Wydawca: Ole Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zdrada - Sara Poole

Przed Tudorami byli Borgiowie - bardziej gwałtowni i bardziej niebezpieczni.

Nowy thriller historyczny autorki powieści Trucizna, okrzykniętej świetną i fascynującą lekturą, przedstawia dalsze losy intrygującej, pięknej bohaterki Franceski Giordano – nadwornej specjalistki od trucizn rodziny Borgiów.

Opinie o ebooku Zdrada - Sara Poole

Fragment ebooka Zdrada - Sara Poole

Sara Po­ole

Zdra­da

Tłuma­cze­nie: Jo­lan­ta Dąbrow­ska

Tytuł ory­gi­nału: The Bor­gia Be­tray­al

Tłuma­cze­nie: Jo­lan­ta Dąbrow­ska

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Zdjęcia na okładce: © Li­fe­si­ze­Ima­ges / Istock­pho­to.com, © oor­ka / Istock­pho­to.com

Re­dak­cja, ko­rek­ta i przy­go­to­wa­nie: Do­li­na Li­te­rek

Co­py­ri­ght © 2011 by Sara Po­ole. All ri­ghts re­se­rved.

Po­lish trans­la­tion © 2014 by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., 2014

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-280-1618-7

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Więckow­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Pre­lu­dium

Rozu­miem… – po­wie­działa ko­bie­ta.

Po­deszła do okna wy­chodzącego na rzekę. Twarz oświe­tlił jej blask księżyca. Była młodą nie­wiastą o miłej po­wierz­chow­ności, choć nie zwróciłaby większej uwa­gi w mieście, gdzie piękno spo­ty­kało się na każdym kro­ku. Ktoś taki jak ona mógł wywołać tyl­ko prze­lot­ne za­in­te­re­so­wa­nie, gdy­by nie szep­ty, które ją ota­czały.

– Nie po­znałeś ich na­zwisk? – za­py­tała.

Mężczy­zna, który miał wkrótce umrzeć, potrząsnął głową. Klęczał na gołej drew­nia­nej podłodze w sa­mej tyl­ko ko­szu­li. Kie­dy przy­była, szy­ko­wał się właśnie do snu. Ran­kiem, po otwar­ciu bram, za­mie­rzał opuścić mia­sto, kie­rując się na północ, do Vi­ter­bo, ku bez­piecz­nej przy­sta­ni. Te­raz było za późno.

Za­ci­skał dłonie moc­no przed sobą, aż zbie­lały mu kost­ki.

– Dla­cze­go mie­li­by mi je po­wie­dzieć, pani? Je­stem ni­kim.

Uśmiechnęła się nie­znacz­nie.

– Nie­mal zo­stałeś kimś. Zabójcą pa­pieża.

Gardło mężczy­zny się ścisnęło. Za­sta­na­wiał się, jak długo będzie cier­piał, ja­kich me­tod użyje. Słyszał prze­rażające opo­wieści.

– Dla­cze­go chciałeś to zro­bić? – spy­tała. – Dla Boga?

Może, gdy­by po­wie­dział jej prawdę, trochę by go oszczędziła.

– Dla pie­niędzy.

Stojący za nim człowiek, z którym przyszła, prychnął. Miał wygląd sta­re­go żołnie­rza, ale nosił sze­roką wstęgę i inne in­sy­gnia wy­so­kie­go rangą kon­do­tie­ra. Za­wdzięczał więc wszyst­ko wyłącznie so­bie i był z tego dum­ny.

– Mam na­dzieję, że zapłata była god­na – po­wie­dział. – Tar­go­wałeś się o własne życie, czy zda­wałeś so­bie z tego sprawę, czy nie.

Głos mężczy­zny załamał się.

– Znałem ry­zy­ko.

– I co myślałeś? – spy­tała ko­bie­ta. – Że możesz mnie prze­chy­trzyć? Że nic nie za­uważę, za­nim będzie za późno?

– Miałem na­dzieję… – Że byli spryt­niej­si niż ona, tak, jak twier­dzi­li. Że to, co mu dali, aby do­sy­pał do wina, nie zo­sta­nie od­kry­te.

Ale ona i tak to zna­lazła. Ko­bie­ta, która na­chy­liła się te­raz nad nim, aby mu się le­piej przyj­rzeć. Prze­szedł go dreszcz. Bał się roz­pacz­li­wie, mo­dlił się o to, żeby się nie zmo­czyć. „Proszę, Boże, nie pozwól mi się zsi­kać”.

– Tak bar­dzo chciałeś pie­niędzy? – za­py­tała.

Czy tak bar­dzo ich chciał? Nie mógł so­bie na­wet te­raz przy­po­mnieć. Ale pa­trzył na złoto, które mu ofe­ro­wa­li, i było go więcej, niż mógł so­bie wy­obra­zić. Wi­dział, jak może zmie­nić się jego życie. Bo­gac­two, wy­go­dy, do­sta­tek, którego nig­dy nie za­znał, naj­lep­sze je­dze­nie, cu­dow­ne ko­bie­ty. Obiet­ni­ca tego wszyst­kie­go ode­brała mu przy­tom­ność umysłu. Pomyślał, że mu­siał być wte­dy sza­lo­ny, ale wie­dział, że nie wy­star­czy tego te­raz wy­znać.

Rzekł więc za­miast tego:

– Namówio­no mnie do grze­chu.

Ko­bie­ta wes­tchnęła, nie­mal ze współczu­ciem. In­a­czej kon­do­tier.

– Możemy go za­brać do ca­stel – po­wie­dział. – Tam z nie­go więcej wy­duszą.

Przez mo­ment przy­pa­try­wała się mężczyźnie, a po­tem pokręciła głową.

– To bez sen­su. On nic nie wie.

– Jak możesz być pew­na?

– Już by nam to po­wie­dział – od­parła, wska­zując co­raz większą kałużę na podłodze.

Usta mężczy­zny po­ru­szały się w mo­dli­twie. Spoj­rzał na jej twarz oświe­tloną bla­skiem księżyca, nie­mal życz­liwą, nie­mal łagodną.

– Wy­pij to – po­wie­działa i wyciągnęła bukłak ze skóry młodej kozy, wykończo­ny drew­nia­nym ust­ni­kiem, który gładko wśli­zgi­wał się w usta.

– Nie… – Łzy spłynęły mu po po­licz­kach.

De­li­kat­nie do­tknęła jego włosów i uniosła bukłak, żeby mu pomóc.

– Tak będzie łatwiej. Za chwilę wszyst­ko się skończy. W prze­ciw­nym ra­zie…

Ca­stel i go­dzi­ny, a może i dni strasz­ne­go cier­pie­nia, za­nim zakończy się jego życie. W za­sa­dzie już się skończyło, cho­ciaż nie zda­wał so­bie z tego spra­wy, wte­dy, gdy po­zwo­lił so­bie mieć na­dzieję na więcej.

Wino było bo­ga­te i moc­ne, od­po­wied­nie dla pa­pieża, ta­kie, ja­kie by pił w swo­im no­wym życiu, gdy­by otrzy­mał szansę. Miał krótką chwilę na to, żeby za­sta­no­wić się, skąd mogła wie­dzieć, co w so­bie kryło. A jeżeli się myliła? Co, jeśli to wszyst­ko jest tyl­ko podstępem i jed­nak nie umrze…

Le­d­wo zdążył sfor­mułować te py­ta­nia, gdy eks­plo­do­wał w nim ogień, paląc gardło, żołądek, je­li­ta. Krzyknął, skręcając się z bólu.

Ko­bie­ta zro­biła krok do tyłu, ob­ser­wo­wała go uważnie, pra­wie jak­by była cie­ka­wa, jaki efekt wy­wie­ra na nim tru­ci­zna. Nie, nie pra­wie – dokład­nie w taki sposób.

W głowie usłyszał głośne bu­cze­nie, jak­by tysiące owadów wi­ro­wało pod czaszką. Wy­trzesz­czył oczy. Łapał ostat­nie przebłyski światła, za­nim zniknęły. Nie wi­dział już nic ani nie słyszał, z wyjątkiem brzęczącego dźwięku, ale i tak nie miało to zna­cze­nia, bo jego ciało prze­szy­wał strasz­ny ból. Chciałby krzy­czeć, ale mięśnie gardła były spa­ra­liżowa­ne, a wkrótce pa­ra­liż objął resztę ciała. Ostat­ni od­dech już nie­mal do­cie­rał do płuc, kie­dy stanęło mu ser­ce.

Gdy było po wszyst­kim, kon­do­tier po­szedł od­szu­kać karcz­ma­rza, który wy­wle­czo­ny z łóżka stał, trzęsąc się w głównej izbie. Kil­ka mo­net włożonych do ręki, kil­ka ci­chych słów i z ulgą przyjął, że musi tyl­ko po­zbyć się ciała i trzy­mać za­mknięte usta, co przy­siągł robić do końca swo­ich dni, nie­ustan­nie dziękując za łaskę, którą mu oka­za­no.

Fran­ce­sca cze­kała na zewnątrz, w przy­jem­nym chłodzie wio­sen­ne­go wie­czo­ru. Owinęła się ciaśniej pe­le­ryną, bar­dziej dla po­cie­chy niż ciepła, i sta­rała się nie myśleć za dużo o mar­twym mężczyźnie. Była bar­dzo zmęczo­na, ale wie­działa, że nie zaśnie. Nie wte­dy, jesz­cze nie.

Wrócił kon­do­tier. Po­szli ra­zem do uwiąza­nych koni.

– Ilu już w tym roku? – za­py­tał.

– Trzech – po­wie­działa, gdy złożył dłonie, żeby ją pod­sa­dzić.

Nie lubiła koni i wolałaby nie mu­sieć ich do­sia­dać, ale jak to bywa z wie­lo­ma spra­wa­mi w życiu, cza­sa­mi nie ma in­ne­go wyjścia.

Siedząc w sio­dle, dodała:

– Będzie więcej, za­nim uda nam się to po­wstrzy­mać.

– Albo za­nim jed­ne­mu z nich się uda – po­wie­dział jej to­wa­rzysz.

Skinęła poważnie głową i skie­ro­wała ko­nia w stronę rze­ki, pragnąc mieć już to wszyst­ko za sobą.

- 1 -

Losy świa­ta zależą od kart­ki leżącej przed człowie­kiem, który odkłada świeżo przy­cięte gęsie pióro, długo ob­ra­caw­szy je w pal­cach, i woła, żeby podać mu wino.

Ten mo­ment tkwi za­wie­szo­ny w mo­jej pamięci, złapa­ny jak owad w bursz­ty­nie, jak­by jakaś siła poza za­kre­sem na­sze­go poj­mo­wa­nia na chwilę za­trzy­mała czas.

Oczy­wiście nic ta­kie­go się nie stało. Czas biegł da­lej, niosąc ze sobą wiel­kie wy­da­rze­nia do­tyczące wiel­kich oso­bi­stości. Ale wy­obraźcie so­bie, jeśli będzie­cie w sta­nie, za tym kłującym w oczy rusz­to­wa­niem hi­sto­rii, życie zwykłych lu­dzi, za­wie­szo­nych w nie­pew­ności. Bo tkwi­li w niej za­wie­sze­ni, a wie­lu z nich po­czuło, jak bar­dzo naprężyły się ich szy­je.

Sama chętnie bym się wte­dy napiła. W ten przy­jem­ny dzień, na początku maja Anno Do­mi­ni 1493, Ro­dri­go Bor­gia, nowy Pa­pież Alek­san­der VI, spędził większą część popołudnia, trudząc się nad pa­pieską bullą In­ter ca­ete­ra, za­twier­dzającą po­dział nowo od­kry­tych lądów pomiędzy za­chod­nie króle­stwa. Ja, nie wia­do­mo dla­cze­go, mu­siałam być przez cały czas pod ręką. Jaki człowiek może po­trze­bo­wać swo­jej tru­ci­ciel­ki, żeby mu po­ma­gała za­de­cy­do­wać, jak po­dzie­lić świat? Z pro­stej przy­czy­ny, że po­przed­nie­go roku ode­grałam pewną rolę, po­ma­gając wy­nieść go na Tron Świętego Pio­tra, Jego Świąto­bli­wości weszło w na­wyk trzy­ma­nie mnie przy so­bie. Chciałabym wie­rzyć, że uważał mnie za swo­je­go ro­dza­ju ta­li­zman, ale praw­da jest taka, iż sądził, że roz­trop­nie jest mieć mnie na oku, żebym przy­pad­kiem nie zro­biła cze­goś nie­prze­wi­dzia­ne­go.

Na­zy­wam się Fran­ce­sca Gior­da­no, je­stem córką zmarłego Gio­van­nie­go Gior­da­no, który dzie­sięć lat służył jako spe­cja­li­sta od tru­cizn w ro­dzi­nie Bor­giów i za swo­je sta­ra­nia zo­stał za­mor­do­wa­ny. Ja odzie­dzi­czyłam jego sta­no­wi­sko po tym, jak zabiłam człowie­ka, który zo­stał mia­no­wa­ny na miej­sce ojca. Po­derżnęłam też gardło jed­ne­mu z lu­dzi za­mie­sza­nych w jego śmierć. Próbowałam również zgładzić człowie­ka, który wie­rzyłam – jak się oka­zało, myl­nie – roz­ka­zał go za­mor­do­wać. Bóg je­den wie, czy Pa­pież In­no­cen­ty VIII zginął z mo­jej ręki.

Za­nim mnie potępi­cie, weźcie pod uwagę, iż miałam poważne po­wo­dy, żeby zro­bić wszyst­ko to, co zro­biłam, a przy­najm­niej w moim pojęciu. Nie można jed­nak za­prze­czyć temu, że miesz­ka we mnie ciem­ność. Nie je­stem taka, jak inni lu­dzie, cho­ciaż kie­dy po­ja­wi się po­trze­ba, mogę uda­wać, że tak jest. Je­stem, jaka je­stem, i niech Bóg uli­tu­je się nad moją duszą. Ale tak możemy wszy­scy po­wie­dzieć, praw­da?

Za wy­so­ki­mi okna­mi wy­chodzącymi na Plac Świętego Pio­tra był ja­sny dzień. Północ­ny wiatr prze­gnał z mia­sta naj­gor­szy smród i wy­do­był piękny aro­mat gajów cy­try­no­wych i pól la­wen­dy, za którymi tęskni każdy rzy­mia­nin. Choć w za­sa­dzie nie jest to praw­da; le­d­wo na kil­ka dni wy­je­dzie­my do la cam­pa­gna, a już tęskni­my za bru­dem i ja­zgo­tem na­sze­go uko­cha­ne­go mia­sta.

Pa­pieże przy­chodzą i od­chodzą, upa­dają ce­sar­stwa, bu­dzi się nowy świat, ale Rzym za­wsze po­zo­sta­je Rzy­mem, jego miesz­kańcy jak zwy­kle są za­ga­nia­ni, pocąc się, klnąc, pra­cując, jedząc, cu­dzołożąc, cza­sem się modląc, ale bez prze­rwy plot­kując.

Bar­dzo chciałam być wte­dy wśród nich, a nie tam, gdzie tkwiłam, na nie­wy­god­nym sie­dzi­sku okien­nym pod kry­tycz­nym spoj­rze­niem se­kre­ta­rzy Bor­gii, obu mężczyzn, obu księży, obu mną gardzących.

Nie to, żebym ich za to winiła. Sama moja pro­fe­sja wywołuje lęk i od­razę bez do­dat­ko­we­go wysiłku z mo­jej stro­ny, ale nie można też po­minąć fak­tu, że będąc ko­bietą w świe­cie mężczyzn, wie­lu z nich wytrącałam z równo­wa­gi. Miałam wówczas dwa­dzieścia lat, kasz­ta­no­we włosy, ciem­ne oczy i cho­ciaż byłam szczupła, cie­szyłam się ko­bie­cy­mi kształtami. To było do­dat­ko­wy powód, że niektórych mężczyzn, a zwłasz­cza księży, prze­cho­dził dreszcz dez­apro­ba­ty – a może cze­goś in­ne­go. Mężczyźni do­stają dresz­czy z tylu po­wodów, że często nie sposób określić, co je spro­wo­ko­wało w da­nej sy­tu­acji.

Jeśli cho­dzi o Bor­gię, żadna młoda nie­wia­sta nie mogła prze­by­wać w jego to­wa­rzy­stwie bez wzbu­dza­nia po­dej­rzeń, że dzie­liła z nim łóżko. Po­win­niście jed­nak po­rzu­cić ta­kie myśli w moim przy­pad­ku. Bor­gia i ja na prze­strze­ni lat dzie­liliśmy wie­le rze­czy, co – jak można by pomyśleć – nie jest możliwe między mężczyzną o jego po­zy­cji a ko­bietą o mo­jej, ale łóżko nie było jedną z nich.

Całkiem in­a­czej spra­wy się miały, jeśli cho­dzi o jego syna, Ce­sa­re. Wspo­mnie­nie syna Jo­wi­sza, jak tytułowały go bar­dziej pod­eks­cy­to­wa­ne wiel­bi­ciel­ki, nie­ustan­nie mnie roz­pra­szało. Wy­je­chał z Rzy­mu na kil­ka ty­go­dni w in­te­re­sach ojca. W cza­sie jego nie­obec­ności moje łóżko wiało chłodem.

Ce­sa­re i ja zwróciliśmy na sie­bie uwagę jako dzie­ci w pa­laz­zo Bor­gii na Cor­so; on, syn Kar­dy­nała, i ja, córka tru­ci­cie­la. To, co zaczęło się od ostrożnych spoj­rzeń, roz­wi­jało się przez lata, aż do nocy, gdy na­tknął się na mnie w bi­blio­te­ce. Czy­tałam Dan­te­go, który za­wsze był moim ulu­bio­nym au­to­rem, a on był pi­ja­ny i po­ru­szo­ny po ko­lej­nej kłótni z oj­cem. Mogłabym się upie­rać, że wziąwszy vir­go in­tac­to z za­sko­cze­nia, nie­go­dzi­wie so­bie ze mną po­czy­nał pod łagod­nym spoj­rze­niem por­tre­tu Pa­pieża Ka­lik­sta III, wuja ro­dzi­ny i pa­tro­na, który ich wszyst­kich usta­wił na dro­dze do chwały. Ale praw­da jest taka, że po­tra­fiłam ra­dzić so­bie z Ce­sa­re tak jak on ze mną, a może na­wet le­piej. Przy­ciągał mrok, który tkwi we mnie, bo składał się z czy­stych żądzy, które nie zo­sta­wiały miej­sca na mo­ral­ność czy su­mie­nie. Był bez grze­chu w tym sen­sie, że żad­ne­go nie roz­po­zna­wał. Przy nim zbliżyłam się naj­bliżej do by­cia sobą w tam­tych dniach.

Pod jego nie­obec­ność roz­ważałam wzięcie in­ne­go ko­chan­ka, ale je­dy­ne­go, którego na­prawdę bym chciała oprócz Ce­sa­re, nie mogłam mieć. Byłam więc zmu­szo­na trwać w cno­cie, kie­rując się głupim prze­ko­na­niem, że wy­rze­cze­nie jest cnotą, cho­ciaż każdy upływający dzień – i noc – do­bit­nie po­ka­zy­wały, że jest in­a­czej.

Czy to was szo­ku­je? Mam taką na­dzieję, bo prawdę mówiąc, wciąż dokład­nie pamiętam, jak po­twor­nie się wte­dy nu­dziłam, i zro­biłabym nie­mal wszyst­ko, żeby coś zaczęło się dziać.

– Pod­pi­sze pan to? – za­py­tałam, bo ktoś mu­siał to wresz­cie zro­bić.

Męczył się nad tym całe popołudnie, czy­tając, przeglądając, po­mru­kując, na­rze­kając, na­ci­skając, żeby prze­pi­sy­wa­no stro­ny, zmie­niając to czy inne słowo, a po­tem po pro­stu gapiąc się na te pa­pie­ry. Gołębie, które przy­sia­dały od cza­su do cza­su na pa­ra­pe­cie i dzio­bały wyłożone prze­ze mnie ziar­no, wy­da­wały się być bar­dziej zde­cy­do­wa­ne niż Następca Chry­stu­sa na Zie­mi.

– A myślisz, że po­wi­nie­nem? – za­py­tał Bor­gia.

Po­mi­mo chłod­ne­go dnia nad jego górną wargą lśniła nikła war­stew­ka potu. Miał wte­dy sześćdzie­siąt dwa lata, wiek, w którym większość mężczyzn jest już w gro­bie, a co naj­mniej zaj­mu­je krzesła w przed­po­ko­ju śmier­ci. Ale nie Bor­gia. Urząd, o który tak żar­li­wie i podstępnie wal­czył, po­sta­rzył go, ale da­lej można było po­wie­dzieć, że jest mężczyzną w kwie­cie wie­ku. Na­wet, gdy miał słab­szy dzień, roz­ta­czał wokół sie­bie aurę niezłomności, która spra­wiała, że jego opo­nen­ci sza­mo­ta­li się jak mrówki szu­kające schro­nie­nia przed palącym słońcem.

Przez jedną chwilę nie wie­rzyłam, że pragnął mo­jej opi­nii. Py­ta­nie było tyl­ko ko­lejną wymówką, aby opóźnić roz­porządze­nie tym, co z cza­sem mogło oka­zać się mieć większą war­tość, niż mógł to so­bie w tej chwi­li uświa­da­miać.

Ale kto mógł na­prawdę wie­dzieć, jak wy­ce­nić nowy świat?

Jeżeli to fak­tycz­nie były nowe In­die, jak twier­dził Krzysz­tof Ko­lumb, bo­ha­ter ostat­nich czasów. Gdy­by się tak oka­zało, byłyby war­te pie­kiel­ne pie­niądze.

Przy­nie­sio­no wino, o które pro­sił. Bor­gia oparł się na krześle, zakręcił kie­li­chem i włożył w nie­go nos. Nie słuchaj­cie, kie­dy mówią, że był pro­sta­kiem. Gdy chciał, po­tra­fił do­ce­nić bu­kiet szla­chet­ne­go wina, po­dob­nie jak każdy wiel­ki książę.

Pa­trzyłam na nie­go z ciężko wy­pra­co­waną ufnością. Od cza­su objęcia pon­ty­fi­ka­tu miał na­wet więcej wrogów, niż kie­dy był kar­dy­nałem. Rok nie do­biegł jesz­cze połowy, a już podjęto trzy poważne próby za­ma­chu na jego życie. Miałam własne prze­myśle­nia na te­mat tego, kto mógł stać za tymi ata­ka­mi, ale z bra­ku do­wodów mu­siałam ogra­ni­czyć swo­je działania do jego ochro­ny. Pod żad­nym wa­run­kiem nic nie mogło na­wet zbliżyć się do Il Papa – ja­kie­kol­wiek je­dze­nie, na­po­je czy przed­miot, którego mógłby do­tknąć – za­nim ich nie spraw­dziłam. Właśnie na tym po­le­gała większość mo­jej pra­cy. Po­mi­mo tego, co mo­gliście słyszeć, tyl­ko oka­zjo­nal­nie byłam wzy­wa­na do cze­goś in­ne­go. Na­prawdę lu­dzie zbyt dużo mówią.

– Por­tu­gal­czy­cy nie będą za­do­wo­le­ni – rzu­cił Bor­gia.

Po­wie­dział w po­wie­trze albo do mnie, nie sposób było zgadnąć. Może skie­ro­wał tę myśl do gołębi.

– Da­jesz im, pa­nie, drugą połowę świa­ta – przy­po­mniałam mu.

Bo właśnie to robił przy po­mo­cy swo­ich geo­grafów, lu­dzi uczo­nych, choć trochę zde­pry­mo­wa­nych te­raz, gdy mu­sie­li prze­ra­biać wszyst­kie swo­je mapy. Zachód dla Hisz­pa­nii, wschód dla Por­tu­ga­lii, a diabłu oga­rek.

– Muszę coś zro­bić – po­wie­dział trochę de­fen­syw­nie, ale któż mógł go za to winić.

Cho­ciaż w za­sa­dzie wszy­scy mo­gli, bo sam wywołał taką sy­tu­ację, ale po­wstrzy­małam się od wzmian­ki o tym. Niech nikt nie sądzi, że nie są mi zna­ne ar­ka­na dy­plo­ma­cji.

– Ich naj­bar­dziej ka­to­lic­kie mości będą ura­do­wa­ne – za­uważyłam, patrząc na pióro, które upuścił, z pra­gnie­niem, żeby na­brało życia i samo pod­pi­sało ten cho­ler­ny de­kret.

Fer­dy­nand i Iza­bel­la, władcy Hisz­pa­nii, by­li­by za­chwy­ce­ni, może na­wet na tyle, że po­mo­gli­by Bor­gii w jego ostat­nich pro­ble­mach z Króle­stwem Ne­apo­lu. Pro­ble­mach, które sam spro­wo­ko­wał – niech no so­bie przy­pomnę – ach tak, próbując między in­ny­mi wy­kraść zie­mię od Ne­apo­lu, żeby oddać ją swo­je­mu dru­gie­mu sy­no­wi, Ju­ano­wi, którego miał ochotę uczy­nić wiel­kim księciem. Lu­dzie po­tra­fią bar­dzo ner­wo­wo re­ago­wać na ta­kie spra­wy.

Mo­gliśmy mieć wojnę albo jej uniknąć. Zależało to od zdol­ności hisz­pańskich mo­narchów, którzy po otrzy­ma­niu od­po­wied­niej zapłaty mo­gli nam kupić pokój. Czy nowy świat wy­star­czy, żeby ich do tego skłonić?

– Albo i nie – po­wie­dział Bor­gia i machnął upierście­nioną dłonią. – To będzie mu­siało za­cze­kać. – Odłożył pióro i wstał zza biur­ka.

– Wy­cho­dzi pan? – za­py­tałam, również wstając.

W tak poważnej sy­tu­acji można było się spo­dzie­wać, że Pa­pież sku­pi się wyłącznie na in­te­re­sach. Ale Bor­gia nig­dy nie robił ni­cze­go bez po­wo­du – albo kil­ku cza­sa­mi wyraźnie sprzecz­nych ze sobą po­wodów, które w końcu mimo wszyst­ko składały się w całość, aby za­spo­koić jego am­bi­cje.

– Obie­całem udzie­lić po­ra­dy pew­nej nie­spo­koj­nej du­szy – po­wie­dział, od­zy­skując na­gle hu­mor.

Usłyszałam, jak se­kre­ta­rze jęknęli i trud­no ich było za to winić. Wy­my­kał się do swo­jej nałożnicy, Giu­lii Far­ne­se Or­si­ni, słusznie na­zy­wa­nej La Bel­la, cho­ciaż – o ile mi było wia­do­mo – nic złego nie działo się z jej duszą. Tym­cza­sem na se­kre­ta­rzy miała spaść od­po­wie­dzial­ność za od­pie­ra­nie pytań za­nie­po­ko­jo­nych am­ba­sa­dorów i dwo­rzan, sta­rających się zo­rien­to­wać, co, jeżeli w ogóle coś, za­mie­rza zro­bić Oj­ciec Święty.

– Cóż, w ta­kim ra­zie… – po­wie­działam, idąc do drzwi.

Bor­gia, z ko­niecz­ności za­cho­wując po­zo­ry, cho­dził pry­wat­nym pasażem, który łączył jego biu­ro z sąsia­dującym Pa­laz­zo San­ta Ma­ria in Por­ti­co, gdzie umieścił obie młode nałożnice i nie­wie­le młodszą córkę z wcześniej­sze­go związku, z którego miał również Ce­sa­re i dwóch in­nych synów. Ja mu­siałam obie­rać inną trasę, co ozna­czało prze­py­cha­nie się między ludźmi ocze­kującymi w przed­po­ko­jach. Szczęśli­wie z uwa­gi na to, że byłam ko­bietą, a także osobą budzącą poważne wątpli­wości, oszczędzo­ne mi było wy­py­ty­wa­nie, które miało wkrótce do­tknąć jego se­kre­ta­rzy.

Do­tarłam do pierw­sze­go przed­sion­ka, gdy ner­wo­wy człowie­czek pod­szedł do mnie ukrad­kiem. Niech was nie zmy­li ten opis, bo cho­ciaż jest dosyć wier­ny, żywiłam do Re­nal­do D’Mar­co znacz­ny sen­ty­ment. Zaj­mo­wał uprzed­nio sta­no­wi­sko nad­zor­cy pa­laz­zo Bor­gii, gdy ten był jesz­cze kar­dy­nałem, a te­raz służył mu w Wa­ty­ka­nie.

– Pod­pi­sał? – za­py­tał, rozglądając się ukrad­kiem, co oczy­wiście spra­wiło, że przy­ciągnął do sie­bie nie­pożądaną uwagę, a przez to również do mnie.

Chwy­ciłam go za rękaw i odciągnęłam w róg przy pa­le­ni­sku, w którym byliśmy mniej wy­sta­wie­ni na cie­kaw­skie oczy. Dźwięki młotków i pił z po­bli­skie­go skrzydła Pałacu Wa­ty­kańskie­go, gdzie re­mon­to­wa­no roz­ległe apar­ta­men­ty Bor­gii, za­pew­niały, że nikt nas nie podsłucha. Mimo tego mówiłam ści­szo­nym głosem.

– Jesz­cze nie, ale pod­pi­sze.

– Je­steś pew­na?

Re­nal­do nie pytał bez­pod­staw­nie. Jak nie­mal każdy ob­sta­wił zakłady u jed­ne­go z se­tek rzym­skich buk­ma­cherów, którzy je przyj­mo­wa­li. Możliwe było też, że po­wie­rzył fun­du­sze ja­kimś in­sty­tu­cjom han­dlo­wym, na których zy­ski pa­pie­ski de­kret mógł mieć wpływ. Tu za bar­dzo się nie różniliśmy. Bor­gia był nie­zwy­kle hoj­ny – jak każdy rozsądny człowiek w przy­pad­ku swo­je­go tru­ci­cie­la. Nie mogłam więc na­rze­kać, ale uważano by mnie za głupią, jeżeli nie zro­biłabym mądre­go użytku z in­for­ma­cji, które do mnie do­cie­rały.

– Nie ma wy­bo­ru – po­wie­działam. – Musi zdo­być przy­chyl­ność Hisz­pa­nii, a ich Królew­skie Mości ja­sno po­sta­wiły, że nie ma in­nej dro­gi, aby ją uzy­skać.

– Ale jeżeli Ko­lumb ma rację…

Ostro kiwnęłam głową. Wszy­scy zna­li pro­blem, który po­wstrzy­my­wał na ra­zie Bor­gię przed pod­pi­sa­niem de­kre­tu.

– Jeżeli Oj­ciec Święty odda Hisz­pa­nii to, co na­prawdę okaże się być In­dia­mi – od­parłam – będzie­my mieć wojnę z Por­tu­ga­lią. Wszy­scy o tym wiedzą. Ale ucze­ni, geo­gra­fo­wie, twórcy map da­lej po­twier­dzają to, co mówili, gdy wiel­ki żeglarz roz­po­wia­dał o swo­im zwa­rio­wa­nym przed­sięwzięciu na eu­ro­pej­skich dwo­rach, skąd odsyłano go z pu­sty­mi rękami: świat jest zbyt duży, żeby mógł do­trzeć tą drogą do In­dii.

W ty­go­dniach, które nastąpiły po tym, jak zde­ze­lo­wa­na ka­ra­we­la „La Nina” z tru­dem po­ko­nała sztorm na Atlan­ty­ku, znaj­dując schro­nie­nie w por­cie Li­zbo­ny, nikt nie mówił o ni­czym in­nym niż o zdu­mie­wających wieściach, które przy­wiozła. Le­d­wo pierw­sze ra­por­ty do­tarły do Rzy­mu, Bor­gia usiadł do pra­cy, żeby określić, ja­kie ko­rzyści mógłby od­nieść z tego, co właśnie się zda­rzyło.

Żeby ułatwić mu de­cyzję, zno­si­liśmy nie­kończącą się pa­radę mędrców, którzy tłuma­czy­li mu na okrągło, dla­cze­go, w prze­ci­wieństwie do tego, co twier­dził, Ko­lumb naj­praw­do­po­dob­niej nie mógł do­trzeć do In­dii. Z tego, co było im wia­do­mo, jemu i jego załodze wy­czer­pałby się cały pro­wiant i wszy­scy zginęliby na mo­rzu na długo, za­nim do­tar­li­by do ich brze­gu. A fakt, że się tak nie stało, ozna­cza tyl­ko jed­no – zna­leźli nie In­die, z ich wiel­kim bo­gac­twem wy­so­ce pożąda­nych przy­praw, ale nowy ląd, którego ist­nie­nia wcześniej nie po­dej­rze­wa­no – Novi Or­bis.

– A jeśli nie mają ra­cji…? – zaczął Re­nal­do, ale nie za­mie­rzałam go słuchać.

– Już sta­rożytni Gre­cy zna­li wiel­kość świa­ta, po­dob­nie jak my. Ko­lumb od­krył coś in­ne­go, coś zupełnie no­we­go, czy chce to przy­znać, czy nie. To może być miej­sce nie­wy­obrażal­nych bo­gactw, ale może ofe­ro­wać je­dy­nie śmierć i ruinę. Hisz­pa­nia szyb­ko się tego do­wie.

Nad­zor­ca wy­da­wał się uspo­ko­jo­ny mo­imi za­pew­nie­nia­mi, ale da­lej coś wy­da­wało się go dręczyć.

– Słyszałaś plot­ki? – za­py­tał, na­chy­lając się do mnie tak bli­sko, że po­czułam w jego od­de­chu anyżek.

Nie był to nie­przy­jem­ny aro­mat, ale nie był też w sta­nie w pełni za­ma­sko­wać wywołane­go przez jego ner­wo­wość kwaśnego za­pa­chu z żołądka.

– Które plot­ki? Co­dzien­nie każda go­dzi­na przy­no­si więcej niż po­przed­nia.

– Nie wiem, na ile te są praw­dzi­we. Ale oba­wiam się, że aż za bar­dzo. Mówią, że ten mężczy­zna, Pin­zon, ka­pi­tan „La Pin­ty”, umie­ra na cho­robę, której wcześniej nikt nie wi­dział. Jest po­kry­ty dziw­ny­mi kro­sta­mi i zżera go gorączka.

Słyszałam te same plot­ki i po­dzie­lałam oba­wy Re­nal­do, ale nie miałam za­mia­ru się do tego przy­zna­wać. Żegla­rze często wra­ca­li do domu z przeróżnymi do­le­gli­wościa­mi, ale te były inne. Jak wy­ni­kało z ra­portów, nikt nig­dy nie wi­dział za­ra­zy, która za­bi­jała zastępcę ka­pi­ta­na flo­ty Ko­lum­ba. I nie był w tym osa­mot­nio­ny; to samo do­tknęło również paru in­nych lu­dzi, którzy żeglo­wa­li z wiel­kim od­krywcą. Były też do­nie­sie­nia, na ra­zie nie­po­twier­dzo­ne, że ta­kie ob­ja­wy za­czy­nały się po­ja­wiać wśród pro­sty­tu­tek w Bar­ce­lo­nie, mieście, do którego udało się wie­lu członków załogi po po­wro­cie na ląd.

– Mu­si­my się za nie­go mo­dlić – po­wie­działam poważnie.

To uspo­koiło Re­nal­do.

– Oczy­wiście – po­wie­dział. – Ale co z de­kre­tem – na­prawdę je­steś o tym prze­ko­na­na?

Za­pew­niłam go, że byłam, i uspra­wie­dli­wiłam się pilną po­trzebą zna­le­zie­nia się w in­nym miej­scu, co w za­sa­dzie było zgod­ne z prawdą. Parę mi­nut później prze­mie­rzałam ol­brzy­mi plac, jak zwy­kle za­la­ny tłumem han­dla­rzy, gapiów, księży, za­kon­nic, piel­grzymów, dy­gni­ta­rzy i im po­dob­nych. Wa­ty­kan, jak za­wsze, był otwar­ty na in­te­re­sy.

Skłaniające się ku za­cho­do­wi słońce ogrze­wało mi twarz i po raz pierw­szy od wie­lu go­dzin mogłam od­dy­chać pełną pier­sią. Na­wet mięśnie kar­ku, napięte do gra­nic wy­trzy­małości, gdy usługi­wałam Bor­gii, roz­luźniły się, choć nie do końca. Za mną wzno­sił się potężny cień Ba­zy­li­ki Świętego Pio­tra, sta­rej na po­nad tysiąc lat i za­grożonej ruiną. Nie pa­trzyłam w jej stronę, ale jak za­wsze czułam jej obec­ność.

Da­lej prześla­do­wały mnie wy­da­rze­nia ubiegłego roku. Budząc się i za­sy­piając, na nowo przeżywałam roz­pacz­li­we po­szu­ki­wa­nia za­gi­nio­ne­go dziec­ka, które było w rękach sza­leńca za­mie­rzającego do­ko­nać ry­tu­al­ne­go mor­du. To, co wi­działam w utka­nych ludz­ki­mi szczątka­mi ka­ta­kum­bach pod ba­zy­liką, było wy­star­czająco kosz­mar­ne, ale zde­cy­do­wa­nie bladło w porówna­niu z po­twor­nością tego, co nastąpiło później na roz­ległym, opusz­czo­nym pod­da­szu pod walącym się da­chem kościoła.

Jak­by to nie wy­star­czało, wbiłam so­bie do głowy, że żadna z mo­ich mrocz­nych myśli nie po­win­na z niej wy­ciec, żeby nie przy­ciągnąć bo­skiej uwa­gi, co na pew­no by się stało, gdy­bym zno­wu była na tyle głupia i zbliżyła się do Boga na tej ska­le, na której zbu­do­wa­no Jego Kościół.

Na szczęście nie było po­trze­by tego robić. Sam Bor­gia gar­dził posępną kupą ka­mie­nia; od­wie­dził ją tyl­ko parę razy od cza­su, gdy zo­stał pa­pieżem, i ciągle mówił, że trze­ba ją ro­ze­brać. Miał plan wy­bu­do­wa­nia no­wej, wspa­nial­szej ba­zy­li­ki, która sta­no­wiłaby hołd dla jego pon­ty­fi­ka­tu. Nie­ste­ty fun­du­sze na tak am­bit­ne przed­sięwzięcie nie ist­niały i nie było na nie szan­sy w naj­bliższym cza­sie.

Szczęśli­wie nikt nie wy­da­wał się za­uważać, nie mówiąc o przej­mo­wa­niu się tym, że uni­kałam jak ognia po­sta­wie­nia sto­py w Koście­le Pio­tra. Nie pamiętam, kie­dy ostat­ni raz przystąpiłam do spo­wie­dzi w celu oczysz­cze­nia du­szy. Co praw­da jed­nej nocy ubiegłego lata załamałam się i przy­znałam Bor­gii, że prześla­du­je mnie myśl, iż Pa­pież In­no­cen­ty VIII, Następca Chry­stu­sa, wy­bra­ny przez Boga, aby re­pre­zen­to­wał go na Zie­mi, zginął jed­nak z mo­jej ręki. Uparł się wte­dy dać mi roz­grze­sze­nie, a ja, jako słaba ko­bie­ta, na to przy­stałam. Obo­je wte­dy byliśmy ra­czej nie­trzeźwi, jeśli to może nas trochę uspra­wie­dli­wić.

Od tam­te­go cza­su tyl­ko trzy­krot­nie zabiłam, za każdym ra­zem robiąc to w od­po­wie­dzi na za­mach na życie Bor­gii oraz tak miłosier­nie, jak się dało, jeżeli to może mieć zna­cze­nie. Tłuma­czyłam so­bie, że uśmier­ca­nie w obro­nie Jego Świąto­bli­wości nie pro­wa­dzi do grze­chu, ale nie zna­czy to, że nie grze­szyłam. Jeśli odłożyć na bok drob­ne prze­wi­nie­nia – jak roz­wiązłość, cho­ciaż nie­ste­ty zda­rzała mi się rzad­ko; pra­ca w nie­dzielę, jeżeli ba­da­nia, które podjęłam dla własnych ko­rzyści mogą być na­prawdę uzna­ne za pracę – praw­da była taka, że rzad­ko zda­rzał mi się dzień, kie­dy nie roz­myślałam o mor­der­stwie.

Mówię „roz­myślałam” w sen­sie kry­sta­li­za­cji po­mysłu, ob­ra­ca­nia go na różne stro­ny, myśle­nia, jak go wygładzić i udo­sko­na­lić. Trak­to­wałam to jak ćwi­cze­nie, które miało dać mi trochę ulgi w ob­li­czu nie­ubłagal­nej rze­czy­wi­stości, że sza­lo­ny ksiądz Ber­nar­do Mo­roz­zi, praw­dzi­wy zle­ce­nio­daw­ca śmier­ci mo­je­go ojca, i jak po­dej­rze­wałam, spraw­ca ataków skie­ro­wa­nych prze­ciw­ko Bor­gii, wciąż po­zo­sta­wał żywy.

Nie wy­star­czyło mu to, że ubiegłego roku wy­gna­no z Hisz­pa­nii Żydów – ten ksiądz o twa­rzy anioła i du­szy diabła pla­no­wał nakłonić pa­pieża do pod­pi­sa­nia edyk­tu usu­wającego ich z całego chrześcijaństwa. Ode­grałam wte­dy swoją rolę, uda­rem­niając jego złowróżbne am­bi­cje, nie udało mi się jed­nak pomścić śmier­ci ojca. Na ra­zie.

Nie wi­działam sen­su w tłuma­cze­niu tego wszyst­kie­go ja­kie­muś nieszczęsne­mu spo­wied­ni­ko­wi, który mu­siałby po­tem po­szu­kać od­po­wied­niej po­ku­ty, choć mnie żadna nie przy­cho­dziła do głowy, bo zde­cy­do­wa­nie nie czułam skru­chy, a i nie za­mie­rzałam zmie­niać swo­ich grzesz­nych dróg.

Po­mi­mo tego wszyst­kie­go chylące się ku upad­ko­wi ru­iny ba­zy­li­ki da­lej miały moc spro­wa­dza­nia na mnie dresz­czy. Przy­spie­szyłam, żeby jak naj­szyb­ciej, choćby na jedną chwilę, odejść z Wa­ty­ka­nu i od wszyst­kie­go, co re­pre­zen­to­wał.

- 2 -

Chmu­ry prze­sunęły się na wschód i Rzym skąpany był w przej­rzy­stym, złota­wym świe­tle, które usiłują ostat­nio uchwy­cić wszy­scy ma­la­rze, choć je­dy­nie paru z nich to się uda­je. Ominęłam tłumy, kie­rując się w stronę rze­ki, i przeszłam przez Pon­te Si­sto. Na dru­gim brze­gu, za­raz za mo­stem, za­cze­piłam po­si­wiałego prze­woźnika. Gdy już się upew­nił, że mam mo­netę, za którą mogłam go wy­nająć, zgo­dził się za­wieźć mnie kil­ka ki­lo­metrów w górę rze­ki. Możecie wszyst­ko po­wie­dzieć o Bor­gii, ale wpro­wa­dził w Rzy­mie taki porządek, ja­kie­go mia­sto nie wi­działo od wie­lu lat. Zwykła ko­bie­ta, taka bez zbroj­nej eskor­ty, mogła zno­wu cho­dzić po mieście bez obaw o mo­le­sto­wa­nie. Nie zniknęły oczy­wiście wszyst­kie pro­ble­my, żadne mia­sto nie jest zupełnie wol­ne od zbrod­ni, ale wszy­scy byli zgod­ni, że to jed­no wyszło Bor­gii na­prawdę do­brze i za to większość rzy­mian była mu na­prawdę wdzięczna.

Dom, do którego zmie­rzałam, leżał poza północ­ny­mi gra­ni­ca­mi mia­sta, w po­bliżu ład­nej wio­ski Cap­pria­col­la.

Zo­sta­wiłam prze­woźnika i przeszłam nie­cały ki­lo­metr aleją ocie­nioną dębami i li­pa­mi. Krótkie wy­ciecz­ki na wieś bar­dzo mi od­po­wia­dają.

W dro­dze do miej­sca prze­zna­cze­nia cie­szyłam się za­pa­chem dzi­kich róż i ka­pry­fo­lium, wzmoc­nio­nym silną nutą gno­ju.

Była to piętro­wa re­zy­den­cja wy­bu­do­wa­na wokół wewnętrzne­go dzie­dzińca. Po jed­nej stro­nie miała bramę wy­star­czająco sze­roką, żeby po­mieścić powóz albo furę, ale też wy­star­czająco wąską, aby ją szyb­ko za­bez­pie­czyć w przy­pad­ku kłopotów. Stiu­ki i inne zewnętrzne zdo­bie­nia były bar­dzo pro­ste, zgod­nie ze sty­lem obo­wiązującym de­ka­dy temu, kie­dy dom zo­stał zbu­do­wa­ny. Od­wie­dzającemu można było wy­ba­czyć, jeżeli uznał go za przy­by­tek zamożnej wiej­skiej ro­dzi­ny żyjącej z upra­wy swo­ich pól i win­nic.

Gdy się zbliżyłam, wy­biegło stamtąd kil­ka potężnych ma­stiffów, którym z pysków zwie­szały się stru­gi śliny. Ma­stiff w po­je­dynkę może być naj­bar­dziej ko­chającym psem. Jed­nak w gru­pie nie za­wa­hają się roz­szar­pać sil­ne­go człowie­ka na strzępy. Prze­wod­nik sta­da, który sięgał mi pra­wie do pasa, uniósł ol­brzy­mią głowę i szczeknął ostrze­gaw­czo. Stanęłam i wyciągnęłam rękę z wnętrzem dłoni zwróco­nym ku górze. Po chwi­li ma­stiff pod­szedł i de­li­kat­nie ją obwąchał. Po­znał mnie i zno­wu za­szcze­kał, tym ra­zem łagod­niej, jak­by chciał za­sy­gna­li­zo­wać in­nym, że wszyst­ko jest w porządku, i po­zwo­lił mi iść da­lej.

Przeszłam przez bramę i dzie­dzi­niec w stronę ocie­nio­ne­go ta­ra­su. Za­trzy­małam się tam na chwilę dla ochłody. Wy­so­kie od podłogi do su­fi­tu okna były otwar­te. Do­cho­dził przez nie szum rozmów, który kon­ku­ro­wał z sen­nym brzęcze­niem owadów w po­bli­skich zaroślach.

Od­chy­lając fa­lujące białe zasłony, prze­kro­czyłam próg, wchodząc do dużego po­ko­ju o zgrab­nych pro­por­cjach z łupkową podłogą i wy­so­kim, skle­pio­nym su­fi­tem. Ścianę po prze­ciw­nej stro­nie zdo­mi­no­wało ka­mien­ne pa­le­ni­sko, nad którym wi­siał go­be­lin, który po­dob­no do nie­daw­na należał do Ka­ro­la, króla Fran­cji. Zga­dy­wa­no, jak właści­ciel domu mógł wejść w jego po­sia­da­nie.

Gdy­bym chciała, mogłabym go o to spy­tać. Lu­igi d’Ami­co stał nie­da­le­ko nie­go, gdy weszłam. Pod­szedł do mnie z uśmie­chem.

– Fran­ce­sco, miło cię wi­dzieć!

Nie można było wątpić w ser­decz­ność jego po­wi­ta­nia ani też nie od­wdzięczyć mu się tym sa­mym. D’Ami­co był rosłym mężczyzną o ru­mia­nej twa­rzy, którego gbu­ro­wa­tość ma­sko­wała nie­zwykły in­te­lekt. Wy­ra­stał w skrom­nych wa­run­kach, ale wcześnie wy­ka­zał zdol­ność ro­zu­mie­nia ta­jem­nych me­cha­nizmów pie­niądza. To spra­wiło, że zajął się ban­ko­wością i w bar­dzo krótkim cza­sie stał się właści­cie­lem wiel­kiej for­tu­ny. Pod­czas gdy większość lu­dzi będących w po­dob­nie szczęśli­wej sy­tu­acji zo­sta­wało me­ce­na­sa­mi sztu­ki, płacąc za uwiecz­nia­nie sie­bie dla po­tom­nych, d’Ami­co zwrócił się ku swo­jej praw­dzi­wej pa­sji – fi­lo­zo­fii na­tu­ry. Po­wie­dział mi kie­dyś, że chciałby zro­zu­mieć działanie na­tu­ry tak dogłębnie, jak ro­zu­miał pie­niądz, co zna­czyło, że na­prawdę do­brze.

– Jak się mie­wa nasz dro­gi przy­ja­ciel, twój chle­bo­daw­ca? – za­in­te­re­so­wał się, kie­dy już wy­mie­ni­liśmy zwy­cza­jo­we uprzej­mości.

– Całkiem nieźle.

Trochę mnie dzi­wiło to, że d’Ami­co nig­dy nie próbował wy­ko­rzy­stać na­szej zna­jo­mości, żeby uzy­skać in­for­ma­cje na te­mat Bor­gii. Były na to tyl­ko dwa możliwe wytłuma­cze­nia – albo miał nie­zwy­kle szla­chet­ny cha­rak­ter, ja­kie­go na tej zie­mi nie sposób było spo­tkać, albo jego źródła w Wa­ty­ka­nie były lep­sze niż te, które były mi dostępne. Na­prawdę go lubiłam, ale byłam prze­ko­na­na, że ra­czej to ostat­nie było zgod­ne z prawdą.

– To do­brze – po­wie­dział i po­szliśmy dołączyć do in­nych.

Tego dnia było dwa­naście osób. Pra­wie sami mężczyźni, ale po moim przy­by­ciu gru­pa li­czyła również dwie ko­bie­ty. Każde z nas do­tarło do wil­li od­dziel­nie. Należała ona do jed­nej z wie­lu lo­ka­li­za­cji, w których się spo­ty­ka­liśmy, pil­nując, żeby nie od­wie­dzać za często jed­ne­go miej­sca, co mogłoby przy­ciągnąć uwagę.

Taka ostrożność była ko­niecz­na, bo poświęciliśmy się życiu w po­go­ni za wiedzą, cho­ciaż było to nie­zgod­ne z na­ka­za­mi Świętego Kościoła Rzym­skie­go. Jeżeli nie­wy­star­czająco was to eks­cy­tu­je, bo mie­liście może na­dzieję, że zmie­rzałam na miłosną schadzkę, którą mogłabym opi­sać ze wszyst­ki­mi pi­kant­ny­mi szczegółami, pozwólcie, że wam przy­pomnę, iż zmie­rzając do zgłębie­nia se­kretów na­tu­ry, ry­zy­ko­wa­liśmy oskarżenie o he­rezję i spa­le­nie na sto­sach, ja­kie go­rzały w całym chrześcijańskim świe­cie. Nie mam nic prze­ciw­ko jękom czy na­wet oka­zjo­nal­nym krzy­kom, które to­wa­rzyszą szałowi namiętności. Ale te, które wy­do­by­wają się z ust nieszczęsnych, ska­za­nych na męczeńską śmierć w ogniu, nie po­zwa­lają mi w nocy zasnąć.

Ale wpa­dam w dy­gre­sje; taki już mam zwy­czaj.

Na­zy­wa­liśmy się Światłość, z po­wo­du światła, które mie­liśmy na­dzieję przy­nieść świa­tu. Ja byłam najmłod­szym i naj­now­szym człon­kiem gru­py, do której należał również mój oj­ciec przed swoją przed­wczesną śmier­cią. Wszy­scy ze­bra­li się przy sto­le w od­ległym końcu po­ko­ju. Bra­ko­wał tyl­ko jed­ne­go – tego, którego spo­dzie­wałam się tam zo­ba­czyć – Roc­co Mo­ro­nie­go, wytwórcy szkła o nie­zwykłych umiejętnościach, który wpro­wa­dził mnie do Światłości. Dwa lata wcześniej Roc­co na tyle błędnie oce­niał mój cha­rak­ter, że zwrócił się do ojca z prośbą o moją rękę. Te­raz znał mnie znacz­nie le­piej i od­no­siłam cza­sem wrażenie, że był rad, iż mu się wte­dy nie udało, jed­nak mimo to po­zo­stał moim praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem i nieświa­do­mym obiek­tem mo­ich miłosnych fan­ta­zji. Za­nim mogłam za­sta­no­wić się nad jego nie­obec­nością, moją uwagę przy­kuła duża mapa, która była przed­mio­tem ana­li­zy gru­py.

– Na­ry­so­wał ją Juan de la Cosa – po­wie­dział d’Ami­co, od­nosząc się do ka­pi­ta­na „La San­ta Ma­ria”, stat­ku, który roz­bił się na ra­fach w po­bliżu miej­sca, które Ko­lumb na­zy­wał Hi­spa­nio­la. – Jed­na ko­pia jest w dro­dze do ich naj­bar­dziej ka­to­lic­kich mości Fer­dy­nan­da i Iza­bel­li. Dru­ga jest tu­taj.

– Nie spy­tam, jak udało ci się ją zdo­być – po­wie­działam.

Słysząc mój głos, ko­bie­ta siedząca przy sto­le uniosła wzrok.

– Chy­ba wszy­scy możemy się domyślać, jak to zro­bił – po­wie­działa z uśmie­chem. – La Cosa nie jest za bar­dzo za­do­wo­lo­ny z tego, jak po­trak­to­wał go wiel­ki Ko­lumb. Chciałby sam zy­skać uzna­nie.

So­fia Mon­te­fio­re była ko­bietą w śred­nim wie­ku o moc­nej bu­do­wie, z burzą srebr­nych włosów upiętych byle jak nad przy­jemną twarzą. Była również ap­te­karką i Żydówką. Za­przy­jaźniłyśmy się w ubiegłym roku, po części połączyło nas to, że obie jako ko­biety od­da­wałyśmy się męskim za­wo­dom.

Kie­dy mówiła, po­chy­liłam się do przo­du, stu­diując mapę. La Cosa od­two­rzył linię brze­gową, która w ni­czym nie przy­po­mi­nała In­dii, ja­kie były zna­ne tym, którzy do­tar­li aż tak da­le­ko w po­szu­ki­wa­niu przy­praw, które w Eu­ro­pie były war­te więcej niż ich waga w złocie. Na­ry­so­wa­ny przez nie­go brzeg był obcy, inny niż który­kol­wiek z do­tych­czas wi­dzia­nych. Jeżeli miał rację… Mat­ko Bo­ska, tyle zależało od jego wia­ry­god­ności.

– Czy La Cosa jest zdro­wy? – za­py­tałam.

– Nie ma krost – od­po­wie­dział Lu­igi, nawiązując do umie­rającego Pin­zo­na. – A przy­najm­niej tak nam wia­do­mo. Wy­da­je się za­cho­wy­wać przy­tom­ność umysłu. Poza tym… – zniżył głos, jak­by chciał zdra­dzić nam jakiś se­kret. – Nie za­po­mi­naj­my o poławia­czach dor­szy.

Tu­taj tkwiło sed­no spra­wy. Zakładam, że ja­da­cie dor­sza, wiedząc o tym, że jest do­bry dla zdro­wia, a więc zda­je­cie so­bie sprawę z jego wagi. Na wy­pa­dek, gdy­byście jed­nak byli ja­kimś nie­zna­nym mi ga­tun­kiem, pozwólcie, iż was uświa­do­mię, że por­tu­gal­scy ry­ba­cy przez set­ki lat wypływa­li na roz­ległe północ­ne łowi­ska, o których nie chcą w szczegółach opo­wia­dać, i przy­wo­zi­li stamtąd dor­sza w ilościach wy­star­czających, żeby wyżywić większą część Eu­ro­py.

Niektórzy z nich, będąc w sta­nie nie­trzeźwym, twier­dzi­li, że znają zie­mię na zachód od miej­sca, w którym łowią dor­sze. Niektórzy mówili na­wet, że spo­tka­li dzi­kich wi­kingów, którzy opo­wia­da­li o in­nych lądach, na­wet bar­dziej od­ległych. Lądach, które po­dob­no wciąż tkwiły w wie­kach przeszłych, ale mimo to pa­dli tam ofiarą za­jadłych dzi­kusów, którzy przepędzi­li wi­kingów, co jest ra­czej za­ska­kujące, biorąc pod uwagę ich zasłużoną re­pu­tację gra­bieżców i wo­jow­ników. Nie miałoby to większe­go zna­cze­nia, gdy­by nie plot­ki o tym, że Ko­lumb wraz z bra­tem wie­le lat temu od­by­li podróż na północ, a pod­czas niej po­dob­no pra­wie za­mar­z­li. Je­dli dużo dor­szy i pili przej­rzy­sty moc­ny tru­nek z wi­kingami, słuchając ich opo­wieści o zie­mi na za­cho­dzie, która – jak twier­dzi­li – roz­ciągała się da­lej, niż człowiek był w sta­nie iść przez wie­le dni.

Tak mówio­no.

Po­chy­lałam się, przyglądając się ma­pie. La Cosa od­two­rzył wszel­kie zawiłości, ry­sując wy­spy, na które się na­tknął, ale wyraźnie se­pa­rując je od tego, co jak naj­wy­raźniej wie­rzył, było praw­dziwą linią brze­gową lądu.

Jeżeli miał rację… tak wie­le od tego zależało.

– To zdu­mie­wające – po­wie­działam. – Jeśli ob­li­cze­nia są pra­widłowe…

Cho­dziło mi o obwód Zie­mi sza­co­wa­ny przez ma­te­ma­ty­ka ze sta­rożyt­nej Gre­cji, Era­to­ste­ne­sa, którego pra­ce były do­brze zna­ne Ara­bom, a zo­stały na nowo od­kry­te przez nas i wie­lo­krot­nie po­twier­dzo­ne. Wsku­tek tego każda in­te­li­gent­na oso­ba, która tyl­ko chciała się cze­goś do­wie­dzieć, znała wiel­kość świa­ta. Nie­wie­lu, a wśród nich Ko­lumb, upie­rało się, że świat jest dużo mniej­szy, a w związku z tym In­die muszą leżeć za­raz na zachód.

– Jeżeli są pra­widłowe, Ko­lumb na­prawdę zna­lazł Novi Or­bis, Nowy Świat.

Spoj­rzałam na mężczyznę, który właśnie przemówił. Do­bie­gał trzy­dziest­ki, był trochę niższy niż d’Ami­co i miał ciemną, sta­ran­nie przy­strzyżoną brodę i wąsy. Na jego twa­rzy wid­niał wy­raz nie­win­nej dzie­cięcej cie­ka­wości. Po­mi­mo fak­tu, że nosił biało-czar­ny ha­bit za­ko­nu, którego bano się naj­bar­dziej w Świętym Koście­le Rzym­skim, czy­li za­ko­nu do­mi­ni­kanów.

Brat Gu­il­lau­me le­d­wo mógł po­wstrzy­mać pod­nie­ce­nie. Prze­je­chał pal­cem po li­nii brze­go­wej, uważając, żeby nie do­tknąć per­ga­mi­nu, i wes­tchnął z za­chwy­tem.

– Nowy Świat… – po­wie­dział. – To opie­ra się wy­obraźni. Za­prawdę stwo­rze­nie ma w so­bie tyle cudów, że na­sze bied­ne umysły nie mogą ich ogarnąć.

Jeżeli dzi­wi was, że do­mi­ni­ka­nin mógł być człon­kiem Światłości, pozwólcie, że za­pew­nię was, iż Gu­il­lau­me bar­dzo różnił się od tego, co bez wątpie­nia słysze­liście o „Oga­rach Boga”, uja­dających łowcach In­kwi­zy­cji. Po­win­niście so­bie przy­po­mnieć, że na każdego To­rqu­emadę oraz in­ne­go miłośnika stosów i narzędzi tor­tur, przy­pa­da­li wśród do­mi­ni­kanów również tacy, jak Święty Al­bert Wiel­ki, który twier­dził, że na­uka i wia­ra mogą eg­zy­sto­wać obok sie­bie i współgrać, a po­nad wszyst­ko wiel­ki Święty To­masz z Akwi­nu, na którego bar­kach, można po­wie­dzieć, opie­ra się nasz Kościół. A to, jak ni­sko za­kon sto­czył się z ta­kich wzniosłości umysłu w gorączko­we pa­sje Wiel­kiego In­kwi­zy­to­ra, po­zo­sta­wiam już wa­szej oce­nie.

Jesz­cze przez jakiś czas po­chy­la­liśmy się nad mapą, która nie prze­sta­wała nas fa­scy­no­wać, a po­tem prze­szliśmy do stołu zjeść wczesną ko­lację. Z ko­niecz­ności mu­sie­liśmy opuścić willę, za­nim zro­bi się ciem­no, żeby bez nad­mier­nych trud­ności do­trzeć do własnych domów.

Posiłek, jak zwy­kle gdy za­pew­niał go d’Ami­co, był wyśmie­ni­ty. Roz­mo­wy do­ty­czyły różnych spraw, od mapy, do ostat­nich eks­pe­ry­mentów i badań, które pro­wa­dzi­li różni człon­ko­wie na­szej gru­py. Ja mogłam po­chwa­lić się opo­wieścią o re­zul­ta­tach swo­ich wysiłków do­tyczących wytrąca­nia azo­ta­nu sre­bra w roz­two­rze.

Nie będę za­nu­dzać was szczegółami, po­wiem jed­nak z całą skrom­nością, że to­wa­rzy­stwo ode­brało moją pre­zen­tację jako nie­zwy­kle in­te­re­sującą.

Kończy­liśmy posiłek, de­lek­tując się ko­rzen­nym wi­nem, fi­ga­mi i po­ma­rańcza­mi, co miało wspomóc tra­wie­nie, gdy na­gle kon­wer­sa­cja przy sto­le zo­stała prze­rwa­na wściekłym uja­da­niem ma­stiffów, do którego szyb­ko dołączyły męskie krzy­ki.

„Na­past­ni­cy!”.

Wciąż mam przed ocza­mi, jak za­mar­liśmy wokół stołu, za­nim do­tarło do nas, co się dzie­je, i rzu­ci­liśmy się do działania. Lu­igi ze­rwał się na nogi i złapał mapę, zwi­jając ją cia­sno w bie­gu. Brat Gu­il­lau­me po­biegł od­sunąć go­be­lin, który ukry­wał drzwi wiodące do holu. Przewróciliśmy w pośpie­chu parę krze­seł, ale poza tym nie było słychać żad­nych dźwięków poza krzy­ka­mi mężczyzn, które co­raz bar­dziej się zbliżały, i wy­ciem psów. Wie­dzie­liśmy, że taka chwi­la może na­dejść, i sta­ra­liśmy się na to jak naj­le­piej przy­go­to­wać. To oraz rozsądne środ­ki ostrożności po­wzięte przez Lu­igiego niewątpli­wie tłuma­czyły nasz nie­zwykły spokój.

Po­mi­mo tego ser­ce biło mi jak sza­lo­ne, gdy tłoczy­liśmy się w pasażu, który scho­dził w dół, biegnąc pomiędzy ścia­na­mi, za­nim nie skończył się w pod­zie­miach wil­li. Stamtąd ko­lej­ne ukry­te drzwi pro­wa­dziły do ni­skie­go, prze­siąkniętego wil­go­cią tu­ne­lu. Lu­igi roz­nie­cił krze­si­wem ogień, dając nam wy­star­czająco dużo światła, żebyśmy mo­gli wi­dzieć drogę.

So­fia szła za­raz za mną; jej obec­ność do­da­wała mi otu­chy, jed­nak świa­do­mość za­grożenia pchała mnie naprzód. Wy­obrażałam so­bie na­past­ników włamujących się do holu, znaj­dujących do­wo­dy na to, że do­pie­ro co stamtąd wy­szliśmy, i zdwa­jających wysiłki, żeby nas schwy­tać. Jeżeli zo­sta­li­byśmy złapa­ni, szyb­ka śmierć była naj­lepszą rzeczą, na jaką każdy z nas mógł mieć na­dzieję. Zde­cy­do­wa­nie lepszą niż cele tor­tur In­kwi­zy­cji.

– Stójcie – na­ka­zał brat Gu­il­lau­me, unosząc rękę.

Byliśmy bli­sko końca tu­ne­lu. Przed nami, za zasłoną krzewów, do­strze­gałam przebłyski za­chodzącego słońca.

Po ple­cach spłynął mi pot. Sięgnęłam w tył i chwy­ciłam rękę So­fii. Jeśli na­past­ni­cy wie­dzie­li o tu­ne­lu… jeżeli po­sta­wi­li u jego wy­lo­tu człowie­ka…

Bra­ci­szek ostrożnie po­szedł do przo­du, aż do­tarł do kra­ty, która za­my­kała wejście. Ro­zej­rzał się uważnie i skinął na nas ręką.

– Dro­ga wol­na – po­wie­dział z uśmie­chem.

Z ulgą wypuściłam wstrzy­my­wa­ne do tej pory po­wie­trze i usłyszałam, że inni zro­bi­li to samo.

Gu­il­lau­me otwo­rzył kratę i wy­szedł na zewnątrz.

– Idźcie szyb­ko i z Bo­giem.

Szliśmy pa­ra­mi, ja odeszłam z Sofią, żegnając się z in­ny­mi krótki­mi słowa­mi wspar­cia i po­spiesz­ny­mi uści­ska­mi. Na­past­ni­cy praw­do­po­dob­nie przy­by­li od rze­ki, więc my skie­ro­wa­liśmy się w drugą stronę, przez pola doj­rzałej psze­ni­cy. Drogę wska­zy­wało nam za­chodzące słońce, ale nie ociągaliśmy się zbyt­nio, wiedząc, że wkrótce za­pad­nie noc.

Uszłyśmy nie­wiel­ki kawałek, gdy So­fia spoj­rzała przez ramię. Za­trzy­mała się i lek­ko mnie do­tknęła.

– Patrz – po­wie­działa.

Odwróciłam się i na tle ciem­niejącego nie­ba zo­ba­czyłam czar­ny dym. Nie mogąc nas zna­leźć, na­past­ni­cy pod­pa­li­li willę. Do rana zo­staną z niej tyl­ko zwęglo­ne ru­iny. Ale na­sze kości nie będą pośród nich leżały jak bied­ne skru­szo­ne szczątki, które wi­dy­wałam pod­czas mo­dlitw od­pra­wia­nych za ska­zańców. Sta­rałam się być za to wdzięczna.

Nie mogłyśmy po­zwo­lić so­bie na zwłokę. Do tej pory za­ma­sko­wa­ne drzwi w holu na pew­no zo­stały od­kry­te, a wraz z nimi i pasaż, który do­pro­wa­dził na­szych prześla­dowców do piw­ni­cy, gdzie co praw­da trud­niej byłoby im od­kryć tu­nel, ale z pew­nością domyślili się na­szej uciecz­ki. Można się było spo­dzie­wać, że od razu wezmą się za prze­szu­ki­wa­nie oko­li­cy.

Z myślą o tym prze­dzie­rałyśmy się z Sofią naprzód. Raz upadła, po­ty­kając się o wy­stający ko­rzeń, ale z moją po­mocą szyb­ko wstała.

– Nic mi nie jest – upie­rała się, gdy wy­ra­ziłam nie­pokój. – Po­trze­ba więcej niż jakiś ko­rzeń, żeby po­gru­cho­tać te kości.

W ob­li­czu jej od­wa­gi ja też nie mogłam się pod­dać. Szyb­ko szłyśmy do przo­du, w czym po­ma­gało nam światło księżyca w kwa­drze, i doszłyśmy w końcu do stru­mie­nia, gdzie wykończo­ne i bez tchu klęknęłyśmy, aby się napić. Wil­la była ki­lo­me­try za nami i nie słyszałyśmy dźwięków po­go­ni. Przy­najm­niej w tej chwi­li wy­da­wało się, że byłyśmy bez­piecz­ne.

Do­pie­ro, gdy to so­bie uświa­do­miłam, spadł na mnie szok spo­wo­do­wa­ny tym, co nam się przy­da­rzyło, zwiększo­ny jesz­cze przez kon­se­kwen­cje, które mogły za tym podążyć. Opadłam na zie­mię. So­fia położyła się obok mnie. Miała jesz­cze wy­star­czająco dużo siły, żeby mnie objąć.

Po­wie­działa łagod­nie:

– Żyje­my, Fran­ce­sco. Później będzie­my zma­gać się z tym, co się stało, te­raz po­dziękuj­my tyl­ko za to, że to jakoś prze­trwałyśmy.

Miała rację, oczy­wiście, i wie­działam o tym, ale przy­gnia­tał mnie strach.

Wy­szep­tałam w jej ramię:

– Gu­il­lau­me i inni…

De­li­kat­nie po­kle­pała mnie po ple­cach jak mat­ka uspo­ka­jająca wylęknio­ne dziec­ko. Nie znałam nig­dy do­ty­ku mat­ki, bo umarła, dając mi życie. Ale były chwi­le, gdy wy­obrażałam so­bie, że słyszę jej głos śpie­wający mi czu­le i widzę mi­gnięcie twa­rzy, która była dla mnie na za­wsze stra­co­na.

Ja­kie głupie by­wają tęskno­ty na­sze­go ser­ca.

– Je­stem pew­na, że udało im się bez­piecz­nie uciec – po­wie­działa So­fia – a Lu­igi jest za spryt­ny na to, żeby komuś udało się go wyśle­dzić na pod­sta­wie wil­li. Światłość prze­trwa, nie mam co do tego wątpli­wości.

Mo­dliłam się, żeby miała rację, ale zro­zu­miałam też, leżąc tam w objęciach nocy, że zo­sta­liśmy zdra­dze­ni. Ktoś, kto wy­star­czająco do­brze znał Światłość, aby wie­dzieć o ostrożnie do­bie­ra­nych miej­scach i cza­sie na­szych spo­tkań, zro­bił coś, żeby nas znisz­czyć.

I ten ktoś zro­bi to zno­wu, jeżeli ja, Fran­ce­sca Gior­da­no, tru­ci­ciel­ka Pa­pieża, go nie po­wstrzy­mam.

- 3 -

Ukry­wałyśmy się z Sofią poza mia­stem do świtu. Padał lek­ki deszcz, gdy dołączyłyśmy do stru­mie­nia kupców, podróżnych, sprze­dawców i rze­mieślników płynącego Via Fla­mi­nia w stronę bram mia­sta. Kro­ple nie­wy­star­czająco zmo­czyły pył po­ru­sza­ny przez mno­gość koni, wozów i butów. Uno­sił się nad zie­mią jak czer­wo­na­wa mgła, gęstniejąc, gdy zbliżyłyśmy się do mia­sta.

Dro­ga ciągnęła się pro­sto, jak wszyst­kie sta­re rzym­skie dro­gi, pomiędzy rzędami smukłych to­po­li i pląta­niną krzewów, od­dając pole doj­rze­wającym zbożom i wi­no­roślom obciążonym gro­na­mi, które za kil­ka ty­go­dni będą go­to­we do wyciśnięcia. Kra­ka­nie kruków mie­szało się ze skrzy­pie­niem kół wozów, po­dzwa­nia­niem uprzęży i – unoszącym się słodko w po­wie­trzu – brzdąka­niem lut­ni, akom­pa­niując tru­ba­du­ro­wi, który nie wsty­dził się dzie­lić swo­im ta­len­tem. Oczy­wiście śpie­wał pieśń o miłości, coś o ska­za­nych na zgubę Tro­ilu­siei Kre­sy­dzie, kie­dy po­czułam za­pach mia­sta.

Jak można opi­sać aro­ma­ty Rzy­mu? Słyszałam, jak lek­ce­ważąco mówili o nich ci, którzy chcie­li po­ka­zać swo­je oby­cie, ale zdołali tyl­ko zro­bić z sie­bie głupców. Dla mnie to aro­mat inny niż wszyst­kie, złożony w równych częściach z drzew­ne­go dymu, za­le­wo­wych ba­gien, gno­ju, potu i drażniącej wy­so­kiej nuty, której nie po­tra­fię spre­cy­zo­wać, ale po­znałabym ją na­wet przez sen. Kie­dy cza­sa­mi za­cho­dzi po­trze­ba, żebym opuściła mia­sto – na szczęście zwy­kle na krótko – uda­je mi się złago­dzić nie­odłączną tęsknotę za do­mem, unosząc do twa­rzy kawałek tka­ni­ny, która na­wet po pra­niu wciąż utrzy­mu­je za­pa­chową pamięć, uni­kalną Romę.

Od czasów za­go­je­nia ran po Wiel­kiej Schi­zmie parę dzie­sięcio­le­ci temu mia­sto zno­wu przyjęło funkcję pra­wo­wi­te­go cen­trum chrześcijaństwa. Miej­sce, które sta­rzy mężczyźni i ko­bie­ty pamiętali jako roz­grze­ba­ne ru­iny ru­der i bud, zo­stało w za­wrot­nym tem­pie od­bu­do­wa­ne, stając się naj­wspa­nial­szym mia­stem Eu­ro­py. Re­zul­ta­ty były nie­zwykłe, z oka­załymi pa­laz­zi z tra­wer­ty­nu wzno­szo­ny­mi nie­mal pod­czas jed­nej nocy, prze­kształcając po­nurą pa­letę wi­kli­ny i gli­ny w cu­dow­ny za­lew różów, czer­wie­ni i złota. To, że po­wie­trze było ciężkie od ku­rzu i bru­du, uli­ce nie­prze­jezd­ne, a ka­ko­fo­nia dźwięków ogłuszała, w szer­szej per­spek­ty­wie nie miało zna­cze­nia.

Roz­dzie­liłyśmy się z Sofią w po­bliżu Pon­te Sant’An­ge­lo.

– Idź bez­piecz­nie – po­wie­działa i objęła mnie.

Po­mi­mo trudów wyglądała na silną i zde­cy­do­waną, ale w jej oczach wi­działam zmar­twie­nie.

Obie wie­działyśmy, że na­sza ulga jest tym­cza­so­wa.

Nowy duch skie­ro­wa­ny na zdo­by­wa­nie wie­dzy i ba­da­nia, któremu my w Światłości się poświęciliśmy, był żar­li­wie zwal­cza­ny, zarówno wte­dy, jak i te­raz, przez siły zde­ter­mi­no­wa­ne, aby utrzy­mać świat w oko­wach igno­ran­cji i za­bo­bonów. To była je­dy­nie kwe­stia cza­su, za­nim znów uderzą.

– Ty również – od­parłam i uścisnęłam ją, nie po raz pierw­szy życząc so­bie, żeby miesz­kała gdzieś in­dziej niż w gra­ni­cach Dziel­ni­cy Żydow­skiej.

Napływ ucie­ki­nierów wy­gna­nych z Hisz­pa­nii przez ich naj­bar­dziej ka­to­lic­kie mości, króla Fer­dy­nan­da i królową Iza­bellę, przytłoczył la­bi­rynt wąskich uli­czek i zaułków położonych na te­re­nach re­gu­lar­nie za­le­wa­nych przez Ty­ber. Skut­ki tego w po­sta­ci często wy­bu­chających tam chorób i wszech­obec­ne­go uczu­cia roz­pa­czy, przy­po­mi­nały mi moją uko­chaną Boską Ko­me­dię Dan­te­go.

Dzięki śmier­ci In­no­cen­te­go VIII, która nastąpiła w od­po­wied­nim cza­sie, Żydzi ubi­li in­te­res z Bor­gią. W za­mian za płatności, o których mówio­no, że sięgały na­wet czte­ry­stu tysięcy srebr­nych du­katów, a które wy­ko­rzy­stał, aby kupić so­bie pon­ty­fi­kat, zgo­dził się to­le­ro­wać ich obec­ność w Rzy­mie, a tym sa­mym i w całym chrześcijaństwie.

Na prze­strze­ni mie­sięcy, które minęły od tego cza­su, wa­run­ki w get­cie trochę się po­pra­wiły, wie­lu uchodźców prze­niosło się w inne miej­sca, a ci, którzy zo­sta­li, po­zwa­la­li so­bie cie­szyć się kru­chym po­czu­ciem bez­pie­czeństwa, choć zda­wa­li so­bie sprawę z tego, że może oka­zać się ilu­zo­rycz­ne. Za­ofe­ro­wałam, że wy­ko­rzy­stam swo­je wpływy, żeby zna­leźć dla So­fii coś do za­miesz­ka­nia w mieście, ale odmówiła, ar­gu­men­tując to tym, że nie miałaby możliwości pro­wa­dzić ap­te­ki tam, gdzie kon­tro­lo­wa­no chrześcijańskie ce­chy.

Tkwiła w mo­ich myślach jesz­cze długo po tym, jak zniknęła mi z oczu, gdy szłam do swo­ich apar­ta­mentów na skra­ju Za­ty­brza. Po wy­nie­sie­niu go na Pa­pieża Bor­gia za­aranżował za­kwa­te­ro­wa­nie mnie z jego córką, Lu­krecją, ko­chanką Giu­lią oraz ich sługa­mi w Pa­laz­zo San­ta Ma­ria in Por­ti­co. Nie po­trwało to więcej niż kil­ka ty­go­dni, nim udało mi się go prze­ko­nać, że cho­ciaż pa­pież mógł do woli afi­szo­wać się ze swoją córką czy nałożnicą, jego tru­ci­ciel­ka po­win­na po­zo­stać okry­ta płasz­czem choćby odro­bi­ny dys­kre­cji. Wiem, że się zgo­dził, bo mimo iż nig­dy nie po­wie­dział tego wprost, nie sta­wiał sprze­ci­wu, gdy prze­pro­wa­dziłam się do nowo po­sta­wio­ne­go bu­dyn­ku, który jako je­den z wie­lu w mieście należał do Lu­igie­go d’Ami­co.

Po raz pierw­szy w życiu miesz­kałam sa­mo­dziel­nie, i te wa­run­ki mi od­po­wia­dały. Za­trud­niałam starszą ko­bietę, która przy­cho­dziła po­sprzątać i zro­bić pra­nie. A co do resz­ty, cie­szyłam się, od­wie­dzając tar­go­wi­ska, których ilość i różno­rod­ność jest jed­nym z naj­większych skarbów Rzy­mu. Przy­go­to­wy­wa­nie dla sie­bie posiłków było i przy­jem­ne, i prak­tycz­ne. I to nie tyl­ko dla­te­go, że mu­siałam strzec się za­machów na własne życie tak gor­li­wie, jak chro­nić La Fa­mi­glia Bor­gia. Naj­lep­szym spo­so­bem na osiągnięcie suk­ce­su w mo­jej mrocz­nej pro­fe­sji jest za­bi­cie słyn­ne­go tru­ci­cie­la. Nic tak szyb­ko nie za­pew­ni ni­ko­mu re­pu­ta­cji. Sama poszłam tą drogą po­przed­nie­go roku, uśmier­cając człowie­ka, którym Bor­gia za­mie­rzał zastąpić mo­je­go ojca, i za­gar­niając tę po­zycję dla sie­bie. Nic więc dziw­ne­go, że w Rzy­mie i poza jego gra­ni­ca­mi ist­nie­li tacy, którzy to samo mo­gli zro­bić mnie, jeżeli tyl­ko by się odważyli.

Miałam swój powód, żeby pragnąć sa­mot­ności. Kosz­ma­ry noc­ne, które na­wie­dzały mnie, odkąd mogłam pamiętać, nie stra­ciły na swo­ich po­twor­nościach przez wie­lo­krot­ne powtórki. Za każdym ra­zem bu­dziłam się w oko­wach ta­kie­go stra­chu, że nie sposób go na­wet opi­sać. Zda­rzało się, że krzy­czałam i że nie czułam się sobą, gdy się bu­dziłam. Wolałam nie mieć na to świadków.

Ostrożnie po­deszłam do bu­dyn­ku, rozglądając się za kimś, kto mógłby na mnie cze­kać. Jed­nak ak­tyw­ność na uli­cy wy­da­wała się całkiem nor­mal­na – wiecz­nie spieszący się urzędni­cy, pew­ni sie­bie du­chow­ni, służący w li­be­riach, py­ska­ci czeladni­cy, sta­tecz­ne żony han­dlowców, a od cza­su do cza­su przed­siębior­czy złodzie­ja­szek. Wszy­scy tłoczy­li się tam, cho­ciaż była nie­dzie­la, dzień prze­zna­czo­ny na od­po­czy­nek.

Jak wie­le bu­dynków w Rzy­mie, trzy­po­zio­mo­wa kon­struk­cja z da­chem z czer­wo­nych dachówek kie­ro­wała prostą fa­sadę na ulicę, zdo­biła ją tyl­ko garst­ka małych za­kra­to­wa­nych okien i ni­skie łuko­wa­te drzwi, przez które weszłam. Za­raz za drzwia­mi wszyst­ko się zmie­niało, sze­ro­ka ga­le­ria prze­cho­dziła w dzie­dzi­niec, który pełnił jed­no­cześnie funkcję ogro­du i otwar­tej kuch­ni. Było na tyle wcześnie, że na­sza por­ta­to­re nie przystąpiła jesz­cze do swo­ich obo­wiązków. Za­do­wo­lo­na, że nikt nie zo­ba­czy mnie w tak nie­porządnym sta­nie, naj­bliższy­mi scho­da­mi szyb­ko do­tarłam do swo­je­go apar­ta­men­tu.

Mieściło się na pierw­szym piętrze i składało z trzech po­koi – sa­lo­nu, gdzie, w związku z tym, że rzad­ko przyj­mo­wałam gości, rozłożyłam urządze­nia, które wy­ko­rzy­sty­wałam w swo­jej pra­cy, oraz książki; kom­na­ty sy­pial­nej z osob­nym miej­scem na kąpie­le i spiżarni wy­po­sażonej w szaf­ki wyłożone płata­mi me­ta­lu, które miały zniechęcić wszech­obec­ne ro­bac­two, ka­mien­ny zlew z od­pro­wa­dze­niem na zewnątrz ścia­ny, małą węglową kuch­nię z własnym ko­mi­nem wy­pro­wa­dzającym dym na zewnątrz, na której mogłam go­to­wać pro­ste posiłki, i gru­by drew­nia­ny stół, który utrzy­my­wałam w czy­stości za po­mocą octu i pia­sku.

Apar­ta­ment miał szczęśli­wie wy­so­kie okna, które za­pew­niały do­sko­nałą wen­ty­lację, i ta­ras, który ciągnął się przez całą długość każdego piętra. Me­ble na­wet prze­wyższały moje po­trze­by. Miałam duże łoże z pod­stawą rzeźbioną w liście akan­tu, które odzie­dzi­czyłam po ojcu, po­dob­nie jak jego skrzy­nię z zam­kiem-łamigłówką, który miał uda­rem­nić wszel­kie próby zba­da­nia jej za­war­tości przez nie­po­wołane oso­by, oraz po­sa­go­wy ku­fer mo­jej mat­ki ze sce­na­mi z po­rwa­nia Sa­bi­nek. To, łącznie ze stołem do pra­cy, urządze­nia­mi, książkami i ubra­nia­mi było moim własnym do­byt­kiem, gdy wpro­wa­dzałam się do miesz­ka­nia. Ale jak to często bywa, w ciągu paru mie­sięcy, kie­dy tam miesz­kałam, zgro­ma­dziłam wciąż powiększający się asor­ty­ment in­nych rze­czy.

Lu­kre­cja przysłała mi czte­ry ławy w mod­nym ostat­nio rzym­skim sty­lu. Każda z nich zo­stała wy­cio­sa­na z ma­ho­niu in­kru­sto­wa­ne­go drew­nem orze­cho­wym, a pu­cho­wy ma­te­rac z ciem­no­nie­bie­skie­go ak­sa­mi­tu wykończo­ny złoty­mi frędzla­mi i otoczo­ny po­dusz­ka­mi pod­trzy­my­wały skrzyżowa­ne skórza­ne pasy. Gdy­bym miała skłonność do przyj­mo­wa­nia gości, sie­działoby się im na nich na­prawdę wy­god­nie. Po­nad­to w pre­zen­cie od sa­me­go Ojca Świętego do­stałam kil­ka rzeźbio­nych krze­seł z za­okrąglo­ny­mi podłokiet­ni­ka­mi i stół na sze­ro­kiej pod­sta­wie. Ce­sa­re, nie­za­do­wo­lo­ny z tego, że miałam już łóżko, bo tym właśnie pragnął mnie ob­da­ro­wać – przy­po­mi­nam, że nie miał jesz­cze osiem­na­stu lat i bar­dzo przej­mo­wał się swoją męskością – mu­siał po­prze­stać na kosz­tow­nych dy­wa­nach w sty­lu mau­re­tańskim, tak wspa­niałych, że wahałam się położyć je na podłodze, do cze­go były prze­cież prze­zna­czo­ne. Ta­ki­mi luk­su­sa­mi cie­szy­li się zwy­kle bar­dzo bo­ga­ci lu­dzie, ale muszę przy­znać, że każdego ran­ka i wie­czo­ru, gdy moje bose sto­py się w nich topiły, dziękowałam w du­chu swo­je­mu prze­lot­ne­mu ko­chan­ko­wi.

Idyl­licz­ne ma­lo­widła na ścia­nach z wi­ze­run­ka­mi bogów i bogiń zna­lazłam jako wy­star­czająco przy­jem­ne, nie po­wstrzy­mało mnie to jed­nak przed na­by­ciem paru nie­wiel­kich dzieł Pin­tu­ric­chio – za­trud­nio­ne­go ostat­nio przez Bor­gię, żeby przy­ozdo­bił jego apar­ta­men­ty w Wa­ty­ka­nie – i mo­je­go ulu­bio­ne­go Bot­ti­cel­le­go, którego pra­ce fa­scy­no­wały mnie, odkąd pierw­szy raz na­tknęłam się na nie, po­dzi­wiając Ka­plicę Syk­styńską. Ule­gałam swo­jej pa­sji do książek, kie­dy i gdzie mogłam, do­dając co­raz to nowe tomy do bi­blio­te­ki, którą zo­sta­wił mi oj­ciec. Cza­sem ku­po­wałam na­wet nowe ubra­nia, cze­go wy­ma­gała moja po­zy­cja, a także dla­te­go, że Lu­kre­cja na­ga­by­wała mnie o to bez­li­tośnie, dopóki się nie pod­dałam.

Na ta­ra­sie po­sa­dziłam różne kwia­ty przy­dat­ne w moim za­wo­dzie. Z na­dejściem wio­sny żela­zne pod­po­ry za­le­wała masa kwitnących na­parst­nic, ole­andrów, to­jadów i in­nych. Od cza­su do cza­su bawiłam się myślą o tym, czy moi sąsie­dzi za­uważyli kie­dyś, ja­kie rośliny upra­wiam. Trzy­ma­li się ode mnie z da­le­ka, cho­ciaż nie sądzę, żeby to było związane z moją pro­fesją. Bu­dy­nek przy­ciągał ra­czej oso­by, które z ta­kie­go czy in­ne­go po­wo­du ceniły so­bie pry­wat­ność. Nie za­da­wałam o nich pytań, a oni nie py­ta­li o mnie.

Cze­kając, aż woda za­go­tu­je się w mie­dzia­nym garn­ku stojącym na pie­cy­ku, zaczęłam się roz­bie­rać. Brzeg mo­jej suk­ni wierzch­niej zdo­biło błoto oraz nie­wiel­kie list­ki i gałązki, które były do­wo­dem sza­lo­ne­go wysiłku, przez który przeszłyśmy z Sofią, ucie­kając z wil­li. Niechętna wywołaniu plo­tek zwinęłam sta­ran­nie suk­nie i odłożyłam je na dno skrzy­ni, za­mie­rzając sama je wy­czyścić, kie­dy znajdę czas.

Za­pa­rzyłam i wypiłam wzmac­niającą her­batkę z wierz­by, ru­mian­ku i po­krzy­wy, ubrałam się w czystą suk­nię i prostą suk­nię wierzch­nią z ja­sno­nie­bie­skie­go lnu, obie wy­star­czająco mod­nie skro­jo­ne, aby za­spo­koić Lu­krecję. Po­mi­mo jej naj­większych wysiłków, żeby ubrać mnie zgod­nie z obo­wiązującą modą, byłam wier­na bar­dziej prak­tycz­nej odzieży, która nie prze­szka­dzała mi w pra­cy. Nie dla mnie były ab­sur­dal­nie długie rękawy, cia­sne gor­se­ty, bu­ci­ki z długi­mi no­ska­mi czy wy­szu­ka­ne przy­bra­nia głowy za­pro­jek­to­wa­ne chy­ba po to, żeby ko­bie­ta nie mogła zro­bić kro­ku ani unieść ręki bez naj­wyższej trud­ności.

Szy­kując się, myślałam o tym, co po­win­nam zro­bić. Będę ocze­ki­wa­na w Wa­ty­ka­nie, ale było wciąż wcześnie i jeśli Bor­gia nie będzie chciał mnie wi­dzieć, moja nie­obec­ność nie po­win­na zo­stać za­uważona przy­najm­niej przez parę go­dzin. Jeżeli by mnie później py­ta­no, za­wsze mogłam od­po­wie­dzieć, że spraw­dzałam za­opa­trze­nie, dary, dat­ki i otwar­te łapówki prze­zna­czo­ne dla Jego Świąto­bli­wości, które jak rze­ka spływały każdego dnia do Wa­ty­ka­nu. W grun­cie rze­czy większość cza­su temu właśnie poświęcałam.

Możecie się za­sta­na­wiać, dla­cze­go w następstwie ata­ku na Światłość od razu nie poszłam do Bor­gii pro­sić go o wspar­cie. Nie myślcie, że ta­kie za­nie­cha­nie świad­czyło o utra­cie za­ufa­nia, bo co do swo­je­go mo­co­daw­cy miałam ab­so­lutną pew­ność; wie­działam, że za­wsze i nie­za­wod­nie będzie działał w swo­im własnym in­te­re­sie. Gdy ten in­te­res był zbieżny z moim, bene. W in­nym przy­pad­ku wolałam po­le­gać na sa­mej so­bie.

W związku z tym ru­szyłam na drugą stronę rze­ki, na Cam­po de’ Fio­ri, naj­ważniej­sze tar­go­wi­sko mia­sta i miej­sce, gdzie – jak mówio­no – każdy w Rzy­mie w końcu się znaj­dzie, choćby po to, żeby zo­ba­czyć jedną z częstych tu eg­ze­ku­cji. Jak za­wsze wąskie wyłożone bru­kiem ulicz­ki były pełne ku­pujących, ko­rzy­stających z dys­pen­sy Kościoła, która obo­wiązywała w nie­licz­ne święte dni i po­zwa­lała sprze­da­wać do­bra uzna­ne za „pod­sta­wo­we”. In­a­czej niż w zeszłym roku było tu mniej złodziei i od­po­wied­nio mniej wy­ma­chujących pałkami pa­tro­li za­trud­nia­nych przez han­dlowców, żeby ich zniechęcić.

Byli tacy, ci mądrzej­si spośród nas, którzy mówili, że względny spokój, jaki Bor­gia spro­wa­dził na mia­sto, nie po­trwa długo, że nie­uchron­nie załamie się pod ciężarem jego nie­na­sy­co­nych am­bi­cji.

I jak się oka­zało, mie­li rację, ale w owym cza­sie byłam na to ślepa.

Zajęta spraw­dza­niem, czy nikt mnie nie śle­dzi, przeszłam alej­ka­mi sprze­dawców ubrań, złotników, ka­let­ników, pi­sa­rzy i im po­dob­nych bez zwra­ca­nia na nie szczególnej uwa­gi, dopóki nie doszłam wresz­cie do Via dei Ver­tra­ra­ri, uli­cy wytwórców szkła. Tam zwol­niłam i spędziłam chwilę, wygładzając wrzu­co­ne w pośpie­chu ubra­nie i do­ty­kając war­ko­cza upiętego na głowie. To była prak­tycz­na fry­zu­ra, o czym za­wsze przy­po­mi­nałam Lu­kre­cji, gdy na­ma­wiała mnie do roz­pusz­cze­nia włosów, twierdząc, że są jedną z mo­ich naj­większych za­let. Nie je­stem nie­wol­nicą próżności, ale muszę przy­znać się do tego, że dbałam o to, jak wyglądam w oczach mężczy­zny, który, gdy­bym była nor­malną ko­bietą, zo­stałby moim mężem.

Niewątpli­wie wy­wnio­sku­je­cie z tego, że je­stem prze­kor­nym stwo­rze­niem, i jest w tym trochę praw­dy. Mimo że tak bar­dzo pociągał mnie Ce­sa­re, wciąż mogłam tęsknić za Roc­kiem – za mężczyzną, którym był, za życiem, które mogłabym z nim pro­wa­dzić, za ko­bietą, którą nig­dy nie miałam być.

Kie­dy do­cho­dziłam do skrom­ne­go drew­nia­ne­go bu­dyn­ku, ude­rzyła mnie myśl, że jeśli­bym mogła przyjąć oświad­czy­ny Roc­co dwa lata wcześniej, te­raz sie­działabym może przed jego warsz­ta­tem, bawiąc na ko­la­nach nie­mowlę. Nie był to pierw­szy raz, gdy dręczyły mnie wi­zje tego, co mogło się stać. Po­mi­mo bólu prze­ni­kającego ser­ce na­brałam głęboko po­wie­trza i ru­szyłam, za­trzy­mując się za­raz gwałtow­nie, kie­dy rzu­ciła się na mnie mała fu­trza­na kul­ka.

Kil­ka rze­czy zda­rzyło się na­raz: ko­ciak, bo to on był tą kulką, wpiął się pa­zu­ra­mi w moją spódnicę i zaczął się po niej wspi­nać, miaucząc dzi­ko; dwa duże psy, z ro­dza­ju tych głupko­wa­tych, które za­wsze wyglądają tak, jak­by miały się po­tknąć o własne łapy, goniły za ko­tem i po­wstrzy­mało je tyl­ko moje sta­now­cze spoj­rze­nie; i mały chłopiec w wie­ku sied­miu lat z burzą ciem­nych włosów, usianą pie­ga­mi twa­rzyczką i ze znie­wa­lającym uśmie­chem, wy­padł z warsz­ta­tu krzycząc: – Nie pusz­czaj jej, Don­na Fran­ce­sca, już po­darła im nosy na strzępy i na tym się nie skończy!

Do tego cza­su ko­ciak ułożył się już w mo­ich objęciach, choć wciąż pry­chał ostrze­gaw­czo w kie­run­ku psów. Ona, bo chy­ba nie dzi­wi to, że zwierzę oka­zało się być płci żeńskiej, nie wy­da­wała się zda­wać so­bie spra­wy z własnej wiel­kości ani z łatwości, z jaką każda z jej ofiar mogła so­bie z niej zro­bić posiłek. Wprost prze­ciw­nie, zda­wała się wy­ko­rzy­sty­wać mnie tyl­ko jako gałąź, na której złapie od­dech, za­nim znów się na nie rzu­ci.

– Może po­win­niśmy wejść do środ­ka – po­wie­działam, sama łaknąc trochę od­de­chu, bo właśnie w tej chwi­li wy­so­ki, potężnie zbu­do­wa­ny mężczy­zna przed trzy­dziestką, z ta­ki­mi sa­my­mi brązo­wy­mi ocza­mi i włosa­mi jak jego syn, wyłonił się z warsz­ta­tu.

Co mogę po­wie­dzieć o Roc­co? Że był do­brym człowie­kiem i moim przy­ja­cie­lem? To po­win­no być oczy­wi­ste. Że myśl o tym, co mo­gli­byśmy dzie­lić, gdy­bym była zupełnie inną osobą, mnie prześla­do­wała? O tym już wam mówiłam. Czy po­win­nam przy­znać, że jego oczy nie były je­dy­nie brązowe, ale błyskały złotem, a kie­dy się uśmie­chał, świat się za­trzy­my­wał?

Pomyśle­li­byście, że je­stem trzpiotką, co mogłoby rażąco zwieść tak do­brych czy­tel­ników, którzy pew­nie jesz­cze nie otrząsnęli się z szo­ku z po­wo­du od­kry­cia mo­jej praw­dzi­wej na­tu­ry.

Chy­ba że skry­cie coś was do niej przy­ciąga, ale to jest tyl­ko wa­sza spra­wa.

Mówiąc wprost, Ce­sa­re był przy­stoj­ny w bar­dziej kla­sycz­nym sen­sie, nie wspo­mi­nając o jego za­le­tach w po­sta­ci wiel­kie­go bo­gac­twa i po­zy­cji społecz­nej. Ale Roc­co… był jak spo­koj­ny punkt pośrod­ku hu­ra­ga­nu, którym było moje życie, był moim miej­scem schro­nie­nia i wątłej na­dziei, której nie byłam w sta­nie po­rzu­cić, cho­ciaż wie­rzyłam, że była da­rem­na.

– Fran­ce­sca? – Uśmiechnął się i za­in­te­re­so­wał próbami po­wstrzy­ma­nia brud­nej kup­ki fu­tra, która spra­wiła wrażenie, że chce roz­pra­wić się ze mną po­dob­nie jak z psa­mi. – Co tam masz?

– Nie je­stem pew­na. – Mogłam tyl­ko mieć na­dzieję, że ru­mie­niec na mo­jej twa­rzy przy­pi­sał wysiłkowi niezbędne­mu do utrzy­ma­nia kota, a nie za­wsty­dze­niu z po­wo­du tego, że go zo­ba­czyłam. – Wygląda jak młoda kot­ka, ale chy­ba nie zda­je so­bie spra­wy z tego, że nią jest.

Roc­co roześmiał się i spoj­rzał na mnie ciepło. Nig­dy nie oka­zał mi naj­mniej­szej ura­zy z po­wo­du tego, że od­rzu­ciłam go jako męża. Wprost prze­ciw­nie, był sa­mym do­brem i uprzej­mością. Zda­rzały się chwi­le, gdy po­dej­rze­wałam, że tyl­ko cze­ka, aż dojdę do przy­tom­ności umysłu i zgodzę się go poślubić. Ko­bie­ta lep­sza niż ja za­cho­wałaby się przy­zwo­icie i wy­pro­wa­dziła go z błędu.

Na szczęście Nan­do wcisnął się między nas. Przy­trzy­mał otwar­te drzwi. Psy wciąż kręciły się wokół, ma­chając ogo­na­mi, choć miały od­kry­te kły.

– Po­spiesz­cie się, za­nim ją do­padną – po­wie­działo dziec­ko.

- 4 -

Weszłam do środ­ka, a Roc­co za mną. W do­mach rze­mieślników i han­dla­rzy ty­po­we było to, że ich dół zaj­mo­wała jed­na duża izba, a powyżej był ni­ski strych. Jed­nak to miej­sce było bar­dziej uporządko­wa­ne niż inne, bo miesz­ka­li tu tyl­ko Roc­co i jego syn, a nie jak to zwy­kle bywało − dużo większe ro­dzi­ny. Na po­kry­tej ka­mie­niem podłodze rozłożono tka­ne z wełny maty, będące jed­nym z wie­lu prze­jawów rosnącej zamożności szkla­rza, której prze­czył wygląd bu­dyn­ku. Pa­le­ni­sko z parą haków, na których wie­szało się żeliw­ne garn­ki, za­pew­niało ciepło zimą, ale o tej po­rze roku było do czy­sta wy­mie­cio­ne. Roc­co go­to­wał na zewnątrz, tam, gdzie pro­wa­dził większość swo­jej pra­cy. Był tu również stół oto­czo­ny stołkami, półki, na których stały przykłady szklar­skiej sztu­ki, i dra­bi­na, która dawała dostęp do po­miesz­czeń sy­pial­nych na stry­chu. Mniej oczy­wi­sta, ale mimo tego mi zna­na, była fałszy­wa ścia­na obok drzwi na podwórze. Gdy się ją otwo­rzyło uka­zy­wała wy­spe­cja­li­zo­wa­ne przyrządy, które Roc­co wy­twa­rzał dla szczególnych klientów, między in­ny­mi dla mnie, w tym szkla­ne de­sty­la­to­ry, re­tor­ty, apa­ra­ty do sub­li­ma­cji i inne urządze­nia niezbędne w prak­ty­kach al­che­micz­nych.

We­ne­cja utrzy­my­wała, że ma naj­lep­szych spe­cja­listów wy­ra­biających szkło, jed­nak ta sztu­ka już daw­no roz­prze­strze­niła się poza wod­ne mia­sto, gdzie uro­dził się sam Roc­co. Rzym mógł się po­chwa­lić ro­dziną szkla­rzy, którzy two­rzy­li pro­duk­ty dla pa­pieża, d’Agnel­li, a których to­wa­ry były po­szu­ki­wa­ne na­wet tak da­le­ko, jak w In­gle­ter­re, a mówio­no też, że i na Wscho­dzie, w Kon­stan­ty­no­po­lu. Ostat­nio jed­nak przyszły na nich smut­niej­sze cza­sy; cier­pie­li z po­wo­du utra­ty je­dy­ne­go syna, ale wciąż byli w mieście poważani. Głowa ro­dziny, En­ri­co d’Agnel­li, prze­wo­dził ce­cho­wi wytwórców szkła. Ale rozsądnie zo­sta­wiał wy­star­czająco dużo miej­sca, żeby i inni mie­li szansę wyryć w tej szczególnej sztu­ce swój znak.