Zdradzona towarzyszka - Inga Juszczak - ebook
NOWOŚĆ

Zdradzona towarzyszka ebook

Inga Juszczak

4,2

244 osoby interesują się tą książką

Opis

Ellie Walker jest załamana. Kolejny mężczyzna zostawi ją dla innej? Czy to już zawsze będzie tak wyglądało? Zrozpaczona opuszcza Madryt i wraca do Nowego Jorku. Miała nadzieję, że Diego jest inny, ale wychodzi na to, że znowu się pomyliła.

Tymczasem jeżeli myślała, że Diego tak po prostu pozwoli jej odejść, była w błędzie. Mężczyzna wysyła za dziewczyną ochroniarza, który każdego dnia informuje go, co robi Ellie. Diego dowiaduje się, że najwyraźniej spędziła noc z innym facetem. Mężczyzna nie wie, że Ellie była przekonana, że on wrócił do byłej żony.

Wszystko wskazuje na to, że nie czeka ich wspólna przyszłość. Mury, które zaczynają między sobą budować, wydają się nie do przebicia. A tajemnice z przeszłości Diego pozostawiają więcej pytań niż odpowiedzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 361

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
nataliaw33

Nie oderwiesz się od lektury

Zdradzona Towarzyszka, to kontynuacja losów Ellie i Diego. Inga zakończyła pierwszą część w takim momencie, że szczerze miałam ochotę ją udusić. Losy tych dwojga są przewrotne, bo nasza bohaterka ze złamanym sercem wraca do Nowego Yorku a Diego próbuje okiełznać bałagan, który spowodował powrót zagonionej żony, Marii. Facet nie odpuszcza Ellie, dba o jej bezpieczeństwo i śledzi jej poczynania mimo, że z ukochaną dzielą go tysiące kilometrów, bo przychodzi dzień kiedy Ellie znów jest z nim. Lecz oddzyskanie jej w pełni będzie wymagało sporo pracy, a odbudowanie zaufania, nadzieii i wiary, że to wszystko ma sens wystawi tych dwoje na wiele prób. Druga część mrocznej strony miłości to ukazanie, że autor chce dać z siebie 110% i poprawić swoje niedociągnięcia z części pierwszej. To pokazanie, że zagubiony i poraniony przez życie Facet ma swój hiszpański temperament i potrafi być tym złym chłopcem, których my czytelniczki tak bardzo uwielbiamy. To przemiana głównej bohaterki, w bardziej doj...
30
KarolinaCinkowska

Nie polecam

Nie mogłam doczekać się zakończenia tylko z jednego powodu. Zawsze czytam od początku do końca. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.
10
Aleksis26

Nie oderwiesz się od lektury

Naprawdę świetna książka. Druga część zdecydowanie mnie "porwała", choć nie twierdzę że pierwsza jest słaba. Inga fantastyczna robota,czekam na 3 część ♥️
00
Egoana

Nie polecam

No przykro mi ale dla mnie jeszcze gorsza niż pierwsza. Flaki z olejem. Po trzecia, bo z końcówki wnioskuje ze jest lub będzie, juz sie nie biorę... naprawdę starta czasu. Cały czas czekałam na koniec, spokojnie 200 stron mozna by wywalić. Dialogi tez nie powalaja, sceny erotyczne...tragiczne. no nie ma nic w sobie ta książka...powiedziałabym...szkoda papieru. Pozytywne opinie to albo od nastolatek albo od koleżanek po fachu. Przepraszam ale nic innego nie moge napisać aby było szczere
00
darab
(edytowany)

Z braku laku…

Makabry ciąg dalszy. Przeczytałam tylko dlatego, że byłam ciekawa ciągu dalszego, ale język niestety nadal jest tak prostacki jak w pierwszej części. Rozterki bohaterów na poziomie gimnazjum, a co do akcji - nic się kupy-dupy nie trzyma. Kolejnej części chyba nie przełknę.
00

Popularność




Copyright ©

Inga Juszczak

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2021

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

All rights reserved

Redakcja:

Julia Deja

Korekta:

Agnieszka Nikczyńska-Wojciechowska

Joanna Kasprzyk

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-568-6

Rozdział 1

ELLIE

Zwyczajnie zaniemówiłam. Ciężko jest cokolwiek z siebie wydusić, gdy naprzeciwko ciebie stoi żona twojego ukochanego. Cała i zdrowa. Dlaczego pojawiła się dopiero teraz? Dlaczego postanowiła akurat w tej chwili zatruć nam życie? Diego wpatruje się w nią jak w jakiś obrazek, a Miguel nerwowo ściąga brwi. A Maria? Po prostu podchodzi, chwyta mojego Diego za rękę, a ja stoję jak skończona idiotka, patrząc, jak zabiera mi mężczyznę. To już drugi raz. Już drugi raz odebrano mi drugą połówkę. Więcej nie zniosę.

Czuję czyjś dotyk na lewym ramieniu i odwracam się, jednocześnie dostrzegając Nadię. Cofam się o dwa kroki, bo chyba o to właśnie jej chodzi. Mam na to nie patrzeć. Nie mam być blisko nich. Miguel zaś pozostaje niewzruszony. Po prostu się na nią gapi. Pewnie czeka na to, co zrobi Diego, który kurczowo trzyma dłoń Marii: to jego jedyna reakcja. Trzyma ją tak, jak kiedyś moją.

Maria spogląda na mnie, a ja nie odwracam wzroku. Wręcz przeciwnie. Zadzieram głowę, by w ten sposób zaznaczyć swój teren i pokazać jej, że się nie boję. Nie boję się jej powrotu i tego, co będzie dalej, bo on jest mój. Przecież mnie kocha. Nie pozwoli, żeby jej powrót po pięciu latach zakłócił to, co przez ten czas zbudowaliśmy i nadal chcemy budować. Prawda? Przynajmniej tak sobie wmawiam. Targają mną sprzeczne uczucia. Raz mówię sobie, że mi go zabierze, a po chwili znów usilnie wierzę, że to ze mną zostanie.

Maria nadal mnie obserwuje, a ja dostrzegam na jej twarzy lekki uśmieszek. Widzę, że rzuca mi wyzwanie, ale obawiam się, że tylko ja to dostrzegłam. Jestem kobietą. Wiem, kiedy ktoś chce pokazać, kto tu rządzi i właśnie w tym momencie ona to robi. Miałam rację. Zerkam na mężczyzn; nie zauważają, że za tą przerażoną buźką Marii kryje się coś jeszcze. Kryją się odpowiedzi na pytania: co robiła przez te pięć lat? Dlaczego dopiero po śmierci swojej matki oraz kuzynki stanęła w progu tego domu? I czego od nas chce? Bo z pewnością nie wróciła, żeby odzyskać męża. Na pewno ma w tym jakiś ukryty cel.

DIEGO

Przez pierwsze kilka minut wpatrywałem się w nią jak zaczarowany. Wróciła. Tyle lat walczyłem, żeby usunąć ją z głowy, a ona tak po prostu się zjawiła. Źle zrobiłem, puszczając Ellie, ale mnie zamurowało. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie wiedziałem, co powiedzieć, więc wolałem się nie odzywać. Przynajmniej do czasu, kiedy wypowiedziałem imię swojej żony i chwilowo zapomniałem, kto stoi u mojego boku. Dobrze, że Nadia zabrała Ellie. Co prawda stanęła kilka kroków za mną, ale lepsze to niż nic. Nie miałem odwagi na nią spojrzeć. Puściłem jej rękę i obsesyjnie przyglądałem się Marii. To wystarczyło, żeby ją zranić po tym wszystkim, co razem przeżyliśmy.

Przez ostatnich pięć lat marzyłem o tym, żeby do mnie wróciła. Było to połączone z próbą usunięcia wspomnień z nią związanych, lecz tego nie udało mi się dokonać. W końcu pojawiła się Ellie i po prostu zacząłem życie od nowa.

Zanim porwano Ellie, pewnie bym się zastanowił, którą wybrać. Oczywiście wybór nie byłby łatwy, bo nie chciałbym żadnej z nich skrzywdzić, jednak teraz wiem, z kim chcę być i tą osobą nie jest Maria. Jakiż to zbieg okoliczności; gdy wszystko zaczęło się układać, nagle przede mną stanęła. Okej, może wcześniej nie zauważyłem i nie doszedłem do rozwiązania zagadki, kto ze mną pogrywa, ale w tym przypadku nie dam się tak łatwo nabrać. Przecież to oczywiste, że zabawa jeszcze się nie skończyła i byłbym głupi, na nowo jej ufając. Jestem tylko ciekawy, kto ją przysłał? Mario? Na pewno dał jej znać, że matka nie żyje i przechodzą do drugiego planu. I to ja muszę się dowiedzieć, na czym on polega. Jedno jest pewne – Ellie nie jest bezpieczna. A dopóki nie będzie bezpieczna, muszę wprowadzić inne, bolesne zasady.

ELLIE

Dobrze, że Nadia w międzyczasie zaprowadziła mnie do kuchni, bo nie wytrzymałabym dłużej tej sytuacji.

Ana! Zapomnieliśmy o Anie! Pewnie na nas czeka. Wyciągam telefon i od razu zauważam kilka nieodebranych połączeń. Miałam wyłączony dźwięk, więc niestety nie słyszałam, gdy się do mnie dobijała. Wybieram jej numer i przykładam telefon do ucha.

– Mamy małe komplikacje – mówię najspokojniej, jak tylko potrafię. – Dzisiaj już się nie pojawimy.

– Ellie… Co tam się znowu stało?

– Maria… – Używam całej swojej siły, aby coś z siebie wydusić, ale przeszkadzają mi w tym łzy, które powoli spływają po moich policzkach. W końcu je ocieram i zaczynam tłumaczyć Anie, co się stało. – Ona wróciła. O nic więcej nie pytaj. Sama nie wiem, co się tutaj wyprawia.

– Ech… – Ana wzdycha ciężko. – Przyjadę. I tak chciałam porozmawiać z moim bratem, a przy okazji nie będziesz siedziała sama.

– No nie wiem…

– Bez dyskusji! – przerywa, po czym się rozłącza.

Oniemiała jej bojowym nastawieniem spoglądam na ekran telefonu. W tym samym czasie Nadia głaszcze moje ramię. Nie reaguję, nie chcę z nią rozmawiać. Z Aną w sumie też, ale ona uparła się, żeby tutaj przyjechać, więc nie będę miała wyboru. Naprawdę coraz bardziej przypomina mi moją nowojorską przyjaciółkę. Ona również bez pytania wparowałaby do domu i nic nie byłoby w stanie jej zatrzymać. Coś czuję, że jak tak dalej pójdzie, spotkam się z nią w najbliższym czasie, tyle że bez Diego. Jesteśmy w tak beznadziejnej sytuacji, że na pewno nic dobrego się nie wydarzy.

Dochodzę do wniosku, że lepiej będzie, jak pójdę do siebie. Przykrywam dłoń Nadii swoją i odsuwam ją lekko, jednocześnie się uśmiechając czy raczej lekko unosząc kąciki ust, bo nie nazwałabym tego uśmiechem. Za wszelką cenę chcę pokazać, że jestem twarda. Nawet teraz, kiedy mój świat rozpadł się w drobny mak, a moje serce wręcz krwawi.

Przecinam korytarz, starając się nie patrzeć w kierunku drzwi wyjściowych, jednak ciekawość wygrywa. Gdy jestem przy schodach, odwracam się, przytrzymując się poręczy. Marii, Diego oraz Miguela nie ma już na korytarzu, słyszę za to rozmowę dobiegającą z jadalni. Robię krok do przodu, ale na chwilę zamieram w bezruchu, kiedy dobiegają do mnie zbliżające się kroki, które nie są mi obce.

– Tak? – wypalam szybko, nie dając mu szansy na rozpoczęcie rozmowy. – Idę do nas. To znaczy… – Zakłopotana urywam swoją wypowiedź. Do „nas”? Chyba już nie.

– Ellie. – Diego spuszcza głowę. Chyba wiem, co chce mi powiedzieć, ale boję się tych słów. Wolę trwać w złudnej nadziei. – Musimy porozmawiać. Daj mi dokończyć i wtedy przyjdę do naszego pokoju – podkreśla. Nie robi to na mnie wrażenia. Prawda jest taka, że on już nie jest nasz. To znaczy nie jest mój.

Nie mogę znieść myśli, że to wszystko tak się potoczyło. Nie mogę na niego spojrzeć, wiedząc, że zaraz powie, że to już koniec. Że nasza droga dobiegła końca, a przecież wcale się nie zaczęła. Nie mogę… Po prostu nie mogę. Pospiesznie wbiegam na pierwsze piętro.

***

Ana zjawia się dwadzieścia minut później. W prawej dłoni trzyma wino – etykieta nic mi nie mówi, nie znam tego wynalazku. W lewej zaś ma coś, czego nigdy w życiu nie zamierzam spożyć w jakiejkolwiek postaci. Macha białym proszkiem przed moimi oczami, a ja się wzdrygam. Nie chcę nawet na to patrzeć, a co dopiero wciągać.

– Po jednej?

– Pytasz o wino czy o to, co masz w torebeczce? – pytam, zaplatając ręce na piersiach. Ana teatralnie wzrusza ramionami.

– W sumie to i to, ale zrozumiem, jeśli odmówisz.

– Odmawiam – odpowiadam natychmiast. – Nie wina, ale tego czegoś, co masz w drugiej ręce.

– Okej, jak uważasz.

Ana wysypuje biały proszek na blat, po czym uradowana macha kartą kredytową, którą ówcześnie wyjęła z kieszeni. Następnie wpatruję się, jak grudki zgniata kawałkiem plastiku i niespiesznie oblizuje resztki, które zostały na karcie. Wzdrygam się. Domyślam się, że wciąga wszystko, ale obrzydza mnie to na tyle, że postanawiam odpuścić zabawę w przyglądanie się. Zerkam na nią dopiero wtedy, kiedy pociera palcem nos i uśmiecha się w moim kierunku. Wygląda w sumie tak samo. Nic się nie zmieniło, a sądziłam, że takie rzeczy działają od razu. W sumie… Nigdy nie brałam udziału w takich „zabawach”, więc skąd mogę wiedzieć cokolwiek na ten temat?

– Jesteś pewna? – pyta, chowając torebkę do kieszeni czarnych spodni. Kiwam głową. – Okej. No to wino! Nie zabrałam kieliszków, więc masz. – Podaje mi alkohol, a ja spoglądam na nią zdziwiona. – Ty pierwsza.

Przechylam butelkę i piję przy tym dość sporo. Krzywię się, zapewne robiąc śmieszną minę, a następnie oddaję Anie wino i ocieram dłonią usta.

– Coś ty kupiła? – pytam ze zgrozą.

– Ellie, nie marudź. – Upija kilka łyków i pokazuje mi butelkę. – I połowa za nami. – Odkłada szkło na szafkę nocką i spogląda na mnie spode łba. – Mów.

Siada obok mnie, a ja robię jej więcej miejsca na łóżku, po czym przykrywam nas kocem. Opowiadam jej wszystko od początku do końca. Nie mam w sumie za dużo do powiedzenia, bo Maria wróciła i na tym kończy się moja historia. Miguel zdążył nakreślić jej sytuację sprzed kilkunastu dni, więc mogę sobie oszczędzić powracających wspomnień, szczególnie tego, jak mnie traktowano w Meksyku.

Ana jest tego samego zdania co ja. Marii szukała policja, ludzie Diego, wynajęto najlepszego detektywa w mieście i nikt nie mógł jej znaleźć, a teraz nagle stanęła w drzwiach tego domu? Coś tu jest mocno nie tak.

Nie mogę przestać myśleć o tym, że ona tutaj jest. Próbuję nie zwracać uwagi na fakt, że to tak bardzo boli, tyle że nie mogę. Jak długo jeszcze mam udawać silną? Mam wrażenie, że przegrywam walkę sama ze sobą.

DIEGO

Siadamy z Marią w jadalni. Pewnie wolałaby ze mną porozmawiać sam na sam, ale mimo wszystko chciałem, aby Miguel przy tym był. Maria jest strasznie spięta i gdybym nie wiedział o wydarzeniach, które dotknęły Ellie i mnie, pewnie kupiłbym bajkę, że ktoś ją skrzywdził i nie pozwolił wrócić. Chociaż poudaję, że jej wierzę i cieszę się, że wróciła, a po cichu będziemy sprawdzali każdy jej ruch.

Kieruję wzrok na Miguela, a on puszcza do mnie oczko na znak, że możemy zaczynać. Maria pod żadnym pozorem nie może się dowiedzieć, że jej nie ufamy.

Łapię jej zimną dłoń, którą położyła na stole, i uśmiecham się najszczerzej, jak tylko potrafię. Nie wiem, ile jestem w stanie z siebie wykrzesać, ale uważam, że umiem być dobrym aktorem.

– Chcę wiedzieć wszystko – mówię zatroskanym głosem. – Minęło tyle czasu. Dlaczego teraz? Dlaczego nie dwa, trzy lata temu? Co się takiego wydarzyło?

Maria nabiera powietrza w płuca i przerażonym wzrokiem spogląda najpierw na mnie, a później na Miguela. Łzy napływają jej do oczu i przygryza nerwowo wargę, próbując zahamować płacz. Cholera, dobra jest.

– Więc… Dowiedziałam się, że moja matka nie żyje. – Spuszcza głowę i wyrywa rękę z mojego uścisku. Nie protestuję, jednak dla zasady po kilku sekundach chwytam ją drugi raz.

– Przykro mi.

– A mi nie. Nienawidziła mnie – odpowiada szybko.

– Dlaczego?

– Nigdy mnie nie chcieli. A tym bardziej, jak się dowiedzieli, że związałam się z tobą…

– Co się stało po naszym wypadku? – drążę temat.

– Zabrali mnie.

– Ach, zabrali cię – powtarzam za nią. Moja prawa brew szybuje ku górze, Miguel zaś kopie mnie pod stołem w kostkę. Chyba mój ton głosu nie brzmiał przekonująco. – Co to znaczy? – pytam, odchrząkując.

– Na początku ich nie znałam… Z czasem przedstawili się jako Mario, Nicolas i Juan.

– Znałaś Juana? – Oczywiście, że znała, w końcu była z nim na zdjęciu, ale sprawdźmy, jaka będzie jej odpowiedź.

– Tak. Kilka lat temu miał na moim punkcie obsesję. Z chęcią mnie uwięził, aż w końcu, po pięciu latach, udało mi się uciec po zamieszaniu, jakie nastąpiło przez porwanie twojej…

– Mojej dziewczyny – dopowiadam.

– Wykorzystałam moment i uciekłam. Zaczepiłam przypadkowe małżeństwo i oni pomogli mi wrócić do Madrytu… Nie było łatwo. – Kolejny raz zabiera swoją dłoń, zakrywa twarz i zaczyna szlochać. Kurwa. Wszystko brzmi tak niewiarygodnie, że aż nie wiem, co powiedzieć. Zwłaszcza że Mario i Nicolas są gdzieś na wolności i cholera wie, co zaraz może się wydarzyć.

Słyszę stukot obcasów Ellie. Wiem, że muszę z nią pogadać, więc szybko wychodzę z jadalni. Doganiam ją przy schodach i informuję, że powinniśmy porozmawiać, gdy skończę z Marią. Zdaję sobie sprawę, że cierpi, ale powstrzymuję się od przytulenia jej.

Ostatecznie zostawiam Marię pod opieką mojego przyjaciela. Napisałem do niego wiadomość, że ma jej nie spuszczać z oczu. Chcę zajrzeć do Ellie, a nie mogłem mu tego powiedzieć w twarz, bo Maria mogłaby coś podejrzewać. Wchodzę na piętro i słyszę w oddali śmiech Any, a później chichot Ellie. Otwieram szybko drzwi, dostrzegam je leżące na łóżku i od razu wyczuwam nieprzyjemną woń… trawy? Na mój widok szybko się podnoszą i siadają na brzegu materaca, jednocześnie wybuchając śmiechem.

– Co, do chuja? – pytam zdenerwowany, podchodząc szybkim krokiem do Ellie. Chwytam ją za łokieć i unoszę gwałtownie.

– Aua! O co ci chodzi? – pyta, a jej błędny wzrok krąży po całej mojej twarzy.

– Coś ty jej zrobiła? – Przeszywam spojrzeniem Anę, a ta lekceważąco wzrusza ramionami. Mam ochotę ją udusić.

– Nic. Piłyśmy wino, ale ona chyba nawdychała się tego. – Pokazuje mi końcówkę blanta, a ja spoglądam ostatni raz na Ellie. Puszczam ją, po czym podchodzę do okna i je otwieram.

– Mogłaś chociaż tu wywietrzyć! Poza tym nie wystarczy ci to, co dostajesz od brata? Takich rzeczy nie wnosi się do mojego domu! – Widzę, że nic sobie z tego nie robi. Cała Ana. – Chcę z nią zostać sam na sam. Wyjdź.

Ana wolnym krokiem opuszcza pokój, zamykając za sobą drzwi. Delikatnie popycham Ellie na łóżko i dochodzę do wniosku, że dzisiaj na pewno nie uda nam się porozmawiać. Nie jest w stanie. Zrobimy to z samego rana.

– Jutro pogadamy – mówię, głaszcząc jej głowę.

– Nie zostawiaj mnie…

– Spróbuj zasnąć – odpowiadam, nie zważając na wcześniej wypowiedziane przez nią zdanie.

Odczekuję chwilę do momentu, aż jestem pewien, że zasnęła. Składam na jej czole pocałunek i z bólem serca wstaję, a następnie zmierzam w kierunku wyjścia. Nie mogę tutaj zostać.

Rozdział 2

DIEGO

Maria położyła się w jednym z pokoi gościnnych. Sam po długim treningu na siłowni i rozmowie z Miguelem wracam do Ellie. Śpi, więc nie chcąc jej zbudzić, biorę szybki prysznic i kładę się obok niej, wtulając w jej plecy. Obejmuję kobietę w pasie, a twarz zanurzam w jej włosach, wdychając przy tym ich zapach. Nie chcę się z nią rozstawać. Nasza relacja tyle razy była wystawiana na próbę, że zwyczajnie mam dość. Czasami chciałbym, żebyśmy mieli normalne życie z dala od tego syfu, który ciągnie się za mną od dnia moich narodzin. Nigdy nie miałem wyboru, którą drogą chcę podążać… Ta, którą idę, nie jest tą wymarzoną.

Gdy się budzę, Ellie jeszcze śpi, dlatego bezszelestnie wstaję z łóżka. Mam nadzieję, że to nie były nasze ostatnie chwile razem, bo nie zniósłbym myśli, że mam ten widok przed oczami po raz ostatni. Wciskam na siebie dresy i nie zakładając koszulki, zbiegam na dół. Ciągle jest mi mało po wczorajszym treningu, wobec czego postanawiam pobiegać. Wchodzę na siłownię, zapalam światło i nakładam słuchawki na uszy. Muszę oczyścić umysł przed rozmową z Ellie, mam zatem nadzieję, że w jakimś stopniu mi to pomoże. Wchodzę na bieżnię, wciskam przycisk „start” i reguluję prędkość.

Po pięciu kilometrach zatrzymuję bieżnię. Nie mam ochoty na dalszy maraton, który wcale mnie nie rozluźnił. Dochodzę do wniosku, że czuję się jeszcze gorzej. Cały czas mam w głowie obraz tej popapranej sytuacji. Maria. Mario. Nicolas. I w końcu moja Ellie… Wolnym krokiem schodzę z urządzenia, odwracam się w kierunku drzwi i dostrzegam właśnie ją – stoi oparta o futrynę. Ubrana w moją koszulkę oraz krótkie spodenki obejmuje się w pasie i patrzy na mnie, sprawiając wrażenie, jakby obserwowała mnie od kilku minut.

– Długo tutaj stoisz? – pytam, biorąc ręcznik i ocierając nim twarz.

– Dzień dobry. Ciebie też miło widzieć – burczy, robiąc krok do przodu.

– Dzień dobry. – Podchodzę do niej, a następnie nachylam się z zamiarem pocałowania, ale Ellie odpycha mnie i krzyżuje ręce na piersi. – Coś nie tak?

– A coś jest tak? Co ustaliliście?

Jej spojrzenie nie wróży niczego dobrego. Trudno jest mi cokolwiek powiedzieć, ale przecież prędzej czy później będę musiał podjąć ten temat.

– Postanowiłem, że… – spoglądam za jej ramię, chcąc się upewnić, że nikt nie idzie – …pozwolę jej uwierzyć, że się rozstaliśmy – dodaję po chwili i zrezygnowany przymykam oczy.

– Słucham?! – krzyczy poirytowana. Nerwowo zaczyna kręcić głową; wiem, że strasznie boli ją fakt, że podjąłem taką, a nie inną decyzję. Wiem to, ponieważ czuję się tak samo.

Ellie odwraca się na pięcie i chce odejść, ale w tym samym momencie chwytam ją za łokieć, odwracam jej drobne ciało i przysuwam do siebie. Skupiam się na jej twarzy i gdy dochodzę do wniosku, że łagodnieje, postanawiam dokończyć to, co zacząłem.

– Chcę, żebyś została w Madrycie. Kupiłem dla nas apartament.

– Wiedziałam, że jesteś niezrównoważony! A ja jestem głupia, że się w tobie zakochałam. – Wyrywa się z mojego uścisku, mimo to przyciągam ją kolejny raz i mocno obejmuję w pasie. – Puść mnie! – Wzburzona moim pomysłem okłada mnie pięściami, jednak w żaden sposób nie reaguję.

– Nie ma takiej opcji – odpowiadam spokojnym tonem.

– Będziesz ją pieprzył, a później przychodził do mnie? To już wolę, żebyś mnie zabił. – Oznajmiła to w tak lekki sposób, że obudziły się we mnie wspomnienia, które chciałem zachować głęboko w sobie. Długo biłem się z myślami, żeby zapomnieć o incydencie w Kanadzie. – Przepraszam, ja… – szepcze, wyciągając do mnie rękę. Pospiesznie łapię jej dłoń. To nie jest jej wina. Po prostu żyje w takim świecie.

– Już w porządku. I nie będę się z nią pieprzył. Nie ma mowy.

– Diego… Chcesz jej powiedzieć, że do niej wróciłeś i nie będziesz z nią spał? Wątpię. Nie licz potem na to, że przyjmę cię z otwartymi ramionami. – Uderza palcem w moją klatkę piersiową, a ja sam zaczynam się zastanawiać, czy dam radę tego uniknąć.

– Tak będzie.

– Nie zostanę w Madrycie! Nie chcę być tą drugą!

– Nie będziesz – odpowiadam szybko. Ellie nadal wymachuje rękami i trajkocze jak nakręcona.

– Jak ty sobie to wyobrażasz, co? W nocy żona, a za dnia kochanka? Czy odwrotnie? – Parska niekontrolowanym śmiechem.

– Nie jesteś kochanką. – Zaciskam nerwowo szczękę i przejeżdżam palcami po mokrych włosach. Nie mam już siły do tej kobiety. Zawsze miała coś do powiedzenia, ale w tym przypadku nie mogę się jej dziwić.

– Wracam do Nowego Jorku. Nie masz w życiu nikogo ani niczego, co mogłoby mnie zastąpić – mówi wręcz ze stoickim spokojem. Wpatrujemy się w siebie przez chwilę, po czym Ellie się odwraca i podąża w kierunku schodów. Nie idę za nią, bo w ostatniej chwili zauważam swój koszmar na jawie: Marię. Jak ja zniosę ten widok… Minęła Ellie, ale w ogóle na nią nie spojrzała. Może to i lepiej. Znając moją kobietę, pewnie wytarmosiłaby ją za włosy i na tym by się skończyło.

ELLIE

Na pewno tutaj nie zostanę. Nie po tym, jak zmierzyła mnie wzrokiem, gdy przechodziłam obok. Nie lubię się poddawać, z drugiej strony nie mam ochoty na walkę. Pewnie kilka tygodni temu popchnęłabym ją, żeby upadła i złamała to i owo za to, co mi zrobili, ale boję się, że to dopiero początek. Muszę myśleć za nas dwoje. Za mnie i Diego. Nawet w tak głupkowatej sprawie się o niego martwię! Co on sobie myślał… Że stworzę z nimi jakiś trójkąt? W życiu!

Nie wiem, czy mam się zacząć pakować, czy lepiej wybrać dogodniejszy moment. Pewnie Diego będzie chciał się wykąpać, więc grzecznie poczekam, aż wróci, a później ucieknę. Nie mam pojęcia, jak to zrobię, bo pilnują mnie jego ludzie, ale coś wymyślę. Przecież mam dar przekonywania.

Kwadrans później Diego wchodzi do pokoju, nie odzywając się ani słowem. W pośpiechu zdejmuje spodnie, a ja odwracam wzrok, żeby na niego nie patrzeć. Nie zamierzam się gapić, skoro zaraz wpadnie w szpony tej żmii. Po kilku minutach wychodzi z łazienki, oświadczając, że jedzie z Marią do lekarza, a po powrocie chce dokończyć naszą rozmowę. Pospiesznie kiwam głową, choć dobrze wiem, że to ostatni raz, kiedy go widzę. Gdy przysuwa wargi do moich, godzę się na jeden pocałunek. To nasz ostatni dotyk. Dotyk, którego nigdy w życiu nie zapomnę. Nie chcę się do niego przytulać czy zalewać łzami. Pewnie zrobię to zaraz po przylocie do Nowego Jorku, więc oszczędzę mu tego widoku.

Cieszę się, że Nadii nie ma w pracy. Pojechała do swoich dalekich krewnych, dzięki czemu nie muszę się z nią żegnać. Może postępuję okrutnie, ale nienawidzę pożegnań, nie zniosłabym, gdyby prosiła mnie o zrezygnowanie z wyjazdu. A na pewno by tak było. Nie mogę zostać. Od wczorajszego wieczoru czuję się tutaj nieswojo, jest to zatem jedyna opcja z możliwych. Jednocześnie walczę ze swoimi myślami, które podpowiadają mi, że przecież nie chcę go zostawiać. I nie chcę, żeby on zostawił mnie.

Miguel wcina kanapkę, opierając się o futrynę drzwi prowadzących do kuchni. Podchodzę do niego z torbami w dłoniach z nadzieją, że mi pomoże. Jest przyjacielem Diego, ale może uda mi się go przekonać. Przynajmniej spróbuję.

– Co to za torby? – pyta zdziwiony, gniotąc papier śniadaniowy.

– Pomóż mi… – szepczę.

– Ellie, on się wścieknie – odpowiada poważnym tonem, mierząc wzrokiem bagaże.

– Nie mogę tutaj zostać. – Wzdycham, odkładając pakunki na podłogę. – Tylko ty możesz mi pomóc. Tobie nic nie zrobi, a Willa może połamać.

– Mnie też nie oszczędza. – Macha ręką, próbując zażartować. – Jak się wkurzy, to lepiej nie podchodzić.

– Proszę… – Składam ręce i spoglądam na niego błagalnie. – Pomożesz?

– On i tak do ciebie przyleci, więc widzisz w tym sens? Poza tym nigdy nie wiadomo, co cię spotka na miejscu.

– Odwieziesz mnie na lotnisko, a później już sobie poradzę. Będę bezpieczna – odpowiadam entuzjastycznie, chociaż sama nie do końca w to wierzę. W Kanadzie miałam założone kamery.

Miguel podchodzi do mnie i schyla się po walizki. Uśmiecha się blado, podnosi torby, po czym kieruje się do wyjścia. Niepewnie kroczę za nim… Serce mi wali. Domyślam się, że nie chce, abym wyjeżdżała. Ale rozum… Rozum mówi, że ułożę sobie życie bez niego. Przystaję na chwilę, by móc ostatni raz spojrzeć na dom i gdy czuję zbliżające się łzy, zatrzaskuję za sobą drzwi.

Nie do wiary… Mam déjà vu. To Miguel przyjechał po mnie na lotnisko, a teraz mnie odwozi. Robi mi się przykro na samą myśl, że zaraz wsiądę do auta i po prostu odjadę, zostawiając za sobą to, co tutaj przeżyłam.

– Masz wszystko? – pyta Miguel, kiedy stajemy przy prywatnym odrzutowcu Diego.

– Tak, dziękuję… Wiem, że za to oberwiesz. – Robię skwaszoną minę i posyłam mu lekki uśmiech.

– A mówiłaś, że nie! – stwierdza oburzony.

– Blefowałam. Poza tym lecę samolotem Diego… Nie zorientuje się?

– Ellie, on i tak się zorientuje, że cię nie ma, jak wróci do domu.

– Masz rację…

– Trzymaj się. – Miguel przyciska mnie do piersi, a ja się w niego wtulam. – Kocham cię jak siostrę. Wiem, że wrócisz. Wiem, że będziecie razem.

Łzy znowu napływają mi do oczu, ale szybko ocieram je palcem i pociągam nerwowo nosem. Nie teraz. W domu. W domu pozwolę sobie na lamenty.

Żegnaj, Madrycie. Witaj, Nowy Jorku.

DIEGO

Siedzimy właśnie z Marią u psychiatry. Sama zaproponowała tę wizytę, więc byłem ciekaw, co tym razem wymyśliła i jaki miała w tym cel. Podobno chciała tylko porozmawiać. Wyluzowany poprawiam marynarkę i opieram głowę o zagłówek fotela. Moja żonka siedzi obok; po chwili kładzie swoją dłoń na mojej. Nie mogę jej odepchnąć, dlatego z bezsilności nerwowo szczypię się w udo aż do momentu, kiedy drzwi od gabinetu otwierają się i wychodzi z niego lekarz.

– Pani Olivera, tak? – pyta, spoglądając znad okularów. W odpowiedzi Maria kiwa głową. – Zapraszam – mówi i po chwili znikają razem w pomieszczeniu.

Wypuszczam głośno powietrze i wyciągam telefon z kieszeni z zamiarem zadzwonienia do Ellie. Porzucam jednak tą myśl, bo co miałbym jej powiedzieć? Chciałbym usłyszeć jej głos, tyle że to jeszcze bardziej by mnie dobiło.

Po około dwudziestu minutach moja niestety żona wychodzi, a lekarz woła mnie do środka. Jestem w szoku, ponieważ nie sądziłem, że ja też będę musiał z nim rozmawiać, ale bez większego namysłu przekraczam próg gabinetu. Siadam na miękkiej, żółtej sofie, którą wskazał mi doktor i automatycznie czuję się jak pacjent, który potrzebuje porady. On zaś zajmuje miejsce naprzeciwko mnie, na drugiej, identycznej kanapie.

– Pana żona wiele przeszła – zaczyna. – Przepisałem leki na uspokojenie, które powinny pomóc. Za miesiąc zmniejszymy dawkę, nie powinno być żadnych przeciwskazań, aby to zrobić – dopowiada, zapisując coś w swoim brązowym kalendarzu, który trzyma na kolanach.

– Maria wyraziła zgodę na informowanie mnie o stanie jej zdrowia?

– O tak, naturalnie. Nie chce mieć przed panem tajemnic.

Jasne. Wredna suka. Ciekaw jestem tylko, jaki będzie następny ruch i przede wszystkim w jakim odstępie czasowym.

– W jakim celu tutaj jestem? – Lekarz zerka na mnie pytająco, więc postanawiam kontynuować, bo być może nie wyraziłem się jasno. – Leki to jedno, ale czy jest coś jeszcze? Inaczej bym tutaj nie siedział.

– Ona ma traumę. – Odchrząkuje, poprawiając okulary na nosie. Unosi na mnie wzrok i dokańcza swoją myśl: – Boi się dotyku.

– Dotyku? – pytam zdziwiony. – Chwyciłem ją za dłoń i nie zauważyłem, żeby było coś nie tak.

– Nie o taki dotyk mi chodzi. Widzi pan… Pańska żona bała się pana reakcji na wieść o tym, że została wykorzystana i na ten moment nie jest gotowa na współżycie. Rozumie pan, do czego zmierzam? – Szybko przytakuję. – Konieczna jest terapia, która potrwa kilka miesięcy, może nawet dłużej. Niemniej służę pomocą.

No ładnie… To ja głowiłem się nad tym, jak uniknąć zbliżenia, a ona wymyśliła jakąś pieprzoną traumę. Uśmiecham się sam do siebie, ale widząc karcący wyraz twarzy lekarza, automatycznie udaję przejętego sprawą.

– Na pewno z nią o tym porozmawiam. Dziękuję.

Wstaję, a psychiatra robi to samo i odprowadza mnie do wyjścia. Maria jest dobrą aktorką, więc o swoich lękach przekonała nawet specjalistę. Jednak na wszelki wypadek zlecę Miguelowi sprawdzenie go.

Droga przebiega w milczeniu. Nie odzywam się ani słowem o informacji uzyskanej od doktora. Może jestem dupkiem, ale coś innego zaprząta mi teraz głowę: Ellie. Wchodząc do domu, informuję Marię, żeby poczekała w jadalni, a ja pójdę załatwić jedną sprawę i zaraz do niej wrócę. Od progu wita nas Miguel, co jest dziwne, bo w dni wolne od pracy zazwyczaj nie zastaję go w posiadłości.

– Musimy pogadać – oznajmia formalnym tonem.

– No, widzę właśnie. Co się dzieje? – Kątem oka zauważam, że Maria zmierza we wskazanym kierunku, wobec czego ciągnę Miguela w stronę kuchni, żeby nie słyszała zbyt wiele. – Mów – ponaglam go, gdy stoimy w bezpiecznej odległości.

– Ellie poleciała do Nowego Jorku – odpowiada szybko, zamykając oczy.

– Co? – syczę. – Powiedz, kurwa, że żartujesz. – Zaczynam się histerycznie śmiać. Próbuję przyswoić informację, którą przekazał mi Miguel, mając nadzieję, że naprawdę robi sobie jaja.

– Pamiętaj, że jesteś moim przyjacielem.

– No chyba już nie. To jakiś kawał, tak? Chcecie mnie wkręcić?

Miguel kręci głową.

– Dlaczego nam to zrobiłeś?! – krzyczę, pchając go na stół.

– Uspokój się, bo Maria usłyszy.

– Mam to w dupie! – Chwytam go za gardło i mocniej przyciskam do blatu. – Kurwa, Miguel… – Zrezygnowany puszczam go i wzdycham ciężko. Wiem, że zrobił to dla mojego czy też jej dobra, ale to nie mieści mi się w głowie. Mogła się chociaż pożegnać… Powiedzieć, że na pewno wróci. Wróci! Nie ma innej opcji, długo bez niej nie wytrzymam.

– Sama? – pytam, kiedy nieco się uspokajam.

– Tak.

– Jesteś nienormalny. Wysyłaj za nią Willa. Wiesz, że grozi jej niebezpieczeństwo, a ty tak po prostu puszczasz ją samą.

– Wsiadła do samolotu, a z nowojorskiego lotniska odbierze ją przyjaciółka i jakiś kolega.

– Kolega… – prycham, zaciskając pięści. – Po Willa. Już! – krzyczę.

Miguel wychodzi z kuchni i idzie spełnić moje polecenie. Wie, że gdy tego nie zrobi, to sam za nią polecę, choć nie powinienem. Muszę zostać z Marią i sprawdzić, co planuje. Liczę na to, że szybko rozwiążę zagadkę i wszystko wróci do normy. Potrzebuję Ellie, to ona utrzymuje mnie przy życiu. Traktuję jej obecność jak tlen, który jest mi niezbędny do oddychania…

Rozdział 3

ELLIE

Sześć miesięcy później

Obserwuję, jak niezdarnie szuka swoich rzeczy, wodząc ręką w ciemnościach. Nie zamierzam mu pomagać, wolę poleżeć i popatrzeć, jak się męczy, próbując znaleźć ciuchy. Spędziliśmy ze sobą dwie namiętne godziny, ale jest już późno i mój towarzysz powinien się zbierać do domu. Nie chcę, żeby u mnie nocował, a on również nie wykazuje takiej chęci. Czyżby chodziło mu tylko o seks, tak jak mnie? Może. I, szczerze mówiąc, mam nadzieję, że nigdy nie poruszy tematu naszej znajomości, że nie pragnie przejścia na tak zwany wyższy level.

– Ellie. – Mężczyzna zapina pasek i unosi na mnie wzrok.

– Tak?

– Może my… – Wpatruje się we mnie z zakłopotaniem wymalowanym na twarzy, a ja się domyślam, co chce mi powiedzieć. Jakiż to zbieg okoliczności… Dopiero co przyszło mi to do głowy. – Spróbujemy? – pyta, a ja wbijam zmęczone ciało jeszcze bardziej w materac.

– James… Wiesz, że nie chcę. Wiedziałeś już wcześniej, gdy do mnie przyszedłeś. Sądziłam, że się z tym zgadzasz. Nie okazywałeś większego zainteresowania moją osobą i proszę cię, niech tak zostanie.

– Ellie…

– Nie – mówię, unosząc dłoń. – Jeżeli coś takiego ci nie pasuje, trudno. A teraz chcę zostać sama.

Odwracam głowę i nie obdarzam go już ani jednym spojrzeniem. Słyszę, jak zakłada buty, a następnie wychodzi z mojego mieszkania. Czy czuję się z tym źle? Oczywiście, że nie. Poznaliśmy się na imprezie kilka dni temu i sądziłam, że zależy mu tylko na moim ciele. Nie potrafię z nim być czy też nawet spróbować. Jeżeli taki układ mu nie odpowiada, to jest dużo przystojnych i chętnych facetów w Nowym Jorku, z którymi mogę spędzić noc, a później po prostu zniknąć. James był w sumie moją pierwszą zdobyczą i przyjechał do mnie, bo zwyczajnie nie chciałam się tłuc przez miasto.

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wziąć szybki prysznic i położyć się spać. Rano muszę wstać do pracy, a przez te wygibasy w łóżku trudno będzie mi wysiedzieć na tyłku całe osiem godzin. Dobrze, że szef jest w porządku i mogę poprosić go o wcześniejsze wyjście z pracy. A może jutro wezmę wolne, a dzisiaj skoczę do pobliskiego sklepu po wino? Opróżniłam wszystkie butelki, które miałam w mieszkaniu, więc jedyne, co mam do picia, to woda niegazowana, i to na wyczerpaniu.

Słyszę pukanie i zaczynam się zastanawiać, kogo nosi o tej godzinie. Pukanie to mało powiedziane, bo ktoś niecierpliwie dobija się do drzwi, waląc w nie pięścią. Podnoszę się i wciskam na siebie koszulkę, która leżała na podłodze, oraz krótkie spodenki. Zapalam światło, uchylam lekko drzwi i najpierw dostrzegam butelkę wina, a później blond czuprynę Any.

– Ana! – wołam, wpuszczając ją do środka.

– Kurwa, ja ci dam Ana! – Przekracza próg, trącając mnie ramieniem, a ja patrzę na nią ze zdziwieniem. Ewidentnie jest w złym humorze i nie mam pojęcia, czy ja coś zrobiłam, czy po prostu ma inny powód do złości. Ale sądząc po morderczym wyrazie jej twarzy, znowu coś przeskrobałam.

– Co tym razem? – pytam, krzyżując ręce na piersi. – Co jest takiego ważnego o tak późnej porze? – dopytuję z udawanym dramatyzmem.

– Kieliszki – rzuca chłodno i pokazuje wino, które chwilę wcześniej postawiła na wyspie w kuchni.

Podchodzę do szafki znajdującej się nad lodówką i wyciągam dwa kieliszki, a następnie stawiam je przed Aną. Moja przyjaciółka nalewa nam po jednej lampce i zanim zacznę cokolwiek mówić czy też robić, ona duszkiem wypija swoją porcję. Przyglądam jej się z niedowierzaniem, na co tylko wzrusza nonszalancko ramionami.

– Mów. – Upijam łyk alkoholu i patrzę na nią wyczekująco. Mam nadzieję, że w końcu zrozumiem coś z tej szopki.

– Kto to był? – cedzi przez zaciśnięte zęby, pokazując głową drzwi.

– No, James. Ten, którego poznałyśmy na imprezie.

– Ellie, wiem, kto to był! – krzyczy, wymachując kieliszkiem na prawo i lewo. Szlag, jeszcze chwila, a go stłucze.

– To po co pytasz? – fukam.

– Chodzi o to, że obserwuje cię Will. Zaraz Diego się dowie, że był u ciebie jakiś gościu i cholera wie, co z nim robiłaś – oświadcza, zerkając na moje piersi, które z pewnością prześwitują przez luźną bluzkę.

Z nerwów zaciskam pięści. Nie chcę o nim słyszeć. Nie teraz.

– Ana, on nie ma do mnie żadnych praw. Dowie się i co? Żyje z tą żmiją, a ja jestem wolna, czyż nie? – Unoszę kieliszek i oczekuję tego samego po mojej przyjaciółce, ale ona pozostaje nieruchoma i dosłownie wierci wzrokiem dziurę w moim ciele.

– Wiesz, że to nieprawda. Ellie, przecież ty nie możesz bez niego żyć. Przez pół roku zmieniłaś się o sto osiemdziesiąt stopni. Pijesz na umór, imprezujesz…

– Z tobą! – wtrącam. Ana przewraca oczami.

– Nie słuchasz mnie!

– Za to ty posłuchasz teraz mnie. – Odkładam kieliszek na blat i wbijam spojrzenie w kobietę, która próbuje wbić mi do głowy poczucie winy. – On jest z Marią. Nie zgodziłam się na jego durny plan, ponieważ uznałam, że to bez sensu. To ona miała dzielić z nim łóżko, dotykać go, kochać się z nim, a ja co? Miałam na to patrzeć? Żyć ze świadomością, że tak jest? Nawet nie wiesz, jak to cholernie boli, więc nie mów mi, że robię coś źle, bo mam prawo do bycia szczęśliwą. Chociaż przez chwilę!

Nie wytrzymałam. Łzy same napływają mi do oczu, a chwilę później toczą się po policzkach. Nie jestem w stanie ich zatrzymać. Nawet nie chcę. To oczywiste, że za nim tęsknię. Z Madrytu wyjechałam pół roku temu i do tej pory ani go nie widziałam, ani nie słyszałam chociażby przez telefon. Pomijając wywiady udzielane w mediach, podczas których obok niego stała ta żmija. Obok mojego Diego. Wszystko bacznie śledziłam przez pierwsze trzy miesiące. Później odpuściłam. Nie chciałam być tą drugą i katować się ich widokiem. Po przylocie do Nowego Jorku wróciłam na stare śmieci do mieszkania, które dzieliłam z Tomem. Jestem nieszczęśliwą prawie dwudziestosześciolatką, która zaraz wpadnie w alkoholizm. Próbowałam się uspokoić, ogarnąć, wmawiać sobie, że wszystko będzie dobrze, niestety znoszę to gorzej niż rozstanie z Tomem. Dlaczego? Pewnie dlatego, że to Diego był moją prawdziwą miłością, która zakończyła się wraz z pojawieniem się Marii.

– Myślisz, że jest w pobliżu? – pyta Ana, kładąc dłoń na moim ramieniu i usiłując mnie pocieszyć. I tak ciągle płaczę, więc na nic zda się jej trud.

– Kto? – dopytuję nerwowo, pociągając nosem.

– William.

– Na pewno siedzi w aucie pod moim mieszkaniem. Widziałam go kilka razy. – Przewracam oczami na samą myśl, że nawet na odległość Diego próbuje mnie chronić. – Sprawdźmy. – Ocieram łzy, biorę telefon do ręki i wybieram odpowiedni numer. Odbiera w ekspresowym tempie.

– Chodź na górę – rozkazuję bez powitania.

– Co? – pyta zdziwiony.

– Wiem, że sterczysz tam, gdzie zawsze, a przecież jest cholernie zimno. Mam sprawę.

– Okej. Zaraz będę – mówi cicho, a po chwili słyszę, że otwiera drzwi od auta. Rozłączam się i znacząco spoglądam na Anę. – Widzisz?

Blefowałam. Nie miałam pewności, że tam jest, ale czasami lubi w tych godzinach koczować w pobliżu. Przecież to niedorzeczne. Jak już tak bardzo chciał lub musiał to robić, obok mnie jest mieszkanie do wynajęcia i szefuńcio mógłby mu je zasponsorować.

Początkowo strasznie mi przeszkadzała jego ciągła obecność, bo łaził za mną jak cień. Bałam się, że Diego dowie się o tym, co robię i z kim, ale z czasem stwierdziłam, że to nie ma sensu. Dlaczego miałam wiecznie bać się jego reakcji? A on co w tym czasie robił? No właśnie… Nie wiem, co robił, a jestem tego cholernie ciekawa. Nie otrzymałam żadnej informacji, a sama nie chciałam się wychylać. Już nie.

DIEGO

Mam chwilę spokoju od Marii, więc postanawiam zajrzeć do Nadii. Ostatnio strasznie ją zaniedbuję, a już i tak posyłała mi złowieszcze spojrzenia, gdy w biegu mijałem kuchnię i wychodziłem z domu, nie zamieniając z nią ani słowa. Dzisiaj znalazłem dla niej czas, bo Maria pojechała do fryzjera. Jestem ciekaw, co tym razem wymyśli; odkąd wróciła do domu, szasta pieniędzmi na prawo i lewo.

Wchodzę po cichu do kuchni i od razu dostrzegam Nadię, która stoi na środku pomieszczenia i patrzy na mnie z troską w oczach. Podchodzę do niej, a ona od razu wtula się we mnie i ściska w pasie. Mam wrażenie, że zaraz mnie udusi.

– Nadia. – Odsuwam się od niej, czując, że zostawia na mojej białej koszuli swoje łzy. – Ty płaczesz? – Gosposia kiwa nerwowo głową. – Dlaczego?

– To już sześć miesięcy. Tęsknię za nią. – Znowu zalewa się łzami, a ja przyciskam ją do piersi, nie zważając na to, że właśnie moczy mi ubranie. – Kiedy wróci?

Nie wiem, co odpowiedzieć. Ja też cholernie za nią tęsknię.

– Proszę cię. – Delikatnie ją odpycham, a następnie siadam na krześle. Nadia spogląda na mnie spode łba, ocierając oczy. – Mówiłem, że nie wiem. Mam nadzieję, że niedługo, o ile będzie chciała wrócić. To wszystko nie jest takie proste. Za tym musi stać ktoś jeszcze…

– Jak długo ta wiedźma tutaj będzie? – syczy.

– Nie mów tak o Marii – karcę ją, powstrzymując się od parsknięcia śmiechem. „Wiedźma” to idealne określenie, które Nadia stosuje dosyć często.

– Przecież wiesz, że jej nie lubię. Diabli wiedzą, kto i po co ją przysłał. – Macha ręką.

– Wiem to, ale proszę cię, mów ciszej. Usłyszy cię i wszystko pójdzie na marne.

– Fu! A ty jej jeszcze dotykasz – dodaje, krzywiąc się.

Przewracam oczami, bo mam dosyć jej gadania. Muszę udawać, że wierzę Marii, inaczej wszystko trafi szlag. To tak kurewsko długo trwa… Nie mam pojęcia, o co chodzi, ale nie podoba mi się to, że nie możemy trafić na jakikolwiek ślad. Mam złe przeczucia… Ktoś wysoko postawiony ewidentnie robi mnie w chuja, inna opcja nie wchodzi w grę. Skoro oczekuje ode mnie… No właśnie: czego ode mnie oczekuje? Niech powie i być może się dogadamy. Nienawidzę takich podchodów.

– Diego… – słyszę głos Marii, która właśnie wchodzi do domu.

– O nie – szepczę pod nosem. – Tak? Jestem w kuchni! – krzyczę od niechcenia.

Maria wchodzi do pomieszczenia, a ja wytrzeszczam oczy. Zerkam na Nadię, a ta stoi z szeroko otwartą buzią. Daję słowo, wygląda na jeszcze bardziej zdziwioną niż ja. Co moja żoneczka ma do cholery na głowie?

– No i jak? – zagaduje, poprawiając blond włosy, które kończą się za uchem. – Jak wyglądam?

– Jak kobra – mamrocze Nadia, chwyta ścierkę w dłoń i zaczyna udawać, że przeciera stół.

– Słucham? – pyta Maria, przysuwając się bliżej.

– Nic, nic. Pięknie wyglądasz.

Nadia wysila się na mało szczery uśmiech, ale nie mogę od niej więcej wymagać. Mogłaby chociaż raz ugryźć się w swój niewyparzony język. Zawsze plecie trzy po trzy.

Maria wygląda okropnie. Krótko ścięte włosy i do tego ufarbowane w kolorze blond. Jestem ciekaw, ile tym razem wydała na taką przyjemność. W żaden sposób nie przypomina Marii sprzed pięciu lat. Nawet gdybym chciał zacząć z nią wspólne życie, to po prostu nie dałbym rady. Całymi dniami siedzi i nic nie robi. Pomijając fakt, że trwoni moje pieniądze, a cała resztą ją nie obchodzi. Tęsknię za Ellie i za tym, co było kiedyś. I choć nie spędziliśmy razem zbyt wiele czasu, to wiem, że jest tą jedyną.

– Diego, a ty co sądzisz? – Podchodzi do mnie i kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Wyglądasz dobrze. – Oczywiście kłamię, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy. Czasami trzeba zastosować manipulacyjne techniki, w końcu kobiety są nieobliczalne. Powiesz, że źle wygląda, czyli notabene prawdę, to zrobi awanturę i się obrazi. Jak żyć? Nie mam odwagi spojrzeć na Nadię, ale jestem pewien, że właśnie rzuca przekleństwami pod nosem. Nigdy tego nie robiła, tymczasem od powrotu Marii ciągle coś szepcze i używa słów, które nigdy wcześniej nie padły z jej ust. – Muszę iść. – Odsuwam się od żony, a ona gapi się na mnie zdezorientowana. – Do Miguela. Mamy sprawę do załatwienia.

– Okej, ale później będę czekała w sypialni. Pokażę ci, co kupiłam – piszczy z zachwytu. Co ja w niej widziałem? Przysięgam, że albo ktoś ją podmienił, albo zawsze taka była i po prostu tego nie zauważałem. Muskam wargami jej policzek i wychodzę pospiesznie z kuchni.

***

– Co tam u Ellie? – pyta Miguel, gdy rozsiadamy się w moim biurze. – Will już dzwonił?

– Nie, ale sądząc po ostatnich doniesieniach, świetnie się beze mnie bawi – odpowiadam, popijając whisky.

Will nigdy nie miał dla mnie dobrych informacji. Przez większość czasu wysłuchiwałem opowieści o jej zakrapianych imprezach do białego rana i tabunie facetów czekających na choćby jeden ruch z jej strony. Mam dość, choć przecież ja sam żyję z Marią, a mimo to uważam, że żaden facet nie ma prawa dotknąć Ellie.

Zaczynam bawić się szklanką z brązowym trunkiem i ściskam ją mocno na samą myśl, że mógłby być ktoś jeszcze oprócz mnie. Dostałbym szału, słowo daję. Szkło pod wpływem nacisku rozpada się na kilka części, a moją rękę pokryła czerwona maź. Piecze jak cholera, ale nie zamierzam się nad sobą użalać.

– Kurwa! – syczę, gdy odłamek wbija się w wewnętrzną stronę dłoni.

– Musisz to opatrzyć – stwierdza mój przyjaciel.

– To? – Pokazuję mu krwawiącą ranę. – Przechodziłem gorsze rzeczy. Daj mi spokój.

– Jak chcesz. – Obojętnie wzrusza ramionami i nalewa sobie kolejnego drinka. – Dzwoń do niego. Sam jestem ciekaw, co tam wyprawia – mówi, zacierając ręce.

Miguel ma mi pomagać, a on nakręca się jak małe dziecko za każdym razem, gdy denerwuję się na zachowanie Ellie. Postanawiam jednak zadzwonić. Dowiem się, że nic się nie dzieje i strzelę w łeb temu idiocie, który właśnie siedzi przede mną.

– Co z Ellie? – pytam, kiedy Will odbiera telefon.

– No tak szczerze…

– Tak, kurwa, szczerze! – krzyczę. Wiem, że ma do powiedzenia coś, co mi się nie spodoba.

– Jest u niej jakiś facet. Od dwóch godzin – odpowiada szybko.

– Jaki? – Próbuję się opanować, jednak na próżno. Moje nerwy są właśnie na wykończeniu.

– Niejaki James Smith, szefie. Poznali się na imprezie. Zresztą już o tym mówiłem.

– Sprowadzisz ją do Madrytu jak najszybciej. Jeszcze nie wiem jak, ale coś wymyślę.

Rozłączam się, nie czekając na odpowiedź. Miguel patrzy na mnie pytająco, mimo to nie mam zamiaru przekazywać informacji, którą uzyskałem od mojego człowieka. Czuję dziwne ukłucie w sercu, którego nigdy wcześniej nie doznałem. Czy w tej sytuacji mogłem mieć coś za złe Ellie? Ja pierdolę, to jest chore! Powinna być tutaj ze mną, a wszystko się spierdoliło!

Rozdział 4

ELLIE

Postanawiam, że zaproponuję mu nocleg. Skoro jeździ za mną wszędzie i sterczy pod moim oknem dniami i nocami, to niech podgląda mnie z bliska. Nie jestem w stu procentach pewna swojej decyzji, ale mam mało czasu na zastanowienie się. Właściwie nie mam go wcale, bo Will właśnie wchodzi do mieszkania.

– No witam cię. – Ana wydaje się pijana, co jest dziwne, bo wypiła dwie lampki wina. Podejrzewam, że jest zmęczona i nawet tak zdawkowa ilość alkoholu działa na nią z podwójną siłą. Kobieta obejmuje ochroniarza ramieniem i wtyka w jego dłoń pełny kieliszek. Ten jednak go odpycha i zerka na mnie pytająco. – A, no tak… Ellie. Mną to już nikt się nie zainteresuje – burczy moja przyjaciółka, zawiedziona, że Will nie poświęcił jej uwagi.

– Ana… – Przekrzywiam głowę w prawą stronę i mrużę oczy.

– No co? – pyta, odklejając się od człowieka Diego.

– Nie musisz stać przed budynkiem. Ty w ogóle się wysypiasz? – Kieruję wzrok na Willa, który bacznie mi się przygląda. Chyba nie ma zamiaru odpowiadać na moje pytanie, bo nadal milczy. Postanawiam kontynuować wywód: – Możesz spać w salonie. – Ruchem głowy wskazuję mu pomieszczenie, na co on marszczy brwi. – No nie gap się tak na mnie! Przynajmniej będziemy miały męskie towarzystwo.

– Oprócz Jamesa – szepcze Ana.

Karcę ją spojrzeniem, ponieważ stanowczo przegina, mówiąc takie rzeczy.

– Ale… – zaczyna Will.

– Żadnego ale! – przerywam mu szybko. Postanawiam zepchnąć rozmowę na inny tor, może wtedy zapomni o tym, że według niego niestosownym jest spędzić z nami wieczór. – Will, ile masz lat? Pytam, jako że nigdy nie miałam okazji tego zrobić, a zwyczajnie jestem ciekawa. – Krzyżuję ręce na piersiach i wpatruję się w jego młodą twarz bez cienia zarostu. Co prawda wygląda na przemęczonego od wiecznego pilnowania mnie, ale daję mu maksymalnie dwadzieścia pięć lat.

– Dwadzieścia dwa – odpowiada i odchrząkuje.

– Toż to… – Ana odsuwa się na dwa kroki – … dziecko.

– Ana! – besztam ją. Mogłaby się ugryźć w język, ale nie…

– No co? – powtarza, obojętnie wzruszając ramionami. – Ja mam dwadzieścia sześć, choć w sumie… – Lustruje go od stóp po blond czuprynę, a ja przewracam oczami. A ta tylko o jednym, nie przepuści okazji na podryw.

– I Diego cię zatrudnił? – ciągnę zdziwiona. Nie sądziłam, że ma tylko dwadzieścia dwa lata. Naprawdę musi mu ufać.

– Jestem dobry – stwierdza rzeczowo.

– W tej branży… – dodaje Ana, próbując naśladować akcent Willa.

Krótko po moim powrocie opowiedziałam jej wszystko, co przeżyłam. Wszystko. Początkowo stwierdziła, że jestem głupia, ale później przytuliła i powiedziała, że zawsze stanie za mną murem. Po prostu mam być szczęśliwa i robić to, co podpowiada mi serce.

– Usiądziemy? – Spoglądam błagalnie najpierw na Anę, a później na Willa. Oboje przytakują, więc kilka sekund później zajmuję miejsce na sofie, obok mnie ląduje Ana, Will siada zaś na oparciu.

– Nie wżyna ci się nic, jak tak siedzisz? – zagaduje moja przyjaciółka, spoglądając na Willa. Ten chyba nie zrozumiał aluzji, bo nadal wpatruje się w nią z niezrozumieniem w oczach. – W krocze?

Will zaczyna się śmiać, a ja szturcham Anę w ramię na znak, że ma przestać.

Wybieram przypadkowy film na Netflixie i wspólnie próbujemy spędzić ten wieczór jak normalna trójka znajomych. Niestety w mojej głowie kotłują się dziwne myśli. Przecież Will pracuje dla Diego… I choć próbuję się zrelaksować, cały czas czuję jego oddech na plecach. Jest tutaj. Nie ciałem, ale nadal zaprząta mój umysł.

Ana, pomimo oporu Willa, nalewa mu wina i na siłę wciska kieliszek do ręki. Ten niechętnie go bierze, po czym upija kilka łyków.

– Pić chyba możesz, nie? – Patrzy na niego, uśmiechając się.

– Ana! – krzyczę kolejny raz. Mam dosyć jej głupich tekstów i dziecinnego zachowania.

– Co? – Wzrusza ramionami. – I tak tutaj zostajesz, więc się napij. Zresztą twój szef nie odzywa się do Ellie, dlatego nikt się o tym nie dowie. – Parska śmiechem, a ja razem z nią.

Widać, że Will czuje się niekomfortowo w naszym czy też Any towarzystwie. Pewnie niecodziennie ma do czynienia z kimś takim jak moja przyjaciółka.

– Wiem, że to babskie wino, ale nic innego nie mamy. – Szturcha ramieniem Willa, a ten, zrezygnowany przez jej ataki, wstaje i siada obok mnie.

Zaglądam przez ramię mężczyzny z nadzieją, że Ana popatrzy w moim kierunku, ta jednak ze skupieniem gapi się w ekran telewizora, chichocząc co chwilę z drętwych żartów, którymi rzucają bohaterowie komedii. Will ani drgnie. Byłoby lepiej, gdyby się odezwał czy też zaśmiał, bo Ana notorycznie szuka pretekstu, aby go zaczepić bądź wyprowadzić z równowagi. W Madrycie taki nie był, zawsze mogłam z nim swobodnie porozmawiać, ale widocznie jest zawstydzony tym, że moja przyjaciółka pozwala sobie na zbyt wiele. Muszę z nią na ten temat porozmawiać.

– Masz dziewczynę? – wypala Ana, przerywając ciszę. Will kręci głową. Mogłaby już dać mu spokój. Widzę, że się denerwuje tym nagabywaniem i trzyma nerwy na wodzy, aby nie wygarnąć jej tego, co myśli, tymczasem milczy ze względu na mnie. Mogłabym jej coś powiedzieć, tyle że będzie miała moją opinię głęboko w poważaniu. – W sobotę idziemy na imprezę, przejdziesz się z nami? Ach, no tak! Musisz iść… – Śmieje się teatralnie, a ja mam ochotę chwycić ją za te jasne kudły.

– Będę w pracy – odpowiada, a następnie upija kolejny łyk wina. – Ellie… – zaczyna i wbija we mnie wzrok. Wyczytuję z jego oczu, że ta informacja niekoniecznie mi się spodoba. Kilka sekund błądzę spojrzeniem po jego twarzy, aż w końcu pytam cicho:

– Tak?

– Diego chce, żebyś wróciła do Madrytu.

Zagotowało się we mnie, gdy tylko usłyszałam to, co miał mi do przekazania. Diego do reszty zgłupiał… Próbuję pokazać, że jestem twarda, że ta wiadomość nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, niestety prawda jest taka, że wbijam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni tylko po to, aby się nie rozpłakać.

– Przekaż swojemu szefowi, że nie jestem jego własnością. Niech lepiej zajmie się żonką – odpowiadam hardo, kiedy trochę się uspokajam.

Will nie komentuje tego, co powiedziałam. Zdaje sobie sprawę, że nie dam się tak łatwo „porwać” do Madrytu, wiedząc, że ta wariatka tam siedzi. Nie ma takiej opcji.

Reszta wieczoru przebiega w grobowej ciszy, która dosłownie dudni mi w uszach. Jest to dziwne i niepodobne do Any, bo przecież jej nigdy buzia się nie zamykała.

Ja z kolei jestem wyczerpana.

***

Dni praktycznie przelatują mi przez palce i zanim się obejrzę, jest już sobota. Czas na kolejną imprezę.

Po wielu argumentach, którymi zasypałam Williama na temat oddania mu jednego pokoju, na stałe wprowadził się do mojego mieszkania. Pewnie poinformował o tym Diego, ale w ogóle mnie to nie interesowało. Przynajmniej miałam towarzystwo wtedy, kiedy Ana odbywała kolejne randki, które nigdy nie kończyły się dobrze. Usilnie chce mieć faceta, lecz z marnym skutkiem. To lepsze niż, jak w moim przypadku, posiadanie dwóch nierozgarniętych facetów: Toma i Diego.

A skoro o moim byłym narzeczonym mowa, mama dzwoniła do mnie dziś rano i oznajmiła, że został z niczym. Krótko mówiąc: jego ukochana go porzuciła. I dobrze mu tak. Żywię tylko nadzieję, że w magiczny sposób nie przypomni sobie o moim istnieniu, bo szlag by mnie trafił, gdybym zobaczyła go w progu. Nic nie czuję do tego palanta i nie chcę sobie zaprzątać tym głowy.

Na nocne szaleństwo wybieram czerwoną, dopasowaną sukienkę z odkrytymi plecami, która kończy się kilka centymetrów za tyłkiem. Robię mocniejszy makijaż, wykańczając go szminką w kolorze nude, którą równo rozsmarowuję na ustach i stwierdzam, że już prawie jestem wyszykowana. Ostrożnie wyjmuję z opakowania sztuczne rzęsy, po kilku nieudanych próbach w końcu je przyklejam, a następnie mrugam kilka razy, aby się przyzwyczaić. Później zakładam złote kolczyki przylegające do uszu i poprawiam złoty łańcuszek z niewielką literką „E”. Gotowe!

Wsuwam na stopy złote szpilki, które kupiłam kilka dni temu i biorę do ręki kopertówkę w tym samym kolorze. Poprzednie rzeczy zostały w Kanadzie, więc kupiłam podobne. Ostatni raz poprawiam włosy i razem z Willem ruszamy w stronę auta zaparkowanego na podziemnym parkingu.

Zgarniamy po drodze Anę, która ubrała identyczną sukienkę jak ja. Kupiłyśmy je razem, ale nie sądziłam, że też ją wybierze na dzisiejszy wieczór. Dobrze, że jest blondynką, chociaż tym będziemy się od siebie różniły.

***

Po około godzinie jesteśmy tak pijane, że nie wiemy, co się wokół nas dzieje. Wypiłyśmy morze alkoholu. Nie mam pojęcia, w którym momencie straciłam kontrolę. Mogłabym zwrócić w toalecie to, co wypiłam, ale na tym wieczór by się skończył, więc ledwie trzymając się na nogach, próbuję tańczyć dalej.

Kolejne pół godziny i tym razem cały parkiet zaczyna wirować przed moimi oczami. I bynajmniej nie jest to spowodowane bujającymi się w rytm muzyki ludźmi, tylko whisky, która ani na chwilę nie daje o sobie zapomnieć. Jeszcze chwila i padnę na pysk.

Jak zwykle bawię się tylko z przyjaciółką, a ona rzuca każdemu przystojniakowi kokieteryjne spojrzenia. W sumie tak mi się wydaje, bo ona też zaczyna znikać z pola widzenia. Ale jeśli startowałybyśmy na najbardziej pijane dziewczyny w klubie, Ana stałaby ze mną na podium, choć usiłuje pokazać, że wszystko jest dobrze. Po pomieszczeniu roznosi się piosenka Listen To Your Heart w nieznanym mi remiksie, a ja spoglądam orientacyjnie w stronę baru, chcąc dostrzec Willa, który od początku imprezy bacznie obserwuje nasze poczynania. Po kilkunastu sekundach go zauważam, ale obok niego jest ktoś jeszcze.

– Ana! – krzyczę do przyjaciółki.

– Co? – Ana przestaje tańczyć i przysuwa się do mnie.

– Kto tam stoi? – Pokazuję palcem Willa i nieznaną postać, jednak przyjaciółka wzrusza ramionami.

– Nie wiem.

Nagle Will odpycha się od blatu i wolnym krokiem rusza w naszym kierunku w towarzystwie nieznajomego. Wygląda całkiem jak mój Diego…

– Przedstawisz mnie koledze? – pytam, próbując utrzymać równowagę, gdy do nas podchodzą. – Wyglądasz jak ktoś, kogo kochałam. – Wbijam palec w klatkę piersiową mężczyzny.

– Ellie, to ja – odpowiada, a ja unoszę brew.

– No jasne. – Parskam śmiechem. – Ana, zobacz! – Szarpię ją za ramię i nakazuję, aby spojrzała na mężczyznę. – Przedstawiam ci mojego szefa! To znaczy jest do niego tylko podobny. – Ana przenosi na niego wzrok i również zaczyna się śmiać.

DIEGO

Jest kompletnie pijana. Nawet mnie nie poznała. O nie… Skończyła się zabawa. Zaraz przerzucę ją przez ramię i po prostu wyjdę z klubu, nie zważając na ewentualne protesty z jej strony. Albo niech lepiej zrobi to Will, bo jeszcze zacznie mnie wyzywać od zboczeńców, a nie chcę robić widowiska.

– Przecież Diego by po mnie nie przyjechał. On się pieprzy ze swoją żonką – mamrocze, przestępując z nogi na nogę. Chwytam ją za ramię, a ona wbija we mnie pijacki wzrok.

– Ellie! – Potrząsam nią kilka razy.

– Will… Zabierz tego pana – odpowiada, zerkając na ochroniarza, po czym czka.

Wywracam oczami, bo poniekąd wyglądało to komicznie.

– O, James! – Ellie wyrywa się z mojego uścisku i przykleja do prawego boku jakiegoś typka, który właśnie stanął tuż obok nas. Co, do chuja?! A… to jest ten James.

– Ellie, co się dzieje? – pyta, mierząc mnie spojrzeniem.

Zaraz się kurwa może zadziać, jeżeli stąd nie pójdziesz.

– Puść ją – cedzę przez niemalże zaciśnięte zęby. Zbiera się we mnie złość oraz zazdrość, czyli połączenie dwóch uczuć, które kumulowały się przez ostatnie sześć miesięcy i teraz próbują ujrzeć światło dzienne.

– Kim ty, kurwa, jesteś?

– Jej facetem, więc łapy przy sobie.

– Facetem? – prycha, kręcąc z rozbawieniem głową. – Aha. Miło. No to fajną masz kobietę, skoro cię zdradza – oświadcza, a Ellie w tym samym czasie przytula się do przyjaciółki, mamrocząc coś pod nosem.

Co? Ellie? Kurwa, nie wierzę mu.

– Szefie, zabrać go? – odzywa się Will.

– Mógłbyś, ale to wiąże się z zostawieniem mnie tutaj, a sam nie dam rady z tymi wariatkami. – Unoszę podbródek i pokazuję roześmiane dziewczyny. Kątem oka dostrzegam, że Will wyciąga broń z kabury schowanej pod marynarką, rozgląda się, czy przypadkiem nikt nie zobaczy za wiele, a następnie podchodzi do tego złamasa i przykłada spluwę do jego brzucha.

– Wypierdalaj – syczy.

– Zadzwonię po policję… – James z lekko uniesionymi dłońmi zaczyna się cofać, a gdy znika z naszego pola widzenia, Will chowa broń. Mam ochotę zaśmiać się w głos.

– Spierdalamy – oznajmiam. – Bierz Ellie.

– A ta druga? – Ochroniarz celuje palcem w blondynkę, która, swoją drogą, jest w takim stanie jak moja ukochana.

– Też. – Wzdycham ciężko.

Will wyprowadza z klubu pijaną Ellie oraz jej przyjaciółkę. Ciągle oglądając się za siebie, szybkim krokiem zmierzamy w kierunku wyjścia, a parę minut później wsiadamy do auta.

– Szefie, co teraz? – pyta Will, który zajmuje miejsce za kółkiem. Ja tkwię z dwiema babami na tylnym siedzeniu.

– Zabieramy jej rzeczy i lecimy do Madrytu – odpowiadam szybko.

– A Ana?

– Też… Później odeślę ją do domu. Spójrz na nią. Nie możemy jej tak zostawić.

Przytulam kruche ciało Ellie i opieram brodę na czubku jej głowy. Trzymam ją w ramionach, nie mogę w to uwierzyć. Wiem, że się wścieknie, gdy rano odkryje, że dosłownie ją uprowadziłem, ale mam to gdzieś. I tak długo zwlekałem. Niczego się nie dowiedziałem, a straciłem sześć miesięcy bez mojej Ellie.

Rozdział 5

ELLIE

Okropny ból głowy uniemożliwia mi dalsze spanie. Nie wiem, która jest godzina, ale podejrzewam, że przesadziłam ze snem. Zawsze, gdy śpię zbyt długo, dopada mnie migrena. I dzisiaj jest ten szczęśliwy dzień: rozsadza mi głowę. Postanawiam poszukać po omacku telefonu, wsuwając dłoń pod poduszkę – niestety go tam nie odnajduję. Dziwne. Ostatnio często go tam chowam, choć w sumie po wczorajszej zakrapianej imprezie mogłam zmienić jego położenie.

Powoli rozchylam powieki i kątem oka dostrzegam Anę, która leży obok mnie, śpiąc w najlepsze. Co ona robi w moim łóżku? Zresztą pytanie powinno brzmieć: jak dostałyśmy się do mieszkania? Po raz kolejny zamykam oczy i dotykam ramienia przyjaciółki, jednocześnie zaczynając ją szturchać, tak aby się zbudziła.

– Ana… – mamroczę. Sama do końca nie wiem, czy naprawdę chcę ją obudzić.

– Hm? – pyta stłumionym głosem, nie otwierając oczu.

– Jak się tutaj znalazłaś?

– Ellie, nie krzycz – piszczy, wiercąc się. – To cholernie boli.

– Przecież na ciebie nie krzyczę. Widziałaś mój telefon? – pytam, rozglądając się po pokoju. – Ja pierdzielę, Ana! – Zrywam się, siadając na materacu, a następnie szarpię ramieniem przyjaciółki. – Gdzie my jesteśmy?

– Co ty… – Urywa i powoli się podnosi, z niedowierzaniem gapiąc się na pomieszczenie. – Co?! – Dosłownie wyskakuje z łóżka, zrzucając koc na ziemię, i staje przy wielkim oknie, które zajmuje całą ścianę. – Ellie, ja nie wiem… – Jej przerażenie udziela się również mnie. Nie mam pojęcia, gdzie się znajdujemy, nie wiem nawet, jak wróciłyśmy z imprezy. – Gdzie my jesteśmy? – Odwraca się w moją stronę, masując skroń.

Rozglądam się po pomieszczeniu, w którym panuje mrok. Czy to możliwe, że przespałyśmy cały dzień? Coś jest mocno nie tak.

– Też chciałabym wiedzieć. Pamiętasz coś z wczoraj?

– Pamiętam, ale nie wszystko… – Ana drapie się po głowie i krzywi. – Boli – stwierdza, a ja przewracam oczami. Jasne, że boli, wypiłyśmy morze alkoholu. – Chyba nie sądzisz…?

– Nie! Był z nami Will, na pewno nikt nas nie porwał. Wszystko zaraz się wyjaśni.

Pomimo mdłości wstaję. Tłumię odruch wymiotny i po kilku wdechach oraz wydechach czuję się lepiej. Ponownie omiatam wzrokiem pomieszczenie i dostrzegam dwie torby, a po ich otwarciu widzę swoje rzeczy łącznie ze wszystkimi dokumentami. Ana robi to samo, bo jej bagaże również znajdują się w pobliżu i obie ze zdziwieniem stwierdzamy, że nadal nie wiemy, o co tutaj chodzi.

– Wychodzimy? – szepcze Ana, ruchem głowy pokazując drzwi, a ja przytakuję, przełykając głośno ślinę. Moja przyjaciółka jest przerażona, nie bardziej niż ja. – Tylko… – Zerka na mnie. – Chcesz tak iść?

Fakt. Mam na sobie tylko bluzkę i majtki. Za to Ana wciąż jest w sukience, którą założyła na wczorajszą imprezę. Czyżbym sama się przebrała?

– Tak – odpowiadam. – Tylko najpierw wyjrzę.

Wolnym krokiem ruszamy w kierunku wyjścia, lekko uchylamy drzwi i spoglądamy w głąb jasnego korytarza. Zerkamy w lewo i dostrzegamy wyspę kuchenną oddaloną o kilka kroków, a do tego słyszymy stłumioną muzykę. Piosenka jest w języku hiszpańskim i modlę się w duchu, żebym nie była w pieprzonym Madrycie. Przecież czasami w radiu też słucham hiszpańskich utworów, prawda?

– Słyszysz? – pytam Anę, która wisi na moim prawym ramieniu, a ta kiwa głową. – Idziemy – nakazuję i ruszam w kierunku dźwięków.

Przy blacie siedzi mężczyzna zwrócony do nas plecami. Od razu go rozpoznaję. Granatowa marynarka opinająca plecy, włosy wiecznie w artystycznym nieładzie… Moje serce zaczyna mocniej bić na jego widok. Z jednej strony chciałabym podbiec i go mocno przytulić, a z drugiej nasuwa się pytanie: co on sobie myślał, wlokąc nas tutaj? Ana błądzi po mojej twarzy zdezorientowanym wzrokiem, a ja tylko wzruszam ramionami.

– Olivera – mówię formalnym tonem, unosząc wysoko głowę.

Diego odwraca się leniwie; zwijaj trzymaną w dłoniach gazetę, a następnie kładzie ją na wyspie. Zerka najpierw na mnie, a później na zegarek na lewym nadgarstku. Cholernie tęskniłam za tym spojrzeniem, ale muszę być twarda. Muszę się dowiedzieć, do cholery jasnej, co to jest za mieszkanie i co ja w ogóle tutaj robię. Do tego z Aną.

– Och, już się obudziłaś? Wprawdzie przespałaś cały lot, więc nie powinienem się dziwić. Główka cię nie boli? – drwi ze mnie. – Och, wybacz. Wy już na nogach – poprawia się szybko, akcentując słowo „wy”. Wstaje z krzesła i w ogóle nie zwracając na mnie uwagi, podchodzi do Any. – Diego Olivera, miło mi. A ty jesteś Ana? – Moja przyjaciółka szybko potwierdza.

– Diego, co się tutaj dzieje? – Szarpię go za ramię, a on przybliża swoją twarz do mojej.