Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 123

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Żebys nie zgubił się w dzielnicy - Patrick Modiano

Historia Jeana Daragane’a, pisarza samotnie mieszkającego w Paryżu, zaczyna się od tajemniczego telefonu. Z mężczyzną kontaktuje się niejaki Ottolini, który twierdzi, że znalazł jego notes z adresami zgubiony jakiś czas wcześniej. Kiedy wreszcie się spotykają, Ottolini zachowuje się jak szantażysta, a do kawiarni przychodzi z intrygującą kobietą. To, kim jest jego towarzyszka – ofiarą czy wspólniczką – pozostaje największą zagadką… Książka laureata Literackiej Nagrody Nobla z 2014 roku. Proza, która zada­je pytania, nie udzielając odpowiedzi; drąży wspomnienia, igrając z pamięcią. W specyficznym dla autora świecie czas i prze­strzeń jakby się kurczą, a przeszłość i teraźniejszość przeplatają się wzajemnie, pozostawiając czytelnikowi do odkrycia wiele interesu­jących aluzji.

Opinie o ebooku Żebys nie zgubił się w dzielnicy - Patrick Modiano

Fragment ebooka Żebys nie zgubił się w dzielnicy - Patrick Modiano

Tytuł oryginału:

POUR QUE TU NE TE PERDES PAS DANS LE QUARTIER

Copyright © Éditions Gallimard, 2014.

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Barbara Meisner, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-7999-658-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Nie mogę dać tu realności faktów,

mogę dać tylko ich cień.

STENDHAL

(przeł. T. Żeleński-Boy)

Takie nic. Jak ukąszenie owada, które zrazu wydaje się leciutkie. Tak sobie przynajmniej mówisz cicho dla pokrzepienia. Telefon u Jeana Daragane’a zadzwonił około czwartej po południu w pokoju nazywanym przezeń „gabinetem”. Jean zdrzemnął się na kanapie w głębi, z dala od promieni słońca. A dzwonienie, od którego dawno już odwykł, nie ustawało. Co za natręt? Może na drugim końcu linii zapomniano się rozłączyć. W końcu wstał i skierował się do części pokoju przy oknie, tam gdzie słońce za mocno grzało.

– Chciałbym mówić z panem Jeanem Daragane’em.

Głos wątły i grożący. Takie było jego pierwsze wrażenie.

– Czy pan Daragane? Słyszy mnie pan?

Daragane miał ochotę odłożyć słuchawkę. Tylko co by to dało? Dzwonienie zaczęłoby się znowu, nieustające. I chyba jedynie definitywne przecięcie kabla…

– Słucham pana.

– Chodzi o pański notes z adresami.

Zgubił go w zeszłym miesiącu w pociągu, którym jechał na Lazurowe Wybrzeże. Tak, to musiało być w tym pociągu. Notes niewątpliwie wypadł mu z kieszeni marynarki, kiedy wyjmował bilet, by okazać go konduktorowi.

Na okładce widniał napis: W RAZIE ZGUBIENIA ZNALAZCA PROSZONY JEST O ODESŁANIE NOTESU DO. I Daragane kiedyś machinalnie wpisał tam swoje nazwisko, adres oraz numer telefonu.

– Przyniosę go panu. W dogodnym dla pana dniu i o wskazanej porze.

Tak, zdecydowanie głos wątły i grożący. A wręcz, pomyślał Daragane, głos szantażysty.

– Wolałbym, żebyśmy się spotkali gdzieś w mieście.

Zebrał się w sobie, by zapanować nad zdenerwowaniem. Pomimo że chciał mówić obojętnie, własny głos wydał mu się naraz zdławiony.

– Jak pan sobie życzy. – Zapadła cisza. – Szkoda. Jestem blisko pańskiego mieszkania. Chciałbym oddać panu notes do rąk własnych.

Daragane się zastanowił, czy ten człowiek nie stoi aby przed budynkiem i czy nie będzie tam tkwił, czyhając na jego wyjście. Musiał się go pozbyć jak najszybciej.

– Spotkajmy się jutro po południu – rzekł wreszcie.

– Jak pan chce. Ale w pobliżu mojego miejsca pracy. W okolicy dworca Saint-Lazare.

Daragane już chciał odłożyć słuchawkę, lecz zdołał zachować zimną krew.

– Wie pan, gdzie jest rue de l’Arcade? – zapytał tamten. – Moglibyśmy się spotkać w kawiarni. Rue de l’Arcade numer czterdzieści dwa.

Daragane zanotował adres. Odetchnął i powiedział:

– Znakomicie. Rue de l’Arcade czterdzieści dwa jutro o piątej po południu.

I rozłączył się, nie czekając na odpowiedź rozmówcy. Zaraz pożałował, że zachował się tak obcesowo, złożył to jednak na karb upału, który od kilku dni wisiał nad Paryżem, skwaru niezwykłego jak na wrzesień. Ta spiekota wzmagała jeszcze jego samotność. Przez nią siedział zamknięty w tym pokoju aż do zachodu słońca. W dodatku telefon nie odzywał się od miesięcy. A jeśli chodzi o komórkę leżącą na biurku, sam już nie pamiętał, kiedy używał jej ostatnio. Ledwie potrafił ją obsługiwać, często się mylił, wciskając klawisze.

Gdyby ten człowiek nie zadzwonił, puściłby w niepamięć utratę notesu. Próbował sobie przypomnieć zapisane w nim nazwiska. W poprzednim tygodniu chciał go nawet odtworzyć i na czystej kartce zaczął sporządzać listę. Ale po chwili podarł papier. Żadne nazwisko nie należało do osoby, która liczyłaby się w jego życiu i której adres oraz numery telefonów musiałby zapisać. Dane tych ludzi znał na pamięć. W zgubionym notesie figurowali jedynie znajomi, o których mówi się, że to „kontakty zawodowe”, parę adresów rzekomo przydatnych, w sumie nie więcej jak trzydzieści nazwisk. W tym kilka kwalifikujących się do usunięcia, ponieważ wyszły już z obiegu. Po zgubieniu notesu martwiło go wyłącznie to, że widniało na nim jego nazwisko, a także adres. Oczywiście mógł nie pójść na spotkanie, mógł kazać na darmo czekać temu człowiekowi pod numerem 42 przy rue de l’Arcade. Tyle że wówczas coś na zawsze pozostałoby niewyjaśnione, jakieś zagrożenie by przetrwało. Często w puste samotne popołudnia marzył, że telefon dzwoni i słodki głos wyznacza mu spotkanie. Pamiętał tytuł przeczytanej kiedyś powieści: Czas spotkań. Może dla niego ów czas jeszcze nie minął. Ale głos słyszany w telefonie przed chwilą nie wzbudzał zaufania. Był zarazem wątły i grożący. Tak.

*

Poprosił taksówkarza, aby go wysadził przy Madeleine. Nie było tak gorąco jak w inne dni i dało się iść, pod warunkiem że chodnik był w cieniu. Kroczył rue de l’Arcade, opustoszałą i cichą w słońcu.

Od wieków nie był w tej okolicy. Wspomniał, że jego matka grała w pobliskim teatrze, a ojciec miał biuro pod numerem 73 przy boulevard Haussmann, w lewo na końcu tej ulicy. Zdziwił się, że zachował w pamięci numer 73. Ale przeszłość z czasem tak się zamazała… istna mgła rozpraszająca się w słońcu.

Kawiarnia mieściła się na rogu boulevard Haussmann i rue de l’Arcade. Pusta sala, długi kontuar, nad nim półki jak w barze samoobsługowym albo w dawnej sieci Wimpy. Daragane usiadł przy stoliku w głębi. Czy nieznajomy przyjdzie na spotkanie? Z powodu upału dwoje drzwi stało otworem, jedne prowadziły na bulwar, drugie na rue de l’Arcade. Po przeciwnej stronie jezdni wznosił się duży budynek numer 73… Zastanowił się, czy jedno z okien biura ojca nie wychodziło na tę stronę. Które to było piętro? Te wspomnienia jednak stopniowo umykały przed nim jak bańki mydlane lub strzępy snu, które ulatują po przebudzeniu. Pamięć lepiej by mu dopisywała w kawiarni przy rue des Mathurins, przed teatrem, tam gdzie czekał na matkę, lub w pobliżu dworca Saint-Lazare, w okolicy, w której ongiś często bywał. Ale nie. Z całą pewnością. To już nie jest to samo miasto.

– Pan Jean Daragane?

Rozpoznał głos. Stał przed nim mężczyzna około czterdziestki w towarzystwie młodszej dziewczyny.

– Jestem Gilles Ottolini.

To był ten sam głos, wątły i grożący. Nieznajomy wskazał dziewczynę:

– Przyjaciółka… Chantal Grippay.

Daragane siedział bez ruchu, nawet nie podał im ręki. Usiedli oboje naprzeciw niego.

– Przepraszamy bardzo… Spóźniliśmy się troszkę.

Ton przyjął ironiczny, bez wątpienia dla dodania sobie kontenansu. Tak, to był ten sam głos z leciutkim, ledwie słyszalnym akcentem z południa, którego Daragane nie wychwycił poprzedniego dnia w rozmowie przez telefon.

Cera barwy kości słoniowej, czarne oczy, orli nos. Twarz szczupła, równie pociągła z przodu jak z profilu.

– Oto pańska własność – rzekł do Daragane’a tym samym ironicznym tonem, który zdawał się skrywać niejakie zakłopotanie.

I z kieszeni marynarki wyjął notes z adresami. Położył go na stoliku i nakrył dłonią, rozstawiając palce. Można by rzec, że nie chce, aby Daragane go wziął.

Dziewczyna trzymała się odrobinę w tyle, jakby nie chciała zwracać na siebie uwagi – trzydziestoletnia brunetka o półdługich włosach. Miała na sobie czarną bluzkę i czarne spodnie. Niespokojnie zerknęła na Daragane’a. Z powodu wysokich kości policzkowych i skośnych oczu zastanowił się, czy nie jest wietnamskiego – albo chińskiego – pochodzenia.

– Gdzie pan znalazł notes?

– Na podłodze pod ławką w bufecie na Gare de Lyon.

Podał mu notes. Daragane schował go do kieszeni. Faktycznie, pamiętał, że w dniu wyjazdu na Lazurowe Wybrzeże zjawił się przed czasem na Gare de Lyon i usiadł w bufecie na piętrze.

– Napije się pan czegoś? – spytał ów Gilles Ottolini.

Daragane najchętniej wyniósłby się bez pożegnania. Pohamował się jednak.

– Schweppesa.

– Spróbuj znaleźć kogoś, kto przyjmie zamówienie. Dla mnie kawa – powiedział Ottolini, spoglądając na dziewczynę.

Podniosła się natychmiast. Najwyraźniej przywykła posłusznie wykonywać polecenia.

– Pewnie kłopotliwe było dla pana zgubienie notesu…

Na jego twarzy pojawił się uśmiech, który Daragane’owi wydał się bezczelny. Ale może świadczył o jego braku taktu lub o nieśmiałości.

– Wie pan – odparł Daragane – ja praktycznie już w ogóle nie telefonuję.

Zobaczył zdziwienie w jego oczach. Dziewczyna wróciła i usiadła przy stoliku.

– O tej godzinie już nie podają. Zamykają zaraz.

Po raz pierwszy Daragane usłyszał jej głos, głos chrapliwy, w którym nie pobrzmiewał lekki południowy akcent jak u jej towarzysza. Akcent miała raczej paryski, jeśli to coś jeszcze znaczy.

– Pracuje pan w pobliżu? – spytał Daragane.

– W agencji reklamowej przy rue Pasquier. W Agencji Sweertsa.

– Pani też?

Obrócił głowę do dziewczyny.

– Nie – odrzekł Ottolini, nie dopuszczając jej do głosu. – Ona chwilowo nie ma zajęcia.

Znowu uśmiechnął się z przymusem. Na ustach dziewczyny także pojawił się blady uśmiech.

Daragane’owi pilno było się pożegnać. Jeżeli nie odejdzie zaraz, czy zdoła się od nich uwolnić?

– Będę z panem szczery… – Ottolini nachylał się ku Daragane’owi, głos mu się zrobił wyższy.

Daragane doświadczył tego samego uczucia co poprzedniego dnia podczas rozmowy telefonicznej. Tak, ten człowiek jest natrętny jak owad.

– Pozwoliłem sobie przejrzeć pański notes… ze zwykłej ciekawości…

Dziewczyna odwróciła głowę, jakby udawała, że nie słyszy.

– Nie jest pan o to zły?

Daragane popatrzył mu prosto w oczy. Ottolini wytrzymał jego wzrok.

– Czemu miałbym być zły?

Milczenie. W końcu tamten spuścił oczy. I takim samym metalicznym głosem powiedział:

– Natrafiłem w pańskim notesie na pewne nazwisko. Chciałbym prosić, żeby mi pan powiedział coś więcej o tej osobie… – I dodał tonem znacznie pokorniejszym: – Proszę mi wybaczyć niedyskrecję…

– O kogo chodzi? – spytał Daragane niechętnie.

Nagle owładnęło nim pragnienie, aby wstać i szybkim krokiem podejść do drzwi otwartych na boulevard Haussmann. I odetchnąć świeżym powietrzem.

– To niejaki Guy Torstel.

Imię i nazwisko wymówił wyraźnie, jakby chciał obudzić uśpioną pamięć rozmówcy.

– Proszę?

– Guy Torstel.

Daragane wyjął z kieszeni notes i otworzył go na literze T. Przeczytał nazwisko na samej górze strony, lecz ten Guy Torstel nie budził w nim żadnych wspomnień.

– Nie mam pojęcia, kto to może być.

– Naprawdę?

Ottolini zdawał się zawiedziony.

– Numer telefonu jest siedmiocyfrowy – zauważył Daragane. – Musi więc pochodzić sprzed co najmniej trzydziestu lat…

Zaczął przewracać kartki. Wszystkie inne numery telefonów były na pewno dzisiejsze. Dziesięciocyfrowe. A z tego notesu korzystał dopiero od pięciu lat.

– To nazwisko nic panu nie mówi?

– Nic.

Kilka lat wcześniej dowiódłby uprzejmości, którą wszyscy mu przyznawali. Powiedziałby: „Proszę dać mi trochę czasu, żebym wyjaśnił tę tajemnicę”. Ale teraz słowa nie przechodziły mu przez gardło.

– Łączy się z wydarzeniem, o którym zgromadziłem pokaźną dokumentację – podjął tamten. – To nazwisko jest w niej wymienione. I tyle.

Naraz zdawało się, że przeszedł do defensywy.

– Co to za wydarzenie?

Daragane zadał pytanie machinalnie, jakby odzyskał dawne uprzejme odruchy.

– To bardzo stara sprawa… Chciałbym napisać o niej artykuł… Wie pan, na początku parałem się dziennikarstwem…

Jednakże uwaga Daragane’a słabła. Naprawdę musiał jak najszybciej rozstać się z nimi, inaczej ten natręt opowie mu całe swoje życie.

– Przykro mi – powiedział. – Nie pamiętam tego Torstela. Człowiekowi w moim wieku zdarzają się luki w pamięci… Niestety, muszę państwa pożegnać…

Podniósł się i obojgu uścisnął ręce. Ottolini obdarzył go twardym spojrzeniem, jakby Daragane mu ubliżył i jakby on był gotów odpłacić mu pięknym za nadobne. Dziewczyna natomiast spuściła wzrok.

Poszedł ku szeroko otwartym przeszklonym drzwiom wychodzącym na boulevard Haussmann, licząc, że ten człowiek nie zagrodzi mu przejścia. Na zewnątrz odetchnął pełną piersią. Co za głupi pomysł, żeby się tak umówić z nieznajomym – i to on, który od trzech miesięcy z nikim się nie spotkał i wcale przez to nie miał się gorzej. Przeciwnie. Nigdy nie czuł się równie lekki jak w tej samotności, doznawał osobliwych chwil uniesienia z rana albo wieczorem, jakby wszystko jeszcze było możliwe, jakby – niczym w tytule starego filmu – przygoda czekała za rogiem. W letnich miesiącach nigdy, nawet w młodości, życie nie wydawało mu się tak pozbawione ciężaru jak od początku tego lata. Bo też w lecie wszystko ulega zawieszeniu – to „metafizyczna” pora roku, mawiał ongiś jego profesor filozofii Maurice Caveing. Zabawne, pamiętał nazwisko „Caveing”, a wyleciało mu z głowy, kim był ten Torstel.

Słońce jeszcze świeciło, lekki wietrzyk łagodził skwar. O tej porze boulevard Haussmann był opustoszały.

W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat często tędy przechodził, a nawet wcześniej, w dzieciństwie, kiedy matka go zabierała do sklepu Le Printemps położonego nieco dalej przy bulwarze. Tego dnia jednak miasto wydawało mu się obce. Pozrywał wszystkie kotwice, które mogły go jeszcze z nim łączyć, a może ono odrzuciło jego.

Usiadł na ławce i wyjął z kieszeni notes z adresami. Zamierzał go podrzeć i skrawki wyrzucić do zielonego plastikowego kosza przy ławce. Zawahał się jednak. Nie, zrobi to później, w domu, na spokojnie. Z roztargnieniem kartkował notes. Na żaden z tych numerów nie miałby ochoty zadzwonić. W dodatku dwa czy trzy niezapisane tutaj telefony, które były dla niego ważne i które znał na pamięć, już nie odpowiedzą.

Około dziewiątej rano zadzwonił telefon. Daragane akurat się obudził.

– Pan Daragane? Mówi Gilles Ottolini.

Głos wydał mu się mniej napastliwy niż poprzedniego dnia.

– Przepraszam za wczoraj. Mam wrażenie, że się panu narzucałem…

Ton był uprzejmy, wręcz pełen uszanowania. Całkowicie zniknęło owadzie natręctwo, które tak działało na nerwy Daragane’owi.

– Chciałem wczoraj dogonić pana na ulicy… Tak nagle pan wyszedł…

Cisza. Ale tym razem nie złowieszcza.

– Wie pan, czytałem kilka pańskich książek. Przede wszystkim Czerń lata…

Czerń lata. Potrzebował kilku sekund, by uświadomić sobie, że to faktycznie powieść, którą niegdyś napisał. Jego pierwsza książka. To było tak dawno…

– Bardzo mi się podobała Czerń lata. To nazwisko w pańskim notesie, to, o którym rozmawialiśmy… Torstel… wykorzystał je pan w Czerni lata.

Daragane zupełnie tego nie pamiętał. Podobnie jak reszty książki.

– Jest pan pewien?

– Wymienia pan jedynie to nazwisko.

– Będę musiał odświeżyć sobieCzerń lata. Tylko że nie został mi ani jeden egzemplarz.

– Mógłbym panu pożyczyć swój.

Teraz głos wydał się Daragane’owi suchszy, niemal wyzywający. Ale z pewnością był w błędzie. Z powodu zbyt długiej samotności – nie rozmawiał z nikim od początku lata – człowiek staje się nieufny i podejrzliwy wobec bliźnich, ryzykuje również, że niewłaściwie ich oceni. Nie, ludzie wcale nie są tacy źli.

– Wczoraj nie zdążyliśmy wejść w szczegóły… Czego pan właściwie chce od tego Torstela?

Daragane odzyskał wesołość w głosie. Wystarczyło, że z kimś pogadał. Poniekąd rozmowa była jak ćwiczenia gimnastyczne, które przywracają giętkość ciału.

– Zdaje się, że był zamieszany w pewne wydarzenie sprzed lat. Kiedy się zobaczymy następnym razem, pokażę panu wszystkie materiały. Wspominałem, że piszę artykuł na ten temat.

A zatem ów osobnik pragnął znowu się z nim zobaczyć. Czemu nie? Od jakiegoś czasu Daragane z rezerwą odnosił się do myśli, że w jego życie mieliby wkroczyć nowi ludzie. Ale kiedy indziej czuł się na to gotowy. To zależało od dnia. Ostatecznie powiedział:

– Co zatem mogę dla pana zrobić?

– Muszę teraz wyjechać na dwa dni w sprawach zawodowych. Zadzwonię po powrocie. I umówimy się na spotkanie.

– Jak pan chce.

Był w zupełnie innym