Zemsta i przebaczenie Tom V. Bezkres nadziei - Joanna Jax - ebook
Opis

Piąty tom monumentalnej sagi o sile miłości i przyjaźni, nienawiści i żądzy zemsty, wplecionej w wielką historię Europy XX wieku.

Wojna dobiegła końca. Europa podnosi się ze zgliszcz, a bohaterowie próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jednak nie wszyscy tak wyobrażali sobie pokój i nowy podział świata. Dla niektórych koszmar wciąż trwa. Inni szukają swojego miejsca na ziemi. Jednak odżyła nadzieja, że to, co najgorsze, już minęło.
Czy stojąc w obliczu nowych możliwości i kolejnych zagrożeń, wybiorą to, co w życiu najważniejsze? A może po burzliwym i trudnym czasie zwycięży chęć odnalezienia spokoju, nawet kosztem utraty najbliższych?
To opowieść o granicach człowieczeństwa i o tym, jak wiele można poświęcić, by uratować ukochaną osobę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 535

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Jo­an­na Jax

Lay­out okład­ki

Ma­rek J. Piw­ko {mjp}

Ilu­stra­cja na okład­ce

© Kob­kob/Shut­ter­stock

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3 C

tel. 600 472 609

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Jo­an­na Ja­kub­czak

ISBN 978-83-7835-636-3

I ja­śniej­sze niż po­łu­dnie wzej­dzie ci ży­cie, a choć­by ciem­ność za­pa­dła, bę­dzie ona jak po­ra­nek. Mo­żesz ufać, bo jesz­cze jest na­dzie­ja…

Księ­ga Hio­ba 11, 17

Uko­cha­ne­mu Ta­cie i Sio­strom Ewie i Do­ro­cie

1. Warszawa, 1945

Ali­cja Ro­siń­ska ni­g­dy nie po­my­śla­ła, że ist­nie­ją po­miesz­cze­nia po­dob­ne do tego, w któ­rym le­ża­ła sku­lo­na w kłę­bek. Wła­ści­wie to była be­to­no­wa trum­na, a dłuż­szy po­byt w niej gro­ził po­pad­nię­ciem w obłęd. Miej­sce przy­po­mi­na­ło psią budę i na­wet w ten spo­sób o nim mó­wio­no.

„Oto do­kąd za­pro­wa­dzi­ło mnie ser­ce” – po­my­śla­ła z go­ry­czą i wró­ci­ła do żmud­ne­go i bez­sen­sow­ne­go li­cze­nia. Je­den, dwa… ty­siąc trzy­dzie­ści dwa. Tak, je­dy­nie na tym mo­gła się sku­pić. Nie po­tra­fi­ła na­wet po­wie­dzieć, jak dłu­go le­ża­ła w tym kar­ce­rze, ale zda­wa­ło się jej, że całe wie­ki.

W pew­nej chwi­li za­skrzy­pia­ły me­ta­lo­we drzwicz­ki i usły­sza­ła ostry głos:

– Wy­łaź!

Wy­gra­mo­li­ła się z po­miesz­cze­nia i z tru­dem wsta­ła z wil­got­nej be­to­no­wej pod­ło­gi. Po­włó­cząc no­ga­mi, po­dą­ży­ła do swo­jej sa­mot­nej celi, któ­ra po psiej bu­dzie ja­wi­ła się jej jako nie­mal kró­lew­ska kom­na­ta.

Wbrew po­zo­rom nie była za­ła­ma­na, ale wście­kła. Po pro­stu zda­ła so­bie spra­wę, że „Kary” miał ra­cję od sa­me­go po­cząt­ku, a ich śle­pa wia­ra w za­war­te so­ju­sze spra­wi­ła, iż to, co wy­da­rzy­ło się w War­sza­wie, nie mia­ło żad­ne­go ra­cjo­nal­ne­go uza­sad­nie­nia. Przy­po­mi­na­ła so­bie mo­men­ty z ostat­nich dni i w koń­cu ten naj­strasz­niej­szy ze wszyst­kich, gdy do­tar­ła do nich wia­do­mość: „po­wsta­nie upa­dło”. Li­czy­ła się z tym, na­wet po ci­chu ży­czy­ła so­bie ta­kie­go ob­ro­tu spraw, ale gdy sta­ło się pew­ne, że to już ko­niec, coś w niej pę­kło i ta in­for­ma­cja wca­le nie przy­nio­sła jej spo­dzie­wa­nej ulgi.

***

Wy­szła wte­dy z jed­nej ze zruj­no­wa­nych ka­mie­nic, ścią­gnę­ła brud­ną i spo­nie­wie­ra­ną opa­skę z ra­mie­nia, po czym ro­zej­rza­ła się po oko­li­cy. Wszę­dzie uno­sił się kurz, a jej War­sza­wa była kupą gru­zu. Mia­sto spra­wia­ło wra­że­nie gro­bow­ca, nie mo­gła do­strzec żad­ne­go ży­we­go czło­wie­ka, je­dy­nie gdzie­nie­gdzie le­ża­ły zwło­ki i jak­by krzy­cza­ły do niej z za­świa­tów: „No i co że­ście na­ro­bi­li?!”.

Wciąż czu­ła ból w ra­mie­niu, ale mo­gła cho­ciaż po­ru­szać ręką. Tak, mia­ła moż­li­wość, by wyjść z bu­dyn­ku, po­pa­trzeć na ru­iny i po­czuć ból na wi­dok mia­sta. We­ro­ni­ka mia­ła mniej szczę­ścia. Co praw­da wy­ję­to jej kulę i zde­zyn­fe­ko­wa­no ranę, ale cią­gle się pa­pra­ła i naj­pew­niej Sar­now­ska ogrom­nie cier­pia­ła, bo każ­dy krok w jej wy­ko­na­niu przy­po­mi­nał pierw­sze nie­po­rad­ne stąp­nię­cia nie­mow­lę­cia. Ali­cja wciąż nie po­tra­fi­ła o niej my­śleć jak o We­ro­ni­ce Cheł­mic­kiej, tak jak­by ten cały ślub był czymś nie­praw­dzi­wym i złud­nym. Nie czu­ła już nic do Ju­lia­na, oprócz bra­ter­skiej sym­pa­tii, jed­nak tę­sk­ni­ła za tym, co kie­dyś ich łą­czy­ło. On tak­że prze­żył, cho­ciaż od­kąd zo­stał ran­ny, był ra­czej bier­nym uczest­ni­kiem walk.

Wró­ci­ła do swo­ich kom­pa­nów i do We­ro­ni­ki, któ­ra sie­dzia­ła na brud­nym, za­ku­rzo­nym ma­te­ra­cu i pła­ka­ła. Ali­cja nie wie­dzia­ła, czy to z po­wo­du ka­pi­tu­la­cji, czy z bólu, ale nie za­mie­rza­ła się tym zaj­mo­wać. Mu­sia­ła coś po­wie­dzieć swo­im lu­dziom.

– To na­praw­dę ko­niec? – jęk­nął je­den z chłop­ców i prze­tarł rę­ka­wem brud­nej ko­szu­li za­łza­wio­ne oczy.

– Tak… Pod­da­je­my się – od­po­wie­dzia­ła z wes­tchnie­niem i do­da­ła: – Od te­raz nie ma­cie już do­wód­cy, mu­si­cie sami pod­jąć de­cy­zję, co da­lej. Mo­że­cie ucie­kać, je­śli ma­cie do­kąd, zło­żyć broń jak żoł­nie­rze i iść do sta­la­gów albo przy­łą­czyć się do cy­wi­li.

– Ja żad­nej bro­ni nie za­mie­rzam od­dać. Spie­przam do lasu. Woj­na jesz­cze się nie skoń­czy­ła, a po dru­giej stro­nie są Ro­sja­nie – oznaj­mił sta­now­czo ko­lej­ny czło­nek od­dzia­łu.

– Ja mu­szę za­opie­ko­wać się We­ro­ni­ką, do­łą­czę z nią do cy­wi­li – zre­zy­gno­wa­nym gło­sem od­po­wie­dzia­ła Ali­cja.

– Zno­wu masz ze mną pro­blem – jęk­nę­ła We­ro­ni­ka.

– Na rany Boga! Niech Ju­lian w koń­cu wsta­nie z łóż­ka i cię za­bie­rze, bo już nie mogę słu­chać tego two­je­go cią­głe­go uty­ski­wa­nia – burk­nę­ła Ali­cja.

We­ro­ni­ka nie­mal na­tych­miast za­mil­kła i po­wró­ci­ła do pa­trze­nia w okien­ny otwór bu­dyn­ku.

Kil­ka go­dzin póź­niej do­łą­czy­ły do wy­nędz­nia­łych lu­dzi ma­sze­ru­ją­cych w kie­run­ku dwor­ca. Ali­cja mia­ła świa­do­mość, że bez wzglę­du na de­cy­zję, jaką pod­ję­ła, i tak idzie na śmierć.

Była o tym prze­ko­na­na do tego stop­nia, że na­wet nie za­mar­twia­ła się o Ser­giu­sza. Od nie­mal dwóch ty­go­dni nie mia­ła o nim żad­nych wie­ści i od tego cza­su w każ­dej go­dzi­nie my­śla­ła o nim i mo­dli­ła się o jego prze­ży­cie. Jed­nak te­raz, gdy mia­ła świa­do­mość nad­cho­dzą­cej śmier­ci, po pro­stu było jej wszyst­ko jed­no. I tak już ni­g­dy nie zo­ba­czy ani jego, ani swo­je­go syn­ka. Za kil­ka dni bę­dzie kup­ką po­pio­łu albo bez­u­ży­tecz­ną ster­tą ko­ści, rzu­co­ną gdzieś w zbio­ro­wej mo­gi­le. Nie mia­ła złu­dzeń, że Niem­cy ko­go­kol­wiek oszczę­dzą. To była je­dy­nie kwe­stia cza­su i mocy prze­ro­bo­wych.

Do­dat­ko­wy ba­last sta­no­wi­ła We­ro­ni­ka, któ­ra po­ru­sza­ła się z tru­dem i nie­mal wi­sia­ła na ra­mie­niu Ali­cji. Wy­cień­czo­ne do­tar­ły na dwo­rzec, wraz z po­dob­ny­mi do nich stra­ceń­ca­mi. A tam ko­lej­ne go­dzi­ny ocze­ki­wa­nia, bez­na­mięt­ne re­je­stro­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści i roz­glą­da­nie się za mi­ską cien­kiej zupy, któ­rą roz­da­wa­no przy­by­łym. „Cóż za mi­ło­sier­dzie” – my­śla­ła z prze­ką­sem Ali­cja, ale nie po­gar­dzi­ła je­dze­niem, bo nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­ni raz mia­ła coś w ustach.

Jed­na z ko­biet bez­u­stan­nie zer­ka­ła w stro­nę We­ro­ni­ki i w koń­cu po­wie­dzia­ła:

– Pani to le­piej niech gdzie ucie­ka, bo z tą nogą na ro­bo­ty pani nie we­zmą, tyl­ko od razu do Au­schwitz, a tam, pani ko­cha­na, to po­dob­nież lu­dzi żyw­cem palą.

– Cie­ka­we, gdzie mia­ła­bym z tym ku­la­sem uciec? – mruk­nę­ła nie­co po­iry­to­wa­na. – Chy­ba tyl­ko przed plu­ton eg­ze­ku­cyj­ny.

– O, pani, ja tam wca­le nie wiem, czy to nie by­ło­by le­piej. – Mach­nę­ła ręką i po­pra­wi­ła na gło­wie sfa­ty­go­wa­ną chust­kę.

Ali­cja za­my­śli­ła się. Je­śli w isto­cie ta ko­bie­ta mia­ła ra­cję, to już le­piej by­ło­by im zgnić w tych śmier­dzą­cych ka­na­łach. O Au­schwitz mó­wio­no strasz­ne rze­czy, a przede wszyst­kim to, że stam­tąd wy­cho­dzi się je­dy­nie przez ko­min kre­ma­to­rium. Co praw­da Ro­sja­nie byli bli­sko, ale je­śli będą się tak za­bie­ra­li za wy­zwo­le­nie obo­zu, jak w War­sza­wie za po­moc po­wstań­com, to zdą­żą obie przejść przez pie­kło, bo nie­co jesz­cze ze­sztyw­nia­ła ręka Ali­cji tak­że dys­kwa­li­fi­ko­wa­ła ją jako dar­mo­wą siłę ro­bo­czą. Nie była jed­nak w sta­nie my­śleć ra­cjo­nal­nie, a szan­se na uciecz­kę uzna­ła za ze­ro­we. Ze­wsząd ota­cza­ły ich kor­do­ny żoł­nie­rzy, jak gdy­by byli groź­ny­mi prze­stęp­ca­mi, a nie wy­cień­czo­ny­mi cy­wi­la­mi.

Po kil­ku go­dzi­nach za­pa­ko­wa­no ich do by­dlę­cych wa­go­nów i po­ciąg ru­szył w kie­run­ku obo­zu przej­ścio­we­go w Prusz­ko­wie. Ali­cja sta­ła tuż przy nie­wiel­kim świe­tli­ku i że­gna­ła się ze swo­im mia­stem, Ma­te­usz­kiem, Ser­giu­szem i wszyst­ki­mi, któ­rzy byli jej bli­scy. Na­gle po­czu­ła szarp­nię­cie i po­ciąg ze zgrzy­tem za­trzy­mał się nie­mal w środ­ku lasu.

– Uda­ło się! – krzyk­nął ktoś, prze­su­wa­jąc drzwi wa­go­nu. – Cho­du, mili pań­stwo, kto żyw i ma siły.

Po chwi­li wy­sko­czył z wa­go­nu i po­biegł w stro­nę le­śnej gę­stwi­ny. Ali­cja nie usły­sza­ła ani nie­miec­kich na­wo­ły­wań, ani strza­łów czy od­gło­sów po­ści­gu. Tak, to była oka­zja. Kil­ka mi­nut nie­uwa­gi szwa­bów, za­pew­ne nie­spo­dzie­wa­ją­cych się, że ci wy­koń­cze­ni fi­zycz­nie lu­dzie by­li­by w sta­nie sfor­so­wać za­ry­glo­wa­ne od ze­wnątrz cięż­kie drzwi wa­go­nu, sta­no­wi­ło nie lada oka­zję. Ko­lej­ne oso­by za­czę­ły po­je­dyn­czo opusz­czać po­ciąg i zni­kać w gę­stych za­ro­ślach.

– Te­raz my, moja dro­ga – wes­tchnę­ła Ali­cja, po­ma­ga­jąc wstać We­ro­ni­ce.

– Osza­la­łaś? – za­py­ta­ła. – Ucie­kaj sama, ja nie dam rady.

– To ty osza­la­łaś, wsta­waj!

We­ro­ni­ka spoj­rza­ła na Ali­cję i po­wie­dzia­ła sta­now­czo:

– Jadę do Prusz­ko­wa, tam może jest Ju­lian… Na pew­no gdzieś tam jest. Pro­szę, zo­staw mnie w spo­ko­ju.

Ali­cja Ro­siń­ska na­le­ża­ła do osób, któ­re nie lu­bi­ły ni­ko­mu po­ma­gać na siłę, a po sło­wach We­ro­ni­ki po­czu­ła się wręcz jak in­truz, któ­ry pró­bu­je roz­dzie­lić za­ko­cha­ną parę. Nie po­wie­dzia­ła już ani sło­wa, tyl­ko wy­sko­czy­ła z po­cią­gu i po­bie­gła w po­bli­ski las, po­dob­nie jak inni. Nie chcia­ła już wię­cej się na­ra­żać, mia­ła syna i Ser­giu­sza. Mu­sia­ła ich od­na­leźć. A ta sy­tu­acja była zna­kiem z nie­bios, że jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne.

Po kil­ku go­dzi­nach po­wol­ne­go mar­szu, gdy po­czu­ła się zzięb­nię­ta i kom­plet­nie wy­cień­czo­na, po­sta­no­wi­ła po­szu­kać po­mo­cy. Przez cały czas swo­jej wę­drów­ki sta­ra­ła się uni­kać sie­dzib ludz­kich. Wie­dzia­ła, że kie­dy Niem­cy zo­rien­tu­ją się w sy­tu­acji, wła­śnie tam za­czną szu­kać ucie­ki­nie­rów. Jed­nak te­raz uzna­ła, że musi za­ry­zy­ko­wać, bo ina­czej zdech­nie w le­śnej głu­szy i nikt nie wy­ko­pie jej gro­bu ani nie po­sta­wi krzy­ża. Na­wet gdy woj­na do­bie­gnie koń­ca.

O tej po­rze roku las był mało przy­ja­znym miej­scem. Nie chro­nił, nie da­wał po­ży­wie­nia i na­wet roz­pa­le­nie ogni­ska zda­wa­ło się wy­czy­nem wręcz kar­ko­łom­nym. Do­czła­pa­ła na skraj za­gaj­ni­ka i uj­rza­ła przed sobą nie­mal bez­kre­sne pola, a w od­da­li nie­wiel­kie za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­skie. Gdy­by było lato, a przed nią roz­po­ście­ra­ły­by się łany zbóż, mo­gła­by spró­bo­wać prze­drzeć się do do­mo­stwa, ale te­raz by­ła­by wy­sta­wio­na jak na pa­tel­ni. Po pro­stu sta­ła­by się ła­twym ce­lem. Po­sta­no­wi­ła po­cze­kać, aż się ściem­ni. Chcia­ła okryć się li­sto­wiem, któ­re po­kry­wa­ło runo, ale oka­za­ło się tak wil­got­ne, że zre­zy­gno­wa­ła z po­my­słu. Na szczę­ście zmierzch na­stał dość szyb­ko i ru­szy­ła w stro­nę za­bu­do­wań. Sta­wia­jąc z tru­dem ko­lej­ne kro­ki, przy­po­mi­na­ła so­bie czas, gdy z Ju­lia­nem prze­dzie­ra­li się przez za­spy. Była wte­dy w zde­cy­do­wa­nie lep­szej kon­dy­cji, bo nie mia­ła za sobą dwu­mie­sięcz­nej wal­ki, gło­do­wa­nia i nie bo­ry­ka­ła się z bó­lem, jaki wy­wo­ły­wa­ło obec­nie po­strze­lo­ne ra­mię.

Cha­ta spra­wia­ła wra­że­nie ubo­giej. Po­łą­czo­na z nie­wiel­ką obór­ką i po­kry­ta strze­chą, mia­ła odra­pa­ne nie­bie­skie drzwi i małe okien­ka. Za­nim Ali­cja do­tar­ła do gan­ku, usły­sza­ła szcze­ka­nie psa i od­wró­ci­ła się ner­wo­wo. Po chwi­li się uspo­ko­iła, bo za­ja­dły stróż go­spo­dar­stwa był uwią­za­ny do drew­nia­nej budy i nic nie wska­zy­wa­ło na to, że ze­rwa­nie łań­cu­cha sta­no­wi­ło dla nie­go ła­twe za­da­nie. Ha­łas spo­wo­do­wał, że nie­bie­skie drzwi za­skrzy­pia­ły, a w pro­gu sta­nę­ła ko­bie­ta w nie­od­gad­nio­nym wie­ku, o fi­li­gra­no­wej fi­gu­rze i twa­rzy po­ora­nej zmarszcz­ka­mi. Po­pa­trzy­ła bez­na­mięt­nym wzro­kiem na po­tar­ga­ną, brud­ną Ali­cję i po­wie­dzia­ła grom­ko, nie za­da­jąc żad­nych py­tań:

– Wcho­dzi szyb­ko, bo jesz­cze kto zo­ba­czy.

Izba była mała, ale przy­tul­na, a naj­waż­niej­sze, że nie­mal od pro­gu Ali­cja po­czu­ła ko­ją­ce cie­pło. Sta­ła przez chwi­lę na środ­ku po­miesz­cze­nia, jak­by nie wie­dząc, co da­lej ro­bić. Ko­bie­ta po­pchnę­ła ją de­li­kat­nie w stro­nę drew­nia­nej ławy sto­ją­cej nie­opo­dal bie­lo­ne­go pie­ca.

– A sia­daj­że. Mam tro­chę kar­to­flan­ki, za­raz przy­grze­ję.

– O nic pani nie za­py­ta? – zdzi­wi­ła się Ali­cja.

– A o co to py­tać? – wes­tchnę­ła i mach­nę­ła ręką.

– Pani tak sama miesz­ka?

– Te­raz już tak. Mąż umarł mi jesz­cze przed woj­ną, a dwóch sy­nów do lasu po­nio­sło – od­po­wie­dzia­ła i kil­ka mi­nut póź­niej po­sta­wi­ła przed Ali­cją mi­skę pa­ru­ją­cej kar­to­flan­ki.

Dziew­czy­na nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­ni raz tak bar­dzo sma­ko­wa­ła jej zupa. Nie cze­ka­ła, aż nie­co prze­sty­gnie, tyl­ko sior­ba­ła małe łycz­ki, czu­jąc roz­pły­wa­ją­ce się po prze­ły­ku cie­pło. Zro­zu­mia­ła tak­że, dla­cze­go go­spo­dy­ni o nic nie wy­py­tu­je. Za­pew­ne, ma­jąc dwóch sy­nów w par­ty­zant­ce, na­uczy­ła się, że le­piej za dużo nie wie­dzieć, a po­móc na­le­ży, je­śli w pro­gu sta­je wy­mi­ze­ro­wa­ny Po­lak.

Kie­dy Ali­cja do­szła do rów­no­wa­gi po po­sił­ku i po­czu­ła, że tem­pe­ra­tu­ra jej cia­ła wra­ca do nor­mal­nej, po­my­śla­ła o We­ro­ni­ce. Mia­ła wy­rzu­ty su­mie­nia, że tak po pro­stu ją zo­sta­wi­ła, ale nie chcia­ła jesz­cze umie­rać. Wie­rzy­ła, iż cze­ka ją jesz­cze coś do­bre­go. Mi­łość, któ­rą nie zdą­ży­ła się na­cie­szyć, i ra­dość, gdy czło­wiek nie musi się mar­twić o każ­dy dzień swo­jej eg­zy­sten­cji. Je­śli We­ro­ni­ka się pod­da­ła, trud­no. Ona nie mo­gła. Nie chcia­ła tak po pro­stu od­pu­ścić, gdy ist­niał gdzieś świat pięk­na i spo­ko­ju. To była siła, któ­ra pcha­ła ją do przo­du.

Do­tar­cie do le­śni­czów­ki wuja Ma­ka­re­go za­ję­ło jej dwa dni. Co praw­da Niem­cy sku­pi­li się na wła­snych klę­skach i nie­spe­cjal­nie pa­li­li się, by szu­kać wy­wro­tow­ców, ale byli za­wie­dze­ni po­raż­ka­mi i bar­dzo za­ja­dli. Gdy­by za­trzy­ma­li ją bez do­ku­men­tów i zwró­ci­li uwa­gę na jej nie­spraw­ną rękę, za­strze­li­li­by ją bez mru­gnię­cia okiem. Dla­te­go od­pa­da­ła po­dróż ko­le­ją i nie wcho­dzi­ły w grę ja­kie­kol­wiek inne sku­pi­ska ludz­kie, gdzie mo­gli się jesz­cze krę­cić. Ro­sja­nom, któ­rzy tak bar­dzo od­wró­ci­li się od nich, też już nie wie­rzy­ła i mu­sia­ła przy­znać słusz­ność Ser­giu­szo­wi, że są ta­ki­mi sa­my­mi wro­ga­mi jak Niem­cy.

Przy­wi­ta­nie z ro­dzi­ną, a przede wszyst­kim z Ma­te­usz­kiem, spra­wi­ło, że na­gle na­pię­cie ostat­nie­go cza­su opu­ści­ło ją i je­dy­ne, co ro­bi­ła przez na­stęp­ne kil­ka dni, to łka­nie w po­dusz­kę. Po pro­stu wszyst­kie skry­wa­ne emo­cje nie­spo­dzie­wa­nie wy­do­by­ły się na ze­wnątrz. Te do­bre i te złe.

Ba­wiąc się z sy­nem, tu­ląc go nie­mal bez prze­rwy i spę­dza­jąc z nim pra­wie każ­dą chwi­lę, za­sta­na­wia­ła się, skąd u niej tyle po­kła­dów tkli­wo­ści i czu­ło­ści. Wcze­śniej nie po­dej­rze­wa­ła na­wet, że ma­cie­rzyń­stwo może ją tak zmięk­czyć. Być może spra­wi­ła to roz­łą­ka z sy­nem i cią­gła oba­wa, iż ni­g­dy wię­cej go nie zo­ba­czy. A może po pro­stu doj­rza­ła do ta­kie­go ży­cia, gdzie ro­dzi­na i moż­li­wość prze­by­wa­nia z bli­ski­mi znaj­do­wa­ła się na pierw­szym miej­scu. Le­ni­wie pły­ną­cy czło­wie­czy los, bez fa­jer­wer­ków i bez spe­cjal­nych wstrzą­sów. Ali­cja już nie chcia­ła ba­lan­so­wać na kra­wę­dzi ani czuć ad­re­na­li­ny, któ­rą da­wa­ło ry­zy­ko. Wo­la­ła spo­kój.

Ma­te­uszek na szczę­ście nie od­da­lił się od niej emo­cjo­nal­nie. Wciąż była dla nie­go naj­waż­niej­szą oso­bą na świe­cie i jego bo­ha­ter­ką, bo wal­czy­ła na woj­nie. Nie­mal każ­de­go dnia py­tał, czy te­raz, gdy ko­niec woj­ny jest bli­ski, zo­sta­nie z nim na za­wsze. Obie­cy­wa­ła i przy­się­ga­ła, iż tak wła­śnie bę­dzie i je­śli wy­je­dzie, to na bar­dzo krót­ko.

Cie­szy­ła się z obec­no­ści syna, ale jed­no­cze­śnie wy­pła­ki­wa­ła so­bie oczy, bo nie było przy niej Ser­giu­sza i nie mia­ła po­ję­cia, co się z nim dzie­je. Gdy­by go po­słu­cha­ła, mia­ła­by go te­raz obok sie­bie i cie­szy­ła­by się każ­dym dniem, bez ko­niecz­no­ści ukry­wa­nia się i cią­głe­go lęku. Nie po­słu­cha­ła, a i tak wszyst­ko szlag tra­fił. Nie wy­szło, nie uda­ło się. Tak bar­dzo nie wy­szło, że na­wet ona była zdzi­wio­na po­dob­nym ob­ro­tem spraw. W naj­śmiel­szych przy­pusz­cze­niach nie my­śla­ła, jak bar­dzo dłu­ga i wy­cień­cza­ją­ca bę­dzie to wal­ka i że za­koń­czy się w tak dra­ma­tycz­ny spo­sób.

Z ra­dia pły­nę­ły co­dzien­nie do­bre wie­ści. Głos spi­ke­ra in­for­mo­wał o ko­lej­nych zdo­by­tych te­re­nach, a w koń­cu Ali­cja usły­sza­ła to, na co tak dłu­go cze­ka­ła:War­sza­wa jest wol­na. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­ła, że to bzdu­ra, bo jej uko­cha­ne mia­sto już nie ist­nia­ło i nie wia­do­mo, kie­dy i czy w ogó­le w miej­scu tych ruin po­wsta­nie nowe. Jed­nak do­tar­ło do niej, że je­śli Niem­cy wy­nie­śli się ze sto­li­cy, to zna­czy, że będą two­rzy­ły się ja­kieś urzę­dy, punk­ty po­szu­ki­wań za­gi­nio­nych, wej­dą or­ga­ni­za­cje po­mo­co­we i spo­łecz­ne, Czer­wo­ny Krzyż… A je­śli tak, moż­li­we, że ktoś bę­dzie wie­dział, gdzie wy­wie­zio­no po­wstań­ców. Przy­naj­mniej tych, któ­rzy do sa­me­go koń­ca nie zdję­li opa­sek i nie do­łą­czy­li do cy­wi­lów. Prze­cież, do dia­bła, były ja­kieś kon­wen­cje, prze­pi­sy, a po­wstań­ców uzna­no za jeń­ców wo­jen­nych. Za­tem ktoś po­wi­nien coś wie­dzieć. Tego wie­czo­ru prze­sta­ła łkać i się ma­zać, za­miast tego ze­szła do kuch­ni, do bab­ki Alut­ki, któ­ra z dnia na dzień sta­wa­ła się co­raz słab­sza, tak jak­by mia­ła nie­ba­wem po­że­gnać się ze świa­tem i je­dy­nie cze­ka­ła, aż woj­na się skoń­czy, żeby mo­gła wró­cić do swo­ich Cheł­mic.

– Bab­ciu… – po­wie­dzia­ła ci­cho Ali­cja. – Mu­szę od­na­leźć Ser­giu­sza.

– A gdzie chcesz go szu­kać? – bąk­nę­ła bab­ka. – W gru­zach?

– Gru­zy, gru­zy… Ale coś się tam dzie­je. Jest woj­sko, na­sze, pol­skie. Two­rzą się urzę­dy… Pew­nie cze­goś się do­wiem, tam na miej­scu – pe­ro­ro­wa­ła Ali­cja.

– No co mam ci po­wie­dzieć… Nie są­dzę, że w taki spo­sób go znaj­dziesz, ale w koń­cu mamy pra­wie ko­niec woj­ny. A w War­sza­wie już na pew­no nie ma szwa­bów. Więc jedź, naj­wy­żej wró­cisz z ni­czym za parę dni – po­wie­dzia­ła ci­cho i za­ka­sła­ła.

– Do­brze się czu­jesz, bab­ciu? – za­trwo­ży­ła się Ali­cja.

– Jak to sta­ra baba… Nie­dłu­go ósmy krzy­żyk mi stuk­nie i już gra­barz w Cheł­mi­cach się o mnie do­py­tu­je – bąk­nę­ła.

– Prze­stań, bab­ciu. Do­ży­jesz set­ki, więc przed nami jesz­cze mnó­stwo wspa­nia­łych chwil. – Po­gła­ska­ła bab­kę po po­marsz­czo­nej dło­ni.

– No cie­ka­we, jak cię wiecz­nie dupa swę­dzi i cią­gle cię gdzieś nosi. A ja tak so­bie obie­ca­łam, że nie pój­dę do sztyw­nia­ków, póki cała ro­dzi­na nie bę­dzie w kom­ple­cie.

– Ser­giusz to też na­sza ro­dzi­na – wes­tchnę­ła Ali­cja i do­da­ła ze śmie­chem: – W ta­kim ra­zie chy­ba mu­szę znik­nąć na kil­ka lat, że­byś jesz­cze tro­chę po­ży­ła.

– Nie ga­daj ta­kich rze­czy, bo jesz­cze w złą go­dzi­nę wy­po­wiesz… – Bab­ka Alut­ka spo­waż­nia­ła. – Tak, ten cały „Kary” to jak na­sza ro­dzi­na, chcia­ła­bym, że­byś za nie­go wy­szła. Bę­dzie do­bry dla cie­bie i ma­łe­go. I mam na­dzie­ję, że je­śli zno­wu Cheł­mic­ki zja­wi się obok, prze­go­ni go na czte­ry wia­try.

***

Ali­cja do­tar­ła do War­sza­wy oko­ło po­łu­dnia. Zima po­wo­li od­pusz­cza­ła, za­mie­nia­jąc sku­te lo­dem dro­gi w ba­gni­ste ba­jo­ra. Mia­sto, któ­re było jej tak bli­skie i za któ­re była go­to­wa od­dać ży­cie, wy­glą­da­ło prze­dziw­nie. Wciąż zruj­no­wa­ne, peł­ne gru­zów i po­zba­wio­ne mo­stów, ale jak­by żywe. Prze­pra­wia­ła się wła­śnie na dru­gi brzeg Wi­sły jed­ną ze zde­ze­lo­wa­nych ło­dzi przy­po­mi­na­ją­cych tra­twę i wsłu­chi­wa­ła się w opo­wieść prze­woź­ni­ka.

– Pani ko­cha­na, jak tyl­ko nada­li przez ra­dio, że War­sza­wa jest wol­na, to pani… od na­stęp­ne­go dnia całe chma­ry lu­dzi wra­ca­ły. Fur­man­ka­mi, pie­szo, po­cią­ga­mi, jak bądź. Po lo­dzie na Wi­śle też leź­li, bo to prze­cie ani je­den mo­ste­czek się nie ostał. Na dro­gach zro­bi­ła się gran­da, bo lu­dzie na­pie­ra­li tak, że woj­sko nie mo­gło prze­je­chać. A nie­któ­rzy, jak zo­ba­czy­li, że tu je­dy­nie gów­na i kap­cie zo­sta­ły, to się na­zad wra­ca­li. I tak, pani, krą­ży­li w tę i we w tę. Bo to prze­cie ani prą­du, ani wody, miny wszę­dzie i ja­kie nie­wy­bu­chy, nie­jed­ne­mu urwa­ło co nie­co, jak miał tro­chę szczę­ścia, bo jak nie, to tak pew­no leży do tej pory. A ile tu sza­brow­ni­ków ścią­gnę­ło, pani ko­cha­na, cała gang­ster­ka się zje­cha­ła…

Ali­cja w pew­nej chwi­li prze­sta­ła słu­chać. Przy­glą­da­ła się je­dy­nie mia­stu, któ­re jesz­cze kil­ka mie­się­cy wcze­śniej za­żar­cie wal­czy­ło o wol­ność, o god­ność, o Bóg ra­czy wie­dzieć co. Wy­sia­dła z ło­dzi i ru­szy­ła w kie­run­ku Śród­mie­ścia. Na uli­cach nie le­ża­ły już zwło­ki. Za­pew­ne te, któ­re znaj­do­wa­ły się na wi­do­ku, uprząt­nię­to. Dla­te­go te­raz mi­ja­ła je­dy­nie ży­wych lu­dzi i to było po­cie­sza­ją­ce. Py­ta­ła sama sie­bie w du­chu, gdzież oni miesz­ka­ją, co je­dzą, gdzie się myją. I gdzie ona prze­no­cu­je, je­śli przyj­dzie jej zo­stać w mie­ście kil­ka dni. Wszę­dzie ru­iny i tyl­ko od cza­su do cza­su mi­ja­ła domy, któ­re nada­wa­ły się do za­miesz­ka­nia. Na nie­któ­rych wid­nia­ły na­ma­lo­wa­ne far­bą na­pi­sy, że moż­na doń wcho­dzić, bo woj­sko spraw­dzi­ło, czy wnę­trza nie kry­ją żad­nych nie­spo­dzia­nek w po­sta­ci min czy nie­wy­bu­chów. Grup­ki lu­dzi prze­rzu­ca­ły gruz na jed­ną ster­tę, zaś całe ce­gły ukła­da­ły w sze­ścia­ny, by mo­gły być jesz­cze wy­ko­rzy­sta­ne. Ja­kiś prze­po­ło­wio­ny bu­dy­nek miał przy ścia­nie pod­sta­wio­ną dra­bi­nę i Ali­cja spo­strze­gła ze zdzi­wie­niem, że ktoś wcho­dził po niej z wia­drem wody, otwie­rał drzwi, a w środ­ku stał ktoś inny i po­ma­gał wcho­dzą­ce­mu. Brak klat­ki scho­do­wej naj­wi­docz­niej nie prze­szko­dził miesz­kań­com i po­sta­no­wi­li do­sta­wać się do domu ni­czym do chat­ki na ku­rzej łap­ce. Gdzie­nie­gdzie zo­sta­ły frag­men­ty miesz­kań, przy­kry­te plan­de­ką, albo kom­plet­nie po­zba­wio­ne ścian po­ko­je, gdzie moż­na było do­strzec nie­na­ru­szo­ne kre­dens czy ka­na­pę. Po za­gru­zo­wa­nych uli­cach pró­bo­wa­ły jeź­dzić fur­man­ki i cię­ża­rów­ki, a od cza­su do cza­su mi­ja­li ją ob­ła­do­wa­ni do­bra­mi ro­we­rzy­ści. Na skwe­rach nie­kie­dy do­strze­ga­ła krzy­że albo pro­wi­zo­rycz­ną mo­gi­łę przy­po­mi­na­ją­cą, że ma­so­wo gi­nę­li tu­taj lu­dzie. Na każ­dej uli­cy i nie­mal w każ­dym domu. Pew­nie jesz­cze mi­nie wie­le cza­su, za­nim po­grze­bią ich wszyst­kich, a być może nie­któ­rzy po­zo­sta­ną tu­taj na za­wsze, ni­g­dy nie­od­na­le­zie­ni, bo ich cia­ła za­mie­nią się w proch, a za­cho­wa­ją się je­dy­nie ko­ści, na któ­rych po­wsta­nie nowy bu­dy­nek czy uli­ca. A jed­nak tęt­ni­ło ży­cie, zwłasz­cza wo­kół do­mów, z któ­rych jesz­cze coś zo­sta­ło. Moż­na było na­wet do­strzec lu­dzi w in­tym­nych sy­tu­acjach, gdy po pro­stu ku­ca­li za po­kru­szo­ny­mi mu­ra­mi, by za­ła­twić swo­je po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­ne, bo inny spo­sób nie ist­niał. A tuż obok, wzdłuż ulic, lu­dzie han­dlo­wa­li czym się dało. Do War­sza­wy do­tar­ły już nowe pie­nią­dze. Co praw­da wła­dze za­po­wia­da­ły wy­mia­nę tych przed­wo­jen­nych po kur­sie je­den do jed­ne­go, jed­nak gór­ną gra­ni­cą wy­mia­ny było pięć­set zło­tych, więc ra­dzo­no so­bie ina­czej. Wa­lu­tą były rze­czy. Fu­tra za­mie­nia­no na wo­rek mąki, me­ble na pier­na­ty, a na­czy­nia od­da­wa­no za mi­skę zupy. Po­wsta­ły na­wet pierw­sze skle­py umiej­sco­wio­ne w bra­mach na wpół zruj­no­wa­nych do­mów, w znisz­czo­nych wa­go­nach tram­wa­jo­wych czy też w spa­lo­nych sa­mo­cho­dach.

„Jak bar­dzo ci lu­dzie mu­sie­li ko­chać swo­ją War­sza­wę, je­śli zde­cy­do­wa­li się wró­cić do tych ruin, na to cmen­ta­rzy­sko, gdzie zgi­nę­ły dzie­siąt­ki, je­śli nie set­ki ty­się­cy lu­dzi?” – my­śla­ła, roz­glą­da­jąc się do­oko­ła.

Cza­sa­mi mi­ja­ły ją sa­mo­cho­dy z pol­ski­mi żoł­nie­rza­mi, od cza­su do cza­su sły­sza­ła ro­syj­ski, a wszyst­ko spra­wia­ło wra­że­nie jed­ne­go wiel­kie­go cha­osu.

Za­py­ta­ła ja­kie­goś żoł­nie­rza o Pol­ski Czer­wo­ny Krzyż, bo po­sta­no­wi­ła roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia od tego miej­sca.

– A pani na eks­hu­ma­cję? To za­le­ży na jaki re­wir, bo jak… – za­czął tłu­ma­czyć je­den z żoł­nie­rzy, ale Ali­cja mu prze­rwa­ła.

– Nie, nie na eks­hu­ma­cję. Szu­kam ko­goś… To pew­nie bę­dzie Biu­ro In­for­ma­cji i Po­szu­ki­wań.

– A to nie wiem, ale idzie pani na Piu­sa, do za­rzą­du, może tam… Ale wie pani, le­piej to za­cząć od eks­hu­ma­cji, bo wię­cej ta­kich, co nie żyją, niż tych, co ucie­kli… – Mach­nął ręką.

– Nie, nie… – Po­krę­ci­ła gło­wą, jak­by na­wet nie do­pusz­cza­ła do sie­bie my­śli, że Ser­giusz mógł­by gdzieś tu le­żeć, nie­ży­wy i przy­sy­pa­ny gru­za­mi. – On prze­żył, tyl­ko Niem­cy go wy­wieź­li do Rze­szy.

– No idzie pani tam… – bąk­nął żoł­nierz i ru­szył przed sie­bie.

Tuż przed bu­dyn­kiem kłę­bi­ły się tłu­my. Jed­ni chcie­li wie­dzieć, gdzie jesz­cze będą eks­hu­ma­cje, inni zgła­sza­li, że na­tknę­li się na ofia­ry, a po­zo­sta­li cze­ka­li, by prze­ka­zać dane osób za­gi­nio­nych. Ali­cja usta­wi­ła się wraz z in­ny­mi, cho­ciaż nie za­uwa­ży­ła, żeby tłum pró­bo­wał ufor­mo­wać coś w ro­dza­ju ko­lej­ki. Usły­sza­ła za sobą głos:

– Al­do­na… Boże, Al­do­na, ty ży­jesz.

Ali­cja od­wró­ci­ła się i sta­nę­ła twa­rzą w twarz ze swo­im daw­nym kom­pa­nem z SOE, któ­ry oka­zał się zdraj­cą ich idei i pró­bo­wał ogra­bić or­ga­ni­za­cję z pie­nię­dzy, by wes­przeć nimi ko­mu­ni­stycz­ne bo­jów­ki.

– Wik­tor… – jęk­nę­ła.

– Och, Ali­cjo, wiem, że je­steś tro­chę na mnie zła za te pie­nią­dze, ale te­raz… Wszy­scy je­ste­śmy Po­la­ka­mi, wal­czy­li­śmy w jed­nym po­wsta­niu i bę­dzie­my żyli w jed­nej oj­czyź­nie – po­wie­dział z en­tu­zja­zmem.

– Da­lej je­steś czer­wo­ny? – za­py­ta­ła po­dejrz­li­wie.

– Daj­że spo­kój. No je­stem i cóż z tego? – Mach­nął dło­nią.

– Słu­chaj, Wik­tor, na­dal uwa­żam cię za świ­nię, ale mo­żesz się zre­ha­bi­li­to­wać i mi po­móc, bo będę sta­ła tu­taj do Wiel­ka­no­cy, a nie mam na­wet gdzie spać. Czy mógł­byś się do­wie­dzieć, gdzie wy­wie­zio­no jeń­ców z po­wsta­nia? No wiesz, ja­kie sta­la­gi, ofla­gi, miej­sco­wo­ści i ta­kie rze­czy. Zgod­nie z kon­wen­cją ge­new­ską ta­kie in­for­ma­cje po­win­ny być do­stęp­ne.

– My­ślę, że mógł­bym po­móc. Po­dam ci ad­res. Urzę­du­ję na Pra­dze, na Strze­lec­kiej. Przyjdź za dwie, trzy go­dzi­ny, mu­szę jesz­cze coś za­ła­twić na mie­ście. Przez Wi­słę prze­pra­wisz się ło­dzią – po­wie­dział i szyb­ko się po­że­gnaw­szy, za­czął prze­ci­skać się przez zbi­ty tłum.

W Ali­cję wstą­pił nowy duch. Była tak pod­eks­cy­to­wa­na fak­tem, że zdo­bę­dzie ja­kieś kon­kret­ne in­for­ma­cje, że na­wet nie za­sta­no­wi­ła się nad uczyn­no­ścią Wik­to­ra. W tym mo­men­cie za­cho­wa­ła się jak kom­plet­na idiot­ka, bo za­miast do przy­ja­cie­la, tra­fi­ła wprost w pasz­czę lwa.

2. Lamsdorf / Łambinowice, Stalag VIII B, 1945

Szy­mek Wie­lo­pol­ski nie mógł uwie­rzyć w to, że był wol­ny. Tak samo, jak w to, że Niem­cy osa­dzi­li go tu­taj jako mło­do­cia­ne­go po­wstań­ca. Na­wet chłop­cy, z któ­ry­mi dzie­lił ba­rak, uwa­ża­li, że wszyst­ko, co mó­wił, jest zmy­ślo­ne i na­kie­ro­wa­ne na to, by do­stać się do Czę­sto­cho­wy, pod skrzy­dła Rady Głów­nej Opie­kuń­czej, bę­dą­cej ofi­cjal­ną ko­mór­ką spo­łecz­ną, nio­są­cą po­moc Po­la­kom z te­re­nu Głów­ne­go Gu­ber­na­tor­stwa. W pew­nym mo­men­cie na­wet prze­stał za­prze­czać, zwłasz­cza że ów wy­jazd do Czę­sto­cho­wy oka­zał się je­dy­nie czczą obiet­ni­cą władz nie­miec­kie­go obo­zu. Ale te­raz na­de­szła Ar­mia Czer­wo­na i Szy­mek był wol­ny. Je­chał z dwie­ma za­kon­ni­ca­mi i in­ny­mi dzie­cia­ka­mi do sie­ro­ciń­ca pod Ło­wi­czem. Nie miał jed­nak za­mia­ru dłu­go tam zo­sta­wać. Chciał od­na­leźć Zo­się, Ziut­ka i pana Emi­la.

Wie­rzył głę­bo­ko, że Zo­sia i Ziu­tek oca­le­li. Po tym, co prze­szli we trój­kę, by­ło­by to czy­stym drań­stwem, gdy­by się nie ura­to­wa­li. Wspo­mi­nał ich ge­hen­nę i uśmie­chał się na samo wspo­mnie­nie Zosi, któ­ra, cho­ciaż oszpe­co­na przez okrut­ne­go es­es­ma­na, ja­wi­ła mu się jako naj­ład­niej­sza dziew­czyn­ka pod słoń­cem. Za­raz po No­emi.

***

Kie­dy spło­sze­ni od­gło­sem po­ci­sków ar­ty­le­ryj­skich opu­ści­li miesz­ka­nie na Woli, a wła­ści­wie ciem­ną piw­ni­cę, Szy­mek po­czuł lęk, ja­kie­go ni­g­dy wcze­śniej nie do­znał. Była już noc, nad mia­stem uno­si­ła się łuna i sły­chać było od­gło­sy bomb. A wo­kół stra­szy­ły zło­wro­gie pu­ste bu­dyn­ki bez szyb w oknach, nie­kie­dy spa­lo­ne albo sta­no­wią­ce ru­mo­wi­sko.

– Boję się – po­wie­dzia­ła Zo­sia.

Szy­mek tak­że się bał, ale nie mógł tego po­ka­zać swo­jej no­wej ko­le­żan­ce. Nie chciał, żeby pa­ni­ko­wa­ła, bo to była naj­prost­sza dro­ga, by wpaść w ręce Niem­ców. Poza tym czuł, że jako męż­czy­zna, cho­ciaż nie cał­kiem do­ro­sły, mu­siał za­pa­no­wać nad sy­tu­acją.

– Nie bój się – mruk­nął pod no­sem, jak­by od nie­chce­nia.

– I co te­raz? Do­kąd pój­dzie­my? – do­py­ty­wa­ła Zo­sia.

– Na Sta­re Mia­sto – od­po­wie­dział bez wa­ha­nia Szy­mek. – Tam są nasi i na pew­no biją szwa­bów.

Nie miał wąt­pli­wo­ści, gdzie po­win­ni się udać, po­nie­waż przez ostat­nie dni nie my­ślał o ni­czym in­nym. Nie miał po­ję­cia, dla­cze­go wbił so­bie do gło­wy, że po­wstań­cy nie od­da­dzą pla­cu Zam­ko­we­go i Ryn­ku Sta­re­go Mia­sta, któ­re dla Szym­ka było ser­cem nie tyl­ko War­sza­wy, ale ca­łej Pol­ski. Na­wet nie do­pu­ścił do sie­bie my­śli, że ta część mia­sta, po­dob­nie jak wie­le in­nych, po­dzie­li­ła los Woli czy Żo­li­bo­rza.

Mie­li ze sobą ple­cak z je­dze­niem wy­ję­tym ze spi­żar­ni i to do­da­wa­ło im otu­chy. Wola była już wła­ści­wie wy­mar­łą dziel­ni­cą. Je­śli chcie­li­by na­tknąć się na siły po­wstań­cze, mu­sie­li iść na pół­noc, w kie­run­ku Sta­re­go Mia­sta. Szy­mek trwał w ja­kimś dzi­kim upo­rze, prze­ko­na­ny, że tego miej­sca po­wstań­cy będą bro­nić do ostat­niej kro­pli krwi.

Szli po­wo­li i bar­dzo ci­cho, cho­wa­jąc się w ru­mo­wi­skach i za­uł­kach znisz­czo­nych ulic. Pew­nie ry­chło wpa­dli­by na ja­kiś pa­trol, gdy­by nie Ziu­tek, któ­ry biegł przo­dem i je­śli tyl­ko za­uwa­żał coś nie­po­ko­ją­ce­go, wra­cał i sta­wał w miej­scu. Ro­bił to rów­nież wte­dy, gdy na swo­jej dro­dze na­ty­kał się na mar­twe cia­ła. Jed­nak nie wył jak wcze­śniej, jak­by zro­zu­miał, że mu­siał­by to ro­bić nie­mal cały czas. Ziu­tek oka­zał się świet­nym zwia­dow­cą i Szy­mek Wie­lo­pol­ski nie­raz dzię­ko­wał Bogu i pan­nie Al­do­nie, że ob­da­ro­wa­li go tym mą­drym zwie­rzę­ciem.

Po kil­ku go­dzi­nach mar­szu na­tknę­li się w koń­cu na cy­wi­la. Biegł z wia­drem w dło­ni, od cza­su do cza­su cho­wa­jąc się za za­ło­ma­mi bu­dyn­ków.

– Pro­szę pana… – Szy­mek pod­biegł zdy­sza­ny do ciem­nej po­sta­ci, zo­sta­wia­jąc Zo­się w jed­nej z bram. – Jak moż­na się stąd do­stać na Sta­rów­kę? Stra­ci­łem zu­peł­nie orien­ta­cję w tej ciem­ni­cy.

– Po co się tam pchasz, chłop­cze? – za­py­tał męż­czy­zna sła­bym gło­sem. – Prze­cież tam już są Niem­cy. Wszę­dzie są Niem­cy… My sie­dzi­my w piw­ni­cy i tyl­ko cze­ka­my, aż po nas przyj­dą.

– Jak to, Niem­cy? – Szy­mek pra­wie się roz­pła­kał.

– No a kto? Prze­cie nie Ru­skie… Tyl­ko Śród­mie­ście się bro­ni, a niech ich cho­le­ra. My tu z gło­du zdy­cha­my, po wodę mu­szę cho­dzić ki­lo­metr, a oni wciąż się biją. – Mach­nął ręką.

– Bo to prze­cie na­sza oj­czy­zna – po­wie­dział Szy­mek.

– Wi­dać, dziec­ko, żeś za mało w kość do­stał. Dzie­cia­ka mi, skur­wy­sy­ny, za­bi­li. Je­dy­ne­go syna. A żona le­d­wie żyje… I ja mam my­śleć o oj­czyź­nie, któ­rej i tak już nie mamy i mieć nie bę­dzie­my, bo nas szwa­by w pień wy­bi­ją i pies z ku­la­wą nogą nam nie po­mo­że? – Prych­nął i bez sło­wa od­da­lił się, zni­ka­jąc w ciem­nych za­uł­kach opu­sto­sza­łej uli­cy.

Szy­mek na­wet nie zdą­żył za­py­tać, gdzie mają iść i kogo pro­sić o po­moc. Po­czuł, że umar­ła ostat­nia na­dzie­ja. Jed­nak po chwi­li po­my­ślał o Śród­mie­ściu. Tam wciąż byli po­wstań­cy. Wró­cił do cze­ka­ją­cej Zosi i nie mó­wiąc ani sło­wa, ru­szył przed sie­bie. Dziew­czyn­ka pró­bo­wa­ła py­tać o cel wy­pra­wy, ale Szy­mek je­dy­nie coś od­burk­nął, sta­ra­jąc się roz­po­zna­wać uli­ce i kie­ru­nek ich mar­szu, któ­ry co kil­ka­na­ście mi­nut mu­sie­li zmie­niać, by omi­nąć pa­trol.

Gdy za­czę­ło świ­tać, schro­ni­li się w ja­kimś gru­zo­wi­sku i tam za­snę­li na zde­ze­lo­wa­nej ka­na­pie, któ­ra nie­gdyś sta­no­wi­ła część ba­ry­ka­dy usta­wio­nej przez miesz­kań­ców. Było chłod­no, więc tu­li­li się do sie­bie i do wiel­kie­go fu­trza­ne­go zwie­rza­ka, któ­ry nie tyl­ko da­wał im po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, ale tak­że cie­pło.

Obu­dzi­li się oko­ło po­łu­dnia, ale wciąż sie­dzie­li w ru­mo­wi­sku, by do­cze­kać nocy, któ­ra wy­da­wa­ła im się naj­bez­piecz­niej­szą porą, by móc prze­dzie­rać się da­lej. Chło­pak otwo­rzył ple­cak i wy­dzie­lił im po ka­wał­ku czer­stwe­go chle­ba. Zo­sia z tru­dem żuła kęsy, wciąż cier­piąc z po­wo­du rany na po­licz­ku. Szym­ko­wi zda­wa­ło się, że do­pie­ro co po­czuł smak je­dze­nia, a już mu­siał za­koń­czyć po­si­łek, żeby pro­wian­tu wy­star­czy­ło na ko­lej­ne dni.

Póź­nym po­po­łu­dniem, któ­re spę­dzi­li głów­nie na snu­ciu ma­rzeń o tym, co zje­dzą, gdy już woj­na się skoń­czy, Szy­mek wy­ru­szył z Ziut­kiem na zwia­dy, by roz­po­znać to­po­gra­fię te­re­nu. Była to nie­zna­na mu oko­li­ca, ni­g­dy wcze­śniej tu­taj nie był i wy­rzu­cał so­bie, że nie za­brał z domu pla­nu mia­sta. Gdy­by go miał, bez tru­du zna­la­zł­by uli­cę, któ­rej na­zwę uda­ło mu się od­czy­tać na ta­blicz­ce le­żą­cej przed ka­mie­ni­cą. Nie­ste­ty, te­raz było już za póź­no i nie wi­dział szans, by wró­cić do domu.

Pod­biegł do miej­sca, gdzie cze­ka­ła na nie­go Zo­sia i szep­nął:

– Je­ste­śmy na ja­kiejś Słu­pec­kiej… Bóg ra­czy wie­dzieć, gdzie to jest.

– No jak to gdzie? – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Je­ste­śmy na Ocho­cie.

– A niby skąd ty taka obe­zna­na? – Prych­nął Szy­mek.

– Cza­sa­mi sio­stry za­bie­ra­ły nie­któ­re dziew­czyn­ki do ko­ścio­ła na Ocho­cie, po­wi­nien stać gdzieś tu, nie­da­le­ko – mruk­nę­ła.

Szy­mek przy­mknął po­wie­ki i za­czął in­ten­syw­nie my­śleć, pró­bu­jąc zlo­ka­li­zo­wać to miej­sce na pla­nie War­sza­wy i okre­ślić stro­ny świa­ta. By­wał na Ocho­cie z to­wa­rem, naj­czę­ściej na Gró­jec­kiej i Fil­tro­wej. Nie wie­dział jed­nak, w któ­rą stro­nę po­wi­nien pójść, by zna­leźć się w Śród­mie­ściu. Po­sta­no­wił, że gdy za­pa­da­nie zmierzch, wyj­dą z ukry­cia, tak jak wy­cho­dzi­li ci, któ­rzy sie­dzie­li w piw­ni­cach, by pod osło­ną nocy wy­do­stać się na ze­wnątrz. Jak ćmy albo du­chy wy­cho­dzą­ce z gro­bów, snu­li się, by zdo­być wodę lub coś do zje­dze­nia.

Gdy na­stał zmierzch, Szy­mek wy­szedł z ukry­cia i za­czął ob­ser­wo­wać oko­li­cę. Pies po­biegł w stro­nę jed­nej z ka­mie­nic i chłop­cu zda­wa­ło się, że nie ma go bar­dzo dłu­go. Za­raz po­tem usły­szał sko­wyt. Nie za­sta­na­wiał się w ogó­le nad za­gro­że­niem, zre­zy­gno­wał z ja­kiej­kol­wiek czuj­no­ści. Ile sił w no­gach po­biegł w kie­run­ku ka­mie­ni­cy, z po­dwór­ka któ­rej do­bie­gał ha­łas. Po dro­dze wy­jął swój pi­sto­let, któ­rym nie­gdyś zra­nił „Szma­tę” z get­ta, i od­bez­pie­czył go. Uj­rzał cień czło­wie­ka z ogrom­nym pa­łą­kiem w dło­ni, któ­ry usi­ło­wał ude­rzyć Ziut­ka, naj­pew­niej ko­lej­ny raz.

– Chodź tu, skur­ko­wań­cu, No, po­dejdź bli­żej… – Usły­szał, jak męż­czy­zna mówi po pol­sku do psa.

– Co pan robi? – jęk­nął z roz­pa­czą w gło­sie Szy­mek.

– Wy­noś się, gów­nia­rzu!

– Niech pan go zo­sta­wi, to do­bry pies.

– Mam to gdzieś, czy on do­bry, czy nie­do­bry. Od ty­go­dnia nie mie­li­śmy nic w py­sku, moja żona już na­wet po­karm w pier­siach stra­ci­ła, bo sama nic nie je, to niby skąd ma mieć, żeby dzie­cia­ka wy­kar­mić. A ten z pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów waży.

Szy­mek mógł po­ża­ło­wać gło­du­ją­cych i ko­czu­ją­cych w piw­ni­cach lu­dzi, ale Ziu­tek był dla nie­go jak czło­wiek, ni­czym naj­lep­szy przy­ja­ciel.

– Ucie­kaj, Ziu­tek! – krzyk­nął Szy­mek i po­pchnął z ca­łej siły męż­czy­znę.

Ten stra­cił na chwi­lę rów­no­wa­gę, a pies, jak na ko­men­dę, pod­wi­nął ogon i znik­nął w cze­lu­ści bra­my.

– Ty szcze­nia­ku! – zde­ner­wo­wał się. – Moja ro­dzi­na ma zdech­nąć z gło­du, bo to­bie zwie­rzę­cia szko­da?

– To nie jest taki so­bie zwy­kły pies, pro­szę pana – pró­bo­wał tłu­ma­czyć Szy­mek.

– A co? Gada w Wi­gi­lię? – za­py­tał ze zło­ścią.

– Nie… Ale on jest mą­dry i ura­to­wał mi ży­cie… – Szy­mek wciąż się uspra­wie­dli­wiał. Nie tyl­ko przed tym nie­zna­jo­mym, ale tak­że przed sobą sa­mym, że wy­brał ży­cie psa, a nie dru­gie­go czło­wie­ka.

Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej był jed­nak zbyt zroz­pa­czo­ny utra­tą ta­kiej góry je­dze­nia, bo za­mach­nął się, by ude­rzyć chłop­ca. Szy­mek był tak oszo­ło­mio­ny za­cho­wa­niem tego czło­wie­ka, w koń­cu tak­że Po­la­ka, że stał jak słup soli, jak­by cze­ka­jąc, aż ogrom­ny drąg roz­bi­je mu gło­wę. Jed­nak Ziu­tek po raz ko­lej­ny po­ja­wił się nie wia­do­mo skąd i rzu­cił się na męż­czy­znę, któ­ry wy­pu­ścił z dło­ni pa­łąk i upadł na zie­mię. Szy­mek nie chciał jed­nak, by pies zro­bił mu krzyw­dę, dla­te­go krzyk­nął na nie­go i obaj ucie­kli na pu­stą i zło­wro­gą uli­cę. Nie­opo­dal znaj­do­wa­ła się ich kry­jów­ka. Szy­mek po­sta­no­wił, że mu­szą ją opu­ścić, bo naj­pew­niej wy­głod­nia­li miesz­kań­cy tak ła­two nie zre­zy­gnu­ją z mię­sa, ja­kie mo­gli­by mieć z mar­twe­go psa.

Prze­mie­rza­li po­now­nie uli­ce, kry­jąc się w ciem­no­ściach nocy, i pró­bo­wa­li od­gad­nąć, gdzie się znaj­du­ją. W pew­nym mo­men­cie do­strze­gli sze­ro­ką ar­te­rię i Szy­mek roz­po­znał w niej uli­cę Gró­jec­ką. Ode­tchnął z ulgą, że idą we wła­ści­wym kie­run­ku. Za­uwa­żył jed­nak, że po­mi­mo noc­nej pory na uli­cy sta­ły sa­mo­cho­dy nie­miec­kie, a wo­kół nich żoł­nie­rze, któ­rzy po­pi­ja­li wód­kę i gło­śno się śmia­li. Uli­ca była sze­ro­ka, prze­mknię­cie przez nią w spo­sób nie­zau­wa­żo­ny było wręcz nie­moż­li­we. Mu­sie­li prze­cze­kać, li­cząc, że żoł­nie­rze za­sną, zmo­rze­ni wód­ką, albo od­ja­dą gdzieś da­lej. Wbrew ocze­ki­wa­niom Szym­ko­wi zda­wa­ło się, że z mi­nu­ty na mi­nu­tę wszę­dzie krę­ci­ło się ich co­raz wię­cej.A może to było je­dy­nie złu­dze­nie wy­stra­szo­ne­go dziec­ka?

Kom­bi­no­wał wła­śnie, jak by się prze­do­stać na dru­gą stro­nę uli­cy, kie­dy usły­szał strza­ły i krzyk na­wo­łu­ją­cy do za­trzy­ma­nia się. Wyj­rzał z bra­my i zo­ba­czył dzie­cia­ka bie­gną­ce­go w ich stro­nę. Po chwi­li zła­pał się za po­śla­dek, ale nie prze­sta­wał biec i wresz­cie uda­ło mu się skryć w ja­kiejś bra­mie. Na szczę­ście żad­ne­mu z pi­ja­nych żoł­nie­rzy nie chcia­ło się ru­szyć w ślad za nim; uzna­li pew­nie, że ten i tak wy­krwa­wi się na śmierć. Szy­mek na­ka­zał Zosi po­zo­stać w ukry­ciu, a sam, prze­my­ka­jąc przy ścia­nach bu­dyn­ków, udał się do miej­sca, gdzie po­biegł ran­ny ucie­ki­nier. Dzie­ciak le­żał opar­ty o mur i gło­śno pła­kał. Szy­mek po­świe­cił la­tar­ką i zo­ba­czył wo­kół chłop­ca ka­łu­żę krwi, a po­tem brud­ną bia­ło-czer­wo­ną opa­skę na przed­ra­mie­niu. Na­wet gdy­by chciał mu po­móc, nie miał jak. Nie wie­dział, gdzie szu­kać po­mo­cy ani jak opa­trzyć ranę. Je­dy­ne, co mógł, to być przy nim, póki ten nie stra­ci przy­tom­no­ści i nie odej­dzie z tego świa­ta.

– Mam mel­dun­ki dla do­wódz­twa w Śród­mie­ściu – wy­ję­czał chło­pak.

– A jak chcia­łeś się tam do­stać? – za­py­tał rze­czo­wo Szy­mek.

– Na Wa­wel­skiej jest właz do ka­na­łów. Moż­na nimi dojść do Pro­ku­ra­tor­skiej. To wą­ski i ni­ski ka­nał, dla­te­go tyl­ko naj­młod­si się nim prze­do­sta­wa­li – wy­char­czał.

– Za­nio­sę te mel­dun­ki – har­do obie­cał Szy­mek.

– W kie­sze­ni mam plan ka­na­łów… Mam na imię Ro­mek… Pseu­do­nim „Szcze­niak” – ostat­kiem sił po­wie­dział chło­pak i stra­cił przy­tom­ność.

Szy­mek wy­grze­bał z kie­sze­ni Rom­ka do­ku­men­ty oraz pla­ny ka­na­łów, a po­tem ścią­gnął mu brud­ną opa­skę z przed­ra­mie­nia, uca­ło­wał ją i z dumą na­cią­gnął na rękę. Tak, w koń­cu miał oka­zję zro­bić coś, o czym od daw­na ma­rzył i tyl­ko upór pan­ny Al­do­ny i Ziu­tek od­wio­dły go od tego. Prze­że­gnał się i krót­ko po­mo­dlił za chłop­ca, któ­ry na oko wy­glą­dał na jego ró­wie­śni­ka.

– Wiem, gdzie jest zej­ście do ka­na­łów. Tam­tę­dy pój­dzie­my do Śród­mie­ścia – za­ko­mu­ni­ko­wał po chwi­li Zosi.

– A co ty tu masz? – za­py­ta­ła, do­ty­ka­jąc brud­nej prze­pa­ski.

– Te­raz je­stem praw­dzi­wym po­wstań­cem – po­wie­dział z dumą Szy­mek, bo czuł się na­masz­czo­ny przez umie­ra­ją­ce­go chło­pa­ka, któ­ry po­wie­rzył mu mi­sję prze­ka­za­nia mel­dun­ków.

Dro­ga do wła­zu przy Wa­wel­skiej oka­za­ła się nie­zwy­kle żmud­na. Prze­mie­rza­li metr po me­trze, prze­cze­ku­jąc krą­żą­ce pa­tro­le. Wkrót­ce oka­za­ło się jed­nak, że do­pie­ro brnię­cie przez wą­ski i ni­ski ka­nał było jak po­dróż po pie­kle. Ich la­tar­ka świe­ci­ła co­raz sła­biej, dla­te­go prze­mie­rza­li błot­ni­sty szlak prze­waż­nie w kom­plet­nych ciem­no­ściach. Przed nimi szedł Ziu­tek, bo jemu wy­star­czał nos, by po­dą­żać przed sie­bie. We­dług pla­nu po­win­ni prze­być za­le­d­wie ki­lo­metr, ale szli bar­dzo wol­no, by nie na­tknąć się na coś nie­prze­wi­dzia­ne­go. Na­gle Szy­mek po­czuł ogrom­ne ciel­sko Ziut­ka. Pies za­trzy­mał się i na­wet lek­kie szturch­nię­cie chłop­ca nie spra­wi­ło, żeby się prze­su­nął cho­ciaż o cen­ty­metr.

– No, co jest, pie­sku? – za­py­tał Szy­mek.

– My­ślisz, że ci od­po­wie? – prych­nę­ła Zo­sia. – Boże, jak tu jest strasz­nie. Szy­mek, ja się tak bar­dzo boję… Tu­taj jest jak w gro­bow­cu.

– Nie bój się, Zo­siu. Nie­ba­wem po­win­ni­śmy być w Śród­mie­ściu – szep­nął Szy­mek i za­czął po­pę­dzać psa.

– Jak nie chce iść, to zna­czy, że coś mu jest – mruk­nę­ła. – Le­piej po­świeć.

– Ba­te­ria już le­d­wie zi­pie, a mu­si­my mieć świa­tło, żeby zna­leźć wła­ści­wy właz na Pro­ku­ra­tor­ską – bąk­nął Szy­mek, ale wy­cią­gnął z kie­sze­ni la­tar­kę i po­świe­cił w prze­strzeń. Po chwi­li ją zga­sił i jęk­nął: – Boże…

– Co się sta­ło? – do­py­ty­wa­ła się dziew­czyn­ka.

– Po­słu­chaj, za­tkaj nos, za­mknij oczy i nie myśl o tym, po czym idziesz. Do­brze?

– Ale ty głu­pi je­steś! Prze­cież i tak nic nie wi­dzę, a śmier­dzi przez cały czas tak strasz­nie, że aż mnie w no­sie krę­ci. I co tam jest? Mów mi szyb­ko! – zi­ry­to­wa­ła się.

Szy­mek też się zde­ner­wo­wał, że na­zwa­ła go głu­pim, wy­pa­lił więc bez­li­to­śnie:

– Trup. Tam leży trup i bę­dzie­my mu­sie­li po nim przejść.

– Ni­g­dy w ży­ciu nie przej­dę po tru­pie. Ja wra­cam! – Roz­pła­ka­ła się.

Szy­mek od razu po­ża­ło­wał swo­je­go nie­co ob­ce­so­we­go za­cho­wa­nia. Dziew­czę­ce łzy za­wsze tak na nie­go dzia­ła­ły. Jak na każ­de­go nor­mal­ne­go chłop­ca. Od­wró­cił się w jej stro­nę i moc­no zła­pał za rękę.

– Prze­niósł­bym cię, ale z tobą na grzbie­cie nie prze­ci­śnie­my się. Jesz­cze łeb roz­bi­jesz. Będę cały czas trzy­mał cię za rękę i po­sta­ram się przejść tak, że­byś na nie­go nie na­dep­nę­ła, do­brze? – po­wie­dział ła­god­nie.

– A na co on tu umarł? – za­py­ta­ła na­iw­nie Zo­sia.

– Roz­ma­icie mo­gło być. Albo gaz szwa­by za­pu­ści­li i się za­du­sił, albo ran­ny był i bez sił, więc nie do­szedł, gdzie po­wi­nien.

– No do­brze, to chodź­my, tyl­ko cały czas trzy­maj mnie za rękę – har­do po­wie­dzia­ła Zo­sia i otar­ła łzy z po­licz­ków.

Jed­nak za­nim prze­szli da­lej, kil­ka­na­ście mi­nut mu­sie­li wal­czyć z Ziut­kiem, żeby po­szedł z nimi, bo stał jak wry­ty i za nic nie chciał się ru­szyć. Ani na­ka­zy Szym­ka i Zosi, ani pró­by prze­su­nię­cia siłą psa nic nie dały.

– Ziu­tek, za mną! – zde­ner­wo­wał się Szy­mek i omi­nął z tru­dem ogrom­ne ciel­sko psa.

Po chwi­li Zo­sia zro­bi­ła to samo i do­pie­ro wte­dy pies ru­szył za nimi.

Do­tar­cie do wła­ści­we­go wła­zu za­ję­ło im kil­ka go­dzin, ale gdy wresz­cie go zna­leź­li, po­czu­li ulgę, że w koń­cu wy­do­sta­ną się na po­wierzch­nię. Obo­je z Zo­sią stwier­dzi­li, że wolą ucie­kać przed ostrza­łem i pa­tro­la­mi, niż spę­dzić cho­ciaż mi­nu­tę dłu­żej w ka­na­le.

Na dwo­rze świ­ta­ło, a do ich uszu do­bie­ga­ły je­dy­nie po­je­dyn­cze strza­ły. Po chwi­li do­tar­li do po­ste­run­ku, gdzie sta­li par­ty­zan­ci.

– A wy co tu­taj ro­bi­cie? – su­ro­wo za­py­tał je­den z nich.

Szy­mek wska­zał na opa­skę i od­po­wie­dział dum­nie:

– Mam mel­dun­ki dla od­dzia­łu „Sie­kie­ry”.

– A oni? – zdzi­wił się żoł­nierz i Szym­ko­wi się zda­wa­ło, że ob­li­zał się, pa­trząc na Ziut­ka jak na sztu­kę mię­sa.

– To też po­wstań­cy – bąk­nął prze­ra­żo­ny chło­piec i szyb­kim kro­kiem ru­szył we wska­za­ne przez żoł­nie­rza miej­sce.

Tak oto Szy­mek Wie­lo­pol­ski w ostat­nich dniach walk zo­stał po­wstań­cem. Przy­pad­ko­wym, ale dum­nym, że cho­ciaż przez ja­kiś czas mógł no­sić na przed­ra­mie­niu opa­skę i prze­ka­zał mel­du­nek jed­ne­mu z do­wód­ców. Za­de­kla­ro­wał co praw­da, że może się jesz­cze przy­dać i prze­no­sić inne wia­do­mo­ści, ale do­wód­cy je­dy­nie ma­cha­li rę­ka­mi z re­zy­gna­cją. Szy­mek nie miał świa­do­mo­ści, że mia­sto do­go­ry­wa, a wal­ki po­wstań­cze za­raz się za­koń­czą, co wkrót­ce na­stą­pi­ło, a on zo­stał roz­dzie­lo­ny z Zo­sią i psem. Oni po­szli ra­zem z cy­wi­la­mi, a on – jak praw­dzi­wy żoł­nierz, z po­wstań­ca­mi. Kie­dy zo­rien­to­wał się, że z ra­cji wie­ku mógł wmie­szać się w tłum cy­wi­li i zrzu­cić nie­po­strze­że­nie opa­skę, już po­pę­dza­no go wraz z in­ny­mi mło­dy­mi chłop­ca­mi bio­rą­cy­mi udział w wal­kach. Tra­fi­li do sta­la­gu w Lams­dorf.

3. Murnau, Garmisch-Partenkirchen, Oflag VII A, 1945

– A temu co? – wark­nął straż­nik, po­chy­la­jąc się nad pry­czą Ju­lia­na Cheł­mic­kie­go, któ­ry nie sta­nął do ra­por­tu, jak wszy­scy po­zo­sta­li miesz­kań­cy ba­ra­ku.

– Ma go­rącz­kę. Po­trze­bu­je le­ka­rza, mel­do­wa­łem… – za­czął Ser­giusz Dar­gie­wicz, ale straż­nik prze­rwał mu.

– Za­raz zo­ba­czy­my – mruk­nął.

Nie mu­siał być le­ka­rzem, żeby do­strzec spierzch­nię­te usta i roz­pa­lo­ną twarz żoł­nie­rza. Nie do­ty­kał go jed­nak z oba­wy przed za­ra­że­niem się ja­kimś pa­skudz­twem.

– Do szpi­ta­la z nim! – krzyk­nął.

– Wy­by­czy się chło­pi­na, a Ame­ry­ka­nie i tak za­raz przyj­dą i zro­bią roz­pier­du­chę ja­kich mało – ro­ze­śmiał się je­den z żoł­nie­rzy.

Ser­giusz uśmiech­nął się rów­nież. Wszy­scy z utę­sk­nie­niem cze­ka­li na wy­zwo­le­nie. Są­dzi­li, że to bę­dzie za kil­ka dni, ale te za­mie­ni­ły się w dłu­gie ty­go­dnie tu­łacz­ki, od Oża­ro­wa, przez Lams­dorf, aż do tego miej­sca w oko­li­cach Mo­na­chium. Wie­lu po­wstań­ców, wy­cień­czo­nych wal­ką, po pro­stu umie­ra­ło pod­czas trans­por­tów, nie mo­gąc do­cze­kać się żad­nej kon­kret­nej po­mo­cy. Jed­nak ci, któ­rzy jesz­cze da­wa­li radę, do­sta­wa­li cho­ciaż mi­skę cien­kiej zupy, któ­ra po wie­lu dniach gło­du oka­zy­wa­ła się zba­wien­na.

„Kary” po­my­ślał, że los z nie­go za­kpił, sko­ro zna­lazł się tu­taj ra­zem z Cheł­mic­kim. Nie wi­dzie­li się w War­sza­wie, ani pod­czas dro­gi do obo­zu, Ser­giusz na­wet są­dził, że Ju­lian po pro­stu po­dzie­lił los wie­lu in­nych żoł­nie­rzy, czy­li zgi­nął w wal­ce lub pod gru­za­mi, a tym­cza­sem spo­tka­li się po­nad ty­siąc ki­lo­me­trów od zruj­no­wa­nej sto­li­cy. Je­dy­ną po­zy­tyw­ną stro­ną tego spo­tka­nia był fakt, że Ser­giusz w koń­cu do­wie­dział się, że Ali­cja, cho­ciaż ran­na, prze­ży­ła po­wsta­nie i po­dob­nie jak oni tu­ła­ła się gdzieś po nie­miec­kich sta­la­gach. Da­wa­ło to jed­nak na­dzie­ję, że już nic złe­go jej nie spo­tka. Łu­dził się, że rana Ali­cji nie była tak pa­skud­na, jak Cheł­mic­kie­go, ale Ju­lian uspo­ko­ił go, że do­sta­ła je­dy­nie w ra­mię, któ­re już się pra­wie za­go­iło dzię­ki szyb­kiej in­ter­wen­cji We­ro­ni­ki.

Tak, los lu­bił so­bie żar­to­wać, na­wet w ob­li­czu ta­kie­go dra­ma­tu, ja­kim było po­wsta­nie war­szaw­skie. Ali­cję ska­zał na ła­skę We­ro­ni­ki, swo­jej naj­więk­szej ry­wal­ki, a jego umie­ścił w jed­nym ba­ra­ku z tym my­dł­kiem, Ju­lia­nem.

***

Ser­giusz Dar­gie­wicz w isto­cie miał wie­le szczę­ścia, że nie­mal bez szwan­ku prze­trwał po­wsta­nie, ale on do­brze wie­dział, dla­cze­go los oka­zał się tak ła­ska­wy. Od pierw­sze­go dnia prze­ra­ża­ła go bra­wu­ra po­wstań­ców. Szli jak pro­się­ta na rzeź, z pie­śnią na ustach i szczyt­ny­mi ha­sła­mi. A chwi­lę po­tem le­że­li mar­twi, zbro­cze­ni krwią i spo­nie­wie­ra­ni przez wro­ga. Tyle im przy­szło z tej mę­skiej od­wa­gi. Dla­te­go „Kary” strze­lał je­dy­nie z ukry­cia i sta­rał się ogra­ni­czać ry­zy­ko utra­ty ży­cia do mi­ni­mum. Krył się w za­ło­mach bu­dyn­ków i roz­pa­dli­nach, nie bie­gnąc na zła­ma­nie kar­ku jak ko­sy­nie­rzy na ro­syj­skie ar­ma­ty. Na szczę­ście do­wód­cy Na­ro­do­wych Sił Zbroj­nych nie byli de­spe­ra­ta­mi i za wszel­ką cenę pró­bo­wa­li chro­nić swo­ich żoł­nie­rzy. Do­pó­ki po­wstań­cy zdo­by­wa­li ko­lej­ne uli­ce i bu­dyn­ki, a po­wstań­cza pocz­ta roz­no­szo­na przez har­ce­rzy funk­cjo­no­wa­ła cał­kiem zno­śnie, miał też in­for­ma­cje o Ali­cji. Od niej sa­mej na po­cząt­ku przy­szedł la­ko­nicz­ny li­ścik, a po­tem były to je­dy­nie wia­do­mo­ści z dru­giej ręki. Sta­rał się nie my­śleć, że gdzieś tam, kil­ka ki­lo­me­trów od jego po­ste­run­ku, Ali­cja jest bli­sko Cheł­mic­kie­go. Wo­lał nie wie­dzieć, czy w chwi­lach zwąt­pie­nia i gro­zy, opla­ta­ją­cej mia­sto swo­im ko­ko­nem, nie tuli się w jego ra­mio­nach. Pra­gnął za­po­mnieć, że ci dwo­je byli so­bie kie­dyś bar­dzo bli­scy, a Ali­cja wręcz sza­la­ła za tym dur­niem, któ­ry chwi­la­mi za­cho­wy­wał się jak Don Juan, prze­wra­ca­jąc w gło­wie na­wet mło­dej, słod­kiej Espe­ran­zie. Uśmiech­nął się na myśl o niej. Była na­praw­dę pięk­na i po­cią­ga­ją­ca. Jak ma­rze­nie sen­ne, w któ­rym spo­ty­ka się ko­bie­tę ide­al­ną. O jej cha­rak­te­rze nie­wie­le umiał po­wie­dzieć, bo zna­li się zbyt krót­ko, ale był prze­ko­na­ny, że na­le­ża­ła do tego sa­me­go ga­tun­ku ko­biet, co Ali­cja. Gład­ka skó­ra i ostry cha­rak­te­rek. Za­pew­ne nie­jed­ne­mu prze­wró­ci­ła w gło­wie, do­pro­wa­dza­jąc go do roz­pa­czy upo­rem i dumą. A on był go­tów spu­ścić jej la­nie, by oca­lić dupę temu typ­ko­wi, któ­ry po­nie­wie­rał ko­bie­ta­mi we­dług wła­sne­go uzna­nia.

Ich ba­stion padł w po­ło­wie wrze­śnia. A Ser­giusz, jak wie­lu in­nych mu po­dob­nych, zło­żył broń i tra­fił do obo­zu przej­ścio­we­go w Oża­ro­wie. Pa­trzył na nie­któ­rych żoł­nie­rzy, któ­rzy pła­ka­li jak dzie­ci, wi­dział i ta­kich, dla któ­rych świat się skoń­czył i strze­la­li so­bie w skroń, byle się nie pod­dać. „Kary” ani nie pła­kał, ani nie my­ślał o pal­nię­ciu so­bie w łeb. Chciał żyć. Po­sma­ko­wać wol­no­ści, świa­ta, gdzie mógł­by w spo­ko­ju są­czyć praw­dzi­wą kawę i pa­trzyć na swo­ją uko­cha­ną Ali­cję i ma­łe­go Ma­te­usz­ka. Nie chciał za­pa­mię­tać w chwi­li śmier­ci je­dy­nie znie­wo­le­nia, stra­chu i nie­na­wi­ści do tych, któ­rzy znisz­czy­li mu ro­dzi­nę. Nie za­le­ża­ło mu na by­ciu bo­ha­te­rem. To nie było jego ży­cie.

Po Oża­ro­wie był Lams­dorf, a po­tem prze­wie­zio­no ich tu­taj. Wszę­dzie pod­le i bez­na­dziej­nie. Je­dy­ne, co tli­ło się w nim, to myśl, że ten kosz­mar za­raz się skoń­czy i le­piej, żeby w chwi­li upad­ku Rze­szy zna­lazł się po wła­ści­wej stro­nie.

***

Z za­my­śle­nia o prze­szło­ści wy­rwał go głos wy­czy­tu­ją­cy jego na­zwi­sko po od­biór ko­re­spon­den­cji. Rzu­cił się na list jak wy­głod­nia­łe zwie­rzę, lecz chwi­lę póź­niej, za­ła­ma­ny, opadł na pry­czę. Na­pi­sał do le­śni­czów­ki, do wuja Ali­cji. Wie­dział, że to je­dy­ne miej­sce, gdzie mo­gła po­wró­cić. Od­pi­sa­ła mu bab­ka Alut­ka. Bez uży­wa­nia swo­je­go zwy­cza­jo­we­go ostre­go ję­zy­ka po­in­for­mo­wa­ła go, że Ali­cja oca­la­ła i po­wró­ci­ła do le­śni­czów­ki po po­wsta­niu. A po­tem po­je­cha­ła do War­sza­wy, żeby go od­szu­kać, i od tej pory ślad po niej za­gi­nął.

Ser­giusz nie miał po­ję­cia, co mo­gło jej się przy­tra­fić. Woj­sko ra­dziec­kie już wkro­czy­ło na do­bre do Pol­ski i za­do­mo­wi­ło się w sto­li­cy. Niem­cy ucie­ka­li w po­pło­chu na za­chód, a ar­mie ra­dziec­kie par­ły na Ber­lin. Gdzie, u li­cha, mo­gła się po­dziać? Z jed­nej stro­ny po­wi­nien się cie­szyć, że jed­nak go ko­cha, je­śli po­je­cha­ła go szu­kać, z dru­giej –wście­kał się, że jak zwy­kle była zbyt nie­cier­pli­wa, by po­cze­kać na wie­ści. Cała Ali­cja. Miał na­dzie­ję, że nie wpa­ko­wa­ła się w żad­ne kło­po­ty, tyl­ko włó­czy się po ja­kichś urzę­dach, żeby do­wie­dzieć się, czy zo­sta­ła z nie­go kup­ka po­pio­łu czy też oca­lał. Jed­nak było w tym coś nie­po­ko­ją­ce­go. Je­śli obie­ca­ła syn­ko­wi, że zja­wi się za kil­ka dni, do­trzy­ma­ła­by sło­wa, bo swo­je ad­op­to­wa­ne dziec­ko ko­cha­ła nie­przy­tom­nie. Sko­ro więc zła­ma­ła daną obiet­ni­cę, mu­sia­ło wy­da­rzyć się coś na­praw­dę złe­go…

***

Ser­giusz Dar­gie­wicz nie miał po­ję­cia, że w chwi­li, gdy roz­my­ślał o swo­jej uko­cha­nej, kil­ka ki­lo­me­trów da­lej Ju­lian Cheł­mic­ki robi do­kład­nie to samo. Or­dy­na­tor szpi­ta­la przyj­mu­ją­ce­go cho­rych jeń­ców z ofla­gu po­dał mu ko­lej­ną daw­kę cu­dem zdo­by­te­go an­ty­bio­ty­ku i jego pod­opiecz­ny po­wra­cał po­wo­li do świa­ta ży­wych. Wciąż go­rącz­ko­wał, ale nie tak bar­dzo, jak jesz­cze kil­ka dni temu. Miał ja­sny umysł i za­miast ma­ja­ków, któ­re mą­ci­ły mu w gło­wie, po­wró­ci­ły wspo­mnie­nia z ostat­nich ty­go­dni po­wsta­nia.

***

Ju­lian wciąż wy­rzu­cał so­bie, że dał się zra­nić i wła­ści­wie od tego mo­men­tu zo­stał je­dy­nie ob­ser­wa­to­rem to­czą­cych się walk. Rana była pa­skud­na i nie po­zwa­la­ła mu na­wet nor­mal­nie sie­dzieć, nie mó­wiąc o tym, że miał­by chwy­cić ka­ra­bin i ostrze­li­wać po­zy­cje wro­ga. Le­żał więc w ja­kimś za­im­pro­wi­zo­wa­nym szpi­ta­lu po­lo­wym, na brud­nej pry­czy i prze­ży­wał każ­dą in­for­ma­cję z pla­cu boju, któ­ra do nie­go do­cie­ra­ła. Był tak sfru­stro­wa­ny całą sy­tu­acją, że zro­bił się nie­przy­jem­ny dla oto­cze­nia. A że naj­czę­ściej wi­dy­wał sa­ni­ta­riusz­ki, tym ob­ry­wa­ło się naj­czę­ściej.

– Do cho­le­ry ja­snej! Nie mo­gła­byś ro­bić tego de­li­kat­niej?! Prze­cież to boli jak dia­bli! – ryk­nął na mło­dą, nie­speł­na osiem­na­sto­let­nią dziew­czy­nę o pseu­do­ni­mie „Ali­na”.

– Prze­pra­szam, ka­pi­ta­nie – wy­bą­ka­ła, prze­ra­żo­na ob­ce­so­wym za­cho­wa­niem pa­cjen­ta. – Nie mamy już żad­nych środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych.

– To nie zna­czy, że masz mnie trak­to­wać jak ka­wał mię­sa! – Cheł­mic­ki wciąż nie zmie­niał tonu.

– Nie je­stem wy­kwa­li­fi­ko­wa­ną pie­lę­gniar­ką, ka­pi­ta­nie. Prze­szłam je­dy­nie kurs… – uspra­wie­dli­wia­ła się dziew­czy­na i za­czę­ła prze­my­wać ranę Ju­lia­na z de­li­kat­no­ścią ze­gar­mi­strza.

– No, prze­pra­szam – mruk­nął Cheł­mic­ki i chcąc nie­co za­ła­go­dzić sy­tu­ację, za­py­tał: – A co ro­bi­łaś przed­tem?

– Zda­łam ma­tu­rę na taj­nych kom­ple­tach i to wła­ści­wie by­ło­by wszyst­ko. – Uśmiech­nę­ła się i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– A jak woj­na się skoń­czy, co bę­dziesz ro­bi­ła?

– Od­szu­kam swo­je­go chłop­ca i po­bie­rze­my się. – Po­now­nie po­sła­ła w kie­run­ku Ju­lia­na uśmiech.

– I bę­dziesz mu opo­wia­da­ła o ta­kim jed­nym wred­nym ka­pi­ta­nie… – po­wie­dział z uda­wa­ną po­wa­gą.

– Je­śli prze­żył i zdo­łam go od­na­leźć, ni­g­dy wię­cej nie wy­po­wiem ani sło­wa na te­mat woj­ny i po­wsta­nia. – Dziew­czy­na spu­ści­ła gło­wę.

– Wiem, że to strasz­ne, co się dzie­je wo­kół nas, ale bę­dziesz świad­kiem hi­sto­rii, któ­ra pi­sze się na na­szych oczach. Mu­sisz mó­wić przy­szłym po­ko­le­niom o tym, co się tu­taj sta­ło. Je­steś bo­ha­ter­ką i każ­dy po­wi­nien o tym wie­dzieć. – Ju­lian gór­no­lot­ny­mi fra­ze­sa­mi pró­bo­wał za­trzeć złe wra­że­nie, ja­kie zro­bił na dziew­czy­nie.

– Wie pan co, ka­pi­ta­nie… to wszyst­ko prze­sta­ło być dla mnie waż­ne. Ja chcę prze­żyć i chcę, żeby prze­żył mój An­tek. Ni­cze­go wię­cej nie pra­gnę. Stra­ci­łam całą swo­ją ro­dzi­nę… Za­raz po wy­bu­chu po­wsta­nia bru­tal­nie wy­wle­kli ich z domu i roz­strze­la­li przed ko­ścio­łem. Ja by­łam wte­dy na punk­cie i… Nie­waż­ne. Zgi­nę­li moi ro­dzi­ce, sio­stra, brat i bab­cia. Wszy­scy. Więc nie po­tra­fię za­chły­sty­wać się tym, co się wy­da­rzy­ło. Nie tak to mia­ło wy­glą­dać, nie tak mia­ła wy­glą­dać War­sza­wa. Mia­ło być zu­peł­nie ina­czej i jest we mnie złość, jest we mnie gniew. Mnó­stwo gnie­wu, że zgi­nę­ło tylu nie­win­nych lu­dzi, a całe mia­sto to­nie we krwi spły­wa­ją­cej z ruin. W tej sy­tu­acji je­dy­ne, na co mnie stać, to mil­cze­nie – po­wie­dzia­ła sta­now­czo, a jej ła­god­ny do­tych­czas wzrok zro­bił się zim­ny i pe­łen wście­kło­ści.

Tak, to było wła­ści­we okre­śle­nie. Ta mło­da sa­ni­ta­riusz­ka nie mia­ła w oczach żalu i bólu, ale złość. Za­pew­ne gdy­by kil­ka mi­nut wcze­śniej po­pa­trzy­ła na Cheł­mic­kie­go w po­dob­ny spo­sób, ten na­wet nie od­wa­żył­by się jęk­nąć, a co do­pie­ro ru­gać tę mło­dą dziew­czy­nę.

Za­sta­na­wiał się nad jej sło­wa­mi. Była gło­sem nie tyl­ko swo­im wła­snym, ale se­tek in­nych mło­dych osób, któ­re po­czu­ły się oszu­ka­ne. Przez kogo? Przez Ro­sjan, swo­ich do­wód­ców, alian­tów? Nie py­tał, to nie mia­ło zna­cze­nia. Jed­nak po­czuł, że nie każ­dy czuł po­trze­bę he­ro­icz­nej wal­ki. Ska­za­nej na po­raż­kę, wcze­śniej czy póź­niej. Do nie­go tak­że za­czę­ło do­cie­rać, że w koń­cu się pod­da­dzą. Mimo wiel­kie­go za­pa­łu, ogrom­nej chę­ci i – jak to po­wie­dział nie­gdyś „Kary” – po­boż­nych ży­czeń, to po­wsta­nie nie­mal od pierw­sze­go dnia ska­za­ne było na klę­skę. A jed­nak i on, i Ser­giusz chwy­ci­li za broń, by wal­czyć dla tej prze­gra­nej spra­wy. Ju­lian gdzieś na dnie du­szy wie­rzył, że sta­nie się cud, ale z każ­dym dniem owa wia­ra ulat­nia­ła się w chmu­rach dymu, w zglisz­czach bu­dyn­ków i w du­szach po­le­głych. Mimo to jed­nak drę­czył go fakt, że wy­le­gu­je się na pry­czy, za­miast za­strze­lić ko­lej­ne­go Niem­ca.

Gdy po­wo­li go­dził się z fak­tem, że jest je­dy­nie cię­ża­rem, my­ślał o swo­jej żo­nie i Ali­cji. Obie były bar­dzo dziel­ne i miał na­dzie­ję, że obie oca­la­ły. Gdy więc przy­szedł do nie­go ob­szar­pa­ny chło­pak z wia­do­mo­ścią, iż i jed­na, i dru­ga żyje – ode­tchnął z ulgą. We­ro­ni­ka była ran­na w nogę i po­dob­nie jak on le­ża­ła gdzieś w la­za­re­cie, a Ali­cja wciąż wal­czy­ła. Jego dziel­na Ali­cja, któ­ra sar­ka­ła, że idą na rzeź jak pro­się­ta, i zło­rze­czy­ła po­my­sło­daw­com tego przed­się­wzię­cia, nie pod­da­wa­ła się. Przy­po­mi­nał so­bie, jaką oso­bą nie­gdyś była Ali­cja Ro­siń­ska, tan­cer­ka i uwo­dzi­ciel­ka. Mała, prze­bie­gła ego­ist­ka, go­to­wa iść po tru­pach, byle osią­gnąć swój cel. Nie zwa­ża­ła na in­nych, z gło­wą peł­ną sza­leń­stwa, na­gle zmie­ni­ła się w ko­bie­tę, któ­rej po­sta­wa była god­na naj­wyż­sze­go uzna­nia i mo­gła sta­no­wić dla in­nych wzór. Był cie­kaw, czy gdy­by za­miast tej mło­dej sa­ni­ta­riusz­ki sta­nę­ła przed nim Ali­cja, czy po­wie­dzia­ła­by to samo, co usły­szał od „Ali­ny”. Pew­nie tak, z tą róż­ni­cą, że Ali­cja do­rzu­ci­ła­by jesz­cze kil­ka prze­kleństw, któ­re nie­gdyś tak bar­dzo go zło­ści­ły, bo nie li­co­wa­ły z po­sta­wą praw­dzi­wej damy. A jed­nak wła­śnie ją ko­chał, cho­ciaż to We­ro­ni­ka pre­zen­to­wa­ła wszyst­ko, co było dla nie­go kwin­te­sen­cją ko­bie­co­ści.

Wia­do­mość o ka­pi­tu­la­cji po­wsta­nia do­tar­ła do nie­go pew­ne­go po­nu­re­go dnia, któ­ry miał róż­nić się od in­nych je­dy­nie datą. Od ty­go­dnia mógł się już po­ru­szać, pod­pie­ra­jąc się pro­wi­zo­rycz­ny­mi ku­la­mi, i łu­dził się, że nie­ba­wem bę­dzie mógł do­łą­czyć do wal­czą­cych kom­pa­nów.

Pierw­sze, co go zdu­mia­ło, to ci­sza. Nie­kie­dy miał do­syć od­gło­sów wy­strza­łów, spa­da­ją­cych bomb i se­rii z ka­ra­bi­nów. Ma­rzył o głu­szy, jaka nie­kie­dy pa­no­wa­ła w Cheł­mi­cach, gdy aku­rat nie prze­by­wa­li w ich domu żad­ni go­ście. Sia­dał wte­dy na ta­ra­sie, obok mat­ki i ojca, i wsłu­chi­wał się w bło­gą ci­szę, prze­ry­wa­ną od cza­su do cza­su ja­kimś świer­go­tem ptac­twa albo szu­mem drzew. Ale ta ci­sza, z któ­rą te­raz miał do czy­nie­nia, nie wró­ży­ła ni­cze­go do­bre­go. Po­czuł, że ser­ce wali mu jak osza­la­łe. Nie miał po­ję­cia dla­cze­go, ale do­padł go ir­ra­cjo­nal­ny lęk. Tak jak­by ów spo­kój był zwia­stu­nem śmier­ci, a huk bomb i strza­łów sta­no­wił świa­dec­two ży­cia.

Wkrót­ce do po­miesz­cze­nia wszedł je­den z jego kom­pa­nów.

– To ko­niec, ka­pi­ta­nie. Do­wódz­two pod­pi­sa­ło akt ka­pi­tu­la­cji. Mu­si­my zło­żyć broń i od­dać się w ręce Niem­ców – ci­cho po­wie­dział chło­pak i za­czął zsu­wać z rę­ka­wa bia­ło-czer­wo­ną opa­skę, któ­ra po tylu dniach walk była już pra­wie czar­na.

– Mo­żesz zo­sta­wić mnie sa­me­go? – wy­szep­tał Ju­lian.

– Tak jest, ka­pi­ta­nie. Tyl­ko… pro­szo­no mnie, że­bym prze­ka­zał, iż musi się pan ka­pi­tan sta­wić w punk­cie do­wo­dze­nia. Mia­łem panu ka­pi­ta­no­wi po­móc się tam do­stać.

– Przyj­dę za­raz. Dam so­bie radę. Idź już – mruk­nął Cheł­mic­ki.

– Tyl­ko niech pan ka­pi­tan nie zro­bi żad­ne­go głup­stwa… – za­czął ją­kać się chło­pak.

– Idź już! – sta­now­czo i nie­zbyt przy­jem­nym to­nem od­po­wie­dział Ju­lian.

Gdy po­zo­stał sam, pod­szedł do okna i wyj­rzał na uli­cę. Wśród zruj­no­wa­nych bu­dyn­ków ze spusz­czo­ny­mi gło­wa­mi szli mło­dzi męż­czyź­ni, przy­bi­ci prze­gra­ną. Ju­lian po­czuł ból tak sil­ny, że gdy­by w isto­cie miał przy so­bie broń, w tym mo­men­cie przy­sta­wił­by ją so­bie do skro­ni. Jed­nak od­dał ją tym, któ­rzy jej po­trze­bo­wa­li. On, le­żąc na pry­czy, mógł so­bie je­dy­nie na nią po­pa­trzyć, dla­te­go po­sta­no­wił, że prze­ka­że ją wal­czą­cym chłop­com. Go­rą­ce łzy za­czę­ły spły­wać mu po po­licz­kach. Cho­ciaż spo­dzie­wał się po­dob­ne­go koń­ca, nie są­dził, że gdy ten na­stą­pi, kom­plet­nie go roz­klei. Po­wo­li wy­szedł z bu­dyn­ku, nie ba­cząc na to, iż pła­cze. Co z tego, że to było ta­kie nie­mę­skie i wsty­dli­we, pła­ka­ło wie­lu. Twar­dzie­le, któ­rzy przez wie­le ty­go­dni spa­li na go­łej zie­mi, nie ja­da­li nie­mal nic i tłu­kli Niem­ców jak wszy na koł­nie­rzu, te­raz szli, szlo­cha­jąc jak dzie­ci.

W punk­cie do­wo­dze­nia je­dy­nie po­twier­dzo­no mu hio­bo­we wie­ści i dano wy­bór, jak może się pod­dać. Nie­któ­rzy nie od­pusz­cza­li i po­sta­no­wi­li się ukryć, by wciąż wal­czyć, ale on nie nada­wał się ani do uciecz­ki, ani tym bar­dziej do dal­szej wal­ki. Tra­fił do Oża­ro­wa, a stam­tąd do sta­la­gu na te­re­nie Rze­szy, gdzie sta­nął oko w oko ze swo­im ry­wa­lem i po­nie­kąd przy­ja­cie­lem, „Ka­rym”. Po­my­ślał wte­dy, że gdy­by nie Ali­cja, ich re­la­cje mo­gły­by być dużo mniej skom­pli­ko­wa­ne. Mie­li od­mien­ne po­glą­dy i róż­ne cha­rak­te­ry, ale obaj wie­dzie­li do­sko­na­le, gdzie znaj­du­je się gra­ni­ca po­mię­dzy do­brem i złem, a to łą­czy­ło bar­dziej niż ja­kie­kol­wiek prze­ko­na­nia.