Zdrajcy, tchórze i kolaboranci - Krzysztof Drozdowski - ebook

Zdrajcy, tchórze i kolaboranci ebook

Krzysztof Drozdowski

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

W REALIACH WOJNY OBOK ODWAGI I POŚWIĘCENIA ZAWSZE POJAWIAJA SIE ZDRADA, STRACH, OPORTUNIZM I MORALNE KOMPROMISY.

Podejmując podróż w trudne rejony polskiej historii, niniejsza publikacja proponuje spojrzenie na bolesną przeszłość bez mitów i uproszczeń. Ukazuje czasy II wojny światowej jako epokę dramatycznych wyborów i skrajnych postaw, kiedy granice miedzy lojalnością a kolaboracją w brutalnej rzeczywistości wyznaczało często pragnienie przetrwania.

Czy generał Langer był sowieckim agentem?

Czym naprawdę zajmowały się organizacje „Miecz i Pług” oraz „Muszkieterowie”?

Czy marszałek Rydz-Śmigły chciał utworzyć rząd kolaboracyjny?

Kim byli volksdeutsche: zdrajcami, oportunistami czy ofiarami systemu?

Czy policja granatowa była wyłącznie narzędziem okupanta?

Kto zdradził generała Grota-Roweckiego?

Czy Gwardia i Armia Ludowa walczyły z okupantem, czy o przyszłą władzę w Polsce?

Dlaczego niektóre postacie z czasów okupacji wciąż budzą tak skrajne emocje?

Oto sylwetki ludzi uwikłanych w wojenno-okupacyjną rzeczywistość – donosicieli, agentów, szmalcowników, ale i tych, którzy znaleźli się w sytuacjach wymykających się prostym ocenom. Znajdziemy tu sprawy głośne i zapomniane, postaci jednoznacznie potępiane oraz takie, których losy i czyny do dziś pozostają zagadką i budzą kontrowersje.

Celem tej książki nie jest podważanie narodowej pamięci, lecz jej dopełnienie. Ma uzmysławiać, że historia nie jest czarno-biała i tylko konfrontacja z jej ciemnymi stronami pozwala w pełni docenić wartość prawdziwego heroizmu, lojalności oraz człowieczeństwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 224

Data ważności licencji: 12/13/2034

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W serii Tajemnice Historii

Wydawnictwo REPLIKA poleca także:

Krzysztof DrozdowskiTajemnice niemieckich obozów koncentracyjnych

Krzysztof DrozdowskiMedyczne zbrodnie nazistów

Krzysztof DrozdowskiKrwawe ślady.Gwałty, mordy i grabieże Armii Czerwonej na Polakach

Krzysztof DrozdowskiTajemnice sojuszników Hitlera

Krzysztof DrozdowskiPolskie tajemnice II wojny światowej

Krzysztof DrozdowskiSowieckie tajemnice II wojny światowej

Krzysztof DrozdowskiOstatnie tajemnice nazistów

Hubert KoziełTajne pieniądze nazistów

Hubert KoziełDemony nazistów.Nawiedzone miejsca i okultyzm III Rzeszy

Hubert KoziełMroczne sekrety II wojny światowej

Leszek Adamczewski„Heweliusz” i inne przemilczane katastrofy powojennej Polski

Copyright: © Krzysztof Drozdowski, 2026

Copyright: © Wydawnictwo Replika, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:

Iga Wiśniewska

Korekta:

Izabela Durasiewicz

Iwona Niezgoda

Skład i łamanie:

Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio

Projekt okładki:

Mikołaj Piotrowicz

Zdjęcia w książce pochodzą ze zbiorów autora

oraz wskazanych przy nich źródeł

Wydanie I

ISBN 978-83-68923-26-1

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134

60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

W blasku zwycięstwa topnieją wszystkie winy, w mroku klęski nawet słabości i omyłki urastają do rozmiarów zbrodni. Ludzie szukają winnych, głoszą pomstę za swój zawód, za swoje nieszczęście.

– Marszałek Edward Śmigły-Rydz

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1. Winni klęski

Rozdział 2. Polegać jak na Zawiszy

Rozdział 3. Czy generał Langner był sowieckim agentem?

Rozdział 4. Choroba czy dezercja?

Rozdział 5. Człowiek, który wykiwał Hitlera

Rozdział 6. Polski Quisling?

Rozdział 7. Muszkieterowie

Rozdział 8. Goralenvolk

Rozdział 9. Germanofil Studnicki

Rozdział 10. Willa szczęścia

Rozdział 11. Miecz i Pług

Rozdział 12. Kto zdradził Grota-Roweckiego?

Rozdział 13. Volkslista – różne oblicza zdrady

Rozdział 14. Artur Ritter von Jastrzębski

Rozdział 15. Zdrada na scenie

Rozdział 16. Policja granatowa

Rozdział 17. „Trzynastka”, czyli Urząd do Walki z Lichwą i Spekulacją

Rozdział 18. Przejęcie archiwum AK i Delegatury Rządu na Kraj

Rozdział 19. Zdrada czy walka o władzę?

Rozdział 20. Od Gwardii do Armii Ludowej

Rozdział 21. Ludwik Kalkstein – od konspiratora do symbolu zdrady

Rozdział 22. Krwawa Julka

Rozdział 23. Na słowo honoru

Rozdział 24. Polacy w Wehrmachcie

Zakończenie

Bibliografia

Zdjęcia

Wstęp

W 2018 roku w trakcie Targów Książki Historycznej w Warszawie poznałem śp. Dariusza Baliszewskiego. Miał wówczas spotkanie na stoisku swojego wydawnictwa. Dość niepewnie, ale jednak podszedłem. Byłem wówczas autorem kilku książek o historii szeroko rozumianego regionu. Jednakże już wówczas wiedziałem, że zamierzam pisać znacznie więcej i poruszać tematy dotykające spraw bardziej ogólnych. Pomimo planów uważałem, że przyjdzie na to czas, a tymczasem pochłaniałem praktycznie wszystkie książki historyczne, jakie ukazywały się na polskim rynku wydawniczym. Redaktor Baliszewski znany był raczej z publikowanych artykułów, jak i realizowanych programów telewizyjnych. Zapoznawałem się ze wszystkim, co napisał oraz nagrał, i ogólnie uważałem go za jednego z ciekawszych publicystów historycznych. Z perspektywy czasu wiem, że część jego teorii czy wniosków nie przetrwała próby czasu i konfrontacji z kolejnymi źródłami. Pomimo tego do dziś podziwiam w nim odwagę, z jaką ogłaszał swoje wnioski. W domowej biblioteczce mam więc praktycznie wszystkie jego publikacje. W kontekście książki, którą właśnie oddaję w Wasze ręce, Baliszewski napisał kilka trafnych słów, które do niej pasują:

Polska historia, o czym wie każde dziecko, składała się z samychbohaterów. Nie ma w niej miejsca na żadne czarne postacie: zdrajców, agentów, szmalcowników, cwaniaków, malwersantów, czy nawet choćby zwyczajnych głupców i nieudaczników. Polska historia rożni się od polskiej rzeczywistości widzianej i zapamiętanej przez Polaka, tak jak noc różni się od dnia. Polska historia bowiem, piórami swych najwybitniejszych badaczy, nikogo i nigdy nie osądza, nikogo i nigdy nie oskarża, i zgodnie z naszą niepisaną tradycją nikogo nie gani1.

Mając na uwadze te słowa, przystąpiłem do pracy nad tą książką z dużą dozą ostrożności. Czy powinienem i czy wręcz warto podejmować tak kontrowersyjne tematy? Z całą pewnością nie chodziło mi o wywołanie sensacji i skandalu. I mam też nadzieję, że do tego nie dojdzie. Natomiast życzyłbym sobie, abyśmy potrafili otwarcie dyskutować na tematy z marginesu naszej historii, abyśmy potrafili spojrzeć na pewne postacie i wydarzenia z naszej wojennej historii z pewnym dystansem i refleksją, która powinna nastąpić przy każdym poruszonym przypadku.

Naszą przywarą narodową jest to, że często sami nie potrafimy wystawić odpowiedniej oceny lub też nadać jakiemuś wydarzeniu odpowiedniej rangi. Choć Polacy otrzymali najwięcej tytułów Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, znacznie głośniej dyskutuje się na temat tego, czy jako jedyny naród zagrożony przez Niemców karą śmierci za pomaganie Żydom, wywiązaliśmy się należycie z tej powinności. O wiele głośniej mówi się o jednym przypadku szmalcownictwa, niż o stu przypadkach ratowania Żydów. Oczywiście nie oznacza to, bym uważał, że o tych ciemnych plamach w naszej historii nie powinniśmy dyskutować, co też niejako udowadniam niniejszą publikacją. Uważam jednak, że wszystkiemu należy nadać odpowiednią rangę i znaczenie. Niech to, co złe, nie zaciemni nam obrazu wielu wspaniałych wyczynów i bohaterskich postaw, do których dochodziło w trakcie tej wojny. Jako pierwsi powiedzieliśmy Hitlerowi „stop”, jako jedyni zwycięzcy w obozie wygranych odnieśliśmy porażkę.

Na kartach tej książki podejmuję wątki mniej lub bardziej znane. Staram się na nie spojrzeć chłodnym okiem. Nie zawsze jest to łatwe. Nie zawsze też daję swoją odpowiedź. Czasem wręcz specjalnie jej unikam. Czasem brakuje przekonującego dokumentu, informacji, potwierdzenia na zdradę lub jej brak. Czasami trudno rozróżnić zdradę od manipulacji i lawirowania w meandrach konspiracji na styku współpracy i kolaboracji z wrogiem. Linia rozgraniczająca w trakcie okupacji była bardzo cienka. Nie w każdym przypadku da się jednoznacznie określić postawę danej osoby. Zawsze można z łatwością wskazać palcem – to był zdrajca. Pomijając przypadki niewzbudzające obecnie żadnych wątpliwości, jest całe grono ludzkich postaw, które niebezpiecznie zbliżały się do granicy możliwej zdrady. Warto przeanalizować każdy z przypadków i spróbować samodzielnie odpowiedzieć na pytanie, jak sami zachowalibyśmy się w danej sytuacji?

Historia lubi bohaterów. Szczególnie historia narodów doświadczonych klęską, okupacją, rozbiorami, zdradą sojuszników i brutalnością obcych imperiów. W takich dziejach łatwo odnaleźć postacie spiżowe, niezłomne, gotowe oddać życie za ojczyznę, rodzinę, wiarę, honor czy własne przekonania. Polska historia II wojny światowej pełna jest takich ludzi. Żołnierzy walczących we wrześniu 1939 roku mimo przewagi przeciwnika. Konspiratorów budujących Polskie Państwo Podziemne. Kurierów przekraczających granice z meldunkami. Więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych i sowieckich łagrów. Cichociemnych skaczących do okupowanego kraju. Cywilów ukrywających Żydów pod groźbą kary śmierci. Powstańców, partyzantów, księży, lekarzy, nauczycieli, urzędników i zwykłych ludzi, którzy w nieludzkich czasach potrafili zachować się po ludzku.

Tę historię znamy. A przynajmniej chcemy ją znać.

Jest jednak także druga strona wojennych opowieści. Ciemniejsza, bardziej niewygodna, często przemilczana albo traktowana z niechęcią. To historia ludzi, którzy w godzinie próby zawiedli. Tych, którzy z donosicielstwa uczynili sposób na przetrwanie lub zarobek. Tych, którzy współpracowali z niemieckim albo sowieckim aparatem terroru. Tych, którzy podpisywali dokumenty, składali meldunki, wydawali nazwiska, przejmowali cudzy majątek, przywdziewali obcy mundur albo próbowali urządzić się w świecie zbudowanym przez okupanta. Są wśród nich postacie jednoznaczne, budzące odrazę i niewymagające szczególnej obrony. Ale są również tacy, których losy wymykają się prostemu osądowi.

I właśnie dlatego powstała ta książka.

Nie jest to książka przeciwko polskiej historii. Nie jest to także próba podważania bohaterstwa tych, którzy walczyli, cierpieli i ginęli. Przeciwnie, im wyraźniej dostrzegamy zdradę, tchórzostwo, oportunizm i moralny upadek, tym lepiej rozumiemy wartość postaw przeciwnych. Bohaterstwo nie istnieje w próżni. Nabiera pełnego znaczenia dopiero wtedy, gdy widzimy, że w tych samych warunkach inni wybierali inaczej. Tam, gdzie jeden człowiek ryzykował życie, by ocalić sąsiada, drugi za kilka banknotów potrafił wskazać jego kryjówkę. Tam, gdzie jedni trwali przy przysiędze, inni handlowali informacją, nazwiskiem, zaufaniem albo własnym sumieniem.

Słowo „zdrada” należy jednak do najcięższych słów w języku historii. Łatwo je wypowiedzieć, trudniej udowodnić, a jeszcze trudniej sprawiedliwie zastosować. W czasie wojny granice moralne były ostre, ale sytuacje życiowe często dramatycznie skomplikowane. Okupacje niemiecka i sowiecka nie były zwykłymi systemami przemocy. Były mechanizmami łamania ludzi. Zmuszały do wyborów, których nikt nie chciałby dokonywać. Szantażowały rodziną, głodem, więzieniem, obozem, kulą w tył głowy. Jednych popychały do heroizmu, innych do upadku. Niektórych niszczyły natychmiast, innych powoli, krok po kroku, odbierając im zdolność odróżniania kompromisu od hańby.

Dlatego nie każda błędna decyzja była zdradą. Nie każda słabość oznaczała kolaborację. Nie każdy człowiek oskarżony po wojnie o współpracę z wrogiem rzeczywiście zasługiwał na miano zdrajcy. Bywało, że oskarżenie o zdradę stawało się narzędziem politycznej walki, osobistej zemsty albo powojennej propagandy. Bywało też odwrotnie: prawdziwi zdrajcy potrafili ukryć się za legendą konspiracji, patriotycznym życiorysem, korzystnymi zeznaniami albo zwykłym brakiem dokumentów. Historia II wojny światowej pełna jest takich pęknięć.

Na kartach tej książki pojawią się sprawy głośne i mniej znane. Pojawią się nazwiska obciążone wyrokami, podejrzeniami, legendą albo niedopowiedzeniem. Będą wojskowi obarczani winą za klęskę, konspiratorzy podejrzewani o grę na kilka frontów, ludzie uwikłani w działania niemieckich i sowieckich służb, przedstawiciele środowisk politycznych, funkcjonariusze okupacyjnych struktur, członkowie organizacji, które z czasem stały się synonimem moralnego zamętu. Będzie mowa o volksliście, policji granatowej, Goralenvolku, agentach, donosicielach, ludziach sceny, żołnierzach w obcych mundurach i tych, którzy po wojnie próbowali zacierać ślady własnej przeszłości.

Nie wszyscy bohaterowie tej opowieści zasługują na taki sam osąd. To bardzo ważne. Jedni przekroczyli granicę świadomie i nieodwracalnie. Inni zbliżali się do niej, balansowali, wikłali się, łudzili, że kontrolują sytuację, aż w końcu sytuacja zaczynała kontrolować ich. Jeszcze inni padli ofiarą podejrzeń, których nigdy nie udało się potwierdzić. Dlatego w tej książce nie zawsze pojawi się jednoznaczny wyrok. Czasem będzie tylko pytanie. Czasem zestaw faktów. Czasem wątpliwość. Czasem próba zrozumienia mechanizmu, który prowadził człowieka od patriotycznych deklaracji do czynów trudnych lub niemożliwych do obrony.

Nie oznacza to relatywizowania zła. Zdrada pozostaje zdradą. Donos pozostaje donosem. Wydanie człowieka w ręce Gestapo, NKWD czy innego aparatu przemocy nie staje się mniej haniebne, dlatego że towarzyszył mu strach. Szmalcownictwo nie przestaje być podłością dlatego, że okupacja stworzyła warunki nędzy. Współpraca z okupantem nie staje się patriotyzmem tylko dlatego, że ktoś potrafił ją po latach ubrać w słowa o realizmie politycznym. Ale uczciwość wobec historii wymaga, by nie wkładać wszystkich do jednego worka. Inaczej, zamiast opisywać przeszłość, zaczęlibyśmy ją jedynie osądzać według wygodnego schematu.

II wojna światowa była dla Polski czasem szczególnym także dlatego, że państwo polskie zostało rozbite, ale nie przestało istnieć. Działał rząd na uchodźstwie, odtwarzano armię, powstało Polskie Państwo Podziemne, funkcjonowały sądy podziemne, struktury wojskowe, cywilne, informacyjne i wywiadowcze. Jednocześnie miliony ludzi żyły pod bezpośrednią władzą okupanta. Codzienność wypełniały kartki żywnościowe, łapanki, egzekucje, przesiedlenia, kontrole dokumentów, donosy, strach przed sąsiadem, walka o chleb i próby zachowania resztek normalności. W takim świecie lojalność wobec państwa, którego instytucji na ulicach nie było widać, wymagała siły charakteru. Nie każdy ją miał.

Nie można też zapominać, że Polska znalazła się między dwoma totalitaryzmami. Niemcy i Sowieci różnili się ideologią, językiem propagandy i metodami działania, ale oba systemy dążyły do podporządkowania albo zniszczenia polskiej elity, pamięci i niezależności. Oba korzystały z agentury, donosicielstwa, prowokacji, szantażu i przemocy. Oba potrafiły wykorzystywać ludzkie ambicje, urazy, konflikty narodowościowe, klasowe i polityczne. Zdrada w takim świecie nie była wyłącznie prywatnym wyborem jednostki. Była także elementem większego mechanizmu, który miał rozbić społeczeństwo od środka.

Ta książka nie powstała po to, by komukolwiek sprawiać satysfakcję oskarżeniem. Nie chodziło mi o tanią sensację ani o dopisywanie kolejnych nazwisk do czarnej listy. Chodziło raczej o przyjrzenie się tym miejscom polskiej historii, które przez lata pozostawały niewygodne. O zadanie pytań, które czasem brzmią nieprzyjemnie. O pokazanie, że pamięć narodowa nie może być wyłącznie galerią chwały. Musi znaleźć się w niej miejsce także na cień.

Bo tylko wtedy jest dojrzała.

Nie znajdziecie tu prostej opowieści o narodzie zdrajców. Taka opowieść byłaby kłamstwem. Nie znajdziecie też wygodnej bajki o narodzie bez skazy. To również byłoby kłamstwo. Znajdziecie natomiast historie ludzi postawionych wobec wojny, okupacji, ideologii, strachu i pokusy. Niektóre z tych historii kończą się hańbą. Inne pozostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Są też takie, w których najtrudniejsze okazuje się nie samo ustalenie faktów, lecz ich moralna ocena.

Pisząc o zdradzie, trzeba pamiętać o ofiarach. O tych, których wydano. O tych, którzy przez cudzą słabość trafili do więzień, obozów i miejsc kaźni. O tych, których nazwiska znalazły się w meldunkach, raportach i donosach. O tych, którzy zginęli, ponieważ ktoś chciał przeżyć wygodniej, zarobić, awansować, zemścić się albo przypodobać silniejszemu. Bez pamięci o ofiarach każda rozmowa o zdradzie staje się abstrakcyjna.

Ale trzeba pamiętać również o odpowiedzialności za słowo. Nie każdy podejrzany był winny. Nie każdy oskarżony był zdrajcą. Nie każda legenda jest prawdą. Nie każda biała karta rzeczywiście jest czysta. Właśnie dlatego historia wymaga cierpliwości. Wymaga źródeł, kontekstu, dystansu i gotowości do przyjęcia, że czasem ostatecznej odpowiedzi po prostu nie ma.

Oddając tę książkę w ręce Czytelników, nie oczekuję, że wszyscy zgodzą się z moimi ocenami. Być może przy niektórych rozdziałach ktoś uzna, że byłem zbyt surowy. Ktoś inny, że zbyt ostrożny. Taki spór jest potrzebny. Historia nie powinna być martwą tablicą z gotowym napisem. Powinna zmuszać do myślenia, do zadawania pytań, do konfrontowania własnych wyobrażeń z faktami. Zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy spraw najtrudniejszych.

Bo zdrada, o której mowa w tej książce, nie jest wyłącznie problemem przeszłości. Jest także ostrzeżeniem. Pokazuje, jak łatwo człowiek potrafi usprawiedliwić pierwszy krok w złą stronę. Jak szybko strach może zamienić się we współudział. Jak wygodne potrafią być słowa o konieczności, rozsądku, realizmie czy przetrwaniu. I jak wielką cenę płacą później inni za decyzje tych, którzy uznali, że własne bezpieczeństwo, ambicja albo interes są ważniejsze od lojalności.

Niech więc ta książka będzie próbą spojrzenia w ciemniejsze zakamarki wojennej historii bez nienawiści, ale i bez fałszywego współczucia. Bez narodowego samobiczowania, ale też bez ucieczki w mit. Jeśli mamy mówić o bohaterstwie, musimy mieć odwagę mówić także o zdradzie. Dopiero wtedy obraz przeszłości staje się pełniejszy, trudniejszy, ale prawdziwszy.

Kolejny raz, jak w każdej książce, chciałbym podziękować wszystkim osobom, które wspierają mnie w mojej pracy, zarówno tym, którzy podsuwają informacje, dokumenty, wskazówki, jak i tym, którzy swą milczącą obecnością dają siłę i wzmacniają chęci. Na szczególne podziękowania jak zawsze zasługuje moja żona, zdejmująca ze mnie trudy i troski dnia codziennego, co pozwala na rozwijanie mej pasji.

Dziękuję również Wam, moim Czytelnikom, zarówno tym wytrwałym, śledzącym każdą publikację, niemogącym doczekać się kolejnej, jak i tym, którzy przypadkiem natrafili na moją twórczość i przy niej pozostali. Jak zwykle zachęcam do bezpośredniego kontaktu po lekturze. Pisać można na mój adres: [email protected].

Podziękowania kieruję również do całej ekipy Wydawnictwa Replika, która wspomaga mnie w mojej pracy i dba o jak najlepszą oprawę i jakość kolejnych publikacji.

1 D. Baliszewski, Historia nadzwyczajna, Wrocław 2009, s. 183.

Rozdział 1

Winni klęski

Klęska odniesiona we wrześniu 1939 roku w konfrontacji z siłami zbrojnymi III Rzeszy, a następnie od 17 września również Armii Czerwonej była szokiem dla wszystkich Polaków. Buńczuczne zapewnienia sanacyjnych przywódców o tym, że nie oddamy ani piędzi ziemi, lub że już wkrótce nasze wojska będą maszerowały na Unter der Linden, powodowały, że siła polskiej armii w oczach społeczeństwa urosła do gargantuicznych rozmiarów. Dlatego też nie może dziwić, iż od razu po poniesionej klęsce i utworzeniu w dość kontrowersyjnych okolicznościach nowego rządu na uchodźstwie rozpoczęto poszukiwanie winnych klęski. Oczywiście po przegranej każdy uważał, że najlepiej wie, dlaczego przegrano i jak należało temu zaradzić. 20 września 1939 roku w Bukareszcie doszło do spotkania Jana Kowalewskiego z generałem Władysławem Sikorskim. W rozmowie oczywiście poruszono temat poniesionej klęski, choć formalnie walka jeszcze trwała. Kowalewski wspominał później: „Na ten temat każdy miał swoje opinie, przeważnie wyrażane w sposób gwałtowny, jak też recepty na to, co należało zrobić”. Sikorski komentował to następująco: „No przecież jasne jest, że myśmy tej wojny wygrać nie mogli, ale że ta przegrana nastąpiła w takiej formie i w takim tempie, to po temu muszą być jakieś błędy, niedopatrzenia i nieudolności”. Już wówczas Sikorski rozpoczął proces przejmowania władzy i rozliczania się z sanacyjnymi oponentami. Na jego polecenie Kowalewski sporządził notatkę, z której miało wynikać, że winą obarczyć należy nie cały naród, a jedynie jego przywódców. Z nią Sikorski udał się do Paryża i rozpoczął za wcale nie cichym przyzwoleniem Francuzów walkę o władzę, zakończoną przewrotem i odsunięciem od stanowiska wyznaczonego na kolejnego prezydenta generała Bolesława Wieniawę Długoszowskiego. Choć Sikorski jako premier po zabójstwie Gabriela Narutowicza okazał się zręcznym i skutecznym politykiem, a wcześniej w 1920 roku jako generał był powszechnie uważany za jednego z najlepszych, został wkrótce odsunięty zarówno od polityki, jak i armii. W końcu w 1939 roku nadszedł czas, kiedy mógł się odpłacić tym, którzy go odepchnęli. Takiej okazji nie mógł zmarnować, zwłaszcza że dysponował ogromnym poparciem zarówno Francuzów, jak i Anglików. Po otrzymaniu dowództwa nad odbudowywanym Wojskiem Polskim we Francji 28 września 1939 roku generał Sikorski spotkał się z oficerami polskiej misji wojskowej w Paryżu i zaapelował, by wszyscy zwrócili się ku temu co nas łączy, a przynajmniej łączyć powinno. Musimy ratować honor armii polskiej, a raczej kontynuować ratowanie tego honoru. Zależy nam na tym, aby nie zabrakło Wojska Polskiego w chwili, gdy ważyć się będą losy Polski. Nie będziemy tu robić żadnej polityki. Uprzedzam Panów, że na żadną partyjną czy brygadową politykę nie ma i nie może być miejsca w wojsku polskim. Zasadą moją będzie kult kompetencji, a wierzę, że spotkamy się pod hasłem Honor i Ojczyzna2.

Oczywiście złożone deklaracje nie miały absolutnie żadnego pokrycia w rzeczywistych działaniach Sikorskiego. 6 października w wygłoszonym przemówieniu radiowym ogłosił, że ustalaniem przyczyn klęski zajmie się historia i naród po zakończeniu wojny. Jednakże sam Sikorski nie zamierzał tak długo czekać. Już 22 listopada 1939 roku jego decyzją jako ministra spraw wojskowych utworzono Ośrodek Oficerski w Cerizay, który miał być jednostką zborną dla oficerów Wojska Polskiego. Faktycznie jednak był to ośrodek odosobnienia, do którego trafiali oficerowie nieprzychylnie nastawieni do Sikorskiego lub tacy, których ten uważał za swoich osobistych wrogów. Komendantem Ośrodka Oficerskiego w Cerizay został płk Kazimierz Rumsza. Już dwa dni później do „Wiśniowca”, jak nazywano ośrodek, trafiła grupa pięćdziesięciu generałów i oficerów w tym gen. bryg. Feliks Kwaśniewski, gen. bryg. dr Stanisław Rouppert, gen. bryg. Stanisław Osikowski, płk Tadeusz Alf-Tarczyński, płk Henryk Abczyński, płk Mieczysław Wyżeł-Ścieżyński, płk Otto Czuruk, ppłk Władysław Rusin, ppłk Władysław Ryszanek, ppłk Bohdan Szeligowski, ppłk Adam Sokołowski, ppłk Mieczysław Paczkowski, ppłk Antoni Gosiewski i ppłk Janusz Górecki. Jak wynika z raportu podporucznika rezerwy Wiktora Lamota, byłego wojewody pomorskiego, do ośrodka skierowane zostały:

a) osoby zajmujące ostatnio wybitniejsze stanowiska w administracji, wojsku czy życiu publicznym, co do których istnieją lub mogłyby się nasuwać domniemania, że przyczyniły się w pewnej mierze do sytuacji, w jakiej znalazła się Polska,

b) osoby, w odniesieniu do których podniesione zostały zarzuty w związku z zachowaniem się w czasie ostatniej kampanii wojskowej,

c) osoby, w odniesieniu do których wysunięte zostały zarzuty natury etycznej3.

Do ośrodka na początku 1940 roku trafił również generał dywizji Stefan Dąb-Biernacki, wcześniej przetrzymywany w paryskim więzieniu La Santé. Co ciekawe, Dąb-Biernacki nie zamierzał milczeć. Skierował list do prezydenta Francji, w którym napisał:

Od pewnego czasu, ja, generał dywizji Armii Polskiej, uprzednio inspektor Armii i członek Wyższej Rady Wojennej, dowodzący jedną z armii w czasie kampanii wrześniowej 1939 roku w Polsce, zostałem przydzielony rozkazem mego Rządu do Ośrodka Oficerskiego polskiego w Cerizay. Ośrodek ten, Panie Prezydencie, którego niewinna nazwa nie mogłaby budzić żadnych specjalnych podejrzeń, jest w rzeczywistości miejscem karnym i dyscyplinarnym, rodzajem obozu izolacyjnego dla oficerów odsuniętych na jakiś czas z kadr Armii Polskiej we Francji, utworzonego przez Rząd Polski na ziemi francuskiej za zgodą Misji Generała Denain, dla celów służących zemście politycznej. […] W ten sposób Generał Sikorski reguluje we Francji, podczas wojny, korzystając z nieświadomego współudziału Rządu Francuskiego, drobne i nędzne rachunki polityczne, które nigdy nie będą mogły być załatwione w ten sam sposób w Polsce, gdzie pamięć i imię Marszałka PIŁSUDSKIEGO są czczone jak świętość przez wszystkich Polaków4.

List ten wzbudził wielkie kontrowersje. Władze Francji, choć dotychczas całkowicie popierały Sikorskiego, teraz zaczęły spoglądać na wojenkę polsko-polską z większą nieufnością. Mogło to mieć swój wpływ na możliwości i chęci dalszego rozbudowywania i dozbrajania formujących się jednostek. Wkrótce jednak Francja została pokonana przez niemiecki Wehrmacht i kto mógł, ewakuował się na Wyspy Brytyjskie. W tym wszystkim zapomniano o przetrzymywanych polskich oficerach. Mimo że zostawiono ich na łaskę losu, to sami podejmowali próby przedarcia się do Wielkiej Brytanii, gdzie ponownie trafili do obozu. 11 sierpnia 1940 roku Dowódca Obozów i Oddziałów Wojska Polskiego w Szkocji generał dywizji Marian Kukiel zarządził utworzenie Zgrupowania Oficerów Nieprzydzielonych (Oficerski Obóz nr 23). Obóz umiejscowiono w szkockim miasteczku Rothesay, leżącym na wyspie Bute. W połowie grudnia 1940 roku w Samodzielnym Obozie Oficerskim przebywało 538 oficerów z tendencją zwyżkową. Wśród izolowanych generałów znaleźli się m.in. gen. dyw. Stefan Dąb-Biernacki, gen. dyw. w st. spocz. Kazimierz Ładoś, gen. bryg. Janusz de Beaurain, gen. bryg. Jerzy Ferek-Błeszyński, gen. bryg. Władysław Kalkus, gen. bryg. Adam Korytowski, gen. bryg. Feliks Kwaśniewski, gen. bryg. w st. spocz. Mikołaj Osikowski, gen. bryg. Stanisław Rouppert, gen. bryg. Kazimierz Schally, gen. bryg. Sergiusz Zahorski, gen. bryg. Ludomił Rayski, gen. bryg. Otton Krzisch i gen. bryg. Stefan Dembiński. Pierwszy z wymienionych został 28 sierpnia 1940 roku aresztowany przez policję angielską, a następnie postawiony przed Sądem Polowym nr 3, który po czterech dniach skazał go na karę dwóch i pół roku więzienia i wykluczenie z korpusu oficerskiego. W uzasadnieniu wyroku sąd napisał, że oskarżony: dopuścił się przestępstwa z art. 54 i 67 K.K.W, pisząc i rozpowszechniając list do Prezydenta Republiki Francuskiej oraz list do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. W pismach tych, podawanych do wiadomości żołnierzy, znieważył on Naczelnego Wodza i Ministra Spraw Wojskowych, omawiając jego działalność służbową w sposób oszczerczy, przez co złamał podstawowe zasady dyscypliny wojskowej i usiłował wywołać w czasie wojny niezadowolenie i ferment w szeregach żołnierskich5.

Wśród oficerów skierowanych do Rothesay było również wielu takich, którzy nadawali się do dalszej czynnej służby, a ich przetrzymywanie było jedynie formą zemsty i szykany ze strony Naczelnego Wodza. 8 listopada 1940 roku generał Jacyna-Jatelnicki zorganizował dodatkowo na polecenie generała Sikorskiego w Tighnabruaich specjalny podobóz przeznaczony dla oficerów całkowicie zdyskwalifikowanych lub z różnych względów wymagających izolacji. Pułkownik Władysław Spałek, który był drugim z kolei komendantem tego podobozu, znalazł się w kłopotliwej sytuacji, o czym postanowił poinformować swojego bezpośredniego przełożonego, czyli generała Jacynę-Jatelnickiego: odnośnie niektórych oficerów […] brak mi szczegółowej opinii i wyraźnego podania rodzaju winy. Taki stan rzeczy stawia mnie w trudnej sytuacji, ponieważ zainteresowani oficerowie zaprzeczają kategorycznie, jakoby wiedzieli, za co zostali tutaj skierowani i uważają się za ofiary, którym bezpodstawnie wyrządzono krzywdę. Proszę o uzupełnienie opinii wraz określeniem przewinienia […]. Nieustalony z góry termin pobytu w Podobozie stwarza, zwłaszcza u oficerów znajdujących się tutaj za stosunkowo mniej ciężkie przewinienia, atmosferę pewnej beznadziejności i podatny grunt do wręcz fałszywego komentowania celów i zadań, dla których Podobóz został stworzony. O ile rozchodzi się o oficerów, których w obecnych warunkach ze względu na rodzaj ich przewinień w ogóle w służbie użyć nie można, to należałoby – moim zdaniem – postawić wobec nich sprawę jasno, podając im do wiadomości powody, dla których wyższe władze zdecydowały się przydzielić ich do Podobozu. Mam tu na myśli oficerów seksualnie zboczonych, względnie nałogowców. To samo dotyczy, moim zdaniem, również oficerów, przeciwko którym prowadzone są sprawy sądowe, przeciągające się przez szereg miesięcy i niezakończone z najrozmaitszych niezależnych od sądów powodów, przy czym charakter tych spraw jest tego rodzaju, że użycie tych oficerów w służbie w oddziałach jest do czasu zakończenia postępowania sądowego niemożliwe6.

Na kpinę zakrawa fakt, że Naczelny Wódz wysłał do obozu swojego delegata płk. dypl. Witolda Mikulicza-Radeckiego, który miał przeprowadzić rozmowy z zatrzymanymi i wybadać panujące nastroje. W swoim meldunku osadzony w obozie płk dypl. Mieczysław Paczkowski tak opisał swoją sytuację:

Istnienie takiego Obozu nie przynosi żadnego zaszczytu nie tylko samemu WP, ale wprost sprawie polskiej na terenie Wielkiej Brytanii. Niestety nie udało się utrzymać w tajemnicy charakteru obozu, zanim bowiem jego pierwsi pensjonariusze się tu zjawili, już ludność miejscowa była uprzedzona, że to będzie penal camp, a ci którzy go zaludnią to bad boys. Dziś ludność ta, generalizując, wskazuje palcami na przechodzących ludzi w polskich mundurach oficerskich, wymawiając Bad boys, albo też wiedząc o zboczeniach seksualnych poszczególnych oficerów, uważa, że zwykłym barbarzyństwem jest trzymanie takich ludzi tutaj, a nie w szpitalach dla chorych. Wreszcie ludność ta widzi próżniaczy tryb życia całego Obozu wtedy, kiedy wszędzie dookoła odbywa się praca dla wojny […]. Rozpacz, smutek, ból i nienawiść z chęcią zemsty z niej wyzierają. Jest ona pełna poczucia krzywdy i niesprawiedliwości, jest pełna buntu. […] wszyscy marnują niepotrzebnie czas; nikt nie wykazuje żadnego zainteresowania, każdy bowiem uważa się za wyrzuconego poza nawias życia wojskowego i możliwości pracy dla sprawy polskiej […]. Brutalne traktowanie jest jednym ze zjawisk normalnych. Wyrazem tego może być choćby wyrażenie, że apelować możecie tylko do jednego Boga. Przeprowadzane w swoim czasie apele obecności przez porucznika, sprawdzającego głośno nazwiska oficerów starszych od niego, nie jest zapewne zgodne z duchem karności wojskowej7.

Sytuacja, w jakiej znaleźli się polscy oficerowie, była niezrozumiała nie tylko dla nich, lecz także dla lokalnej społeczności, jak i niektórych brytyjskich parlamentarzystów. To dzięki zainteresowaniu losem polskich oficerów przez posłów Partii Pracy Henry’ego Morrisona i Gerarda McKinlaya doszło do tego, że polskie dowództwo musiało rozwiązać obozy, a przebywających w nich oficerów kierowano na różne kursy i szkolenia. 18 września 1943 roku minister obrony narodowej generał Marian Kukiel wydał rozkaz o definitywnej likwidacji Stacji Zbornej Oficerów w Rothesay8.

W opisie, który pozostawił po sobie przebywający przez dwadzieścia dwa miesiące w Rothesay Stefan Mękarski, możemy znaleźć brutalne podsumowanie tego okresu:

Czasem wydaje mi się, że w historii tortur polskich w tych latach nie rzeka Kołyma, nie Morze Białe, nie Komi, Starobielsk, katorga sybirska i nie obozy koncentracyjne w Dachau, Oranienburgu czy Oświęcimiu – ale Rothesay wymieniane będzie jako miejsce najbardziej ponurej zagłady kilkuset polskich inteligentów. Właśnie Rothesay, rothesayańska półkulista promenada nad zatoką, rothesayańskie różnokolorowe rododendrony, Ascog, Kanada Hill, Barony Road, Mount Pleasant, Pot Banatyne – to będą we wspomnieniach ludzi najniegodziwiej, najohydniej zniszczonych – nazwy, kryjące w sobie tajemnicę cierpienia najbardziej nieoczekiwanego9.

Wydarzenia te kładą się cieniem na naszej wojennej historii, pokazując najgorsze przywary kraju wiecznie podzielonego na dwa przeciwstawne obozy.

2 J. Zuziak, Wojsko Polskie we Francji 1939–1940. Organizacja i działania wojskowe, Warszawa 2013, s. 31.

3 J. Zuziak, „Więźniowie” Sikorskiego – internowani w Cerizay, Rothesay i Tighnabruaich, „Acta Universitatis Lodziensis Folia Historica”, nr 104, 2019, s. 169, 170.

4 Ibidem, s. 170.

5 Rozkaz oficerski nr 20 Naczelnego Wodza gen. dyw. Władysława Sikorskiego z 18 XI 1940 r., AIPMS, sygn. A.XII.1/II B.

6 Meldunek p.o. Komendanta Podobozu Tighnabruaich płk. Władysława Spałka do Komendanta Samodzielnego Obozu w Rothesay gen. bryg. Bolesława Jacyny-Jatelnickiego z 20 II 1941 r., AIPMS, sygn. A.XII/27/18.

7 Meldunek płk. dypl. Mieczysława Paczkowskiego z 20 II 1941 r. do delegata Naczelnego Wodza płk. dypl. Witolda Mikulicz-Radeckiego, AIPMS, sygn. A.XII/27/18.

8 Pismo ministra obrony narodowej gen. Mariana Kukiela z 30 IX 1943 r. do Szefa Administracji Sił Zbrojnych, AIPMS, sygn. A.XII.4/206.

9 S. Mękarski, Zapiski z Rothesay 1940–1942, wstęp i oprac. A. Adamczyk, Londyn – Piotrków Trybunalski 2003, s. 472.

Polski plakat propagandowy. Nie może dziwić, że po takich zapowiedziach poniesiona we wrześniu 1939 roku klęska wywołała szok i chęć znalezienia oraz ukarania winnych.

Źródło: Domena publiczna.

Marszałek Edward Rydz-Śmigły (1. z lewej) dekoruje Orderami Legii Honorowej generała Mieczysława Norwid-Neugebauera (2. z lewej) i generała Stefana Dąb-Biernackiego (3. z lewej).

Źródło: NAC, sygn. 3/1/0/7/1808/203255.

Naczelny Wódz i Premier w jednej osobie – generał Władysław Sikorski. Dzięki przychylności Francji, a następnie Wielkiej Brytanii, przejął władzę, dokonując w ten sposób bezkrwawego zamachu stanu. Swoją pozycję wykorzystał następnie do rozprawienia się m.in. z osobistymi przeciwnikami.

Źr. domena publiczna

Rozdział 2

Polegać jak na Zawiszy

Po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego na pierwszy plan wysunął się Edward Rydz-Śmigły, który 10 listopada 1936 roku otrzymał od prezydenta Ignacego Mościckiego mianowanie na generała broni i marszałka Polski. Otrzymał wówczas również Order Orła Białego. Dla wielu sanacyjnych polityków była to w pewnym stopniu obraza. Uważali, że tytuł marszałka należał się tylko Piłsudskiemu, pomijając tu całkowicie fakt, że w 1923 roku tytuł ten nadano Francuzowi Ferdynandowi Fochowi. Walery Sławek, jeden z najbliższych współpracowników komendanta, stwierdził, że był to „najsmutniejszy dzień w jego życiu”. Jednak, jak pokazały kolejne lata, hamowana dotąd przez Piłsudskiego gruntowna modernizacja Wojska Polskiego mogła się wreszcie rozpocząć. Dotychczasowe zapuszczenia w tej dziedzinie były tak olbrzymie, że przyjmowane plany modernizacyjne wszystkich rodzajów broni rozpisywane były na kilka lat, a namacalne rzeczywiste zmiany odczuwane byłyby dopiero po 1942 roku, a i ta data wydaje się zbyt optymistyczna. Wprowadzanie nowych konstrukcji czołgów, samolotów, broni piechoty wymagało ogromnych nakładów środków, którymi II RP zwyczajnie nie dysponowała.

Przygotowania do wojny z Niemcami oraz ZSRR prowadzono praktycznie przez całość lat trzydziestych, opierając się głównie na silnych sojuszach z Francją i Wielką Brytanią, które miały szachować III Rzeszę i stanowić dla niej ciągłe wiszące zagrożenie na tyłach w przypadku ataku na Polskę. Co pewien czas przenoszono również ciężar planowania na obronę raz przeciwko Niemcom, a raz przeciwko Sowietom, uważając te mocarstwa naprzemiennie za największe zagrożenie dla polskiej państwowości. Wrześniowa rzeczywistość pokazała jednak, że zgodnie z historycznymi zaszłościami, a wbrew ideologicznemu zaparciu oba reżimy potrafiły się ze sobą porozumieć, dzieląc II RP między siebie.

Najważniejszą dla Polski konsekwencją podpisanego w Moskwie paktu Ribbentrop-Mołotow było ustalenie w tajnym aneksie ataku na Polskę i rozgraniczenie strefy wpływów. Hitler wiedział, że może spokojnie prowadzić swoją operację przeciwko Warszawie bez obawy, że z pomocą przyszłaby Polakom Armia Czerwona. Zresztą chyba nawet nikt z rządzącego nad Wisłą obozu sanacyjnego nie brał pod uwagę, że w przypadku agresji III Rzeszy poproszono by o pomoc Stalina. Raczej zdawano sobie sprawę z faktu, że gdy raz stopa sowieckiego żołnierza zostałaby postawiona na terytorium II RP, to pokojowo by już jej nie opuścili. Po podpisaniu paktu pomiędzy dwoma sąsiadami Polski i byłymi zaborcami było już wiadomo, że ze wschodu żadna pomoc nie nadejdzie. Jej też w sumie nie oczekiwano. Pierwsze dni wojny z nacierającą na trzech kierunkach III Rzeszą nie zwiastowały sowieckiego ataku, który byłby ciosem w plecy. Powód był prosty. ZSRR negocjował zawarcie pokoju z Japonią, z którą był w konflikcie w Mandżurii. Sowieckie zwycięstwo nad Chałchyn-Goł i fakt, że III Rzesza, która była sojusznikiem Japonii, porozumiała się z ZSRR, spowodowały, że i tu postanowiono o zakończeniu konfliktu.

Wybuch wojny nie był zaskoczeniem dla polskich władz. Rosnące napięcie, akty dywersji oraz meldunki wywiadowcze wskazywały, że konflikt rozpocząć się może w nadchodzących dniach. Po wybuchu wojny Śmigły-Rydz wydał pierwszy rozkaz:

Żołnierze, Niemiec – odwieczny nasz wróg – napadł dnia 1 września 1939 roku na Rzeczpospolitą, naruszając całą naszą granicę.

Nadszedł czas wypełnienia naszego żołnierskiego obowiązku.

Żołnierze. Walczycie o istnienie i przyszłość Polski.

Za każdy krok zrobiony w Polsce musi wróg drogo zapłacić swoją krwią.

Każdy z nas, ufny w słuszność naszej sprawy i sprawiedliwość, musi zdobyć się na najwyższy wysiłek, by jak najtwardziej wypełnić rozkaz obowiązku i honoru.

Bez względu na długotrwałość wojny i poniesione ofiary ostateczne zwycięstwo będzie należało do nas i do naszych sprzymierzeńców10.

Nie było to jedyne buńczuczne wystąpienie. Następnego dnia o czternastej trzydzieści w parlamencie zebrali się wszyscy posłowie, cały rząd oraz przedstawiciele wielu instytucji. Swoje przemówienie wygłosił wówczas premier pułkownik Felicjan Sławoj-Składkowski, który mówił m.in.: Zwyciężymy, gdyż dowodzi nami następca i uczeń Józefa Piłsudskiego, Marszałek Śmigły-Rydz. Zwyciężymy, gdyż mamy potężnych sprzymierzeńców11.

Pomimo składanych publicznie deklaracji sytuacja na frontach była co najmniej niekorzystna dla broniącego się państwa. Na Pomorzu 9. i 27. DP zostały rozbite i cofały się, osłaniając dodatkowo przed niemieckimi dywersantami. Nie lepiej było na pozostałych frontach. Marszałek jednak zapewniał swoich współpracowników, że będzie bić się do ostatka, nawet gdyby miał pozostać w polu z trzema tylko dywizjami12.

3 września we wszystkich weszło uczucie ulgi i nadziei. Anglia i Francja, wypełniając swoje sojusznicze zobowiązanie, wystosowały ultimatum, na które Niemcy zwyczajnie nie odpowiedziały. To spowodowało automatyczne wypowiedzenie wojny. W całym kraju odbywały się demonstracje poparcia dla zachodnich sojuszników. Tego dnia ze strony ministra Józefa Becka padła też pierwsza propozycja ewakuowania rządu i administracji państwowej do Lwowa, który mógłby stać się przystankiem przed ewentualną dalszą ewakuacją do Rumunii. Marszałek odrzucił jednak taki pomysł, tak samo jak powołanie „rządu wojennego”. Pierwotnie odrzucone plany ewakuacji zaczęły się jednak realizować już piątego dnia wojny. 6 września Naczelny Wódz wydał rozkaz, by wszystkie jednostki wycofały się na linie Wisły i Sanu. Zachodnia część kraju była już stracona. Jednocześnie podjęto decyzję o przeniesieniu kwatery głównej do Brześcia nad Bugiem, dokąd marszałek dotarł następnego dnia w południe. W Warszawie pozostał szef Sztabu Głównego z kilkoma oficerami, który starał się koordynować działania na froncie, czyli to, co z powodu braku łączności tylko w ograniczonym zakresie mógł robić Naczelny Wódz. Już 9 września Beck kolejny raz zainicjował temat ewakuacji, tym razem jednak zapowiedział generałowi Kazimierzowi Sosnkowskiemu, że będzie nakłaniał marszałka do oderwania wszystkich możliwych sił od nieprzyjaciela i wycofania ich na południowy wschód, w celu przekroczenia granicy z Rumunią, która była jednym z polskich sojuszników. To samo miał według niego wykonać Naczelny Wódz13.

15 września sztab Naczelnego Wodza dotarł do Kołomyi. Sytuacja była tragiczna, a spotęgowało ją jeszcze dwa dni później sowieckie uderzenie.Co ciekawe, z najnowszych dokumentów wynika, że atak mógł nastąpić już w nocy z 12 na 13 września. Ostatecznie datę ataku przesunięto na 17 września14. Nie wiadomo jednak, co było przyczyną zmiany terminu natarcia.

Dodatkową motywację do rozpoczęcia ataku i zniszczenia Polski dał ambasador niemiecki w Moskwie, Frie