Zdzisław Beksiński. Opowiadania - Zdzisław Beksiński - ebook

Zdzisław Beksiński. Opowiadania ebook

Zdzisław Beksiński

0,0
29,79 zł

lub
Opis

Zdzisław Beksiński był artystą wszechstronnym. Malarstwo, rzeźba, rysunek, grafika, fotografia - to jego najbardziej znane pasje twórcze. Ale mało kto wie, że w latach 60., nie zaprzestając działalności plastycznej, próbował swoich sił także w pisarstwie. Epizod literacki był krótki i intensywny: w niespełna dwa lata powstało 40 opowiadań lub fragmentów, po czym sanocki artysta spakował wszystkie maszynopisy oraz rękopisy, by już nigdy do nich nie wrócić.

Pół wieku później pojawia się wreszcie drukiem pierwszy wybór jego niesamowitych - w każdym znaczeniu tego słowa - tekstów. Oniryzm, pastisze literatury sensacyjnej i antyutopijnej, surrealizm, zabawy formą, nawiązanie do estetyki filmu, widowiska telewizyjnego i popkultury, literatura konfesyjna i dygresyjna, humor i makabra - lektura Beksińskiego to pisarska podróż przez liczne znane nurty i mody literackie XX wieku. Zapraszamy do niej nie tylko dla fanów Beksińskiego i jego sztuki, lecz także amatorów mocnej literatury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 449

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Projekt graficzny

Władysław Pluta

Wybór, opracowanie krytyczne i redakcja

Tomasz Chomiszczak

Koordynacja prac redakcyjnych

Sabina Niedzielska

Korekta

Ewa Rogucka

DTP

Jakub Kinel, BOSZ

Skład wersji elektronicznej

Michał Latusek

Szkice i maszynopisy – Zdzisław Beksiński / Muzeum Historyczne w Sanoku

ISBN 978-83-7576-253-2

© Prawa autorskie do publikacji – Wydawnictwo BOSZ

© Prawa autorskie do opowiadań i ilustracji Zdzisława Beksińskiego – Muzeum Historyczne w Sanoku

© Prawa autorskie do tekstu posłowia – Tomasz Chomiszczak

Wydawca

Wydawnictwo BOSZ

BOSZ Szymanik i wspólnicy spółka jawna

38-722 Olszanica

Biuro: Przemysłowa 14

38-600 Lesko

tel. +48 13 469 90 00, +48 13 469 90 10

faks: +48 13 469 61 88

e-mail:[email protected]

www.bosz.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Przedmowa

Wiesław Banach„Nadal szukać swojej drogi”. Zdzisław Beksiński – człowiek wielu talentów

¶ Zdzisław Beksiński (Sanok, 24 lutego 1929 – Warszawa, 21 lutego 2005) wymieniany jest dzisiaj wśród najważniejszych polskich malarzy XX wieku. Jego twórczość podlegała jednak nieustannym przemianom i zawsze te nowsze, aktualne wówczas poszukiwania były najważniejsze; wcześniejsze lekceważył.

¶ Rysował od dziecka – był to jego najbardziej naturalny sposób wypowiedzi. Od młodości marzył o karierze artystycznej, pragnął jednakże realizować swoje pomysły w kinematografii. Na studia w szkole filmowej nie zgodził się ojciec, nakłaniając syna, by ten obrał bardziej praktyczny kierunek studiów. Jeszcze będąc studentem krakowskiej politechniki, Beksiński kupił aparat fotograficzny, pełen ambicji, by wykonywać zdjęcia o charakterze artystycznym. Ta próba zrekompensowania sobie żalu po niespełnionych marzeniach o zostaniu filmowcem przyniosła znakomite rezultaty: z perspektywy minionego półwiecza jego fotografia uznawana jest za wybitną, wyprzedzającą wiele prądów sztuki europejskiej. Przyjaźnie, jakie artysta sanocki nawiązał wówczas z innymi wybitnymi fotografikami – Bronisławem Schlabsem, Markiem Piaseckim i Jerzym Lewczyńskim – w znaczący sposób wpłynęły na bieg sztuki drugiej połowy XX wieku.

¶ Przygodę z fotografią artystyczną zakończył Beksiński w 1959 roku serią plansz z naklejonymi zdjęciami, w których trudno odnaleźć jednoznaczne, logiczne związki. Nadając im tytuły, artysta prowokował odbiorcę do werbalnego opisywania. Był to być może pierwszy epizod twórczy, w którym moglibyśmy doszukiwać się literackiej niemalże narracji. I choć jeszcze w lipcu 1960 roku Beksiński pisał do Jerzego Lewczyńskiego, że obmyśla fotomontaże na wspólną wystawę w listopadzie (zamierzenie nie zostało zrealizowane), to aparatu fotograficznego używał odtąd już tylko do dokumentacji.

¶ Równolegle do twórczości fotograficznej powstawały obrazy i reliefy o charakterze abstrakcyjnym – tak odmienne i sugestywne, że na ówczesnych wystawach malarskich wyróżniały się oryginalnością. Beksiński tworzył także rzeźby przestylizowanych postaci ludzkich i zwierzęcych oraz głowy-czaszki. Czasami nadawał im nazwy bohaterów literackich czy mitologicznych: Makbet, Hamlet, Lady Makbet, Edyp. Około 1963 roku ten sposób tworzenia powoli zaczął się wyczerpywać. Podczas jednej z naszych rozmów u końca lat 90., kiedy w sanockim zamku zastanawialiśmy się nad walorami kilku wiszących tam abstrakcji, wypytywałem artystę, dlaczego w momencie, gdy ta właśnie twórczość budziła coraz większe zainteresowanie i uznanie krytyki, zdecydowanie ją odrzucił. Wyjaśnienie Beksińskiego było proste: po kilku latach bycia abstrakcjonistą zrozumiał, że jest to nowy „akademizm” hamujący rozwój artystyczny i ograniczający swobodę wypowiedzi. Zrozumiał, że musi nadal szukać swojej drogi.

¶ W latach 1963–65 powstały jego teksty literackie. Można się zastanowić, czy i one – podobnie jak twórczość fotograficzna – nie były jakąś formą rekompensaty za niespełnione pragnienie realizowania filmów; czy przynajmniej niektórych z nich nie można by uznać za kryptoscenariusze. Na pewno były próbą sprawdzenia się w nowej dyscyplinie twórczości. Już z dystansu, na przełomie lat 70. i 80. minionego wieku, podczas pewnej dyskusji z zaprzyjaźnionym malarzem Tadeuszem Turkowskim Beksiński wspominał, że usiłował niegdyś pisać i zastanawiał się wówczas, kim powinien zostać: malarzem czy pisarzem. Wybrał malarstwo, bo dopiero w tej aktywności twórczej mógł być wolny. Praca literacka wiązała się przecież z cenzorskimi cięciami, „dogadywaniem się” z wydawcami, poddawaniem się ocenom krytyków, walką o przydział papieru i tym podobnymi problemami, zaś pisanie do szuflady nie miało sensu.

¶ Faktem jest, że w 1963 roku sanocki artysta nie do końca był pewien, co robić dalej. Abstrakcja wyczerpała swoją atrakcyjność, rzeźba stawała się coraz bardziej uciążliwa fizycznie, zostawały rysunki i szczególne zainteresowanie się erotyką. Wystawa jego aktualnego dorobku w Starej Pomarańczarni w warszawskich Łazienkach w 1964 roku stała się symbolicznym zamknięciem tamtych poszukiwań.

¶ Trzy lata później, po następnej stołecznej prezentacji zdominowanej przez rysunki erotyczne wykonane w różnych formatach i technikach, Beksiński sprzedał niemalże wszystkie pokazywane dzieła. Odtąd coraz większe zainteresowanie odbiorców przekładające się na powodzenie rynkowe pozwoliło mu żyć wyłącznie z malarstwa. Już w styczniu 1965 roku artysta nosił się z zamiarem wzięcia urlopu w Autosanie, gdyż zamierzał pracować po czternaście godzin dziennie, ucząc się malarstwa olejnego. Podczas gdy w rysunkach stosował coraz swobodniej przestrzeń, trójwymiarowość, gradacje tonalne – w malarstwie wciąż nie wiedział, jak osiągnąć podobne rezultaty, wprowadzając kolor. Obrazy z tego okresu określał jako studia i nic ponadto; to, co się zachowało, prezentuje niską wartość artystyczną. Jednakże w tym samym roku ostatecznie zadecydował, że zostanie malarzem, co było równoznaczne z porzuceniem wprawek literackich.

¶ Dopiero w 1967 roku powstaną obrazy, z których Beksiński będzie zadowolony: charakteryzujące się dojrzałością artystyczną, wprowadzające go w malarstwo przestrzenne nazwane po latach realizmem fantastycznym. Ten etap pracy, trwający do początku lat 80., przyniósł mu sukces materialny i olbrzymi rozgłos. Ostatnie dwadzieścia lat życia artysty było okresem skupionej pracy nad formą, która miała zmaksymalizować ekspresję. Zniknęły rozległe pejzaże znane z okresu fantastycznego, wypełniane zdeformowanym postaciami czy tajemniczymi zjawiskami. Z biegiem czasu zmalało także zainteresowanie Beksińskiego literaturą. Nigdy też nie powrócił do prób literackich, nawet nie zweryfikował po latach utworów napisanych między 1963 a 1965 rokiem. Pisał co prawda dużo listów, prowadził także dziennik, nie uważał jednak, że może to mieć znaczenie literackie.

¶ Zdzisław Beksiński, choć zapewne sam tak o tym nie myślał, był człowiekiem wielu talentów – w tym talentu literackiego. Dziesiąta rocznica śmierci artysty pozwala na ocenę jego olbrzymiego dorobku już z pewnego dystansu. Pochylając się nad kolejnymi próbami literackimi, które dzisiaj udostępniamy czytelnikom, może i westchniemy z żalem, że sanocki twórca przedwcześnie je porzucił?

Opowiadania

Zdzisław BeksińskiNa końcu ogrodu

¶ Leżą pod dachami z liści łopianu, w trawie, moczarach, na polnej drodze i pod asfaltem autostrady. Co roku pierwsze promienie wiosennego słońca, pierwsze upalne dni kwietnia, zieleń, kwiaty i wilgotna ziemia wypędzają mnie na to osobliwe tournée. Zimne poczekalnie dworcowe, pełne przeciągu autobusy, potem zaś otwiera się przed mymi oczyma jeden z tych znanych ze wszystkich snów i ze wszystkich wspomnień krajobrazów, w którym pierwsza, dzika, pełna parujących soków wegetacja roślinna miesza się z włosami moich zmarłych. Leżę w trawie i wśród akompaniamentu bzyczeń, szumów – wydaje się, że i promienie słoneczne emanują cichy, monotonny dźwięk – usiłuję przypomnieć sobie, o czym wtedy rozmawiali.

¶ Potem idę na koniec ogrodu, gdzie leżą zmarli. Na końcu ogrodu, rozumie pan, nie ma żadnego domowego cmentarza, po prostu stoi altanka i betonowy tarasik, na którym zwykle opala się mój brat. Teraz jednak jestem przekonany, że na końcu ogrodu znajduje się grób – jeden lub kilka. Tak, jeden lub kilka. Nawet nie wiem, czy zdawałem sobie wtedy sprawę, że należy odróżnić, czy znajduje się tam jeden grób, czy też kilka grobów, może wspólna mogiła; nie wiem, czy to zresztą jest ważne. Proszę powiedzieć, czy to jest ważne.

¶ Mów dalej, wszystko jest ważne. Mów tak, jak myślisz. Mów także o wszystkich wątpliwościach, jakie przychodzą ci do głowy w związku z twoją relacją. Ważna jest i sama relacja, i wszelkie wątpliwości. Mów dalej.

¶ Więc na końcu ogrodu znajduje się duży grób lub też kilka grobów; może nie grobów, może znajduje się tam mogiła. Określenie „mogiła” wydaje mi się bardziej adekwatne niż słowo „grób”. Tak jak niemiecki „Kirchof” jest chyba lepszym słowem niż „cmentarz”. „Kirchof”. Albo „churchyard”. To po angielsku. Przychodzi mi też do głowy słowo „monastyr”. To znaczy po rosyjsku „klasztor”. Rosjanie mówią to, przeciągając: „manastyyyr”. Dlaczego przyszło mi do głowy słowo „manastyyyr”? Ponieważ nie wiąże się ono z mogiłami na końcu mego ogrodu. Więc na końcu ogrodu znajdują się mogiły. W mogiłach tych znajdują się ludzie, których chyba znam. Idę na koniec ogrodu. Mrok rozpościera się nad ziemią, ale jest to dziwny mrok, pokrywający ziemię do wysokości trawy. Trawa, glina, chwasty, łopiany, patyki koraliny są mroczne, jak przysypane grubą warstwą pyłu węglowego. Mrok panuje nad samą ziemią. Niebo natomiast jest stosunkowo jasne, pokryte czerwienią zachodu. Zachodu czy wschodu? To ciekawe. Jestem przekonany, że niebo pokryte jest czerwienią zachodu, ale ta czerwień – uzmysławiam sobie to teraz – leży po wschodniej stronie ogrodu. Proszę mi powiedzieć. Powiedz mi, co w takim razie jest ważne: to, co sobie wtedy uzmysłowiłem, czy to, co było, to znaczy to, co sobie teraz przypominam?

¶ Mów dalej, wszystko jest ważne. I to, co sobie przypominasz, i to, co sobie wtedy uzmysłowiłeś. Mów dalej.

¶ Idę na koniec ogrodu, gdzie znajduje się mogiła, w której leżą zmarli. Ja znam chyba tych zmarłych, ale nie potrafiłbym ich nazwać. Nie wiem, czy leżą w tej mogile od dawna, czy dopiero od kilku dni. Zdaje się, że leżą od kilku dni, bo obawiam się fetoru rozkładających się zwłok. Zdaje się, że leżą już niesłychanie długo, bo zastanawiam się, czy korzenie drzew, które w tym czasie rozprzestrzeniły się dookoła i w głąb, nie będą stanowić przeszkody w ich wydobyciu.

¶ W trawie, przy samej ziemi, kilka zorganizowanych w brygadę roboczą mrówek ciągnie zdechłego pająka. Żar słońca, brzęk owadów, wszystko zlewa się w monotonną, usypiającą muzykę.

¶ Na końcu ogrodu jest miejsce, w którym leżą zmarli. Zaraz za płytą betonową, na której lubiłem się opalać. Mrok jak ciemny gaz, cięższy od powietrza pokrywa brudną kołdrą trawę i kwiaty, patyki krzewów, liście łopucha. Nie wiem, czy zmarły jest jeden, czy jest ich kilku. Leżą w tym miejscu, gdzie za płytą betonową mój ojciec, gdy byłem jeszcze mały, pochował mojego psa. Pies nazywał się Miki. Zdechł zdaje się na zapalenie płuc. Może zresztą się mylę. W tym miejscu w ogrodzie jest od trzydziestu lat małe zagłębienie zarosłe chwastami i zielskiem. W dzieciństwie nie lubiłem tam chodzić; gdy przypadkiem zapędziłem się za płytę betonową i za krzak dereniu, gdzie znajdowało się zagłębienie, zwalniałem bieg i uspokajałem oddech. Wokoło panowała wilgoć, mrok rzucany przez dereń i cisza, którą dziś nazwałbym ciszą śmierci. Minęło trzydzieści lat i mój ojciec już dawno nie żyje, ale zagłębienie na końcu ogrodu, tam, gdzie leżą teraz zmarli, jest stale widoczne. Myślę, że będzie widoczne jeszcze długo po mojej śmierci. Nieraz przyłapuję się na myśli, że chciałbym wziąć łopatę i rozkopać anonimowy grób ukryty pod zagłębieniem. Nie wiem, czy pcha mnie do tego podszyta seksualnością ciekawość śmierci, masochistyczna rozkosz bezpośredniego zetknięcia z destrukcją przemijania, czy też tęsknota za utraconym dzieciństwem, które zakopane zostało wraz ze zwłokami psa.

¶ Mrówki mają teraz przed sobą do przekroczenia źdźbło trawy. W górze, nad nimi i nade mną, niesłychanie wysoko słychać dźwięk przelatującego samolotu. Podnoszę wzrok ku niebu. Samolot jest niesłychanie wysoko i gołym okiem dostrzec można jedynie cienką na początku i rozwiewającą się po kilku kilometrach w drobne baranki smugę kondensatu. Człowiek, który prowadzi samolot, i ludzie, którzy się w samolocie znajdują, nie wiedzą o moim istnieniu nawet tyle, ile wiem ja o mrówkach niosących zdechłego pająka. Opuszczam wzrok na trawę. Mrówki nie pokonały jeszcze zagradzającego im drogę źdźbła. W czasie, w którym samolot przeleciał odległość dwudziestu kilometrów, mrówki nie uczyniły właściwie ani kroku naprzód. Wszystko jednak wskazuje na to, że nie zostawią zdechłego pająka, lecz będą się męczyć dalej.

¶ Chciałbym uwierzyć, że masz rację. Mówię „chciałbym”, bo nie wierzę. Teraz chciałbym mówić dalej.

¶ Mów dalej. Cały czas słucham. Mów dalej.

¶ Jest długie, rozpościerające się aż po granicę zarośniętych lasem gór pole. Obecnie stoją tam domy, osiedle mieszkaniowe, ale w moich snach wracam do pola z czasów dzieciństwa, a może do jakiegoś innego pola, które widziałem w trakcie jednej ze swych podróży. Nad polem wznosi się czarny sufit nocnych chmur. Ten czarny sufit z góry i stosunkowo jaśniejsze, lecz mimo to również ogromnie ciemne pola z dołu tworzą tunel; coś na kształt olbrzymiej szuflady, otwartej z jednej strony, po której właśnie stoję, i zamkniętej gdzieś daleko, w miejscu zlania się czerni chmur i ciemnego brązu pól w jednolitą, nieprzeniknioną ciemność. Jestem na początku szuflady; to znaczy w chwili, którą już sobie przypominam, jestem na początku szuflady i prawdopodobnie mam podążać w kierunku prowadzącym w głąb szuflady. Odczuwam niesłychany wprost strach, łaskoczącą włosy i zaciskającą gardło trwogę. Gdzieś w głębi szuflady płonie światło. Jest to chyba światło domu. Być może światło to nie jest elektryczne. Jest to raczej świeczka, a może lampa naftowa. Wydaje mi się, że stoi ona bezpośrednio na trawniku, w ukryciu drzew, rzucając od spodu na liście słabe, pełgające niespokojnie odblaski. Nie wiem, czy to dobrze przedstawiłem. Na ziemi leży śnieg i światło pali się w śniegu. Jest chyba zima, jestem stale we wnętrzu szuflady, tylko że teraz nie mogę się już cofnąć. To wraca wiele razy. Czasem idę w poprzek szuflady. Czasem stoję i zastanawiam się, jak osiągnąć cel znajdujący się na terenie szuflady. To wraca wiele razy. Cel nigdy nie leży poza granicami szuflady. Wydaje mi się, że nie ma niczego, co znajdowałoby się poza jej granicami. Poza tym jestem w trakcie mych podróży zupełnie sam i sądzę, że domy, pełgające światełka i wydeptane trakty, do których dążę, są również niezamieszkane, bezosobowe, anonimowe, nieuczęszczane, [że to] fatamorgana, złudzenie, iluzja w iluzji, sen w marzeniu sennym.

¶ Zimny, pełen przeciągów i nieokreślonych hałasów peron. „…odchodzi z toru dwunastego przy peronie szóstym, proszę wsiadać, drzwi zamykać, powtarzam, pociąg pospieszny do…”.

¶ Mam dopiero siedem lat. W pokoju na końcu amfilady nie pali się światło i gdy idę po zostawione w pokoju zabawki, przejść muszę przez sześć nieoświetlonych pokoi. Wyłączniki światła są na wysokości półtora metra. Nie mogę do nich dosięgnąć bez dostawienia do ściany krzesła lub stołeczka. Za poręczami krzeseł, pod blatami stołeczków czekają na mnie złośliwe krasnoludki. Małe stworzonka o nieokreślonym kształcie. Gdy po omacku szukać będę krzesła, mogę dotknąć jednego z nich. W ciemnym otworze, w ciemnej szczelinie za piecem goreje dwoje oczu, na pewno goreje dwoje oczu; nie mogę obrócić głowy, bo je zobaczę. Nie mogę obrócić głowy, bo je zobaczę, a jednak muszę obrócić głowę i muszę je zobaczyć. Śni mi się, jak idę z ojcem do parku. Po prawej stronie, w bocznej alejce rośnie krzew orzecha laskowego o czerwonych liściach. Wokół krzewu panuje cisza i wilgotny półmrok. Dziś w parku nie ma czerwonego drzewa, na tym miejscu spostrzegam wielką szeroką budowlę o jego kształcie. Budowla pokryta jest cała czarnym lśniącym materiałem, jakiego Żydzi używają na chałaty. Ojciec mówi, że coś w parku czeka. Strach jak wielki ciepły kawałek mydła wtłacza mi się do gardła. Babka trzymała zawsze w szafie włoskie orzechy, daktyle, papierosy machorkowe dla żebraków; gdy umarła, jej strój, którego używała do pracy w ogrodzie, wisiał przez rok w piwniczce na narzędzia i gdy przeszukiwałem jego kieszenie, rozłaził się z wilgoci i pleśni w palcach. Czarny materiał skradziony babce, którym pokryta była leszczyna w parku, przyśnił mi się jeszcze później, gdy już byłem żonaty i mój najstarszy syn liczył sobie siedem lat. Kobieta wiejska o nieruchomej, lecz znajomej twarzy i w nieokreślonym wieku, w uszytej z tego materiału sukni stała na schodach prowadzących do domu i na jej widok zawyłem ze zgrozy, budząc się z bijącym sercem.

¶ Co roku przemierzam tę samą trasę. Gdy patrzę teraz z pociągu na puszystą zieleń pól, wyobrażam sobie, że z wagonu zwisa długa lina. Chwytam tę linę i rzucam się w fale zieleni, mknąc za pociągiem zawieszony jak szczupak na końcu wędzidła. Pod moimi wyciągniętymi rękami rozczesuje się trawa, krzewy, młode zboże, cała twarz piecze mnie od tysięcy lekkich, tysięcy szybkich, oczyszczających uderzeń; wkopuję się w ziemię, rozcinam ją rękami jak masło, wwiercam się w nią jak dżdżownica…

¶ Mów dalej.

¶ Czasem są pola owiewane wiatrem i pocukrowane cienką powłoką śniegu. Wiatr przegania jego nieliczne, twarde, sypkie płatki, które zbierają się w zagłębieniach terenu, na listkach trawy, na zeschłych porozrzucanych badylach. Jestem tu chyba ze znajomymi, może z kolegami ze szkoły. Jest także chyba i mój brat. A więc żyje! Wydaje mi się, że jestem o wiele młodszy. Nie wiem zresztą, czy jest to wrażenie odniesione w pełni bezpośrednio, czy też spowodowane faktem obecności brata i kolegów. W pewnej chwili oni odchodzą, może zresztą nigdy ich nie było, a od samego początku istniała tylko świadomość, że przed chwilą odeszli. Przeszłość jest ciemna. Nie mogę więcej dostrzec. Nie wiem, skąd tam się znaleźliśmy. Wydaje mi się, że jest to pole obok domu jednego z moich kolegów, gdzie bawiliśmy się, gdy miałem lat dwanaście. Na tym polu jest skarpa. Skarpa ta jest ciemna i to znaczy, że jest ciemniejsza od pobielonych pól. Nie ma na niej trawy, są w niej zakopane jakieś skrzynie, które erozja wiatru i inne niewyjaśnione czynniki częściowo odsłoniły. Może zresztą nigdy nie były zakopane dość głęboko. Nie wiem. Nie wiem, co mają oznaczać skrzynie. Są częściowo przegniłe lub połamane. Jest coraz ciemniej. Czuję coś w rodzaju ogromnego zniechęcenia, niesmaku, zupełnej beznadziejności, zatrucia jakimś dziwnym gazem. W miejscach, w których skrzynie są zniszczone, widać czarną czeluść wnętrza, która zdaje się sięgać do środka ziemi. Twarde płatki śniegu, które nanosi wiatr, wirują nad tą czeluścią; wciągane do wewnątrz, osiadają na krawędziach otworów, na wystających z ziemi brzegach skrzyń, by, porwane następnym podmuchem wiatru, uciec gdzieś dalej jak białe owady przyciągane przez chłód i mrok.

¶ Teraz patrzę na drzewa. Cała polana tętni życiem. Wszędzie za zasłoną drzew są moje ogrody, wszędzie włosy zmarłych rozwiewają się w podmuchach wiatru, omiatając nieruchome czoła i zarośnięte kwiatami oczy.

¶ W dzieciństwie wierzyłem w istnienie lochów. Lochów ukrytych pod starymi zrujnowanymi klasztorami, lochów drążących lasy, lochów podkopujących szerokie rzeki. W lasach tupaliśmy silnie nogą w igliwie i wydawało nam się, że słychać dudnienie. Patrząc na rzekę z mostu, wiedziałem że wiry powstają w wyniku uciekania wody przez nieszczelności w sklepieniach lochów. Raz, patrząc z mostu, zauważyłem u podnóża przęsła biały, zniekształcony przez załamanie światła w płynącej wodzie przedmiot. Wyglądało to jak zwłoki dziecka, a może psa. Widać było żebra, może zresztą fantazja dodała nieistniejące szczegóły. Między otworami żeber a powłoką niesłychanie białej skóry czy mięsa widać było ciemne rozpadliny wnętrza, do których wpływały i [z których] wypływały ryby. Mech rzeczny porastający gęstym lasem dno rzeki splatał się i rozplatał na białych, drgających w rytm fali członkach. Chodziłem codziennie nad rzekę i patrzyłem z mostu, jak zmienia się pies leżący na dnie. Potem przyszła zima i lód pokrył rzekę i psa. Czekałem wiosny i roztopów. Gdy jednak lód ruszył i oczyściły się wody, nie było już psa u podnóża przęsła. Odczułem naprzód rozczarowanie, potem zaś ulgę. Nie musiałem już na niego patrzeć; jednak od tego czasu nienawidziłem rzeki i kąpieli. Sądziłem, że pies czeka na mnie na dnie rzeki, pod mętnym lustrem wody, w cichej pościeli namułu, poza zarośniętymi mchem głowami. Mimo iż minęło wiele lat, myślę, że pies czeka na mnie nadal.

¶ Wejście do ogrodu jest za zasłoną drzew. Na końcu ogrodu, pod liśćmi łopianu jest cichy, wilgotny kąt. Wokoło leżą gnijące gałązki, spleśniałe badyle, pod zimnymi kamieniami uwijają się roje robactwa. Niedługo odchodzi autobus. Szeleszcząc butami w chwastach wśród trzasku łamanego chrustu, oddalam się od ogrodu.

¶ A kiedy indziej idę ulicą. Chyba jest to ten sam nastrój, ten sam klimat psychiczny. Nie wiem zresztą, jak uważasz. Sądzę, że to także jest ważne. Zresztą może mi się tylko tak wydaje. Więc idę ulicą, jest to ulica nieznanego mi miasta. Wokół jakieś ruiny i rusztowania. Ulica jest ciasna. Jest tak ciasna, że muszę się przepychać, aby móc zdążyć. Ściany domów, rusztowania zaciskają się po obu stronach, przejście wynosi zaledwie pół metra, może jest jeszcze węższe. Odczuwam niepokój, strach. Strach, którego nie chcę okazać. Ta dzielnica to getto, stare getto w nieznanym mi mieście. Brodaci Żydzi wyglądają z okien. Może nie wyglądają z okien, tylko przemykają za rusztowaniami. Czuję sieć spisku. Dosłownie sieć spisku. Rusztowania są tak gęste, że z trudnością, jak wąż, pochylając się, prześlizgując pomiędzy nimi, mogę podążyć naprzód. Widzę jednak, że im dalej się posuwam, tym bardziej gęstnieją rusztowania, tym bardziej ciemnieje i zwęża się ulica. Nie mogę się cofnąć; nie wiem właściwie dlaczego, lecz nie mogę się cofnąć. Może droga odwrotu została odcięta, a może mam jakiś cel przed sobą. Nie potrafię tego dokładniej sobie uzmysłowić. Wiem tylko jedno: nie mogę dać poznać po sobie, że się boję. Zresztą i tak nie ma najmniejszej drogi ratunku. Wtedy się budzę. Nie jestem przecież antysemitą. Wiesz, że nie jestem antysemitą. Dlaczego boję się starych Żydów, których już nie ma? Nie są to starzy ludzie, nie są to starcy. Widzę w nich tylko wrogów, niepokonane prawa natury. Bezwzględną, obcą siłę. Biorą katolickie dzieci, wsadzają do beczki nabitej gwoźdźmi i obracają beczkę. Krwią nasycają białe prześcieradła. Po jednej nitce z każdego prześcieradła dodają do macy. Czy te sny wyjaśnić można jedynie czystym strachem? Czy istnieje czysty strach? Musi istnieć strach przed czymś. Nie boję się przecież starych Żydów wymordowanych w czasie wojny. Dlaczego boję się ich we śnie, dlaczego oni nienawidzą mnie we śnie i pragną mnie schwycić w swoje ręce? Nie jestem dzieckiem, jestem dorosłym, który nie wierzy w beczkę nabijaną gwoźdźmi. Może to nie lęk przed Żydami? Może Żydzi symbolizują starość i śmierć? Czy mówić dalej?

¶ Mów dalej, słucham.

¶ Ulica, którą podążam, zabudowana jest starymi domami i ruinami. Dlaczego wokoło znajdują się ruiny? Dlaczego znajdują się rusztowania? Przychodzi mi do głowy słowo „moloch”. Być może jest to słowo „loch”. Lochy. Piwnice, gdzie błądzi się w poszukiwaniu zmarłych, których białe, wymoczone w wodzie zwłoki spoczywają na którymś z zakrętów. Między żebrami widać czarne otwory. Wnętrza piwnic są ciemne, korytarze prowadzą w nieskończoność. Korytarze zbudowane są prawdopodobnie okrężnie i ich obwód się zamyka. Zwłoki mojego brata leżą na betonowym tarasie.

¶ Wszędzie wokoło znajdują się te ogrody. Autobus pędzi korytarzem stworzonym przez topole. Takie same topole rosły u nas, gdy jeszcze byłem mały. W żywopłotach czają się ukryte cieniste ogrody i zaniedbane domy.

¶ W mieście była jedna ulica, której nie mogę obecnie znaleźć. Nie przywodzi [ona] obecnie na myśl chwil szczęścia, nie budzi smutnych wspomnień. Jestem teraz na ulicy mojego dzieciństwa, w której brzmi echo spraw zapomnianych, niebyłych dramatów, jakichś dziwnie melancholijnych przeżyć. Nie wiem, po której stronie miasta jest ta ulica. Być może przechodzę nią codziennie, ale dawne proporcje uległy zmianie, powstały nowe domy, wycięto drzewa. Może ta ulica była w innym mieście. Może była we śnie. Willowe domy o zniszczonych, spłukanych przez deszcz secesyjnych fasadach, zarośnięte winem ogrody, pokryte winem mury i sztachety. Stare bramy z prętów stalowych. Stary człowiek w jednym z pokoi. W pokoju wisi obraz przedstawiający odwrót spod Moskwy. Zwłoki pokryte śniegiem. Fortepian. Kolekcja kaktusów. Stary człowiek rozmawia o czymś z moim ojcem. W mieszkaniu panuje mrok. Na jednej z półek leży rysunek. Widać rozkopany grób, nad którym stoją trzy kobiety o dziwnie podniesionych od przodu sukniach. Nie rozumiem, co oznacza ten obrazek, ale boję się spytać o to ojca. Wydaje mi się, że nie otrzymałbym odpowiedzi, a obrazek zostałby schowany. Ojciec odebrał mi raz zdjęcie nagiej kobiety, a trzy kobiety na obrazku starego pana mają bardzo wysoko uniesione suknie. Wewnątrz, w grobie, leży związany mężczyzna w białej potarganej koszuli. Obrazek ten jest zupełnie niezrozumiały, lecz na tyle sugestywny, że widzę go jeszcze dziś. W dniu, w którym mój brat utopił się podczas kąpieli w basenie, myślałem o tym obrazku, a potem, gdy ksiądz podnosił w kazaniu posłuszeństwo, pilność i miłość do rodziców i rodzeństwa zmarłego, widziałem przed oczyma tylko ten obrazek: mężczyznę w grobie i trzy kobiety. Nie pamiętam już zupełnie starego pana, u którego byliśmy na tej zarośniętej winem ulicy. Mimo iż obrazek mam przed oczyma do dziś tak dokładnie jak w dniu, kiedy ujrzałem go po raz pierwszy, nie potrafiłbym poznać starego pana z ulicy snów. Być może zresztą już nie żyje. Z wiekiem, dopiero po upływie wielu lat, domyśliłem się, że umyślnie umieścił on dziwny obrazek tak nisko na półce, by nie dostrzegł go mój ojciec, lecz bym dostrzegł go ja.

¶ Leżę w trawie z głową zwróconą w kierunku nieba i patrzę na krążące wysoko jaskółki. Przypominam sobie, o czym mówili wtedy. Przypominam sobie z trudem fragment po fragmencie, lecz i tak pamiętam zaledwie okruchy, bezużyteczne szczątki, niedojedzone przez czas resztki.

¶ Idę ogrodem, parkiem lub cmentarzem. Jest lato. Pełnia lata. Niesłychanie silny zapach liści, mokrej trawy, gnijących w zielonym tłoku badyli. Oświetlające wszystko poprzez raster liści promienie słońca nie są w stanie rozświetlić moich myśli. Zdaję sobie sprawę, że muszę przebyć część cmentarza; sądzę, że to cmentarz, ale nie mógłbym zastosować tu słowa „churchyard”; słowo to nie określa tego, co znajduje się teraz wokół mnie. Nie mógłbym także użyć twardego niemieckiego słowa „Kirchof”. Nie jest to chyba także cmentarz. W niesłychanym natłoku liści, badyli, jakichś kolorowych ciężkich ptaków, olbrzymich tropikalnych motyli, tłustych gorących liszek, ślimaków, komarów – znajduje się miejsce, do którego nie powinienem się udawać, lecz do którego właśnie, pchany jakąś dziwną ambiwalencją, wbrew woli podążam. Nie wiem, jak wygląda to miejsce; wydaje mi się, że jest to chyba grób, grobowiec. Nie wiem, czy ten grobowiec jest otwarty, czy zamknięty; czy jest z kamienia, czy tylko z betonu; może jest zbudowany z drzewa, ze starego zmurszałego drzewa, a między deskami prześwitują czarne głębokie otwory. Może mówię zbyt wiele, mówiąc równocześnie zbyt mało. Nie wiem, czy odczuwam to we śnie tak jak w tej chwili. Sądzę, że jeszcze nie opisałem tych stanów tak, jak one wyglądają. Czy mam jeszcze mówić?

¶ Mów dalej.

¶ Błądzę po tym cmentarzu całe drżące od upału dnie; gdy już jestem przy wyjściu, wracam mimo woli czy też dobrowolnie – nie potrafię tego określić – w parującą lepkim gorącem aleję, w której znajduje się to, czego nie powinienem widzieć. Wiem, że nie powinienem tego widzieć, lecz nie wiem dlaczego. Wiem także, że muszę to zobaczyć i na samą myśl o tym strach rozmiękcza mi nogi i klei podeszwy do ścieżki. Złe określenie. Nie mam podeszew. W tej chwili uzmysłowiłem sobie, że jestem boso i że stąpanie po gorącej, soczystej trawie połączone jest z niesłychanym obrzydzeniem. Tak, „obrzydzenie” to jest słowo, które najdokładniej oddaje stan, w jakim się teraz znajduję. Obrzydzenie połączone ze strachem. Wrażenie, jakiego doznajemy na widok pająka, lecz z jednej strony niesłychanie wysubtelnione, z drugiej – powiększone do olbrzymich rozmiarów. Jestem nie tylko bosy, jestem także nagi, ubrany jedynie w strój kąpielowy, i na całym ciele odczuwam plugawe muśnięcia liści, motyli, kwiatów, które w zetknięciu ze mną okazują się wykonane z jakiejś zwiotczałej, nabrzmiałej procesem gnilnym substancji. W ustach czuję smak tej substancji. Jama ustna jest pełna czegoś niesłychanie obrzydliwego; czegoś, czego kwintesencją będzie to, co oczekuje mnie w miejscu, do którego dążę.

¶ Nie pamiętam już nic. Leżę zasłuchany w szum wiatru i widzę, jak obłoki nad moją głową układają się powoli w kształt, który naraz przypomina mi wszystko w ostatnim momencie, na granicy snu.

¶ Idę wnętrzem szuflady pod sufitem zbudowanym z czarnych, stojących nisko obłoków. Tam daleko, w zupełnej głębi, w ciemności – pali się światło. Są Zaduszki i cmentarz jest zupełnie pusty, jestem tylko ja i to jedno światło, którego odblaski pełzną podniebieniami liści. Światło pali się wewnątrz, w zagłębieniu zapadniętego grobu, który znajduje się w ogrodzie. Leżą tam zmarli, których muszę odwiedzić. W ogrodzie, w zagłębieniu trawnika, leży padlina psa utopionego w rzece. Dlaczego pies nie czeka na mnie na dnie basenu kąpielowego? Gdy wydobyto mego brata, myślałem o zagłębieniu w głębi ogrodu i widziałem trzy kobiety stojące nad grobem. Teraz jest ciemno, idę wzdłuż szuflady. W górze słyszę gwizd samolotu. Mrówki wloką zdechłego pająka. Wielkie tłuste śliskie ryby ocierają się o moje ciało. Mój brat leży na betonowej płycie basenu; woda załamuje promienie słońca odbijające się od jego żeber.

Zdzisław BeksińskiCentrala snów

¶ Pytania przychodzą same, atakują umysł, żądają odpowiedzi, uporczywie, nieustannie powracają do punktu wyjściowego i znowu zaczynają krążyć, kapać jak niezmordowane krople wody, ziarnka piasku w klepsydrze, sekundy, minuty, godziny: czy lustra odbijają cokolwiek, gdy w nie nikt nie patrzy, czy w pokojach słychać dźwięki, gdy nikt nie słucha, czy istnieją wnętrza, pokoje, korytarze i schody, czy też istnieje tylko ich obraz w umyśle obserwatora? Normalne, uporczywe pytania psychastenika, pytania bez odpowiedzi, pytania bez sensu. Naturalnie, że lustra odbijają to, co znajduje się w zasięgu stu osiemdziesięciu stopni, połowę panoramy, na którą zwrócone są ich otwory; muszą odbijać, posłuszne prawom optyki – odbijają każdy poszczególny promień światła pod kątem równym kątowi jego padania, zmniejszając równocześnie jego intensywność o różnicę promieni pochłoniętych i nieodbitych, jak też promieni rozproszonych i odbitych pod innym kątem niż kąt padania; szkło pokrywające warstwę odblaskową załamuje promienie i rozszczepia je na poszczególne kolory widma – to jasne, że lustra odbijają wszystko, co znajduje się na dostępnej im połowie panoramy, i że odbijają to niezależnie od tego, czy ktoś umieszczony w niej widzi to, czy też nie. Z drugiej jednak strony, trudno odpędzić myśl o dziwnej beznadziejności, daremności tej pracy nieposiadającej świadków; sekunda po sekundzie, minuta po minucie ta sama nieruchoma połowa panoramy, nieustanna gonitwa promieni emanowanych, odbijanych, nieustanna wymiana starych promieni na nowe promienie przy zupełnym bezruchu, absolutnej stagnacji. Stare pożółkłe fotografie, listy, których już nikt nie czyta, spoczywające w segregatorach; twarze portretów zwróconych ku lustru niosącemu niewidomym oczom ich stronę panoramy, gonitwa i bezruch, wieczna śmierć i wieczne trwanie, nieustanne stawanie się wśród pozorów zupełnej martwoty. Teraz nikt nie rozprasza ciszy panującej w centrali, nikt nie zakłóca swoim spojrzeniem mrówczej, nieustannej pracy luster. Pożółkłe fotografie leżą w sarkofagach szuflad. Martwe oczy rybim wzrokiem patrzą nieustannie w ten sam nieistniejący punkt panoramy. Oczy te są matowe. Nie odbijają niczego, zachowały w sobie na stałe odbicie sprzed wielu lat; cicha, uporczywa praca luster staje się tym bardziej daremna. Ten człowiek jest pewnie właścicielem. Nic nie wiadomo; jest to pora wyrwana ze swego miejsca wśród interwałów czasu, pora niejako nadprogramowa, która być może ze względu na swoją nadprogramowość nie znalazła się w dokładnie rozplanowanym i zsynchronizowanym systemie; systemie, w którym nie ma nawet sekundowej luki, w którego szkielet nie sposób wcisnąć ani jednego spojrzenia, ani jednego dźwięku, ani jednego odbicia. Dlatego też ten człowiek nie jest po prostu właścicielem, on może jest właścicielem, może był właścicielem, a nie można także, skoro jesteśmy poza czasem, nie zgodzić się z myślą, że ten człowiek dopiero może będzie właścicielem. Ma brodę, śmieszną brodę, która wygląda jak przysztukowana. Towarzyszy mu brzydka kobieta w ciemnej sukni, osłaniająca się od słońca czarnym deszczowym parasolem. Jest to może jego żona, może jego córka, może wnuczka, może babka. Cóż można powiedzieć o ich wieku? Być może zresztą ta kobieta jest dla niego zupełnie obcą osobą, która tylko usiadła obok, by odpocząć pod deszczowym parasolem. Jest jeszcze parę osób, świeci słońce, zdjęcie jest zrobione chyba w czasie przejażdżki stateczkiem rzecznym, widać jasno pomalowane ławki. Właściwie tylko te dwie osoby zwracają moją uwagę. Ile pokoi może liczyć budynek? Być może jest to właśnie centrala. I być może człowiek ze śmieszną brodą jest mieszkańcem centrali, jej właścicielem, jej kierownikiem. Brzydka kobieta w ciemnej sukni i czarny parasol odbite już zostały lub zostaną w lustrach; może lustra zachowały coś, jakieś wspomnienie, resztkę, odprysk, który zataił się gdzieś w głębi złoconych ram i za chwilę, wypłoszony ciszą, wyssany pustką, wypadnie jak meteor, rozświetli na moment połowę panoramy, zrekonstruuje na mgnienie obraz przeszłości. Ewokacja. Zresztą, dlaczego centrala? Czy tak wygląda centrala? Z drugiej jednak strony, czy tak nie mogłaby wyglądać centrala? Czy tak może wyglądać centrala? Olbrzymi, niekończący się w żadnym kierunku budynek, zalane brudnosrebrnym światłem korytarze, białe lśniące drzwi biur i pokoi, obite dermą drzwi zastępców dyrektorów, obite skórą drzwi dyrektorów, chłodne i ciemne szyby windowe. To może być centrala, nazywam ten budynek w myśli centralą. Właściwie nie jest to już budynek. Nie przypominam sobie momentu, skrawka myśli, odprysku wspomnienia, który dotyczyłby mego istnienia poza jego obrębem, a nie był snem. Schodzę po stromym stoku góry, góry wyłożonej wikliną na kształt niezwykłego kosza z bajki. Wiklina jest niesłychanie gruba, przekrój każdego zaplecionego patyka jest równy przekrojowi mojego ramienia; to już nie są patyki i nie jest to wiklinowy kosz, są to chyba wiklinowe Tatry, turnie, gzymsy, półki, rynny, kominy, olbrzymi kompleks wiklinowych szczytów wyplecionych i wypełnionych gliną, która przesypuje się ze wszystkich nieszczelności, brudząc moje nogi, które nieustannie prowadzą mnie niżej i niżej po stopniach wiklinowych skał. Na dole, na samym dole oczekują na mnie zwierzęta, chyba groźne zwierzęta: mają tułowie jak tygrysy, kolor ich jest popielato-czarny, mają skrzydła jak nietoperze, umieszczone tak samo mało logicznie – jeżeli wierzyć w logikę anatomii – jak skrzydła mitologicznych pegazów. Skrzydła te wyrastają gdzieś bezpośrednio z kręgosłupa, prawie w połowie tułowia; zresztą wydaje się, że te skrzydła nie mogą służyć do lotu, są na to za słabe, za małe powierzchniowo, zbyt absurdalne funkcjonalnie. Ogony zwierząt są długie i zakończone metalowymi skuwkami w kształcie rombu, może w kształcie karo. Te zwierzęta usiłują mi w sposób zresztą dla mnie mało groźny wyrwać coś, co niosę ze sobą, schodząc z wiklinowych Tatr, i jestem zmuszony latać, aby na to nie pozwolić. Nie dochodząc więc do podnóża wiklinowej ściany, odrywam się od ziemi lotem ślizgowym, usiłuję ujść moim niegroźnym prześladowcom, trzymając w pazurach pod brzuchem to, co one usiłują mi wyrwać. Biegną wraz ze mną, podskakują, usiłując chwycić zębami. Chyba im się to częściowo udaje, ale już nic nie pamiętam. To zupełny idiotyzm. To nie jest mój sen. Zwierzęta ze skrzydłami nietoperza powinny się śnić dzieciom. W centrali rozdziału snów dokonano zasadniczej pomyłki w adresowaniu towaru. Może to kobieta, którą zamordowano, miała sny dziecka? Nie mogę sobie przypomnieć, czy morderstwa dokonano w centrali na terenie jednego z jej opuszczonych w tej chwili przez pracowników pokoi, czy też gdzieś poza granicami, na rogatkach snu, w tunelach wyobraźni wypełnionych nieustępującą mgłą i mrokiem. Nie mogę sobie przypomnieć, czy zostawiłem tam ludzi, swoich ludzi, czy też ci ludzie nie przybyli na wezwanie (czyżbym więc telefonował?) i zwłoki zamordowanej zostały same w jednym z bliźniaczo do siebie podobnych pokoi, do którego wejście wiedzie z któregoś z opuszczonych korytarzy. Ostre, nieosłonięte niczym białe światło lampy bezcieniowej, setki segregatorów i skoroszytów, biurka pokryte szkłem, na jednym z nich leżą zwłoki zasłonięte popelinowym płaszczem. Gdzie ukrywa się morderca? Czy zresztą jest to ważne? Być może wyruszyłem na jego poszukiwanie, może zaś chciałem zadzwonić i wezwać swoich ludzi (czyżbym więc nie telefonował? – wydaje mi się, że telefonowałem), może chciałem uciec. Może to ja jestem mordercą, może jestem policjantem, stróżem porządku, prokuratorem, sędzią, katem, a może zamordowaną kobietą? Znaczenia, nazwy, pojęcia, określenia – to wszystko zawodzi w czasie snu centrali, w obliczu ciszy niekończących się korytarzy, w obliczu bezkonfliktowego, pozaczasowego trwania nieokreślonej liczby oświetlonych biało pokoi pomnożonych daremną pracą luster. Idę korytarzem, uchylam drzwi pokoi, nie słyszę kroków, które tłumi kokosowy chodnik zalegający każdy centymetr posadzki. Oglądam się niespokojnie za siebie, widząc tylko tę samą, uporczywą, beznadziejną pracę setek lamp emanujących promień po promieniu, blask po blasku, oświetlających dokładnie każdy fragment leżącej w zasięgu mego wzroku konstelacji. Wraz ze mną wędrują w myśli sny dziecka, których zwłoki zostawiłem na pożarcie przeszłości: zwierzęta z ogonami jak średniowieczne gryfy, wiklinowe Tatry i to, co niosę ze sobą i czego nie mogę pozwolić im pożreć. Pozostają jakością samą dla siebie, oderwane od właściciela (nie ja jestem ich właścicielem), zawieszone wzdłuż i w poprzek korytarzy, rozpylone w drgającej białym światłem atmosferze pokoi. Poruszając się po budynku, penetrując pokoje, snując się korytarzami, przecinam raz po raz atmosferę snów, tworzę jej wiry, przeciągi, porywam ze sobą jej oderwane fragmenty, wstępuję jak przypadkowy statysta w jej integralną wegetację, biorę w niej udział przez jedną lub dwie chwile, wpadając po chwili w zupełnie nieistotnym miejscu na pusty korytarz, zalany białym blaskiem jeden z pokoi lub bezpośrednio wpadając w inny fragment z innego czasu tej samej całości; fragment, w którym rozwiązały się już nie­sły­chanie dawno konflikty zarysowujące się zaledwie we fragmencie odwiedzonym poprzednio, lub w którym konfliktów takich jeszcze nie ma, a fragment poprzedzający znajduje się w niesłychanie dalekiej przyszłości. Zdaje się, że będę musiał zginąć. Zdecydowano o tym w którymś z opuszczonych fragmentów, a teraz istnieje tylko potrzeba powieszenia pewnej ilości obywateli, którzy jakoby swoim postępowaniem dobrowolnie wydali na siebie ten wyrok, od którego uchylenie się byłoby małoduszne lub poczytane za małoduszność; zresztą możliwość uchylenia się chyba w praktyce nie istnieje, działa jakiś potężnie rozbudowany aparat, pewna ilość ludzi, którzy będą powieszeni: wychodzą z domu, ubierają się odświętnie, następnie dobrowolnie, lecz także pod niewidzialnym przymusem podążają na miejsca stracenia. Uruchomiono nowe szubienice na skrzyżowaniach ulic, na placach, przed domami użyteczności publicznej. Jest późne popołudnie. Idą na powieszenie moi krewni, to znaczy niektórzy moi krewni – ci, których nieznana w tej chwili prawidłowość ustalona w jednym z poprzednich fragmentów predestynuje do śmierci na szubienicy. Rozmawiam z moimi krewnymi udającymi się na miejsce stracenia. Moi krewni dziwią się, że nie zamierzam zginąć. Moi krewni przypuszczają, że nie uda mi się uniknąć mego losu, o którm zdecydowano w jednym z poprzednich fragmentów. Wydaje mi się, że pogardzają mną za to, iż nie chcę umrzeć wraz z nimi. Wydaje mi się, że jestem dezerterem, że jestem człowiekiem, który przyjąwszy i wykorzystawszy wszelkie uprawnienia wypływające z ustalonych w jednym z poprzednich fragmentów reguł, nie chce przyjąć wypływających z tych reguł obowiązków. Ukrywam się, lecz zdaję sobie sprawę, że wszyscy moi znajomi i wszyscy moi sąsiedzi stali się moimi wrogami. Wydaje mi się, że jestem śledzony. Powinienem dać się powiesić, jest to moim świętym obowiązkiem. Nie jestem człowiekiem uczciwym, jestem wstrętnym, egoistycznym zbiegiem, wśród ciemności nocy uciekam pociągiem, kulę się na pomoście ostatniego wagonu, drżę, iż zostanę rozpoznany. Teraz zbliża się do mnie jeden z moich znajomych; jest to chyba stary lekarz. Zostałem rozpoznany, lecz nie zostałem zdemaskowany; stary lekarz nie wie, że muszę się ukrywać, ale inni ludzie, którzy znajdują się w dalszych wagonach, gdy dowiedzą się o mojej ucieczce, postarają się schwytać mnie i wydać. Udaję przed starym lekarzem, że wysiadam na tej stacji, na której właściwie się znajdujemy, otwieram drzwi pociągu, wychodzę, kiwam ręką, obchodzę wagon dookoła, by od przeciwnej strony, korzystając z ciemności, wskoczyć do pierwszych z brzegu drzwi, jednakże źle obliczyłem czas i pociąg już rusza, biegnę za nim, usiłuję dopaść [do] ostatniego wagonu, usiłuję się schwycić jakiejś rury lub klamki, pociąg jednak jest szybszy i umyka sprzed moich rąk, a wraz z nim moje bagaże i cała zaplanowana przyszłość. Chyba się wywracam, a może przystaję i rezygnuję. Opuszczam w tym miejscu fragment jak statysta bocznymi drzwiami i – podczas gdy akcja toczy się dalej, znajomy lekarz wraz z ludźmi, którzy mnie mogli rozpoznać, przewierca w stalowym ciemnym futerale pociągu nieprzeniknioną wzrokiem przestrzeń nocy, a na rogach ulic i na placach przed domami wyrastają nowe szubienice – ja dezerteruję w nieustępliwie biały blask lamp bezcieniowych, w atmosferę centrali, w której poszukuję mordercy, swoich ludzi, zamordowanej kobiety; albo sam jestem poszukiwanym mordercą, zamordowaną kobietą, a może tylko ostatnią przedśmiertną myślą, a może tylko jakimś zapomnianym gestem, nienazwanym pragnieniem, nieznanym towarem, skazą na perle wyhodowanej w zakamarkach zdezelowanego organizmu. Był to sen dziecka. Myślę, że sen ten określić by można jako sen tchórzliwego generała. Tak. W korytarzach i pokojach centrali snują się jak dym sny tchórzliwego generała; splatają [się], łączą, zazębiają ze snami dziecka. W którymś z pokoi znajduje się być może tchórzliwy generał, tak jak znajduje się trup kobiety. Nie! Przecież zamordowana kobieta nie jest dzieckiem, sny dziecka są czymś niezależnym, czymś określonym tylko przeze mnie jako sny dziecka; dziecko śniące te sny nie istnieje, istnieją tylko sny, niezależne, wolne sny wibrujące we wnętrzach centrali i w ten sam sposób nie istnieje tchórzliwy generał, istnieją tylko jego wolne, niezużyte jeszcze sny. Czy istnieją one wyłącznie na terenie centrali? Sądzę, że tak. Czy możliwy jest bowiem jakikolwiek byt poza terenem centrali, w przepastnej mgle koszmarnego chaosu, w nieustosunkowanej do żadnego punktu odniesienia, nienazwanej przestrzeni? Widać ogromny samochód kabriolet. Jest to chyba autobus ze zdjętym dachem, należący do jakiegoś towarzystwa turystycznego z pierwszych lat bieżącego stulecia. Chyba jeden z pierwszych autobusów na świecie. Siedzi w nim kilkanaście osób. Zdjęcie zrobione jest na moment przed wyruszeniem autobusu w trasę. Szukam wzrokiem człowieka z przysztukowaną brodą i jego brzydkiej żony. Zadowoleni z siebie, siedzą w rzędzie pasażerów: urlopowicze zwiedzający nieznane zakątki Europy. Parasol spoczywa chyba pod siedzeniem, gdyż nie zmieścił się zapewne w walizce. Jest lato, pełnia lata. Jakieś ułamki tej radosnej atmosfery, jakieś niewyczuwalne wprost nawet nadwrażliwym organem powonienia zapachy tego lata, zapachy benzyny i asfaltu, wody kolońskiej, wyczyszczonych butów, przyniesione na twarzach, dłoniach i ubraniach, zamknięte w walizkach, zaplątane we włosach – muszą od tej chwili ukrywać się w nieznanych zakamarkach centrali, zawieszone wśród pajęczyn, poza kłamliwymi otworami luster, zaschnięte w szczelinach segregatorów, przylgnięte do powierzchni starych fotografii. Przedmioty, które żyją dłużej niż właściciele; dźwięki, które w nieskończoność wygaszają się w przestrzeniach materii; odbicia, które w nieskończoność krążą po obu stronach panoramy. W którymś z niezliczonych pokoi, w kącie któregoś z niezliczonych korytarzy lub w jednej z szaf leży zapewne parasol i jest on jedynym znanym mi bezpośrednim świadkiem. Brzydka kobieta w ciemnej sukni, której zwłoki leżą w świetle bezcieniowej lampy przykryte popelinowym płaszczem, nie jest już świadkiem. Świadkiem może byłby jej syn, ale nie wiadomo, kim jest brzydka kobieta w ciemnym ubraniu. Wiem tylko, że jest kobietą z fotografii i na razie zostaje mi to jedno, a także świadomość, że prawa harmonii obowiązywać muszą nawet poza czasem, nawet w nadprogramowej porze, w której śpi centrala i w której lustra odbijają nadaremnie wszystkie promienie, w której życie zasnęło na starych fotografiach, a matowe oczy portretu zachowały spojrzenie sprzed wielu lat. Nie istnieje harmonia sama dla siebie, istnieje tylko harmonia, której prawa, zasady i reguły stwarzamy sami w związku z tym, co widzimy i w związku z tym, co rozumiemy. Dlatego też myślę, że w którymś z pokoi znajduje się człowiek z przyprawioną brodą, który być może jest właścicielem, może mordercą, może zamordowanym. Być może sam jestem tym człowiekiem. Może także ten człowiek jest tchórzliwym generałem? Bo on wygląda na tchórzliwego generała. Mimo wszystko jednak harmonia – o ile dobrze rozumiem to, co widzę – wymaga, by nie był on tchórzliwym generałem. Sny tchórzliwego generała istnieją tak samo samoistnie i niezależnie jak sny dziecka; zapełniają korytarze, opadają powolną falą klatkami schodowymi, wznoszą się pędzone przeciągiem, studniami wind, pleśnieją i kisną w szparach szaf i szczelinach segregatorów. Wycieram ręce uwalane błotem i kałem, nie mogę wytrzeć rąk, nigdzie w pobliżu nie znajduje się żadna umywalnia, muszę się dostać do łaźni, która znajduje się za zakrętem, trzeba tylko przejść pod sklepieniem; otrzepuję ręce, schlapuję z nich z obrzydzeniem błoto, które miękkimi pacnięciami rozpluskuje się na bruku. Teraz dopiero czuję, że jestem bosy i moje stopy są również narażone na zabrudzenie, może już zabrudzone, może już całe ubranie i ciało zostało zapaćkane, zaświnione; podążam do zakrętu, za zakrętem po prawej stronie jest sen dziecka: czarne niskie zwierzę na gąsienicach czołgowych z rykiem zbliża się do mnie; obracam głowę w lewą stronę, gdzie jest właśnie inny ze snów tchórzliwego generała; nie mogę spojrzeć do tyłu, sen tchórzliwego generała z tyłu już był, już został prześniony, a teraz nie ma tyłu, nie mogę się obrócić w kierunku, którego nie ma; uciekam przed snem dziecka w uliczkę po lewej stronie, zmierzam w kierunku drzwi ukrytych w litym, potężnym, tynkowanym murze, za którym ukrywać się musi olbrzymi kilkupiętrowy architektoniczny kolos. Jego frontowa ściana jest po innej stronie. Należy otworzyć te drzwi i przejść na drugą stronę. Nie mogę otworzyć tych drzwi, są niesłychanie ciężkie; wiem, że je otworzyć muszę i wiem, że ich otwierać nie powinienem, jednak ulica jest niebezpieczna; gdybym mógł skupić myśli, pomyślałbym niechybnie, że lepiej było skręcić w sen dziecka, teraz jednak sen dziecka już odpłynął, rozwiał się, wymienił na zwały snu tchórzliwego generała – nieskończone rozpościerające się aż po zamknięty murami horyzont, być może sięgające dalej, obejmujące całe połacie centrali. Gdzie jest centrala, czy słyszałem coś o jakiejś centrali? Centrala wydaje się miejscem bezpiecznym, przystanią wypoczynku, zatoką spokoju, ogrodem szczęścia. Muszę dostać się do centrali, muszę otworzyć drzwi w murze. Całym wysiłkiem mięśni i całą siłą woli pcham przeklęte drzwi, czując równocześnie w niesłychanie dokładny i przykry sposób każdy centymetr kwadratowy własnych pleców, niestrzeżonych i wystawionych w kierunku nadchodzącego niebezpieczeństwa. Dostać się do centrali, otworzyć drzwi do centrali. Jednym nagłym ruchem drzwi obracają się w zawiasach i z przerażeniem spostrzegam, że wróg jest za tymi drzwiami; wróg, którego nie sposób zrozumieć, którego nie sposób uniknąć, coś, co wtłacza mi w trwodze płuca do gardła. Zaraz za drzwiami, parę milimetrów za otwartymi drzwiami znajduje się mur, niesłychanie gruby, otynkowany, pokryty liszajami pleśni mur; już nic nie wiem, już nic nie mogę zrozumieć, być może drzwi te prowadziły jednak do centrali, bo znajduję się w tej chwili w centrali: widzę jak we śnie naraz jej wszystkie korytarze i wszystkie pokoje, puste krzesła, pokryte płytami szklanymi stoły, martwe telefony, butwiejące w szafach segregatory. Umarłe fotografie spoczywają w sarkofagach szuflad, listy, których już nikt nie czyta; wspomnienia, których już nikt nie wspomina; myśli, które pomyślane były przed wielu laty; świadkowie, mordercy, zamordowani, sędziowie, kaci i obserwatorzy. Gdy musiałem opuścić pokój, w którym znajduje się zamordowana kobieta, trzeba było, wzorując się na Tezeuszu, zostawić za sobą nitkę, teraz bowiem pozostawiony pokój jest już nie do odnalezienia, jest umarły w nie mniejszym stopniu niż prześnione sny. Czy prześnione sny zostawiają w przestrzeni centrali puste czarne korytarze, niewypełnione już niczym innym prócz daremnego martwego blasku świetlówek, czy też materia snów jest tak płynna i ciągliwa, że natychmiast zalewa powstałe wyrwy, zaciera miejsca zniszczeń, nie pozostawiając wytrawionych śladów? W pierwszym wypadku musi dojść kiedyś do całkowitego wyśnienia wszystkich snów dziecka i tchórzliwego generała, a moment ten będzie poprzedzany coraz rzadszymi chwilami wpadania na miejsca niewyśnione, na coraz rzadziej rozsiane, niedojedzone kawały snu. W pewnym momencie całość będzie jasna, miejsca wyśnione wcześniej i miejsca wyśnione później dadzą się poszeregować w logiczną chronologię, zapanuje porządek, zmniejszona do zera zostanie entropia układu. W drugim wypadku materia senna będzie się musiała ze snu w sen rozrzedzać w coraz większym stopniu, nigdy nie osiągając swego końca i nigdy nie wyjawiając całej swej tajemnicy. Czy sny tchórzliwego generała i sny dziecka stają się w ten sposób moimi snami? Jest to pociągające, lecz równocześnie groteskowe. Może nawet komiczne. Czy po moim odejściu stąd, w miejscu tym wibrować będą teraz moje sny, sny człowieka z przyprawioną brodą i sny zamordowanej kobiety w ciemnej sukni i z parasolem? A może to ja jestem tchórzliwym generałem, może kobietą w ciemnej sukni, może zaś człowiekiem z przyprawioną brodą, mitycznym, nieosiągalnym wizerunkiem właściciela, a może dzieckiem? Czyż doprawdy wyglądać mogę na dziecko? Sama myśl wydaje się śmieszna. A może ja jestem snem generała lub dziecka? A może snem człowieka z przyprawioną brodą lub jego brzydkiej żony? Co zrobię, gdy zbudzi się zamordowana kobieta lub gdy zbudzi się właściciel? Być może w chwilach, w których oni się budzą, odnajduję się na którymś z pięter, w którymś z pokoi centrali, by znowu, wciągnięty i wessany przez ich marzenie, udać się w kierunku wyobrażeń i przeżyć określonych jako sny dziecka i generała. Skąd właściwie wiem, że w jednym z pokoi zostawiłem zamordowaną kobietę i że udałem się na poszukiwania swoich ludzi? Może w ogóle nie zamordowano żadnej kobiety? Dlaczego poszedłem szukać ludzi w centrali? Czy ci ludzie byli zatrudnieni w centrali? Czy mieszkali w centrali? Może kryli się w starych szafach, wzniecając tumany kurzu, kichali w stare segregatory, stroili małpie grymasy przed lustrami, dorysowywali wąsy portretom, przyprawiali sztuczne brody właścicielom, kradli czarne parasole, ukrywali zwłoki, podsuwali mylne fotografie, zapalali światła na kondygnacjach i korytarzach na chwilę przed moim wejściem i gasili je natychmiast gdy wychodziłem; czy to byli rzeczywiście moi ludzie? Kim właściwie jestem? Nie przypominam sobie ani jednej twarzy, która mogłaby być twarzą mojego człowieka. Widzę tylko twarz człowieka z przyprawioną brodą i twarz jego brzydkiej żony, matki, babki, córki lub wnuczki. Może ta kobieta jest z innej epoki, może z innego snu? Może to on jest tą kobietą, może ona jest tym mężczyzną? Przecież właściciel ma przyprawioną brodę. W wyobraźni przyprawiam brodę kobiecie pod parasolem. Jest to śmieszne, groteskowe, przypomina komedię dell’arte lub szkolne wygłupy. Któż jednak może zaręczyć, iż rzeczy śmieszne nie istnieją? Takie poręczenie byłoby jeszcze śmieszniejsze. W wyobraźni odrywam przyprawioną brodę mężczyźnie, wkładam na niego ciemną sukienkę i wypycham ją poduszkami. Widzę ulicę, pokrytą krwią ulicę; wystawy sklepowe są zamknięte, na oknach pozamykane okiennice, pusta ulica, ulica w nieznanym mieście, wszędzie naokoło plamy krwi, atmosfera niepokoju, obrzydzenia do samego siebie, przejmującej trwogi, że stało się na tej ulicy coś, co wykracza poza zdolność zrozumienia, coś strasznego, przejmującego wstrętem i trwogą. Być może ulica była świadkiem pogromu, może nowe prawa ustanowione w jednym z poprzednich nieprześnionych snów legalizują potworne rzeczy, które działy się na tej pustej pokrwawionej ulicy. Gdzieś na końcu ulicy słychać skomlenie psa. Widać kilku chłopców, którzy chcą zrobić z psem coś niedobrego – coś, co wynika z atmosfery ulicy, coś, co jest aprobowane, dopuszczalne, coś, do czego ja sam pośrednio przyłożyłem rękę. Nie potrafię na to patrzeć, trzeba uciec, lecz nie ma dokąd, poza tym zdaję sobie sprawę, że w sensie prawnym akceptuję to, co dzieje się na ulicy, wyraziłem na to zgodę w jakimś innym wymiarze, może w innym śnie. Nie mogę się teraz cofnąć, gdyż musiałbym cofnąć moją zgodę i moją prawną akceptację sytuacji, w której dzieją się te rzeczy; nie mogę protestować, gdyż taki protest byłby tylko chowaniem głowy w piasek. To sen tchórzliwego generała; śnię znowu sen tchórzliwego generała. Należy wrócić do centrali. Zamykam oczy, staram się sobie wyobrazić, że jestem na polach oświetlonych zachodzącym słońcem, znajomi pokazują mi szczyty, które zdobyli. Wraz z czymś, co trzymam na rękach i przyciskam do piersi, ostrożnie zaczynam schodzić, stok jest zalesiony, korzenie plączą się pod nogami coraz gęściej; to już nie korzenie, to olbrzymia wiklinowa plecionka, po której zstępuję jak po stopniach; brakuje dalszej części snu, została już wyśniona przedtem, brakuje dalszej części stoku, spadam w niesłychaną otchłań, czuję skurcz w nogach, jestem w centrali, stoję nad wlotem szybu windy, zdaje mi się, że widzę gęstą materię koszmarów generała wciąganą z niesłychaną szybkością panującym wewnątrz przeciągiem.

Zdzisław BeksińskiInformator

¶ Informator