Zdrada scenarzystów - Nerkowski Wojciech - ebook + książka

Zdrada scenarzystów ebook

Wojciech Nerkowski

3,8

Opis

Dynamiczny montaż, zabawna intryga i cięte riposty. Scenarzyści w najlepszej formie!

Ekscentryczna ekipa filmowców wyrusza na Teneryfę kręcić kryminał pod tytułem „Spisek scenarzystów”. Wszystko miało iść jak z płatka, lecz już pierwszego dnia na planie dochodzi do zabójstwa jednego z głównych aktorów. Scenarzyści rozpoczynają własne śledztwo. Kuba popada w paranoję, a Sylwia próbuje przemówić ekipie do rozsądku. Ich śledztwo nabiera rumieńców, bo morderca nie zwalnia tempa i wysyła sygnały, że na jednym trupie nie skończy.

Zamieszanie wokół filmu sprzyja promocji i sławie, dlatego wydaje się, że to był czyjś precyzyjny plan. Tylko kto mógł wpaść na tak przewrotny pomysł? Czy przebojowym filmowcom uda się odnaleźć mordercę, zanim sami staną się ofiarami?

Wojciech Nerkowski – scenarzysta „BrzydUli” i „M jak miłość” odsłania ciemną stronę planu filmowego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (32 oceny)
12
10
5
2
3

Popularność




Copyright © by Wojciech Nerkowski, 2018

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Malwina Błażejczak

Korekta: Słowne Babki

Pro­jekt okład­ki: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7976-844-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

To

poniedziałek, 23 stycznia

1

– Ja nie żartuję! – grzmiała wściekle ruda, trzymając w wyciągniętych rękach pistolet. Zionęła agresją i ociekała seksem, a w oku miała błysk szaleństwa. Jej twarz o alabastrowej cerze była arcydziełem mistrzów medycyny estetycznej. Gdyby nie żylaste ręce i powoli więdnąca szyja, można by ją wziąć za trzydziestolatkę, choć w rzeczywistości mogła być matką takowej.

Takowej na przykład Sylwii Leśniewskiej, która jak zahipnotyzowana wpatrywała się w lufę pistoletu, drżącą pod wpływem kolejnych wrzasków rudej kuguarzycy.

– Nie ruszać się, gnoje. Jak Boga kocham, zastrzelę… – Grażyna przeszła prawie do szeptu. Wiedziała, że działał on na odbiorcę jeszcze mocniej niż krzyk.

Była świetną aktorką. I choć Sylwia wiedziała, że to nie dzieje się naprawdę, czuła emocje. Napięcie i strach. A przecież nie oglądali ukończonego filmu, a jedynie scenę castingową, i to na małym ekranie laptopa. Ujęcie pozbawione montażu, dobrego dźwięku, korekty barwnej, kostiumów i scenografii można było porównać do naturalnie pięknej kobiety bez makijażu.

– Myśleliście, że co? Że mnie przerobicie?! – zawyła Grażyna, aż głośniczki zacharczały. – Niedoczekanie, zasrańcy.

Aktorka nie miała żadnych zahamowań. Szła na całość. Wczepiła się w swoją postać zębami i pazurami, z każdej kwestii wydobywając maksimum, mimo że scenariusz został wykastrowany z wulgaryzmów, co stłumiło jego siłę przekazu. Decyzję w tej sprawie podjęła producentka, żeby film był rozpowszechniany bez ograniczenia wiekowego szesnaście plus.

Sylwia nie wytrzymała i nacisnęła spację. Na ekranie laptopa wyświetlała się lekko rozmazana stopklatka: twarz Grażyny wykrzywiona w grymasie furii. I lufa pistoletu, którym celowała prosto w kamerę.

Wróciły wspomnienia sprzed prawie trzech lat. Lepkie i nieprzyjemne. Sylwia o włos nie straciła wówczas życia. Wariatka z bronią, w którą wcielała się teraz Grażyna, wzięła ją wtedy jako zakładnika. Wrzuciła do bagażnika samochodu, zostawiła na pewną śmierć przez utonięcie.

A teraz będą kręcili o tamtych wydarzeniach film. Do którego Sylwia, namówiona przez brata, napisała scenariusz. Długo się opierała, ale w końcu uległa. Kuba uważał, że nie mogą stać w miejscu i wiecznie pisać serial. Czas najwyższy na debiut na wielkim ekranie.

– Mocne! Prawda? – Producentka Lidia Wybicka przeczesała blond loki, a kilogramy złotych bransolet, którymi dociążała nadgarstki, rozdzwoniły się. – To będzie film roku, superprodukcja! Patryś Vega może nam czyścić buty.

– Wiadomo, świetne dialogi! – Kuba rozparł się w fotelu, przyjmując nonszalancką pozę. – Historia też niczego sobie…

– Tylko pamiętajcie… To wszystko może runąć! – Producentka nagle spoważniała. – Jak domek z kart, jak zamek z piasku. Dziś jest nasza szansa. Ostatnia! Rozumiecie?

– Aż tak źle? – spytała Sylwia.

– Gorzej. Więc nie spieprzcie tego, błagam. – Lidia spojrzała na złoty zegarek zdobiący jedną z bransolet. – Jak ja się denerwuję! A lekarz mi zabronił. Gdzie on jest? No gdzie? Już miał być!

Siedzieli we trójkę przy stoliku na rozległym tarasie Grand Parker Hotel, z zapierającym dech w piersiach widokiem na Zatokę Neapolitańską, strzegący ją zamek Castel dell’Ovo oraz na dachy luksusowej dzielnicy Chiaia. Hotel też był luksusowy, cena za pokój przyprawiała o zawrót głowy, ale Lidia uparła się, że jeśli ich misja ma być zwieńczona sukcesem, muszą wywrzeć na rozmówcy wrażenie. Siłą rzeczy nie mogą nocować w „jakimś zapyziałym hostelu czy innej bursie”.

– Ale wiesz co… – Kuba się wyprostował. – Grażyna nie może zagrać Palomy. W ogóle nie powinna u nas grać.

– A dlaczegóż by nie? – obruszyła się Lidia, po czym nerwowo obróciła głowę. – Czekaj, chyba idzie!

W drzwiach prowadzących na taras pojawił się kelner.

– To nie on. No i gdzie on jest?!

– Nie rozumiem, jak można tego nie rozumieć. – Kuba wrócił do tematu.

– No zabij mnie, ale nie rozumiem!

– Pokażesz jakieś inne? – spytała Sylwia, próbując skierować rozmowę na inne tory.

Z doświadczenia wiedziała, że brat i producentka uwielbiają czerpać energię z kłótni. Kilka godzin wcześniej, podczas przesiadki na lotnisku Malpensa w Mediolanie, przez dobre pięć minut przekrzykiwali się, w którym kierunku należy pójść, żeby nie spóźnić się na samolot do Neapolu. Zapewne kłóciliby się do samego odlotu, gdyby Sylwia nie zapytała o drogę mijających ich dwóch carabinieri.

– Co inne mam ci pokazać? – Lidia obrzuciła Sylwię niechętnym spojrzeniem.

– Aktorki do roli Palomy.

– Nie ma żadnych innych. To już zdecydowane. Skupcie się, on tu zaraz będzie!

– Zaraz… Zaprosiłaś na casting tylko Grażę? – Kuba spojrzał na nią z niedowierzaniem. Sylwia już żałowała, że w ogóle poruszyła ten temat.

Zaskoczona ich oporem Lidia, zwana Palomą Bis, nie odpowiedziała od razu. Obmyślając ripostę, odkroiła spory kawałek skropionej oliwą mozzarelli, prawdziwej, z mleka bawolic, wsunęła do ust i zaczęła przeżuwać nerwowo, popijając różowym winem z eleganckiego kieliszka ze rżniętego szkła.

Wiał lekki wiatr, było słonecznie i ciepło jak na styczeń na południu Włoch.

– Przestańcie mnie sekować! – rzuciła po chwili Lidia, przełknąwszy ser i nabrawszy spory zapas powietrza, który zwiastował tyradę. – Co się tak nagle zajęliście obsadzaniem ról? Scenarzyści do piór, do klawiatur, a nie się wcinać w casting!

– Lidia, nikt cię nie sekuje… – Sylwia próbowała łagodzić sytuację.

– Co to w ogóle za słowo? – skrzywił się Kuba, biorąc do ręki kieliszek. – Sekować.

– Jeszcze polskiego mam was uczyć? – Lidia sięgnęła po komórkę w złotym etui. – Tacy z was literaci, jak z koziej dupy trąba.

Odblokowała ekran i zaczęła wstukiwać coś nerwowo. Paznokcie miała krótkie, ale wypielęgnowane, pomalowane lakierem w modnym kolorze nude.

– Ale po co nas obrażasz? – Kuba przewrócił oczami.

– Wszyscy jesteśmy zdenerwowani… – Sylwia starała się, jak mogła, ale nie za bardzo jej wychodziło.

– Chwila! Zobaczmy, co na to Bralczyk z Miodkiem. O proszę, jak akuratnie, skoro jesteśmy w Italii. – Lidia podniosła rękę z wyprostowanym palcem wskazującym. – Z włoskiego seccare: dręczyć, dokuczać, prześladować.

Leśniewscy wymienili spojrzenia. Gdzieś z tyłu i w oddali zabrzmiała melodyjna syrena ambulansu przedzierającego się przez uliczki Vomero, zupełnie inna niż ta w Polsce. Producentka odłożyła komórkę i odkroiła kolejny kawałek mozzarelli, po czym sięgnęła po sól.

– Lidia, posłuchaj… Chodzi o to, że Grażyna jest częścią tego filmu, w sensie scenariusza… – odezwała się Sylwia, skubiąc leżącą na kolanach serwetkę. – To będzie chaotyczne, mylące. Bo w filmie będzie Grażyna w roli Palomy i ktoś inny w roli Grażyny…

– No na przykład Figura – powiedziała z pełnymi ustami Lidia. Przełknęła ser i się zamyśliła. – Chociaż Figura mogłaby zagrać mnie… Jednak nie, za stara. Liszowska może?

– Widzom się pomiesza… – Sylwia poczuła, że wino, choć wypiła ledwie pół kieliszka, zaczyna szumieć jej w głowie. Urwała kawałek ciabatty i zamoczyła w oliwie wylanej na talerzyk. Pieczywo było prosto z pieca, pachnące. Oliwa wspaniała, niefiltrowana, taka, że drapała przełyk.

Siedzący naprzeciwko siostry Kuba wbił zęby w spłaszczoną kulę mozzarelli, którą trzymał na widelcu niczym lód na patyku. Odgryzł spory kawałek i pokiwał głową, dając do zrozumienia, że zgadza się z siostrą, po czym sięgnął po szklaną pieprzniczkę w kształcie cylindra i doprawił ser.

– Za bardzo postmodernistyczne – zawyrokował.

– No właśnie! Postmoderna! – ucieszyła się Lidia, sięgając do przepastnej torby ze skóry cielęcej, którą przezornie położyła wcześniej na wolnym krześle. – Musimy się czymś wyróżnić, wyrwać się z tego tłumu, szarej masy, z tej… tłuszczy!

Kuba wzruszył ramionami.

– Ale po co?

– Bo żyjemy w zalewie bomby megabitowej, jak powiedział nasz wielki rodak.

– Papież? – zdziwił się Kuba, uciskając nasadę nosa, by powstrzymać kichnięcie.

– Stanisław Lem. – Paloma Bis posłała mu kwaśny uśmiech. – Wyróżnij się lub giń. Więc musi być pierdolnięcie. Po prostu musi!

Koniec końców, Kuba kichnął, drugi raz, trzeci, a producentka wyciągnęła z torby flakon czerwonych jak krew perfum Duchess Rose i spryskała się nimi tak, jakby odprawiała rytuał religijny: prawe ucho, lewe ucho, dekolt i lewy nadgarstek, który następnie roztarła z prawym, prowokując kakofonię bransolet. A potem, nim Sylwia zdążyła zareagować, psiknęła i na nią.

– Zresztą i tak zginiemy – kontynuowała smętnym tonem. – Jeśli Giovanni nas nie uratuje oczywiście. A z takim nastawieniem jak wasze, drodzy państwo scenarzyści, to jakoś nie widzę, żeby w ogóle chciał. Może od razu się poddajmy, wróćmy z podkulonym ogonem. Z ziemi włoskiej do Polski, jak pisał mój wielki przodek? Zrozumcie… Grażyna to nasza karta przetargowa, nasza asica z rękawa, deska ostatnia ratunku.

– Ale co się tak uczepiłaś tej Grażyny? – spytał Kuba, nie odrywając wzroku od komórki. Wstukiwał w nią coś zapamiętale. – Jak pijany płota, jeśli mamy pozostać w nomenklaturze stolarskiej.

– Znają ją tutaj. Zagrała u Farinelliego.

– Serio? – Kuba uniósł wzrok znad telefonu. – Tego kastrata?

– U Feliniego? – upewniła się Sylwia.

– O to to. Dawno, bo dawno, ale zagrała. Miała wtedy niezły biust i tak dalej. Dynamiczny, jak ponoć określił maestro. Miejmy nadzieję, że płomień jej popularności jeszcze się tutaj tli. Może Giovanni ją kojarzy… Jest wdowcem…

Paloma Bis chciała coś jeszcze powiedzieć, ale urwała, bo oto otworzyły się przeszklone drzwi prowadzące na taras i stanął w nich mężczyzna w eleganckim, świetnie skrojonym czarnym płaszczu, wciętym w talii. Niezbyt wysoki, krępy jak bułgarski zapaśnik, miał ciemne kręcone włosy i okrągłą, młodzieńczą twarz. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat.

Rozejrzał się. Z jego czarnych oczu biła hardość, sugerująca pewność siebie, a może nawet chęć wywyższania się. Oprócz Leśniewskich i Lidii na tarasie siedziała jeszcze rodzina z dwójką kilkuletnich dzieci, a także trzech mężczyzn w garniturach, wyglądających na biznesmenów. Przybysz uśmiechnął się do trojga Polaków i wykonał w ich kierunku oszczędny ruch ręką, jakby chciał im pomachać, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.

– To Giovanni? – spytał Kuba, poprawiając okulary. – Bęben by się nawet zgadzał, ale coś młody jak na prezesa. Obawiam się, że wdzięki Grażyny średnio do niego przemówią. I nie chciałbym krakać, ale wygląda mi na pedała.

– Wszyscy Włosi tak wyglądają – fuknęła Lidia. – To się nazywa niewymuszona elegancja. Wysysają ją z mlekiem matki. Ale to nie on. Giovanni Cuomo jest w wieku mojego męża. Może to jego kierowca?

– Nie wygląda na kierowcę – zawyrokowała Sylwia.

Lidia nerwowym ruchem sięgnęła po torbę, by jeszcze raz dobyć perfum, ale zrobiła to tak niezdarnie, że wysypała niemal całą jej zawartość na kamienną posadzkę.

Sylwia rzuciła się, żeby jej pomóc, gdy wtem zamarła. Wśród osobistych rzeczy – dwóch flakonów perfum i trzech pęków kluczy, paczki chusteczek, tabletek przeciwbólowych, czarno-białego zdjęcia Grażyny z jej lepszych czasów z autografem For Giovanni, mi amore!, zbindowanego scenariusza Spisku z odręcznymi notatkami i okrągłą plamą po kubku z kawą, wachlarza z malowanego złotem błękitnego jedwabiu, portfela, tubki kremu do rąk, pojemnika z wodą termalną w spreju – zobaczyła kolorową fotografię formatu A4.

Sylwia kojarzyła to zdjęcie. To był projekt plakatu ich filmu. Nawet jej się podobał. Widniała na nim trójka aktorów grających główne role. Wszyscy buńczucznie spoglądali w obiektyw. Gdzieś na wysokości ich kolan plakat przecinał tytuł filmu, wydrukowany krwistą czcionką: Spisek scenarzystów. Ale fotografia, która wypadła z torebki producentki, różniła się od projektu, który został zaprezentowany kilka dni wcześniej na zamkniętym spotkaniu z udziałem reżysera, producentów i speców od PR.

Ktoś domalował czerwonym flamastrem tarcze strzelnicze na twarzach trójki głównych bohaterów: Kuby, Sylwii i Artura.

wtorek, 24 stycznia

2

Kolejka Funicolare mozolnie pięła się, wciągana na stalowych linach, z Marina Grande, głównego portu na Capri, do Piazza Umberto na szczycie wzgórza. Siedząc w środku i obserwując widoki, Sylwia wyobrażała sobie współczesnego Syzyfa. Wymęczony, zapierając się nogami o skały, pcha wagonik, ale gdy dotrą już niemal do celu podróży, puści go i kolejka wraz z pasażerami runie.

– Naprawdę, kochani, nie pouczajcie mnie teraz o etyce! – Rozparta na biegnącej w poprzek wagonika ławeczce Paloma Bis wyglądała na urażoną. – Cel uświęca środki…

– Jak napisał Stanisław Lem? – wciął się złośliwie Kuba.

– Nie, Pismo Święte – wypaliła bez namysłu Lidia, ale zaraz się zreflektowała i dodała mniej pewnym tonem. – Starego Testamentu.

Dopiero następnego dnia, na promie płynącym z Neapolu na Capri, Sylwia zebrała się na odwagę, żeby zapytać producentkę o plakat. Najpierw nie było okazji, bo zajęli się rozmową z przybyszem. Potem Sylwia tłumaczyła sobie, że to nieistotne bazgroły, stworzone podczas nudnej narady albo lotu do Neapolu, kiedy Lidii tak się nudziło.

W końcu jednak obudziła się w środku nocy i długo nie mogła zasnąć. Mimo że wzięła kąpiel, nadal czuła na sobie perfumy, którymi spryskała ją Lidia. Sprawdziła w Internecie, kosztowały 178 funtów za flakon, więc może były niezmywalne? Łóżko zaliczało się do wygodnych, choć materac był z gatunku twardawych. Prawie zawsze jednak, śpiąc pierwszy raz w nowym miejscu, Sylwia musiała stawić czoła bezsenności.

Myślała o tym, że rysunki tarcz strzelniczych na twarzach aktorów były zbyt dokładne i przemyślane. To nie wyglądało na przypadkowe mazaje, którymi Paloma Bis ozdabiała kartki scenariusza podczas script meetingów. Nie mógł to być też poprawiony projekt plakatu, ponieważ nie nawiązywał do treści filmu, w którym nikt nie brał ich na celownik. To oni polowali na mordercę, jeśli już.

O co więc chodzi?

Leżąc na plecach i wpatrując się w ciemność, którą rozpraszała jedynie migająca co kilka sekund maleńka czerwona dioda przyczepionego na suficie czujnika dymu, Sylwia wytężała umysł. Ale choć była scenarzystką, nie potrafiła umieścić plakatu w żadnej sensownej narracji. Ktoś inny pewnie nawet nie pochylałby się nad taką błahostką, ale Sylwia była dociekliwa. Zwracała uwagę na szczegóły, bo przecież w nich tkwił diabeł. Dlatego następnego dnia, kiedy prom zaczął wytracać prędkość przed wejściem do portu, zebrała się na odwagę i zapytała Palomę Bis o plakat z dorysunkami.

Producentka początkowo udawała, że nie wie, o co chodzi. To jedynie utwierdziło Sylwię w przekonaniu, że coś jest na rzeczy. Lidia zmieniła temat, robiąc zamieszanie wokół zejścia z promu i kupna biletów na Funicolare oraz arcyważnego spotkania, które było przed nimi. Kiedy usiedli w wagoniku kolejki, do tematu wrócił Kuba. On nie dał się spławić. Bez oporów grillował Palomę Bis, aż w końcu zaczęła puszczać farbę.

– Ten plakat, no Boże jedyny… Jest jak broń atomowa. Do użycia w ostatecznej ostateczności. Jak artykuł piąty NATO. Brzytwa, której, mam nadzieję, nie będziemy musieli się chwytać.

– Grażyna miała być brzytwą – zauważyła Sylwia.

– Deską – poprawiła ją Lidia. – Ostatniego ratunku. Ale ja muszę być gotowa na każdą okoliczność, nawet postostateczną. Chcecie tego filmu czy nie?

– Ale co to w ogóle za pytanie? – żachnął się Kuba.

Producentka wzięła do ręki fotografię plakatu, którą chwilę wcześniej wyjęła z torby.

– Nie odpalę tego… Ale błagam was, zróbcie wszystko, żeby przekonać tego dziada. On śpi na pieniądzach. Czy wy w ogóle wiecie, ile kosztuje willa na Capri? Z dziesięć filmów można za nią zrobić… i jeszcze zostanie na trzydziestkę w Studio Munka. On może nam wykichać tę forsę, no!

Wagonik wynurzył się z tunelu i jakby na potwierdzenie słów Lidii przed oczami całej trójki odsłonił się widok na malownicze wzgórze i oblany lazurowymi wodami Morza Tyrreńskiego port, w którym cumowało kilkadziesiąt mniejszych i większych jachtów, a także ich prom, gotowy już do wypłynięcia w drogę powrotną.

„Jest w tym coś oszałamiającego” – pomyślała Sylwia. Ogrom i piękno. Niewątpliwie za możliwość podziwiania takiego widoku z okien sypialni czy salonu trzeba było zapłacić bajońską sumę.

Pyzaty młodzieniec w eleganckim płaszczu, który przyszedł poprzedniego dnia na spotkanie w hotelu, okazał się synem Giovanniego Cuomo, prezesa jednego z prywatnych włoskich funduszy emerytalnych. Lidia chciała namówić finansistę, by został producentem Spisku scenarzystów, a dokładnie, żeby wyłożył brakujące dwa, no! – najwyżej trzy miliony. I to złotych polskich, nie euro! Sylwii i Kubie wydawało się to dziwne i niekomfortowe, że ktoś miałby zainwestować w nich pieniądze włoskich emerytów, ale Lidia upierała się, że to powszechna praktyka, zgodna z prawem i europejskimi regulacjami. Prywatne fundusze mogą lokować pieniądze klientów, gdzie tylko chcą, i często dywersyfikują aktywa, tak że niewielki ich procent przypada na mniej konwencjonalne inwestycje – dzieła sztuki, a nawet szlachetne wina.

Kontakt do Giovanniego Lidia zdobyła przez swojego męża, który był menedżerem średniego szczebla w jakimś francusko-włoskim konsorcjum bankowym w Paryżu. Nie piała z zachwytu, kiedy zamiast prezesa pojawił się syn. To była zła wróżba, ale nie po to Lidia tłukła się do Neapolu, żeby teraz odejść z kwitkiem. Determinacja – to słowo klucz w branży filmowej. Po trupach kręci się nie tylko filmy kryminalne i sensacyjne. Robiąc więc dobrą minę do złej gry, Paloma Bis z uśmiechem zaprosiła młodzieńca, żeby się dosiadł. A gdy tylko wziął do ręki menu, zaczęła go urabiać.

Luca Cuomo przez godzinę słuchał ich pitchu, jak nazywa się nawijkę sprzedażową w branży filmowej, oglądał materiały z castingów, między innymi scenę odgrywaną przez Grażynę. Podziękował za zdjęcie z autografem, po czym obiecał, że wstępnie oceni ich projekt i zaprezentuje ojcu. Ewaluacja musiała wypaść pozytywnie, bo zostali zaproszeni do rezydencji prezesa na Capri.

– Nie musielibyśmy tak się tułać po świecie, jak nie przymierzając Herling-Grudziński! – Paloma Bis westchnęła gorzko, wyglądając przez okienko wagonika. – Ani żebrać i kombinować, gdyby te cholery z PISF-u nie cofnęły nam dotacji.

Leśniewscy milczeli. Słychać było tylko stukot kół i jęk metalowych lin wciągających kolejkę. Sylwia obracała w myślach „bombę atomową” producentki. Czuła, jak narasta w niej wewnętrzny sprzeciw.

Nie, nie mogą tego zrobić. Nawet w ostateczności. To chore!

Otóż Lidia wymyśliła akcję marketingową, która miała przynieść rozgłos filmowi i przyciągnąć inwestorów. Jej plan zakładał podrzucenie plakatu z tarczami strzelniczymi do redakcji jakiejś plotkarskiej gazety.

– To się tak sprytnie przeprowadzi – mówiła Lidia, mocując się z suwakiem torby. – Oczywiście w porozumieniu z policją, żeby nikt się do nas potem nie przyczepił. Ale dziennikarze… Dziennikarze to łykną, zobaczycie. Oni łykają wszystko. Jak pelikany. I zacznie się hulaj dusza, jazda bez trzymanki. Czy wy to rozumiecie?

– Aż za dobrze – westchnęła Sylwia.

– Ogramy te szmatławce jak dzieci. Już widzę te nagłówki: „Szaleniec poluje na obsadę filmu!”. Nie, „obsada” to za mądre słowo jak na tabloidy. „Szaleniec poluje na aktorów”. Narodzi się psychoza strachu, zobaczycie. Będzie żarło…

– Co będzie żarło? I kogo? – rzucił Kuba znad komórki.

– A ty już tak nie mędrkuj! – Producentka w końcu rozpięła suwak torby i schowawszy do niej plakat, wyjęła wachlarz. W wagoniku Funicolare namiastką klimatyzacji był jedynie uchylany szyberdach. – Takie jest oblicze współczesnego marketingu. Niekonwencjonalne zagrania, akcje wajralowe, trzeba tańczyć, jak zagrają, bo jak nie, to się obudzimy z ręką w nocniku!

– Wiralowe – poprawił ją Kuba.

– Ale przecież to się prędzej czy później wyda – wtrąciła Sylwia. – I będziemy skończeni. Skompromitowani.

– A pamiętacie, jak Bartek Topa świrował w metrze? I się okazało, że to jakaś tam kampania społeczna. I wszyscy przyklasnęli! Ktoś się przyczepił?

– No ale świrowanie w metrze, jak to niezbyt politycznie poprawnie ujęłaś, a udawanie, że ktoś poluje na aktorów, to dwie zupełnie różne sprawy. – Sylwia nie dawała za wygraną.

– No i będzie tak się mądrzyć jedno z drugim! – Oburzona Lidia zwróciła się do siedzącej obok niej Włoszki w czarnej puchowej kurtce do kostek, jakby szukała u niej zrozumienia. – Wszystko wiedzą najlepiej! A jacy wyszczekani!

Żująca gumę Włoszka popatrzyła na nią nieco tępo, niczym owca na pastwisku, i nie odpowiedziała. Rozczarowana Lidia odwróciła się z powrotem do Leśniewskich i zaczęła się wachlować.

– Możecie mi wytłumaczyć, czemu te barany łażą w zimowych kurtkach? Przecież tu jest ze trzydzieści stopni. Paranoja!

Leśniewscy mieli nadzieję, że po dzisiejszym spotkaniu uda się domknąć budżet i film powstanie bez dziwnych wspomagaczy. Pełną zapału minę Luki, który czekał na nich na końcowej stacji Funiculare, wzięli za dobry omen. Młody Włoch, tym razem bez płaszcza, za to w czarnej wełnianej marynarce, szarych spodniach i takimże szaliku okręconym wokół szyi zaprowadził ich do grafitowego kabrioletu maserati.

Niestety wizyta na Capri zakończyła się fiaskiem. Wprawdzie Giovanni Cuomo przyjął ich po królewsku, a jego willa z basenem przy Via Tiberio zrobiła na gościach oszałamiające wrażenie. Dostali po butelce przedniego trunku z jego winnicy w Apulii, zjedli wykwintny obiad i wysłuchali opowieści o ekscesach seksualnych, jakich na Capri dopuszczał się ponoć cesarz Tyberiusz. Zadowoleni z siebie wrócili do Polski. Giovanni wahał się kilka dni, ale ostatecznie nie zdecydował się zainwestować pieniędzy włoskich emerytów w polski film.

Zdesperowana Lidia odpaliła akcję z plakatem. Niestety w „zalewie bomby megabitowej” wzbudziła ona mizerny oddźwięk w mediach. Portale plotkarskie coś tam napisały, ale tego samego dnia youtuberka Darth Mader przeprowadziła relację na żywo z negocjacji z czteroletnim synem w sprawie zaprzestania karmienia go piersią i nic poza tym się nie liczyło. Rzekomy psychopata i jego plan wymordowania obsady Spisku nie zainteresował psa z kulawą nogą. Budżet się nie domykał, więc prace nad filmem zostały wstrzymane.

Do czasu aż jeden z aktorów widniejących na plakacie nie został znaleziony martwy.

czwartek, 2 lutego

3

– Nie miałam z tym nic wspólnego – powiedziała pospiesznie, a widząc jego smutną minę, dodała: – Nic nie wiedziałam, uwierz mi. Kuba też nie. Jestem w szoku…

Mężczyzna w milczeniu pokiwał głową. Nie wyglądał na przekonanego. A może po prostu był tak przybity, że nie miało już znaczenia, kto jest odpowiedzialny.

Sylwia nie mogła oprzeć się porównywaniu go do swojego chłopaka. Miał w sobie podobny rodzaj szlachetności co Artur. Trudno powiedzieć, czy większa była w tym zasługa wyrazistych rysów twarzy, czy raczej opanowania i dobrych, choć dyskretnych manier. Obu bliżej było do angielskich dżentelmenów niż do amerykańskich luzaków, którzy żują gumę i nie siedzą, ale półleżą rozwaleni na krześle.

Rozmówca Sylwii miał na imię Mateusz. Nie był aż tak przystojny jak Artur. Tak jakby rzeźbiarzowi w ostatniej chwili zadrżała ręka i obsunęło się dłuto albo jakby kończył pracę w pośpiechu, więc kilku drobiazgów nie dopilnował. Mateuszowy podbródek był odrobinę za mały, choć kilkudniowy zarost nieźle to maskował. Wąski nos nie do końca harmonizował z szerokim rozstawem kości policzkowych, a uszy były lekko asymetryczne. Linia ciemnych włosów cofała się, ale ten drobny feler maskowała postrzępiona grzywka.

Na plus Sylwia zaliczyłaby mu szeroki, ładny uśmiech, choć akurat dzisiaj próżno było go szukać. I oczy, bo miały nieoczywisty wyraz – były wiecznie zmrużone, kocie, niewiadomego koloru. Dodawały mu męskiej surowości.

Mateusz był za to lepiej zbudowany, choć przecież i Artur nie stronił od siłowni, bo – jak podkreślał – jest aktorem, a aktor pracuje ciałem. Chłopak Sylwii parę lat temu trafił nawet, i to bez koszulki, na okładkę magazynu „Men’s Fitness”. Ale Mateusz przy Arturze wyglądał jak zawodowy kulturysta, jak Goliat przy Dawidzie. Zresztą na spotkanie z Sylwią umówił się po codziennym treningu. Usiedli w kawiarni Green Caffè Nero w Złotych Tarasach, która mieściła się poziom niżej od siłowni. Obok ciemnoczerwonego fotela, na który opadł z gracją Mateusz, leżała wypchana czarna torba na ramię, z logo jednej z popularnych firm produkujących sprzęt sportowy.

Sylwia porównywała obu panów, ponieważ Mateusz Woydański miał zagrać jej chłopaka. Był jednym z trojga aktorów na plakacie, który wypadł producentce. Ten wybór nie dziwił. Sylwia z bratem to właśnie Mateusza widzieli w głównej roli w swoim serialu, kiedy pięć lat temu ruszały castingi. Długo lobbowali za nim, ale ostatecznie ktoś na górze podjął decyzję, że zagra Artur Grabski. Najprawdopodobniej dlatego, że był przystojniejszy. Sylwii nie podobało się to, choć zdawała sobie sprawę, że tak działa świat filmu i telewizji. Tym bardziej cieszyła się, że teraz, w ramach sprawiedliwości dziejowej, Mateusz miał szansę wystąpić w głównej roli w filmie fabularnym.

Lubiła go. Wiedziała, że gra tylko ogony i farsowe role w komercyjnych teatrach, zdecydowanie poniżej swoich możliwości. Miał pecha albo zabrakło mu szczęścia, którego przynajmniej kropla jest potrzebna, żeby kariera rozkwitła. Ruszyła z miejsca i nabrała rozpędu, a potem już jakoś się potoczy.

Łut szczęścia czy sprzyjający zbieg okoliczności są niezbędne w każdej branży, w której podaż znacznie przewyższa popyt. A aktorów na rynku jest kilkadziesiąt razy więcej niż głównych ról. Nie mówiąc o tym, że producenci wolą w kółko obsadzać te same twarze, niż ryzykować promowanie nowych. W dodatku jeśli aktor po trzydziestce nie ma na koncie głównej roli, producenci zaczynają myśleć, że coś musi z nim być nie tak: nie sprawdził się, nie przekonał do siebie na castingach, jest niewystarczająco zdolny albo może chimeryczny, nie można na nim polegać… Dla Mateusza rola w Spisku była więc podwójnie ważna. Miał szansę wejść do wąskiego grona pierwszoligowych aktorów. I był to dla niego ostatni dzwonek, ostatnia szansa na prawdziwą karierę.

– Na początku myślałem… Że to jakiś żart. – Mateusz starał się zachować spokój, choć przychodziło mu to z trudem. Był wściekły. Sylwia widziała, jak napinają mu się mięśnie pod przylegającą do ciała jasnoszarą koszulką z długimi rękawami, zapinaną pod szyją na trzy guziki. – To żałosne! Obleśne.

– Tak, masz rację. – Pokiwała głową, mimowolnie zaczepiając wzrokiem o trzy guziki. Dwa górne były rozpięte, odsłaniając opalony i owłosiony tors.

– Maxi bunga? To gorzej niż obciach!

– Tak to się nazywa? – Sylwia pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Byłbym spalony. Skończony. To zawodowe samobójstwo! Cała Polska będzie się śmiała. – Zrezygnowany schował twarz w dłoniach, napinając przy tym bicepsy.

– Wiesz, ja nie chcę bronić Lidii. Bo ogólnie product placement jest nam potrzebny. Bez tego…

– Ale są jakieś granice! – Mateusz odchylił się, aż zatrzeszczało oparcie fotela.

„To prawda” – pomyślała Sylwia, wbijając wzrok w stolik, na którym stała jej kawa z odrobiną niespienionego mleka i jego bananowe smoothie. Mijali ich klienci galerii handlowej, dzieciaki, które urwały się z lekcji, odwiedzający Warszawę turyści. Sylwia zastanawiała się, jak pocieszyć Mateusza. Nic sensownego nie przychodziło jej do głowy.

Zapewnienie finansowania filmu zawsze jest trudne. Wajda borykał się z tym problemem, nawet Smarzowski miewa kłopoty z domknięciem budżetu, a co dopiero początkujący filmowcy. Ale to, co zaczęła wyprawiać Lidia, zakrawało już na szaleństwo. Sylwii przeszła wszelka ochota na debiut fabularny.

Według relacji Mateusza we Włoszech, oprócz rozmów z Giovannim Cuomo, Lidia odbyła kilka innych spotkań. Nie zabrała na nie Leśniewskich, ale Sylwia i Kuba mieli świadomość, że zabiega, że lobbuje, choć nie mieli pojęcia u kogo. Teraz dopiero Sylwia dowiedziała się, że pokłosiem spotkań Lidii była propozycja wsparcia finansowego w zamian za lokowanie produktu. Włoski koncern farmaceutyczny, który planował wejście na polski rynek, zgodził się wyłożyć pieniądze, o ile główny bohater zareklamuje środek na problemy z erekcją o nazwie Maxi Bunga.

– Przecież to uderza nie tylko we mnie, ale też w Artura… – Mateusz odstawił niemal pustą szklankę. – W ciebie! A ona mi mówi, że albo się zgadzam, albo nie ma filmu. Właściwie postawiła mnie przed faktem dokonanym. Nie ma filmu, tak powiedziała.

– Wiem, wiem. Ja też się na to nie zgadzam. I na pewno z nią porozmawiam…

Sylwia westchnęła. W jednym producentka miała rację: nie mieliby problemów, gdyby Polski Instytut Sztuki Filmowej nie cofnął im dotacji. Niby poszło o jakieś niedopatrzenia formalne, ale wszyscy w branży wiedzieli, że PISF wydrenowała najnowsza superprodukcja patriotyczna o Koperniku: Wstrzymał Słońce. Jak każdy film kostiumowy, wymagała ogromnych nakładów: stroje, rekwizyty, a przede wszystkim scenografia, która była, choć niedosłownie, studnią bez dna. Ale to nie koniec. Chodziły plotki, że jedną z ról ma zagrać, oczywiście za sowitym wynagrodzeniem, gwiazdor z Hollywood.

Wyglądało na to, że genialny polski astronom wstrzymał nie tylko Słońce, ale i Spisek scenarzystów.

– Miałeś rację, że odmówiłeś. – Sylwia pokiwała głową. Zobaczyła z daleka, że pędzi do nich Kuba. Ruchomymi schodami z czerwoną poręczą wjechał na poziom food court Złotych Tarasów.

„Nareszcie” – pomyślała. Nie czuła się nieswojo w towarzystwie Mateusza, ale z bratem zawsze raźniej. Kuba spóźnił się na spotkanie, Sylwia jednak z satysfakcją odnotowała, że teraz pędzi w ich kierunku. Aż za szybko nawet. Policzki miał zaróżowione, a włos rozwiany. W dłoniach ściskał zgniłozieloną bejsbolówkę z pomarańczowym logo, którego nie była w stanie rozpoznać, tak szybko machał rękami. Prawie wpadł na sunącą niespiesznym krokiem parę obładowaną zdobyczami ostatnich dni wyprzedaży.

– Ale numer! – wrzasnął, dysząc, kiedy był już dwa metry od nich. – Zabili mnie! No nie wierzę.

Sylwię zmroziło, bo pomimo absurdalności słów brata widziała w jego oczach autentyczne przejęcie. Mateusz, który siedział do niego tyłem, odwrócił się zaskoczony.

– Cześć.

Kuba zawisł nad nimi, łapiąc oddech.

– Wiecie już?

– O czym?

– Ktoś go zaciukał. Normalnie zaciukał!

– Kogo? – spytała Sylwia.

– No jak kogo? Mnie. Znaczy tego Roberta. On nie żyje. Naprawdę nie żyje!

4

Przez chwilę łudzili się, że to pomyłka. Kaczka dzien­nikarska – jak powiedziała Sylwia, kiedy Kuba przyznał, że wiadomość o śmierci Roberta Pliszki zobaczył na jednym z portali informacyjnych. Albo jak to się określa we współczesnym żargonie: fake news.

Niestety telefon do Palomy Bis rozwiał ich nadzieje. Wprawdzie nie odebrała, ale po paru minutach napisała esemesa z lakoniczną informacją; pewnie wysyłała go do wszystkich z produkcji. Trzydziestoletni aktor, który w Spisku scenarzystów miał wcielać się w postać Kuby, został znaleziony martwy. Policja na razie nie ujawniała żadnych szczegółów.

Scenarzyści i Mateusz siedzieli jak sparaliżowani pośród beztroskich klientów centrum handlowego, w klimatyzowanej i bezpiecznej przestrzeni, doświetlonej naturalnym światłem, przechodzącym przez szklany dach. Patrząc na dwójkę kilkulatków ściskających w dłoniach balony reklamowe z logo sieci komórkowej, Sylwia miała wrażenie, że to jakiś sen, surrealistyczny koszmar, z którego zaraz się obudzi, ale wtedy brat wstał od stolika i powiedział, że na nich pora.

We trójkę wyszli ze Złotych Tarasów. Sylwia i Kuba pożegnali się z Mateuszem, po czym w milczeniu ruszyli do znajdującej się dwie przecznice dalej Wieży Pastel, biurowca stacji telewizyjnej nadającej pisany przez nich serial kryminalny. Byli w głębokim szoku, ale musieli się tam zjawić, bo na trzynastą była zaplanowana kolaudacja najnowszych odcinków Stój, bo strzelam!. Mieli nadzieję spotkać na niej Rafała Okońskiego, policjanta, który pracował przy serialu jako konsultant. On na pewno będzie wiedział więcej.

W recepcji okazali identyfikatory i przeszli przez bramkę wykrywacza metalu. Środki bezpieczeństwa w stacji były zaostrzone już od kilku lat. W milczeniu podeszli do wind. Trudno im było zachowywać pozory normalności, byli wstrząśnięci. Razem z nimi na górę jechała dwójka dziennikarzy redakcji sportowej, którzy emocjonowali się turniejem skoków narciarskich. Sylwia miała wrażenie, że mówią w obcym języku.

Leśniewscy usiedli w salce projekcyjnej na dwudziestym piętrze, ale mijały minuty i nikt się nie pojawiał, nie licząc redaktorki Dorti, która przycupnęła w kącie i zaczęła chrupać sałatkę. Powoli i metodycznie nadziewała na plastikowy widelczyk na przemian kawałek pomidora, plasterek ogórka, czarną oliwkę. Nie była zaangażowana w Spisek, mimo że stacja weszła w film jako koproducent.

– Słuchaj, Lidia nie przyjdzie – powiedział Kuba, odrywając na chwilę wzrok od komórki, żeby zerknąć na zegarek. – Pewnie już jest w drodze w jakieś bardzo ustronne miejsce bez umowy o ekstradycję. No chyba że ją aresztowali.

– Ale dlaczego mieliby ją aresztować? Nie wiemy, co się stało.

– No chyba jednak wiemy. – Kuba przesuwał kciukiem po ekranie komórki, szukając najświeższych doniesień na temat śmierci Roberta. – Wierzysz w zbieg okoliczności, że to wypadek? Samobój albo zawał?

– Ale Lidia nie posunęłaby się…

– To musi być powiązane z tym durnym plakatem – wszedł jej w słowo brat. – Już piszą, że ofiara szaleńca i tak dalej. Mówię ci! Przecież to był jej plan. Od początku! Seryjny morderca Plakacista. Lidia zabiła biedaka, żeby rozdmuchać nasz film. Nie ma innej opcji.

Sylwia pokręciła głową bez przekonania.

– No dobrze, masz rację. – Kuba schował komórkę do kieszeni. – Ona nie jest aż tak głupia, żeby to zrobić własnymi rękami. Wynajęła kogoś. Wiesz, hitman zza wschodniej granicy to ponoć wydatek rzędu paru rubli…

– Kuba… Zejdź na ziemię. – Sylwia mówiła przyciszonym głosem, choć zajęta sałatką Dorti nie wyglądała na zainteresowaną ich rozmową. – To nierealne, żeby Lidia zleciła morderstwo…

– A tam nierealne – przerwał jej Kuba, znów sięgając do kieszeni po komórkę, od której najwyraźniej był uzależniony. – Ona jest zaburzona. Ty może tego nie zauważasz, ale ja… Jak strzelec wyborowy widzę wszystko, nawet z dużej odległości.

Wydawało się, że Kubą śmierć Roberta Pliszki tak bardzo nie wstrząsnęła. Nawet w takiej chwili pozostawał sobą – trochę komikiem, trochę cynikiem, a to wszystko było podszyte narcyzmem. Natomiast Sylwia nie potrafiła teraz myśleć racjonalnie, ba, nawet zebrać myśli. W głowie huczało jej i pulsowało tylko jedno zdanie: „Ten biedny chłopak nie żyje”.

Wprawdzie nie zdążyła poznać Roberta osobiście, oglądała go tylko na taśmach z castingu, ale czuła się tak, jakby umarł ktoś bliski.

– Lidia jest zaburzona… No ale nie aż tak… Niemożliwe… – powiedziała, splatając dłonie. – Poczekajmy, aż…

– W zeszłym tygodniu… – Brat znów jej przerwał i przysunąwszy się bliżej, przeszedł do konfidencjonalnego szeptu. – …siedziałem obok niej na script meetingu. W pewnym momencie zadzwoniła jej komórka. Nie odebrała, ale wiesz, kto się wyświetlił?

– Mam zgadywać? – Sylwia poprawiła okulary.

– Dzieciątko Jezus!

– Co?

– Dzwoniło do niej Dzieciątko Jezus. No przecież wariatka!

Dla wzmocnienia tych słów Kuba przyłożył sobie do skroni palec wskazujący i pokręcił nim teatralnie. Sylwia popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

– To… Pewnie szpital dzwonił – powiedziała w końcu.

– Jaki szpital?

– Tak sobie wpisała Szpital Dzieciątka Jezus. Tam mamy kręcić sceny porodu Marysi. Za dwa tygodnie.

Kubę zatkało. W ciszy panującej w salce projekcyjnej słychać było jedynie odgłos chrupanego przez Dorti ogórka.

– Ja nie mówię, że ona jest bez winy. – Sylwia z wysiłkiem opanowała rozbicie emocjonalne. – Ten plakat mógł się przyczynić do skierowania na nią podejrzeń. To najbardziej prawdopodobne. Zgadzam się. Ale i tak wydaje mi się bardziej realne, że to jakiś psychopata… Podczepił się. Bez jej wiedzy. No przecież nie byłaby aż tak głupia…

– Dokładnie tak! – Kuba poklepał siostrę po ramieniu. – Samospełniająca się przepowiednia.

– Raczej… Jak to się po polsku nazywa? Copycat crime. Naśladownictwo?

– Tak, chyba tak. Media zaczęły trąbić i jakiś psychol się uaktywnił? Chciał zaistnieć. Przecież ile razy tak było? Urodzeni mordercy i tak dalej. Von Triera też o coś takiego oskarżali chyba, że zainspirował jakiegoś psychopatę?

– No i ten facet z Zielonej Góry.

Sylwia ciężko westchnęła. Kuba pokiwał głową. Rok temu musieli zeznawać w sprawie morderstwa, którego sprawca podobno wzorował się na ich serialu.

– Jeśli to prawda… Że ktoś go zabił, bo ten plakat…

Sylwia urwała, słysząc hałas przy drzwiach. Do salki projekcyjnej wpadł Damian z komórką przy uchu. Asystent Lidii jak zwykle podążał za najnowszymi trendami. Miał na sobie przykrótkie spodnie odsłaniające gołe kostki i był ostrzyżony na zapałkę, co nie do końca pasowało do jego szczupłej twarzy o delikatnych rysach, więc dla dodania sobie charakteru zapuszczał hiszpańską bródkę.

– Słuchajcie, musimy odwołać – powiedział, zasłaniając mikrofon komórki. – Lidia nie czuje się najlepiej.

– Wiedziałem. – Podnosząc się z kinowego fotela, Kuba wypuścił głośno powietrze. – Moim zdaniem ona może odpowiadać karnie. Za podżeganie. Albo… To się tak jakoś obleśnie nazywa… Sprawstwo?

Dorti też wstała i wyszła bez słowa, wyrzucając opakowanie po sałatce do stojącego przy drzwiach kosza na śmieci. Damian zapewnił swojego rozmówcę, że załatwione, po czym się rozłączył. Popatrzył na Leśniewskich z troską.

– A wy? Jak się trzymacie? Straszna historia.

– My? My nie przyczyniliśmy się do śmierci tego biednego chłopaka w najmniejszym stopniu! – wypalił Kuba i usiadł z powrotem w fotelu.

– No szkoda go, naprawdę… – Damian wyjął z kieszeni marynarki paczkę cienkich papierosów i zaczął się nią bawić. – Kurczę.

– Sumienie ją ruszyło? – Kuba bardziej stwierdził, niż spytał. – Chociaż ona nie ma sumienia. Boi się!

Damian nie odpowiedział. Zdał sobie sprawę, że nie może tu zapalić, więc schował papierosy. Z drugiej kieszeni wyjął zapalniczkę i zaczął obracać ją w szczupłych palcach. Zachowywał się, jakby grał na czas albo zbierał się w sobie, żeby powiedzieć coś, na co nie ma odwagi.

– A myśleliście już, kto go zastąpi? – odezwał się w końcu. – Bo…

Umilkł, ponieważ Leśniewscy niemal jednocześnie spojrzeli na niego z dezaprobatą pomieszaną z zaskoczeniem, jakby powiedział właśnie rasistowski żart.

– Gdzie zastąpi? – spytała Sylwia, choć domyślała się odpowiedzi.

– No ktoś będzie musiał – powiedział obronnym tonem Damian, wzruszając ramionami.

– Nikt, przecież Spisek jest wstrzymany. – Kuba zmarszczył czoło, po czym podniósł bejsbolówkę i przeczesał włosy. – Poza tym co ci do tego?

– Nic. Tylko pytam. – Damian machnął ręką, w której trzymał zapalniczkę, i odwrócił się w stronę drzwi.

– Chciałbyś, żeby zagrał Adrian? – wypaliła Sylwia.

Damian zamarł i odwrócił się do nich. Speszony uciekł wzrokiem.

– Jaki Adrian?

– Twój chłopak. – Sylwia wzruszyła ramionami. – A znasz jeszcze jakiegoś Adriana, który jest aktorem?

– Oczywiście. – Ton głosu Damiana nie pozostawiał złudzeń, że Sylwia przejrzała go na wylot. – Adrian… Hmm, no… Adrian Brody.

– Brody to jest Adrien.

– O Jezu, tak tylko spytałem, z ciekawości. Pamiętam, jaki był problem, jak zginęła Tatiana… – bąknął pod nosem Damian.

– Wstyd i hańba! Oraz homonepotyzm, a raczej homokumoterstwo! – Kuba wybuchnął z oburzeniem, po czym zwrócił się do siostry i dodał ciszej: – Silwano, przenikliwość na poziomie master.

wtorek, 7 lutego

5

– Matko Przenajświętsza, oślepnąć można od tych świateł. Ty się nie boisz? – Mama Leśniewska poprawiła nerwowym ruchem ciasno upięty siwy kok.

– Czego? – odparł Kuba, starając się ukryć podminowanie, bo rzadko prowadził nocą, poza terenem zabudowanym i w dodatku na wąskiej, nieoświetlonej jednopasmówce. Za nic jednak by się nie przyznał, że ma duszę na ramieniu.

– No że cię oślepią.

– To mnie oślepią.

– I nie będziesz widział.

– To nie będę widział.

– I wjedziesz w drzewo.

– To… – powiedział z rozpędu, ale urwał, po czym wybuchnął z naganą w głosie: – Mamo!