Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Zemsta i przebaczenie. Tom VI. Dolina spokoju ebook

Joanna Jax  

5 (1)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 523 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zemsta i przebaczenie. Tom VI. Dolina spokoju - Joanna Jax

Ostatni tom sagi Zemsta i przebaczenie. Bohaterowie próbują odpowiedzieć sobie na pytania, co jest w życiu najważniejsze i czym dla nich jest prawdziwe szczęście. Niektórym z nich przyjdzie zapłacić za to najwyższą cenę, a tkwiące w ludzkich duszach demony kolejny raz dadzą o sobie znać. Inni po wielu życiowych dramatach odnajdą spokój i swoje miejsce na ziemi. Dla kogo los okaże się łaskawy, a kogo nie oszczędzi? Jak wiele determinacji musi mieć w sobie człowiek, by poświęcić tak wiele dla miłości? Czym jest prawdziwa przyjaźń w egoistycznym, brutalnym świecie? Co zwycięży – zemsta czy przebaczenie?

Opinie o ebooku Zemsta i przebaczenie. Tom VI. Dolina spokoju - Joanna Jax

Fragment ebooka Zemsta i przebaczenie. Tom VI. Dolina spokoju - Joanna Jax

Redakcja

Anna ‌Seweryn

Projekt okładki

Joanna ‌Jax

Layout ‌okładki

Marek J. Piwko ‌{mjp}

Ilustracja na okładce

©Maksim Shmeljov/Shutterstock

Redakcja ‌techniczna, ‌skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie ‌wersji ‌elektronicznej

Grzegorz ‌Bociek

Korekta

Urszula ‌Bańcerek

Wydanie ‌I, Chorzów ‌2018

Wydawca: ‌Wydawnictwa Videograf SA

41-500 ‌Chorzów, Aleja Harcerska 3C

tel. ‌600 472 609

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja ‌wersji drukowanej: ‌DICTUM Sp. z o.o.

01-942 ‌Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. ‌22-663-98-13, fax ‌22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© ‌Wydawnictwa ‌Videograf SA, Chorzów ‌2016

Tekst © Joanna ‌Jakubczak

ISBN 978-83-7835-645-5

Zachowaj spokój serca ‌i bądź ‌cierpliwy, a nie ‌trać równowagi ‌w czasie utrapienia!

Syr, 2,2

Ukochanemu ‌Tacie ‌i Siostrom Ewie i Dorocie

1. ‌Los Angeles, 1947

Ocean ‌wydawał ‌z siebie jednostajny, ‌kojący szum. ‌Hanka Lewin przymknęła ‌powieki i wsłuchiwała się ‌w ten dźwięk, ‌jakby chciała, ‌by uciszył wszystko inne, ‌co kołatało jej ‌w głowie. Nadia bawiła ‌się ‌na piasku, kilka ‌metrów dalej, a mały Grześ ‌błogo ‌spał ‌w wózku ‌stojącym obok ‌niej.

– Mamusiu, to ‌dla ‌ciebie. – Usłyszała radosny ‌głos Nadii.

Otworzyła oczy ‌i popatrzyła na ‌małą dłoń dziewczynki. Leżała ‌na niej ‌niewielka muszla, którą ‌jej córka znalazła w czasie ‌zabawy nad brzegiem oceanu.

– ‌Dziękuję – odpowiedziała Hanka, ‌uśmiechając się ‌czule, i wzięła do ‌ręki ‌muszelkę, a potem ‌ucałowała córkę.

Nie miała pojęcia, ‌co by zrobiła, ‌gdyby ‌nie dzieci. A zwłaszcza ‌Nadia, która okazała się ‌dla niej ‌największym wsparciem. Jakby ‌dziewczynka doskonale rozumiała, że ‌świat Hanki nagle ‌zawalił się, i próbowała ‌wesprzeć swoją matkę w jego ‌odbudowie.

Ostatnie ‌miesiące ‌były dla Lewinówny bardzo trudne, mimo że nie głodowała, nie marzła na kość, a jej kariera rozwijała się rewelacyjnie. Nawet fakt, że w istocie amerykański impresario okazał się krwiopijcą i draniem, nie zmienił tego, iż wciąż mogła o sobie powiedzieć – kobieta luksusowa. Zapewne pozostawione przez Piotra pieniądze dawały jej to poczucie bardziej aniżeli gaże za występy na amerykańskim tournée, jednak batalia, jaką musiała o nie stoczyć, sprawiła, iż wciąż wydawało jej się, że nie zasłużyła na tę hojność. Miała także świadomość, iż wiele jeszcze przed nią, ponieważ zarówno Stefania Niechowska, jak i Tomasz zapewne tak łatwo nie złożą broni.

***

Nie chciała wyjeżdżać do Ameryki, bo rana po stracie Piotra, nie tylko męża, ale też jedynego przyjaciela, jakiego miała w Anglii, wciąż była świeża. Jednak dla Swansona taki drobiazg jak śmierć współmałżonka, nie stanowił przeszkody, aby mogła występować. Pukał tłustym palcem w kolejne punkty umowy i plując obficie, straszył Hankę konsekwencjami w postaci kolosalnych odszkodowań, a ponieważ Lewinówna nie miała pojęcia, w jaki sposób zakończy się postępowanie spadkowe, postanowiła nie ryzykować. Poza tym teściowa zgotowała jej piekło na ziemi i właściwie gdy weszła na trap eleganckiego liniowca, odetchnęła z ulgą, że przez jakiś czas nie będzie musiała wysłuchiwać wyrzutów, obelg i pretensji. Nie wiedzieć czemu Stefania obwiniała ją o śmierć Piotra, chociaż w czasie, gdy zginął, jego żona wraz z dziećmi przebywała w Guildford, w jej eleganckim domu. O tym, że Hanką targają wyrzuty sumienia, nie mogła wiedzieć, ponieważ nie miała pojęcia, iż jej pożycie z Piotrem dalekie było od ideału. Jednak to był dramat Hanki, i tylko jej. Nie mogła sobie darować, że była tak marną żoną i nie potrafiła pokochać męża, ale to, że zginął, nie stanowiło w najmniejszym stopniu jej winy.

Pogrzeb Piotra wspominała z przerażeniem. Nie tylko dlatego, że musiała pożegnać kolejną w swoim życiu osobę, która tak wiele dla niej poświęciła, ale z uwagi na zachowanie pozostałych członków rodziny Niechowskich. I nie tylko ich. Całe towarzystwo traktowało ją i jej dzieci koszmarnie, bo teraz nie było już nikogo, kto mógłby im tego zabronić. Nikt nie podtrzymywał zrozpaczonej wdowy, gdy łkała nad grobem, bliska omdlenia, i jedynie Henrietta Cavendish złożyła jej kondolencje, ścigana nienawistnym wzrokiem pozostałych żałobników. Nikt nie usiadł koło Hanki w kościele podczas nabożeństwa ani w kaplicy, gdzie stała trumna Piotra. Hanka czuła się jak trędowata i nawet Nadia zdawała się skonsternowana faktem, że ani babcia, ani jej ojciec nie uraczyli jej chociażby powitaniem.

Do swojego przepastnego domu, który do niedawna dzieliła z Piotrem, Lewinówna także dotarła sama, po czym przekazując dzieci pod opiekę niani, udała się do sypialni, by dławić w sobie ból po stracie męża. Tak jakby dopiero w momencie, gdy go naprawdę zabrakło, doceniła to, co dla niej zrobił. Bez niego bowiem na pewno nie byłaby w miejscu, w jakim się obecnie znajdowała, i miała tego pełną świadomość. Czuła się rozbita i kompletnie bezradna. Jak wówczas, gdy wracając furmanką do Warszawy, straciła Irenę „Wariatkę”. I tak samo, jak wtedy, tak i w tym czasie towarzyszyło jej ogromne poczucie osamotnienia i straty.

Kolejne dni wcale nie były lepsze, aż w końcu pojawił się Swanson i nie zważając na stan Lewinówny i żałobę po mężu, nakazał jej „wziąć się w garść” i zacząć się pakować na amerykańską trasę koncertową, w przeciwnym razie bowiem uczyni ją bankrutem.

Tak, Hanka wiedziała, że odkąd zginął Piotr, przestała panować nad swoim życiem. Nawet o majątek po mężu nie miałaby siły walczyć, gdyby nie jasne wytyczne zostawione przez starszego z Niechowskich u nobliwego notariusza rodziny. Jakby przeczuwał, że w razie jakiegoś nieszczęścia Hanka podda się i zostawi wszystkie sprawy w rękach teściowej, która jej nienawidziła, oraz Tomasza – utracjusza i egoisty. Sprawa, jaką jej wytoczyli, z góry skazana była na ich porażkę i Lewinówna miała wrażenie, że zaciągnęli ją do sądu jedynie po to, by jeszcze bardziej pognębić.

Później także wszystko działo się pod czyjeś dyktando, a mianowicie impresaria Swansona. Mimo że był szubrawcem, pomógł jej uporać się ze wszelkimi kwestiami związanymi z pozostawieniem domu na wiele miesięcy czy formalnościami paszportowymi. Nie robił tego, oczywiście, z dobroci serca. Nieco załamała go kompletna nieudolność Hanki w tej materii i jeśli chciał, by jej trasa koncertowa doszła w końcu do skutku, po prostu musiał zająć się pewnymi sprawami.

Kilka dni przed wyjazdem do Ameryki Lewinównę odwiedziła Henrietta Cavendish. Przyszła, by sprawdzić stan ducha swojej niegdysiejszej rywalki. Piły kawę w saloniku, gdy Hanka, nieco onieśmielona wizytą byłej narzeczonej Piotra, nie bacząc na konwenanse, zapytała w końcu:

– Henrietto, jestem poruszona twoją troską i życzliwością, której tak bardzo mi ostatnio brakuje, ale dlaczego to robisz? Ty akurat masz najmniej powodów, by mnie lubić czy chociażby szanować.

– Po prostu Piotr kochał ciebie – mruknęła i wzruszyła ramionami, uciekając wzrokiem w stronę fotografii w ramkach, stojących na niewielkiej komodzie.

– Ale spotykaliście się, mieliście plany, a ja po prostu weszłam między was… – powiedziała cicho Lewinówna.

– To Stefania Niechowska i moi rodzice mieli plany, a my im się po prostu poddaliśmy, uznając, że to dobry pomysł. Piotr udawał, że jest we mnie zakochany, a ja udawałam, iż darzę go równie silnym uczuciem. Oszukiwaliśmy innych i siebie samych… A może sądziliśmy, że to się uda? – Henrietta machnęła ręką i dodała po chwili, wprawiając w osłupienie Lewinównę: – Właściwie to mam wobec ciebie ogromny dług wdzięczności, bo gdyby nie ty, moje życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej.

– Ty? Wobec mnie? – zdumiała się Hanka.

Henrietta spuściła głowę i przez dłuższy czas milczała. W końcu odparła z westchnieniem:

– Jesteś wyklęta w tym środowisku, a ja niedługo też podzielę twój los, więc będę potrzebowała sprzymierzeńca.

– O tak, moja droga, bez względu na wszystko będziesz mogła na mnie liczyć, o ile moja przyjaźń będzie cokolwiek dla ciebie znaczyć. Czyżbyś miała zamiar popełnić mezalians? – zapytała Hanka.

– Gdybyż to tylko był mezalians… – bąknęła i dodała odważnie: – Powiem ci, bo komuś po prostu muszę, a ty jesteś artystką, z niejednego pieca chleb jadłaś. Nie czułam pociągu do Piotra ani nie czuję go do żadnego mężczyzny. Mam przyjaciółkę, rodzinka powinna się ucieszyć, bo również nosi znakomite nazwisko, ale problem w tym, że między nami… jest coś więcej. Kochamy się i zapewne niedługo wszystko się wyda, bo mamy zamiar osiąść na stałe w Londynie i razem zamieszkać. A wówczas nikt już nie będzie miał wątpliwości co do tego, jak się mają sprawy. Wiem także, jak to się skończy. Nie mam złudzeń, za to przeczucie, że zostanę potraktowana tak jak ty. Dlatego tutaj jestem. Trochę z troski, a trochę z ciekawości, jak sobie z tym radzisz.

Hanka Lewinówna prędzej spodziewała się usłyszeć o romansie Henrietty z koniuszym albo lokajem aniżeli z drugą kobietą, dlatego o mały włos nie wylała kawy, słysząc podobne rewelacje. Daleka była jednak od potępiania panny Cavendish, chociaż nie miała pojęcia, jak to jest czuć pożądanie do innej kobiety.

– Moja sytuacja jest nieco inna. Tomasz jest mi właściwie obojętny i łączy nas jedynie córka, a Stefanii nienawidzę równie mocno, co ona mnie. Moi rodzice dawno nie żyją, więc także nie mam dylematów z nimi związanych. Tymczasem twoja rodzina jest ci bliska, zapewne pragną twojego szczęścia i może być ci ciężko, jeśli odsuną się od ciebie – zaczęła ostrożnie Hanka.

Oczami wyobraźni już widziała nagłówki gazet i skandal, jaki wybuchnie wokół tak znanej i poważanej rodziny. Siostra Henrietty chyba dostanie apopleksji, kiedy się o tym dowie, a znając jej charakterek, zamieni życie młodszej panny Cavendish w piekło.

– Moi rodzice… Moja siostra… Jesteśmy rodziną tylko na pokaz. Nie będę cię zanudzać, ale wcale nie jesteśmy tacy święci. Byle tylko pewne grzeszki nie wyszły poza obręb domu, można jej popełniać do woli. A ja mam już dość udawania i ukrywania się z moimi uczuciami i zapewne zapłacę za to wysoką cenę. Na szczęście mam swoją Beatrice i wierzę, że ona da mi szczęście – powiedziała Henrietta.

Hanka wcale nie była tego taka pewna. W tym momencie zapewne panna Cavendish była gotowa poświęcić swoje luksusowe życie dla kilku chwil romantycznych uniesień, ale co będzie później?

***

Teraz Hanka, siedząc na ciepłym piasku kalifornijskiego wybrzeża i wsłuchując się w szum oceanu, pomyślała, że to Henrietta lepiej rozumiała życie niż ona. Hanka miała wszystko, co materialne, robiła to, co kochała i jeszcze jej za to płacono, a jednak ta przejmująca pustka w sercu sprawiała, że nie czuła się ani odrobinę szczęśliwa. Brakowało jej w życiu tego najważniejszego – miłości. Po niemal trzech latach, odkąd uciekła z ogarniętego wojną i biedą kraju, nagle dotarło do niej, że splendor i bogactwo są jedynie złudzeniem szczęścia. Żeby chociaż miała przy boku Alicję, nie czułaby się tak źle, ale Hanka oprócz dzieci nie miała już nikogo. Igor odszedł, Piotr i Irena nie żyli, a Alicja? Kto wie, co się z nią teraz działo.

Znalazła się w pięknym kraju, gdzie wojna nie odcisnęła swojego piętna, występowała w najlepszych salach koncertowych i miała pieniądze, a jednak nie dało jej to tak bardzo wyczekiwanego spełnienia.

Otworzyła oczy i zerknęła na złoty zegarek połyskujący na przegubie jej dłoni. Dochodziła czternasta. Jej koncert w Los Angeles miał się odbyć dopiero za tydzień, ale nie oznaczało to wcale błogiego lenistwa. Swanson zaplanował Lewinównie te dni bardzo skrupulatnie. Nagrania w radiu, wywiady dla prasy, wreszcie raut z największymi gwiazdami Hollywood.

Tego dnia, około siedemnastej, w jej bungalowie, w hotelu Beverly Hills, miał zjawić się jakiś bardzo wpływowy dziennikarz, by przeprowadzić z nią obszerny wywiad. Swanson pragnął, by ukazał się jeszcze przed jej występem, a ona miała uchodzić za prawdziwą gwiazdę, godną miejsca w najmodniejszym hotelu w okolicy. Modnym i bardzo drogim, co sprawiało, że honorarium za koncert, który miała dać w Los Angeles, właściwie pokrył koszty jej pobytu w tym mieście. Namawiała Swansona na coś skromniejszego i mniej popularnego, ale ten uznał, że wystawne życie to część jej image’u. „Wszystko na pokaz” – myślała niekiedy złośliwie Hanka. Mieszkając jednak w Wielkiej Brytanii, zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Łudziła się, że w Ameryce jest inaczej, bardziej swobodnie, ale myliła się. Tutaj pozory i prywatne życie wielkich gwiazd były równie ważne, co talent i osiągnięcia artystyczne. Nawet wywiad, jakiego miała udzielić, był starannie wyreżyserowany przez Swansona.

Lewinówna zawołała Nadię, zwinęła koc i pchając z trudem wózek, wolno ruszyła w stronę wyjścia z plaży. Najchętniej zostałaby tam do wieczora, w swobodnej sukience, bez makijażu i z rozczochranymi włosami, ale wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić i w ciągu dwóch godzin musi przeistoczyć się w osobę, którą nigdy nie była. Jedynie scena dawała jej poczucie pewności siebie, ale wszystko, co działo się poza nią, ten cały blichtr, za którym niegdyś tak bardzo tęskniła, był jednym, wielkim fałszem, który cieszył ją znacznie mniej, niż to sobie wyobrażała. Kiedyś sądziła inaczej, zwłaszcza gdy biedowała, ale najwyraźniej musiała znaleźć się w tym miejscu, by zrozumieć, że tęskniła za czymś, co było jedynie iluzją szczęścia.

2. Kołyma, 1947

– Cieszę się, że znowu tutaj jesteś. Tęskniłem… – powiedział Stiepan Kaganowski.

Alicja siedziała na krześle, wciąż opatulona chustami i w sponiewieranych rękawicach na dłoniach. Kaganowski chodził wokół niej ze splecionymi z tyłu rękami i dopiero po kilku minutach zdobył się, by wypowiedzieć owo zdanie. Nie miał pojęcia, że Alicja w tym momencie czuła jedynie nienawiść, ale postanowiła złamać się i przyjść do niego, by błagać o możliwość zobaczenia córki.

– Nie masz potomstwa, Stiepanie, więc nie rozumiesz, co znaczy miłość do dziecka… – wyjąkała.

– Zatem po to do mnie przyszłaś? Żeby czynić mi wyrzuty? – westchnął. – A ja… ja zostawiłem cię na kuchni, nie odesłałem do lasu, tylko pozwoliłem, żebyś miała tutaj znośne życie i nie skończyła jak Dumkowa.

Alicja przymknęła powieki na samo wspomnienie tego, co wydarzyło się na porannym apelu. Jedna z więźniarek po prostu dostała obłędu. Rozebrała się do naga i zaczęła tarzać się w śniegu, a potem uciekała z rykiem zranionego zwierzęcia przed strażnikami, by w końcu paść nieżywa od kuli, którą uraczył ją jeden z nich. Ta kobieta po prostu nie wytrzymała i postradała zmysły. Kto wie, może teraz była już szczęśliwa?

– To wielce szlachetny gest, Stiepan, dlatego przyszłam do ciebie, by poprosić o coś jeszcze…

Alicja starała się być miła i grzeczna, chociaż wszystko w niej drżało i miała ochotę zabić Kaganowskiego za to, że odebrał jej córkę. Nawet jeśli kierowały nim dobre intencje, ona nie potrafiła i nie chciała zrozumieć tego, czego się dopuścił.

– To mówcie, mówcie… – Głos Kaganowskiego zrobił się lodowaty i przybrał służbowy ton.

– Chciałabym zobaczyć Natalię – wydukała Alicja.

Kaganowski odwrócił się gwałtownie.

– Jak to sobie wyobrażacie? – niemal ryknął.

– Mogłabym zacząć pracę w ambulatorium i odwozić dzieci do sierocińca, zamiast Olgi Iwanowny. A wtedy miałabym możliwość, by widywać swoją córkę – powiedziała hardo.

Stiepan Kaganowski w końcu przestał krążyć wokół krzesła Alicji i usiadł za biurkiem. Podpalił papierosa, zaciągnął się dymem i popatrzył na Alicję.

– Nawet nie wiesz, co chcesz sobie zrobić – powiedział cicho. – Odwozimy dzieci raz na kilka miesięcy, oddajemy je tamtejszym opiekunom i samochód wraca do zony. Będziesz ją widziała zaledwie przez kilka minut… To niedorzeczne.

– Proszę… – jęknęła.

– Ja też prosiłem! – ryknął ponownie. – Prosiłem, żebyś przyszła i aby było tak jak kiedyś. Ja! Rozumiesz? Ja prosiłem… O kilka godzin, co mówię, nawet minut, ale byłaś gotowa nawet pójść do lasu i zdechnąć z wycieńczenia, byle nie spełnić mojej prośby. Wolałaś, żeby dopadł cię jakiś urka i zrobił z ciebie kochankę, niż mnie.

– Miałam do ciebie żal… – Alicja ponownie skuliła się w sobie, słysząc krzyk Kaganowskiego.

– I już nie masz? – zapytał złośliwie.

– Mój żal nie ma dla mnie już żadnego znaczenia. Muszę ją zobaczyć. – Załkała.

– Ale dla mnie ma – odpowiedział stanowczo i dodał: – Przemyślę sprawę, ale dzisiejszy wieczór spędzisz ze mną. I następne też…

Potaknęła głową i przełknęła ślinę. Nie miała pojęcia, jak zdobędzie się na to, by okazywać czułość temu człowiekowi. Nie wiedziała, w jaki sposób mogłaby przez to przebrnąć. Jedynie myśl, że być może niebawem zobaczy córkę, dodawała jej sił i pozwalała pogodzić się z tą okrutną sytuacją.

Alicja, odkąd zabrano jej Natalkę i odrzucono jej prośbę o skrócenie wyroku, żyła jak w koszmarze sennym. W dodatku nie dostawała już paczek i listów od Sergiusza. Czuła, jakby znalazła się kompletnie sama w jakimś złowrogim świecie i przychodziły chwile, gdy myślała, że oszaleje. Powstrzymywało ją jedynie to, iż jej córeczka może pewnego dnia jej potrzebować, i to powodowało, że złe myśli odfruwały, a ona oddawała się intensywnym rozmyślaniom, jak wyrwać się z tego piekła.

Po kilku tygodniach doszła do smutnego wniosku, że jedynym człowiekiem, który może ulżyć jej cierpieniom, jest znienawidzony komendant. Kolejne dni zbierała się, by pójść do niego i błagać o pomoc. I za każdym razem, gdy podchodziła do jego pomagiera, żeby zgłosić chęć widzenia z Kaganowskim, nienawiść do Stiepana nakazywała jej odwracać się na pięcie i uciekać. Nie wiedziała, jak żebrać o litość u człowieka, któremu najchętniej wbiłaby nóż w tętnicę, tak jak zrobiła to Swietłanie. Zwyciężyła jednak miłość do córki i pewnego poranka, po apelu, podeszła do zausznika i najwierniejszego sługi komendanta, by zaanonsować się u najwyższej władzy obozu. Czekała na zgodę niemal trzy dni i właściwie już straciła nadzieję, że zechce z nią rozmawiać, kiedy w okienku do wydawania posiłków ujrzała rozbiegane oczy pomocnika Stiepana. Z jednej strony, odetchnęła z ulgą, słysząc, że ma po kolacji zgłosić się do komendanta, z drugiej – miała świadomość, iż nie ma już odwrotu i będzie musiała zgodzić się na wszystko, czego zażąda Kaganowski.

Tak też się stało. Wieczorem, po spotkaniu, zjawiła się u niego. Stanęła niepewnie w progu saloniku i przerażona wpatrywała się w sprawcę swojego nieszczęścia. Ona, taka harda, pyskata i niezłomna, stała potulnie, czekając na to wszystko, co wymyśli komendant.

Kaganowski przygotował się na ten wyjątkowy wieczór. Włączył gramofon, zapalił nocną lampkę, a na stole postawił kieliszki, butelkę wódki i jedzenie, jakiego nie jadali więźniowie. Po chwili podszedł do szafy i wyciągnął z niej zieloną sukienkę z dzianiny. Podał Alicji i zaordynował:

– Nagrzałem wody. Umyj się i przebierz.

Wzięła do ręki sukienkę i poczuła pod palcami delikatny, miękki materiał. Nawet ta czerwona sukienka, w której występowała w obozowym teatrzyku, nie była taka piękna i miła w dotyku. Gdyby nie podłość Stiepana, mogłaby pomyśleć, że podobnie jak Martin Gross, Kaganowski zapałał do niej gorącym uczuciem, ale to, co uczynił z jej Natalką, wysyłając ją do sierocińca, rozwiewało jej rozważania. Dla niej miłość oznaczała zupełnie coś innego. A Stiepan chciał jedynie, by była jego własnością i dogadzała mu w sposób, w jaki nigdy nie robiła tego była żona.

Myła się powoli i dokładnie, żeby nacieszyć się tą banalną czynnością, która w zonie stanowiła luksus darowany więźniom raz na trzy tygodnie. Następnie włożyła sukienkę podarowaną jej przez Stiepana i pomyślała o stojącej w pokoju wódce. Postanowiła, że jeśli się zmorzy alkoholem, łatwiej jej będzie przebrnąć przez tę noc.

– Od jutra będziesz pracowała w ambulatorium. Olga Iwanowna i ten fryc podszkolą cię trochę – powiedział ugodowo, wpatrując się z zachwytem w Alicję, która już w niczym nie przypominała okutanej w stare szmaty więźniarki.

– Dziękuję – wyszeptała Alicja i poprosiła, by Stiepan nalał jej wódki.

Gdy to uczynił, wypiła ją duszkiem i poprosiła o następny kieliszek.

– Musisz się upić, żeby pójść ze mną do łóżka? – zapytał groźnie.

Pokręciła przecząco głową i nie powiedziała już nic więcej. Jednak z nich dwojga najwyraźniej to Kaganowski bardziej potrzebował alkoholu niż ona, bo pił niemal bez przerwy i wkrótce był kompletnie odurzony.

– Powiedz, że mnie kochasz – wybełkotał.

Uczyniła to, bo było jej już wszystko jedno. Uśmiechnął się jedynie, słysząc te słowa, a potem wstał z krzesła i chwiejnym krokiem podszedł do niej.

– Mogę zatańczyć z moją uroczą żoną. – Język mu się nieco plątał.

Alicja wstała zza stołu i zaczęli wykonywać coś, co w żadnym razie nie było tańcem. Kaganowski kiwał się bezładnie, coraz bardziej otumaniony alkoholem, by następnie paść na stojące obok łóżko i burknąć, by pozostała z nim przez całą noc. Położyła się obok niego i dziękowała w duchu opatrzności, że nie musi tym razem kochać się ze Stiepanem.

Mimo wypitego alkoholu, miękkości łóżka i ciepła, jakie panowało w domu Kaganowskiego, Alicja nie mogła zasnąć. Wstała z łóżka i postanowiła rozebrać Stiepana chociaż z butów i spodni. Pomyślała, że o poranku wmówi mu, iż przeżyli razem upojną noc. Mruczał coś pod nosem, gdy ciągnęła go za nogawki, ale chwilę potem mlasnął jedynie i Alicja usłyszała jego głośne chrapanie. Przewiesiła spodnie przez poręcz łóżka, gdy usłyszała delikatny brzęk wypadającego klucza. Odnalazła go i już miała schować z powrotem do kieszeni spodni, gdy zatrzymała się i zaczęła zastanawiać się, co ów klucz otwiera. Ścisnęła go w dłoni i przeszła do gabinetu. Nie zważała nawet na to, że podłoga głośno skrzypiała pod jej stopami, ponieważ Stiepan spał jak zabity. Zapaliła lampę w biurze i przymierzyła klucz najpierw do szuflady biurka, a potem do solidnej szafy. Pasował i wkrótce Alicja ujrzała przed sobą niezliczoną ilość papierowych teczek i segregatorów poustawianych w kolejności alfabetycznej. Nie miała pojęcia, co spodziewała się znaleźć w szafie stojącej w gabinecie komendanta obozu i już miała na powrót ją zamknąć, ale niemal odruchowo sięgnęła po segregator z literą „R”. Zaczęła przerzucać wpięte stronice, gdy w końcu natrafiła na swoje nazwisko. Nie wiedziała, co jest napisane w znajdujących się tam dokumentach, ale rozpoznała, że pochodzą one z moskiewskiego sądu. Wypięła plik papierów, zwinęła je w rulon, owinęła jakimiś drukami leżącymi na najwyższej półce i postanowiła, że pokaże je Oldze. Może było w nich coś, co dałoby jej nadzieję na kolejne odwołanie i wcześniejsze wyjście. Zamknęła pośpiesznie szafę, dokumenty ukryła w kieszeni swojego palta i włożyła klucz do spodni Kaganowskiego. Potem rozebrała się i położyła obok Stiepana, który wciąż spał kamiennym snem.

Obudził się dopiero nad ranem i Alicja poczuła jego dłoń błądzącą po jej ciele. Pomyślała, że nadeszło nieuniknione, ale on jedynie przytulił ją do siebie i szepnął:

– Kocham cię. Zobaczysz, będziemy tutaj bardzo szczęśliwi.

3. Warszawa, 1947

Franek „Diamentowa Rączka” przyglądał się podejrzliwie swojemu kompanowi. Siedzieli w Café Fogg przy Marszałkowskiej i raczyli się gorącą kawą.

– Za kogo ty mnie masz, Franek? – prychnął Emil.

– Ja tam, Lewin, nic nie gadam, obaj mieliśmy tej całej Bronki po dziurki w nosie, ale żebym miał się mokrej roboty imać, to niech mnie dunder prędzej świśnie. Bronka martwa bardziej niż wujek Adolf i sama z siebie nie kojfnęła. A mnie po milicjach ciągają i muszę udawać płaczącego amanta. Więc kto ją załatwił, jeśli nie ja i nie ty? – Franek mówił ściszonym głosem.

– A co ty się mnie pytasz? – żachnął się kolejny raz Lewin. – Dziwne interesa robiła, może kogoś chciała wykołować i się nią zajęli?

– Bronka? Ona nie kantowała. Twarda była, panie, jak odciski drwala, ale nie rolowała w interesach… – mruknął Franek i ponownie zapytał: – Ale pod chajrem ty mi gadaj, żeś jej nie teges.

– Przestań, Franek. – Emil machnął ręką. – Jeszcze mi życie miłe. Mam przytulne mieszkanko, w końcu będę mógł sprowadzić syna do siebie, posadkę jak ta lala i trochę szmalu z tego, co ty zawiniesz. Więc po co miałbym ryzykować?

„Diamentowa Rączka” zamyślił się. To, co mówił Lewin, brzmiało dość logicznie, jednak śmierć Bronki była dla niego wstrząsem i nie mógł pozbyć się wrażenia, że jego kompan miał z tym coś wspólnego.

– Ty, Franek, a może byś się do partii zapisał? – zagadnął Lewin, żeby porzucić temat Bronki.

– Czyś ty się, Lewin, z głupim na rozumy pozamieniał? A na cholerę mi to? – warknął zirytowany Franek.

– Mieszkanie samodzielne szybciej dostaniesz i robotę jakąś akuratną, urzędową. Kartki na obiady w komitecie… – zaczął wyliczać Emil.

– Gdybym nie siedział w takim aliganckim lokalu, panie, to bym splunął. Ja tam z władzą to wolę żyć na odległość. A im dalej mi od nich, tym lepiej – odpowiedział stanowczo. – Zresztą twoje ustosunkowanie w zupełności mi wystarczy. A czy władza ludowa nie patrzy podejrzanie, żeś ty taki galant?

– Do roboty aż tak wysztafirowany nie łażę, co by mnie na języki nie wzięli, ale umówiłem się z taką jedną… – mruknął od niechcenia Emil, żeby nie zdradzić się przed kolegą, że owa kobieta nie jest dla niego tylko zwykłą podrywką.

Magdalena Walewska, gdy po raz pierwszy ją zobaczył w swoim mieszkaniu, zrobiła na nim piorunujące wręcz wrażenie. Nie myślał o żadnych świństewkach, jak to zwykle bywało, gdy zawiesił oko na jakiejś elegantce, ale pragnął, by go polubiła i miała o nim dobre zdanie. Tak jak wiele lat temu Adrianna Daleszyńska. Tymczasem nie miał żadnego pomysłu, jak to zrobić. Panna Magdalena opiekowała się teraz Szymkiem i zapewne myślała o Lewinie niezbyt pochlebnie. W końcu zachował się jak drań, zarówno w stosunku do Szymka, jak i Kamila Grotowskiego. Na szczęście nie znała całej prawdy i to dawało mu nadzieję, że pewnego dnia spojrzy na niego łaskawym okiem. Marzenie, by normalna kobieta zauroczyła się nim, znając jego trudną przeszłość, było nierealne, dlatego wciąż musiał grać. Przed Szymkiem także, ponieważ nie mógł się pogodzić z faktem, że przestał być dla niego autorytetem. Nie rozumiał także do końca rozgoryczenia chłopaka, uważał bowiem, że nie dopuścił się aż takiej niegodziwości, by ten nagle zapomniał o wszystkim, co dla niego zrobił. A może Szymkowi chodziło o coś jeszcze? Miał nadzieję, że wkrótce się tego dowie.

Pożegnał Franka i ruszył w kierunku Mokotowa, gdzie w jednej z ocalałych kamienic mieszkała panna Walewska wraz ze swoim nowym podopiecznym. Odwiedzał ich od czasu do czasu i za każdym razem, gdy zbliżał się do miejsca ich zamieszkania, czuł w ustach suchość, drżały mu nogi, a ręce stawały się mokre od potu. Wycierał je przed drzwiami chusteczką, by nie odstręczyć pięknej Magdaleny śliskim dotykiem, gdy będzie się z nią witał. Tym razem także sytuacja była podobna i zanim nacisnął dzwonek przy drzwiach wejściowych, wytarł dłonie i wziął kilka głębokich oddechów.

Magdalena Walewska jak zwykle przywitała go życzliwym uśmiechem i zaprosiła do pokoju, który zajmowała wraz z Szymkiem. Przegrodziła go szafą, by chłopak nie czuł się skrępowany jej obecnością, przez co jej część pomieszczenia zmniejszyła się do wręcz mikroskopijnych rozmiarów. Oprócz tapczanu, na którym sypiała, stał tam także stół i kredens, które to meble skutecznie zagracały powierzchnię.

– Szymek jest na czynie społecznym – powiedziała ciepło Magdalena. – Jeśli jednak chce pan na niego poczekać, zapraszam. Powinien niebawem wrócić.

Emil, amant uwodzący każdą niemal kobietę, zawsze wyszczekany i pewny swojego uroku, tym razem zdołał jedynie pokiwać głową, po czym, miętosząc w dłoni rondo kapelusza, wszedł do ciasnego pomieszczenia, w którym rezydowała Magdalena. Poczuł jakiś przyjemny zapach, chociaż nie były to perfumy, raczej ledwie uchwytna woń świeżych kwiatów. Chwilę potem spostrzegł stojący w wazonie bukiecik konwalii. Od razu poczuł zazdrość, bo pomyślał, iż piękna Magdalena zapewne dostała ów bukiecik od jakiegoś wielbiciela, może nawet od tego samego, który niegdyś obdarowywał kwiatami jego Adriannę.

– Zaszalałam dzisiaj i kupiłam konwalie – powiedziała przepraszającym głosem panna Walewska, jakby chciała usprawiedliwić swoją rozrzutność w tak ciężkich czasach, i dodała: – Pójdę do kuchni zaparzyć herbatę.

Lewin zdjął letni płaszcz, powiesił na prowizorycznym wieszaku przymocowanym do szafy i usiadł za stołem. Dotychczas bywał tylko w części zajmowanej przez Szymka i jedynie od czasu do czasu słyszał odgłosy krzątającej się za szafą Magdaleny. Rozejrzał się dookoła i uznał, że mimo ciasnoty wszystko, na co spoglądał, podoba mu się. Może dlatego, że piękna panna Walewska sypiała na tapczanie, na który zerkał ukradkiem, siedziała przy tym samym stole, przy którym on teraz, i dotykała swoimi szczupłymi dłońmi wszystkiego, co znajdowało się w tym pokoju.

„Czyżbym się zakochał?” – zapytał siebie w myślach, czując, jak bardzo jest bezradny wobec tkliwości, która go w tym momencie ogarniała.

Po kilku minutach powróciła Magdalena, niosąc na drewnianej tacy szklanki i dzbanek parującej herbaty. Postawiła ją na stole, wlała naparu i podała Lewinowi. Emil patrzył na jej subtelne ruchy i miał ochotę chwycić ją w ramiona. Wdychać jej zapach, głaskać po gładko upiętych włosach i patrzyć na tę piękną twarz, która wciąż kojarzyła mu się z wizerunkami aniołów.

– Szymek to bardzo mądry chłopiec. Jeśli będzie się uczył, może zostać lekarzem albo adwokatem – powiedziała Magdalena, aby powiedzieć cokolwiek, bo nie bardzo wiedziała, o czym mogłaby rozmawiać z Emilem Lewinem.

– Tak, gdyby nie wojna… Ale Bóg mi świadkiem, panno Magdaleno, że starałem się zapewnić mu wszystko, co najlepsze… – bełkotał Lewin.

– Mówił mi. Że był pan dla niego bardzo łaskawy. – Uśmiechnęła się.

– Ale nie może mi darować, że nie powiedziałem mu prawdy o Adriannie – westchnął Lewin.

– Tak… Ale wierzę, że mu przejdzie. W końcu zrobił to pan, by go zanadto nie ranić, prawda? Proszę więc mieć nadzieję. Gdy będzie starszy, na pewno zrozumie, że czasami trzeba skłamać, by ochronić bliskie sercu osoby. Dobrze nam się razem mieszka, Szymek pomaga mi w wielu sprawach, a ja mu w nauce, ale jest do pana bardzo przywiązany i słyszę niekiedy zza szafy, że chlipie w poduszkę. Pewnie nigdy by się do tego nie przyznał, więc nie pytam, ale wiem, że to z tęsknoty za panem – powiedziała cicho Magdalena.

„Boże, dawno nikt nie mówił do mnie z takim szacunkiem” – pomyślał Lewin i posłał w kierunku Walewskiej wdzięczny uśmiech.

– Ja także za nim tęsknię, ale prawdę mówiąc, nie jestem zbyt wykształcony i zapewne nie byłbym w stanie przekazać mu tyle wiedzy, ile pani – wydukał.

– Czasami wykształcenie niewiele mówi o człowieku. Wyraża się pan bardzo pięknie, posiada pan nienaganne wręcz maniery – odpowiedziała.

Emilowi serce zaczęło walić jak oszalałe. Tak, umiał zachowywać się elegancko i szarmancko. Czasami. Jednak miał świadomość, że niekiedy zachowuje się jak prostak. A może płynąca w nim krew Chełmickich jednak miała znaczenie i niekiedy dochodziła do głosu, robiąc z niego dżentelmena?

– Panno Magdaleno…? – zapytał odważnie Emil. – W mieście organizowane są potańcówki, robi się coraz cieplej, nie miałaby pani ochoty wybrać się ze mną na jedną z nich?

Magdalena Walewska zarumieniła się, a potem popatrzyła w okno. Lewin nie miał pojęcia, o czym myślała, ale jej twarz nagle posmutniała i był niemal pewny, że dostanie kosza. Po chwili jednak piękna Magdalena zmrużyła oczy, zacisnęła usta i powiedziała:

– Tak, panie Emilu, chętnie wybiorę się z panem na potańcówkę…

Lewin był oszołomiony i szczęśliwy bezgranicznie, że ktoś taki jak panna Walewska zechciał się z nim umówić. Pomyślał, że być może los ulitował się nad nim i zamiast ciągłego taplania się w brudzie podarował mu możliwość obcowania z taką doskonałą istotą. Postanowił, że teraz zrobi wszystko, by skończyć z dawnym życiem i rozpocząć nowe. Takie, dzięki któremu zasłuży na miłość tego ludzkiego anioła.

Tę romantyczną chwilę, nasyconą fruwającymi, niewidzialnymi amorami, przerwało pojawienie się Szymka. Wszedł do pokoju, uścisnął jak zwykle Lewina, po czym roześmiał się.

– Pani kierowniczka odnalazła Zosię… Jest w sierocińcu koło Bydgoszczy. Niemcy wywieźli ją po powstaniu pod Szczecin, a potem ją przeniesiono. A przedtem w szpitalu była…

– Pewnie chciałbyś ją odwiedzić – stwierdził Lewin. – Pojedziemy razem.

– Mogę sam jechać, tylko chciałbym sobie najpierw jakieś galante ubranie sprawić. – Szymek nie przestawał się uśmiechać.

– No, jak chcesz, ale pozwól, że odzienie to ja ci zafunduję. – Lewin puścił do niego oko.

Szymek przez chwilę zawahał się, ale potem pomyślał, że niepotrzebnie unosi się honorem. Ubranie w końcu mógł przyjąć, nawet jeśli wciąż żywił urazę do pana Emila Lewina.

4. Los Angeles, 1947

Fiodor Łyszkin kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że rozmowa o Hance Lewin jest dla jego syna niczym sól sypana na otwartą ranę. Dlatego bez żadnych złych przeczuć zaczął głośno czytać wywiad, jakiego udzieliła Lewinówna jednej z plotkarskich gazet, w których to zaczytywała się namiętnie Maria Łyszkin.

– Słuchaj, Igor, ta Hanka Lewinówna to jednak nieciekawe życie miała – powiedział. – Dziennikarz pyta: „Jak pani radzi sobie po śmierci męża? Byliście małżeństwem bardzo krótko, gdy zginął w wypadku”. Dasz wiarę? Ledwie wojna się skończyła, a tu chłop jej w wypadku zginął. Życie to jednak ludziom płata figle.

Igor starał się nie słuchać ojca, ale wiadomość, że Hanka poślubiła innego, by niedługo potem pozostać wdową, zmroziła go. Nie dość, że ostatnio przeżywał istne katusze związane z pobytem Hanki w Los Angeles, to jeszcze teraz rodzice dosłownie co chwilę rozprawiali na jej temat. A on nie chciał mieć żadnych komplikacji sercowych przed swoim ślubem. Judith wciąż była nudna i potulna, ale odkąd zaciągnął ją do łóżka, czas z nią spędzony należał do zdecydowanie bardziej udanych. Wszystko było gotowe, nawet poznał jej rodziców, gdy tymczasem świadomość bliskości syna i Hanki dobijała go. Zastanawiał się, czy jest wystarczająco silny, by spotkać się z nimi, a potem zniknąć kolejny raz z ich życia. Myślał też o Hance. A co jeśli wciąż coś do niego czuje i okupi to rozstanie łzami i cierpieniem? Nie mógł jej narażać podczas pełnienia swojej misji ani też swojego syna, ale być może w przyszłości istniała dla nich jakaś szansa?

– Ale się dziewczyna wybiła. – Fiodor zagwizdał z uznaniem. – Nawet ją zakwaterowali w hotelu dla sław. W Beverly Hills Hotel mieszkają tylko największe gwiazdy.

Igor nie wytrzymał. Wstał z kanapy i powiedział głośno:

– Jadę do Judith. Wezmę twój samochód, tato. Być może wybierzemy się do San Diego i tam zostaniemy na noc.

Stary Łyszkin oderwał wzrok od gazety i popatrzył znad okularów na syna.

– Dobrze, weź. Jeśli nie wrócisz do rana, wezmę cadillaca mamy – odpowiedział spokojnie i powrócił do czytania.

Matka także nie skomentowała nagłego wyjścia syna, jedynie uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Ona także kiedyś była zakochana i nie podejrzewała nawet, iż związek z młodziutką i śliczną Judith jest jedynie wyreżyserowanym spektaklem, a w sercu Igora tkwi inna kobieta. Ta sama od wielu lat.

Igorowi drżały ręce, gdy przekręcał kluczyk w stacyjce lincolna należącego do Fiodora. Dość nieporadnie wyjechał z posesji i dopiero na ulicy zdołał się opanować. Przecież pojawienie się Hanki w Los Angeles było jak zrządzenie losu, chociaż powinien domyślić się, że pewnego dnia to nastąpi. Każda europejska gwiazda marzyła o występach w Ameryce i jeśli była wystarczająco utalentowana, wcześniej czy później tam przybywała. A przecież już w Londynie kariera Hanki nabierała zawrotnego tempa. Będąc zaś w Stanach Zjednoczonych, nie sposób było ominąć takiego miejsca jak Los Angeles.

Podjechał przed hotel i przez chwilę siedział w samochodzie, jeszcze zastanawiając się, czy na pewno dobrze robi. Postanowił, że zada sobie odwrotne pytanie. Co stanie się, jeśli nie wejdzie tam, nie spotka się z synem i Hanką, tylko odjedzie? Cholera, do końca życia będzie się zastanawiać, czy uczynił słusznie.

Wysiadł z samochodu i poszedł do recepcji hotelu. Zapytał stojącego za kontuarem mężczyznę w eleganckim uniformie o numer pokoju pani Hanny Lewin.

– Czy pani Lewin oczekuje pana? – zapytał uprzejmie recepcjonista.

– Tak – odpowiedział bez wahania – Od dawna.

– Pańska godność?

– Łyszkin. Igor Łyszkin – mruknął.

Recepcjonista sięgnął po stojący obok telefon i wykręcił numer. Łyszkin miał nadzieję, że Hanka Lewin nie wyprze się znajomości z nim i zechce go przyjąć w swoim pokoju.

– Pani Lewin oczekuje pana. Bungalow numer siedem – powiedział recepcjonista i wskazał drogę prowadzącą w głąb posesji. – Czy boy ma pana zaprowadzić?

– Nie, dziękuję. Trafię – burknął Igor i wyszedł na zewnątrz.

Zbliżał się wieczór i wzdłuż ścieżek zapalono już lampy, a niebo przybrało granatowy odcień. Łyszkin z trudem odczytywał numery domków, gdy wkrótce zobaczył kobiecą postać stojącą w drzwiach jednego z nich. Lewinówna miała na sobie cienką, niemal przezroczystą sukienkę, sięgającą kostek, i sandałki na wysokim obcasie. Igor musiał przyznać, że wyglądała naprawdę światowo. Zobaczywszy go, wyszła mu naprzeciw. Stąpała powoli po kamiennych płytach ułożonych na ścieżce wiodącej do głównego gmachu hotelu i patrzyła dziwnym wzrokiem na Igora. Nie było w jej oczach takiego żaru jak wówczas, gdy spotkali się na Waterloo Bridge w Londynie. W spojrzeniu Hanki był przejmujący smutek. Smutek kobiety, którą zawiódł najważniejszy mężczyzna w życiu.

– Witaj – powiedziała oschle i zamiast rzucić mu się na szyję wyciągnęła w jego kierunku dłoń.

– Cóż za chłodne przywitanie – wyjąkał.

– Równie chłodne, jak twoje pożegnanie – mruknęła. – Po co przyjechałeś?

– Nie zapytasz, co tutaj robię i jak się znalazłem w tym miejscu? – mruknął, zawiedziony reakcją Hanki.

– Dajże spokój, Igor. Potrafisz być wszędzie i kiedy chcesz. Pojawiasz się jak duch i jak duch znikasz. – Zaczynał drżeć jej głos.

– Wiesz… i wiedziałaś od początku, czym się zajmuję – bąknął, wciąż niepewnie.

– Tak, wiedziałam. Nie wiedziałam tylko, że potrafisz tak po prostu nas zostawić. – Spuściła głowę i przytknęła dłoń do ust, żeby się nie rozpłakać.

– Chciałem, żebyś była szczęśliwa… – Igor próbował załagodzić sytuację.

– Ale nie jestem – wyłkała.

Łyszkin podszedł do niej i wziął w ramiona. Nie odepchnęła go. Oparła jedynie głowę o jego pierś i niemal bezgłośnie płakała, jakby przeczuwała, że to kolejne, krótkie spotkanie, po którym Igor ponownie zniknie na wiele miesięcy.

– Mogę zobaczyć Grzesia i Nadię? – zapytał cicho.

– Już śpią. Tylko nie hałasuj, w pokoju obok śpi ich niania, panna Bellow – powiedziała z westchnieniem Hanka, po czym wyplątała się z uścisku Igora i ruszyła w stronę bungalowu.

Weszli do środka i od razu skierowali swoje kroki do pokoju dzieci. Igor pomyślał, że znowu ogląda swojego syna, gdy ten już śpi. Postanowił jednak, że jeśli Hanka pozwoli mu zostać na noc, poczeka, aż wstanie i spróbuje chociaż trochę go poznać.

Kiedy powrócili do salonu, Lewinówna zdjęła sandałki, usadowiła się na miękkiej kanapie i podwinęła nogi, Igorowi zaś wskazała ręką fotel stojący naprzeciwko.

– Jeśli masz ochotę na drinka, tuż za tobą jest barek, a w nim wszystko, co potrzeba. – Jej chłodny ton powrócił i Łyszkin już wiedział, że to będzie bardzo trudna noc, a ich czeka poważna rozmowa.

– Tak, drink mi się bardzo przyda. Czy tobie też zrobić? – zapytał.

– Tak, zrób mi coś mocniejszego. Najlepiej whisky, chociaż nie robi mi to najlepiej na struny głosowe – mruknęła.

– Słyszałem, że owdowiałaś… – powiedział, niby od niechcenia, stawiając przed Hanką szklankę bursztynowego napoju.

– Niestety – odpowiedziała z westchnieniem, po czym niemal duszkiem wypiła całego drinka.

– Kochałaś go? – zapytał złośliwie.

– Nie, nie kochałam, ale on kochał mnie i dzieci. Całym sercem. Zrezygnował dla mnie z wielu wspaniałych rzeczy, zapewnił mi byt na poziomie, o jakim tobie się nawet nie śniło, a ja nie potrafiłam niczego mu podarować w zamian – powiedziała zimno Lewinówna.

– Ty, Haniu? Dlaczegóż to? – Nie potrafił zrezygnować z sarkastycznego tonu, jakby był zazdrosny nawet o nieboszczyka.

– Nie pytaj o to kobiety, której złamano serce – wyszeptała.

– Posłuchaj, Hanka… Sam się w tym wszystkim pogubiłem. Kocham ciebie, Nadię i naszego synka, ale nie mogę wam zapewnić normalnego życia. Chociaż chciałbym tego. Już sam nie wiem, co powinienem zrobić. Stawiam sprawę uczciwie… – zaczął tłumaczyć się Igor.

– Dobrze, że chociaż teraz mówisz uczciwie… – mruknęła.

– Co masz na myśli? – zapytał.

– Mojego brata. Emila. Wiedziałeś, że jest konfidentem gestapo, że przez niego oboje wylądowaliśmy na Szucha, a nawet o tym, iż chciał mnie wykorzystać, gdy już byłam w Londynie. A jednak nie powiedziałeś mi o tym… – warknęła.

– A ty byś mi powiedziała, gdyby mój brat albo siostra robili podobne rzeczy? – odpowiedział pytaniem.

Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, co bym zrobiła, ale chybabym ci powiedziała. Żeby cię chronić.

– Uważasz, że ja nie myślałem o twoim bezpieczeństwie? Naprawdę masz o mnie złe zdanie… – W głosie Igora zabrzmiał wyrzut.

Hanka Lewin wtuliła twarz w dłonie i szepnęła, porzucając drażliwy temat:

– Co teraz, Igor? Co teraz będzie? Z nami?

Tego pytania Łyszkin obawiał się najbardziej. Ale wiedział, że padnie, a on będzie musiał na nie odpowiedzieć. A kiedy już to uczyni, także będzie musiał zadać Hance jedno z najważniejszych pytań, jakie kołatały mu w sercu. Czy poczeka na niego?

Zaczął mówić. Nie zdradzał żadnych szczegółów, ale nie ukrywał, z czym wiąże się jego misja w Stanach Zjednoczonych, jeśli chodzi o kwestie prywatne. Na jej wykonanie dał sobie maksymalnie dwa lata, a potem postara się pójść na zasłużoną emeryturę i osiąść na stałe w Polsce, ewentualnie w Związku Radzieckim. W każdym innym kraju, poza blokiem wschodnim, będzie jednostką podejrzaną i niebezpieczną dla swoich przełożonych, a on nie chciał już uciekać. A teraz Hanka musi zdecydować, czy poczeka na niego i czy gotowa jest, by powrócić do Polski.

Lewinówna słuchała z trwogą Igora i sprawa nawet kilkuletniego czekania na miłość swojego życia nie wydała jej się tak okropna, jak myśl, że ten będzie dzielił łoże i całe życie z inną kobietą, bez względu na to kim ona była. Od razu pomyślała, że podobny ból musiał odczuwać Igor, dowiadując się o Ritzu albo o jej ślubie z Piotrem. W jednej chwili zrozumiała, co się wówczas czuje. Jedyna reakcja, na jaką było ją stać w tym momencie, to rozpłakać się.

Igor podszedł do kanapy i usiadł obok Hanki. Głaskał ją po włosach, dłoniach i ramionach, jakby te gesty mogły ukoić jej żal. I dotarło do niego, że Lewinówna wciąż go kocha, być może równie mocno, co on ją, jednak sytuacja wciąż nie pozostawiała nadziei na szczęśliwe zakończenie. Nic jednak na tę chwilę nie mógł jej dać. Oprócz miłości.

5. Okolice Lozanny, 1947

Weronika Chełmicka wracała do domu niezmiernie szczęśliwa. Mimo że w Polsce nastała era komunistycznych rządów, o których krążyły legendy, do Szwajcarii dotarły dokumenty z uczelni, gdzie studiowała, i ze szpitala, w którym praktykowała, a to dawało nadzieję, że niedługo będzie mogła powrócić do wykonywania zawodu chirurga. Droga była, co prawda, jeszcze daleka, ale to był najważniejszy krok, jaki postawiła. Wysiadła z autobusu i szła w kierunku domu, patrząc na niego z oddali i wciąż nie mogąc uwierzyć, że wszystko, co złe i ponure, już za nią. Domek i jego otoczenie prezentowały się bajkowo. Biała elewacja, morze kolorowych kwiatów, a tuż obok stadko koni o lśniącej sierści, które ze spokojem stąpały po soczyście zielonej trawie. Sielankowego obrazka dopełniły błękitne niebo i pejzaż gór. Idealne miejsce dla artysty, który szuka inspiracji.

Weronika pieczołowicie dbała o każdy szczegół otoczenia, jak gdyby pragnęła stworzyć swojej rodzinie idealne warunki ku temu, by byli szczęśliwi i radośni. Śnieżnobiałe firanki w oknach, ozdobne donice, a nawet ławeczka przed domem były dobierane z ogromnym pietyzmem. Weronika włożyła wiele serca w to ich miejsce do życia i każdy, kto na nie spojrzał, odnosił właśnie takie wrażenie. Do pełni idealnego obrazka brakowało jedynie kręcących się po posesji ludzi z radosnymi obliczami i równie szczęśliwymi jak to, które malowało się na jej twarzy, gdy podążała w kierunku domu.

Weszła na ocieniony winoroślą ganek i spostrzegła Juliana siedzącego na ławeczce. Niestety, jego mina nie dopełniała tego słodkiego pejzażu.

– Kochanie, co się stało? – zapytała zatrwożona i niemal od razu zapomniała o miłych wiadomościach, jakie tego dnia do niej dotarły.

– „Kary” napisał… – bąknął.

Weronika od razu poczuła ukłucie w sercu, bo była niemal pewna, że wieści, jakie przesłał Sergiusz Dargiewicz, dotyczyły Alicji, zaś pobladła twarz męża świadczyła, iż nie były one zbyt pomyślne.

– Coś z Alicją? – zapytała niepewnie.

Chełmicki pokręcił przecząco głową.

– O Alicji nadal nic nie wiadomo. „Kary” nie miał od niej wieści już od wielu miesięcy. Liczy na to, że kiedy skończy się tam okres najcięższych mrozów, listy znowu zaczną przychodzić. Wiesz, będąc w Warszawie, poprosiłem Sergiusza, by w miarę możliwości pojechał do Chełmic i zobaczył, co z domem, Ludmiłą, Majkowskim i całą ojcowizną. Dzisiaj dostałem od niego informacje – powiedział Julian niemal ze łzami w oczach.

Weronika usiadła obok męża i ujęła jego dłoń.

– I co? – zapytała.

Również była zatrwożona. Majątek Chełmickich nie był tak istotny, ale dom, w którym wychował się Julian, był częścią tradycji wielowiekowego rodu i wspomnieniem pogodnego dzieciństwa. Tak jak ten, który stworzyli z Chełmickim u podnóża Alp, był częścią życia ich pokolenia i świadectwem historii dla przyszłych.

– Nie mam już rodzinnego domu. Nie ma już niczego w Polsce, co należałoby do mnie. Gorzelnię i ziemię znacjonalizowano, podobnie zresztą jak dworek. Pozostali tam Ludmiła i stary Majkowski mieszkają w służbówkach, a w domu mieszczą się teraz biura administracji gorzelni. Wszystko zdewastowane, rozkradzione… – Chełmicki machnął ręką i dodał: – Ale nie to jest najgorsze… Wojna nauczyła mnie pokory i tego, że gdy ludzkie życie jest zagrożone, cała reszta nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Boli mnie jedynie, że tego spustoszenia dokonał człowiek, w którym płynie krew Chełmickich… Mój brat. Jakże on musiał nas nienawidzić, jeśli osobiście przyjechał dopilnować dzieła zniszczenia. Rozumiem jego żal do ojca, ale co ja mu zrobiłem? Mógłby być mi bratem, może nawet byłbym w stanie wybaczyć mu kolaborację z Niemcami, ale jego nienawiść do mnie przysłoniła mu wszystkie wartości.

– Julianie, nawet nie wiem, co powiedzieć. Jestem jedynaczką, a losy mojej rodziny były dużo bardziej zawiłe i plątaliśmy się po różnych miejscach. Przykro mi. – Weronika tak naprawdę nie do końca rozumiała rozpacz męża. Przecież wojna powinna go nauczyć, co zresztą sam twierdził, że najważniejsze jest życie, a całą resztę można zbudować na nowo.

– Myślałem, że gdy w Polsce sytuacja się nieco uspokoi, a może nastąpią jakieś zmiany dające nadzieję na prawdziwą wolność, odnowię dworek w Chełmicach, zabiorę tam matkę i was, i będę chronił dziedzictwo rodu. Tylko to mogłem zrobić dla ojca i w ten sposób podziękować mu za to, kim jestem. Tymczasem nigdy tego nie uczynię, a ród Chełmic- kich zostanie zapomniany. Kiedy dowiedziałem się, że Emil prawdopodobnie jest moim bratem, pomyślałem, iż podzielę się z nim schedą po ojcu, mimo że Antoni nie miał o nim najlepszego zdania. Teraz jednak czuję taką złość na niego, iż o jakimkolwiek pojednaniu nie może być mowy. I przysięgam ci, że pewnego dnia ten drań zapłaci za wszystko, co zrobił. A tym, który wymierzy mu sprawiedliwość, będę ja… – z żalem powiedział Julian.

– Zapomnij o przeszłości. Myślmy o tym, co mamy i co będzie. Niedługo powrócę do zawodu chirurga, twoja szkółka prosperuje coraz lepiej, a nasze dzieci są mądre i zdrowe. Nie warto rozdrapywać starych ran… – Weronika próbowała mówić spokojnym, terapeutycznym głosem.

Nie miała pojęcia, co stało się z jej mężem. Były sytuacje w ich życiu daleko bardziej dramatyczne, a jednak Julian potrafił się uśmiechać, patrzyć optymistycznie na kolejny dzień i była w nim jakaś radość życia, głód szczęścia i pragnął, aby to wszystko osiągnąć. A gdy to nastąpiło, zgorzkniał zupełnie i zamiast jasnych stron egzystencji wynajdywał kolejne powody, by narzekać, zamartwiać się i utyskiwać. Nie takiego Juliana Chełmickiego pokochała i nie miała pojęcia, co jeszcze mogłaby zrobić, by ten dawny powrócił.

Ona także martwiła się o Alicję. W końcu gdyby nie ona, nie przeżyłaby powstania, ale nie mogła każdego dnia zadręczać się myślami o jej losach. Patrzyła z trwogą w kierunku swojej ojczyzny, ale uważała, że teraz normalnym ludziom jest tam znacznie lepiej niż podczas okupacji. Polacy odbudowywali swoją ojczyznę, mogli się kształcić, chodzić swobodnie po ulicach, a nawet bawić się. Być może życie pod czujnym okiem Rosjan nie było stanem idealnym, jednak w gazetach szwajcarskich pisano o pewnej stabilizacji i spokoju. Tymczasem Julian wciąż myślał o zorganizowaniu jakiegoś zbrojnego powstania, życiu w podziemiu i ani na moment nie zastanawiał się nad losem zwykłych ludzi, którzy po prostu mieli dosyć takiego życia, a powstanie uświadomiło im, że z pewnymi sprawami należy się po prostu pogodzić, bo nikt im nie zwróci już życia bliskich osób. Zapewne nie było takiej rodziny w Polsce, która nie przeżywała swoich prywatnych dramatów, smutnej pozostałości po wojnie, i pragnęła ową żałobę przebyć w spokoju i z nadzieją na lepsze jutro.

– O, przyjechał Gustav z małą Clarą – powiedziała z westchnieniem Weronika i pogłaskała małżonka po dłoni.

Ten jednak odsunął rękę, jakby zły był na żonę za brak zrozumienia dla jego rozterek i podniósł się z ławki. Przywitał się ze swoją uczennicą i jej ojcem, po czym zabrał dziewczynkę w kierunku stajni, Gustava zaś skierował w stronę fikuśnej ławeczki, na której jeszcze przed chwilą siedział z Weroniką. Ta uśmiechnęła się promiennie do ojca Clary i zaproponowała kawę w swoim towarzystwie. Lubiła Gustava Duranda, bo niemal zawsze tryskał dobrym humorem. Julian twierdził, że ludziom, którzy w spokoju i dostatku przeżyli wojnę, może dopisywać pogodny nastrój, bo nigdy nie mieli okazji przekonać się, jak to jest stracić swoich najbliższych. Być może miał rację, ale Weronika łaknęła takiego towarzystwa, gdzie nie rozpamiętywano tego całego piekła, które zgotował im Hitler.

– Clara robi niesamowite postępy. Julian mówi, że w swojej grupie wiekowej jest najlepsza – powiedziała życzliwie Weronika.

– Jestem z niej bardzo dumny. – Gustav uśmiechnął się, odgarniając opadający mu na czoło kosmyk włosów.

Gustav Durand miał w swojej rodzinie jakichś nordyckich przodków, po których odziedziczył nie tylko skandynawskie imię, ale także jasne włosy, niebieskie oczy i wysoki wzrost. Po chwili dodał:

– Manon byłaby również.

Weronika nie miała pojęcia, kim była owa Manon, dlatego zapytała o nią, uznając, że jeśli Gustav sam o niej wspomniał, nie będzie to jakimś szczególnym nietaktem.

– Manon to moja żona. Zmarła kilka lat temu i od tej pory staram się być dla Clary i matką, i ojcem. Manon kochała konie i zawsze, gdy tylko obowiązki jej na to pozwalały, wyjeżdżała z Lozanny do zaprzyjaźnionej stadniny i oddawała się temu zajęciu. Jestem adwokatem, ona była moją asystentką, więc nie mieliśmy zbyt dużo wolnego czasu. Jednak zawsze wyjeżdżaliśmy w weekendy. Najpierw sami, a potem z Clarą. Niestety, nie doczekała chwili, aż jej córka dosiądzie konia… Tylko niech pani nie myśli, że zmuszam małą do tego zajęcia przez wzgląd na upodobania Manon, moja córka zdaje się wyssała miłość do koni wraz z mlekiem matki. – Po raz pierwszy Gustav zdobył się na takie wyznanie, co nieco zdziwiło Weronikę.

– A na co zmarła pana żona? – zapytała niepewnie.

– Na raka, ale pozwoli pani, że oszczędzę nam obojgu szczegółów dotyczących jej choroby – odpowiedział życzliwie.

– Spędzaliście ze sobą każdą chwilę, pewnego dnia jej zabrakło, a jednak jest pan tak pogodnym człowiekiem, iż nigdy nie domyśliłabym się, że nosi pan w sercu taką osobistą tragedię. – Weronika westchnęła i od razu pomyślała o Julianie, na którego twarzy można było odczytać niemal każde niepowodzenie i stratę.

– Miła pani… Wszyscy umrzemy. Nikogo to nie ominie. Za jakiś czas być może znowu spotkam Manon. A życie jest takie krótkie, każda jego chwila powinna być cenna i niepowtarzalna. I nie chcę tych chwil trwonić na smutek i żal. Zapewne Manon także nie chciałaby tego. Poza tym mam córkę i ona daje mi tak wiele radości… – odpowiedział Gustav, uśmiechając się łagodnie.

– Także mam córkę. I syna. Rozumiem więc pana, dzieci w istocie są w stanie zrekompensować nam bardzo wiele.

Weronika pomyślała, że najchętniej zamieniłaby podejście Juliana do życia na to, które prezentował Gustav. Wówczas może doceniłby jej starania, by to, co złe, odeszło w zapomnienie. Tymczasem wszystko, co robiła, te jej zabiegi, by stworzyć Julianowi niemal raj na ziemi, zdawały się dla jej męża kompletnie bez znaczenia. Cóż z tego, że Durand nie przeżył piekła wojny i okupacji, tylko mieszkał w spokojnej i niemal sielankowej Szwajcarii, jeśli i jego spotkało nieszczęście w postaci utraty ukochanej osoby. A jednak Gustava cieszyło wszystko – jednakowo jasne słońce i błękitne niebo, jak i padający niekiedy bardzo obficie śnieg. Julian stracił podczas wojny jedynie wiekowego ojca, który zresztą umarł śmiercią zupełnie naturalną, a jednak wciąż widziała jego smutną twarz i tęsknotę za nie wiadomo czym.

Tego wieczoru, gdy lekcje w szkółce zakończyły się, a Weronika i jej bliscy siedzieli w przytulnym salonie, zapatrzeni w płomień w kominku, ta pomyślała o istocie szczęścia. I doszła do wniosku, że to wszystko, co ją otaczało, było kompletnie bez znaczenia, bo bez względu na to, jak bardzo będzie się starała, nie zmieni przekonań kryjących się w sercu Juliana. Jakby nagle zrozumiała, że żadna fikuśna firanka ani elegancka filiżanka nie spowodują, iż jej małżonek stanie się chociaż odrobinę bardziej zadowolony z życia.