aby Pe­tra po­my­śla­ła, że nie jest duży i mą­dry. W koń­cu Pe­tra nie­dłu­go skoń­czy dzie­więć lat i mia­ła szan­sę zo­stać prze­wod­ni­czą­cą kla­sy.

– No to co ci jest? Masz odrę? – do­py­ty­wał się Toby.

– Tak na­praw­dę to cier­pię na bez­sen­ność – wy­ja­śni­ła Pe­tra.

– To za­raź­li­we?

– Pew­nie, że nie, głup­ta­sie. Bez­sen­ność to zna­czy, że nie mo­żesz spać. Wi­dzisz, jak mam pod­krą­żo­ne oczy? Mama mówi, że to przez na­pię­cie przed doj­rze­wa­niem. – Toby zmarsz­czył czo­ło. Nie chciał się przy­znać, że nie miał naj­mniej­sze­go po­ję­cia, o czym mówi Pe­tra. Sły­szał coś o „doj­rze­wa­niu” i wie­dział, że ma to ja­kiś zwią­zek z wło­sa­mi ro­sną­cy­mi na siu­sia­ku – tak to dzia­dek za­wsze na­zy­wał – ale na tym koń­czy­ła się jego wie­dza. Jak więk­szość dzie­ci, dla któ­rych naj­waż­niej­sze w ży­ciu są de­sko­rol­ki, Anioł­ki Char­lie­go i Cap­ta­in Co­smic, za­raz za­po­mi­nał, co mu mó­wio­no.

– Co ro­bisz całą noc, jak nie mo­żesz spać? – za­py­tał Toby. – Cho­dzisz po domu?

– Och, tro­chę śpię – wy­ja­śni­ła Pe­tra. – Tyl­ko że cią­gle mie­wam kosz­ma­ry. Bu­dzę się przez nie, a po­tem mija dużo cza­su, za­nim zno­wu uda mi się za­snąć.

– Kosz­ma­ry? Wczo­raj mia­łem kosz­mar.

– E tam, na pew­no mam gor­sze kosz­ma­ry od two­ich – od­par­ła Pe­tra. – Moje są po pro­stu strasz­ne.

– Mnie się śni­ło, że ktoś utknął w mo­jej sza­fie – opo­wia­dał Toby. W sło­necz­nej sali za­brzmia­ło to dość kiep­sko. Prze­ra­ża­ją­cy strach na wi­dok sza­rej twa­rzy w drzwiach sza­fy wy­pa­ro­wał w cie­ple dnia. Pe­tra za­dar­ła nos.

– To nic ta­kie­go. W mo­ich snach jest peł­no krwi. Śnią mi się lu­dzie cali we krwi. – Toby był pod wra­że­niem.

– To na­praw­dę strasz­ne – przy­znał. – Lu­dzie zla­ni krwią… to strasz­ne.

– Mama mówi, że to ta­kie stra­chy w okre­sie doj­rze­wa­nia – lek­ko do­da­ła Pe­tra. – Mówi, że to strach ko­bie­ty przed na­tu­ral­ną funk­cją, a win­ni są męż­czyź­ni, bo nie ro­zu­mie­ją ko­biet.

– Pe­tra – za­wo­ła­ła pani No­va­to. – Ty roz­ma­wiasz? To ci nie­spo­dzian­ka!

Pe­tra rzu­ci­ła Toby’emu ostre spoj­rze­nie.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła do na­uczy­ciel­ki. – Chcia­łam Toby’emu coś wy­tłu­ma­czyć.

Dwa­dzie­ścio­ro dziew­cząt i chłop­ców w wie­ku od ośmiu do dzie­się­ciu lat od­wró­ci­ło gło­wy w ich stro­nę.

– Je­że­li cze­goś nie ro­zu­miesz, Toby, za­wsze mo­żesz mnie za­py­tać – po­uczy­ła go pani No­va­to. – Za to mi pła­cą. Poza tym w więk­szo­ści przy­pad­ków je­stem tro­chę le­piej po­in­for­mo­wa­na niż Pe­tra.

Li­nus Ho­pland szcze­rzył się do Toby’ego i stro­ił miny. Toby z tru­dem ha­mo­wał śmiech, aż mu­siał ugryźć się w ję­zyk, aby nie par­sk­nąć gło­śno.

– Wstań, Toby – po­le­ci­ła na­uczy­ciel­ka. – Je­że­li chcesz o coś za­py­tać, cze­goś nie ro­zu­miesz, to po­dziel się z nami swo­im pro­ble­mem. Po to są lek­cje.

Toby pod­niósł się nie­chęt­nie. Wzrok wbił w blat ław­ki.

– No, słu­cham – po­na­gla­ła go pani No­va­to. – Cze­go tak bar­dzo chcia­łeś się do­wie­dzieć?

Toby nie od­po­wia­dał.

– Czy było to tak waż­ne, że mu­sia­łeś oma­wiać to z Pe­trą w środ­ku lek­cji przy­ro­dy, a te­raz nie mo­żesz mi po­wie­dzieć, co to ta­kie­go?

– Cho­dzi­ło o sny Pe­try – od­parł Toby ci­chym, za­chryp­nię­tym gło­sem.

– Mów gło­śniej – po­na­gli­ła go na­uczy­ciel­ka. – Nic nie sły­szę.

– Cho­dzi­ło o sny Pe­try. Pe­tra ma kosz­ma­ry, tak jak ja.

Pani No­va­to za­mru­ga­ła ocza­mi.

– Kosz­ma­ry? Ja­kież to kosz­ma­ry? – za­py­ta­ła.

– Śnił mi się ktoś uwię­zio­ny w mo­jej sza­fie i wo­łał o po­moc. A Pe­trze lu­dzie cali we krwi.

Pani No­va­to po­wo­li po­de­szła do ich ław­ki. Naj­pierw spoj­rza­ła na Toby’ego, a po­tem na Pe­trę. Na ta­bli­cy za nią wid­nia­ło na­pi­sa­ne kre­dą zda­nie: „Drze­wa w Ska­mie­nia­łym Le­sie zo­sta­ły za­mie­nio­ne w ka­mień przez mi­ne­ra­ły”.

– Po­wie­dzie­li­ście ro­dzi­com o tych kosz­ma­rach? – spy­ta­ła na­uczy­ciel­ka.

– Tak, pro­szę pani. – Dzie­ci ski­nę­ły gło­wa­mi.

Pani No­va­to się uśmiech­nę­ła.

– W ta­kim ra­zie wszyst­ko bę­dzie do­brze. Może jedz­cie tro­chę mniej sera przed snem, a kosz­ma­ry nie będą was mę­czyć. Te­raz za­po­mnij­cie o złych snach i zaj­mij­cie się tym, co praw­dzi­we: drze­wa­mi w Ska­mie­nia­łym Le­sie.

Toby usiadł. Pe­tra, zła, że pani No­va­to ją zga­ni­ła, uszczyp­nę­ła go w nogę z ca­łej siły.

♦ ♦ ♦

Pod­czas du­żej prze­rwy na roz­grza­nym, za­py­lo­nym bo­isku ogro­dzo­nym me­ta­lo­wą siat­ką Toby usiadł na ław­ce z roz­łu­pa­nej kło­dy i jadł ka­nap­ki z ma­słem orze­cho­wym i dże­mem. Dzi­siaj, mimo że Ben Ni­che­li­ni usil­nie pro­sił o ka­nap­kę w za­mian za żywą jasz­czur­kę na sznur­ku, Toby był głod­ny i zjadł całe dru­gie śnia­da­nie przy­go­to­wa­ne przez mamę. Na sam ko­niec, prze­zor­nie, za­cho­wał ba­to­nik cze­ko­la­do­wy.

Andy Be­aver, któ­re­mu za­zdro­ści­ła cała kla­sa, bo wu­jek za­brał go do kina na Gwiezd­ne woj­ny, cał­kiem zno­śnie uda­wał te­raz R2-D2, a Ka­ren Do­ugh­ty dy­sza­ła gło­śno, po­wta­rza­jąc: „Je­stem Darth Va­der! Je­stem Darth Va­der!”.

Da­niel So­scol, je­den z naj­młod­szych chłop­ców w kla­sie, prze­szedł przez bo­isko i usiadł obok Toby’ego, z za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­da­jąc się, jak ten zja­da ka­nap­kę. Da­nie­la nie­szcze­gól­nie lu­bia­no, po­nie­waż był taki mały i ci­chy. Miał wiel­kie, ciem­ne oczy, szczu­płe ręce i nogi. Jego tata był hy­drau­li­kiem w Val­ley Ford, a mama zmar­ła w maju.

Toby nie prze­ry­wał je­dze­nia. Kie­dy skoń­czył, wy­cią­gnął kwa­dra­to­wą, pa­pie­ro­wą ser­wet­kę, któ­rą mama sta­ran­nie wło­ży­ła mu pod ka­nap­ki, i wy­tarł usta.

– Sły­sza­łem, co mó­wi­łeś o kosz­ma­rach – ode­zwał się Da­niel. Toby pod­niósł wzrok.

– No to co? – rzu­cił, uda­jąc twar­dzie­la, po­nie­waż So­scol był kla­so­wym po­py­cha­dłem, więc nie chciał, aby Andy Be­aver zo­ba­czył, że jest zbyt miły dla ko­goś ta­kie­go, bo wte­dy ban­da Andy’ego mo­gła­by za­cząć trak­to­wać go po­dob­nie. Pod­kła­da­li­by mu pi­nez­ki, cho­wa­li książ­ki i ro­bi­li róż­ne po­dob­ne rze­czy.

– Mnie też śni­ły się kosz­ma­ry – wy­znał Da­niel. – Na­praw­dę strasz­ne. Śni­ło mi się, że idę przez las i na­gle ja­kieś po­two­ry spa­da­ją na mnie z drzew.

– I co w tym strasz­ne­go?

– A co z tego, że ktoś ci sie­dzi w sza­fie?

– No, wte­dy to było strasz­ne – stwier­dził Toby.

– U mnie też.

Przez chwi­lę sie­dzie­li w mil­cze­niu. Toby od­wi­nął ba­to­nik i za­czął go jeść. Chłod­ny po­wiew wia­tru z za­cho­du wzbił pył z bo­iska, a gdzieś w od­da­li za­piał ko­gut.

– Nie tyl­ko nam się śnią kosz­ma­ry – ode­zwał się Da­niel. – Ben Ni­che­li­ni też miał złe sny. Śni­ło mu się, że bie­gnie i bie­gnie, a ja­cyś źli lu­dzie chcą go zła­pać.

– Wszy­scy mają ta­kie sny – od­parł Toby.

– Chy­ba tak – przy­znał Da­niel. – Tyl­ko to dziw­ne, że wszyst­kie dzie­ci mają kosz­ma­ry.

Zbli­żył się do nich Andy Be­aver, po­pi­sku­jąc i bul­go­cząc jak R2-D2. Da­niel nie miał ocho­ty zo­stać w tym to­wa­rzy­stwie. Kie­dy Andy był w na­stro­ju do za­ba­wy, to prze­waż­nie ozna­cza­ło, że albo po­tar­ga Da­nie­lo­wi wło­sy, albo ścią­gnie mu spodnie. Rzu­cił tyl­ko Toby’emu: „Cześć”, i po­biegł przez bo­isko do kla­sy.

– Roz­ma­wia­łeś z tym li­zu­sem? – za­py­tał Andy. Chło­pak miał blond wło­sy i był sko­ry do bit­ki, pew­nie jako do­ro­sły całe ży­cie bę­dzie oglą­dał me­cze ba­se­bal­lu i pił piwo.

Toby zmru­żył oczy przed słoń­cem.

– A je­że­li tak, to co?

– Po pro­stu nie ga­daj z tym li­zu­sem. To cy­kor. To wszyst­ko.

– Mama nie­daw­no mu umar­ła. Może też był­byś cy­kor, jak­by ci mama umar­ła.

– Na pew­no nie był­bym cy­ko­rem. O czym ga­da­li­ście?

Toby skoń­czył ba­to­nik i zmiął pa­pie­rek.

– A co cię to ob­cho­dzi? – od­parł.

Andy Be­aver zła­pał go za rękę i wy­giął pal­ce do tyłu. Toby krzyk­nął z bólu, ale Andy był o wie­le sil­niej­szy i Toby nie mógł się uwol­nić. Zbie­gło się kil­ko­ro dzie­ci, wo­ła­jąc: „Biją się! Biją się!”. Toby i Andy prze­wró­ci­li się w piach i za­czę­li się tur­lać, wierz­gać, po­stę­ki­wać i za­da­wać so­bie na­wza­jem cio­sy.

W koń­cu Andy przy­gwoź­dził Toby’ego do zie­mi, ko­la­na­mi przy­gnia­ta­jąc mu ręce. Obaj byli cali brud­ni, za­czer­wie­nie­ni i mie­li łzy w oczach.

– Do­bra… O czym ga­da­li­ście? Chcę wie­dzieć! – wy­sa­pał Andy.

Toby za­kasz­lał.

– O tych kosz­ma­rach, to wszyst­ko. I tak byś tego nie zro­zu­miał.

– Ach, tak?

Toby ze­pchnął go z sie­bie i dźwi­gnął się na nogi. Na ple­cach ko­szu­la mu wy­szła ze spodni, któ­re na do­da­tek się po­dar­ły. Wy­cią­gnął chu­s­tecz­kę i wy­tarł twarz.

– Taki cwa­niak je­steś? My­ślisz, że tyl­ko ty mia­łeś kosz­ma­ry? – spy­tał Andy.

– To kie­dy ostat­ni raz śnił ci się kosz­mar? – za­py­tał Toby. – Pew­nie wte­dy, jak two­ja mat­ka ugo­to­wa­ła spa­ghet­ti.

– Nie­praw­da! – zde­cy­do­wa­nie za­pro­te­sto­wał Andy. – Wczo­raj w nocy mia­łem kosz­mar, i przed­wczo­raj też.

– Śni­ły ci się kosz­ma­ry? – nie wie­rzył Toby.

– Tak. Kosz­ma­ry.

– To nie oglą­daj Gwiezd­nych wo­jen – wtrą­cił Ben Ni­che­li­ni. – Jesz­cze za mały je­steś na nie.

– Za­mknij się, co? – rzu­cił Andy. – Śni­li mi się lu­dzie, któ­rym wy­ry­wa­no wszyst­kie wło­sy z gło­wy. Całe mnó­stwo lu­dzi. Wszy­scy za­wo­dzi­li i krzy­cze­li.

– Jej­ku, to strasz­ne – ode­zwa­ła się Deb­bie Spurr. Była to chu­da, za­stra­szo­na dziew­czyn­ka w su­kien­ce w brą­zo­wą krat­kę, z ko­kard­ka­mi we wło­sach. – To gor­sze od mo­je­go kosz­ma­ru.

– A co to? – za­py­tał Andy. – Dla­te­go, że Toby, Pe­tra i ja mie­li­śmy kosz­ma­ry, nie zna­czy, że wszy­scy inni też je mu­szą mieć.

– Da­vid też miał – do­dał Toby. – To już jest nas czwo­ro.

– Ja też – upie­ra­ła się Deb­bie. – Wy­da­wa­ło mi się, że nie śpię, ale spa­łam. Usły­sza­łam, jak ktoś woła. To było na­praw­dę strasz­ne. Ktoś wo­łał bez ustan­ku, a ja nie wie­dzia­łam, co zro­bić. To była ko­bie­ta i była strasz­nie prze­ra­żo­na.

Toby spoj­rzał na Andy’ego i po raz pierw­szy w ży­ciu pa­trzy­li na sie­bie jak do­ro­śli, nie jak ko­le­dzy z kla­sy ani jak dzie­ci. Mło­de twa­rze wy­glą­da­ły śmier­tel­nie po­waż­nie, jak­by obaj ro­zu­mie­li, że to, co się dzia­ło, było nie­zwy­kłe i nie­bez­piecz­ne. Wte­dy Andy prze­rwał ten stan i uśmiech­nął się tro­chę.

– To nic w po­rów­na­niu z moim snem. To co, że ja­kaś ko­bie­ta krzy­cza­ła? Pod­ło­żę pi­nez­kę na krze­sło pani No­va­to i wte­dy zo­ba­czy­cie, jak ko­bie­ta krzy­czy.

Wte­dy ich na­uczy­ciel­ka sta­nę­ła w drzwiach szko­ły i dmuch­nę­ła w gwiz­dek, ogła­sza­jąc ko­niec dłu­giej prze­rwy. Skoń­czy­ły się roz­mo­wy o kosz­ma­rach i wszy­scy po­wę­dro­wa­li do kla­sy, a Andy Be­aver na nowo za­czął uda­wać R2-D2, zde­rzał się z dziew­czę­ta­mi i wy­da­wał bul­go­czą­ce dźwię­ki. Toby sam wró­cił do szko­ły i wszedł ostat­ni. W drzwiach coś ka­za­ło mu się za­trzy­mać, od­wró­cił się i spoj­rzał na szkol­ne ogro­dze­nie.

Na słoń­cu i wie­trze, metr za bra­mą stał wy­so­ki męż­czy­zna. Ubra­ny był w sta­re, zno­szo­ne i za­py­lo­ne rze­czy, a sze­ro­kie ron­do za­ku­rzo­ne­go ka­pe­lu­sza za­sła­nia­ło oczy. Toby miał wra­że­nie, że męż­czy­zna po­ru­sza usta­mi. Przy­siągł­by, że sły­szy szept: „Al­len…”.

Na oczach prze­ra­żo­ne­go chłop­ca, w po­po­łu­dnio­wym ża­rze, męż­czy­zna za­czął blak­nąć jak sta­ra fo­to­gra­fia. Po chwi­li znikł i nic nie było wi­dać poza wzgó­rza­mi wo­kół Bo­de­ga Bay i go­rą­cą szo­są pro­wa­dzą­cą na za­chód ku pla­ży.

Toby po­de­rwał się, sły­sząc za sobą ja­kieś szu­ra­nie. Pod­niósł gło­wę i zo­ba­czył pa­nią No­va­to.

– Bę­dzie pan ła­skaw do­łą­czyć do nas, pa­nie Fen­ner? – za­py­ta­ła z pro­tek­cjo­nal­ną cier­pli­wo­ścią. – Czy może spę­dzi pan resz­tę dnia na po­dzi­wia­niu kra­jo­bra­zu?

Chło­piec miał twarz po­bla­dłą i zla­ną po­tem. Pani No­va­to na­tych­miast po­ża­ło­wa­ła swo­je­go sar­ka­zmu.

– Nic ci nie jest? – za­py­ta­ła.

Toby’emu wy­da­wa­ło się, że jego twarz zo­sta­ła wci­śnię­ta w po­dusz­kę. Okrop­nie bra­ko­wa­ło mu po­wie­trza, du­sił się. Czuł, że ogar­nia go ciem­ność, któ­ra po­chła­nia jego cia­ło, a na koń­cu umysł. Pani No­va­to schwy­ci­ła chłop­ca, za­nim upadł bez świa­do­mo­ści.

♦ ♦ ♦

Tego wie­czo­ru le­żał w łóż­ku szczel­nie opa­tu­lo­ny koł­drą. Mama przy­szła na górę z ta­le­rzem fla­ków i kra­ker­sa­mi. Już po­czuł się o wie­le le­piej, ale dok­tor Crow­der na­le­gał, aby do­brze wy­po­czął. Uda­ło mu się do­koń­czyć puz­zle z bi­twą mor­ską, po­tem zło­żył i roz­ło­żył mo­del ca­dil­la­ca el­do­ra­do, a te­raz czy­tał ko­miks o przy­go­dach Dok­to­ra Stran­ge’a.

Mama usia­dła na brze­gu łóż­ka i po­sta­wi­ła je­dze­nie na noc­nym sto­li­ku. Za oknem zmierz­cha­ło i niósł się za­pach eu­ka­lip­tu­sa od stro­ny rzę­du drzew od­gra­dza­ją­cych ich dział­kę od pań­stwa Mac­De­an.

– Jak się czu­jesz, ty­gry­sku? – za­py­ta­ła mama.

Toby się uśmiech­nął.

– Chy­ba już do­brze – od­po­wie­dział.

– Chcesz o tym po­roz­ma­wiać? Nie chcia­łeś nic po­wie­dzieć le­ka­rzo­wi.

Toby od­wró­cił gło­wę. Wie­dział, co by usły­szał, gdy­by opo­wie­dział o męż­czyź­nie za szkol­nym pło­tem. Po­wie­dzie­li­by, że do­stał uda­ru sło­necz­ne­go albo zjadł za dużo ka­na­pek z ma­słem orze­cho­wym i dże­mem. Naj­wy­raź­niej za wszyst­ko dziw­ne, co się w ży­ciu przy­tra­fia­ło, po­no­si­ło winę je­dze­nie. Mam cze­ka­ła cier­pli­wie, ale on trzy­mał gło­wę od­wró­co­ną, po­nie­waż wo­lał, żeby ode­szła, nie chciał opo­wie­dzieć, co się wy­da­rzy­ło.

W koń­cu mama wzię­ła go za rękę.

– My­ślisz, że ci nie uwie­rzę? Tak?

Nadal nie od­wra­cał gło­wy, ale prze­łknął śli­nę i od­parł:

– Tro­chę.

– No, to wca­le nie mu­sisz – po­wie­dzia­ła ła­god­nie. – Masz pra­wo za­cho­wać w ta­jem­ni­cy, co tyl­ko chcesz. Ale dzi­siaj w szko­le na­praw­dę się roz­cho­ro­wa­łeś, a po­nie­waż cię ko­cham i je­steś dla mnie waż­ny, chcia­ła­bym wie­dzieć, co ta­kie­go się sta­ło.

Toby za­gryzł war­gę. Po­tem spoj­rzał z po­wro­tem na mamę, a twarz miał tak smut­ną i nie­szczę­śli­wą, że Su­san do oczu na­bie­gły łzy. Przy­cią­gnę­ła syna do sie­bie i moc­no utu­li­ła. Toby usiadł w łóż­ku pro­sto, a po twa­rzy dwo­ma stru­mie­nia­mi spły­wa­ły łzy.

– Je­steś cu­dow­nym głup­ta­sem – zga­ni­ła go. – Wiesz, że mo­żesz opo­wie­dzieć mi o wszyst­kim. Ab­so­lut­nie o wszyst­kim.

Toby prze­łknął śli­nę i ski­nął gło­wą.

– Wra­ca­łem do szko­ły po dłu­giej prze­rwie – za­czął. – Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem pana. Stał za ogro­dze­niem.

Su­san zmarsz­czy­ła brwi.

– Ja­kie­go pana? Co ro­bił?

– Nic nie ro­bił. Tyl­ko tam stał.

Lek­ko po­gła­dzi­ła jego zmierz­wio­ne wło­sy.

– Je­steś pe­wien? – za­py­ta­ła go. – Nie był na przy­kład nie­ubra­ny?

Toby po­krę­cił prze­czą­co gło­wą. Za­pa­dła dłu­ga ci­sza, a Su­san gła­ska­ła go po gło­wie i pró­bo­wa­ła dojść, co ta­kie­go mo­gło tak bar­dzo prze­stra­szyć jej syn­ka.

– Jak ten pan wy­glą­dał? – za­py­ta­ła w koń­cu. – Był prze­ra­ża­ją­cy?

Toby za­ci­snął po­wie­ki i za­sta­na­wiał się. Po chwi­li od­po­wie­dział ma­mie, po­wo­li i bar­dzo sta­ran­nie:

– Nie był taki strasz­ny jak po­twór. Nie go­nił mnie. Ale chciał, że­bym mu po­mógł, a ja nie wie­dzia­łem jak.

– Nie ro­zu­miem – od­po­wie­dzia­ła Su­san. – Jak mia­łeś mu po­móc?

Toby spoj­rzał na mamę z nie­po­ko­jem.

– Nie mo­głem mu po­móc – wy­znał ści­szo­nym gło­sem. – Nie wie­dzia­łem, co ro­bić. – Toby mil­czał przez chwi­lę, a po­tem do­dał ci­cho: – Nie wiem.

Su­san ści­snę­ła go za rącz­kę. Może Toby prze­cho­dził wła­śnie w ży­ciu okres zmy­śla­nia. Może to przez te wszyst­kie głu­po­ty, któ­re oglą­da w te­le­wi­zji i w ko­mik­sach. Wie­dzia­ła, że nie­któ­re mat­ki cen­zu­ru­ją to, co ich dzie­ci oglą­da­ją i czy­ta­ją, ale Neil za­wsze upie­rał się, że kie­dy sam był dziec­kiem, Su­per­man i Cap­ta­in Ma­rvel nie za­szko­dzi­li mu, więc po­zwa­la­li Toby’emu oglą­dać wszel­kie bzdu­ry, na ja­kie miał ocho­tę. Jak się zresz­tą oka­za­ło, Toby prze­waż­nie wy­bie­rał do­bre pro­gra­my i książ­ki, ale może Dok­tor Stran­ge i In­cre­di­ble Hulk po­mie­sza­li mu w ośmio­let­niej gło­wie…

– On nie żył – do­dał Toby.

– Co? – mruk­nę­ła Su­san za­ję­ta wła­sny­mi my­śla­mi.

– Ten pan, któ­re­go wi­dzia­łem. On nie żył.

– Ależ, Toby, po­wie­dzia­łeś, że stał przy pło­cie. Jak mógł­by stać, gdy­by nie żył?

Toby spu­ścił oczy.

– Nie wiem. Ale on nie żył – wy­szep­tał.

Su­san się­gnę­ła po ta­lerz z flacz­ka­mi i po­da­ła mu.

– Po­słu­chaj – po­wie­dzia­ła spo­koj­nym i zde­cy­do­wa­nym gło­sem. – Po pro­stu za­po­mnij o tym, co dzi­siaj wi­dzia­łeś. Nie ma się, czym mar­twić. Zjedz flacz­ki i kra­ker­sy, a za chwi­lę ta­tuś przyj­dzie ci po­czy­tać. Po­tem do­brze się wy­śpisz i rano nic a nic nie bę­dziesz z tego pa­mię­tał.

Su­san zo­sta­wi­ła drzwi uchy­lo­ne i ze­szła na par­ter. Neil wró­cił pół go­dzi­ny temu i sie­dział w kuch­ni, po­pi­ja­jąc piwo. Kie­dy żona we­szła, pod­niósł gło­wę znad ga­ze­ty.

– Jak on się czu­je? – za­py­tał.

Su­san po­de­szła do ku­chen­ki i za­mie­sza­ła zupę wa­rzyw­ną w wiel­kim, czar­nym garn­ku. Kuch­nię wy­peł­ni­ła woń świe­żo ugo­to­wa­nej mar­chew­ki i po­rów.

– Tro­chę le­piej, ale mówi, że ten męż­czy­zna go prze­stra­szył.

Neil odło­żył ga­ze­tę.

– Męż­czy­zna? – za­py­tał. – Jaki męż­czy­zna?

– On sam nie wie. To nie był ża­den na­pad ani nic w tym ro­dza­ju. Męż­czy­zna stał tyl­ko przy pło­cie, a Toby prze­stra­szył się go z ja­kie­goś po­wo­du. Czło­wiek po­trze­bo­wał po­mo­cy, a Toby nie wie­dział, jak mu po­móc.

– Po­mo­cy? Ja­kiej po­mo­cy?

Su­san po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie mam po­ję­cia. To mnie mar­twi. Mam na­dzie­ję, że nie za­cho­ro­wał na coś. Ja­koś tak mówi, jak­by miał go­rącz­kę.

– Dok­tor Crow­der zmie­rzył mu tem­pe­ra­tu­rę?

– Oczy­wi­ście. Jest nor­mal­na. Po­wie­dział, że nic mu nie jest.

Neil po­dra­pał się po bro­dzie. Z ja­kie­goś po­wo­du wra­cał my­ślą do tej chwi­li na ża­glów­ce, kie­dy usły­szał imię Al­len wy­po­wie­dzia­ne szep­tem. Wstał i pod­szedł do okna. Na dwo­rze było ciem­no i w szy­bie zo­ba­czył wła­sne upior­ne od­bi­cie.

– Toby upie­rał się, że nie żył – mó­wi­ła da­lej Su­san.

– Kto?

– Ten czło­wiek pod szko­łą. Toby po­wie­dział, że on nie żył.

Neil od­wró­cił się do żony.

– Po­wie­dział, co przez to ro­zu­mie?

Su­san wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Chy­ba, że to był duch – od­po­wie­dzia­ła.

Neil wes­tchnął prze­cią­gle zre­zy­gno­wa­ny.

– Duch – po­wtó­rzył. – Więc to była moja wina. Wszyst­ko przez tę roz­mo­wę o du­chach przy śnia­da­niu.

– Hm, bar­dzo moż­li­we – od­par­ła Su­san. – Może po­wi­nie­neś za­dzwo­nić do pani No­va­to i za­py­tać, czy pod szko­łą nie krę­cą się ja­cyś włó­czę­dzy, jak są­dzisz?

Neil ski­nął gło­wą.

– Naj­pierw po­roz­ma­wiam z To­bym – zde­cy­do­wał. Wspiął się wą­ski­mi scho­da­mi na pię­tro, gdzie ko­ry­tarz wy­ło­żo­ny był drew­nia­ną bo­aze­rią. Wszedł do po­ko­ju syna. Toby pra­wie skoń­czył zupę i kra­ker­sy. Te­raz jego po­licz­ki na­bra­ły wię­cej ko­lo­ru. Neil przy­cią­gnął krze­sło z gię­te­go drew­na i usiadł na nim okra­kiem, czu­le spo­glą­da­jąc na chłop­ca.

– Cześć – przy­wi­tał go ła­god­nie.

– Cześć.

– Jak ci sma­ko­wa­ły flacz­ki? – za­py­tał Neil.

Toby od­sta­wił pu­sty ta­lerz na noc­ny sto­lik.

– Do­bre były. Te­raz czu­ję się le­piej. Mogę wstać i po­oglą­dać la­ta­ją­ce­go ro­bo­ta?

– A może po­le­żysz tro­chę w łóż­ku i od­pocz­niesz?

– Tato, nie je­stem cho­ry. Na­praw­dę. Tyl­ko tro­chę ze­mdla­łem.

Neil się uśmiech­nął.

– Tro­chę ze­mdleć to już jest dużo.

Toby po­ka­zał ta­cie skła­da­ne­go ca­dil­la­ca.

– Świet­ny, nie? Wca­le nie trze­ba kle­ju. Tyl­ko się skła­da.

Neil przyj­rzał się z po­dzi­wem.

– Kie­dy by­łem mały, sam mu­sia­łem wy­ci­nać ele­men­ty z drew­na bal­sa – po­wie­dział. – Trze­ba było je wy­po­le­ro­wać na gład­ko pa­pie­rem ścier­nym i po­skle­jać, a wszyst­ko od zera.

– To chy­ba było trud­ne – współ­czu­ją­co za­uwa­żył Toby.

Neil uśmiech­nął się i zmie­nił te­mat.

– Toby, ten pan, któ­re­go wi­dzia­łeś. Mo­żesz po­wie­dzieć, jak wy­glą­dał?

Toby spu­ścił wzrok.

– To dość waż­ne, Toby – na­le­gał Neil. – Cho­dzi o to, że je­że­li tam na­praw­dę był ja­kiś męż­czy­zna, a na do­da­tek krę­cił się wo­kół szko­ły, to na­le­ży za­wia­do­mić po­li­cję.

Toby mil­czał. Neil wziął go za rękę.

– Toby – po­wie­dział tata. – Opo­wiedz mi, jak wy­glą­dał ten pan. To nie jest za­ba­wa. To jest bar­dzo waż­ne.

Toby prze­łknął śli­nę.

– Był wy­so­ki i miał kow­boj­ski ka­pe­lusz, a do tego taki dłu­gi, bia­ły płaszcz, jaki no­si­li kow­bo­je.

– Masz na my­śli pro­cho­wiec.

Toby ski­nął gło­wą.

– Chy­ba miał bro­dę. Ja­sną. I to wszyst­ko.

– Mam mó­wi­ła, że we­dług cie­bie on nie żył.

– Bo nie żył.

– Dla­cze­go tak są­dzisz?

– Po pro­stu nie żył. Wiem, że nie żył.

– Czy to był duch?

Toby zno­wu spu­ścił oczy. Za­czął ba­wić się pal­ca­mi, a jego po­licz­ki bar­dziej się za­ru­mie­ni­ły. Nic nie mó­wił, ale nie wie­dział zu­peł­nie, co po­wie­dzieć. Pan pod szko­łą nie był du­chem ta­kim, ja­kie­go lu­dzie so­bie wy­obra­ża­ją. Nie przy­szedł ni­ko­go stra­szyć. Zja­wił się, żeby pro­sić o po­moc, po­moc w ja­kiejś strasz­li­wej spra­wie, któ­rej Toby na­wet nie pró­bo­wał po­jąć. Uczu­cie po­trze­by, któ­re ema­no­wa­ło od tego czło­wie­ka, było tak sil­ne, że Toby, za­nim ze­mdlał, po­czuł, iż ten czło­wiek jest praw­dzi­wy, a on sam, Toby, na­le­ży do świa­ta du­chów, jest za­le­d­wie cie­niem dziec­ka.

– Chy­ba już pora spać, nie są­dzisz? – ode­zwał się Neil. – Gdy obu­dzisz się rano, za­po­mnisz o tym wszyst­kim.

– On już nie wró­ci, praw­da? Bo nie wiem, co mam zro­bić, jak się zja­wi. Nie wiem, jak mu po­móc.

– Już nie przyj­dzie. Przy­najm­niej ja tak uwa­żam.

Toby zwi­nął się w łóż­ku, a Neil otu­lił go koł­drą. Wziął pu­sty ta­lerz i po­stał chwi­lę, spo­glą­da­jąc na czu­pry­nę syna wy­pło­wia­łą od słoń­ca, jego oczy za­ci­śnię­te w moc­nym po­sta­no­wie­niu za­śnię­cia, na po­licz­ki, jesz­cze pulch­ne i mięk­kie. Przy­klęk­nął przy łóż­ku i do­tknął czo­ła chłop­ca.

– Je­śli zno­wu zo­ba­czysz tego czło­wie­ka, za­wo­łaj mnie, sły­szysz? Za­wo­łaj mnie gło­śno, a ja przy­bie­gnę.

Toby otwo­rzył jed­no oko.

– Do­brze, tato – za­mru­czał i za­czął za­pa­dać w dłu­gi, ciem­ny sen.

♦ ♦ ♦

Obu­dzi­ło go stu­ka­nie drzwi szo­py. Było ciem­no, bar­dzo ciem­no. Sły­szał szum wia­tru od mo­rza. Za­sło­ny wzno­si­ły się i opa­da­ły, jak­by od­dy­chał ja­kiś wiel­ki zwierz. Wy­da­wa­ło mu się, że wszyst­ki­mi luź­ny­mi de­ska­mi w pod­ło­dze i klam­ka­mi w drzwiach w ca­łym domu po­ru­sza na­tręt­ny, zim­ny po­dmuch.

Toby le­żał i na­słu­chi­wał. Pra­gnął zno­wu za­snąć. Chciał, żeby wstał już ra­nek i żeby po­kój ro­dzi­ców nie był tak da­le­ko, a naj­bar­dziej chciał być gdzie in­dziej, a nie sam w łóż­ku w środ­ku nocy, czar­nej i wietrz­nej, kie­dy wszyst­ko w domu do­oko­ła po­ru­sza­ło się, jak­by żyło wła­snym ży­ciem.

Zda­wa­ło mu się, że usły­szał ja­kiś inny dźwięk. Po­wol­ne, roz­myśl­ne skrzyp­nię­cie, jak­by ktoś po­sta­wił cięż­ką sto­pę na stop­niu scho­dów. Wstrzy­mał od­dech, na­słu­chu­jąc, aż nie mógł dłu­żej wy­trzy­mać, ale dru­gi raz nie usły­szał tego dźwię­ku. Za­sło­ny sze­le­ści­ły, a po­śród ciem­no­ści nocy na ze­wnątrz drzwi szo­py stuk­nę­ły raz, za­mil­kły i jesz­cze raz stuk­nę­ły.

– Al­len… – wy­szep­tał ten sam głos.

Toby nie chciał tego słu­chać. Na­cią­gnął koł­drę na twarz i le­żał w go­rą­cych ciem­no­ściach z bi­ją­cym ser­cem, nie­omal du­sząc się pod pi­ko­wa­ną koł­drą i do­dat­ko­wym ko­cem. Le­żał tak pra­wie pięć mi­nut, ale wte­dy przy­szła mu do gło­wy prze­ra­ża­ją­ca myśl. A je­że­li ten pan w dłu­gim, bia­łym pro­chow­cu wej­dzie do po­ko­ju i sta­nie nad nim, gdy on bę­dzie się cho­wał pod koł­drą? Toby wy­do­stał się spod po­ście­li ni­czym nu­rek pę­dzą­cy ku po­wierzch­ni, by za­czerp­nąć tchu. Pod­niósł za­ru­mie­nio­ną twarz go­to­wy na naj­gor­sze. W po­ko­ju ni­ko­go jed­nak nie było, za­sło­ny wzno­si­ły się i opa­da­ły, a je­dy­ne od­gło­sy wy­da­wa­ły okna i drzwi nie­ustan­nie tar­ga­ne wia­trem.

Te­raz się prze­stra­szył. Był na­praw­dę prze­ra­żo­ny.

– Tato – za­wo­łał sła­bym, le­d­wo sły­szal­nym gło­sem.

Tata nie od­po­wie­dział. Dom, tak samo jak przed­tem, ogar­nia­ły ciem­no­ści i ha­ła­sy, ale skądś sły­szał kro­ki. Był pe­wien, że po scho­dach wcho­dzi ten wy­so­ki pan w kow­boj­skim ka­pe­lu­szu i dłu­gim płasz­czu. Toby cały drżał, ale nie wie­dział, co ma zro­bić.

– Al­len, na miły Bóg… – wy­szep­tał głos.

– Nie – za­skom­lał Toby i sta­rał się nie pa­trzeć w stro­nę drzwi sza­fy ze sło­ja­mi drew­na w kształ­cie li­sie­go py­sku, ale strach był tak sil­ny, że nie po­tra­fił się temu oprzeć. Sło­je po­ru­szy­ły się i za­czę­ła ma­te­ria­li­zo­wać się sza­ra twarz, ta sama umę­czo­na twarz uwię­zio­na w wy­po­le­ro­wa­nym drew­nie.

– Al­len – mo­no­ton­nie bła­gał głos. – Al­len… po­móż mi… na miły Bóg, Al­len, po­móż…

Toby usiadł na łóż­ku ze­sztyw­nia­ły i bla­dy. Twarz spo­glą­da­ła w jego stro­nę, a jed­nak naj­wy­raź­niej nie wi­dzia­ła go. Była wy­chu­dzo­na i bro­da­ta, mia­ła sre­brzy­sty po­łysk jak fo­to­gra­fia. Jed­nak usta po­ru­sza­ły się, kie­dy mó­wi­ła, otwie­ra­ła i za­my­ka­ła oczy, po­wol­nie i re­gu­lar­nie mru­ga­jąc.

– Nie je­stem Al­len – po­wie­dział ci­cho Toby. – Nie je­stem Al­len, tyl­ko Toby. Nie mogę ci po­móc. Nie je­stem ża­den Al­len.

– Al­len, po­móż mi… – na­le­ga­ła sza­ra twarz.

– Nie umiem – za­szlo­chał Toby. – Nie wiem, cze­go chcesz. Nie umiem.

– Al­len… – za­ję­cza­ła twarz. – Al­len, na mi­łość bo­ską… przy­pro­wadź ich na szczyt… na szczyt, bo zgi­nie­my…

– Nie umiem! Nie umiem! – za­wo­łał Toby. – Nie wiem, cze­go ode mnie chcesz!