Zemsta jest słodka - Laura Wright - ebook

Zemsta jest słodka ebook

Laura Wright

3,7

Opis

Tess spotyka na ślubie przyjaciółki Damiana Sauera. Kiedyś był jej kochankiem, ale porzuciła go dla innego, z którym, jak jej się wówczas wydawało, miała szansę na udane, spokojne życie. Teraz jest wdową po przejściach, a Damian dostrzega okazję, by wyrównać z nią rachunki. Jest milionerem, właścicielem wielu nieruchomości, również tej, w której mieści się firma Tess. Proponuje jej nową, zaskakującą umowę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 139

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Laura Wright

Zemsta jest słodka

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Trzeba mieć doprawdy pecha, by spotkać w kościele samego diabła.

Tess York, ubrana w czarną szyfonową suknię druhny od Very Wong, z ogniście rudymi włosami upiętymi w wysoki kok, patrzyła na mężczyznę w czwartym rzędzie ławek, czując, jak jej palce kurczowo zaciskają się wokół podstawy bukietu skomponowanego z pąsowych peonii. Nazywał się Damian Sauer i był wysokim, ciemnowłosym mężczyzną o posępnym wyrazie twarzy, dokładnie takim, jak go zapamiętała. Dawno, dawno temu chodzili ze sobą, byli kochankami i przyjaciółmi, ale potem w jej życiu pojawił się inny mężczyzna. Łagodny, nieśmiały i na tamtą chwilę lepiej rokujący. Złakniona bezpieczeństwa Tess zdecydowała się odejść od Damiana, a jego pełne wrogości spojrzenie po raz ostatni odprowadziło ją do drzwi.

Zapach piniowych girland, którymi udekorowany był kościół, nagle przestał się jej podobać i poczuła, że robi jej się słabo. Kto go w ogóle zaprosił, zastanawiała się, próbując nie wykręcić sobie szyi od ciągłego zerkania w bok. Z tego, co wiedziała, wyjechał z Minnesoty kilka lat temu i mieszkał teraz w Kalifornii. Plotki głosiły, że zajął się handlem nieruchomościami i dorobił sporego majątku.

Tess nie była tym zaskoczona. Jeszcze pracując jako stolarz, był wręcz rozrywany przez lokalnych inwestorów. Miał nie tylko umiejętności, ale i wyobraźnię, która pozwalała mu zmieniać domy w prawdziwe cudeńka. Jak się z czasem okazało, lokalny rynek nie był szczytem marzeń Damiana. Chciał czegoś więcej i gotów był zaryzykować wszystkie swoje oszczędności, żeby wyrwać się w świat.

Tess obserwowała mężczyznę kątem oka. Siedział nieruchomo i z uwagą słuchał słów przysięgi wypowiadanych przez Mary i Ethana. Poczuła, jak sztywnieją jej kark i barki. Nie pozwoli, żeby cokolwiek zmąciło jej dobry humor. Zrobiła naprawdę wiele, żeby zamknąć za sobą rozdział życia zatytułowany „Pomyłki wielkie i małe”, który obejmował Damiana oraz nieudane małżeństwo. Potem wraz ze wspólniczkami, Olivią Winston i Mary Kelley, założyła przyzwoicie prosperującą agencję usługową „Żona do wynajęcia” i od tamtej pory prowadziła przyjemne, komfortowe życie. Wszystko, czego w tej chwili pragnęła, to żyć tak, jakby nie było przeszłości, zwłaszcza tej odleglejszej.

Niestety, dzisiejszego dnia sam diabeł zdecydował się zawitać w progi kościoła i na razie mogła zapomnieć o swoich planach.

Za nią rozległy się pierwsze akordy O tyle proszę cię z musicalu Upiór w operze. Wszyscy zgromadzeni goście skierowali spojrzenia na podchodzących do pianina wykonawców, którzy mieli śpiewać romantyczny duet.

Wszyscy z wyjątkiem Tess.

Jej oczy wciąż wpatrywały się w Damiana. Może jeśli będzie się na niego gapić wystarczająco ostentacyjnie, po prostu wstanie i wyjdzie. Na samą myśl prawie się roześmiała. Damian z pewnością nie był mężczyzną, któremu można było kazać wyjść. Miał niesamowicie silną osobowość, którą raczej przytłaczał otoczenie.

Omiotła go ciekawskim spojrzeniem. Nieco wyszczuplał i zmężniał, ale wyraz twarzy miał tak samo zacięty jak wtedy, gdy widzieli się ostatnim razem.

Czego on tu szuka? Zna Ethana czy też, nie daj Boże, Mary?

Tess przesunęła się odrobinę w bok, czując, jak stopy cierpną jej w czarnych pantoflach na niebotycznych obcasach. Nie ma mowy, żeby zaczęła się zwierzać wspólniczkom ze swojej przeszłości. Nie była na to gotowa.

Olivia Winston, ekspert kulinarny w ich firmie „Żona do wynajęcia”, nachyliła się ku niej.

– Słuchaj, wiem, że tym śpiewom sporo brakuje do wersji broadwayowskiej, ale błagam, przynajmniej udawaj zainteresowanie.

– Jasne – odparła Tess rozkojarzona.

– Co się z tobą dzieje? – fuknęła Olivia, przyglądając jej się podejrzliwie.

– Nic, zupełnie nic – odrzekła szybko Tess, skupiając spojrzenie na wokalistach.

– Nie wygląda mi to na nic – mruknęła Olivia.

Brakowało jeszcze, żeby Olivia zrobiła jej scenę. Musiała wziąć się w garść. Zresztą, może Damian nawet jej nie widział. Albo dawno zapomniał o tym, co ich łączyło. Może ożenił się, ma teraz dwoje dzieci i psa o imieniu Buster. W końcu minęło całe sześć lat…

Jednak słuchając jednym uchem śpiewu niosącego się echem po całym kościele, miała wrażenie, że jest obserwowana. Dosłownie czuła przylepione do siebie spojrzenie i osobliwe mrowienie wspinające się powoli wzdłuż kręgosłupa i karku aż do linii włosów. Pamiętała, że już kiedyś tak się czuła.

Tego dnia, kiedy zerwawszy z Damianem Sauerem, wyszła, odprowadzona za drzwi wściekłym spojrzeniem.

– Jedziemy do domu, proszę pana?

Damian siedział na kanapie limuzyny, obserwując, jak kierowca zręcznie manewruje w korku typowym o tej porze w Minneapolis. Kołnierz czarnego płaszcza częściowo skrywał policzki i szlachetnie zarysowany podbródek pasażera.

– Do Georgian.

– Przepraszam, nie dosłyszałem pana.

– Zawieź mnie do hotelu Georgian – powtórzył Damian nieco głośniej. – Wybieram się na przyjęcie.

– Ależ proszę pana, pan przecież nigdy… – ostatnie słowa wypowiedziane nieco ciszej umknęły mu całkowicie.

– Czy jest jakiś problem, Robercie? – zapytał zniecierpliwiony, patrząc, jak na szybie osiadają pierwsze płatki śniegu.

Oczy Roberta raz po raz zerkały na niego ze wstecznego lusterka.

– Jeśli wolno mi coś powiedzieć…

Damian uniósł brwi.

– Mów, tylko patrz, proszę, na jezdnię – westchnął, wiedząc, że nie uniknie dalszego ciągu. – Nie jesteśmy w Los Angeles. Drogi mogą być śliskie.

– Oczywiście, proszę pana. – Robert skoncentrował się na jeździe.

Damian westchnął ponownie.

– Więc co miałeś mi do powiedzenia?

– Tylko tyle, że odkąd dla pana pracuję, a lada chwila miną cztery lata, będzie to pierwsze przyjęcie ślubne pana pracownika, na jakim się pan pojawi.

– Naprawdę? – zapytał Damian beznamiętnym tonem.

– Tak, proszę pana.

– Hm.

– Musi to być gruby interes, prawda?

Samochód zwolnił i z włączonym kierunkowskazem zatrzymał się za zakrętem.

– Dojechaliśmy? – zapytał Damian, mając nadzieję na rychły koniec tej rozmowy.

– Prawie, musimy zaczekać. – Robert wskazał dłonią sznur samochodów, które zapewne także wysadzały przed hotelem gości weselnych.

Byli zaledwie kilkanaście metrów od wejścia do hotelu i Damian nie zamierzał czekać. Przesunął się bliżej drzwi i chwycił za klamkę.

– Wysiądę tutaj, Robercie.

– Proszę pana, czy mam… – Kierowca spojrzał na niego niepewnie przez ramię.

– Nie, nie, zostań, poradzę sobie.

Robert posłusznie stanął.

Damian stał już wyprostowany na jezdni, ale pochylił się, wsuwając głowę do środka.

– Robercie?

– Tak, proszę pana?

– Wracając do twojego pytania, to przyjęcie jest dla mnie o wiele ważniejsze niż interesy. Czekaj na mnie przed wejściem za godzinę – rzucił na odchodnym, zatrzasnął drzwiczki i ruszył mokrym chodnikiem w stronę drzwi wejściowych.

Sala balowa hotelu Georgian była chyba najbardziej spektakularnym miejscem, jakie można sobie było wymarzyć na przyjęcie weselne. Zdobiły ją ciężkie kryształowe żyrandole zwieszające się z pozłacanych sklepień i marmurowa podłoga w czarno-białą szachownicę. Niezależnie od pory roku, miejsce to imponowało przepychem, ale w grudniu wyjątkowego uroku dodawały mu świąteczne lampki, choinki i jemioła, a przy każdym nakryciu z eleganckiej czarnej porcelany czekała na gości maleńka skarpeta na prezenty pełna czekoladek.

Tess York, która uważała siebie za beznadziejną czekoladoholiczkę, wyjadła swoje słodycze w pięć minut od przybycia do hotelu. Z pewnością byłby to rekord, gdyby ktokolwiek takie wyczyny rejestrował. Obok niej posadzono Olivię i jedynym powodem, dla którego skarpeta wspólniczki wciąż była wypchana słodyczami, był Tom Radley, pierwszy klient „Żony do wynajęcia” i przyjaciel rodziny Mary, który porwał Tess na parkiet, zanim zdążyła się dobrać do słodyczy leżących przy sąsiednim nakryciu.

Na prostokątnej scenie stała wokalistka i głosem łudząco podobnym do Natalie Cole śpiewała standardy miłosne. Tuż obok Tess wtuleni w siebie tańczyli Olivia i jej narzeczony Mac Valentine. Wyglądali jak rasowa para aktorów hollywoodzkich. Olivia ubrana w niemal identyczną suknię jak Tess, poruszała się płynnie w rytm melodii, a jej długie brązowe włosy spadały kaskadą na nagie ramiona. Obróciła teraz głowę w stronę Tess, a jej piwne oczy uśmiechały się radośnie.

– Jesteś cudownie nieporadna na parkiecie, wiesz o tym?

– Wielkie dzięki – powiedziała Tess oschle, wkładając mnóstwo wysiłku w to, by dotrzymać kroku Tomowi.

– To nieprawda – zaprzeczył Tom, odsuwając się, aby uniknąć obcasa Tess, i zakręcił nią frywolnie. Na szczęście potrafił prowadzić. – Nie słuchaj jej, Tess. W tańcu jesteś powabna jak łabędź – zapewniał ją i Olivię, która przyglądała się tym popisom.

Olivia parsknęła.

– Uważaj, kochanie! – Mac przyciągnął ją do siebie bliżej i odpłynęli w tańcu, zostawiając Tess i Toma samym sobie. Kiedy wreszcie, nieco zmęczona tymi wszystkimi figurami i obrotami, Tess dotarła z Tomem na drugi koniec parkietu, napotkała chłodne spojrzenie taksujące ich z zaciekawieniem. Spojrzenie to należało do wysokiego mężczyzny ubranego w elegancki smoking. Miał krótko przystrzyżone włosy i starannie ogoloną twarz. Usta lekko wygięte w ironicznym uśmieszku. Wyglądał trochę jak rozzłoszczony klient, który chciał jej zrobić awanturę. Ale ona przecież nie miewała rozzłoszczonych klientów.

Serce podskoczyło Tess do gardła, gdy podchodząc bliżej, rozpoznała w mężczyźnie Damiana Sauera. Kiedy patrzyła na niego z daleka, wtedy w kościele, nie wydawał jej się aż tak groźny, ale teraz…

Damian spojrzał na Toma, unosząc jedną brew ku górze.

– Nie ma pan chyba nic przeciwko? – zapytał, choć zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie.

– Oczywiście, że mam – powiedział nerwowo Tom – ale mogę zaczekać na swoją kolej.

– To urocze – odparł ponuro Damian – bo ja nie mam w zwyczaju czekać. – Ujął Tess pod ramię i niemal siłą odciągnął od Toma.

Tess nie należała do kobiet, które pozwalają sobie dyktować, co mają robić albo dokąd iść, więc w pierwszym odruchu zaparła się. Gdyby to był ktoś inny, może i przyłożyłaby takiemu w twarz. Ale to był Damian i po chwili poczuła, jakby czas, który ich rozdzielił, wcale nie minął. Jego ciepły dotyk obudził w niej same przyjemne wspomnienia i, chcąc nie chcąc, poszła za nim. Damian musiał być jeszcze lepszym tancerzem od Toma, ponieważ w ogóle nie czuła swojej nieporadności. Kiedy wreszcie zdecydowała się podnieść głowę, napotkała intensywne spojrzenie niebieskich oczu.

– Jak się masz, Tess?

Nie wypowiedziała na głos jego imienia przez sześć długich lat. Teraz będzie się musiała jakoś przemóc.

– Damian Sauer. Proszę, proszę. Ile to już lat?

– Nie tak znowu dużo – powiedział głębokim tonem, który wzbudził w niej co najmniej setkę skrajnie różnych uczuć. Gdyby je miała wymienić, nie wiedziałaby, od którego zacząć. – Widziałem cię w kościele i myślałem, że też mnie zauważyłaś, ale może się myliłem.

– Nie. Widziałam. To znaczy, tak. Ale nie pomyślałam… – W duchu załamała ręce nad przerażającą niezbornością własnych myśli. – Nie byłam pewna, czy to ty.

– Wydajesz się zdezorientowana, Tess – powiedział Damian.

Rzeczywiście, nie przypominała samej siebie. Ale tylko dlatego, że kiedy jej dotykał, działy się z nią dziwne rzeczy. Ramię obejmujące ją wpół i zaledwie centymetry dzielące ich ciała sprawiły, że zabrakło jej tchu i rezonu. Nie mogła tylko zdecydować, którego z nich bardziej.

– Po prostu nie sądziłam, że ty i Ethan jesteście przyjaciółmi – powiedziała odrobinę za szybko, ale chciała to mieć z głowy. Oddech wciąż miała nierówny, jakby ktoś napędził jej stracha.

– Nie jesteśmy przyjaciółmi. Ethan zamierza kupić jedną z moich posiadłości, a ja chciałem, żeby mnie zaprosił na swój ślub.

– Naprawdę? – Jej serce wykonało gwałtowny podskok.

– Tak.

– Ale dlaczego?

Damian uśmiechnął się, ignorując pytanie.

– Słyszałem, że twoja firma nieźle sobie radzi.

– Chyba tak, ale na pewno nie tak dobrze jak twoja.

– Kiedy wyjechałaś z miasta, skupiłem się na pracy.

Było dla niej oczywiste, że za chwilę zasypie ją wyrzutami.

– Czasami praca bywa zbawieniem.

– To prawda. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że sporą część fortuny zawdzięczam tobie.

Nie była pewna, jak zareagować. Kręciło jej się w głowie od tańca i aromatu świerkowych gałązek.

– Nie wydaje mi się… – zaczęła, ale głos odmówił jej posłuszeństwa.

– Nie bądź taka skromna, Tess. Byłaś moją muzą.

Miała dość. Jego komplementów podszytych sarkazmem i swoich nerwowych reakcji. Nie da się zastraszyć nikomu. Nawet jemu. Przystanęła gwałtownie. Muzyka wciąż grała, dookoła nich wirowały tańczące pary. Patrzyła mu prosto w oczy. Nieustraszona Tess. Taką siebie lubiła.

– Co ty wyprawiasz? Nie dam się nabrać na te gadki szmatki.

– Chciałem się z tobą zobaczyć. – Chłodne spojrzenie wywołało u niej gęsią skórkę.

– W takim razie mamy to za sobą. Dziękuję za taniec – powiedziała i odwróciła się na pięcie. Damian przytrzymał ją za rękę. – Odprowadzę cię do stolika.

Zastanawiała się, czy mu się nie wyrwać, ale nie chciała robić scen. Trzymając go pod rękę, nie mogła nie zauważyć spojrzeń, jakimi kobiety obrzucały jej towarzysza. Przypominały wygłodniałe kocice. Ona też tak kiedyś na niego patrzyła.

Kiedy doszli do stołów, Tess zajęła swoje miejsce w nadziei, że Damian w końcu się pożegna. Jednak on usiadł obok i najwyraźniej miał zamiar kontynuować pogawędkę.

– Co u Henry’ego? – zagaił.

Tess popatrzyła na niego i nagle zrozumiała. Damian nie pojawił się na ślubie ani w interesach, ani po to, żeby się z nią zobaczyć. Szukał odwetu albo chciał ją zranić. Ale dlaczego dopiero teraz, po sześciu latach?

– Mój mąż nie żyje od pięciu lat. – Wypowiedziała te słowa tak opanowanym tonem, na jaki ją było stać, mimo że nerwy miała napięte jak postronki.

Damian opuścił głowę, ale nie wyglądał na zaskoczonego.

– Przykro mi.

– Czyżby?

Uniósł brwi.

– Mógłbym odpowiedzieć, że nic mnie to nie obchodzi, ale co byś wtedy o mnie pomyślała?

Wzruszyła ramionami.

– Że nie masz sumienia?

– A może po prostu jestem szczery?

– Zapewne jedno i drugie.

Kątem oka Tess wyłapała w tłumie Mary i Olivię. Obydwie przyglądały jej się z uwagą. Poczuła, że nadchodzi ratunek. Była pewna, że najdalej za pół minuty kobiety ruszą w jej stronę. Popatrzyła na Damiana.

– Słuchaj, zaraz będą podawać do stołu. Może porozmawiamy później?

– Chcesz się mnie pozbyć, Tess? – Z uwagą studiował jej twarz.

– Nie.

– Wiem, kiedy kłamiesz.

– No dobrze. – Zacisnęła szczęki, żeby ukryć zniecierpliwienie. – Zaraz tu będą moje wspólniczki, a one nie mają…

– …pojęcia o mnie? – Damian wpadł jej w słowo, a w jego oczach pojawiła się satysfakcja.

– Nie wiedzą ani o tobie, ani o Henrym, ani o niczym, co miało miejsce zanim założyłyśmy firmę.

– Dlaczego?

– Nie twoja sprawa – ucięła. Mary i Olivia były zaledwie kilka metrów od nich. – Chętnie wysłucham, co masz do powiedzenia. Ale nie tutaj i nie teraz.

Zastanowił się przez chwilę i skinął głową.

– W porządku.

Odetchnęła z ulgą i powiedziała głośno:

– W takim razie do zobaczenia.

Damian wstał z krzesła.

– Do jutra, Tess.

Podniosła na niego oczy, a z jej ust wyrwało się zdumione:

– Słucham?

– Wpadnę do ciebie do biura.

– Wykluczone!

Mary i Olivia były tuż, tuż. Damian pochylił się nad nią. Dawniej uwielbiała, gdy szeptał jej do ucha.

– Nie będziemy wspominać starych dobrych czasów – szepnął ponuro. – Jestem tutaj, żeby odzyskać dług.

Tess zamarła. O czym on mówił? Jaki dług?

– Sześć lat temu złożyłaś mi obietnicę, której nie dotrzymałaś. Więc zrobisz to teraz albo zniszczę wszystko, na czym ci zależy.

Wyprostował się dokładnie w tym momencie, w którym Mary i Olivia podeszły do stołu. Tess słyszała, jak się witają i wymieniają komplementy na temat przyjęcia. Siedziała wpatrzona w talerz, nie mogąc się ocknąć z odrętwienia. Jak przez mgłę dotarły do niej słowa pożegnania, po których Mary i Olivia zasiadły do stołu.

– Przystojny – powiedziała Olivia, układając na kolanach serwetkę.

– Nawet bardzo – dorzuciła Mary. – Wzięłaś od niego numer telefonu?

Tess powoli pokiwała głową i odpowiedziała słabym głosem:

– Tak, mam jego numer.

Tytuł oryginału: Rich Man’s Vengeful Seduction

Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2007

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2014 by Laura Wright

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2015

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie Ekstra są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-1717-0

ŚŻ EKSTRA – 624

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com