Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zdrada Skorpiona - Andrew Kaplan

Szef egipskich Służb Bezpieczeństwa zostaje zamordowany przez tajemniczego „Palestyńczyka”, którego twarzy nie zna nawet CIA. Kairski zamach jest zaledwie przygrywką do serii spektakularnych aktów terrorystycznych. Wywiad amerykański zwraca się do jedynego człowieka, który potrafi rozszyfrować sprawcę i przewidzieć postać nadciągającego horroru: agenta, który odszedł z szeregów CIA na własne życzenie – owianego legendą Skorpiona. Zawrotny pościg za „Palestyńczykiem” prowadzi Skorpiona z Bliskiego Wschodu przez podziemne rewiry Hamburga, Utrechtu i Marsylii, do ostatecznej konfrontacji z fanatycznym przeciwnikiem w Rzymie, w przededniu światowej konferencji.
Na drodze agenta staje piękna Nadżla, zmuszając go do dramatycznej decyzji w Sankt Petersburgu, gdzie po piętach depcze mu FSB...

Opinie o ebooku Zdrada Skorpiona - Andrew Kaplan

Fragment ebooka Zdrada Skorpiona - Andrew Kaplan

Zdrada Skorpiona

Andrew Kaplan

Tytuł oryginału:

Scorpion Betrayal

Projekt okładki:

Marek J. Piwko {mjp}

Redakcja:

Anna Sakiewicz

Zdjęcia na okładce:

© dennisjim/iStockphoto

Redakcja techniczna, skład i łamanie:

Grzegorz Bociek

Korekta:

Urszula Bańcerek

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Odniesienia do realnych osób, wydarzeń, instytucji politycznych, organizacji i miejsc służą wyłącznie podniesieniu autentyzmu akcji i są zabiegiem czysto literackim. Poza tym akcja książki, jej bohaterowie i dialogi są wytworem wyobraźni autora i nie należy ich traktować dosłownie.

© copyright by wydawnictwo Damidos 2011

ISBN 978-83-7855-059-4

Wydawnictwo Damidos

Al. Solidarności 115 lok. 2

00-140 Warszawa

wydawnictwo@damidos.com

Dystrybucja wersji papierowej:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o. o.

Oddział:

ul. Pionierów 39

41-711 Ruda Śląska

tel. 32 258 95 79

www.troy.net.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Dla Anne i Justina, bez których nie byłoby tej książki,przynajmniej w jej obecnym kształcie.

rozdział pierwszy

Kair, Egipt

Podnosi głowę znad kawy, pamiętając, że mogą go zabić za jeden nieostrożny ruch. Wyczuwa zmianę w tle dźwiękowym ulicy, ledwie słyszalne buczenie prądu. Latarnie zapalają się.

Zwykle jest to jego ulubiona pora dnia, godzina zmierzchu po maghrib, wieczornej modlitwie, gdy tłum wylewa się z meczetów, a bulwarem nad Nilem sunie rzeka świateł i cały Kair łapie oddech po skwarnym dniu. Jest w towarzystwie. Naprzeciw niego, przy stoliku przed kawiarnią siedzi Dubler, wąsaty przedstawiciel tajnych służb egipskich. Dubler przygląda mu się czujnie, trzymając rękę na rozpiętej kaburze pistoletu, choć już dwukrotnie sprawdzili go na okoliczność posiadania broni. Trzech srogich agentów tajnych służb przygląda mu się groźnie przy innych stolikach. Siedzą przy samym ogrodzeniu, więc wie, że za chwilę nie będzie ich wśród żywych.

Pije kawę z kardamonem, a Dubler obserwuje każdy jego ruch. Na to właśnie czekał przez te wszystkie miesiące. Wszystko wydaje się przerysowane, jakby zbyt realne: odblaskowa czerwień i błękit chust w kramach bazaru Chan al­‍-Chalili, zapach tytoniu jabłkowego z bulgocących szisz starych bywalców kawiarni, oddech Dublera. Z oddali, powłócząc szpotawą stopą, nadciąga sprzedawca uliczny z płaskim wiklinowym koszem. Sprzedawca kuca na bruku obok kawiarni, podwijając koślawą stopę pod siebie. Rozkłada swoją farszę1: bateryjki, pasty do zębów, klapki pod prysznic, sto i jeden drobiazgów, które można w Kairze kupić na każdym rogu. Szacuje wzrokiem odległość sprzedawcy od stolików na skraju kawiarni. „Blisko – myśli. – Piekielnie blisko”.

Dubler sztywnieje przy stoliku, gdy pod kawiarnię podjeżdża czarny mercedes sedan. Zauważa, że wąs Dublera jest staranniej przystrzyżony po lewej stronie. „Mańkut, haz uihid, to przynosi nieszczęście” – myśli, kiedy mercedes się zatrzymuje. Z samochodu wysiada adiutant, otwierając drzwi przed przysadzistym mężczyzną w czarnej marynarce.

Ktoś w kawiarni głośno wstrzymuje oddech, gdy rozpoznaje generała Budawiego, głowę Mabahit Amn el­‍-Dawla el­‍-Ulija, Głównego Wywiadu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, uchodzącego za najgroźniejszego człowieka w Egipcie. Ten, kto wstrzymał oddech, musiał słyszeć pogłoski przekazywane szeptem podczas bankietów i w meczetach, do których uczęszczali urzędnicy rządowi, o mężczyznach i kobietach wyjących miesiącami w podziemnych celach. Mówiono, że imam Bractwa Muzułmańskiego zaledwie po miesiącu spędzonym w celach Mabahitu oszalał i wydłubał sobie oczy. Przygląda się jak Budawi idzie pomiędzy stolikami i siada na krześle zwolnionym przez Dublera, który staje z boku. Z chwilą, gdy generał opada na krzesło, jak spod ziemi wyrasta kelner w pasiastej koszuli.

– Sziai2 – ordynuje generał, nie spojrzawszy w ogóle na kelnera. Przygląda się swojemu rozmówcy. Smukły, ogolony, w drogiej koszuli i piaskowych spodniach, ze złotym rolexem na nadgarstku. „Musi mieć branie u kobiet – myśli Budawi – to ten typ, który widuje się nad basenami w Four Seasons na Zachodnim Brzegu Nilu, jak otoczony rojem międzynarodowych modelek w bikini, prowadzi przez komórkę interesy”.

– Znam tę kawiarnię – mówi Budawi. – Podobno lubił przesiadywać w niej Mahfuz, ten pisarz.

– To samo mówią o każdej kawiarni w Kairze. Gdyby Mahfuz pił kawę w każdym miejscu, które się nim chełpi, pękłby mu pęcherz. – Ma Pan coś dla mnie – powtarza Budawi. Nie brzmi to jak pytanie.

– Pokazówkę – mówi on, starając się, by jego głos brzmiał bezbarwnie, bo wie, że ktoś gdzieś go nagrywa, a w ten sposób trudniej będzie wyodrębnić charakterystykę jego głosu na tle gwaru kawiarni i hałasu ulicy. –Właściwie – szereg pokazówek. Coś, co zapadnie w pamięć – dodaje, co jest sygnałem, by uruchomić sekwencję, którą ćwiczył od tygodni. Palcami prawej stopy zdejmuje lewy półbut i skarpetkę, potem palcami lewej stopy robi to samo z prawą, następnie odkleja cielisty plaster pod spodem prawej stopy, pod którym ukrywa skalpel.

– Gdzie? – pyta Budawi.

– Lo samat. Nie omówiliśmy jeszcze warunków. – Chwyta skalpel palcami stopy, którą podnosi w stronę prawej ręki, luźno opuszczonej pod stolik.

– Kiedy?

– Za trzy tygodnie. Możliwe, że niecałe. – Ma teraz skalpel w ręku, a serce bije mu jak oszalałe.

– To za mało. Muszę mieć coś więcej.

– To tak, jak ja – mówi, a jego ciało napina się w oczekiwaniu na falę uderzeniową, szykując się, by paść na ziemię. „Diluati!3 – myśli. – Na co jeszcze czekacie”.

– Na przykład?

– Dwóch Braci.

– Czyżby? – Generał wkłada do ust amerykańskiego papierosa, a Dubler nachyla się, by mu podać ogień. – Ci dwaj członkowie Bractwa Muzułmańskiego są mordercami. Dlaczego miałbym ich uwolnić?

– Amerykanie i ich sprzymierzeńcy będą panu zobowiązani – odpowiada, zaciskając dłoń na skalpelu.

„Inszallah! Inszallah! No, już!”.

Z niejasną ulgą zauważa, że kulawy sprzedawca odwraca się w ich stronę. „Allahu akbar”4 – mówią ruchy jego warg. Generał też to widzi i zaczyna wstawać, Dubler sięga do kabury, ale jest już za późno. Ogłuszający huk eksplozji wstrząsa wąską ulicą.

Fala żaru, która przerasta jego najśmielsze wyobrażenia, uderza w nich z niewiarygodną siłą, rozrzucając na wszystkie strony. Krzesła, odłamki, kawałki metalu i strzępy ludzkiego ciała przelatują mu nad głową, kiedy pada na ziemię, wbijając ostrze skalpela w pachwinę generała. Tnie skośnie, przecinając tętnicę udową. Krzyk generała natychmiast zamiera. Krew chlusta i spodnie Budawiego błyskawicznie nasiąkają jasną czerwienią.

Zszokowany generał próbuje wstać, ale siły uchodzą z niego w zastraszającym tempie i upada z powrotem na chodnik, anemicznie podrygując nogami. Zapada cisza, przerywana tylko łoskotem opadających w chmarze pyłu odłamków, po czym podnosi się krzyk, ale on prawie go nie słyszy, bo po wybuchu w uszach wciąż dzwoni mu Operacja Specjalnego Dostępu.

Odwraca się w stronę Dublera, który – oślepiony wybuchem – szamoce się z kaburą. Kopie go mocno w zgięcie kolan, a gdy pod tamtym uginają się nogi, jednym ruchem skalpela podcina mu gardło. Dubler próbuje coś powiedzieć, ale z jego ust wydobywa się tylko bańka krwi. Gdy upada, w jego oczach widać oszołomienie tempem rozwoju wydarzeń.

Kiedy pochyla się, by zza wywróconego stolika wyciągnąć skarpety i buty, słyszy wrzaski i tupot uciekających ludzi. Gdy się prostuje, widzi sędziwego palacza sziszy, z twarzą pokrytą sadzą i krwią, który wytrzeszcza oczy w osłupieniu. Uspokajająco kiwa starszemu panu głową. Maaszi, udało się, wszystko w porządku. Wyciera zakrwawioną dłoń w marynarkę generała i schyla się, żeby założyć śliskie od krwi skarpety i buty. Ponownie wycierając dłonie w marynarkę generała i podnosząc broń Dublera z ziemi, zdaje sobie sprawę, że za parę sekund pojawi się policja.

„Nie biegnij” – upomina się, kiedy, nie oglądając się więcej na palacza sziszy, przez gruz, wywrócone stoliki i porozrzucane części ciała toruje sobie drogę na ulicę. Słyszy wycie zbliżających się samochodów policyjnych i ryk syren wozów strażackich. Patrzy na chodnik, na sprzedawcę farszy, z którego niewiele zostało – kawałki nóg, które są tak zwęglone, że z trudem można rozpoznać, jakie to części ciała. Kątem oka widzi pierwszy wóz policyjny, wyjeżdżający zza rogu. Wbija się w suki skręca w wąski pasaż, który wypatrzył trzy dni wcześniej. W przejściu przekupnie i przechodnie patrzą w kierunku wybuchu i syren policyjnych. Przystaje obok urzędującego pod płócienną markizą sprzedawcy wody. Sprzedawca przygląda mu się szeroko otwartymi oczami, więc domyśla się, że ma twarz i ubranie we krwi.

– Co się stało, ja hader5? – pyta sprzedawca.

– Atak terrorystyczny. Moje ręce – mówi, pokazując dłonie. Sprzedawca polewa je wodą i podaje mu ręcznik, którym pobieżnie wyciera ze krwi twarz i ręce.

– Jesteś ranny, hader? Potrząsa głową i jeszcze raz się obmywa.

– Alhamdulillah – mówi sprzedawca. – Chwała Bogu. Czy to Bractwo?

– Nie wiadomo – odpowiada, wręczając sprzedawcy dwadzieścia funtów egipskich i zatrzymując ręcznik.

– Szukran6, hader. Niech Allah będzie z tobą – mówi sprzedawca.

– I z tobą – rzuca, odchodząc. Skręca za róg, w wąski zaułek i wchodzi do małego sklepu z odzieżą męską. Światło ze sklepiku pada na ulicę. Właściciel należy do Bractwa, więc czym prędzej wciąga go na zaplecze, zasuwając kotarę, żeby nie było widać ich z ulicy. Ściąga koszulę i buty. Właściciel przynosi mu galabiję i turban.

– Jak poszło? – pyta właściciel.

– Spal to – mówi, podając mu zakrwawiony ręcznik.

– Czy to twoja krew?

Potrząsa głową.

– To dobrze – mówi właściciel i wrzuca zakrwawiony ręcznik do metalowego kubła. – Lotniska są zamknięte. Jak wydostaniesz się z miasta?

Rzuca rozmówcy powłóczyste spojrzenie.

– Czy ja mówiłem, że wyjeżdżam z miasta?

– Nie, oczywiście, że nie – zaczyna się plątać właściciel. – Lo tisma. Pozwoli pan, że mu pomogę. – Robi krok do przodu, żeby wygładzić fałdy galabii.

Łagodnym, nieomal pieszczotliwym gestem chwyta właściciela prawą ręką za potylicę i przygina mu głowę w dół, lewą rękę wsuwa mu pod brodę i oplata wokół szyi. Łapie się za nadgarstek lewej ręki, prawą dłonią stosując tak zwane duszenie gilotynowe, które odcina dopływ krwi do mózgu przez tętnicę szyjną. Ciągnąc prawą ręką za lewy nadgarstek, zaciska chwyt coraz mocniej, nie bacząc na to, że właściciel sklepu miota się i okłada go pięściami, próbując się wyrwać.

Po chwili właściciel sklepu traci przytomność. Dusi go jednak, dopóki nie ma całkowitej pewności, że tamten wyzionął ducha. Kiedy go puszcza, ciało osuwa się na ziemię. Przechodzi nad zwłokami, żeby przed lustrem włożyć turban. Na czole ma smugi brudu, ale nie zmywa ich, by wyglądać jak typowy tragarz uliczny lub sprzedawca farszy. Rolexa chowa do kieszeni. Z kasetki z papierosami, którą każdy sprzedawca w Egipcie trzyma dla swoich klientów pod ladą, wyjmuje zapalniczkę. Polewa benzyną zakrwawiony ręcznik, a następnie podpala go. Z metalowego kubła zaczyna wydobywać się gryzący swąd tlącej się mokrej tkaniny. Wychodzi na próg i rozgląda się. Na ciemnym niebie dogasają ostatnie zorze. W wilgotnym powietrzu latarnie w sklepieniu bram suku spowija mglista otoczka.

Ubrany w galabiję nie rzucał się w oczy, więc po wyjściu ze sklepu wmieszał się w tłum miejscowych i turystów. Przystanął przy kramie z warzywami, wybrał cebulę, rzucił sprzedawcy pięćdziesięciopiastrową monetę i ruszył dalej, zatapiając zęby w cebuli. Zapach powinien działać odstraszająco na pasażerów metra. Zjadał szybko cebulę, łzawiły mu oczy.

Słysząc ruch za plecami, odsunął się na bok. Trzej policjanci z odbezpieczonymi miotaczami biegli w jego kierunku. Z dudniącym sercem patrzył, jak go wymijali. Zgodnie z planem był dla nich prawie przezroczysty – pospolity arzuija, pracujący za dniówkę, który woli nie narażać się władzom. Szedł bez pośpiechu, choć wiedział, że powinien szybko dotrzeć do metra, które lada chwila mogą zamknąć.

Kiedy mijał dwie Egipcjanki w zachodnich strojach i chustach na głowie, jedna z pań wstrzymała z niechęcią oddech. „No i dobrze” – ucieszył się, przechodząc przez jezdnię i włączając się w tłum zmierzający w stronę stacji metra; widziała w nim wyłącznie śmierdzącego arzuiję.

Zbliżał się teraz do niebezpiecznej strefy w wąskim gardle. Zapalono reflektory, oświetlając wejście do metra jak plan filmowy. Trzy wozy policyjne oddziałów prewencyjnych zablokowały ulicę, a dziesiątki rozstawionych w półkole policjantów w hełmach z osłonami skanowały tłumy przeciskające się obok stoliczków sprzedawców farszy, którzy darli się na głos: „Zapraszam do mnie! Świeży sok! Warto podejść, to nic nie kosztuje!”. Jeśli go mieli złapać, to tu albo później, kiedy będzie opuszczał Egipt. Nie miał złudzeń, jak potraktuje go Mukhabarat, jeśli go dorwą. Dlatego właśnie musiał zabić właściciela sklepu, uznawszy, że jest zbyt wścibski, a w dodatku prawdopodobnie będzie sypał, gdy wezmą go do celi tortur.

Zbliżając się do schodów metra, poczuł na sobie wzrok młodego policjanta, ale mężczyzna zaraz zainteresował się ładną młodą dziewczyną w różowej chuście na głowie, którą bezkarnie obmacywał przyciśnięty do niej na sunących w dół schodach urzędnik. Młody policjant trącił z rozbawieniem kolegę, żeby zwrócić jego uwagę na dziewczynę, która próbowała zgubić prześladowcę w tłumie.

Była godzina szczytu i peron był zapchany po brzegi. Dziewczyna parła ku środkowi, gdzie zatrzymywały się wagony przeznaczone tylko dla kobiet. Za jego plecami dwóch mężczyzn rozmawiało o ataku na kawiarnię. Przebiegł go dreszcz radości, gdy usłyszał, że przypisują winę Izraelowi.

– Po nich można spodziewać się wszystkiego. Zabijają wszystkich, jak leci – mówił pierwszy. – Kobiety, dzieci – bez różnicy.

– Nie tylko Izraelici są tacy, ale wszyscy Żydzi. Czytałeś Protokoły Mędrców Syjonu? To mi otworzyło oczy. Wszystko jest czarno na białym – odparł konspiracyjnym szeptem drugi.

Ich głosy utonęły w gwiździe nadjeżdżającego pociągu. Gdy pociąg stanął, tłum zakotłował się, a kiedy drzwi się otworzyły, rzeka wysiadających zderzyła się z wsiadającymi. Wcisnął się z trudem do środka i zaczął studiować mapę. Osiem przystanków dzieliło go od Szobry, robotniczej dzielnicy, gdzie przed tygodniem wynajął mieszkanie. Rozejrzał się, ale nie zauważył nikogo, kto by się mu przyglądał. Raz czy drugi jakiś urzędnik pociągnął nosem, próbując usunąć się ze strefy jego zapachu, który górował nad odorem potu i papierosów, królującym w wagonach kairskiego metra.

Na następnym przystanku policjanci z oddziałów prewencyjnych stali rozstawieni w równych odstępach. Stężał, gdy do wagonu wsiadł policjant, żądając przedstawienia dowodów osobistych, które w Egipcie każdy nosił przy sobie, bo były one warunkiem dokonania zakupu w każdym państwowym supermarkecie. Policjant oglądał po kolei dowód każdego z pasażerów, a potem twarz i dłonie.

Kiedy policjant zbliżył się do niego, sięgnął pod galabiją do kieszeni spodni, ocierając się dłonią o rewolwer Dublera. Wsunął palce do portfela, wyciągając lewy dowód, który skołowało mu Bractwo. Wciąż wyglądał na zbyt czysty, jak na dowód biednego arzuiji wracającego po robocie do domu i niepokoił się, że może go to wydać. Natychmiast po otrzymaniu dowodu próbował go pobrudzić i podrapać, ale wciąż wyglądał za porządnie. Kiedy funkcjonariusza dzieliło od niego już tylko kilkoro pasażerów, ścisnął fałszywy dowód w lewej dłoni, prawą zaciskając na broni Dublera. Gdy pociąg zahamował nagle na stacji Road El­‍-Farag, policjant złapał się za słupek, żeby nie upaść, po czym omiótł podejrzliwym spojrzeniem resztę pasażerów. Wtedy drzwi się otworzyły i policjant niespodziewanie wysiadł. Nie spuszczał z gliny oczu, gdy fala nowych pasażerów wlewała się do wagonu. Kiedy drzwi zamknęły się wreszcie, zorientował się, że wstrzymywał oddech.

Dojechawszy na miejsce, wysiadł i wyszedł po schodach na górę. Zapadła noc. Lampy naftowe oświetlały stoliki i kosze sprzedawców farszy, skupionych wokół wyjścia z metra. Nagle dopadł go głód. Kupił szoarmę baranią z rożna, serwowaną w chlebie aisz. Jedząc, znów stężał, gdy obok przejechał wojskowy jeep i wypełniona żołnierzami ciężarówka. To był raczej niespotykany widok w tej okolicy.

– Słyszałeś o bombie? – spytał sprzedawcę szoarmy.

– Allahu akbar.. Rząd na pewno wytropi tych morderców – odparł mężczyzna.

– Inszallah. Tak nam dopomóż Bóg.

Mijał teraz bloki mieszkalne ze spłowiałym, spękanym tynkiem i suszącym się w oknach praniem. Przeszedł obok zaśmieconego parkingu, gdzie chłopcy w obdartych ubraniach grali w nogę przy świetle jedynej latarni w okolicy. Czy mu się wydawało, czy też ulica wyglądała na bardziej wyludnioną niż zwykle? Zanim dotarł do swojego bloku, rozejrzał się ostrożnie. Nie zauważył żadnych nieoznakowanych samochodów lub ciężarówek, w których by ktoś siedział. Nikt nie wałęsał się wokół pobliskich budynków. Żadnych przyczajonych sylwetek na dachach, ani robót ulicznych po godzinach. Z okien migotały ekrany telewizorów.

Doszedł do swojego bloku i zaczął wspinać się po schodach. Cuchnęło nędzą, fasolą ful i papierosami. Otworzył drzwi do siebie i zgiął się wpół jak snajper, gotów wypalić z pistoletu Dublera, ale mieszkanie było puste, a jedynym źródłem światła były uliczne latarnie. Przeszedł przez pokój i włączył mały telewizorek. Spiker, barczysty mężczyzna o spokojnym, poważnym głosie, oznajmił, że lista podejrzanych o dokonanie zamachu została już zamknięta. Na ekranie pokazała się fotografia generała Budawiego. Jak donosił zdyszany reporter sprzed pałacu prezydenckiego w Heliopolis, poza generałem Budawim, powszechnie cenionym za swój patriotyzm i heroizm, i jego adiutantem, nikt nie zginął. Pasażerowie linii lotniczych chwilowo musieli liczyć się z opóźnieniami spowodowanymi zaostrzeniem środków bezpieczeństwa wskutek ataku.

Program wrócił do popularnej egipskiej opery mydlanej. Do głównej bohaterki niedwuznacznie dobierał się jej lekarz, gdy mąż bawił w interesach poza miastem, w towarzystwie seksownej asystentki. Na następnym kanale spikerka w chuście na głowie oświadczyła, że władze poszukują cudzoziemca podejrzanego o zamach bombowy w Chan al­‍-Chalili. Przedstawiła go jako wysokiego blondyna. Wyłączył odbiornik. Jak zwykle podawali zaniżoną liczbę ofiar i wymieniali tych samych podejrzanych, co zawsze.

Rzecznik Budawiego pewnie dwoił się i troił pod potężną presją ze strony polityków, by pozbierać elementy tej łamigłówki. Jego opis odpowiadał szablonowym wyobrażeniom o cudzoziemcu. Co więcej, nie przekazano mediom żadnej fotografii. Budawi prawdopodobnie planował aresztować go w kawiarni, a dopiero potem zawracać sobie głowę fotografiami. Wygląda na to, że nie mają nic poza próbką jego głosu. Było jasne, że przeczesują lotniska w poszukiwaniu odpowiadającego rysopisowi cudzoziemca, udającego się w kierunku północnym. Tak obstawiał i na to był przygotowany. Co nie znaczyło oczywiście, że będzie łatwo. Będą mieć przecież na oku wszystkie przejścia graniczne.

Odetchnął głębiej i wytarł czoło rękawem galabii. Dalej się pocił. Za ścianą nastoletni syn sąsiada puszczał egipski hip­‍-hop. Muzyka niosła się po domu i pustej ulicy, gdy tymczasem on próbował sfatygować jeszcze bardziej dowód osobisty oraz czyścił rewolwer i skalpel. Wziął długi prysznic, stojąc w strugach chłodnej, zabarwionej rdzą wody, a przed zaśnięciem przykleił skalpel do podeszwy stopy.

Wyszedł z mieszkania tuż przed świtem, gdy na niebie nad Nilem pojawiły się pierwsze złote pasemka. Wsiadł do autobusu linii East Delta z dworca autobusowego Eltorgan do Hurghady, portu nad Morzem Czerwonym, oddalonego na południe o ponad czterysta kilometrów. Na chwilę przed tym, nim wsiadł do autobusu, kupił żywą kurę na bazarze pod gołym niebem. W autobusie panowała wściekła duchota. Zajrzał pasażerowi przez ramię do jego „Al­‍-Ahram”. Nagłówki wspominały jedynie, że oficjalne śledztwo w sprawie podłożenia bomby posuwa się do przodu.

Na posterunku wojskowym, dziesięć kilometrów przed Hurghadą do autobusu wsiadło dwóch żołnierzy, którzy sprawdzili wszystkim dowody. Szukali cudzoziemca; z bijącym sercem wmawiał sobie, że wygląda na egipskiego przedstawiciela klasy robotniczej. Sfatygowany dowód i kura poskutkowały: nie wzbudził ich większego zainteresowania. Kiedy spytali go, dokąd jedzie, powiedział, że do kuzyna w Hurghadzie i że ma nadzieję podłapać jakąś robotę w hotelu. Żołnierz wzruszył ramionami i zajął się następnym pasażerem.

W kantynie portowej w Hurghadzie przehandlował kurę za lunch i załapał się na prom do Szarm el­‍-Szejk, kurortu na południowym cyplu półwyspu Synaj. Dopłynąwszy na miejsce, udał się do publicznej toalety, gdzie zamienił galabiję i turban na koszulkę z napisem: „Rock for Africa”, szorty i ciemne okulary, które wyglądały stosownie w zestawieniu z bikini plażowiczek przesiadujących w kawiarniach w rodzaju Starbucks czy Four Seasons. Na plaży w Zatoce Naama przyłączył się do duńskiej pary podróżującej z plecakami. Poszli się napić do Camela, baru położonego na dachu, gdzie dołączyła do nich wystrzałowa szwedzka blondyna. Przedstawiła się jako modelka prezentująca bieliznę na pokazach dla nurków głębinowych i „przystojnych Arabów”. Muskając go palcami po ręce, zaproponowała, by obejrzał zachód słońca z jej pokoju, skąd widok miał być wyjątkowo urokliwy.

Zostawił ją rano, kiedy jeszcze smacznie spała, a sam przeprawił się promem do Akaby w Jordanii. Patrol graniczny przeprowadził kontrolę promu przed wypłynięciem z Szarm el­‍-Szejk, ale wystarczyło jedno spojrzenie na jego plecak, opaloną twarz i niemiecki paszport, by go puścili bez przeszkód. Po południu sączył już „Krwawą Mary” w pierwszej klasie na pokładzie samolotu Lufthansy, na trasie Amman – Frankfurt, zostawiając za sobą pościg o bezprecedensowym zasięgu w dziejach świata, który omal nie wykończył CIA, zmuszając do podejmowania dramatycznych decyzji życiowych wszystkich zaangażowanych – w tym amerykańskiego agenta o kryptonimie Skorpion.

rozdział drugi

Karaczi, Pakistan

Stalowy kontener, podwieszony do ramienia jadącego po suwnicy dźwigu, który niósł go płynnie w stronę rzędu składowanych warstwami kontenerów, zataczał łuk w powietrzu. W doku dwaj robotnicy portowi palili spokojnie papierosy w cieniu, nie zwracając uwagi na przesuwający się nad ich głową ciężar. Wiedzieli, że standardowy dwudziestostopowy kontener waży w porywach piętnaście ton, a wielki dźwig potrafi unieść trzy­‍-, czterokrotnie większy ciężar. Dźwig precyzyjnie opuścił kontener, dodając go do najwyższej warstwy jak kolejny klocek lego i zawrócił po kolejny ładunek.

W cieniu żurawia manewrom dźwigu przyglądał się mężczyzna ubrany podobnie jak robotnicy, w pomarańczowy kombinezon i kask. Nad prawym okiem miał bliznę, a jego szare oczy, niecodzienne w tej części świata, skupiały się nie na kontenerach, lecz na rozładowywanym statku. Statek, Bunga Seratai 6, średniej wielkości kontenerowiec, pływający pod flagą Malezji, był w drodze do Port Klang, na południe od Kuala Lumpur. Bunga Seratai 6, który wpłynął do portu przed dwiema godzinami, miał odpłynąć przed północą, po wyładowaniu trzystu siedemdziesięciu kontenerów i wzięciu na pokład kolejnych dwustu.

Jednak to nie kontenerowiec zaprzątał myśli Skorpiona, ani fakt, że czekał ponad godzinę i nikt się nie pojawił. Chodziło o oprawę ich rendez­‍-vous, która miała wszystkie wady improwizacji. Kontakt powinien odbywać się w specjalnej kryjówce, w rodzaju tej w rejonie Korangi. Tymczasem musiał w ostatniej chwili podjąć z punktu kontaktowego w aptece na 13. ulicy identyfikator robotnika portowego ze Wschodniego Doku. Były tylko dwie możliwości: albo była to pułapka, co znaczyło, że siatka w Pakistanie jest spalona, a on sam może nie pożyć już długo. Albo, co gorsza, sprawy wymknęły się spod kontroli i ci z Langley improwizują, co nie jest ich specjalnością. Tak czy owak, kontenerowiec był potencjalną czerwoną strefą. Podobnie zresztą jak w dużej mierze samo Karaczi. Miasto, jedna z większych metropolii na świecie i jeden z największych portów południowej Azji, stało się mekką terrorystów. Poruszali się oni bez trudu pośród milionów Pasztunów i talibów, uciekających przed plemiennymi konfliktami z północno­‍-zachodniego Pakistanu i z Afganistanu.

Był straszny upał, słońce lśniło na wodach zatoki, więc krzywił się, bo go raziło. Popijając z puszki pomarańczową gazowaną pakolę, która na przekór nazwie była zielona jak ufoludek, po raz kolejny skanował statek, dok i drogi dojścia do trapu. Wszystko toczyło się zwykłym trybem. Połyskujący w rozpalonym słońcu dźwig suwnicowy przenosił następny kontener ze statku na nabrzeże. Dwóch robotników portowych szło w stronę wózków widłowych, poza nimi w polu widzenia nie było nikogo, z wyjątkiem pracownika statku, który stał na pokładzie, w pobliżu wejścia na trap, opierając o burtę czytnik kodów. Żaden obcy nie kręcił się po terenie i nikt nie zachowywał się podejrzanie.

Skorpion zgniótł puszkę w ręku i wrzucił do kosza na śmiecie. Przeszedł przez dok, wspiął się po trapie i przystanął na górze, by pokazać swoją plakietkę identyfikacyjną, którą pobrał rano. Członek załogi, młody Malezyjczyk, porównał jego twarz z fotografią, zeskanował kod kreskowy identyfikatora i wpuścił go na pokład.

Skorpion otworzył ciężkie zewnętrzne drzwi, zamknął je za sobą i zamiast zejść na dół do ładowni, jak przystało na robotnika portowego, ruszył schodami na górę, w stronę pokładu mieszkalnego. Przestudiował rozkład statku na mapie obok wejścia na korytarz, gdzie mieściły się kajuty, po czym wszedł na wyższy poziom, na pokład dla oficerów i pasażerów statku. Doszedłszy do końca korytarza, zastukał dwukrotnie do kabiny mieszczącej się od strony nabrzeża i wszedł do środka.

Bob Harris przyjął go w pozycji bojowej, celując mu w pierś trzymanym oburącz standardowym wyposażeniem jednostek Navy SEALs – SIG Sauerem kaliber 9 milimetrów. Wyjątkowo miał na sobie szorty i podkoszulek, a nie, jak zwykle, garnitur.

– Odłóż to, bo zrobisz sobie krzywdę.

– Masz rację. Nie miałem tego w ręku od czasu szkolenia CST. – Harris odłożył broń na stolik w ciasnej kajucie.

Skorpion, zamiast usiąść, zaczął sprawdzać ściany i szafki w celu wykrycia potencjalnego podsłuchu.

– Są czyste. Kazałem dubajskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego sprawdzić je dwukrotnie – przed i po wejściu wczoraj wieczorem na pokład.

Skorpion, nie zwracając na niego uwagi, nadal przeszukiwał kajutę, wodząc palcami wzdłuż ram okien i pod parapetami. Harris przyglądał mu się przez chwilę, potem otworzył niewielką lodówkę pod telewizorem, zdjął kapsle z dwóch beck’sów i pchnął jedną butelkę w stronę Skorpiona. Włączył odtwarzacz MP3, zagłuszając ewentualny podsłuch Bruce’em Springsteenem.

Mężczyźni siedzieli teraz twarzą w twarz w ciasnej kajucie, stykając się prawie kolanami, nachyleni do siebie tak blisko, by móc porozumiewać się szeptem. Harris podniósł butelkę do ust i pociągnął łyk piwa. „Powiela szpiegowskie klisze” – pomyślał Skorpion. Harris był zastępcą dyrektora generalnego NCS, Narodowych Tajnych Służb CIA, i od lat nie działał już w terenie.

Fakt, że przeleciał pół świata, żeby odbyć improwizowane RDV poza specjalnie zabezpieczoną kryjówką CIA, a teraz próbował zachowywać się jak oficer operacji specjalnych, świadczyło o tym, że musiało rozpętać się piekło.

– Słyszałeś o zamordowaniu Budawiego w Kairze?

– Coś mówili w pakistańskiej telewizji. A co?

– Budawi był bodaj najpilniej strzeżonym obywatelem w Egipcie, o ile nie pod słońcem. Jego śmierć postawiła w stan gotowości wszystkie rządy świata. Egipcjanie zamknęli kraj tak, że mysz się tam nie przemknie. Wyciskają, co się da, z każdego informatora, jakiego do tej pory mieli lub będą wkrótce mieli, sadząc z tempa, w jakim się to rozkręca.

– I co?

– I nic. Nada. Riens. Nie wiedzą nic. My też nic nie wiemy. MI­‍-6, BND, Izrael… – Wzruszył ramionami. – Żadnym służbom wywiadowczym na całym świecie nie udało się nic z nikogo wycisnąć.

– Albo tak tylko mówią – powiedział ostrożnie Skorpion.

Ostatnim razem, gdy pracował z Harrisem, rozpracowywali planowany zamach stanu w Arabii Saudyjskiej i choć łączyło ich niejedno, zaufania nie było w tym pakiecie. Mówiono w Langley, że Harris powiedział prawdę tylko raz w życiu, kiedy sądził, że nikt mu nie uwierzy…

– Czemu tutaj? Sądzicie, że morderca ukrywa się w Pakistanie?

– Posłuchaj – powiedział Harris, dotykając ikony na ekranie komórki, po czym podał Skorpionowi podłączone do telefonu słuchawki. – Drugi głos należy do generała Budawiego.

– Pokazówkę. Właściwie – szereg pokazówek. Coś, co zapada w pamięć. – Mężczyzna mówił w fusha, klasycznej arabszczyźnie, wolnej od lokalnych naleciałości egipskich czy irackich. Pluskwa musiała być dość daleko, rejestrując hałas na zapleczu, niewyraźne rozmowy w kawiarni i dźwięki ulicy, na której doszło do ataku.

– Gdzie? – pyta drugi głos, głos Budawiego.

– Lo samat.Nie omówiliśmy jeszcze warunków – mówi cicho mężczyzna bezbarwnym tonem. Wie, że jest nagrywany, domyślił się Skorpion, słuchając dalej mordercy. – Amerykanie i ich sprzymierzeńcy będą panu zobowiązani… – Nagranie urywa się.

– Są jakieś zdjęcia?

Harris pokręcił głową.

– To był warunek RDV. Najpierw chcieli usłyszeć, co ma do powiedzenia.

– Naprawdę? Ani jednego? Po raz pierwszy w historii Egiptu Mabahit dotrzymał słowa?

Harris uśmiechał się krzywo.

– Jest niewyraźne zdjęcie odzyskane przez Mukhabarat ze zniszczonej karty pamięci z komórki. Sam telefon został rozerwany w czasie wybuchu. Na fotografii widać kawałek rękawa. Nie wiem, czy to w czymkolwiek pomoże, ale miał na sobie białą koszulę.

– Więc w czym problem? Trzeba po prostu objechać świat dokoła w poszukiwaniu faceta w białej koszuli. – Znał Harrisa nie od dziś i wiedział, że tamten nie fatygował się tylko dlatego, że odpowiada mu towarzystwo Skorpiona. – O co ci chodzi, Bob? Z Georgetown tutaj jest niezły szmat drogi.

Harris skinął na niego, żeby zbliżył się tak, że prawie zetknęli się głowami.

– Uważamy, że poprzez zabójstwo Budawiego chcieli coś dać do zrozumienia. Nie tylko to, że mogą zdmuchnąć, kogo tylko zechcą. Naszym zdaniem groźba jest realna. To coś poważnego. Powiedział: „pokazówka”. To dziwne sformułowanie. Wiedział, że jest na podsłuchu, a mimo to powtórzył je dwukrotnie.

– Jaką skalę miał na myśli?

– Nie wiemy. Mogło to być wszystko. Od samolotów, po budynki. Morderstwa. Porwania. Bomby. Zatrucie zbiorników wodnych. Zabicie wszystkich dzieci w szkole podstawowej, jak w Rosji. Nie wiemy nic! Nie wiemy, kto. Nie wiemy, gdzie, kiedy i jak. Wiemy tylko, że może to być dezinformacja. Nawiasem mówiąc, uważamy, że raczej nie jest.

– Co za „my”? Ta sama banda geniuszów, którzy „wytropili”, że Saadam pracuje nad bronią nuklearną, bo kupił uran w Afryce?

– Rabinowich z DIA. Kazał ci to powiedzieć – oświadczył Harris.

Dave Rabinowich był światowej klasy matematykiem z MIT, absolwentem Juilliardu w klasie skrzypiec, który zrezygnował z kariery koncertowej , by zostać oficjalnie uznanym za najlepszego analityka wywiadu CIA. Mówiono, że kiedy się nudzi, gra w myślach w szachy, jednocześnie wyznaczając w pamięci liczby pierwsze. Skorpion widział go raz w takiej akcji, podczas lunchu w Clyde’s, w Georgetown. Rabinowich należał też do niepokornych, którzy nigdy nie ulegają odgórnym naciskom ani presji większości. Jego raporty były precyzyjne, metodyczne, poprzedzone wszechstronną analizą i zwykle, o ile nie zawsze, nieomylne. Fakt, że Dave przesyłał mu wiadomość osobiście, wskazywał na to, że groźba jest realna.

Teraz rozumiał, dlaczego Harris przeleciał pół świata, żeby się z nim zobaczyć, chociaż przecież tę samą wiadomość mógł mu przekazać oficer operacyjny. To nie była robota dla CIA. Zlecenie pochodziło z wyższego szczebla. Co najmniej od dyrektora Wywiadu Narodowego, który miał pod sobą wszystkie agencje wywiadowcze USA.

– Wspomniał o „Amerykanach i ich sprzymierzeńcach” – zauważył Harris. – To stawia nas na linii ognia, w dodatku nie mamy żadnych wskazówek poza tym, że ich posłaniec dowiódł swoich umiejętności i raczej od dawna nie ma go już w Egipcie, a my nie wiemy, ani kim jest, ani kogo reprezentuje, czy choćby jak się wydostał z Egiptu.

– Wiele jednoczesnych ataków. Myślisz, że to Al­‍-Kaida?

Harris pokręcił głową. We włosach pojawiły mu się już pierwsze siwe nitki, ale w tej chwili wyglądał, jakby nadal był tamtym, jasnowłosym absolwentem. „Jest jak bardziej wyrafinowany Brad Pitt” – orzekła kiedyś pewna analityczka, patrząc rozmarzonym wzrokiem na stare zdjęcie. „Tak, z odruchami społecznymi Hannibala Lectera” – uzupełnił jej kolega.

– Tak też uważa NSC – odparł Harris. – Również Departament Bezpieczeństwa Krajowego i DCI. – Znów skinął na Skorpiona, żeby się przysunął. – Rabinowich podejrzewa Hezbollah.

– Hezbollah i Bractwo Muzułmańskie? Nie wkładałbym ich do jednego garnka.

– Taka jest obiegowa opinia – wyjaśnił Harris dobrotliwie, jakby był świętym Franciszkiem a nie wściekłym karierowiczem z CIA.

– Ale Rabinowich jest odmiennego zdania. Dlaczego?

– Z dwóch powodów: Po pierwsze w komputerze Budawiego spotkanie w kawiarni było zapisane jako: „Palestyńczyk”. Po prostu: „Palestyńczyk”. Ani słowa więcej w aktach Mabahitu. Jeśli Budawi wiedział cokolwiek więcej, zabrał swoją wiedzę do grobu. Poza tym – drobne tropy w sieci. Coś tam przechwycił COMINT z NSA, coś, gdzieś, MASINT z DIA, Biuro Obrony Narodowej ma jakieś pogłoski od informatora z podziemia, który uchodzi za średnio wiarygodnego. Żadnych tropów. Żadnych konkretów. Nic, co mógłbyś przyszpilić, czy choćby oszacować prawdopodobieństwo. Brak nam tego, co Rabinowich nazywa „podteksturą”. Twierdzi, że to on wymyślił to słowo. Wystąpił nawet o prawa autorskie do niego.

– Czemu więc miało służyć zabójstwo Budawiego?

– Może było gestem Hezbollahu w kierunku Bractwa? – Harris wzruszył ramionami. – Miska fig dla przypieczętowania paktu?

– Lub, jak mówiłeś, mógł to być sygnał.

– Ale do kogo skierowany? Do Egiptu, Izraela, do nas?

– Do arabskich reżimów. Informacja, że w grze pojawił się nowy pionek.

– Ciekawe, Rabinowich mówi to samo.

– Zdawało m się, że nie lubisz Rabinowicha?

Harris skrzywił się.

– Nie lubię. Nie gra w zespole. Ty zresztą też.

– Zgadza się. – Pora wyłożyć karty na stół. – Czego chcesz, Bob?

– Jesteś inteligentnym chłopcem, więc sam mi to powiedz. – Harris odchylił się do tyłu, zakładając rękę na rękę.

– Rabinowich ma rację. A skoro ma, to twoja kolej nadstawić tyłek, co mnie ani trochę nie rusza. W każdym razie po Arabii Saudyjskiej.

– Tyle tylko, że to nie o nas chodzi – zauważył Harris.

Przez chwilę milczeli obaj. Skorpion łyknął piwa i odstawił butelkę.

– Czy Rabinowich wierzy, że to był Palestyńczyk? A Hamas?

– Nie wiemy. Uważa się, że raczej nie. Zapewne jest to jakiś kryptonim, który ma nas wpuścić w maliny. Prawda jest taka, że nie mamy nic, poza jego głosem. I tyle.

– I to martwi cię w tym wszystkim najbardziej? – Umilkł. Gdzieś z głębi statku dobiegł łoskot stali uderzającej o stal – kontener musiał uderzyć w klapę ładowni. Zabrzmiało to jak groźny omen. Coś było nie tak. Szczęście nie opuszczało go przez wiele lat, ale wszystko kiedyś się kończy. Jakiś głos mówił mu, żeby w to nie iść. Patrzył, jak Harris sączy piwo, udając, że są kolegami, a nie facetami, którzy szczerze się nie znoszą. Harris nie odbył tej podróży z własnej woli. Przyleciał, bo nie miał wyboru.

Odetchnął głębiej.

– Co to za misja? – spytał.

– Operacja Specjalnego Dostępu Kryzysowego. Koordynujemy działania z NSA, Specjalnym Dostępem Kryzysowym, DIA, FBI, służbami rządowymi i wszystkimi możliwymi służbami wywiadowczymi na świecie, w tym z takimi, których kongres zabrania nam wymieniać. Osobiście dowodzę operacją. Foley koordynuje ją z ramienia Langley. Anderson – FBI. Generał Massey ze strony Agencji Wywiadu Obronnego. Środki bezpieczeństwa ulegną zaostrzeniu we wszystkich większych miastach USA i w każdej stolicy świata. Ruszył już pościg na skalę, jakiej świat nie widział. Każda agencja i wydział Departamentu Obrony Narodowej pracuje na okrągło, przez całą dobę, analizując napływające dane.

– I to wszystko z powodu Budawiego? Nie ściemniaj. Co przede mną ukrywasz?

– Nic – odparł Harris, studiując uważnie swoje paznokcie. Gdyby osobnik tak wykrętny jak Harris mógł przejawiać jakiekolwiek prawdziwe uczucia, Skorpion obstawiałby, że jest nieźle spietrany.

– Nie jestem dziewicą, Bob. Nie potrzebuję gry wstępnej. O co biega?

Harris pokręcił głową.

– Muszę wiedzieć. – Skorpion wiedział, że dyrektor wydziału ma prawo do nieudzielania informacji, aby „niepotrzebnie nie obciążać” agenta wywiadu. Miał wiedzieć tylko to, co jest mu absolutnie niezbędne. Niestety, miał najgorsze przeczucia. Przez okno kajuty patrzył na błękit Morza Arabskiego rozpościerającego się za falochronem. Bruce Springsteen zaczął już tańczyć w ciemnościach. Zaległo milczenie.

– Wytoczyliście przecież ciężką artylerię. W czym tkwi problem? – Skorpion przerwał w końcu ciszę.

– Nie uda się nam. Mam złe przeczucia odnośnie do tego Palestyńczyka. Jest dobry. Za dobry, a w dodatku absolutnie bezwzględny. Cokolwiek wymyślimy, zawsze znajdzie jakiś sposób. Tu właśnie jest pole dla ciebie. Chcę, żebyś działał sam, na własną rękę, zupełnie niezależnie od wszystkiego i wszystkich w Agencji. Będziesz miał na każde zawołanie nieograniczony dostęp do danych. Możesz szastać pieniędzmi. Jeśli chcesz, mogę ci dać prywatny numer do Przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. Możesz wzywać do pomocy pieprzonych marines. Masz tylko jedno zadanie. Powstrzymać Palestyńczyka, tak jak potrafisz. Nikt nie będzie cię o nic pytał.

– To będzie śmierdząca robota. Zdajesz sobie z tego sprawę.

– Wszystkie środki są dozwolone.

Czekał. Wziął do ręki butelkę beck’sa, ale nie pił. Jedynym dźwiękiem, oprócz Springsteena, były odgłosy maszyn portowych. Ktoś w doku krzyknął coś w urdu. Skorpion był wolnym strzelcem, więc prędzej czy później zawsze pojawiała się kwestia wynagrodzenia. W końcu Harris podjął ten temat.

– Podwójna standardowa pensja plus potrójna premia, gdy Palestyńczyk zostanie… – zawahał się – …unieszkodliwiony. Pierwszą połowę będziesz miał w ciągu godziny na luksemburskim koncie.

„Chryste, muszą nieźle robić w portki. Harris nawet okiem nie mrugnął na taką kupę szmalu. Co tu, u diabła, jest grane?”.

– Hezbollah to Liban. Nie ufam oddziałowi w Bejrucie – powiedział, odstawiając butelkę.

– Rabinowich jest tego samego zdania. Nie kontaktuj się z nimi. Rób to tak, jak ci się podoba. Czeka na ciebie plecak z furą paszportów, kart kredytowych, kasą, kontaktami, bronią – czyli standard. Do podjęcia na 13. ulicy.

Następnie Harris podał mu nazwę sieci, przez którą będą się kontaktować, hasło awaryjne i hasło dodatkowe, które Koenig, dawny mistrz Skorpiona, zwykł nazywać przyciskiem katapultującym pilota.

– Coś jeszcze? – spytał.

Skorpion podniósł się z miejsca.

– Muszę złapać samolot

– Masz dwa tygodnie. Góra – rzucił Harris.

rozdział trzeci

Bejrut, Liban

Fuad siedział przy oknie w wewnętrznej części Café de Paris nad café au lait, udając, że czyta numer „Spécial” z seksownie wydekoltowaną libańską aktorką na okładce. To był sygnał dla Skorpiona, że jest czysto. Gdyby w kawiarni siedział ktoś z opozycji, ktokolwiek z dwunastu różnych frakcji libańskich zwalczających jego ugrupowanie, Brygada 14 Marca, zamknięte pismo leżałoby na stoliku.

Skorpion usiadł naprzeciwko Fuada, rozglądając się dookoła. Kawiarnia na rue Hamra, z pomarańczową markizą i kolorowymi krzesłami, była swoistą instytucją, a większość klienteli, jak zauważył, była w podeszłym wieku. Siwi mężczyźni, którzy nigdy nie rozstali się z marynarką, i eleganckie panie w „pewnym wieku”, wciąż z doskonałą figurą. Wyglądali, jakby spotykali się od lat dziewięćdziesiątych, kiedy kawiarnia była ulubionym miejscem spotkań polityków, dziennikarzy i szpiegów.

– Salam alejkum – powiedział Fuad, potrząsając niezdarnie dłonią Skorpiona, a przy okazji przekazując mu płaski pendrive.

– Wa alejkum esalam. Jakoś tu spokojnie – stwierdził Skorpion. – Un café turc, s’il vous plaît7– rzucił do kelnera.

– Studenci wysiadują teraz w Starbucksie. Dawny Liban to przeszłość. – Fuad zapalił papierosa. Mówił z akcentem druzyjskim, z charakterystycznym gardłowym qâf8. – Zdjęcie jest na pendrivie – szepnął, nachylając się, by pokazać Skorpionowi fotografię mężczyzny w zachodnim stroju, z kraciastą arafatką wokół szyi, który stoi na balkonie w apartamentowcu i rozmawia przez komórkę.

– Salim? – upewnił się Skorpion.

– Tak, to on.

– Skąd będę wiedział, że to on? Mężczyznę na balkonie sfotografowano teleobiektywem. To może być każdy.

– Mówi ci coś nazwa Szuejfat?

– Wioska druzyjska, na wschód od lotniska.

– W nocy przyszedł Hezbollah. Wzięli czterech chłopców. Jednym z nich był Badi, mój bratanek. Zanim go zabili, wyłupili mu oczy. To jest Salim – zapewnił Fuad, pukając palcem w komórkę. – Ilu będziesz potrzebować? – Przerwał, czekając, aż kelner poda Skorpionowi czarną jak smoła kawę i odejdzie.

– To zależy. Czy on kiedykolwiek wychodzi?

– Czasami. – Fuad rozejrzał się dokoła. – Ma kobietę w Aszrafijji.

– Skąd wiesz?

– Jest jedną z nas. – Skorpion uniósł brwi, ale milczał. – Jej matka była druzyjką – wyjaśnił Fuad.

– Ufa jej na tyle, że bywa u niej?

– Powinieneś ją zobaczyć. Ciemnowłosa, ciemnooka… – Fuad próbował znaleźć odpowiednie słowo. Wykonał rękami gest, jakby miał dotknąć czegoś niezwykle wyrafinowanego i drogocennego. – Piękność.

– Gdzie mieszka?

– Na Barudi, koło Szari’ Abdel Wahab. Wiesz, gdzie to jest?

– Koło stadionu piłki nożnej? To droga okolica. Skąd bierze na to pieniądze?

Fuad poruszył się nerwowo.

– Jest piosenkarką. Patriotką.

– Jest z wami?

Fuad przytaknął

– Czy to dla niej też będzie koniec? – spytał.

– Będziemy próbowali udawać, że też jest ofiarą. Może jej nie zabiją.

– Na którym piętrze mieszka?

– Na siódmym. Budynek ma dziewięć pięter.

– Z iloma ludzmi przyjeżdża do niej?

– Zwykle z siedmioma. Dwa SUV­‍-y. Czterech w jednym i trzech z nim, w drugim. Wszyscy noszą AK­‍-47.

– Czy któryś z nich wchodzi z nim do mieszkania?

Fuad pokręcił przecząco głową.

– Zostawia dwóch na straży przed drzwiami, na klatce, reszta czeka na dole albo przed domem.

– Obejrzę to sobie, a potem zadzwonię do ciebie. Sądzę, że wystarczy nas dwóch i jeszcze dwóch w samochodzie, którzy zapewnią nam odwrót. Ale do ostatniej chwili nikt nie może wiedzieć, kim jest cel, po co i dokąd jadą. Zrozumiano?

– Naturalnie. Tylko nas dwóch?

– Im nas mniej, tym lepiej. – Widział, że Fuad jest zaniepokojony. – Wystarczy. Dyskrecja więcej znaczy od ilości broni.

Fuad pochylił się i w palcach zdusił żarzący się koniec papierosa.

– Zabijemy go?

Skorpion milczał.

– Musi zginąć – powiedział Fuad. – Jaka jest cena?

– Sześćdziesiąt M­‍-16, dziesięć granatników M203 i dwa karabiny maszynowe M­‍-240B. Tysiąc dolarów amerykańskich dla każdego z twoich ludzi i dziesięć dla ciebie – szepnął Skorpion, wstając z miejsca. – I włos nie może mu spaść z głowy. Musi zostać schwytany cały i zdrowy. W przeciwnym wypadku nie dostaniecie nic.

Maaszu. Mafi Muszkila9. „Łże, mówiąc, że się na to zgadza – pomyślał Skorpion. – W swoim czasie będzie trzeba się tym zająć”.

– Inszallah. Ma’a salaama10. – Na odchodnym lekko klepnął Fuada po ramieniu.

– Allah isalmak, habibi11 – odparł Fuad, nie patrząc na niego.

Na ulicy złapał taksówkę i teraz w towarzystwie dwu kobiet – jedna miała chustę na głowie – i studenta zmierzał w stronę korniszu12. Zatrzymał taksówkę na Ku’uait, przeszedł na drugą stronę ruchliwej ulicy i wskoczył do taksówki jadącej w drugą stronę, do miasta, sprawdzając, czy nikt nagle nie zawraca i nie rusza za nim. Wysiadł na Fakheddine, odczekał aż taksówka odjedzie, po czym wszedł do japońskiej restauracji i wyszedł tylnymi drzwiami. Stamtąd bocznymi uliczkami przeszedł parę przecznic dalej, do HIGH­‍-RISE, wieżowca na Omar Dauk, gdzie rano wynajął umeblowany pokój. Gdy do niego dotarł, natychmiast podszedł do okna, lustrując ulicę zza firanki, ale nie zobaczył nic niepokojącego. Ot, zwykły ruch uliczny. Ponad ulicą widział bok Hotelu Ramada, a za nim, aż po horyzont, rozpościerał się błękit Morza Śródziemnego.

Podszedł do stołu, włączył laptopa i przerzucił obraz z pendrive’a Fuada do komputera, po czym otworzył go w Photoshopie. Mężczyzną na fotografii był Selim Kassim, wicesekretarz Nazrullahu i członek Al­‍-majdżlis Al­‍-Markazis, Centralnej Rady Hezbollahu. Skorpion był zainteresowany nie tyle jego twarzą, ile jego komórką. Powiększył zdjęcie tak, że piksele były nieomal widoczne, by ustalić, jakiego konkretnie modelu nokii używa Kassim. Posługując się kryptograficznym tokenem RSA, wmontowanym w działającą kartę kredytową, zalogował się na stronie Amerykańskiego Stowarzyszenia Eksporterów Zbóż, której Harris używał jako przykrywki dla operacji. Kod, wygenerowany losowo przez komputer, w połączeniu z hasłem pozwolił mu zainicjować wirtualną sieć prywatną, ze specjalnym portem na stronie, posługującym się zaawansowanym protokołem DTLS, tym samym otwierając tunel sieciowy o wysokim poziomie zabezpieczeń, o wiele trudniejszy do zhakowania niż standardowy SSL wykorzystywany w tak zwanych bezpiecznych sieciach, stosowanych choćby w bankach. Po połączeniu wykonał wszystkie zaplanowane czynności. Dopiero potem rozpakował walizkę, metodycznie, jeden po drugim, sprawdzając swój sprzęt, w tym 9­‍-milimetrową berettę z tłumikiem. Od tej chwili nie miał zamiaru poruszać się więcej bez broni.

Po wyjściu na zewnątrz złapał taksówkę do Aszrafijji. Zatrzymał się w biurze nieruchomości, gdzie gwizdnął kilka wizytówek agentowi próbującemu zainteresować go kondominium w dzielnicy Dar el Mreyseh.

– Pas maintenant13 – powiedział agentowi, używając francuskiego jako uwiarygodnienia swojej spreparowanej tożsamości, po czym przejechał taksówką na Barudi, dwie przecznice od celu. Bacznie przyjrzał się ulicy i budynkowi, które właśnie minął, a potem obszedł teren dokoła. W holu wsunął portierowi do ręki jedną z wizytówek i trzydzieści tysięcy lirów. Prosząc o dyskrecję, poinformował, że ma klienta zainteresowanego tą lokalizacją. Wjechał windą na samą górę, po czym zszedł po schodach na siódme piętro i obejrzał korytarz, planując, co i jak zrobi, kiedy tu wróci.

Potem wyszedł na zewnątrz i zadzwonił do Fuada. Reszta dnia upłynęła mu na przesiadaniu się z taksówki do taksówki i dalszych przygotowaniach.

Fuad zadzwonił następnego dnia o zachodzie słońca. Skorpion siedział w kawiarni przy nadmorskim korniszu, w pobliżu Gołębich Skał. Rząd palm szeleścił na wietrze. Smukła młoda dziewczyna w minispódniczce szła pod ramię z dziewczyną w czarnej chuście hidżab i obcisłych, markowych dżinsach. Obie się zaśmiewały. Morze nabrało koloru złotej czerwieni. Bejrut wydawał się najbardziej czarownym miastem na kuli ziemskiej. Kelner gawędził z barmanem o zbliżającym się meczu Pucharu Azji w piłce nożnej między Libanem a Jordanią, a na ekranie telewizora za barem egipska piosenkarka śpiewała rzewnie o miłości.

„Jak dobrze znów słyszeć arabski” – pomyślał. Dawno nie miał kontaktu z tym językiem i tęsknił za nim – za jego melodyjnością i wyrazistością, które przypominały mu dzieciństwo na pustyni Arabii Saudyjskiej, które przerwała nagła śmierć ojca, inżyniera naftowego. Słysząc tę mowę, wracał do świata beduińskiego szejka Sajeda, który był mu bliższy niż rodzony ojciec, którego prawie nie znał.Przypominał też sobie cudowne chwile, gdy jako chłopiec oglądał nocą rozgwieżdżone pustynne niebo. Pamiętał też koniec świata Beduinów, kiedy zaczęły się liczyć tylko pieniądze i nafta, a on jechał do Stanów studiować na Harvardzie.

– Musisz dowiedzieć się, kim jesteś, mój dhimmi14 – pożegnał go szejk Sajed.

Wspominał właśnie tamte chwile i to, jak przerwał studia, by walczyć w Afganistanie, a potem z Delta Force na Bliskim Wschodzie – bo czuł się w pewnym sensie, jakby wracał do domu – gdy zadzwoniła komórka. Słuchał przez chwilę rozmówcy.

– D’accord15 – rzucił, zamykając telefon.

Zarzucił plecak przez ramię i ruszył wzdłuż kornisza. Fale uderzały rytmicznie o brzeg, a on myślał w kółko o tym, co usłyszał. Szczęście im sprzyjało. Informator pracujący w garażu w południowym Bejrucie zauważył, jak odprowadzano samochód Kassima, i zadzwonił do Fuada. To znaczyło, że spróbują już niedługo, ale w planie było sporo słabych punktów. Po pierwsze mogło dojść do wymiany strzałów i zbłąkana – albo nie całkiem zbłąkana – kula może trafić Kassima. A on musiał być cały i zdrowy, by plan Skorpiona się powiódł. Po drugie kobieta musi zostawić otwarte drzwi na balkon, bo inaczej będą musieli je stłuc, co ostrzeże Kassima i stojących pod drzwiami jego mieszkania strażników, a to może skończyć się strzelaniną. A nawet jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, problemem będzie zachowanie Kassima przy życiu, bo Fuad miał silną motywację, żeby go zabić. No i zostawał problem ucieczki, gdyż Hezbollah, który ma swoich informatorów w całym Libanie, zacznie im deptać po piętach po godzinie, o ile nie kwadransie. W dodatku musiał zrobić to wszystko tak, żeby ani Kassim, który był bodaj najtęższym umysłem Hezbollahu, ani nikt w Radzie Centralnej nie przejrzał jego prawdziwego planu odwrotu.

W pewnym sensie to, co robił, było przeciwieństwem rutynowej procedury wywiadowczej, w której tajną drogą przekazywałeś zebrane dane oficerowi operacyjnemu. Normalne postępowanie wywiadu w takich sytuacjach przypominało zarzucanie sieci w poprzek rzeki, a następnie obserwowanie, co w nią wpada, aby wyłowić poszukiwaną rybę. Chcąc złapać taksówkę, by udać się na spotkanie w centrum, rozmyślał, że tym razem jednak musi przyspieszyć cały ten proces, bo zegar tykał i bomba mogła w każdej chwili eksplodować. Musiał więc teraz przejść do aktywnych posunięć wywiadowczych, póki przeciwnik w ogóle nie domyślał się jego powiązań z CIA.

Godzinę później czekał w restauracji, aż Fuad wróci od telefonu przy barze. Kelner poinformował ich, że dzwoni niejaki Hamid. „Żadnych więcej telefonów na komórkę dziewczyny” – ostrzegł Fuada. Po wszystkim Hezbollah będzie analizować wszystkie jej połączenia. Przyglądał się ulicy i reflektorom samochodów nakładających się na szybie z odbiciem wnętrza kawiarni. Gdy Fuad wrócił do stolika, wyraz jego twarzy świadczył o tym, że się zaczęło. Dziewczyna dzwoniła, bo Kassim był już w drodze.

– Jalla!16 – krzyknął Fuad. Ruszyli w stronę SUV­‍-a.

Skorpion z Fuadem zostawili dwóch druzyjskich strzelców w samochodzie, zaparkowanym w podziemnym garażu za rogiem, ze zgaszonymi światłami i wyłączonym silnikiem, żeby słyszeć ewentualne strzały, a sami wyszli tylnym wyjściem obok śmietnika. Skorpion otworzył wytrychem zamek i ruszyli po schodach, przystając przy najmniejszym nawet hałasie, póki nie weszli na dach. Wypakowali broń, noktowizory i założyli na siebie ekwipunek. Ostrzegł Fuada, by nie hałasował i poruszał się tak, żeby być niewidocznym z innego budynku albo z dołu, po czym zostawił go kucającego w bezpiecznej odległości od krawędzi dachu, a sam wrócił do wnętrza budynku, schodząc po schodach na piętro nad mieszkaniem dziewczyny. Poruszał się bezszelestnie z wyjątkiem chwil, gdy przeciął kable doprowadzające światło na piętro, które teraz pogrążyło się w mroku, i gdy z ledwie słyszalnym metalicznym szmerem nakręcał tłumik na broń.

Skorpion czekał, pocąc się w ciemnościach. Gdzieś z oddali dobiegał go dźwięk telewizora. Ktoś oglądał popularny program, który miał wyłonić kolejną gwiazdę libańskiej muzyki rozrywkowej. Podskoczył, nieomal upuszczając komórkę, gdy zaczęła wibrować i dokładnie w tej samej chwili usłyszał nadjeżdżającą windę. Przywarł do ściany, starając się być niewidocznym. Drzwi windy rozsunęły się i usłyszał ciche kroki mężczyzn. Czuł, jak jeden z nich zbliża się w jego stronę, zapewne usiłując przeszyć wzrokiem panujący tu mrok. „Możliwe, że zaraz akcja się skończy” – pomyślał, ustawiając broń do strzału.

Usłyszał jakiś głos. To musiał być Kassim.

– Potrzebuję najwyżej godzinę.

Rozległo się stukanie do drzwi.

– Hajil, habibi