Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 532 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zdrajca tronu - Alwyn Hamilton

Druga część Buntowniczki z pustyni, bestsellerowej powieści według „New York Timesa”, autorstwa laureatki nagrody Goodreads dla najlepszego debiutującego pisarza w 2016 roku.

Zaledwie kilka miesięcy temu Amani Al-Hiza, pragnąc wolności, uciekła z domu położonego na końcu świata i zaczęła przemierzać bezkresne piaski magicznej pustyni w towarzystwie tajemniczego obcokrajowca, Jina.
Jednak sytuacja diametralnie się zmienia. Kiedy Amani wbrew własnej woli trafia do epicentrum reżimu – pałacu sułtańskiego – przyświeca jej jeden cel:  obalenie tyrana.
Zapomnij o wszystkim, co wiesz o Miraji, o rebelii, o dżinach i Jinie oraz Niebieskookiej Bandytce. W Zdrajcy tronu jedyne, czego możesz być pewien, to tego, że nic nie jest pewne.

Opinie o ebooku Zdrajca tronu - Alwyn Hamilton

Fragment ebooka Zdrajca tronu - Alwyn Hamilton

Tytuł oryginału: Traitor to the Throne

Copyright © 2016 by Blue-Eyed Books

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Fotografia na okładce: @adrenalinapura/pl.fotolia.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

eISBN 978-83-7976-703-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Ile klimatycznej akcji może zmieścić się w jednej książce? Dowiesz się czytając „Zdrajce tronu”. Kolejna rewelacyjna przygoda od Alwyn Hamilton!

Maja Kłodawska, MajaK.

Niebieskooka bandytka zrozumiała w końcu, kim naprawdę jest, ale nie oznacza to, że przestała pakować się w kłopoty. Pustynna rebelia trwa dalej i nie raz was zaskocz. „Zdrajca tronu” jest jeszcze lepszy niż „Buntowniczka z pustyni”!

Marta Korytkowska, Bibliofilem Być

Nowy świt! Nowa pustynia! Pełna intryg, kłamstw, porywających wirów piasku i zwrotów akcji. Pośród nich Amani, Niebieskooka Bandytka, Buntowniczka, która staje oko w oko z bezkresnym złem. Bardziej wybuchowa niż cały proch świata, bo jej sprzymierzeńcem jest dzika pustynia. Jeżeli pierwszy tom był nazywany REWELACYJNYM, to o „Zdrajcy tronu” będą pisać serenady. Alwyn Hamilton nie oszczędza nas ani na sekundę! Polecam!

Kinga Maszota, KiniaBook

„Buntowniczka z pustyni” była oryginalna, barwna i niesamowita, jednak to właśnie jej kontynuacja udowadnia, że to nie jest i nigdy nie była seria o której łatwo zapomnieć. Coś niesamowitego!

Zuzanna Burkowska, Kulturalna Szafa

ROZDZIAŁ 1OBCY KSIĄŻĘ

Pewnego razu w pustynnym królestwie Miraji mieszkał młody książę, który chciał zasiąść na tronie swojego ojca. Nie miał do tego prawa, lecz jedynie przekonanie, że jego ojciec jest słabym władcą, a on byłby silniejszy. Wobec tego zajął tron siłą. Jednej krwawej nocy Sułtan i połowa braci młodego księcia zginęli od jego miecza, walcząc z obcą armią, na czele której stanął. Kiedy nadszedł świt, nie był już księciem. Był Sułtanem.

Młody Sułtan słynął z tego, że żony do swojego haremu pozyskiwał w taki sam sposób jak władzę: przy użyciu siły.

W pierwszym roku jego panowania dwie żony powiły synów pod tymi samymi gwiazdami. Jedna z żon była dziewczyną urodzoną na piaskach. Jej syn należał do pustyni. Druga z nich była dziewczyną, która przyszła na świat za wodą, w królestwie zwanym Xicha, i wychowała się na pokładzie statku. Jej syn tu nie pasował.

Mimo to synowie dorastali jak bracia, a matki chroniły ich przed tym, przed czym nie strzegły mury okalające pałac. Przez pewien czas w haremie Sułtana wszystko dobrze się układało.

Do czasu aż pierwsza żona znowu urodziła, lecz tym razem nie było to dziecko jej męża. Była to córka Dżina, z niezwykłymi włosami i nieludzkim ogniem we krwi. Zdradzony Sułtan zwrócił swój gniew przeciw żonie. Umarła pod gradem jego ciosów.

Jego złość była tak wielka, że Sułtan nawet nie zauważył, że druga żona uciekła z obydwoma synami i córką Dżina, przeprawiając się przez morze do królestwa Xicha, skąd została uprowadzona. Tam jej syn, Obcy Książę, mógł udawać, że jest częścią tej krainy. Książę z Pustyni nie mógł udawać; był tak obcy w tej okolicy, jak jego brat w królestwie ich ojca. Jednak żadnemu z nich nie było pisane pozostanie w tym miejscu. Wkrótce obaj książęta wyruszyli z Xicha na otwarte morza.

Przez pewien czas życie na statkach kursujących w różnych kierunkach było dobre dla obu braci. Pływali od brzegu do brzegu, w każdym z nowych, obcych miejsc czując się jak u siebie.

Trwało to aż do dnia, gdy przed dziobem statku znowu ukazało się królestwo Miraji.

Książę z Pustyni zobaczył swój kraj i przypomniał sobie, skąd naprawdę pochodzi. Tam zostawił statek i swojego brata. Chociaż Książę z Pustyni prosił brata, by zszedł z nim na ląd, Obcy Książę nie chciał. Kraj jego ojca wyglądał pusto i jałowo, nie rozumiał, jak mógł tak oczarować jego brata. W tym miejscu ich drogi się rozeszły. Obcy Książę przez pewien czas pływał po morzach, w duchu złoszcząc się na to, że jego brat wolał pustynię od wody.

W końcu nadszedł dzień, kiedy Obcy Książę poczuł, że dłużej nie zniesie rozłąki z bratem. Kiedy powrócił na pustynię Miraji, przekonał się, że jego brat rozpalił ją do czerwoności, wszczynając rebelię. Książę z Pustyni mówił o wielkich czynach, wielkich ideach, o równości i dobrobycie. Otaczali go nowi bracia i siostry, którzy, podobnie jak on, kochali pustynię. Był teraz znany jako Książę Buntownik. Z otwartymi ramionami powitał człowieka, który przez całe życie był jego bratem.

Przez pewien czas wszystko dobrze się układało w obozie rebeliantów.

Aż pojawiła się pewna dziewczyna. Dziewczyna zwana Niebieskooką Bandytką, która urodziła się na piaskach, zhardziała przez życie na pustyni i płonęła całym jej ogniem. Po raz pierwszy Obcy Książę zrozumiał, co jego brat tak pokochał w tej pustyni.

Obcy Książę i Niebieskooka Bandytka razem przemierzyli pustynię, aż dotarli do miejsca wielkiej bitwy w mieście Fahali, gdzie przebywali sojusznicy Sułtana z innej krainy.

W bitwie o Fahali buntownicy odnieśli pierwsze zwycięstwo. Ochronili pustynię przed Sułtanem, który chciał ją spalić żywcem. Uwolnili Półdżina, którego Sułtan chciał – wbrew jego woli – zmienić w swoją broń. Zabili syna Sułtana, gotowego doprowadzić do rozlewu krwi, by zyskać aprobatę ojca. Doprowadzili do rozłamu sojuszu Sułtana z innym krajem, który od dekad doprowadzał pustynię do upadku. Buntownicy zażądali dla siebie części pustyni.

Wieści o bitwie pod Fahali szybko się rozeszły. Wraz z nimi plotki o tym, że pustynia znowu może być do wzięcia. Pustynia Miraji była jedynym miejscem, gdzie mogły obok siebie egzystować stara magia i nowe maszyny, i tym samym tylko tam można było wyprodukować szybko dość strzelb, by uzbroić ludzi walczących w wielkiej wojnie szalejącej pomiędzy narodami na północy.

Mnóstwo pazernych oczu z dalekich krain zwróciło się ku Miraji. Na pustyni pojawiło się natychmiast wiele armii, przychodziły ze wszystkich stron, każda chciała doprowadzić do nowego sojuszu lub podbić kraj dla siebie. I podczas gdy wrogowie z zewnątrz podgryzali granice ziem Sułtana i zapewniali zajęcie jego armii, buntownicy wewnątrz kraju przejmowali miasto za miastem, wytrącając je z rąk Sułtana i przekonując ludzi do przejścia na ich stronę.

Przez pewien czas sprawy układały się dobrze dla rebelii, Niebieskookiej Bandytki i Obcego Księcia.

Aż do czasu, gdy jego brat, Książę Buntownik, zaczął tracić przewagę. Dwa tuziny buntowników zginęły w pułapce zastawionej gdzieś w piaskach, po otoczeniu przez liczniejszego wroga. Jedno z miast powstało przeciw Sułtanowi, nocą wykrzykując imię Księcia Buntownika, ale ci, którzy krzyczeli, następny świt oglądali martwymi oczami. A Niebieskooka Bandytka została ciężko ranna w bitwie w górach. To tam, po raz pierwszy od czasu, gdy nici życia Niebieskookiej Bandytki i Obcego Księcia się splątały, ich ścieżki się rozeszły.

Gdy Niebieskooka Bandytka walczyła o życie, Obcy Książę został wysłany na wschodnią granicę pustyni. Obozowała tam armia z Xicha. Obcy Książę ukradł mundur i pewnym krokiem wszedł do obozu. Nie było to trudne, bo wreszcie nie wyglądał jak ktoś obcy. Trwał przy nich, gdy walczyli z siłami Sułtana, potajemnie szpiegując dla Księcia Buntownika.

Przez pewien czas, gdy krył się wśród tej armii, wszystko toczyło się pomyślnie.

Aż pewnego dnia z wrogiego obozu nadeszło pismo. Posłaniec, który je przyniósł, ubrany był w barwy Sułtana, złoto i biel, i niósł pokojowy sztandar.

Obcy Książę zabiłby, żeby poznać treść pisma, ale nie było takiej potrzeby. Wiadomo było, że umie mówić w języku używanym na pustyni. Został wezwany do namiotu xichańskiego generała, żeby tłumaczyć rozmowę pomiędzy wysłannikiem Sułtana a Xichańczykami, ponieważ żaden z nich nie wiedział, że jest wrogiem ich obu. Wtedy dowiedział się, że Sułtan wzywa do rozejmu. W liście napisano, że miał już dość rozlewu krwi. Był gotowy negocjować. Obcy Książę dowiedział się, że władca Miraji wzywa wszystkich władców z pobliskich krain, żeby przedyskutować nowy sojusz. Sułtan prosił o przybycie do swojego pałacu każdego króla, królową, cesarza i księcia, którzy roszczą sobie pretensje do pustyni, by przedstawili swoje argumenty.

Następnego ranka pismo zostało wysłane do cesarza Xicha. Walki ustały. Nastąpił rozejm. Potem miały mieć miejsce negocjacje. A później pokój pomiędzy Sułtanem i najeźdźcami. A wtedy władca będzie mógł bez przeszkód rozprawić się z tymi, którzy burzą porządek w granicach kraju.

Obcy Książę zrozumiał, że nadeszła pora, by wracać do brata. Ich rebelia musiała zmienić się w wojnę.

ROZDZIAŁ 2

Zawsze lubiłam tę koszulę. Szkoda, że cała została poplamiona krwią.

Dobre to, że większość krwi nie była moja. Zresztą, koszula też nie należała do mnie – pożyczyłam ją od Shazad i nigdy nie pomyślałam, że powinnam ją oddać. Teraz pewnie już jej nie będzie chciała.

– Stój!

Szarpnęło mną, gdy się zatrzymaliśmy. Miałam związane ręce, a sznur boleśnie wrzynał mi się w skórę nadgarstków. Wysyczałam przekleństwo pod nosem, po czym podniosłam głowę, w końcu odrywając wzrok od zakurzonych butów, tylko po to, by dać się oślepić pustynnemu słońcu.

W promieniach zachodzącego słońca mury Saramotai rzucały potężny, długi cień.

Te fortyfikacje obrosły legendą. Przetrwały jedną z największych bitew Pierwszej Wojny pomiędzy bohaterem Attallahem a Pogromczynią Światów. Były tak stare, że wyglądały jakby zbudowano je z kości samej pustyni. Ale słowa wypisane białą farbą nad bramą były jeszcze świeże.

Witamy w Wolnym Mieście.

Widziałam, że farba spłynęła w szczeliny pomiędzy starymi kamieniami, zanim wysuszył ją upał.

Mogłabym powiedzieć kilka rzeczy na temat tego, że zostałam spętana jak koza na ruszcie i przywleczona do tak zwanego Wolnego Miasta, ale nawet ja wiedziałam, że na razie lepiej milczeć.

– Mówcie, kim jesteście, bo będę strzelał! – krzyknął ktoś z muru. Słowa robiły o wiele większe wrażenie, niż głos, który je wymówił. W ostatnim słowie wyraźnie usłyszałam młodzieńcze pianie. Zerknęłam znad szimy na dzieciaka celującego we mnie ze strzelby. Na pewno nie miał więcej niż trzynaście lat. Składał się z samej skóry i kości. Nie wyglądał na takiego, który potrafiłby właściwie chwycić broń, nawet jeśli zależałoby od tego jego życie. O czym mógł się niedługo przekonać. W końcu to było Miraji.

– To my, Ikar, ty idioto! – wrzasnął koło mojego ucha mężczyzna, który mnie trzymał. Skuliłam się. Nie musiał tak krzyczeć. – Otwieraj bramę, bo, niech Bóg będzie mi świadkiem, że powiem twojemu ojcu, by wyklepał cię mocniej niż jedną ze swoich podków, aż wbije ci trochę rozumu do głowy!

– Hossam? – Ikar jeszcze nie opuścił broni. Był spięty do granic możliwości. Co było mocno niepokojące, ponieważ cały czas trzymał palec na spuście. – Kto jest z tobą? – Machnął strzelbą w moim kierunku. Lufa drgała niespokojnie, przestawiłam ciało na działanie instynktowne. Zdawało się, że nie trafi w ścianę stodoły, nawet jak się postara, ale nie wykluczałam, że mogę przypadkiem oberwać. Gdyby tak się stało, lepiej zostać postrzeloną w ramię niż w klatkę piersiową.

– To… – w głosie Hossama słychać było dumę, gdy zadarł moją głowę do góry, jakbym była jakąś upolowaną przez niego zwierzyną – …jest Niebieskooka Bandytka.

To imię padło z większą mocą niż kiedyś, ciągnąc za sobą ciężką ciszę. Ikar gapił się ze szczytu muru. Nawet z tej odległości widziałam, że aż otworzył usta.

– Otwieraj bramę! – Ikar zaczął w końcu schodzić w dół. – Otwieraj bramę!

Potężne, żelazne drzwi uchylały się strasznie wolno, stawiając opór piaskowi, który zebrał się w ciągu dnia. Hossam i pozostali mężczyźni w naszej grupie popychali mnie w pośpiechu, gdy usłyszeli jęk starych wrót.

Brama nie otworzyła się na całą szerokość, lecz tylko uchyliła, by przez szparę mógł przecisnąć się jeden człowiek. Mimo upływu tysięcy lat, wrota wciąż były zaskakująco solidne – grube na rozpiętość ramion mężczyzny i sterowane przez system ciężarków i przekładni, jakiego nie udało się odtworzyć w żadnym innym mieście. Tych wrót nie dało się zniszczyć. I wszyscy wiedzieli, że nie dało się pokonać murów Saramotai.

Ostatnio do miasta można się było dostać tylko jako więzień, bezceremonialnie wciągnięty za szyję przez wrota. Taka ze mnie szczęściara.

Saramotai znajdowało się na zachód od gór środkowych. Co oznaczało, że należało do nas. A przynajmniej tak powinno być. Po bitwie pod Fahali Ahmed ogłosił, że to terytorium podlega jemu. Większość miast przysięgła mu posłuszeństwo, gdy tylko wycofali się Gallanie, którzy wcześniej okupowali tę część pustyni. Albo sami zażądaliśmy od nich wypowiedzenia posłuszeństwa Sułtanowi.

Z Saramotai było inaczej.

Witamy w Wolnym Mieście.

Saramotai ogłosiło swoje własne prawa, idąc o krok dalej w rebelii.

Ahmed wciąż mówił o równości i dostatku dla biednych. Ludzie z Saramotai postanowili, że jedynym sposobem na stworzenie równości jest obalenie tych, którzy znajdowali się nad nimi. Jedynym sposobem na wzbogacenie się było odebranie im majątków. Zwrócili się więc przeciw bogatym, udając, że zgadzają się z rządami Ahmeda.

On jednak zorientował się, że próbują sięgnąć po władzę. Nie za wiele wiedzieliśmy na temat Malika Al-Kizzama – człowieka, który rządził w Saramotai – oprócz tego, że kiedyś był służącym emira, a teraz, gdy ten nie żył, Malik zamieszkał w pałacu.

Wobec tego wysłaliśmy kilku ludzi, żeby dowiedzieli się więcej. I coś z tym zrobili, jeśli ta wiedza nam się nie spodoba. Żaden nie powrócił.

To był jeden problem. Drugi polegał na tym, że trzeba się było jakoś przedostać do środka, żeby ich poszukać.

I właśnie w tym miejscu pojawiam się ja, z rękami spętanymi tak mocno, że przestałam je czuć, a także świeżą raną na obojczyku, gdzie – zamiast na szyi – wylądował nóż. Zabawne, że sukces oznaczał bycie więźniem.

Hossam popchnął mnie przed siebie, zanim przeszedł przez wąską szparę w bramie. Potknęłam się i upadłam twarzą w piasek, boleśnie uderzając łokciem w żelazne wrota.

Skurwysyn, to zabolało bardziej niż sądziłam.

Spomiędzy moich zaciśniętych zębów wyrwał się syk bólu, gdy przetoczyłam się na bok. Piasek przylgnął do moich dłoni w miejscach, gdzie pot skroplił się pod sznurem. Potem Hossam szarpnął mną i postawił na nogi. Przepchnął mnie do środka, a brama zamknęła się zaraz za nami. Zachowywał się tak, jakby się czegoś obawiał.

Wewnątrz zebrała się już grupka gapiów. Połowa z nich trzymała broń. Kilka luf wycelowali we mnie. Czyli rzeczywiście moja reputacja mnie wyprzedziła.

– Hossam. – Ktoś wypchnął mnie na przód. Był starszy od tych, którzy mnie pojmali, z powagą przyglądał się mojemu żałosnemu położeniu. Patrzył na mnie inaczej niż inni. Nie uda się go omamić tą samą sztuczką. – Co się stało?

– Pojmaliśmy ją w górach – zachrypiał Hossam. – Próbowała zastawić na nas pułapkę, kiedy wracaliśmy z zakupioną bronią. – Dwaj mężczyźni z dumą postawili na ziemi ciężkie torby pełne rewolwerów, jakby chcieli popisać się tym, że nie udało mi się pokrzyżować ich planów. Rewolwery nie były wyprodukowane w Miraji. Były z Amonpour. Wyglądały dziwnie. Były zdobione i rzeźbione, wykonane ręcznie, nie maszynowo, i kosztowały dwa razy tyle, ile były warte, ponieważ komuś chciało się je upiększyć. Broń nie musiała być ładna, zabijała dokładnie tak samo jak brzydka. Tego nauczyłam się od Shazad.

– Tylko ją? – spytał mężczyzna o poważnym spojrzeniu. – Samą? – Znowu na mnie spojrzał. Jakby mógł poznać prawdę od samego patrzenia na mnie. Czy siedemnastoletnia dziewczyna naprawdę sądziła, że uda jej się zatrzymać pół tuzina mężczyzn, mając przy sobie tylko garść nabojów? Czy słynna Niebieskooka Bandytka może być aż tak głupia?

Wolałam słowo „nierozważna”.

Trzymałam jednak gębę na kłódkę. Im więcej mówiłam, tym większe były szanse, że wymsknie mi się coś, co będą mogli użyć przeciwko mnie. Milcz, wyglądaj na nadąsaną, nie daj się zabić.

Gdy wszystko inne zawiedzie, trzymaj się ostatniego punktu.

– Czy naprawdę jesteś Niebieskooką Bandytką? – wyrwało się Ikarowi, przez co wszystkie oczy zwróciły się na niego. Zszedł ze swojego stanowiska wartowniczego na murze, żeby móc się na mnie gapić wraz z innymi. Oparł się na lufie swojej strzelby. Gdyby teraz wypaliła, straciłby obie ręce i kawałek twarzy. – Czy to prawda, co o tobie mówią?

Milcz. Wyglądaj na nadąsaną. Nie daj się zabić.

– Zależy, co mówią. – Cholera, nie wytrzymałam zbyt długo. – Nie powinieneś tak trzymać broni.

Ikar automatycznie zmienił pozycję, nie odrywając ode mnie oczu.

– Mówią, że potrafisz strzelić człowiekowi w oko z odległości pięćdziesięciu stóp w całkowitej ciemności. Że w Iliaz przeszłaś niedraśnięta pomiędzy świstającymi kulami i wydostałaś się z tajemnymi planami Sułtana.

Ja pamiętałam nieco inny przebieg zdarzeń w Iliaz. Skończyło się tym, że dostałam kulkę.

– Że uwiodłaś jedną z żon Emira z Jalaz, kiedy przybyli z wizytą do Izmanu.

O, to coś nowego. Słyszałam, że uwiodłam samego emira. Ale może jego żona wolała kobiety. A może historia wypaczyła się od ciągłego powtarzania, skoro ostatnio w połowie plotek byłam mężczyzną. Przestałam zasłaniać twarz i udawać, że jestem chłopakiem, ale chyba musiałabym pokazać więcej, żeby przekonać niektórych ludzi do tego, że bandytka naprawdę jest dziewczyną.

– Zabiłaś stu gallańskich żołnierzy w Fahali – ciągnął chłopak, potykając się o własne słowa i nie zrażając się moim milczeniem. – I słyszałem, że uciekłaś z Malal na grzbiecie wielkiego, niebieskiego Roka, zostawiając za sobą zalany dom modlitewny.

– Nie powinieneś wierzyć we wszystko, co słyszysz – wtrąciłam się, gdy Ikar wreszcie zamilkł, żeby nabrać powietrza. Jego oczy błyszczały z ekscytacji jak dwie monety louzi.

Zwiesił ramiona z rozczarowania. Był jak dziecko, chciał wierzyć we wszystkie opowieści, podobnie jak ja, gdy byłam w jego wieku. Chociaż nie pamiętam, żebym wyglądała kiedykolwiek tak młodo jak on. Nie powinno go tutaj być, zwłaszcza z bronią. Ale przecież to właśnie robiła z nami pustynia: czyniła z nas marzycieli ze strzelbami. Przesunęłam językiem po zębach.

– Ten dom modlitewny w Malal to był wypadek… no, prawie.

Przez tłum przeszedł pomruk. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie poczułam dreszczyku na karku. A kłamstwo jest grzechem.

Minęło już prawie pół roku, odkąd byłam w Fahali z Ahmedem, Jinem, Shazad, Halą i bliźniakami Izzem i Mazem. My przeciwko dwóm armiom i Noorshamowi, Półdżinem zmienionym w broń przez Sułtana; Półdżinem, który, jak się okazało, był moim bratem.

My w obliczu walki z potężnym, niszczycielskim Półdżinem. Ale przetrwaliśmy. Od tego czasu opowieść o bitwie w Fahali przemierzała pustynię szybciej nawet niż historia o próbach Sultrima. Dziesiątki razy słyszałam powtarzających ją ludzi, którzy nie mieli pojęcia, że przysłuchuje im się rebelia. Z każdym powtórzeniem tej gawędy nasze czyny stawały się wspanialsze i mniej wiarygodne, ale historia zawsze kończyła się tak samo: poczuciem, że chociaż relacja mówcy już się skończyła, to sama opowieść nie dobiegła jeszcze końca. Tak czy inaczej, pustynia zmieniła się po bitwie w Fahali.

Legenda Niebieskookiej Bandytki wzrastała wraz z opowieścią o Fahali, aż zmieniła się tak, że nie rozpoznawałam jej w całości. Twierdzono, że Niebieskooka Bandytka była złodziejką, a nie buntowniczką. Że wskakiwałam ludziom do łóżek, żeby zdobyć informacje dla mojego Księcia. Że na polu bitwy zabiłam własnego brata. Tej najbardziej nie cierpiałam. Pewnie dlatego, że przez chwilę trzymałam palec na spuście i niewiele brakowało, żebym naprawdę to zrobiła. Ale pozwoliłam mu uciec.

Co było prawie tak samo złe. Ukrywał się i nadal dysponował całą swoją mocą. I w przeciwieństwie do mnie, nie miał żadnych innych Półdżinów do pomocy.

Czasem, późno w nocy, gdy reszta obozu już spała, mówiłam na głos, że on żyje. Po to, by stwierdzić, czy to prawda. Jak dotąd mogłam to wypowiedzieć bez wahania. Bałam się jednak, że nadejdzie dzień, kiedy nie uda mi się tego powiedzieć.

To by wskazywało na kłamstwo, a mój brat byłby martwy, umarłby samotny i wystraszony, gdzieś na bezlitosnej, rozdartej wojną pustyni.

– Jeśli jest tak niebezpieczna, jak mówią, powinniśmy ją zabić – powiedział ktoś w tłumie. Był to mężczyzna z jaskrawożółtą wojskową wstęgą na piersi, która wyglądała, jakby została zszyta z kilku strzępów materiału. Zauważyłam, że kilku innych nosiło podobne. To musieli być nowo mianowani wartownicy Saramotai, ponieważ prawdziwi strażnicy zostali zabici. Mówiący trzymał rewolwer. Lufę skierował w mój brzuch. Postrzał w brzuch jest paskudny. Zabija powoli.

– Ale jeśli jest Niebieskooką Bandytką, to trzyma z Księciem Buntownikiem – powiedział ktoś inny. – To chyba oznacza, że stoi po naszej stronie?

Cóż, to było pytanie za milion fouza.

– Dziwny sposób traktowania kogoś, kto jest po waszej stronie. – Znacząco uniosłam skrępowane ręce. Przez tłum przeszedł szmer. To dobrze – to oznaczało, że nie byli tak jednomyślni, jak wydawało się zza nieprzeniknionych murów. – Więc skoro jesteśmy przyjaciółmi, to może mnie rozwiążecie i porozmawiamy?

– Niezła zagrywka, Bandytko. – Hossam chwycił mnie jeszcze mocniej. – Nie dostaniesz szansy znalezienia się w pobliżu broni. Słyszałem, że zabiłaś tuzin ludzi jedną kulą.

Byłam pewna, że to niemożliwe. Poza tym nie potrzebowałam broni, żeby pokonać tuzin mężczyzn.

To było niemal śmieszne. Użyli liny, żeby mnie związać. Nie żelaza. Gdyby tylko żelazo dotykało mojej skóry, stałabym się człowiekiem, takim jak oni. Dopóki było inaczej, mogłam użyć pustyni przeciwko nim. Co oznaczało, że mogłam uczynić więcej szkód gołymi, związanymi rękami niż za pomocą broni. Ale sianie zniszczenia nie było moim zamiarem.

– I tak to Malik zdecyduje, co zrobimy z Bandytką. – Mężczyzna o poważnym spojrzeniu nerwowo potarł brodę, wypowiadając imię ich samozwańczego przywódcy.

– Mam imię, gdybyś nie wiedział – powiedziałam.

– Malik jeszcze nie wrócił! – zaoponował ten, który celował we mnie. Wydawał się mocno spięty. – Może coś narozrabiać przed jego powrotem.

– Amani. Mam na imię Amani. – Nikt mnie nie słuchał. – Jakbyście się zastanawiali. – Ta sprzeczka może trochę trwać. Rządy komisaryjne nigdy nie były szybkie. W zasadzie… w ogóle się nie sprawdzały.

– Wobec tego zamknijcie ją do czasu przyjazdu Malika – powiedział jakiś głos z tyłu.

– Ma rację – odezwał się ktoś po drugiej stronie tłumu, jego twarzy też nie widziałam. – Wrzućcie ją do lochu, żeby nie narobiła kłopotów.

Przez tłum przeszła fala zadowolenia. W końcu mężczyzna ze smutnymi oczami skinął głową na zgodę.

Tłum szybko się rozstąpił, gdy Hossam zaczął mnie ciągnąć za sobą. Ale nie odeszli daleko. Wszyscy chcieli popatrzeć na Niebieskooką Bandytkę. Gapili się i przepychali między sobą, gdy szłam obok. Wiedziałam, co widzą. Dziewczynę młodszą niż córki niektórych z nich, z rozciętą wargą i ciemnymi, zakrwawionymi włosami przylepionymi do spoconej twarzy. Legendy nigdy nie potwierdzały oczekiwań, gdy człowiek przyjrzał się im bliżej. Ja nie byłam wyjątkiem. Jedyne, co mnie odróżniało od innych chudych, ciemnoskórych dziewczyn z pustyni, to oczy, bardziej niebieskie niż niebo w południe. Jak najgorętszy ogień.

– Jesteś jedną z nich? – To jakiś nowy głos, głośniejszy niż jazgot tłumu. Kobieta w żółtej szimie wyszła przed tłum. Materiał był wyszywany w kwiaty, mające kolor podobny do moich oczu. Na jej twarzy malowała się desperacja, która sprawiała, że zaczęłam się denerwować. Znacząco wypowiedziała słowo „nich”. Jakby miała na myśli „Półdżiny”.

Nawet ludzie, którzy wiedzieli, kim są Półdżiny, rzadko domyślali się, że jestem jedną z nich. My, dzieci Dżinów i śmiertelnych kobiet, bardziej przypominaliśmy ludzi niż można się było spodziewać. Do licha, sama trwałam w nieświadomości przez siedemnaście lat. Przecież nie wyglądałam niezwykle, tylko trochę inaczej.

Zdradzały mnie oczy, ale tylko wtedy, gdy wiedziało się, na co patrzeć. Wydawało się, że ta kobieta najwyraźniej wiedziała.

– Hossam. – Kobieta starała się dotrzymać nam kroku, gdy ciągnął mnie przez ulice miasta. – Jeśli ona jest jedną z nich, jest warta tyle, co moja Ranaa. Możemy ją wymienić. Możemy…

Hossam odepchnął ją – nieznajoma została z powrotem połknięta przez tłum, a ja wchodziłam coraz dalej w miasto.

Ulice Saramotai były tak wąskie jak wskazywał na to ich wiek, przez co tłum musiał się przerzedzać, gdy przechodziliśmy obok niego. Wszędzie wokół wznosiły się mury rzucające długie cienie. W niektórych miejscach było tak wąsko, że ramionami dotykałam ścian po obu stronach. Minęliśmy dwa kolorowe domy z wysadzonymi drzwiami – na ścianach były jeszcze ślady prochu. Wejścia i okna zostały zabite deskami. Im dalej szliśmy, tym więcej oznak wojny widziałam. Miasto, w którym wojna zaczęła się w środku, a nie nadeszła zza murów. Domyślałam się, że tak właśnie wyglądała rebelia.

Zanim zobaczyłam ciała, poczułam smród gnijącego mięsa.

Przeszliśmy pod wąskim łukiem, na którym w słońcu suszył się dywan. Frędzle połaskotały mnie w szyję, gdy pochyliłam głowę. Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam dwa tuziny wisielców. Wisieli na tle zewnętrznego muru niczym latarnie.

Latarnie, którym sępy wydziobały oczy.

Nie dało się określić ich wieku ani też tego, czy byli ładni czy dziobaci. Ale wszyscy byli bogaci. Ptaki jeszcze nie dobrały się do haftowanych koszul farbowanych w cennych barwnikach ani do delikatnych muślinowych rękawów ich khalatów. Prawie zwymiotowałam od tego smrodu. Śmierć i pustynny upał szybko dobrały się do ciał.

Za mną zachodziło słońce. Co oznaczało, że kiedy zacznie świtać, ciała zostaną skąpane w świetle.

Nowy świt. Nowa pustynia.

ROZDZIAŁ 3

W więzieniu śmierdziało gorzej niż w miejscu kaźni.

Hossam pociągnął mnie w dół schodów prowadzących do podziemnych cel. Zanim wrzucił mnie do jednej z nich, zdołałam zobaczyć długi rząd krat za żelaznymi kratami po obu stronach wąskiego korytarza. Upadłam, mocno uderzając ramieniem o ziemię. Cholera, będę miała siniaka.

Nie próbowałam wstawać. Leżałam z głową na zimnej kamiennej podłodze, gdy Hossam zamykał drzwi celi. Uderzenie żelaza o żelazo sprawiło, że aż zazgrzytałam zębami. Nie ruszałam się, dopóki słyszałam odgłosy kroków na schodach. Potem odczekałam jeszcze trzy pełne oddechy, zanim się podniosłam, pomagając sobie związanymi rękami i łokciami.

Pod sufitem celi znajdowało się okienko, przez które wpadało dość światła, bym nie miotała się w całkowitej ciemności. Przez żelazne kraty mogłam zajrzeć do celi naprzeciwko. W kącie siedziała dziewczyna – nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat – i drżała w jasnozielonym khalacie, mocno wyświechtanym, patrząc na mnie wielkimi oczami.

Przytknęłam twarz do krat. Zimne żelazo wniknęło głęboko w tę część mnie, która miała naturę Półdżina.

– Imin? – zawołałam. – Mahdi? – Czekałam z zapartym tchem, ale odpowiedziała mi tylko cisza. Wtem na końcu więziennego korytarza pojawił się fragment twarzy przyciśniętej do krat celi. Palce desperacko oplatały pręty.

– Amani? – odezwał się jakiś głos. Był chropowaty z pragnienia, ale irytująca, władcza, nosowa nuta nadal była słyszalna. To głos, który poznałam w ostatnich miesiącach, kiedy Mahdi i kilku innych intelektualistów z Izmanu opuściło miasto i pojawiło się w naszym obozie. – Czy to ty? Co tu robisz?

– To ja. – Kamień spadł mi z serca. Nadal żyli. Nie pojawiłam się za późno. – Przyszłam was uratować.

– Wobec tego… Szkoda, że ciebie też pojmali, co nie?

Ugryzłam się w język. Można się było domyślić, że w stosunku do mnie Mahdi będzie zachowywał się chamsko, nawet siedząc w więziennej celi. Nie poświęcałam zbyt wiele czasu na myślenie o Mahdim i reszcie cherlawych chłopaków z miasta, którzy tak późno pojawili się w samym sercu rebelii. Po rozlaniu przez nas krwi i zdobyciu połowy pustyni. Jednak to byli ludzie, którzy wspierali Ahmeda, gdy ten po raz pierwszy pojawił się w Izmanie. Ci, z którymi rozprawiał o filozofii i po raz pierwszy zaczął myśleć o wskrzeszeniu iskry rebelii. Poza tym, gdybym zgadzała się na śmierć każdej osoby, która mnie wkurza, wkrótce nie mielibyśmy zbyt wielu sprzymierzeńców.

– Cóż – powiedziałam najmilszym tonem, na jaki mogłam się zdobyć – jak inaczej miałabym przedostać się przez bramę, skoro zawaliliście misję i to przez was całkowicie zamknęli dostęp do miasta?

Odpowiedzią była cisza. Nawet Mahdiemu siedzącemu za kratami byłoby trudno dyskutować z tym, że poniósł klęskę. Naśmiewanie mogłam jednak odłożyć na później. Teraz w ostatnich promieniach dziennego światła zamierzałam szybko wykonać swój ruch. Odsunęłam się od żelaznych krat. Potarłam palce, próbując pozbyć się uczucia zdrętwienia.

Piasek, który utkwił pomiędzy nimi, kiedy udawałam, że potknęłam się w bramie, poruszył się w oczekiwaniu. Znajdował się również w fałdach mojego ubrania, we włosach, przylgnął do mojej spoconej skóry. Na tym polegało piękno pustyni. Piasek dostawał się wszędzie, wnikał wprost do mojej duszy.

To były słowa Jina.

Odsunęłam od siebie to wspomnienie i zamknęłam oczy. Zaczerpnęłam haust powietrza i odczepiłam piasek od skóry – każde ziarenko, każdą cząsteczkę, która odpowiedziała na moje wezwanie, odlepiały się ode mnie i w oczekiwaniu zawisły w powietrzu.

Kiedy otworzyłam oczy, byłam otoczona mgiełką piasku, który migotał złociście w ostatnich, popołudniowych promieniach wpadających do celi.

W celi naprzeciwko dziewczynka w zielonym khalacie wyprostowała się i wychyliła z cienia, żeby lepiej widzieć.

Wessałam powietrze, a piasek ułożył się w kształt bicza. Związane ręce odsunęłam jak najdalej od ciała, wprawiając piasek w ruch. Żaden z pozostałych Półdżinów nie rozumiał, dlaczego musiałam się poruszać, gdy używałam swojej mocy. Hala powiedziała, że przez to wyglądam jak jakiś najpośledniejszy szarlatan z rynku w Izmanie. Ale ona urodziła się ze świadomością swojej mocy. Tam, skąd ja pochodziłam, broń potrzebowała ręki, żeby zadziałać.

Piasek przesuwał się między moimi nadgarstkami jak ostrze i ciął linę. W końcu miałam wolne ręce.

Teraz mogłam wziąć się za prawdziwą destrukcję.

Chwyciłam piasek i opuściłam rękę, czyniąc w powietrzu łuk, jakbym walczyła mieczem. Piasek posłuchał mojej woli i uderzył w zamek celi z całą siłą pustynnej burzy skumulowaną w jednym podmuchu.

Zamek rozpadł się z trzaskiem. Byłam wolna.

Dziewczynka w zielonym patrzyła, jak kopniakiem otwieram drzwi, uważając, żeby nie dotknąć żelaza i jak zbieram w dłoni cały piasek.

– Już. – Sunęłam korytarzem, pozbywając się resztek sznura z moich nadgarstków. Z prawej ręki sznur zszedł bez problemu, pozostawiając po sobie jedynie czerwoną pręgę. Rozsupływałam węzeł na lewej ręce, gdy doszłam do celi zajmowanej przez Mahdiego.

– No więc jak poszły wam dyplomatyczne negocjacje? – Resztki pęt opadły na podłogę.

– Przyszłaś, żeby się z nas nabijać czy żeby nam pomóc?

– Nie widzę powodu, dla którego nie miałabym robić tego i tego. – Oparłam się łokciem o drzwi celi i wsparłam brodę na pięści. – Przypomnij mi, proszę, jak przekonałeś Shazad, że nie potrzebujesz żadnej z nas w tej misji, jako że kobiet nie traktuje się poważnie podczas politycznych negocjacji.

– Właściwie – z tyłu celi dobiegł czyjś głos – wydaje mi się, że powiedział, że ty i Shazad będziecie „niepotrzebnie rozpraszać uwagę”.

Imin zbliżyła się do drzwi, więc dobrze ją widziałam. Nie rozpoznałam twarzy, ale wszędzie poznałabym te szydercze żółte oczy. Nasz Półdżin, zmieniacz kształtów. Ostatnim razem widziałam Imin opuszczającą obóz w postaci drobnej kobiety w zbyt obszernych męskich ubraniach – żeby za bardzo nie obciążać konia. To był znajomy widok, często ją widziałam w takiej postaci, jednej z wielu, które Imin umiała przybrać. Bywała chłopakiem, dziewczyną, mężczyzną lub kobietą. Już się przyzwyczaiłam do ciągle zmieniającej się twarzy Imin. Często bywała małą dziewczynką z wielkimi oczami, dzieckiem jadącym na koniu albo silnym wojownikiem, który jedną ręką mógł podźwignąć przeciwnika. Innym razem była chudym uczonym z poirytowanym spojrzeniem, bezbronnie siedzącym w głębi celi w Saramotai. Nieważne, czy była dziewczyną, mężczyzną czy kobietą – jej charakterystyczne żółte oczy nigdy się nie zmieniały.

– No dobrze – zwróciłam się znowu do Mahdiego. – Może zapomniałam, bo nie mogłam otrząsnąć się ze zdziwienia, że nie powybijała ci wszystkich zębów.

– Skończyłaś? – Mahdi wyglądał, jakby przed chwilą zjadł kiszoną cytrynę. – Czy będziemy marnować czas, który moglibyśmy przeznaczyć na ucieczkę?

– Tak, tak, oczywiście. – Odsunęłam się, wyciągając rękę przed siebie. Piasek odpowiedział, zbierając się w mojej dłoni. Wycofałam się, czując moc wzbierającą w piersi. Przytrzymałam ją przez chwilę, zanim rzuciłam piaskiem. Kłódka eksplodowała.

– Wreszcie. – Mahdi był rozdrażniony i zachowywał się, jakbym była służącą, która ociągała się z przyniesieniem mu jedzenia. Próbował przepchnąć się obok mnie, ale wyciągnęłam rękę, żeby go zatrzymać.

– Co… – zaczął. Wzbierała w nim wściekłość. Zatkałam mu usta ręką, a sama wytężyłam słuch. Po chwili zauważyłam zmianę na jego twarzy, gdy i on to usłyszał. Kroki na schodach. Usłyszeli nas strażnicy.

– Musiałaś tak hałasować? – wyszeptał, gdy zabrałam rękę.

– Wiesz co, następnym razem chyba nie będzie mi się chciało cię ratować. – Wepchnęłam go z powrotem do celi, w głowie już analizując, w jaki sposób nas stąd wyciągnąć. Imin w ciele mężczyzny wyminął Mahdiego i wyszedł z celi. Nie zatrzymywałam go. Nie byłam w stanie, nawet gdybym chciała. Idąc, już zmieniał postać, pozbywając się bezbronnego ciała uczonego. Ostatecznie był o dwie głowy wyższy ode mnie i dwa razy taki szeroki. Nie chciałabym spotkać tego wcielenia Imin w ciemnej uliczce. Poruszał ramionami uwięzionymi w za ciasnej koszuli, która opięła się na jego nowym ciele. Szew pękł na jednym ramieniu.

Było już prawie ciemno, a cele oświetlało liche światło z zewnątrz. Wiedziałam, że na schodach kołysze się zapalona lampa. Dobrze, to może być naszą przewagą. Stanęłam w ciemności przy schodach. Imin poszedł w moje ślady, robiąc to samo po drugiej stronie.

Czekaliśmy, nasłuchując coraz głośniejszych kroków. Naliczyłam co najmniej cztery pary butów. Może pięć. Nas było mniej, a oni na dodatek byli uzbrojeni. Na szczęście będą musieli wchodzić gęsiego, co oznaczało, że ich przewaga liczebna się nie liczyła. Światło lampy migotało na ścianach, gdy schodzili. Po swojej stronie miałam efekt zaskoczenia. I jak zawsze mawiała Shazad, jeśli walczysz z kimś dwa razy większym od siebie, najważniejszy jest pierwszy cios. Ten, którego się nie spodziewają. A jeszcze lepiej, jeśli będzie to zarazem ostatni cios.

Dziewczynka w zielonym przesunęła się, tak że znalazła się tuż przy kratach, przyglądając się nam z fascynacją. Położyłam palec na ustach, mając nadzieję, że zrozumie. Dziewczyna skinęła głową. Dobrze. Była dzieckiem pustyni. Wiedziała, co robić, by przeżyć.

Wykonałam swój ruch w chwili, gdy pojawiła się głowa pierwszego strażnika.

Jeden gwałtowny podmuch piasku uderzył wprost w jego skroń, spychając go na kratę celi dziewczynki. Odskoczyła w tył, gdy jego głowa uderzyła w żelazo. Imin chwycił drugiego żołnierza, uniósł go ponad ziemię i uderzył nim w ścianę. Ostatnie, co widziałam, zanim lampa spadła na ziemię, to jego zaskoczona mina. Lampa roztrzaskała się, a światło zgasło.

Byłam jak ślepa.

Ktoś wystrzelił i huk sprawił, że rozległy się krzyki w celach i poza nimi. Usłyszałam czyjąś modlitwę. Przeklęłam pod nosem i rozpłaszczyłam się przy ścianie. W ten sposób mogłam uchronić się od przypadkowego postrzału. Musiałam pomyśleć.

Oni również nic nie widzieli. Byli jednak uzbrojeni i musiałam przyjąć do wiadomości, że w przeciwieństwie do mnie nie będą mieli nic przeciwko zabiciu więźnia zbłąkaną kulą. Znowu rozległ się strzał, lecz tym razem towarzyszył mu okrzyk bólu, nie strachu. Starałam się skupić mimo przypływu paniki, próbowałam też dowiedzieć się, skąd dobiegał hałas. Minęło sporo czasu od ostatniej stoczonej samodzielnie walki. Gdyby była tu Shazad, wiedziałaby, co robić. Umiałam walczyć w ciemności, ale mogłam zranić Imin lub dziewczynkę w zielonym, nie tylko wroga. Potrzebowałam światła. Koniecznie.

Wtem, jakby w odpowiedzi na moje błagania, w więzieniu wzeszło słońce.

Poraził mnie blask. Nadal nic nie widziałam, ale tym razem przez nagłe pojawienie się światła. Mrugałam jak szalona, próbując przebić się przez plamy światła.

Mój wzrok przyzwyczajał się niebezpiecznie powoli, spanikowane serce przypominało mi, że jestem bezużyteczna i oślepiona w otoczeniu uzbrojonych wrogów. Otoczenie stawało się coraz bardziej wyraźne. Dwóch strażników leżało na ziemi i nie ruszało się. Trzech następnych pocierało oczy, niedbale trzymając broń. Imin przy ścianie, jego ramię krwawiło.

A w celi dziewczynka w zielonym, trzymająca w dłoniach maleńkie słońce, nie większe niż pięść. Jej twarz błyszczała w jasnym świetle, które od dołu rzucało na nią dziwne cienie, sprawiając, że wyglądała na dużo starszą. Widziałam teraz, że te wielkie oczy, którymi na mnie patrzyła, były tak samo nienaturalne jak moje i Imin. Miały kolor rozżarzonego węgla.

Była Półdżinem.

ROZDZIAŁ 4

Później będę miała czas, żeby pomyśleć o nowym sprzymierzeńcu. Teraz musiałam wykorzystać dar, który otrzymaliśmy. Strażnicy już podnosili rewolwery i celowali we mnie – podmuch piasku wytrącił im je z rąk. Jeden strażnik odsunął się w stronę Imin. Ten go złapał i usłyszałam tylko chrzęst skręcanego karku.

Inny rzucił się na mnie z nożem w ręce. Rozdzieliłam piasek na dwie części, używając jednej z nich do podbicia mu ręki, zanim podszedł bliżej, a z reszty uformowałam zakrzywione ostrze, które wbiłam w jego szyję. Imin podniósł rewolwer. Nie był tak dobrym strzelcem jak ja, ale w tak wąskim pomieszczeniu trudno było chybić. Skuliłam się, gdy wystrzelił. Z cel dobiegły krzyki, huk strzału odbijał się od kamiennych ścian.

Potem zapadła cisza. Wyprostowałam się. Koniec. Imin i ja nadal żyliśmy. W przeciwieństwie do strażników.

Mahdi wyszedł z celi, wykrzywił usta w bezgłośnej ocenie, gdy jego wzrok padł na ciała. Tak właśnie bywało z przeintelektualizowanymi typami. Chcieli przebudować świat, ale wydawało im się, że dokonają tego bez rozlewu krwi. Zignorowałam go i podeszłam do celi, w której siedziała mała Półdżinka w zielonym khalacie. Nadal trzymała słońce i patrzyła na mnie trzeźwymi, czerwonymi oczami. Były niepokojąco błyszczące.

Roztrzaskałam jej zamek jednym podmuchem piasku.

– Jesteś… – zaczęłam, otwierając drzwi, lecz dziewczynka już się podniosła i przepychała się obok mnie, kierując się w drugi koniec więzienia.

– Samira! – krzyknęła. Podeszła blisko krat, ale ich nie dotknęła. Wiedziała, że powinna trzymać się z dala od żelaza. Ja w jej wieku nie miałam tej wiedzy. Oparłam się o kamienną ścianę. Zaczęłam odczuwać zmęczenie, które powoli ogarniało moje ciało.

– Ranaa! – Inna dziewczyna przepchnęła się na przód swojej celi i uklękła na podłodze, żeby znaleźć się przy małej Półdżince. Zdawało się, że była piękna, nim wtrącono ją do więzienia. Teraz wyglądała na zmęczoną. Ciemne oczy zapadły się w głąb wychudzonej twarzy. Szybko omiotłam ją wzrokiem, żeby odnaleźć jakieś oznaki przynależności do Półdżinów, ale wyglądała na człowieka. Była prawdopodobnie moją rówieśniczką. Za młoda, żeby być matką dziewczynki. Może siostra? Wyciągnęła rękę przez pręty i położyła dłoń na policzku dziewczynki.

– Wszystko w porządku?

Ranaa odwróciła się do mnie, a jej usta ze złości wykrzywiły się w podkówkę.

– Wypuść ją. – To był rozkaz, nie prośba. I to od osoby, która przywykła do ich wydawania.

– Nikt cię nie nauczył słowa „proszę”, dziecko? – wyrwało mi się, chociaż nie była to pora na uczenie kogokolwiek manier. I prawdopodobnie nie była to nawet właściwa osoba.

Ranaa zmierzyła mnie wzrokiem. To chyba działało na większość ludzi. Ja byłam przyzwyczajona do Półdżinów, ale i mnie niepokoiło jej spojrzenie płonących czerwienią oczu. Przypomniały mi się opowieści o Adilu zdobywcy, który był tak zły, że jego oczy żarzyły się właśnie czerwienią. Mając takie spojrzenie, przywykła do tego, że dostaje, czego chce. Ale ja nie miałam w zwyczaju wykonywać cudzych rozkazów. Obracałam piasek wokół palców i czekałam.

– Wypuść ją, proszę – powiedziała, tupiąc bosą stópką. – W tej chwili.

Z westchnieniem odsunęłam się od ściany. Przynajmniej spróbowała.

– Odsuń się. – Ja też mogłam rozkazywać.

W momencie gdy zamek się rozpadł, Ranaa rzuciła się do przodu i zarzuciła ramiona na szyję starszej dziewczyny, nadal ostrożnie obchodząc się z kulą światła w jednej ręce, a drugą kurczowo ściskając materiał jej khalatu. Dzięki światłu widziałam pozostałych więźniów w tej celi. W ciasnej przestrzeni stłoczono wiele więźniarek – miejsca było tak mało, że nie mogły się nawet położyć i w efekcie dwanaście kobiet siedziało prawie jedna na drugiej. Właśnie podnosiły się, wychodząc z celi z westchnieniem ulgi. Pragnęły wolności i niewiele robiły sobie z Imin i Mahdiego, którzy próbowali zaprowadzić wśród nich jakiś porządek.

To były kobiety i nastolatki. Okazało się, że w pozostałych celach było tak samo. Gdy rozejrzałam się wokół, zobaczyłam wystraszone, niespokojne twarze przytknięte do krat, przelęknione, ale mające nadzieję na ratunek. Mahdi i Imin znaleźli klucze przy jednym z martwych mężczyzn i zajęli się uwalnianiem pozostałych więźniarek. Podejrzewałam, że tak będzie łatwiej niż rozwalać kolejne zamki. Osadzone wychodziły z cel, czasem rzucając się, by kogoś objąć, czasem wlokąc się noga za nogą jak zranione zwierzę.

– A mężczyźni? – zapytałam Samirę, gdy wyplątała się z objęć Rany, choć już chyba znałam odpowiedź.

– Byli bardziej niebezpieczni – powiedziała Samira. – Przynajmniej tak stwierdził Malik, kiedy… – Przerwała i zamknęła oczy, jakby próbowała pozbyć się obrazu śmierci zadawanej przez człowieka, który uzurpował sobie władzę w mieście. – I nie byli tak cenni.

Chwilę mi zajęło, nim zrozumiałam wymowę jej znaczącego spojrzenia ponad głową Rany. Wreszcie do mnie dotarło. Kobiety wychodzące z cel były młode. Ostatnio dużo się mówiło o tym, że sprzedawcy niewolników czerpią z wojny pełnymi garściami. Porywają dziewczyny z naszej części pustyni i sprzedają je żołnierzom stacjonującym z dala od swoich żon lub bogaczom w Izmanie. Poza tym w grę wchodziła też kwestia Półdżinów i ich wartości…

– Ranaa. – Coś mi zaświtało w głowie. Już dziś słyszałam to imię. Wypowiedziała je kobieta okryta szimą wyszywaną w niebieskie kwiaty. Ta, która chciała wiedzieć, czy jestem Półdżinem. Teraz już rozumiałam, dlaczego mnie rozpoznała. – Twoja mama martwi się o ciebie.

Dziewczynka obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem, nadal przytulając się do piersi Samiry.

– To dlaczego po mnie nie przyszła?

– Ranaa! – upomniała ją Samira. Domyśliłam się, że nie byłam jedyną, która próbowała nauczyć małą Półdżinkę manier. Samira oparła się o drzwi celi. Podałam jej rękę i pomogłam stanąć na nogi. Ranaa nadal trzymała skraj jej brudnego khalatu, utrudniając osłabionej Samirze poruszanie się. – Wybacz jej – zwróciła się do mnie. Mówiła z eleganckim akcentem, który skojarzył mi się z Shazad, chociaż był bardziej wyrafinowany. – Niezbyt często ma okazję rozmawiać z nieznajomymi. – Ostatniemu zdaniu towarzyszyło znaczące spojrzenie na dziecko.

– To twoja siostra? – spytałam.

– Tak jakby. – Samira położyła dłoń na głowie dziewczynki. – Mój ojciec jest – zawahała się – był Emirem Saramotai. Nie żyje – mówiła spokojnie i rzeczowo, chowając urazę. Wiedziałam jak to jest, gdy widzi się śmierć swojego rodzica. – Jej matka była służącą w domu mojego ojca. Kiedy Ranaa się urodziła i wyglądała… inaczej, ubłagała mojego ojca, żeby ukrył ją przed Gallanami. – Samira wpatrywała się w moją twarz. Zwykle brano mnie za człowieka, nawet mimo niebieskich oczu. Ale zdarzali się ludzie, którzy wiedzieli co nieco o Półdżinach i mogli mnie rozpoznać, tak jak Jin. – Wydaje mi się, że rozumiesz dlaczego.

Ja miałam szczęście. Przeżyłam szesnaście lat wśród Gallanów i nie zostałam rozpoznana, ponieważ wyglądałam jak człowiek. Ranaa nie miała takiej możliwości. A dla Gallanów każdy, kto nie był człowiekiem, był potworem. Półdżin nie różnił się od Skórozmiennego czy Koszmaru. Ranaa ze swoimi czerwonymi oczami zostałaby zabita, gdyby tylko ktoś ją zauważył.

Samira przeczesała palcami włosy dziewczynki, czuły gest, który tak wiele mówił o nocach, kiedy utulała wystraszone dziecko do snu.

– Przyjęliśmy ją i ukryliśmy. Gdy zaczęła to robić – dłoń Samiry zafalowała nad światłem w rękach Rany – mój ojciec powiedział, że chyba jest wskrzeszoną Księżniczką Hawą.

Opowieść o Księżniczce Hawie należała do moich ulubionych, gdy byłam dzieckiem. Sięgała najwcześniejszego okresu ludzkości, kiedy Pogromczyni Światów jeszcze chodziła po ziemi. Hawa była córką pierwszego Sułtana Izmanu. Księżniczka miała tak piękny głos, że każdy, kto go słyszał, padał na kolana. Jej śpiew sprowadził do niej Skórozmiennego w skórze jednego z jej służących. Wydłubał jej oczy.

Księżniczka Hawa krzyczała, na pomoc rzucił się bohaterski Attallah, żeby uratować ją, nim Skórozmienny skradnie jej również język. Oszukał złego ducha i odzyskał oczy Księżniczki. A kiedy Hawa odzyskała wzrok i po raz pierwszy ujrzała Attallaha, serce zatrzymało się w jej piersi. Nowe uczucie było tak dziwne, że wydawało jej się, że umiera. Hawa odesłała Attallaha, ponieważ patrzenie na niego było dla niej zbyt wielkim cierpieniem. Ale kiedy odszedł, serce bolało ją jeszcze bardziej. Mówiono, że byli pierwszymi śmiertelnikami, którzy się w sobie zakochali.

Pewnego dnia Hawa w Izmanie dowiedziała się, że wielkie miasto na drugim krańcu pustyni zostało oblężone przez złe duchy, a Attallah bierze udział w walce z nimi. Każdego dnia w mieście próbowano odbudowywać mury obronne, lecz każdej nocy pojawiały się złe duchy i je niszczyły, zmuszając miasto do rozpoczęcia pracy na nowo po nastaniu świtu, gdy wrogowie się chowali. Słysząc, że Attallah znajduje się w sytuacji bez wyjścia, Hawa wyszła na pustynię za miastem Izman i wypłakiwała tyle łez, że zlitowały się nad nią Buraqi, nieśmiertelne konie z piasku i wiatru. Pojechała na Buraqi przez pustynię, śpiewając tak pięknie, że słońce na niebie wyruszyło na pomoc Attallahowi. Kiedy dotarła do Saramotai, trzymała słońce w dłoni, więżąc duchy przez sto dni, wystarczająco długo, by lud z Saramotai mógł odbudować swoje wielkie, niepokonane mury, pracując dzień i noc, aż mieszkańcy znowu byli bezpieczni. Kiedy praca wreszcie dobiegła końca, wypuściła słońce i za murami potężnego miasta poślubiła swego ukochanego, Attallaha.

Każdego wieczoru Hawa czuwała na murach, gdy Attalah wyjeżdżał na bitwę. Wracał o świcie. Przez kolejne sto nocy Attallah zapuszczał się poza bramy, żeby bronić miasta. Był nietykalny, a kły upiorów nie mogły go sięgnąć. Hawa czuwała każdej nocy, aż sto pierwszej nocy zabłąkana strzała dosięgła jej.

Kiedy Attallah zobaczył, że jego ukochana spadła, serce wojownika przestało bić ze smutku. Obrona, która tak dobrze go strzegła przez sto nocy, rozpadła się, obstąpiły go złe duchy i rozszarpały go. W chwili, gdy oboje umarli, słońce po raz ostatni pojawiło się nocą na niebie. Zmory spłonęły po pojawieniu się światła, a miasto zostało ocalone przez ostatni oddech Hawy i Attallaha. Na ich cześć ludzie nazwali miasto Saramotai, co w ich pierwotnym języku znaczy „śmierć księżniczki”.

Zastanawiałam się nad dziwnym poczuciem humoru Dżina, który podarował swojej córce, urodzonej w mieście Hawy, dokładnie ten sam dar, jaki posiadała legendarna księżniczka.

Jednak Hawa była człowiekiem. A przynajmniej tak zapamiętano ją w legendzie. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Ludzie w starych historiach czasami mieli jakieś moce, które zdawały się pochodzić znikąd. A może powtarzanie przez wieki legendy zatarło fakt, że była Półdżinem, a nie prawdziwą księżniczką? Ostatecznie, w opowieściach o próbach Sultrima, łagodna, ładna Delila zmieniła się w potworną bestię z rogami. A niektóre opowieści o Niebieskookiej Bandytce przemieniały mnie w chłopaka.

– Po Fahali myśleliśmy, że będzie tu bezpieczna. – Samira przyciągnęła Ranę bliżej siebie. – Okazuje się, że nawet jeśli nie chcą jej zniszczyć, niektórzy chcą ją wykorzystać do innych celów. – Wynikało to z głupich przesądów, że ciało Półdżina może wyleczyć wszelkie choroby. Hali, naszej złotoskórej Półdżince, siostrze Imin, na zawsze zostało wspomnienie takiego przesądu: obcięto i sprzedano jej dwa palce. Zapewne, by wyleczyć problemy żołądkowe jakiegoś bogacza. – Krążą plotki, że nawet Sułtan poluje na Półdżiny.

– Wiemy o tym – przerwałam jej, ostrzej niż zamierzałam. Bardziej martwiło mnie to, że Sułtan poluje na Noorshama, niż inne pogłoski, które dotarły do nas później. Uświadomiłam sobie, że były niewielkie szanse na to, że gdzieś istniał inny Półdżin, którego potęga równałaby się potędze mojego brata. Nawet ja nie mogłam zagrozić miastu tak bardzo jak Noorsham. Mimo to, przez ostatnie miesiące uważaliśmy, żeby nikomu się nie wypsnęło, że Niebieskooka Bandytka i Półdżin, który wywoływał burze piaskowe, to jedna osoba. Choć w zasadzie nie miało to większego znaczenia. Nie zamierzałam dać się pojmać Sułtanowi żywcem. Ale teraz zastanawiałam się nad znaczeniem małego słońca w dłoniach Rany. Było raczej niegroźne, gdy je trzymała. Może nie być takie, gdy zostanie stukrotnie powiększone. Dzięki temu Sułtan miałby większe szanse.

– Jak dotąd wasza rebelia powstrzymywała go przed pojawieniem się w tej części pustyni. Jak długo uda wam się go utrzymać z dala?

Tak długo, ile trzeba. Niech mnie szlag, jeśli pozwolę Sułtanowi wyrządzić innym Półdżinom taką krzywdę, jaką wyrządził Noorshamowi. Ranaa może i jest rozpuszczonym bachorem, który zadziera nosa, bo przez całe życie słyszał, że jest reinkarnacją legendarnej księżniczki, ale to wciąż Półdżin. A my opiekujemy się sobą nawzajem.

– Mogę zabrać ją w bezpieczne miejsce. – Nie mogłam jej tu zostawić. Nie mogłam, bo cały czas istniało zagrożenie, że ją znajdą, a następnym razem sama mogłam znaleźć się po drugiej stronie lufy rewolweru. – Poza miasto.

– Nigdzie nie idę bez ciebie – zaprotestowała Ranaa. Obie ją zignorowałyśmy.

– Książę Ahmed chce uczynić ten kraj bezpiecznym dla Półdżinów, ale na razie wiem, gdzie można się schronić.

Samira wahała się przez chwilę.

– Mogę iść z nią?

Poczułam ulgę.

– To zależy. Jesteś w stanie iść?

Imin pomógł Samirze utrzymać się na nogach, gdy kulejąc skierowała się w stronę schodów z Raną uczepioną jej szaty. Już miałam się odwrócić, gdy światełko Rany omiotło przeciwległą ścianę. Cela nie była pusta. W kącie leżała jakaś kobieta w żółtym khalacie.

Przez chwilę myślałam, że umarła z wycieńczenia po wielu dniach w ciemnym, ciasnym więzieniu. Ale jej plecy odrobinę uniosły się i opadły. Nadal oddychała. Ukucnęłam przy niej i położyłam rękę na jej ramieniu. Było cieplejsze niż powinno w tym zacienionym miejscu. Była chora i miała gorączkę. Mój dotyk ją obudził – otworzyła duże, dzikie oczy. W panice patrzyła na mnie przez kurtynę brudnych włosów. Na policzku miała krew i śluz, a usta spękane.

– Możesz wstać? – zapytałam. Nie odpowiedziała, tylko patrzyła wielkimi, ciemnymi oczami. Ale mogłam się domyślić. Wyglądała gorzej niż wszystkie pozostałe, które wychodziły z cel. Z trudnością przychodziło jej utrzymanie świadomości, a co dopiero ucieczka.

– Imin! – zawołałam. – Potrzebuję pomocy. Możesz…

– Zahia? – wypowiedziała to imię w taki sposób, jakby to była modlitwa. Wydobyło się chrapliwie z jej wysuszonego gardła sekundę przed tym, jak opadła jej głowa i zapadła w sen.

Zamarłam. Zastanawiałam się, czy właśnie to czuła Hawa, gdy jej serce zatrzymało się w piersi.

W ułamku sekundy nie byłam już Niebieskooką Bandytką. Nie byłam buntowniczką wydającą rozkazy. Nie byłam nawet Półdżinem. Znowu byłam dziewczyną z Dustwalk. Bo właśnie tam po raz ostatni słyszałam imię mojej mamy.

– O co chodzi? – Imin pojawił się tuż przy mnie.

– Ja… – Potykałam się o własne słowa, próbując wydostać się z przeszłości. Na pustyni mieszkały inne kobiety o imieniu Zahia. To było dość popularne imię. Ale popatrzyła na mnie, jakby mnie znała i wymówiła imię mojej mamy. A to nie było aż tak oczywiste.

Nie. Nie byłam już niespokojną trzpiotką na końcu pustyni. Byłam Niebieskooką Bandytką i przybyłam, aby pomóc. Skinieniem głowy wskazałam nieprzytomną postać na podłodze.

– Możesz ją podnieść? – Mówiłam pewniejszym głosem niż wynikałoby to z mojego stanu.

Imin, nadal w ciele, w którym walczył, podniósł nieprzytomną kobietę z taką łatwością, jakby była kukiełką.

– To niedorzeczne, Amani. – Mahdi przepchnął się przez tłum uwolnionych kobiet, gdy wyszłam za Imin z celi. Nie wyglądały zbyt dobrze, ale żyły i dawały radę ustać. – Uwalnianie ludzi to jedno, ale chcesz żebyśmy uciekali niosąc kogoś na rękach?

– Nie zostawimy jej. – Już wcześniej zostawiłam kogoś w potrzebie, żeby ratować siebie tej nocy, gdy uciekłam z Dustwalk z Jinem – mojego przyjaciela, Tamida. Byłam wystraszona, zdesperowana i rozdygotana. Chwyciłam dłoń Jina bez zastanowienia i zostawiłam Tamida, żeby wykrwawił się na piasku. Zostawiłam go na śmierć. Nie mogłam naprawić tego, co stało się tamtej nocy. Ale już nie byłam dziewczyną z Dustwalk. Mogłam zadbać o to, by nikt nie został bez pomocy.

– Która umie posługiwać się bronią? – zapytałam kobiet. Żadna się nie poruszyła. – Och, przecież to nie takie trudne! Celujesz i strzelasz. – Samira jako pierwsza podniosła rękę. Kilka innych poszło w jej ślady. – Zabierzcie je z trupów – rozkazałam, biorąc jeden rewolwer dla siebie. Ostrożnie otworzyłam magazynek – najmniejszy dotyk żelaza natychmiast pozbawiał mnie mocy. Były wszystkie naboje. Zamknęłam go i wetknęłam broń za pas, uważając, żeby żadna część rewolweru nie stykała się bezpośrednio z moją skórą. Aż tak bardzo nie potrzebowałam broni. Miałam całą pustynię do dyspozycji. Ale zawsze dobrze mieć jakieś inne opcje.

– Ruszajmy.

≈≈≈

Było już ciemno i ulice Saramotai opustoszały. O tej porze dnia niedługo po zapadnięciu zmroku nie powinny być aż tak puste.

– Godzina policyjna – wyjaśnił szeptem Mahdi. – Wsiowy uzurpator znalazł sposób, by krótko trzymać mieszkańców. – Nie musiał z taką pogardą mówić „wsiowy”, ale nie miałam zamiaru stawać w obronie Malika, po tym jak przejął kontrolę nad Saramotai i zaszkodził dobremu imieniu Ahmeda.

Godzina policyjna mogła nam bardzo pomóc lub bardzo zaszkodzić. Tuż przed więzieniem droga rozchodziła się w dwie strony. Zawahałam się. Nie mogłam sobie przypomnieć, z której strony nadeszliśmy.

– Którędy do bramy? – zapytałam cicho. Kobiety idące za mną patrzyły na mnie wielkimi, przerażonymi oczami. W końcu Samira uwolniła swoją rękę z uścisku Rany i bez słowa wskazała prawą odnogę. Prawie udało jej się ukryć fakt, że cała drżała. Trzymałam palec na cynglu, gdy ruszyliśmy w dalszą drogę.

Z przykrością musiałam przyznać, że Mahdi miał rację: daleko nam było od nierzucania się w oczy – wyprowadziliśmy z więzienia kilkadziesiąt bogatych kobiet w podartych khalatach. Nie liczyłam na te, które miały broń – trzymały ją, jakby niosły koszyk na rynek, a nie jak rewolwery. Podejrzewałam, że Mahdi może kogoś zagadać na śmierć, ale w walce był nieprzydatny. Imin niósł nieprzytomną kobietę, która nazwała mnie imieniem matki, przez co będzie mu trudno walczyć, jeśli okaże się to konieczne.

Zatem musiałam zadbać, żebyśmy nie wpakowali się w jakiekolwiek tarapaty.

Jak na razie nie napotkaliśmy oporu, gdy wyludnionymi ulicami Saramotai przemierzaliśmy trasę, jaką przebyłam wcześniej tego samego dnia. Zaczynałam już wierzyć, że nam się uda, gdy za kolejnym zakrętem natknęliśmy się na dwa tuziny mężczyzn ze strzelbami.

Cholera.

Zebrali się przy bramie miejskiej, ubrani w nieskazitelne biało-złote mundury żołnierzy Miraji. Nie w prowizoryczne mundury, w jakich wpadli do więzienia strażnicy na spotkanie ze śmiercią. Prawdziwe. Co oznaczało, że to ludzie Sułtana. Po naszej stronie pustyni po raz pierwszy od czasu Fahali.

Przeklęłam kwieciście w języku Xicha, tak jak nauczył mnie Jin, instynktownie chwytając broń. Wiedziałam jednak, że jest już za późno – złapali nas. Jedna z kobiet za moimi plecami zaczęła panikować i zanim zdołałam ją powstrzymać, zniknęła gdzieś w labiryncie ulic miasta, czmychając niczym przestraszony królik.

Przyglądałam się polowaniu drapieżnych ptaków. Królikowi nie może się udać.

Rozległ się strzał. Zza pleców dobiegły mnie krzyki. A potem okrzyk bólu przerwany drugą kulą.

Kobieta leżała na drodze, a jej krew mieszała się z piaskiem. Kula przeszyła jej serce. Nikt inny się nie poruszył.

Cały czas trzymałam palec na cynglu. Dwa tuziny luf celowały w nas. Ja miałam tylko jedną. Nieważne, co mówiono o Niebieskookiej Bandytce, nie dało się położyć dwóch tuzinów ludzi jedną kulą. Nawet gdy było się Półdżinem.

Nie bez strat w ludziach.

– Więc to jest ta legendarna Niebieskooka Bandytka. – Mężczyzna, który przemówił, nie nosił munduru. Był ubrany w krzykliwy niebieski khalat, do którego nosił źle dobraną fioletową szimę. Jako jedyny nie celował w moją głowę.