Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 436 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zelota - Reza Aslan

Przed dwoma tysiącami lat żydowski kaznodzieja i cudotwórca wędrował po Galilei, zbierając uczniów, żeby zaprowadzić królestwo Boże na ziemi. Zapoczątkowany przez niego ruch rewolucyjny okazał się tak wielkim zagrożeniem dla panującego ładu społecznego, że Jezusa pojmano, po czym skazano na męczeńską śmierć. Kilka dziesiątków lat po jego ukrzyżowaniu uczniowie nazwą go synem Boga. Reza Aslan opisuje tę jedną z najbardziej tajemniczych postaci w dziejach ludzkości przez pryzmat ówczesnych burzliwych czasów. Jezus to człowiek natchniony, ale o radykalnych poglądach, a zarazem pełen sprzeczności, pacyfista, który nakazał swoim uczniom uzbroić się w miecze, egzorcysta i uzdrowiciel, który prosił uczniów, żeby utrzymywali jego tożsamość w tajemnicy, i wreszcie samozwańczy „król Żydów”, którego obietnica wyzwolenia spod rządów Rzymu nie ziściła się za jego krótkiego życia. Zelota przedstawia – z odkrywczej perspektywy – jedną z najwspanialszych historii świata, kładąc nacisk na radykalny i rewolucyjny charakter życia i misji Jezusa z Nazaretu. Rezultatem tego historyczno-literackiego wyzwania jest fascynująca i kontrowersyjna biografia, w której historyczne fakty układają się niczym w powieści sensacyjnej: mamy tu genialny portret Jezusa jako człowieka, jego czasów i narodzin religii.

Reza Aslan jest uznanym pisarzem i religioznawcą. Jego pierwsza książka „No god but God” była bestsellerem i przełożono ją na kilkanaście języków. Brytyjska sieć księgarń Blackwell ogłosiła, że jest ona jedną ze stu najważniejszych książek ostatniej dekady. Zelota wywołał burzę i wskoczył na pierwsze miejsce list bestsellerów. Autor urodził się w Iranie, obecnie mieszka w Los Angeles, gdzie jako profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Kalifornijskiego prowadzi zajęcia z warsztatu literackiego.

Opinie o ebooku Zelota - Reza Aslan

Fragment ebooka Zelota - Reza Aslan

Tytuł oryginału: ZEALOT
Redakcja: MAŁGORZATA GRUDNIK-ZWOLIŃSKA
Korekta: BRONISŁAWA DZIEDZIC-WESOŁOWSKA
Projekt okładki: MACIEJ SZYMANOWICZ
Zdjęcie na okładce: fragment obrazu Carla Blocha / Hope Gallery, Inc.
Projekt okładki: MACIEJ SZYMANOWICZ
Redakcja techniczna: MARIUSZ TELER
Redaktor prowadząca: AGNIESZKA KOSZAŁKA
Skład i łamanie: KATKA, Warszawa
Copyright © 2013 by Reza Aslan Map and illustration copyright © 2013 by Laura Hartman Maestro All rights reserved.
This translation published by arrangement with Random House, an imprint of The Random House Publishing Group, a division of Random House LLC.
Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2014
ISBN 978-83-7778-829-5
Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa, ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, 360 38 42; fax (48 22) 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77
Konwersja: eLitera s.c.

Od autora

Kiedy miałem piętnaście lat, odnalazłem Jezusa.

Wakacje po ukończeniu drugiej klasy szkoły średniej spędziłem na młodzieżowym obozie ewangelizacyjnym w północnej Kalifornii, wśród zalesionych pól i pod bezkresnym błękitem nieba, gdzie w atmosferze spokoju i życzliwej zachęty nietrudno było usłyszeć głos Boga. Pośród sztucznych jezior i majestatycznych sosen śpiewaliśmy we wspólnym gronie piosenki, bawiliśmy się i opowiadaliśmy sobie tajemnice, delektując się wolnością od presji obowiązków domowych i szkolnych. Wieczorami zbieraliśmy się w rozświetlonej blaskiem ognia sali w centrum obozu. Właśnie tam usłyszałem niezwykłą historię, która miała na zawsze zmienić moje życie.

Powiedziano mi, że przed dwoma tysiącami lat w starożytnej krainie o nazwie Galilea narodził się jako bezbronne dziecko Bóg nieba i ziemi. Dziecko wyrosło na mężczyznę bez skazy. Mężczyzna ten został Chrystusem, zbawcą ludzkości. Swoimi słowami i cudami rzucił wyzwanie Żydom, którzy uważali się za wybrańców Boga, za co oni doprowadzili do jego ukrzyżowania. Choć mógł uniknąć okrutnego losu, pozwolił się zabić. Śmierć stanowiła sens tej historii, bo jego ofiara uwolniła nas od ciężaru naszych grzechów. Ale to nie koniec: trzy dni później Jezus zmartwychwstał, otoczony boską, natchnioną aurą, dzięki czemu wszyscy ci, którzy w niego wierzą i przyjmują go do serca, też nigdy nie umrą i czeka ich życie wieczne.

Dla dziecka wychowanego w mieszanej rodzinie umiarkowanych muzułmanów i zdeklarowanych ateistów to była najwspanialsza opowieść pod słońcem. Nigdy wcześniej wezwanie od Boga nie miało dla mnie tak osobistego charakteru. W Iranie, gdzie się urodziłem, byłem muzułmaninem, ponieważ byłem Persem. Moja religia i tożsamość etniczna były ze sobą wzajemnie powiązane. Jak dla większości ludzi urodzonych w danej tradycji religijnej, wiara była dla mnie niczym druga skóra, i podobnie jak skórę traktowałem ją bezrefleksyjnie. Po tym, jak rewolucja islamska zmusiła moją rodzinę do ucieczki, religia w ogóle, a islam w szczególności stały się w naszym domu tematem tabu. Islam zaczął symbolizować wszystko, co straciliśmy na rzecz mułłów, którzy teraz rządzili Iranem. Matka nadal modliła się, kiedy nikt jej nie widział, i nadal można było znaleźć ukryty w szafie albo szufladzie zabłąkany egzemplarz Koranu. Ale z naszego życia w dużej mierze zniknął jakikolwiek ślad Boga.

Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Przecież w Stanach w latach osiemdziesiątych muzułmanie byli traktowani jak przybysze z Marsa. Wiara stanowiła znamię, najbardziej rzucający się w oczy symbol mojej obcości; musiałem ją ukryć.

Z drugiej strony Jezus był esencją Stanów Zjednoczonych. Centralną postacią narodowej epopei Ameryki. Przyjąć go do serca było dla mnie jedynym sposobem, żeby poczuć się Amerykaninem. Nie znaczy to, że za moim nawróceniem stał oportunizm. Przeciwnie, zapłonąłem całkowitym oddaniem dla nowo odkrytej wiary. Przedstawiono mi Jezusa, który był nie tylko „Panem i Zbawicielem”, ale najlepszym przyjacielem, kogoś, z kim mogłem wejść w głęboki i osobisty związek. Jako nastolatek usiłujący zrozumieć chaotyczny świat, którego dopiero zaczynałem być świadomy, nie mogłem nie przyjąć takiego zaproszenia.

Natychmiast po powrocie z obozu z zapałem zacząłem dzielić się Dobrą Nowiną Jezusa Chrystusa z moimi znajomymi i rodziną, sąsiadami i kolegami z klasy, niedawno poznanymi ludźmi i spotkanymi na ulicy nieznajomymi: tymi, którzy słuchali jej chętnie, i tymi, którzy odpowiadali agresją. Jednak podczas mojej krucjaty, która miała zbawić wszystkie dusze świata, stało się coś niespodziewanego. Im bardziej zagłębiałem się w Biblię, szukając oręża na rozwianie obiekcji niewiernych, tym większy odkrywałem rozdźwięk między Jezusem z Ewangelii a Jezusem historycznym – między Jezusem Chrystusem a Jezusem z Nazaretu. W college’u, kiedy zacząłem poznawać historię religii, ten początkowy niepokój szybko podsycił moje poważne wątpliwości.

Podstawą chrześcijaństwa ewangelicznego, przynajmniej wedle tego, czego mnie uczono, jest bezwarunkowa wiara, że każde słowo Biblii pochodzi od Boga i jako takie jest prawdziwe, dosłowne i nieomylne. Kiedy nagle zrozumiałem, że pogląd ten jest bezsprzecznie i w oczywisty sposób fałszywy, że w Biblii pełno jest rażących błędów i sprzeczności – czego można się spodziewać po dokumencie pisanym przez setki autorów w ciągu tysięcy lat – poczułem się zdezorientowany i pozbawiony duchowej ostoi. I jak wiele osób w moim położeniu ze złością odrzuciłem wiarę niczym kosztowną podróbkę, na którą dałem się nabrać. Zacząłem znów rozmyślać o wierze i kulturze moich przodków; bliskość i głęboka zażyłość, jaką odnalazłem w nich jako dorosły, wydały mi się bez porównania istotniejsze niż w czasach, kiedy obcowałem z nimi jako dziecko. Poczułem się zupełnie tak, jakbym po wielu latach rozłąki odnowił kontakt ze starym przyjacielem.

Dalej prowadziłem studia religijne, zagłębiając się w Biblię już nie jako bezrefleksyjny apologeta, ale wnikliwy badacz. Kiedy odrzuciłem założenie, że wszystko, co czytam, jest prawdziwe w dosłownym sensie, zdałem sobie sprawę z istotniejszej prawdy zawartej w tekście, prawdy świadomie oddzielonej od wymogów historii. Jak na ironię, im więcej wiedziałem o życiu Jezusa historycznego, o burzliwym świecie, w którym żył, i o brutalności rzymskiej okupacji, której się przeciwstawił, tym bardziej mnie on fascynował. Ten żydowski chłop i rewolucjonista, który rzucił wyzwanie rządom najpotężniejszego imperium w historii świata i poniósł klęskę, stał mi się znacznie bliższy niż nierealna, nieziemska istota, którą przedstawiono mi w kościele.

Dzisiaj mogę z pewnością powiedzieć, że dwie dekady wnikliwych badań naukowych na temat źródeł chrześcijaństwa uczyniły ze mnie znacznie bardziej zagorzałego zwolennika Jezusa z Nazaretu niż Jezusa Chrystusa. Mam nadzieję, że moja książka będzie głosić Dobrą Nowinę Jezusa historycznego z takim samym zapałem, jaki kiedyś wkładałem w głoszenie historii Chrystusa.

Zanim zaczniemy nasze rozważania, spróbujmy uzmysłowić sobie kilka kwestii. Na każdy udokumentowany, poparty wynikami badań i autorytetem naukowym argument za istnieniem historycznego Jezusa przypada udokumentowany, poparty wynikami badań i autorytetem naukowym kontrargument. Zamiast obciążać czytelnika ciągnącym się od wieków sporem o życie i misję Jezusa z Nazaretu, oparłem swoją narrację na wywodzie moim zdaniem najbardziej trafnym i racjonalnym, czerpiąc z dwóch dekad pracy naukowej poświęconej Nowemu Testamentowi i historii wczesnego chrześcijaństwa. W obszernym komentarzu zamieszczonym na końcu książki przedstawiam szczegółowe dane na temat swoich źródeł, a gdzie tylko było to możliwe, również argumenty przeciwników mojej interpretacji.

Wszystkie przekłady Nowego Testamentu z greki na angielski są mojego autorstwa[1] (nie bez wsparcia moich przyjaciół Liddella i Scotta[2]). W tych nielicznych wypadkach, kiedy nie tłumaczę bezpośrednio fragmentu Nowego Testamentu, opieram się na przekładzie New Revised Standard Version[3]. Wszystkie przekłady na angielski z języków hebrajskiego i aramejskiego są autorstwa dr. Iana C. Werretta, profesora religioznawstwa w Saint Martin’s University.

Odniesienia w tekście do źródła Q (materiału wykorzystanego w Ewangeliach Mateusza i Łukasza) oznacza się następująco: (Mateusz|Łukasz), gdzie kolejność ksiąg będzie wskazywać, z której Ewangelii pochodzi cytat. Czytelnik zauważy, że tworząc zarys historii Jezusa, opieram się przede wszystkim na Ewangelii Marka i Q, jako najwcześniejszych, i co za tym idzie, najbardziej wiarygodnych źródłach wiedzy o życiu Nazarejczyka. Ogólnie rzecz biorąc, nie zagłębiałem się zbyt szczegółowo w treść tak zwanych ewangelii gnostyckich. Choć teksty te są niezwykle istotne dla przedstawienia różnorodności opinii wczesnych chrześcijan na temat tego, kim był Jezus i jaki był sens jego nauk, nie rzucają one światła na postać Jezusa historycznego.

Choć właściwie jednogłośnie przyjmuje się, że – być może z wyjątkiem Ewangelii Łukasza i Dziejów Apostolskich – ewangelii nie napisali ludzie, których imiona posłużyły za ich nazwy, dla wygody i klarowności wywodu będę się odnosił do autorów Ewangelii zgodnie z przyjętym zwyczajem.

Zamiast: „Stary Testament” stosuję bardziej precyzyjne określenie „Biblia hebrajska”.

Wprowadzenie

To cud, że wiemy cokolwiek o człowieku zwanym Jezusem z Nazaretu. Widok wykrzykującego opowieści o końcu świata, wędrującego od wsi do wsi kaznodziei, za którym podążała zgraja w łachmanach, nie był w czasach Jezusa rzadkością – przeciwnie, był tak powszechny, że budził śmiech rzymskiej elity. W karykaturalnym opisie takiej właśnie postaci grecki filozof Celsus wyobraża sobie żydowskiego świętego męża, który przemierza Galileę, krzycząc nie wiadomo do kogo: „Ja jestem Bogiem, Synem Bożym albo Duchem Bożym. Przybywam, bo świat ginie i wy, ludzie, giniecie z powodu swych niegodziwości. Chcę was ocalić; zobaczycie mnie ponownie przybywającego z mocą niebieską”[4].

Pierwszy wiek był epoką oczekiwania na nadejście apokalipsy przez Żydów z Palestyny; tak Rzymianie nazywali wielką połać lądu obejmującą dzisiejsze terytorium Izraela/Palestyny, jak również znaczne części Jordanii, Syrii i Libanu. Niezliczeni prorocy, kaznodzieje i mesjasze wędrowali po Ziemi Świętej, głosząc opowieści o nadciągającym sądzie Pana. Znamy imiona wielu z tych tak zwanych fałszywych proroków. Kilku wymienia nawet Nowy Testament. Według Dziejów Apostolskich prorok Teudas miał czterystu uczniów, gdy Rzymianie pojmali go i ścięli. Tajemniczy charyzmatyczny osobnik znany jako Egipcjanin zgromadził na pustyni armię zwolenników, których niemal w całości wybiły oddziały rzymskie. W 4 r. p.n.e., kiedy zdaniem większości badaczy urodził się Jezus z Nazaretu, pewien ubogi pasterz Atrongajos włożył sobie na głowę diadem i ogłosił się „królem Żydów”; on i jego poplecznicy zostali brutalnie zgładzeni przez legion żołnierzy. Kolejnego samozwańczego mesjasza, niejakiego Samarytanina, kazał ukrzyżować Poncjusz Piłat, choć ów nie miał armii i w żaden sposób nie zagrażał Rzymowi – co wskazywało, że władze, wyczuwając aurę apokaliptycznych nastrojów, stały się nadzwyczaj wyczulone na wszelkie oznaki buntu. Byli też: przywódca rozbójników Ezechiasz, Szymon z Perei, Juda Galilejczyk, jego wnuk Menachem, Szymon syn Giorasa i Szymon bar Kosiba – wszyscy oni mieli mesjańskie ambicje i wszystkich spotkała za to w Rzymie śmierć. Dodajmy do tej listy sektę esseńczyków, spośród których część mieszkała na odludziu na suchym płaskowyżu Qumran na północno-zachodnim wybrzeżu Morza Martwego; żydowską grupę rewolucjonistów z pierwszego wieku zwaną zelotami, którzy pomogli wzniecić krwawe powstanie przeciwko Rzymowi; i nieustraszonych rozbójników-zabójców, których Rzymianie nazwali sykaryjczykami (nożownikami). Wyłaniająca się tak oto panorama Palestyny pierwszego wieku skrzy się od mesjańskiej energii.

Niełatwo jednoznacznie połączyć Jezusa z Nazaretu z którymś z dominujących w tym czasie ruchów religijno-politycznych. Człowiek ów był pełen sprzeczności, jednego dnia głosił wykluczenie na tle rasowym: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela” (Mt 15,24), kolejnego dobroduszny uniwersalizm: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19); czasami namawiał do pokoju za wszelką cenę: „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi” (Mt 5,9), kiedy indziej pochwalał przemoc i konflikt: „A kto nie ma [trzosa], niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz!” (Łk 22,36).

Kłopot z precyzyjną rekonstrukcją postaci historycznego Jezusa bierze się stąd, że – wyjąwszy Nowy Testament – nie ma właściwie żadnych pozostałości po człowieku, który w tak trwały sposób wpłynął na bieg historii. Najwcześniejsza i najbardziej wiarygodna niebiblijna wzmianka o Jezusie pojawia się u żydowskiego historyka z pierwszego wieku Józefa Flawiusza (zm. 100 r.). W krótkiej dygresji w Dawnych dziejach Izraela Flawiusz pisze o zuchwałym żydowskim arcykapłanie Annaszu (Ananosie Młodszym), który po śmierci rzymskiego gubernatora Festusa niesłusznie skazał „Jakuba, brata Jezusa zwanego Chrystusem”[5] na ukamienowanie za naruszenie prawa. Fragment ów opisuje też, co się stało z Ananosem, kiedy nowy prokurator, Albin, przybył do Jerozolimy.

Wzmianka ta, choć lakoniczna i lekceważąca (zwrot „ten, którego zwą Chrystusem” ma wyraźnie pogardliwy wydźwięk), mimo wszystko wiele znaczy dla poszukiwaczy śladów Jezusa historycznego. W społeczeństwie, w którym nie używano nazwisk, imię Jakub wymagało dodatkowego określenia – miejsca narodzin bądź imienia ojca – żeby odróżnić je od wszystkich innych Jakubów żyjących w Palestynie (stąd też mowa o Jezusie z Nazaretu). W tym wypadku za przydomek Jakuba posłużyło jego pokrewieństwo z osobą, która, zdaniem Józefa Flawiusza, nie będzie czytelnikowi obca. Fragment ten dowodzi nie tylko tego, że „Jezus zwany Chrystusem” prawdopodobnie istniał, ale że w roku 94, kiedy powstały Dawne dzieje Izraela, był on powszechnie uznawany za założyciela nowego i trwałego ruchu.

To właśnie ów ruch, nie jego założyciel, przyciągnął uwagę historyków z drugiego wieku: Tacyta (zm. 118 r.) i Pliniusza Młodszego (zm. 113 r.). Obaj wspominają o Jezusie z Nazaretu, ale piszą o nim niewiele, z wyjątkiem pojmania i egzekucji; choć ważne, jak się przekonamy, w sensie historycznym ich relacje nie rzucają światła na szczegóły z życia Jezusa. Dlatego też zostają nam wyłącznie informacje zawarte w Nowym Testamencie.

Pierwsze spisane świadectwo o Jezusie z Nazaretu pochodzi z listów św. Pawła, jednego z pierwszych uczniów Jezusa, który zginął około 66 roku. (Pierwszy list Pawła, 1 Tes, powstał zapewne między 48 a 50 rokiem, około dwudziestu lat po śmierci Jezusa).

Kłopot ze św. Pawłem polega jednak na jego wyjątkowym braku zainteresowania Jezusem historycznym. W listach znalazły się tylko trzy sceny z życia Jezusa: Ostatnia Wieczerza (1 Kor 11,23–26), ukrzyżowanie (1 Kor 2,2) i, co dla Pawła było szczególnie istotne, zmartwychwstanie, bez którego, jak twierdzi: „daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” (1 Kor 15,14). Listy św. Pawła mogą być doskonałym źródłem dla badaczy wczesnego chrześcijaństwa, ale nie dają wglądu w postać Jezusa historycznego.

Zostają nam więc Ewangelie, choć i one jako źródło również nie są pozbawione problemów. Przede wszystkim, być może oprócz Ewangelii św. Łukasza, żadna nie została spisana przez osobę wymienianą w jej nazwie. To się zresztą tyczy większości ksiąg Nowego Testamentu. Ta tak zwana pseudoepigrafia, czyli przypisywanie autorstwa dzieła innej osobie, była w starożytności praktyką powszechną i w żadnym wypadku nie należy traktować jej jako fałszerstwa. Korzystano z tego sposobu, żeby dać wyraz poglądom danej osoby bądź zaznaczyć jej przynależność do konkretnego nurtu filozofii. Niezależnie od tego Ewangelie nie są ani nie miały być historycznym zapisem życia Jezusa. Nie są to relacje naocznych świadków opisujących słowa i czyny Jezusa z perspektywy ludzi, którzy go znali. To świadectwa wiary spisane przez społeczność wiernych wiele lat po wydarzeniach, których dotyczą. Krótko mówiąc, Ewangelie opisują Jezusa Chrystusa, nie Jezusa człowieka.

W kwestii powstania Ewangelii największym poważaniem cieszy się „hipoteza dwóch źródeł”, wedle której relację św. Marka spisano po 70 roku, około czterdziestu lat po śmierci Jezusa. Marek dysponował zbiorem ustnych i być może również spisanych podań, które latami przekazywali sobie pierwsi uczniowie Jezusa. Porządkując bezład przekazów wedle chronologicznego klucza, Marek stworzył zupełnie nowy gatunek literacki zwany ewangelią, co po grecku znaczy „dobra nowina”. Jednak Ewangelia św. Marka jest dla wielu chrześcijan relacją lakoniczną i niezadowalającą. Brakuje w niej opowieści o dzieciństwie; Jezus po prostu pojawi się pewnego dnia na brzegu Jordanu, gdzie przyjmuje chrzest od Jana Chrzciciela. Nie ma sceny zmartwychwstania. Jezus zostaje ukrzyżowany. Jego ciało zostaje złożone w grobowcu. Kilka dni później grób jest pusty. Lapidarna opowieść Marka o życiu i działalności Jezusa pozostawiła wśród wczesnych chrześcijan niedosyt, więc to następcy Marka, Mateusz i Łukasz, musieli rozwinąć istniejący tekst.

Dwadzieścia lat po Marku, w latach 90–100, autorzy Ewangelii św. Mateusza i Łukasza, pracując niezależnie od siebie i korzystając z rękopisu Marka, poprawili opowieść ewangeliczną, dodając własne tradycje, w tym dwie różne i wzajemnie sprzeczne opowieści o dzieciństwie, jak również szereg rozbudowanych opowieści o zmartwychwstaniu, które miały zaspokoić ciekawość chrześcijan. Mateusz i Łukasz czerpali również ze starego i dość rozpowszechnionego zbioru mów Jezusa, który badacze nazwali Q (od niemieckiego wyrazu Quelle, czyli „źródło”). Choć do naszych czasów dokument ów nie dotrwał, możemy odtworzyć zarys jego treści, analizując te wersy, które powtarzają się w relacjach Mateusza i Łukasza, a nie występują w podaniu Marka.

Razem te trzy Ewangelie – Marka, Mateusza i Łukasza – nazywa się synoptycznymi (z greki: „widziane razem”), ponieważ podany w nich zarys fabularny i chronologiczny życia i działalności Jezusa jest podobny, a zarazem znacząco różni się od czwartej Ewangelii, św. Jana, prawdopodobnie napisanej na początku drugiego wieku, w latach 100–120.

Ewangelie te należą do kanonu. Jednak nie są jedyne. Mamy teraz dostęp do całej biblioteki niekanonicznych tekstów powstałych w dużej mierze w drugim i trzecim wieku, które stawiają życie Jezusa z Nazaretu w zupełnie nowym świetle. Należą do nich Ewangelia Tomasza, Ewangelia Filipa, Apokryf Jana, Ewangelia Marii Magdaleny i zbiór tak zwanych pism gnostyckich odkrytych w 1945 roku w Górnym Egipcie, nieopodal miasta Nag Hammadi. Choć nie znalazły się one w zbiorze tekstów, które złożyły się ostatecznie na Nowy Testament, są ważne, gdyż pokazują zdecydowanie różne opinie na temat tożsamości i roli Jezusa nawet wśród tych, którzy podawali się za jego towarzyszy, dzielili z nim strawę, słuchali jego mów i się z nim modlili.

Są tylko dwa konkretne fakty historyczne na temat Jezusa z Nazaretu, które możemy uznać za pewne: po pierwsze, że Jezus był Żydem, który stał na czele popularnego żydowskiego ruchu w Palestynie na początku pierwszego wieku naszej ery; po drugie, że został za to przez Rzymian ukrzyżowany. Same w sobie fakty te nie składają się na dokładny portret życia człowieka sprzed dwóch tysięcy lat. Ale jeżeli połączymy je z tym, co wiemy na temat burzliwej epoki, w której żył Jezus – a dzięki Rzymianom wiemy bardzo dużo – te dwa fakty pozwalają nam nakreślić obraz Jezusa z Nazaretu, który będzie się odznaczał większą precyzją, niż gdybyśmy opierali się wyłącznie na Ewangeliach. Rzeczywiście Jezus, który wyłania się z tego ćwiczenia historycznego – gorliwy rewolucjonista porwany, jak wszyscy Żydzi tej epoki, przez religijne i polityczne zamieszki w Palestynie pierwszego wieku – nie przywodzi na myśl wizji łagodnego pasterza, którą krzewili pierwsi chrześcijanie.

Weźmy pod uwagę kwestię następującą: ukrzyżowanie było karą, którą Rzymianie wymierzali praktycznie wyłącznie za wichrzycielstwo. Tabliczka – zwana titulus – z napisem „król żydowski”, którą Rzymianie umieścili nad głową wijącego się z bólu Jezusa, wbrew powszechnemu przekonaniu nie miała charakteru prześmiewczego. Każdy przestępca, który zawisł na krzyżu, otrzymywał tabliczkę z opisem występku, za który ma ponieść śmierć. Przestępstwem, które popełnił Jezus, zdaniem Rzymu, był zamiar objęcia tronu królestwa (czyli zdrada), ta sama zbrodnia, za którą skazano na śmierć właściwie wszystkich ówczesnych piewców mesjanizmu. Jezus nie umarł zresztą sam; po obu jego stronach wisieli mężczyźni, których po grecku nazywa się lestai, co często tłumaczy się jako złodziei, ale w rzeczywistości oznacza rozbójników; Rzymianie tak określali powstańców i wywrotowców.

Trzech rebeliantów na pokrytym krzyżami wzgórzu, a na każdym krzyżu wisi umęczone i zakrwawione ciało człowieka, który śmiał sprzeciwić się woli Rzymu. Ten obraz już sam w sobie mógłby rzucić cień wątpliwości na przedstawiony w Ewangeliach portret Jezusa jako człowieka bezwarunkowo pokojowego i prawie zupełnie odizolowanego od politycznych zawirowań epoki. Twierdzenie, jakoby przywódca popularnego ruchu mesjańskiego domagającego się zaprowadzenia „królestwa Bożego” – zwrot ten zarówno przez Żydów, jak i przez pogan odczytany by został jako zapowiedź buntu przeciwko władzy Rzymu – mógł stać na uboczu rewolucyjnego ferworu, który ogarnął właściwie wszystkich Żydów w Judei, jest po prostu absurdalne.

Dlaczego autorzy czterech Ewangelii mieliby tak bardzo dbać o osłabienie wywrotowego charakteru Dobrej Nowiny i ruchu Jezusa? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przede wszystkim wiedzieć, że prawie każda ewangeliczna opowieść na temat życia i misji Jezusa z Nazaretu powstała po żydowskim powstaniu przeciwko Rzymowi w 66 roku. Grupa żydowskich rewolucjonistów, natchnionych wiarą w Boga, nakłoniła innych Żydów do buntu. O dziwo, rebeliantom udało się wyzwolić Ziemię Świętą spod okupacji Rzymian. Przez cztery wspaniałe lata miastem Boga znów rządzili Żydzi. Potem, w 70 roku, Rzymianie powrócili. Po krótkim oblężeniu Jerozolimy żołnierzom udało się sforsować mury miasta i zgotować mieszkańcom piekło. Mordowali każdego, kto stanął im na drodze, ciała znosili na Wzgórze Świątynne. Po bruku ulic popłynęła rzeka krwi. Kiedy rzeź dobiegła końca, żołnierze podpalili świątynię. Pożar rozszalał się poza Wzgórze Świątynne, pochłaniając łąki, gospodarstwa i drzewa oliwne Jerozolimy. Wszystko spłonęło. Józef Flawiusz podsumował ogrom spustoszeń świętego miasta, pisząc, że nie zostało nic, co mogłoby świadczyć o tym, że Jerozolima była kiedykolwiek zamieszkana. Zabito dziesiątki tysięcy Żydów. Resztę wyprowadzono z miasta w kajdanach.

Trudno wyobrazić sobie traumę narodu żydowskiego w obliczu tej tragedii. Przepędzeni z ziemi obiecanej im przez Boga, zmuszeni do zamieszkania na wygnaniu wśród pogan cesarstwa rzymskiego, rabini drugiego wieku stopniowo i świadomie odłączyli judaizm od radykalnego nacjonalizmu z zacięciem mesjanistycznym, który doprowadził do nieszczęsnej wojny z Rzymem. Życie duchowe Żydów przeniosło się ze świątyni na studiowanie Tory, i tak powstał judaizm rabiniczny.

Chrześcijanie również odczuwali potrzebę zdystansowania się od rewolucyjnego zapału, który doprowadził do splądrowania Jerozolimy, nie tylko dlatego, że w ten sposób ówczesny Kościół mógł zażegnać gniew mściwego Rzymu, ale również dlatego, że judaizm znalazł się na cenzurowanym, a Rzymianie stali się głównym celem działalności ewangelicznej Kościoła. Tak wyglądał początek długiego procesu mającego na celu zmienić Jezusa – żydowskiego rewolucjonistę i nacjonalistę – w pokojowego przywódcę duchowego odrzucającego wszelkie ziemskie problemy. Taki Jezus był do przyjęcia dla Rzymian i takiego właśnie trzysta lat później przyjęli, kiedy cesarz rzymski Flawiusz Teodozjusz (zm. 395 r.) uczynił z ruchu wędrownego żydowskiego kaznodziei państwową religię, co stanowiło moment narodzin tego, co dziś nazwalibyśmy ortodoksyjnym chrześcijaństwem.

Książka ta jest próbą odtworzenia, w miarę możliwości, Jezusa jako postaci historycznej, Jezusa sprzed powstania chrześcijaństwa: świadomego politycznie żydowskiego rewolucjonisty, który dwa tysiące lat temu przemierzał ziemie Galilei, przygarniając uczniów do swojego mesjanistycznego ruchu. Chciał ustanowić królestwo Boże, ale misja się nie powiodła, kiedy po butnym wkroczeniu do Jerozolimy i zuchwałym ataku na świątynię został pojmany i stracony przez Rzymian za wichrzycielstwo. Książka mówi również o tym, jak po porażce planu Jezusa jego uczniowie nie tylko zaczęli inaczej pojmować charakter jego misji i tożsamości, ale postrzegali też w inny sposób istotę i koncepcję żydowskiego Mesjasza.

Niektórzy uważają takie podejście za stratę czasu, przeświadczeni, że opowieść o historycznym Jezusie bezpowrotnie zaginęła w mrokach dziejów. Przebrzmiała już euforia czasów „poszukiwania Jezusa historycznego”, kiedy naukowcy byli przekonani, że współczesne metody badawcze i poszukiwania historyczne pozwolą nam odkryć prawdziwą tożsamość Jezusa. Zdaniem tych badaczy nie ma już znaczenia, jaki on był naprawdę. Powinniśmy się raczej skoncentrować na tym jedynym, o którym coś wiemy: Jezusie Chrystusie.

To oczywiste, że pisanie biografii Jezusa z Nazaretu nie jest tym samym, co pisanie biografii Napoleona Bonapartego. Zadanie to jest dość zbliżone do układania puzzli, kiedy do dyspozycji mamy tylko kilka elementów; z konieczności trzeba zastępować brakujące części najlepszymi, najtrafniejszymi hipotezami na temat całości. Wielki teolog chrześcijański Rudolf Bultmann mawiał, że poszukiwanie Jezusa historycznego to, w ostatecznym rozrachunku, poszukiwanie duchowe. Badacze widzą go takiego, jakiego chcą zobaczyć. Zbyt często widzą samych siebie – swoje własne odbicie – w odtworzonym obrazie Jezusa.

A jednak ta najlepsza, najbardziej precyzyjna hipoteza może wystarczyć, żeby przynajmniej zakwestionować nasze założenia o Jezusie z Nazaretu. Jeżeli poddamy tezy Ewangelii rygorom analizy historycznej, będziemy mogli oczyścić podania z ich literackich i teologicznych ozdobników i spreparować dużo trafniejszy obraz Jezusa historycznego. Jeżeli postawimy sobie za cel umieszczenie Jezusa w społecznym, religijnym i politycznym kontekście epoki, w której żył – epoki nacechowanej narastającym powoli buntem przeciwko Rzymowi, który miał na zawsze zmienić istotę i praktykę judaizmu – wtedy, w pewnym sensie, jego biografia napisze się sama.

Jezus, który wyłoni się dzięki takiemu podejściu, być może nie będzie postacią zgodną z naszymi oczekiwaniami; z całą pewnością nie będzie to Jezus odpowiadający wizji współczesnego chrześcijaństwa. Ale koniec końców to jedyny Jezus, którego można przedstawić za pomocą analizy historycznej.

Reszta jest kwestią wiary.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Polski przekład za Biblią Tysiąclecia (wszystkie przypisy na dole strony pochodzą od tłumacza).

[2] Mowa o Greek-English Lexicon Henry’ego George’a Liddella, Roberta Scotta i Rodericka McKenzie’ego.

[3] Wydany w 1989 roku przekład Biblii na język angielski.

[4] Orygenes, Przeciw Celsusowi, 7, 9.

[5] Józef Flawiusz, Dawne dzieje Izraela, XX 9, 1.