Wydawca: Armoryka Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 206 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zdobycie Sandomierza. Rok 1809 - Walery Przyborowski

Powieść dla młodzieży opowiadająca o zdobyciu Sandomierza przez wojska Księstwa Warszawskiego w roku 1809. Rzecz o krwawej bitwie z Austriakami. Jest to książka, którą mimo upływu czasu wciąż czyta się z przyjemnością. Szczególnie polecana jest dla młodzieży. Niezykłe i barwne przygody bohaterów powieści mocno wciągają czytelnika. Literatura naprawdę godna polecenia!

Opinie o ebooku Zdobycie Sandomierza. Rok 1809 - Walery Przyborowski

Fragment ebooka Zdobycie Sandomierza. Rok 1809 - Walery Przyborowski

Walery Przyborowski

Zdobycie Sandomierza

(rok 1809)

Armoryka

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Tekst książki według edycji: 

Walery Przyborowski 

ZDOBYCIE SANDOMIERZA 

Warszawa 1912 

Pisownię uwspółcześniono w niewielkim zakresie 

Copyright © 2013 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

ROZDZIAŁ I

w którym Kubuś przekonuje Ferdzia von Lausitza, że w każdej legendzie mieści się cząstka prawdy

Śliczny, słoneczny dzień zajaśniał w Sandomierzu dn. 13 maja 1809 r. Była to niedziela, więc Kubuś Królikowski, zwany zwykle przez kolegów Kubkiem, Królem albo Królikiem, chłopiec liczący około szesnastu lat i uczeń ostatniej klasy szkoły miejscowej wybrał się wczesnym rankiem na przechadzkę. Bo jakże nie skorzystać z prześlicznej pory majowej, nie pójść nad Wisłę albo na Góry Pieprzowe, nie zachwycać się świeżym powietrzem, słońcem, uroczą młodą zielonością, zwłaszcza gdy się grało w zielone z kuzynką Jadzią, do której rodziców był Kubuś zapraszany stale na obiady we wszystkie niedziele, i trzeba było mieć niezwiędłą gałązkę bzu lub koniczyny, bo to był warunek gry nieodzowny. Wyszedł tedy Kubuś koło godziny ósmej rano na rynek sandomierski i rozglądał się dokoła, rozmyślając, gdzie urwać bzu lub znaleźć koniczynę, by idąc na obiad do kuzynów Białkowskich mieć zielone, świeże i niezwiędłe, bo kuzynka Jadzia była pod tym względem nieubłaganie wymagająca. Stał więc Kubuś wahając się, czy udać się nad Wisłę czy na -Góry Pieprzowe, gdy nagle z tyłu uderzył go ktoś w ramię i ozwał się głos: - Nu, Herr Kubek, nad czym tak rozmyślasz?

Kubuś żwawo się odwrócił i ujrzał przed sobą swego kolegę szkolnego Ferdynanda von Lausitza, syna cesarsko-królewskiego radcy dworu, który w Sandomierzu stał na straży całości i nienaruszalności władzy Jego Apostolskiej Mości, Cesarza Austriackiego Franciszka Pierwszego. Kolega Ferdynand von Lausitz był to chłopak niski, na swój wiek może zanadto otyły, ubrany z wyszukaną elegancją, z oczami chytrymi i biegającymi niespokojnie. Urodzony i wychowany w Sandomierzu mówił wprawdzie po polsku, ale lubił wtrącać do rozmowy wyrazy niemieckie, a nade wszystko dumny był z dygnitarskiego stanowiska swego ojca, który przecież za pan brat żył z komendantem miejscowej załogi, generałem-lejtnantem von Egermanem. Ferdynand pomiatał Polakami, szydził z obyczajów i zwyczajów polskich, starał się wyróżniać wśród swoich kolegów. Toteż nie lubili go oni wcale i unikali, o ile mogli, wszelkich z nim stosunków, zwłaszcza że był złośliwy, nieuczynny i o wszystkim, co się działo w szkole, gadał ojcu, z czego nieraz bardzo przykre wynikały historie. Potajemnie nazywano go szpiclem, co według cesarsko-królewskiej i apostolskiej nomenklatury oznaczało po prostu szpiega. Kubuś nie znosił Ferdynanda von Lausitza i nieraz ściskał pięści, słuchając jak ten szwarcgelber wyśmiewał się z Polaków i cesarza Napoleona, jak zapowiadał głośno, że tylko patrzeć, gdy tego Korsykanina żołnierze austriaccy przyprowadzą okutego w kajdany do Wiednia. 

Zwłaszcza w ostatnich czasach szwarcgelberowski szpicel rozpuścił strasznie swój język z powodu wojny, jaką Austria wydała Księstwu Warszawskiemu. Głosił więc, że arcyksiążę Ferdynand, dowódca korpusu austriackiego, zniósł za jednym zamachem to księstwo, a księcia Józefa jako buntownika wsadzi do fortecy. Księcia Józefa Poniatowskiego dlatego nazywał buntownikiem, bo niegdyś służył on w wojsku austriackim. Wczoraj zwłaszcza w szkole szpicel rozpowiadał, że przyszły urzędowe wiadomości, iż arcyksiążę Ferdynand rozbił, zniósł i zniszczył doszczętnie armię polską pod Raszynem, zajął Warszawę, i - dodawał Ferdzio - polski bunt (bo dla niego istnienie Księstwa Warszawskiego i wojska polskiego było buntem) raz na zawsze zostanie stłumiony. Polscy koledzy szpicla nie mogli zaprzeczyć tym złowrogim słowom, bo nie mieli żadnych wiadomości o tym, co się właściwie dzieje tam, koło Warszawy, gdyż nadęty i wyprostowany, jakby kij połknął, generał-lejtnant von Egerman nie dopuszczał do Sandomierza żadnych gazet i żadnych nowin. Ogłaszał tylko co parę dni przez plakaty przylepione na rogach ulic i pisane w prawomyślnym cesarsko-królewskim języku, że uzurpator Napoleon został pobity na głowę i ścigany jest przez dzielne, waleczne wojska Jego Cesarsko-Królewskiej Apostolskiej Mości, że arcyksiążę Ferdynand na miazgę zgniótł buntownicze „bandy” polskie pod „Raschin” i zajął Warszawę.

Słuchano więc w milczeniu słów szpicla, ściskano zęby i pięści, ale nikt nie mógł mu powiedzieć; kłamiesz! - bo nikt naprawdę nie wiedział, jak się rzeczy w istocie mają. Toteż i teraz Kubuś, ujrzawszy przed sobą nieznośnego, czarno-żółtego szpicla, skrzywił się, jakby mu kto na odcisk nastąpił, i na jego pytanie odrzekł, że o niczym nie myśli, sądząc, że tą obojętną i chłodną odpowiedzią pozbędzie się niepożądanego towarzystwa.

Ale ten ani myślał go opuszczać.

- Wiesz co? - rzekł. - Mam ochotę się przejść. Taki śliczny dzień.

A chciałbym też coś zobaczyć. Powiedziałbym ci coś, żebyś mnie tylko nie zdradził, bo to wielka urzędowa tajemnica.

- Wiesz o tym dobrze, że ja nikogo nie zdradzam, twoją zaś urzędową tajemnicę zachowaj dla siebie, jam jej wcale nie ciekawy.

- Ale, bo ty nie wiesz... a zresztą, powiem, bo cię to może przekona, jakie straszne rzeczy działy się dawniej w tym kraju pod rządami polskimi.

- Znowu jakaś niegodna plotka!

- Wcale nie plotka. Jeżeli pójdziesz ze mną, przekonasz się naocznie.

- Cóż to takiego? - zapytał Kubuś istotnie zaciekawiony.

Ferdynand von Lausitz nadął się jak pęcherz, obejrzał się dokoła, a wziąwszy Kubusia pod ramię, pociągnął go na bok i z miną tajemniczą, półszeptem począł mówić:

- Zapewne uważałeś od paru dni, jakie tłumy waszego dzikiego chłopstwa kazał spędzić generał-lejtnant Freiherr von Egerman?

- Uważałem, ale to chłopstwo nie wydaje mi się znów tak dzikim.

- O! Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości, dość spojrzeć na nich, na ich skołtunione głowy. Ale mniejsza o to. Chłopstwo to dlatego generał-lejtnant Freiherr von Egerman spędzić kazał, żeby ponaprawiało mury i pokopało fosy koło Sandomierza, bo przyszedł rozkaz z Wiednia żeby z tego miasta zrobić pierwszorzędną fortecę.

- Hm! - odrzekł na to Kubuś. - Tak wszędzie zwyciężacie, Napoleona macie w kajdanach przywieźć do Wiednia, księcia Józefa do twierdzy, a z Sandomierza chcecie robić fortecę. Na co, przeciw komu?

- Już ja tam nie wiem, dlaczego. Ojciec mój powiada, że będzie to mocne więzienie dla polskich buntowników. Ale tu nie o to idzie. Wczoraj, wyobraź sobie, na urwisku, od strony Wisły, gdy Freiherr von Egerman oglądał zrujnowany klasztor i kościół, które niegdyś, ponoć, zbudowali jezuici, i kazał tam kopać fundamenta pod mury forteczne, natrafiono na straszne lochy, na ogromne podziemia, ciągnące się Bóg wie jak daleko. 

- O! To nie nowina! - zawołał Kubuś. - Wszyscy w Sandomierzu wiedzą o tych lochach, jak je nazywasz, a które są po prostu rozległymi piwnicami. Nawet gadają ludzie, że jezuici zakopali tam znaczne skarby. Ale ja w to nie wierzę. U nas zawsze po starych murach i starych dziurach mają się ukrywać niebywałe skarby. 

- Otóż, mylisz się, Kubku, nie są to piwnice, ale ogromne, ciągnące się daleko podziemia, zakręty, korytarze, głębokie i ciasne karcery, w których znaleziono całe góry kości ludzkich, tułowia i kościotrupy stojące, nawet kobiece... wyobraź sobie... kobiece! 

- Więc cóż z tego? Cóż ty przypuszczasz? 

- Ja nic nie przypuszczam, bom tego jeszcze nie oglądał. Ale ojciec mój twierdzi, że te szkielety męskie i kobiece to nieszczęśliwi więźniowie jezuitów, że są to niecne ślady intryg jezuickich, że w tych norach podziemnych może niejeden ojciec kilkorga dziatek o herezję posądzony, niejedna żona nie chcąca wydać męża okrutną śmierć głodową znalazła lub skonała w mękach na torturach. 

- Tra la la la!-zaśmiał się Kubuś.-Czytałem ja o takich historiach w Hiszpanii pod panowaniem waszego habsburskiego domu, ale w Polsce, mogę cię zapewnić, nic podobnego nigdy się nie działo. Owe kościotrupy, które tak przeraziły twego ojca, to są ciała nieboszczyków tam pochowanych, bo jak ci wiadomo zapewne, dawniej ludzi grzebano pod kościołami. 

- Gdyby tak było, jak ty mówisz, toby przecie były trumny, a tam ich nie ma.

- Bo zbutwiały.

- Zawsze byłyby jakieś ślady, jakieś szczątki, a tam nic nie ma, tylko same szkielety, kościotrupy, trupie czaszki. Nie! To z pewnością tak było, jak mój ojciec powiada, a z tą opinią zgadza się generał-lejtnant Freiherr von Egerman.

- Co tam generał-lejtnant wie o tym! Zna on to historię polską!

I wiesz, co ja ci powiem?

- Cóż takiego?

- Jeżeli to nie są nieboszczyki pochowane zwyczajnie pod kościołem, to w takim razie te lochy i te kości są o wiele starsze od przybycia jezuitów do Sandomierza, co nastąpiło dopiero w XVII wieku.

- Nie rozumiem cię.

- Wiedzże o tym, nieuku jakiś, że za panowania króla Leszka Czarnego Tatarzy dwa razy tu gościli, a nawet w 1260 roku wymordowali pięćdziesięciu zakonników w kościele św. Jakuba... Powinieneś wiedzieć o tym, bo przecież nie dawniej jak rok temu papież tych męczenników w poczet błogosławionych policzył.

- A tak, prawda!

- Otóż sandomierzanie, nauczeni tym strasznym przykładem, za panowania króla Leszka Czarnego wykopali trzy ogromne podziemia, z których jedno właśnie zaczynało się tam, gdzie dziś ruiny kościoła pojezuickiego się znajdują, i które miało iść pod Wisłę na tamtą stronę rzeki.

- Skądże ty to wiesz?

- Czytałem o tym w starych kronikach.

- Hm... może być, że te podziemia wykopano tam kiedyś w obawie przed Tatarami, ale skądże kościotrupy? Czyż nie jest to jasne, że jezuici skorzystali z tych lochów, by w nich więzić i torturować nieszczęśliwych heretyków. Tak nazywali oni inaczej wierzących...

- Wszystko to, co mówisz, jest kłamstwem. Wiadomo dobrze, skąd się tam znajdują kości i szkielety. Kiedy w roku 1287 napadli Tatarzy na Sandomierz i ten wyczerpany, pozbawiony żywności miał już ulec, niejaka Halina, kasztelanowa sandomierska, umówiła się z Witkonem, wójtem sandomierskim, i w nocy udała się do obozu tatarskiego, stojącego na górze Salve Regina. Wiesz, gdzie... 

- Wiem. Cóż dalej? - pytał zaciekawiony Ferdzio von Lausitz. 

- Tam Halina stanęła przed carzykiem dowodzącym całą tą hordą najeźdźców. Przedstawiła się jako kobieta pragnąca pomścić się na sandomierzanach, którzy jej mieli wiele krzywd wyrządzić, i wyjawiła, że ludność miasta ze wszystkimi bogactwami i kobietami ukryła się w lochu podziemnym, do którego tylko ona jedna może doprowadzić. 

- A wiesz, Kubek, że to bardzo ciekawe! I cóż dalej? 

- Pewno, że ciekawe. Właśnie wtedy z rozkazu wójta Witkona pogaszono w mieście wszystkie ognie i tak się uciszono, że zdawało się, jakoby Sandomierz stał się martwą pustynią. Ta cisza i smętek rozlany na obliczu Haliny tak uwiodły carzyka tatarskiego, że uwierzył jej słowom. Natychmiast zwołał swoich murzów i wydał rozkaz, aby zapalono jarzące, smolne pochodnie. Cała horda pod przewodnictwem kasztelanowej Haliny ruszyła ku owym podziemiom i weszła w nie. Gdy już ostatni Tatarzyn, wiedziony chęcią łupu i branek, zniknął w podziemiach, Witkon ukryty z garstką rycerstwa wypadł, ogromnymi głazami zawalił wejście od lochów i tym sposobem pogrzebał w nich hordę najezdniczą. 

- A cóż się stało z kasztelanową Haliną? 

- Nie wiadomo. Oczywiście, zginęła w lochach, zapewne od mieczów mściwych Tatarów, ale tym sposobem własnym życiem okupiła życie swych współmieszkańców. Taką szczytną ofiarność można tylko znaleźć w historii polskiej, o której nie znający rzeczy nieprzyjaciele nasi tyle głupich bajek plotą. 

- Dziwne, dziwne! - powtarzał zamyślony Ferdzio von Lausitz. 

- Te trupy, szkielety, kości, które dziś odkryto w podziemiach koło klasztoru Jezuitów, nie są więc ofiarami fanatyzmu, jak twierdzi mądry generał-lejtnant von Egerman, ale zapewne szczątkami Tatarów, których tam przed sześciu blisko wiekami pogrzebała dzielna kasztelanowa Halina.

- Tak, to może być, ale skądże się tam znajdują szkielety kobiece?

- Najprzód nie wiem, czy tam jest dużo szkieletów kobiecych, może tylko jeden, a w takim razie są to szczątki bohaterskiej Haliny.

- Jeżeli jest jeden, a jeśli ich jest więcej?

- I na to można znaleźć odpowiedź. Wiadomo przecież, że Tatarzy po drodze rabowali wszystko, mężczyzn zabijali, a kobiety brali w jasyr. Jeżeli tam jest więcej szkieletów kobiecych, to są to szczątki nieszczęśliwych branek pogańskich. - Hm! Wszystko pięknie wytłumaczyłeś, Kubku... Ani słowa, mogło tak być, ale ja myślę, że cała ta historia jest bajką, jest piękną legendą wymyśloną przez starych kronikarzy. W waszej historii jest mnóstwo takich bajek, na przykład o smoku pod Krakowem, o Krakusie i Wandzie, o myszach Popiela o kołodzieju Piaście.

- W każdej legendzie, mój Ferdziu, jest cząstka prawdy. Ale historii o kasztelanowej Halinie nie trzeba mieszać z podaniami o smoku i Krakusie, o Popiciu i myszach. Te ostatnie wypadki miały się dziać w czasach bardzo odległych, w nieoznaczonej epoce, podczas gdy historia Haliny stała się w roku 1287, to jest w czasach, gdy ludzie spisywali już kroniki. Tamte zdarzenia noszą charakter nadzwyczajny, nadprzyrodzony, boć przecie wiemy, że smoków nie ma na świecie, że siarka w brzuchu potwora palić się nie mogła, że z ciał ludzkich nie mogą wylęgać się myszy, ani też zagryzać ludzi. Tymczasem w historii kasztelanowej Haliny nie ma nic nadzwyczajnego, nadprzyrodzonego, jest tylko bohaterstwo i poświęcenie dla ojczyzny. Fakt więc ten nie jest niemożliwy, a zapisany przez współczesnych niewątpliwie jest prawdziwy.

- Wiesz, gdym się od ojca dowiedział o tych kościotrupach, byłem bardzo ciekawy je zobaczyć, choć wahałem się czy pójść, bo tam musi być bardzo brudno, a ja włożyłem na siebie nowe ubranie. Ale teraz pójdę... zum Teufel, w nowym ubraniu! Cóż, pójdziesz ze mną? Przecież to bardzo ciekawe zobaczyć kości ludzi, którzy przed sześciuset laty umarli, jeżeli w rzeczy samej jest to prawdą, coś powiedział. A nuż to są szczątki ofiar wymordowanych przez jezuitów, jak utrzymuje mój ojciec?

- To zobaczymy. Idę z tobą. Jeżeli to są szczątki ofiar jezuickich, to powinny być przy nich łańcuchy, okowy i tym podobne narzędzia męczeńskie, bo przecież wiadomo, że dawniej u nas nikogo nie wsadzano do więzień bez oków, jak to wy jeszcze dziś robicie z waszymi więźniami. Chodźmy, i pewien jestem, że się przekonasz, iż to co mądry generał-lejtnant von Egerman powiada, jest wierutną bajką.

Ruszyli więc co żywo w kierunku ruin dawnego kościoła i klasztoru Jezuitów. Wszędzie dokoła miasta tłumy spędzonych z okolicy wieśniaków pracowały pod nadzorem oficerów austriackich nad naprawianiem starych murów i okopów, choć to była niedziela. Ale rząd Jego Apostolskiej Mości nie zwracał na to uwagi, a kij kapralów i oficerów napędzał opornych do ciężkiej pracy.

Widok ten przykre uczucie wzbudził w Kubusiu, wrzała w nim krew, ale musiał milczeć, bo wiedział, że nic na to poradzić nie jest w stanie.

ROZDZIAŁ II

w którym Kubuś jest podejrzany, że otrzymał zły stopień z geografii

Do podziemi, o których Ferdzio von Lausitz opowiadał, nikogo nie wpuszczano, jemu zaś jako synowi wysokiego dygnitarza dano wolny wstęp. Kapral, który z kijem w ręku pilnował nieszczęśliwych chłopów polskich spędzonych do robót koło fortyfikacji miasta, ujrzawszy Ferdzia, kłaniał mu się z wielkim uszanowaniem, z czego on był bardzo dumny i, spoglądając z boku na Kubusia, zdawał się mówić:

- Widzisz, co ja znaczę!

Piwnice, do których obaj chłopcy weszli, zrazu nic godnego uwagi nie przedstawiały. Były to puste, sklepione mocno lochy, z których przeszli do długiego, wąskiego korytarza, a stąd dopiero do obszernego podziemia, przedstawiającego okropny widok. Była to istna kostnica. Przy słabym blasku, przedostającym się przez dwa zakratowane okienka, bardzo wysoko umieszczone, ujrzeli najprzód oparty o mur cały szereg szkieletów. Stały one w najrozmaitszych pozycjach. Jedne z czaszkami do góry podniesionymi zdawały się czarnymi oczodołami szukać powietrza i słońca; inne z rękami opuszczonymi, z głową na piersi przedstawiły smutny obraz, jeszcze inne miały ręce rozpostarte wzdłuż ściany, jakby się jej czepiały w jakimś rozpaczliwym wysiłku. Były też takie, które dziwnie podnosiły nogę, jakby chciały wykonać skok przez jakąś przeszkodę. Były takie, które wyciągnąwszy naprzód szkieletowe dłonie chciały coś lub kogoś chwytać w swe objęcia. Zgroza przejmowała, gdy się patrzyło na ten okropny widok. Posadzka podziemia zarzucona była całą górą czaszek, piszczeli ludzkich, rąk odpadłych od ciała, kości wszelkiego rodzaju oraz pyłem powstałym zapewne ze zgniłych i przez wieki wysuszonych ciał ludzkich. Obaj chłopcy na ten widok, przypominający marność istnienia człowieczego, skamienieli tajemną trwogą przejęci. Trwoga ta zmieniła się w paniczny strach, gdy nagle ni stąd, ni zowąd jeden ze szkieletów opartych o ścianę poruszył się. Coś czarnego, ruchliwego wysunęło się z jego czaszki i z piskiem zanurzyło się w stosie kości leżących na ziemi, sam zaś szkielet z trzaskiem i głuchym chrzęstem runął na ziemię i prawie w pył się rozsypał. Podniosła się przy tym cała chmura duszącego kurzu, aż Ferdzio przerażony krzyknął:

- Ach, Herr Je! - i schował się za Kubusia, czepiając się rozpaczliwie jego ramion, jakby szukał zasłony i pomocy.

Kubuś nie mniej był przestraszony, ale nie cofnął kroku. Oprzytomniał w jednej chwili i rzekł spokojnym, choć nieco drżącym głosem:

- Czego się boisz? To pewno szczury.

W tejże chwili stos kości na posadzce począł się także ruszać, chrzęścić, czaszki przewracały się i jakiś piszczel z dziwnym łoskotem potoczył się pod same nogi Kubusia, który cofnął się nieco z niemiłym uczuciem obrzydzenia. A że powietrze duszne w tym zamkniętym podziemiu stało się teraz wskutek upadku szkieletu prawie niemożliwe do oddychania, więc rzekł: 

- Chodźmy stąd, bo się udusimy. Słabo mi się robi. 

Co żywo więc zawrócili, przebiegli prawie pędem przez korytarz i pierwsze piwnice. Bardzo byli radzi, gdy się znaleźli na świeżym powietrzu, na jasnym dniu, pod złocistymi blaskami słońca majowego. Wciągali w płuca rześkie powietrze, a Ferdzio blady jak ściana tak się uczuł osłabiony, że usiadł na jakimś złomie muru i rzekł: 

- Za nic w świecie drugi raz bym tam nie poszedł. 

- Zapewne - odparł Kubuś - nie ma tam po co chodzić. Nic ciekawego, a powietrze strasznie jest zepsute. Można się nabawić choroby. Cóż, lepiej ci? 

- Lepiej, ale jeszcze muszę sobie trochę odpocząć. Licho nadało, żeśmy tam poszli. Po nocach będą mi się śnić szkielety. 

- Widzę, że jesteś trochę tchórzem podszyty. 

- Nie, a zresztą przyznaj, że i ty się przeraziłeś, gdy ten kościotrup runął spod ściany. Nie mam pojęcia, z jakiego powodu to się stało. 

- Z bardzo naturalnego. W tych podziemiach jest mnóstwo szczurów, jeden z nich nieuważnie trącił szkielet i ten upadł. Przecież nie przypuszczasz chyba, że kościotrup chciał nas stamtąd wygnać. 

Ferdzio zamyślił się i po chwili rzekł: 

- Zapewne, że to tak było. A nawet widziałem, jak z czaszki coś czarnego i ruchliwego wyskoczyło. 

- W czaszce tej mieści się niewątpliwie gniazdo szczurze. Może to był szkielet jakiegoś znanego murzy tatarskiego. Na co mu to przyszło, teraz w jego głowie szczury się gnieżdżą! 

- Więc ty naprawdę przypuszczasz, że to są szczątki Tatarów, zwabionych do lochu przez ową kasztelanową Halinę? 

- Oczywiście, że tak. Skądże wzięłaby się taka ogromna masa szkieletów i kości? Przecież widziałeś ich postawy rozpaczliwe; widocznie umierali w strasznych męczarniach głodu. Tak, ja jestem pewien, że to są szczątki Tatarów pogrzebanych w tych podziemiach.

Ale Ferdzio nie zgadzał się z tym. Jemu w głowie ćwiekiem utkwiło przypuszczenie generała-lejtnanta von Egermana i ojca, radcy stanu, że w tych podziemiach kryją się ofiary zbrodni i intryg jezuickich, a skoro generał-lejtnant i wysoki hofrat tak twierdzą, to niegodną jest rzeczą wiernego poddanego Jego Cesarsko-Królewskiej Apostolskiej Mości inaczej utrzymywać. Świadczyłoby to bowiem o buntowniczym usposobieniu. Kubuś słuchał tego, ale nic się nie odzywał, bo na co by zdało się przekonywać kogoś, kto nie chce być przekonany. Stał więc w milczeniu i przypatrywał się ciężkiej pracy nieszczęśliwych chłopów polskich, spędzonych tutaj pod kijem kaprala. Zauważył więc, że mur otaczający Sandomierz w tym miejscu był prawie wszędzie zrujnowany, niski, pełen wyłomów i zapewne generalicja austriacka uznała go za niemożliwy do naprawienia, bo zostawiła go w spokoju, a natomiast o kilkanaście kroków dalej kazała sypać wysoki szaniec, nad którym właśnie pracowali spędzeni chłopi. Tymczasem Ferdzio przyszedł do siebie zupełnie i obaj chłopcy ruszyli z powrotem do miasta.

Przez drogę ten kryjący się niedawno w podziemiu za plecami Kubusia bohater szwarcgelberowski teraz, w świetle dnia, wobec kręcących się wszędzie żołdaków austriackich nabrał szczególnego animuszu i począł niestworzone rzeczy prawić o jezuitach, o dawnym rządzie polskim, o polskim nieładzie i chytrości. A wreszcie o błogim porządku, jaki w tym kraju zaprowadziła dobroczynna władza Jego Cesarsko-Królewskiej Apostolskiej Mości.

- Zgnilibyście w smrodzie i brudzie - kończył - gdyby nie nasz rząd. On was cywilizuje, on was uczy, jak żyć, chociaż naprawdę żyć nie możecie, boście stoczeni do szpiku kości przez trąd zepsucia i nieładu. Kubuś, słysząc te zuchwałe słowa, zatrzymał się cały dygoczący od gniewu i rzekł:

- Wiesz, szpiclu, żeś ty strasznie głupi!

- Szpicel? Jak śmiesz mnie nazywać szpiclem?

- Bo jesteś nim! 

- Tak? Czekajże! Ja ci tego nie daruję, ja powiem ojcu. Zgnijesz tam w podziemiach, ty polska świnio! 

W