Wydawca: Krytyka Polityczna Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 212 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żeby nie było zgorszenia - Artur Nowak, Małgorzata Szewczyk-Nowak

Polski Spotlight - cała prawda o molestowaniu w Kościele.

„Ksiądz więził i gwałcił”. „Kapłan molestował ministranta”. Takie tytuły biją po oczach, podnoszą oglądalność i zwiększają nakłady gazet. Ale nie słychać w nich zbyt głośno głosu ofiar. Ich ból ginie niezauważony, bo w centrum uwagi są sprawcy w sutannach.

To wyjątkowa książka, która daje głos ofiarom. Obok opisów przemocy seksualnej i poniżenia znajdziecie tu zapis bezkarności sprawców, nieświadomości rodziców i krzywdy dzieci. Krzywda przeradza się w długotrwałą traumę, która prowadzi do prób samobójczych lub uzależnień. Każda z rozmów to osobista droga krzyżowa bohaterów, którzy dopiero po latach zdecydowali się opowiedzieć autorom o swoich dramatycznych przeżyciach.

Autorzy z reporterską dociekliwością badają temat molestowania. Rozmawiają z osobami, które na co dzień zajmują się problemem pedofilii w Kościele katolickim. Pokazują, w jaki sposób Kościół w Polsce ochrania księży pedofilów. Tabuizowanie tego tematu przez lata służyło sprawcom. Czas przerwać milczenie - również dla dobra Kościoła, ale przede wszystkim - dla dobra dzieci.

 

Opinie o ebooku Żeby nie było zgorszenia - Artur Nowak, Małgorzata Szewczyk-Nowak

Fragment ebooka Żeby nie było zgorszenia - Artur Nowak, Małgorzata Szewczyk-Nowak

Naszym rodzicom i wychowawcom

Bardzo łatwo jest oceniać, nic nie rozumiejąc.(...) Trudniej jest zrozumieć, nie oceniając.

RONALDO WROBEL, Tłumacząc Hannah

Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.

MT 25, 40

MARTAOn się spieszył na mszę. Mówił, że nie ma czasu. Odprowadziłam go do wejścia do zakrystii. Wtedy drugi raz włożył mi rękę pod bieliznę. Miałam długą kurtkę. Najpierw włożył pod nią rękę, potem rozpiął zamek i zaczął mnie dotykać w miejscach intymnych. Oglądał się, czy nikt nie patrzy. Stałam jak wryta, a on tam grzebał. Trwało to chwilę. Z zakrystii wyjrzał ministrant i chyba nas tak zobaczył. Ksiądz skoczył jak oparzony i wyjął rękę. Spóźnił się na mszę, wszyscy na niego czekali.

WSTĘP

Nasza córka ma za kilka miesięcy po raz pierwszy przystąpić do komunii. Zastanawialiśmy się, czy to, że zajmujemy się tematem pedofilii wśród duchownych, jakoś jej nie zaszkodzi, nie zmąci jej obrazu świata. Umie już czytać. Gdy ukaże się ta książka, na pewno będzie się chciała dowiedzieć, czym jej rodzice zajmowali się przez tyle miesięcy. Na razie jest dumna, że książkę będzie można kupić w księgarni. Choć pewnie niekiedy brak nam na to czasu i cierpliwości, staramy się ją wychowywać najlepiej, jak potrafimy. Lubi malować. Rysunki, które co chwilę nam przynosi, przedstawiają uśmiechniętych ludzi, rodzinę, która trzyma się za ręce. Widziała wiele kreskówek: o Świętym Antonim z Padwy, o ojcu Pio, o Franciszku z Asyżu. Sporo słyszała od cioć i babci o Janie Pawle II. Te postaci są dla niej archetypami dobra.

Jako psycholog i jako adwokat stykaliśmy się z ofiarami pedofilii duchownych. Są to jednak tajemnice zawodowe, którymi nie możemy się dzielić. Byliśmy tymi historiami poruszeni. Nie chciało nam się wierzyć, że kapłani, którzy na co dzień sprawują msze, są zdolni do zadawania bezbronnym dzieciom aż takich okrucieństw. Problem pedofilii ma charakter ogólnospołeczny, nie odnosi się oczywiście wyłącznie do duchownych, to jednak obdarzani zaufaniem przez wiernych księża mają jako jedyna grupa społeczna nieskrępowany dostęp do dzieci, co bez skrupułów wykorzystują.

Zaczęliśmy szukać w internecie informacji na temat pedofilii w Kościele. Wyszukiwarka pokazała ponad dwieście dwadzieścia tysięcy linków do opatrzonych krzykliwymi tytułami zupełnie nieprzydatnych dla nas wpisów. W końcu natrafiliśmy na dwa ważne, jak się okazało, adresy.

Nie Lękajcie Się to fundacja, która niesie pomoc pokrzywdzonym przez duchownych. Tu znaleźliśmy rozmówców. Każda z ich historii to osobny dramat i trud dochodzenia do normalności. Dziękujemy, że nam zaufali. Mimo upływu lat rozmowa o tym, czego doświadczyli od duchownych, jest dla nich wciąż bardzo trudna.

Drugi adres to ksiądz Adam Żak, jezuita powołany przez Konferencję Episkopatu Polski na koordynatora do spraw ochrony dzieci i młodzieży. Moderuje realizację programów prewencyjnych mających chronić przed pedofilią. Dziękujemy księdzu, że zechciał odpowiedzieć na każde z naszych pytań.

Mamy nadzieję, że ta publikacja pozwoli spojrzeć na ofiary z większą empatią. W mediach pozycjonuje się sprawców. Dla dziennikarzy kapłan pedofil to dobry temat. O ofiarach, o ich cierpieniu i bólu, pisze się niewiele.

Spotykając się z dziś już dorosłymi ofiarami duchownych, uświadomiliśmy sobie, jak bardzo ważne jest tłumaczenie dzieciom, że świat nie jest idealny, że ma skazy. Rozmowy na temat seksualności i jej granic to trudne wyzwanie dla rodziców. To obszar przemilczany i niedostępny. Większość rodziców nie widzi potrzeby, by o tej sferze intymności z dzieckiem rozmawiać. Tak tworzy się tabu, na straży którego stoi wstyd i strach przed zadawaniem pytań. Nie znając granic, dzieci nie są w stanie poddać osądowi tego, czego doświadczają. Z kolei rodzice jakby bali się uznać porażkę, nie dopuszczają do siebie myśli, że ich dziecko mogło zostać skrzywdzone. Od pokrzywdzonych, z którymi mieliśmy okazję porozmawiać, dowiedzieliśmy się, że jeśli mieli już odwagę poskarżyć się rodzicom na duchownego, który ich wykorzystał, dostawali ostrą reprymendę albo byli lekceważeni. Wielu z nich odwróciło się od bliskich, poczuli się zranieni tym, że matka czy ojciec im nie uwierzyli. Irena, Marek, Szymon – którzy opowiedzieli nam swoje historie – w pewnym momencie swojego życia zerwali kontakty z najbliższą rodziną. Trzeba było długich lat, by przebaczyli rodzicom, zrozumieli, że być może bliscy, kochając ich, jak potrafili, nie umieli im dać więcej, bo jak słusznie powiedział jeden z pokrzywdzonych, nikt nie może ofiarować dzieciom więcej miłości, niż sam jej otrzymał. To dodatkowy ciężar, który pokrzywdzeni muszą udźwignąć.

Problem molestowania i wykorzystywania seksualnego przed piętnastym rokiem życia dotyczy 25 procent kobiet i 15  procent mężczyzn. Co dziesiąta kobieta i co trzydziesty mężczyzna przeżyli w dzieciństwie gwałt lub próbę gwałtu. Blisko 30 procent pokrzywdzonych nigdy nie ujawniło tych traumatycznych przeżyć. Te liczby porażają. Skala problemu jest olbrzymia. Żeby to sobie uświadomić, trzeba te dane powiązać z odległymi konsekwencjami doznanych w dzieciństwie krzywd. Ofiary jako młodzi ludzie wchodzący w dorosłe życie zmagają się z niskim poczuciem wartości. Broniąc się przed odrzuceniem, uciekają albo atakują pierwsi, raniąc bliskich. Często nie potrafią się cieszyć z sukcesu, przekonani, że nic dobrego im w życiu się nie należy. Żyją z poczuciem winy, sami się karzą, zadając sobie ból. Uciekają w alkohol, hazard i narkotyki. To kolejne pokolenia pozostawione samopas z krwawiącą w sercu raną.

Każdemu przypadkowi tego patologicznego zjawiska towarzyszy dość zawiły proces dojrzewania relacji między sprawcą a ofiarą, którego nie da się ująć w jakiś uniwersalny schemat. Pokazuje to każda z historii, które tu przedstawiamy. Gdyby było inaczej, można by się pewnie pokusić o wypracowanie skutecznych instrumentów prewencji, które eliminowałyby przestępstwa duchownych wobec dzieci. Nie ma jednak żadnego wzorca, który by tu znalazł zastosowanie i automatycznie zadziałał. Trudno przecież dookreślić, co w relacji duchownego z nieletnim powinno już niepokoić, a co jeszcze jest normą. Kapłani przy okazji spowiedzi mają wgląd w najbardziej intymne sfery życia wiernych i możliwość poznania ich grzesznej natury. Księża odgrywają też rolę duchowych przewodników osób zagubionych w meandrach życia i poszukujących drogowskazów. Mamy tu więc do czynienia z dość osobliwą więzią, która nie jest przypadkowym spotkaniem.

Pokrzywdzeni często spotykają się z zarzutami, że o swych doświadczeniach decydują się mówić dopiero po latach, że sami są sobie winni, skoro tak długo podtrzymywali raniące relacje z duchownym. Taką niesprawiedliwą ocenę, podyktowaną brakiem empatii i wiedzy, podzielają często niestety nawet prokuratorzy, na co wskazują ich reakcje na zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Bagatelizują też problem kościelni przełożeni sprawców, gdy ofiary pedofilii informują ich o swoich przeżyciach.

Problemem jest uznanie pedofilii w Kościele za fakt. Oswojenie problemu nie jest proste. To droga poprzez zaprzeczenie, wyparcie, bunt, a następnie nieśmiałą akceptację. To schemat związany z uznaniem straty wizerunkowej, polegającej na odmitologizowaniu obrazu nieskazitelnego pod względem moralnym duchownego, oraz zmierzeniem się z jej konsekwencjami. W samych tylko Niemczech z Kościoła katolickiego odeszły setki tysięcy wiernych, poza mury seminariów niektórzy klerycy wolą wychodzić w zwykłych ubraniach, żeby przechodnie nie wyzywali ich od pedofilów, Kościół traci autorytet, kaznodzieje postrzegani są jako hipokryci.

Nie chcemy dokładać kolejnych argumentów zacietrzewionym wrogom Kościoła, którym śnią się po nocach puste świątynie. Chcemy, żeby Kościół wysłuchał ofiar. Indywidualne przeproszenie każdej z nich i zadośćuczynienie za krzywdy jest bardzo ważne. Zło należy nazwać złem, to istotny element procesu terapeutycznego. Nie pomogą żadne wytyczne episkopatu, deklaracje kolejnych papieży o braku tolerancji dla pedofilii, dopóki pokrzywdzeni będą czuli, że to, co ich spotkało, jest minimalizowane. Trzeba wsłuchać się w głos arcybiskupa Diarmuida Martina, który tłumaczy, że Kościół musi się stać wspólnotą, która przyjmuje pokrzywdzonych na ich własnych warunkach.

CZĘŚĆ IOFIARY MAJĄ GŁOS

SZYMON

SZYMONStanęliśmy. Nic nie podejrzewałem, myślałem, że może wjechał za potrzebą. Ksiądz zaczął od obmacywania moich genitaliów, wyjął swojego penisa i kazał, żebym go masturbował. Wcześniej pokazał mi, jak mam to robić. Dla mnie to był szok. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem, nie wiedziałem, o co w tym chodzi. Nie miałem jeszcze inicjacji seksualnej.

Małe miasteczko położone jest kilkadziesiąt kilometrów od Poznania. Choć to się powoli zmienia, mieszkańcy takich miejscowości ciągle lubią żyć problemami innych. Piętnaście lat temu pewnie było z tym jeszcze gorzej. Być może nie ma jednak w tym nic złego, że ludzie się sobą nawzajem interesują. Wszystko jest względne.

Spotykamy się od jakiegoś czasu. Spacerujemy, rozmawiamy przez telefon, piszemy esemesy. Najczęściej jednak siedzimy gdzieś w plenerze, za miastem. Jest czerwiec, słońce praży, dopiero pod wieczór daje się wyjść z domu. W przerwach rozmowy słychać ptaki, przejeżdżający w oddali pociąg, szczekanie psów. Czasem jest jednak tak cicho, że aż niezręcznie. Cisza jest potrzebna, po niektórych wypowiedziach trzeba się jakoś zebrać, zanim padnie kolejne pytanie.

Szymon ma różne chwile. Zazwyczaj chyba czuje ulgę, że wreszcie to z siebie wyrzucił, że opowiedział swoją historię, że pokazał swoją twarz w telewizji i w gazecie. Na potrzeby programu nagrali go bez czarnego paska na oczach, zastrzegł też, by nie zniekształcano jego głosu. Tylko on wie, dlaczego tak właśnie zrobił. Wskazał palcem i oskarżył konkretną osobę. Każdy, komu wyrządzono krzywdę, w końcu ma do tego prawo. Czy jeśli sprawcą jest ksiądz, ma być inaczej? Są jednak takie momenty, gdy nachodzą go wątpliwości, czy postąpił słusznie. Nie ma wsparcia od najbliższych, atakują go nawet rodzice. Znajomi, których zna od lat, szydzą z niego, nie dają mu wiary, chcą go ośmieszyć. Słowa wsparcia i współczucia dostaje od ludzi, których nie zna.

To trudne: zmierzyć się z przeszłością, a zarazem opowiedzieć całą prawdę, której sam nie rozumie. Mamy wrażenie, że zaczyna ją rozumieć dopiero teraz. Pewnie gdyby mógł przeżyć tamte chwile jeszcze raz, postąpiłby inaczej. Był jednak dzieckiem, a potem wszystko się już jakoś samo potoczyło. Czy to wystarczający powód, by przypisać mu jakąkolwiek winę?

Powiedz coś o swoim domu, może o rodzicach?

W mieszkaniu były dwa pokoje. Jeden pokój zajmowali dziadkowie, czyli rodzice matki. Drugi ojciec z matką i młodsza o dwa lata siostra oraz ja. Razem cztery osoby w jednym pokoju, sześć w mieszkaniu. Było ciasno. Miałem problemy w nauce, nie miałem nawet swojego biurka. Lekcje, jak był spokój w domu, odrabiałem w kuchni. Ojciec pił zawsze, odkąd sięgam pamięcią. Tak musiało być, zanim się urodziłem. Awantury w zasadzie o wszystko były na porządku dziennym. Jak wracał pijany, to była norma, wiedziałem, że będzie jakaś jatka. Najczęściej miał pretensje do dziadków, którzy z nami mieszkali. Nie pamiętam już nawet, o co się kłócił. Pamiętam latające stoły, wybijane szyby, świnki morskie latające pod sufitem i szkło po stłuczonym akwarium. Do dziś zresztą nie ma w tym mieszkaniu szyb. Dziury w drzwiach są zabite płytami pilśniowymi. Nie było sensu za każdym razem wzywać szklarza, bo stłuczenie nowych szyb było tylko kwestią czasu. Pamiętam kilka scen. Na przykład kiedy po jednej z awantur matka dostała ataku epilepsji. To było w kuchni, ratownicy pogotowia udzielali jej pomocy, matka leżała na podłodze. Przedtem była awantura. Ja ten atak widziałem. Miałem kilkanaście lat, może dwanaście. Nie wiedziałem, co się z nią dokładnie dzieje, ale bałem się. Teraz myślę, że to był nawrót choroby na tle nerwowym. Ojciec po pijanemu wypominał zresztą dziadkowi i babci, że go oszukali. Okazało się bowiem, że mama miała te ataki już przed ślubem, a oni go o tym nie uprzedzili.

Interwencje policji to była norma. Pamiętam, jak kiedyś ojciec rzucił się na dziadków, miał do nich o coś pretensję. Matka chwyciła za nóż. Do dziś nie wiem, co się stało: czy on się nadział na ostrze, czy może matka celowo go pchnęła. Pamiętam tylko, jak biegał z tym nożem wbitym w brzuch po domu. Było mnóstwo krwi. Jak na filmie kryminalnym. Przyjechało pogotowie, prokurator. Lekarz mówił, że o mały włos nie umarł. Ojciec do dziś wypomina matce, że całą winę wziął na siebie, że to niby był wypadek, podczas gdy to ona mu wbiła nóż i chciała go zabić. Nie wiem, jak było, ale pewnie gdyby ojciec tego nie załagodził, mogłoby być różnie. Potem ta historia była opisana w gazecie. To była głośna sprawa. Były komentarze pod artykułem, coś tam ludzie pisali. Nikt się nie zastanawiał, że mi i siostrze jest po prostu wstyd. Matka była przedstawiona jako morderczyni. Nie chciało mi się wychodzić z domu.

A matka?

Matka była współuzależniona. Zajmowała się pracą, musiała zrobić zakupy, zająć się domem, posprzątać. Chodziła do pracy na dwie zmiany, od szóstej do czternastej i od czternastej do dwudziestej drugiej. Jak jej nie było w domu, moim wychowaniem zajmowała się babcia.

Pamiętasz jakieś konfrontacje z ojcem?

Bił mnie paskiem, krzyczał na mnie, wyzywał.

A gdzie ojciec pracował?

Kręcił się przy budowlance. Zaliczył wiele zakładów pracy. Myślę, że szukał takich pracodawców, którzy przymykali oczy na jego picie. W normalnej firmie by nie wytrzymał. Musiał mieć warunki, żeby móc się napić. Do dziś zresztą wspomina wyjazdy na delegacje, imprezy, gdzie i z kim „dał sobie w palnik”.

Ojciec dalej pije?

Już nie. Mam wrażenie, że wynika to z tego, że on chce być lepszy. Lepszy ode mnie, chce mieć nade mą przewagę. Chce konkurować. Jest chyba zazdrosny. Widzi wszystko po swojemu. Mam jednak wrażenie, że czeka, kiedy zacznę pić i znów się stoczę. Może czeka, żebym się zapił na śmierć?

Miałeś jakieś hobby, zajęcia?

Zajęć było dużo. Mieliśmy na podwórku taki ogródek, zagrodę, a w niej kury. Trzeba było je karmić, wywalać nieczystości, czasem przekopać ziemię pod warzywa. Bywało, że dzieciaki bawiły się na podwórku, a ja chodziłem po pokrzywy dla kur. Miałem wtedy sześć lat.

Byłeś ministrantem. Co o tym zdecydowało?

Chciałem jakoś zabić czas, wyrwać się z domu, z ciasnego pokoju. Szukałem kolegów. Były wyjazdy do kina do Poznania, graliśmy w ping-ponga, były obozy w większej grupie. Mieliśmy zbiórki w soboty, to była okazja do spotkań z kolegami.

Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z księdzem Jarkiem?

Tak, byłem już ministrantem od czterech lat. Przyszedł do zakrystii, uśmiechnął się, powiedział, że jest nowym wikarym. Nic szczególnego w tym nie było. Rodzice chodzili na spotkania neokatechumenatu. On się opiekował tą formacją w parafii, odprawiał msze, do których służyłem jako ministrant. Drugim ministrantem był Jacek. Został księdzem. Odkąd go wyświęcili, nie pozwala, bym mówił do niego na ty. Z racji tego zaangażowania w neokatechumenat rodzice spotykali się z księdzem Jarkiem. Bywał u nas w domu. Do głowy mi nie przyszło, że mogę się po księdzu czegoś złego spodziewać. Był znajomym rodziny. Miałem wrażenie, że na początku przyjeżdżał do ojca i matki dlatego, że zależało mu na kontaktach z nimi.

Tak było do pewnego momentu…

Tak. Do czasu, kiedy nie wpadł na pomysł, żeby zrobić mi osobny pokój wydzielony z kuchni. Mówił, że dojrzewam, że potrzebuję swojego miejsca. Siostra miała mieszkać dalej z rodzicami. Dał pieniądze na remont.

Pamiętasz ten pierwszy raz?

Tego się nie zapomina. Miałem czternaście lat. Ksiądz widział, że w domu się nie przelewa. Zaproponował, że kupi mi nowe ubranie: spodnie, buty i marynarkę. Pretekstem był egzamin gimnazjalny. Rodzice oczywiście wiedzieli, że  pojedziemy po to wszystko do Poznania. Pierwszy raz wtedy byłem w KFC. Miałem z tego frajdę. Rodziców nie byłoby na to stać. Byliśmy też na zakupach w Selgrosie. To było dla mnie coś. Jak wracaliśmy, to było dwa kilometry przed domem, skręcił do lasu. Wjechaliśmy pod taką górkę. Wtedy były tam drzewa i polna droga, dziś – osiedle domków jednorodzinnych. Stanęliśmy. Nic nie podejrzewałem, myślałem, że może wjechał za potrzebą. Ksiądz zaczął od obmacywania moich genitaliów, wyjął swojego penisa i kazał, żebym go masturbował. Wcześniej pokazał mi, jak mam to robić. Dla mnie to był szok. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem, nie wiedziałem, o co w tym chodzi. Nie miałem jeszcze inicjacji seksualnej. Nie miałem w ogóle takich doświadczeń. Czasem, gdy jeszcze razem na kupie mieszkaliśmy w tym pokoju, słyszałem, jak ojciec kochał się z matką. Niewiele jednak z tego rozumiałem. Ksiądz to wszystko poprowadził, ja mu się podporządkowałem. Potem pojechaliśmy do domu. Zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Zabronił mi komukolwiek o tym mówić. To miała być nasza tajemnica. Tłumaczył, że chłopcy tak robią.

Co się dalej działo?

Wszedł ze mną z zakupami do domu. Wypił z rodzicami kawę, a potem pojechał do siebie, na plebanię. Na drugi dzień kazał do siebie przyjść. Nie było żadnego „przepraszam”. Powtórzył to samo co dzień wcześniej. Miałem milczeć, wyjaśnił mi, że to zabawa chłopców, nasza tajemnica i kropka.

Pamiętasz następny raz?

Przyjechał do rodziców. Powiedział, że jedzie w Karkonosze. Spytał ich, czy może mnie zabrać. Oczywiście wyrazili zgodę, bo nie byłoby ich stać na taki wyjazd. Nie wiedziałem dokładnie, po co jedziemy, jak tam jest. Ksiądz mówił, że będzie fajnie. Wszystko ukartował. Po przyjeździe poszliśmy na Szrenicę, a on wcześniej już zaplanował, że będziemy tam spali. Powiedział, że jest zbyt późno na powrót. Wynajął pokój dwuosobowy. Zamknął drzwi na klucz. Znów chciał, żebym go masturbował.

Miałeś jakieś pojęcie w tym czasie o masturbacji?

Skąd. To była dla mnie nowość. Zresztą on mi tak tego nie przedstawiał, do czego to służy i że w wieku dojrzewania ludzie się masturbują. On załatwiał swoje potrzeby. Pod tym kątem mi to tłumaczył. Podniecało go, że ja mu to robię. Kręciło, że może w tym czasie mnie gdzieś dotknąć, chodzi mi o miejsca intymne. Nawet się nie broniłem. Miał fizyczną przewagę. Gdzie miałem uciec? Byliśmy w górach, na jakimś odludziu. Wcześniej wywiózł mnie w las. Nie miałem wyjścia.

Jak byliście w górach, on się modlił, odprawiał msze?

Nie. Pamiętam, że miał brewiarz, ale go nie odmawiał.

Czy po tych zdarzeniach, tym pierwszym i drugim, coś mówił, tłumaczył?

Nie. Gadaliśmy o dupie Maryni.

Wiemy, że powiedziałeś wreszcie o wszystkim rodzicom.

Tak. Po trzecim razie. Byliśmy na takich jakby koloniach chórku dziecięcego. To były wakacje. Jechał cały autobus dzieci w wieku szkolnym. Było też kilku opiekunów. Jak dojechaliśmy, to zostało ustalone, że opiekunowie śpią osobno i w osobnym pokoju chłopcy, a w osobnym dziewczyny. W nocy przyszedł ksiądz. Była może pierwsza w nocy. Mówił, że nie może zasnąć. Zaczął mnie dotykać w miejscach intymnych. Znów chciał, żebym go masturbował. Spałem w sali obok pomieszczenia, w którym spali chłopcy. Nie wytrzymałem tym razem. Następnego dnia powiedziałem o tym na stronie świeckim opiekunom. Stwierdzili, że zachowanie księdza wobec mnie jest dwuznaczne, że rzeczywiście rzuca się to w oczy, że traktuje mnie inaczej niż inne dzieci, w jakiś szczególny sposób. Powiedzieli, że powinienem o tym powiedzieć rodzicom. Na miejscu jednak nikt z tym nic nie zrobił. Byliśmy tam jeszcze kilka dni. Więcej już mnie nie nachodził. Kiedy przyjechałem do domu, opowiedziałem o wszystkim ojcu i matce. Dla nich to był szok. Pojechaliśmy do księdza. Wcześniej umówiłem się z opiekunami, że następnego dnia po przyjeździe wraz z rodzicami i z nimi wyjaśnimy całą sytuację z księdzem. Na miejscu w trakcie pobytu z chórkiem nie było warunków do przeprowadzenia tego typu konfrontacji. Doszło do rozmowy między mną, rodzicami i księdzem. Był spanikowany. Przyznał się do wszystkiego. Powiedział im, że sam nie wie, jak do tego doszło. Zarzekał się, że więcej już nikogo nie skrzywdzi. Klęknął przed rodzicami i bardzo prosił, żeby to puścili w niepamięć. Rodzice jakoś się nad nim zlitowali. Dla oczyszczenia atmosfery umówiliśmy się, że ja zejdę do opiekunów i powiem, że wszystko sobie zmyśliłem. Tak się też stało. Pamiętam, że jeden z opiekunów powiedział, że tak się nie robi.

Co się działo dalej?

On przyjeżdżał dalej do rodziców na kawę. Chodziliśmy też na neokatechumenat. Przez jakiś czas nie pamiętałem o tym. On pojechał na jakieś wakacje na kilka tygodni. Potem wszystko wróciło do normy. Znów to robił. Zabrał mnie nawet do swojej matki. Pamiętam, jak jego siostra była zmieszana, że on śpi ze mną. Przyjęte jest chyba, żeby gościowi przygotować osobne posłanie. Takich sytuacji było jeszcze wiele. To była rutyna. Cały czas chciał, żebym go masturbował.

Zmieniło się coś?

Zaczął mi kupować prezenty. Proponował, że założy mi konto, żeby rosły mi procenty. To mi imponowało. Wiedziałem, że robi mi krzywdę, ale nie miałem komu się zwierzyć. Teraz może wydaje się to irracjonalne, ale wtedy tak po prostu było. Potem poszedłem do zawodówki. Kupił mi telefon, żeby mieć ze mną kontakt. Zaczął kupować mi alkohol, papierosy. Jeździliśmy do Czech, za miasto. Jak byłem pijany, wszystko było mi obojętne. Z czasem zaczęły się gwałty.

Miałeś za sobą już w tym czasie inicjację?

Nie. Mój pierwszy raz miał miejsce znacznie później. Zresztą pierwszy raz współżyłem z żoną przed ślubem. Miałem niecałe osiemnaście lat.

Byłeś równolegle w związku z nim i z żoną?

Tak. On poszedł do następnej parafii. Przyjeżdżał po sto kilometrów po mnie. Wymyślał preteksty, żebym do niego jechał. Chciał, żebym mu sprzątał, skosił trawę. Dawał mi pieniądze, przesyłał też jakieś kwoty przekazem. Często prosił, żebym przyjechał do niego pociągiem, a on mnie zabierał na parafię kawałek dalej do mniejszej miejscowości. Pomagałem mu przy domu, coś naprawiałem, sprzątałem, remontowałem. Dość szybko się rozpiłem. Kupował alkohol. Dla mnie wódkę, dla siebie wino. Potem się do mnie dobierał. Dochodziło do stosunków analnych. Zazwyczaj byłem nieprzytomny, zresztą było mi wszystko jedno, chciałem się napić. Potem dał mi pieniądze na samochód, na prawo jazdy. Była taka jedna sytuacja. Znów się do mnie dobierał, ale był bardziej pijany niż ja. Uciekłem z plebanii, zamówiłem taksówkę i wróciłem do domu. Tamtego wieczoru to on pił wódkę. Na drugi dzień skarżył się, że nago za mną pobiegł, zrobiło mu się słabo i zasłabł. Rano miał odprawić mszę, ale stracił przytomność i znalazł go kolega wikary. Mszy już nie odprawił.

Czy wiedział, że masz problem z alkoholem?

Tak. Wyzywał mnie od alkoholików. Mówił, że nie umiem pić z umiarem, że szkoda jego pieniędzy na mnie.

Dalej jednak kupował alkohol?

Oczywiście. To była taka gra. Osobom, które mnie znały, cały czas mówił, że jestem alkoholikiem, że się zmarnuję. Chciał nawet, żebym opowiadał młodym ludziom, zdaje się ministrantom, jaki alkohol jest zły. Paradoks polegał na tym, że to on przecież przede mną odkrył alkohol, kiedy byłem nastolatkiem. Widział, że jak jestem pijany, to jest łatwiej. Kiedyś musiałem pojechać z nim do Szklarskiej Poręby, gdzie ponoć zostawił prawo jazdy. Na miejscu upił mnie. Mówił, że przenocujemy, że jest późno. Jak płacił za dobę hotelową, to okazało się, że prawo jazdy cały czas miał w portfelu.