Zdrój - Barbara Klicka - ebook + audiobook
Opis

Powieściowy debiut Barbary Klickiej, poetki docenionej przez krytykę za tomy Same same oraz Nice.

Zdrój opowiada o młodej kobiecie, która znajduje się na turnusie uzdrowiskowym w Ciechocinku. Sanatorium okazuje się miejscem pełnym pułapek, rytuałów i sekretów, a bohaterka mimo wielu wysiłków nie potrafi zrozumieć reguł rządzących zdrojowym światem. Wszystko w tej opowieści rozgrywa się na pograniczu zdrowia i choroby, a także codzienności szpitala i jego mrocznych zakamarków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 101

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 38 min

Lektor: Aneta Todorczuk

Popularność


Barbara Klicka

ZDRÓJ

Copyright © by Barbara Klicka, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Zdrój

Nie jest to środek lata, myślę, ale mimo to walizka jest za ciężka. Leży teraz w autobusowym bagażniku i niby nie należałoby się martwić jej wagą, ale jak się nie martwić, skoro nikt nie będzie czekał na przystanku, a w niej są kalosze, płaszczyk, piętnaście par skarpet, odpowiednia liczba swetrów, strój gimnastyczny, kostium, czepek, klapki, wszystko, co pensjonariuszce może być potrzebne przez trzydzieści dni pensjonariuszowania. Jesienią. Myślę: tak to właśnie będzie wyglądać, tak to właśnie jest, będą mnie okładać okładami, masować, wieszać i gnieść, a potem spakuję się, żeby wrócić, walizka będzie za ciężka, same kalosze ważą tyle, ile mi wolno unosić, ale jakoś trzeba przecież wrócić, więc się spakuję do tej walizki, a po drodze będą schody i całe trzydzieści dni, żadna perełkowa kąpiel, cała borowina świata nie wygra z moim jesiennym bagażem. Myślę: może nadam tę walizkę pocztą przed powrotem, wrócę do siebie, w skrzynce znajdę awizo, nie przestraszę się go, bo będę wiedziała, że to walizka na poczcie i nie ma się czego bać, zadzwonię do brata albo do wszystko jedno kogo, byleby miał samochód lub mięsień i trochę czasu, ktoś mi przywlecze ten bagaż na kwadrat, ja się uśmiechnę, trochę się z siebie ponabijam, że kaleka, postawię piwo albo kawę i będzie po sprawie. Autobus mnie kołysze, poprawiam dmuchaną poduszeczkę w kształcie nieco zbyt zakręconego banana, którą mam zainstalowaną na szyi, myślę: jeszcze tylko dwie godziny i będę na miejscu, świat nie jest taki duży. Przymykam oczy, robi się łagodniej. Myślę: zawsze to jednak przygoda, wielu ludzi bym nie poznała, gdyby nie to, turnus nie wieczność, a jesień w Warszawie to kałuże i beton, w tym całym Ciechocinku jest jednak ciut więcej zielonego, który się będzie mieszał z różnymi innymi kolorami, na moich oczach. No i generalnie, myślę, dasz radę, dasz radę. Trzeba być otwartą i uczyć się, uczyć, czytałaś o tym w tylu gazetach, a walizkę z powrotem wyśle się pocztą i po sprawie. Drżenie silnika wypełnia mi ciało. I nagle, z drżenia, zza przymkniętych oczu, zza poduszeczki, z autobusu, z chmur i z nieba, prosto w sam środek mojej głowy uderza myśl, że przecież po drodze na pocztę będą te same schody, co po drodze na przystanek.

Wysiadam. Nie wiem, w którą stronę iść. Obok mnie pani, która chyba też nie wie. Z tego samego autobusu, ale walizkę ma mniejszą. Myślę: może przyjechała na krócej. W ręku trzyma skierowanie, takie samo jak to, które ja trzymam w torbie. Zbliża się.

– Nie wie pani przypadkiem, jak dojść do sanatorium Związku Nauczycielstwa Polskiego?

Ma krótkie włosy, platynowe, jest starsza ode mnie najwyżej o kilka lat, ale wygląda, jakby była moją ciocią. To przez ten turkusowy żakiet, myślę. Przez turkusowy żakiet i takie ogólne serio, które od niej bije. Uśmiecham się. Nigdy nie wiadomo, kiedy będę potrzebować czyjejś pomocy. Za mną jak zły dog waruje wielka walizka.

– Niestety nie wiem. Ale też muszę tam, że tak powiem, dotrzeć.

Uśmiecham się jeszcze raz na wszelki wypadek.

– Dlaczego „że tak powiem”? – pyta ta pani.

Myślę: czy istnieje odpowiedź na to pytanie, bo chyba raczej nie, po prostu tak mówię, że tak powiem, bo chciałabym wydać się miła i dowcipna już w pierwszym zdaniu. Że tak powiem, nawyk taki, mięciutki, nic więcej.

– Nawyk taki. Językowy – mówię. – Nic więcej. Sprawdzałam w internecie przed wyjazdem. Z mapki wynikało, że generalnie w lewo, a potem bardzo blisko.

Uśmiecham się, bo skoro powiedziałam a, to czuję się teraz zobowiązana do powtarzania b aż do skutku.

– Aha, to chodźmy – mówi ona. – Razem raźniej – dodaje, ale mnie to chyba nie przekonuje.

Idziemy i tak. Za mną, jak smutny dinozaur, wlecze się waliza. Pani ma o tyle mniejszą, że myślę: czy to nie jest normalne, że jak się wyjeżdża jesienią z miasta, to się zabiera ze sobą kalosze na wypadek spaceru?

– Na długo pani przyjechała? – pyta.

– Na cały turnus. Tak mam na skierowaniu. A pani?

– Na tyle samo.

Aha, czyli nie na krócej, czyli ja jestem jednak kaloszowa strojnisia, w dodatku bez wyobraźni dotyczącej schodów w drodze powrotnej. Myślę: zaskoczę ją.

– Mnie ZUS skierował. Musiałam. Rozumie pani. Była komisja i komisja orzekła, że muszę tu przyjechać na cały turnus.

– Zusowcy mają gorzej – mówi ona. Włącza jej się tryb „ekspert”. – Przede wszystkim nie mamy szans na jedynki. Nawet dwójki są raczej rzadkością. No i kłopot z przepustkami. – Patrzy na mnie, sprawdza, czy zrobiła wrażenie. Zrobiła. Mówi dalej: – Ja też tym razem będę zusówką, ale wolę przyjeżdżać prywatnie.

Orientuję się, że ona tu mieszka jedną, że tak powiem, nogą, że teraz prowadzi nas pewnym krokiem, że skręciłyśmy w lewo, ona, ja, nasze walizki różnych rozmiarów, i zmierzamy prosto do celu.

– Pani wie, gdzie idziemy, prawda? – pytam.

– No pewnie. Zapytałam o drogę, bo przecież trzeba jakoś rozpocząć znajomość. – Zatrzymuje się, wyciąga dłoń. – Beata jestem. Pomyślałam, że skoro wyglądasz na młodszą ode mnie, zostaniesz moją koleżanką. Zobaczysz, młodsze koleżanki to tutaj coś bardzo cennego.

Myślę: nie ucieknę, mam wielką walizkę. Myślę: nie wolno mi biegać. Myślę: co ja tam wiem, ona wie, a skoro wie, to wyciągnij tę rękę i ładnie się przedstaw.

– Kama – mówię. – Z Warszawy.

Znowu idziemy. To znaczy ja idę za nią, bo ona idzie. Za mną walizka.

– Z Warszawy – powtarza ona, z lekkim zawodem w głosie. – To nie najlepiej. Ty wiesz, że ludzi z Warszawy to nikt nie lubi?

– Wiem – mówię, bo rzeczywiście trudno tego nie wiedzieć, jeśli się człowiek czasem rusza ze stolicy. – Ale ja się przeprowadziłam na studia i po prostu zostałam.

– Aaaa, to trochę lepiej – mówi ona. Ale nie wierzy w to, co mówi, i to bardzo słychać. – Ja jestem z Włocławka. To dobre miasto. W każdym razie nie trzeba się go wstydzić.

Myślę: nigdy w życiu nie wstydziłam się miasta. Jak się można wstydzić miasta? Co to jest wstyd za miasto? Idziemy. Skręciłyśmy jeszcze dwa razy. Na horyzoncie majaczy już budynek naszej placówki. Wiem, oglądałam go na zdjęciach w internecie.

– Jestem nauczycielką wuefu – mówi Beata. – Kiedyś, dość dawno temu, zdobyłam wicemistrzostwo juniorów w gimnastyce artystycznej. Po latach okazało się, że mój kościec nie bardzo lubi tę dyscyplinę sportu. Dlatego tu teraz urzęduję. Chociaż nie tylko dlatego… – Uśmiecha się nagle. Jakoś tak przeciągle. – A ty jesteś przed operacją czy po?

– Po. Po dwóch. Ostatnia pół roku temu.

– Ho, ho! – mówi ona. – Ho, ho!

– ZUS mnie przysłał. Żebym mogła być dalej na tej pooperacyjnej pseudorencie, muszę przejść regulaminową rehabilitację. No i regulaminowy lekarz musi o tym zaświadczyć, w państwowej placówce. To taki dodatek do pseudorenty – mówię. – Gdybym tu nie przyjechała, odebraliby mi świadczenie.

– I bardzo słusznie – mówi Beata, tonem, z którego jasno wynika, że to bardzo słusznie. – Ale nauczycielką nie jesteś, prawda? Od jakiegoś czasu wpuszczają tu nie tylko nauczycieli.

– Nie, nie jestem.

Nie ma podjazdu. Tylko schody i dźwig dla wózków inwalidzkich. Żeby go uruchomić, trzeba iść do recepcji, po schodach, poprosić kogoś, żeby się pofatygował. No i nie będę przecież wwozić walizki na turnus dźwigiem dla wózków. Myślę: będę chodzić w tych kaloszach codziennie, nawet jeśli październik będzie wyjątkowo słoneczny. Wciągam walizkę po schodach. Boli. Beata czeka u szczytu. Trochę się niecierpliwi i wyraźnie tryumfuje. Nie wzięła kaloszy. Budynek jest raczej szary, raczej z betonu, raczej bardzo kanciasty. Drzwi oszklone, domofon, hol z kolumnami, recepcja, przed recepcją czerwony dywan. Dość puchaty.

– Skierowanie proszę – mówi do mnie recepcjonistka. Beata od razu wyciąga rękę i podaje jej swoje kwity. Myślę: no i dobrze, zanim ja wygrzebałabym papiery z torby, minęłyby lata. Recepcjonistka gapi się w ekran, coś tam stuka, komputer wydaje budzące niepokój dźwięki. – Ma pani szczęście, pani Beatko – mówi. – Ostatnie miejsce w pokoju dwuosobowym tutaj mam dla pani. – Beata promienieje. – Trzysta czternaście. Damskie piętro, trzecie. Tu ma pani kluczyk. Proszę bardzo. Do zobaczenia. – Puszczają do siebie oko, Beata mruczy pod nosem „to pa!”, odwraca się, jej nie za duża walizka również się odwraca i po chwili obie znikają w windzie.

*

Mieszkam w pokoju 323 na trzecim piętrze. Pokój jest trzyosobowy, piętro damskie, bo drugie jest męskie. Na wyposażeniu wnętrza mamy przedpokoik, a w nim szafę i wieszak na palta. Z przedpokoiku drzwi do łazienki. W łazience prysznic bez grzyba, ale za to z bardzo roztrzęsionymi rozsuwanymi drzwiami, pomarańczowa miednica, taboret, zepsuty przycisk alarmowy. Z korytarzyka przechodzi się do pokoju. Ma pewnie ze dwadzieścia pięć metrów, chociaż nie mogę być pewna, bo od zawsze miewam problemy z oszacowaniem. W pokoju trzy łóżka, trzy szafki nocne, dwa krzesełka. Przyjechałam ostatnia, więc nie mam wyboru – moje łóżko stoi pod telewizorem i brak krzesełka też został przyporządkowany do mnie. Ciekawa sprawa, myślę, na wszystkich podłogach, w pokojach i holach, pokotem leżą dywany. Wszystkie mają na oko co najmniej sto lat i raczej nigdy nie były w okolicach Persji lub pralni. Myślę: my tu wszyscy chorujemy na kości, więc nie umrzemy od wciągania przez nos roztoczy. Są jeszcze drzwi na balkon, a za nimi balkon. Myślę: oaza.

Moje współlokatorki mocno się zakumplowały przez te trzy godziny swoich dwóch żyć poprzedzające mój przyjazd. Teraz są już szajką. Wchodzę, one obie w pozycjach półleżących znaczą swoje łóżka.

– Dzień dobry – mówię.

– Zaraz tam „dzień dobry”. Cześć! – mówi blondynka pod lewą ścianą. – Cześć! Jestem Zosia. Ze Zgierza.

– No właśnie – mówi szatynka pod prawą ścianą. – Bogusia. Z Podhala.

– Kama.

– Skąd? – pyta stanowczo moja nowa, lewobrzeżna koleżanka Zofia.

– Przyjechałam z Warszawy – mówię. Myślę: może niepewność w głosie mnie uratuje? Przecież nie będę kłamać, jeszcze nie oszalałam.

– To nie najlepiej – mówi blondynka.

– No właśnie – mówi szatynka.

Brnę przez morze dywanu do swojego łóżka, nad którym gra telewizor. Myślę: jak zatrzeć złe wrażenie, może im coś opowiem, może zaśpiewam piosenkę. Myślę: cały turnus. Myślę: ZUS. Łóżko nie jest łóżkiem, jest kanapą. Pofalowaną. Siadam, rozglądam się. One obie patrzą w moją stronę, myślę: nigdy nie wiadomo, kiedy będziesz potrzebowała pomocy. Uśmiecham się promiennie.

– Na cały turnus? – pytam z tym uśmiechem przyklejonym do twarzy.

– Tak! Dokładnie tyle czasu trzeba, żeby naprawdę wypocząć i trochę się zabawić – mówi Zosia. – Jestem tu czwarty raz, to wiem. Mniej więcej w połowie zaczynają się dopiero sprawy dziać. – Uśmiecha się. – A ty co, pierwszy raz?

– Pierwszy raz, że tak powiem, w sekcji dla dorosłych. Za to pół dzieciństwa spędziłam w uzdrowiskach dla dzieci. Ale to chyba nie to samo, prawda?

– No wiadomo, że nie – mówi Zosia przeciągle. – My tu naprawdę już nie jesteśmy dziećmi.

*

W pokoju mieszka nas sześć. Jak wszystkie zmuszone do radzenia sobie we własnym zakresie dzieci, budujemy małą makietę rodziny. Przeważnie z gadania. Przeważnie nic nam o tym nie wiadomo. Jesteśmy z Martą najstarsze, mamy po dwanaście lat, i na zmianę bywamy dla reszty mieszkanek pokoju mamą lub tatą. Ja częściej mamą, ona częściej tatą. Czasem tylko na odwrót. Marta radzi, ja przytulam, ja traktuję ich paczki od rodziców jak własne, Marta spuszcza manto, w razie czego razem skarżymy pielęgniarkom. Wszystkie pokoje rządzą się tymi samymi prawami, w niektórych tylko rodziny bywają bardziej patologiczne. Na naszym piętrze mieszka sześć Mart, Kama jest tylko jedna. Chłopcy mieszkają w budynku naprzeciw. Spotykamy się z nimi na stołówce, podczas zajęć i spacerów, czasem w zabiegowej poczekalni. My patrzymy na nich z ukosa, spojrzeniem, które zdaje się spełniać wymogi „spod rzęs”. Żadna z nas nie wie, skąd zna określenie „spod rzęs”. Liczy się efektowność i efektywność, tak mówię. Nie wiem, skąd znam słowo „efektywność”, chociaż są wczesne lata dziewięćdziesiąte i mogłam coś czytać w „Bravo”. Tak, w „Bravo”. Trenujemy zalotne uniki w każdej wolnej chwili, zawsze kiedy nam się zdaje, że któryś chłopak mógłby właściwie patrzeć. Bo we własnym gronie to raczej się nie krępujemy.

Bieliznę pierzemy we własnym zakresie, mamy do tego dwie miednice, jedną pomarańczową, drugą niebieską. Nie można wziąć ze sobą zapasu majtek na pół roku. Mówię: to jest po prostu niemożliwe. Kaloryfery w pokoju są obwieszone bawełną, nawet kiedy na dworze robi się ciepło i po centralnym nie zostaje choćby smuga ogrzanego powietrza. Raz, czasem dwa razy, w tygodniu każda z nas sześciu bierze swój woreczek z brudami i mydło, ja i Marta wkładamy sobie po miednicy pod pachę i wszystkie idziemy do umywalni prać.

– Trzeba dokładnie płukać, bo podostajecie mi tutaj jakichś skórnych reakcji alergicznych – mówię.

– Ja już miałam kiedyś skórną reakcję alergiczną – oświadcza Marzena.

– A u mnie było pogotowie. Pierz.

*

Jest ósma czterdzieści. Śniadanie mam zjeść przy stoliku numer 29.

– Tak powinno być zawsze – mówi do mnie pani z recepcji. Wcale się nie uśmiecha i od razu widać, że jej się wydaje, że gdyby coś, gdyby coś!, będzie umiała poradzić sobie sama. Tere-fere, myślę. Tere-fere, pani recepcjonistko. – A zaraz po śniadaniu zapraszam na wizytę lekarską – mówi. – Gabinety doktorów są w lewym skrzydle.

– A lewe to które? – pytam, bo nie wiem, które jest lewe i że w ogóle są tu skrzydła.

– To po lewej stronie – mówi ona i nawet nie jest to przesadnie złośliwe. Ot, po prostu.

Aha, myślę.

– Aha – mówię. Uśmiecham się na wszelki wypadek. – To dobrego dnia.

Przy stoliku numer 29 siedzą już dwie panie. Są starsze.

– Dzień dobry